Gość: Rus
IP: 64.12.106.*
01.05.01, 06:29
Dla tych co nie czytali jeszcze pelnego oswiadczenia Pana Moskala:
OŚWIADCZENIE PREZESA
KONGRESU POLONII AMERYKAŃSKIEJ
FARYZEJSKIE WZYWANIE
INNYCH DO PRZEPROSIN
I znów Jan Nowak Jeziorański, za sprawą jakże chętnie nagłaśniającej go Agencji
Prasowej PAP, powtórzył publiczne wezwanie pod adresem Polaków: trzeba
przeprosić za Jedwabne! Przypadek uporu godnego lepszej sprawy--czy też
osobisty kompleks obciążonego sumienia? Zastanawiam się przede wszystkim--z
jakich to pozycji Nowak-Jeziorański zwraca się wciąż do społeczeństwa i narodu
polskiego. Czy jako noszący paszport amerykański były dyrektor rozgłośni "Wolna
Europa", czy też jako były działacz i wiceprzewodniczący Kongresu Polonii
Amerykańskiej, z którym lata temu się rozstał (choć lubi ten tytuł "byłego" i
wciąż się nim podpisuje pod każdą petycją). Nie jest rzeczą bez znaczenia, kto
i z jakiej pozycji tak często i chętnie chce przemawiać, aspirując wyraźnie do
roli kogoś, komu dano specjalny mandat trybuna--i jest w tej mierze jakimś
samozwańczym "autorytetem moralnym".
Jerzy Robert Nowak (nie mylić z Janem Nowakiem-Jeziorańskim!) nie tak dawno
miał odwagę w swojej "Encyklopedii Białych Plam" zaliczyć Jana Nowaka-
Jeziorańskiego do kategorii "fałszywych autorytetów"--i po zapoznaniu się z
jego wywodem przyznałem mu w duchu absolutną rację. Posłuchajmy jego opisu i
definicji: "Od pewnego czasu obserwujemy nasilenie różnego typu grupowych
wystąpień tzw. autorytetów. (...) „Autorytety” grupowo wyrokują, protestują,
oceniają, potępiają, pouczają naród, co ma robić od zaraz. "Autorytety"
najcześciej zabierają głos w sprawach, na których zupełnie się nie znają, ale
to akurat im zupełnie nie przeszkadza"--pisze Nowak. „łączy ich pokora wobec
lobby żydowskiego--kontynuuje swoją charakterystykę autor hasła--są "kurierami"
dziejowych zafałszowań”--dodaje. Rzeczywiście, jesteśmy w domu!
W swoim pierwotnym apelu zawartym w tekscie "Rzeź w Jedwabnem" (na łamach
styczniowego "Nowego Dziennika") Jan Nowak-Jeziorański domagał się od
społeczeństwa polskiego "poczucia narodowego wstydu za czyny haniebne",
faryzeuszowsko argumentując, "skoro dzielimy dumę narodową płynącą z czynów"
(jakich--szlachetnych?). "Musimy zdobyć się na poczucie narodowego wstydu",
domaga się uporczywie w swoim artykule Nowak, głosząc tam takie radykalne i
apodyktyczne sądy jak: „Wysuwanie wniosku z pogromów w lecie 1941r., że zagłada
była wspólnym dziełem Polaków i Niemców, jest oszczerstwem". I zaraz dalej:
Każdz kto poczuwa się do polskości, ma obowiązek bronić się przed nim". Proszę
mi powiedzieć w oparciu i już o te zdumiewające sądy, kim właściwie jest ich
autor, kogo reprezentuje--i czyich interesów tutaj broni?
Jest to o tyle paradoksalne, że cała ujawniająca się ostatnio naszym oczom baza
dowodowa, żmudnie wydobywana przez prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej,
zmierza dokładnie w strong przeciwną. Dzień po dniu staje się jawne, że
zbrodnia w Jedwabnym była, tak jak to przez 60 lat uważano, dziełem okupanta
niemieckiego, a udział Polaków był w niej marginalny, wymuszony i niejasny. Nie
są to tylko studia i analizy dokumentów czynione "w marszu" przez prof. Tomasza
Strzembosza i kilku innych prawdziwych historyków, mających reputację i zasady,
nie traktujących też swojej pracy jako koniunkturalne usługi dla określonych
grup dzisiejszych polityków. Badaczy tych, dobrze znanych publicznemu ogółowi,
nie można posądzać o to, o co Jan Nowak-Jeziorański pomawia w swoim artykule
własnych rodaków, którzy ośmielają się podważać wiarygodność "świadków" i "w
ten aposób oddalają się od tego, co stanowi--meritum sprawy".
Właśnie, co jest tutaj "meritum sprawy"? Z tekstu "Rzeź w Jedwabnem" wygląda,
że nie jest nim bynajmniej dotarcie do prawdy i faktów, ale wyegzekwowanie
planu rzucenia Polaków na kolana, wyekspediowanie z misją pątniczą prezydenta
RP, premiera i prymasa do Jedwabnego, aby na oczach reporterów i agencji
medialnych z całego swiata błagali naród żydowski o przebaczenie... Uchodzący
za polakiego patriotę Jan Nowak-Jeziorański narzeka, że "debata zaczyna
zmierzać w falszywym kierunku", ponieważ kwestionuje się wiarygodność książki
Grossa i założony z góry plan zaczyna się wykolejać. Tylko komu plan ten miał
służyć--rodakom czy sponsorom książki "Sąsiedzi", którzy zamierzali na niej
ubić swój moralny kapitał?
Ani przez chwilę Nowaka-Jeziorańskiego nie interesują publiczne szkody, jakie
wyrządza książka Grossa, oparta na fałszywym założeniu i nie mająca wartości
naukowego dokumentu, za to nagłaśniana już w wielu krajach zachodu przez
doskonale wazystkim znanych, dawnych wrogów Polski, prawdziwych "polakożerców",
z Abrahamem Brumbergiem na czele. Nowaka niepokoi wyłącznie "jakikolwiek wybuch
nieoantysemityzmu", czyli fali oburzenia Polaków na widoczną już dla każdego,
grubo szytą manipulację. Taka ewentualność, zdaniem Nowaka--"w Polsce
wyrządziłaby straszne szkody, nie żydom, bo pozostało ich w Polsce zaledwie
kilka tysięcy, lecz pozycji i dobremu imieniu Polski w świecie". Tak więc w
każdym przypadku troską legendarnego "kuriera z Warszawy" są tylko i wyłącznie
kalkulacje, plany i skuteczność akcji żydowskiego lobby...
Stąd ponowiony dziś apel, „by Polacy koniecznie przeprosili za Jedwabne”
niezależnie już od tego, jakie konkluzje na temat sprawców przedstawi niebawem
specjalnie powołana w tym celu Komisja Inatytutu Pamieci Narodowej--rysuje się
jako bardzo dziwny i zawiły myślowo. Nowak-Jeziorański w trybie przypominającym
szmańskie zaklecia, wmawia teraz czytelnikom: "Czy więc nie powinniśmy, jako
Polacy, poczuwać się do moralnego obowiązku przeproszenia za czyn zbrodniczy,
popelniony przez naszych braci?" Powołuje się przy tym i na kanclerza Brandta,
który przepraszał za zbrodnie Hitlera, którego nie był ani sympatykiem ani
wyznawcą, to znów na polakich biskupów, którzy "wybaczyli Niemcom i prosili o
wybaczenie", choć tu Nowak zastrzega się już, abyśmy nie oczekiwali tej samej
wzajemności od żydów! Pisze: "Akty przeproszenia i przebaczanie nie są towarami
wymiennymi i nie mogą być przedmiotem przetargu na zasadzie: ja przeproszę
ciebie, jeśli ty mnie przeprosisz. W myśl nauki Chrystusa" (tak tak, pisze to
Jan Nowak!) "żale za grzechy są obowiązkiem sumienia, więc nie mogą się opierać
na zasadzie wzajemności".
Pozostawmy już w spokoju faryzejską spekulację, mętlik słów i pojęc, w których
gmatwa się "fałszywy autorytet", tym razem starający się być ekspertem w
kwestii nauk Koscioła (?!). Zapytajmy raczej, kto tak uporczywie ponawia
wyzwania o coś, na czym mu osobiście tak bardzo zależy--czy doprawdy ktoś, kogo
się słucha--i ktoremu się ufa, człowiek, który cieszy się społecznym
autorytetem? W obsesji Jana Nowaka--Jeziorańskiego, który z uporem desperata
pcha koniecznie prezydenta RP, premiera i prymasa do wdziania pokutniczej sukni
i ruszenia na kolanach, w prochu--do Jedwabnego, bo sytuacja ta i obraz są
czymś, na czym chyba nie tylko jemu tak bardzo zależy, kryć się może daleko
ciekawszy kompleks własnej winy, kompleks nie złożonych dotąd przeprosin i
ekspiacji za niegodne, osobiste czyny.
Nie jest od dawna tajemnicą, bo ujawnili to już w paru publikacjach książkowych
wspąłpracownicy radia "Wolna Europa", wśród których pracował Jan Nowak-
Jeziorański, że przegrał on lata temu proces o zniesławienie, wytoczony
niemieckiemu funkcjonariuszowi, który zidentyfikował go jako współpracownika
niemieckich władz okupacyjnych na terenie Generalnej Guberni. Po prostu, Jan
Nowak-Jeziorański pracował dla hitlerowców jako ich zaufany i lojalny
zarządca "przejętego mienia pożydowskiego". Pytany o ten epizod wyjaśniał, że
do pracy tej skierowało go dowództwo Armii Krajowej, aby zapewnić mu "żelazne
dokumenty", niezbedne w jego dalszej, konapiracyjnej pracy. Być może i w tym
przypadku poznamy kiedyć