Gość: andrzeja
IP: *.icpnet.pl
28.05.01, 20:38
W poprzedniej części przedstawiłem pośrednie, ale logiczne i uzasadnione
dowody, że to, co stało się w Jedwabnym, nie stanowi zbrodni kainowej, ani
wewnętrznej, zamieszkałej tam ludności. W dużym skrócie: pierwszym i
najważniejszym dowodem jest fakt, że nie jest to zbrodnia izolowana, ale jedna
z łańcucha wielu zbrodni seryjnych, które w lipcu 1941 zdarzyły się na ziemiach
posowieckich i tylko tam. Najwyraźniej zorganizowane i kierowane z jednego
ośrodka. Ten argument jest właściwie niepodważalny i w żaden sposób nie da się
pominąć. Jednak ponadto twierdzę, że ludność polska nie miała motywu, gdyż
rzekoma wina Żydów za zbrodnie i prześladowania ZSRR w stosunku do Polaków jest
fałszem, dorobionym później przez propagandę hitlerowską, zaś wtedy nie mówiono
o nienawiści i karze. Żydzi żyli na tych ziemiach od wieków w dobrych
stosunkach z Polakami, a od czasów carskich można powiedzieć pod parasolem
ochronnym, osłaniającym ich od pogromów i „czarnej sotni” Absurdem jest
przypuszczenie, że te stosunki nagle tak się popsuły, aż ludność polska wpadła
w jakiś dziki amok. Wreszcie, nawet gdyby coś takiego się zdarzyło, to Żydzi
stanowili większość i mogli by skutecznie się bronić. Przecież dysponowali
przewagą sił nawet, gdyby wszystkich Polaków naraz ogarnął atak wścieklizny.
Tymczasem z dokumentów wynika, że przestępców było kilkunastu. Teoria
spiskowa, zbiorowe sprzysiężenie, omerta? To czysta bzdura.
Wreszcie sposób popełnienia zbrodni, absolutnie nieprawdopodobny, jaki nigdy
dotąd nie zdarzył się na ziemiach polskich i w wypadku Polaków, wyraźnie
wskazuje, że to - „inni szatani byli tam czynni”.
Przechodzę od ogólnych stwierdzeń, do mniej znanych informacji z tego
konkretnego terenu. Należy bowiem wyjaśnić, dlaczego z wielu prowokacji i prób
wbicia klina między Polaków i Żydów, wszystkie uprzednie od października 1939
kończyły się niepowodzeniem, a tylko te w dolinie Biebrzy odniosły sukces,
można powiedzieć – triumf zła.
Oczywiście nie znam wszystkich szczegółów, lecz posługuję się, w ogólnych
zarysach analogią do mechanizmu prowokacji z 1939r. W 1941 trudności były
mniejsze, niż w 1939r. na przykład nie były potrzebne mundury Polskiego
Wojska, lub np. Związku Powstańców itp. Wystarczały chłopskie kurtki. Także
przekraczanie granicy, nie stanowiło problemu, gdyż panowano nad całym terenem.
Oczywiście, cały teren prowokacji pozostawiono celowo pusty, za wyjątkiem
małych posterunków. Zupełny ich brak zwracałby przecież uwagę, a poza tym mogły
być potrzebne, choćby do utrzymania łączności. Obecność małej ekipy
dokumentalistów, łatwo wytłumaczyć czystym przypadkiem, a w końcu chodziło
przecież o materiały propagandowe.
Można przypuszczać, że większy odpowiednik „oddziału dyspozycyjnego SS” z
Gliwic, wg terminologii z 1939r, albo już Einsatzkomando, a może po prostu
Wolfpack – jak prywatnie lubił mawiać „Wódz”, został sformowany na terenie Prus
Wschodnich. Po krótkim, intensywnym szkoleniu, przekroczył czasowo opróżnioną
granicę Rzeszy i wzdłuż dawnych szlaków przemytniczych, prowadzony przez
przewodników z lokalnej agentury, przesunął się w dolinę Biebrzy. Ten oddział
musiał liczyć co najmniej kilkuset zbójów, gdyż w samym Jedwabnym mieszkało
ponad 1600 Żydów, w tym zapewne ok. 400 mężczyzn. Zrezygnowano z transporty
motorowego, choć Niemcy nie przywykli do dłuższych marszów. Ale przecież chodzi
o odległość, którą przemytnicy przebywali w ciągu jednej nocy, a poza tym
mordercy posługiwali się też wozami konnymi (tak wynika z opisów, a przecież
prawdziwi chłopi bardziej niż własne życie chroniliby i chowali konie, nigdy
nie ryzykując jazdy wozem w strefie przyfrontowej gdzie zaprząg w każdej chwili
mógł zostać zarekwirowany dla potrzeb wojska i to wraz z woźnicą). Zapewne
część tej ekipy brała bezpośredni udział w zbrodni, reszta otaczała i
ubezpieczała teren, na wypadek gdyby mazurscy chłopi próbowali okazać
solidarność z Żydami, jak za carskich czasów. Jednak prawdopodobieństwo było
małe, gdyż świeżo po przejściu frontu, obowiązywały przepisy prawa wojennego,
to znaczy zakazane były wszelkie zgromadzenia ludności. Jak wiadomo, wojsko
niemieckie miało prawo bez ostrzeżenia, otwierać ogień do każdej grupy liczącej
ponad 3 osoby.
Dla powodzenia akcji, kapitalne znaczenia miały znajomość terenu, oraz
mianowanie na stanowisko burmistrza Jedwabnego Karolaka. Wszystko wskazuje, że
był to kadrowy pracownik, może lokalny rezydent Abwehr’y. Polskie Władze
Podziemne wydały wyrok śmierci na Karolaka na tej podstawie, że dopuścił się
zdrady i od dawna był niemieckim agentem (zapewne przed wojną). Może uda się
odszukać sentencję tego wyroku. Wiadomo, że wyroku nie zdołano wykonać, a
Karolak przez pewien czas pełnił jakieś funkcje urzędowe w Prusach Wschodnich,
bardzo szybko uznany za Reichsdeutscha. Potem tajemniczo zniknął, być może
został wycofany, a w ten sposób wywiady opiekują się kadrowymi pracownikami.
To Karolak wybrał najgorsze szumowiny i zajął się udekorowaniem przybyłej
ekipy esesowskich zbójów, polskimi przestępcami. Ilu Polaków zdołał
zmobilizować do współpracy w Jedwabnym? Trudno ustalić, ale chyba nie wiele
więcej, niż wymieniono w śledztwie i akcie oskarżenia, około dwudziestu. Może
jeszcze kilku posłuchało go, a następnie postarało się ukryć. Szacunkowo, w
Jedwabnym mogło być około 225 polskich mężczyzn, 22 odpowiadałoby w
przybliżeniu 10% ludzi złych, zbliżone do przeciętnej średniej. Absurdem jest
przypuszczenie, że taka liczba zdołałaby dokonać egzekucji 1600 osób, w tym
około 400 mężczyzn. I to bez broni, bo przecież kije i miotły miały obie
strony, a baty i nawet siekiery też były równo dostępne. Więcej zbrodniarzy nie
znaleziono, mimo że mieszkańcy znali się nawzajem i trudno przypuścić, by
któryś mógł nie zostać dostrzeżony.
Wątpię, żeby Karolak pełnił funkcje dowódcze, na pewno nie jak były agent
Abwehr’y w środowisku SS. Dowodził ktoś inny, być może zakamuflowany na
posterunku żandarmerii, gdzie miał dobry dostęp do łączności, albo w ekipie
sprawozdawców i fotografów. Tym nie mniej, uważam, ze należy dokładnie zbadać
wszystkie ślady po Karolaku. A także, poprosić o prawo dostępu do zachowanych
dokumentów placówki w Ełku, ew. kopii pozostałych w centralach Abwehr’y.
Wprawdzie Abwehra na pewno nie brała udziału w zbrodniach, ani w dolinie
Biebrzy ani podobnych, ale nie mogła odmówić wykonania rozkazów i usług.
Sądzę, że polskie władze otrzymają zgodę, mimo, że sprawa jest dla wszystkich
nieprzyjemna. Poszukiwania w archiwach, nie wiedząc dokładnie czego się szuka,
to strata czasu, jak np. z RSHA. Lepiej już przejrzeć porządnie prasę
hitlerowską – zawsze może trafić się łut szczęścia.
Przedstawiam najpełniejszą, logiczną i pasującą do wszystkich znanych faktów
teorię. Warto ją sprawdzić. Prywatnie byłbym skłonny postawić głowę, gdyby ktoś
przyjął taką stawkę. Ale serio, jestem gotów podjąć dyskusję z każdym, kto
sądzi, że dostrzegł jakiś błąd w tej analizie.
PS. Pozwalam sobie wspomnieć jeszcze jeden fakt, o którym obecnie już prawie
nikt nie wie. Dużo później, doszło do rozpaczliwej próby powstania w Getcie
Białostockim, którą można uważać za próbę czy wzór, dla lepiej przygotowanego
powstania w Getcie Warszawskim. Działał tam ŻZW, współpracujący blisko z AK.
Jednak także AK, nie była w stanie udzielić więcej niż symbolicznej pomocy,
zaledwie zdołała sama odbudowywać wciąż rwącą się sieć organizacyjną i utrzymać
podstawową drogę komunikacyjną na wschód, do Wilna. Wtedy już Białystok wraz z
Podlasiem, doliną Biebrzy itd. przyłączono do III Rzeszy, warunki wiele
trudniejsze i aż dwie granice.