Gość: Płotforny Płotfór
IP: *.echostar.pl
20.03.05, 13:43
To pytanie zamieściłem już w jakimś innym, pobocznym wątku, ale z braku poczytności oraz jego wagi dla mnie zostałem zmuszony do skierowania go na główny tor.
Już dwadzieścia parę lat egzystuję (nie mylić z żyję) na tym ziemskim padole. Nigdy nie byłem w żadnym związku. Występuje u mnie paniczny strach przed związkiem bez przyszłości. Powiedziałbym nawet, że nie tyle przed samym związkiem co przed wizją tego, że będę musiał w niedalekiej przyszłości powiedzieć drugiej stronie, że nasz związek był totalnym nieporozumieniem. Spotkałem na swojej drodze wiele interesujących, ładnych i inteligentych kobiet, ale do żadnej nie poczułem tego czegoś. Mimo, że z drugiej strony mogłem liczyć na zainteresowanie, to zawsze tworzyłem wokół siebie nieprzekraczalną barierę. Większość moich znajomych korzysta z każdej nadażającej się okazji na dobrą zabawę. Ja natomiast darzę kobiety zbyt dużym szacunkiem, by je w jakikolwek sposób wykorzystywać. Granie na czyjchś uczuciach uważam za najwyższy wyraz sadyzmu. Dlatego, gdy nie czuję żadnych pozytywnych wibracji, nie podejmuję żadnych działań, a wręcz staram się drugą stronę uświadomić, że nic z tego nie będzie. Natomiast, gdy spotykam kobietę, która mi sie zwyczajnie podoba zamieniam się w słup soli. Nie jestem sobą, gadam bzdury i zamiast myśleć nad tym co powiedzieć, myślę nad tym co przed chwilą powiedziałem. Czy to jest normalne?? Widząc, jak często inni faceci myślą innymi częściami ciała aniżeli mózg twierdzę, że odbiegam znacząco od normy. Jak tak dalej pójdzie to umrę w samotności, dlatego liczę na jakąś pomoc, póki jeszcze tli się dla mnie jakaś iskierka nadziei. Być może ktoś jest w stanie określić poziom mojej degeneracji. Czy jestem uleczalnym przypadkiem, czy też trzeba mnie zwyczajnie dobić, gdyż jestem totalnym wykolejeńcem?
-dodam, że jak na Płotfora nie jestem okropny, wręcz przeciwnie, jestem miłem płotforem. W dodatku nie takim płotfornym.