emerytka2006
23.02.07, 17:01
Powoli zaczynam się przyzwyczajać do tego, że żyjemy w kraju zaburzonym
światopoglądowo i że przyjdzie mi zemrzeć w państwie, w którym aborcja jest
dozwolona w jak najwęższym zakresie, widok całujących się mężczyzn wprawia
tłumek w osłupienie, a mord w Jedwabnem to akt sprawiedliwości dziejowej
umęczonego przez Żydów i Sowietów narodu.
Jednak to co usłyszałam dzisiaj, przeszło moje najśmielsze podejrzenia co do
idiotyzmu polskiej szkoły. Otóż dzieci koleżanki (powiedzmy, że grubo
młodszej ode mnie) od paru lat uczęszczają na zajęcia z PDŻWR (Przygotowanie
do Życia w Rodzinie). Wiadomo czego się można spodziewać od takiego
przedmiotu (już sama nazwa wprowadza nas w klimat "jedynie słusznej odnowy
moralnej") - mówi się tam o szkodliwości antykoncepcji hormonalnej, propaguje
czystość przed- i małżeńską, naucza posługiwania się kalendarzykiem i metodą
śluzowo-termiczną.
Niby wszystko jasne, ale...
Podobno pani od PDŻWR ("przypadkowo" przedmiot ten prowadzi katechetka)
opowiada dzieciom o tym, że:
- od używania prezerwatyw można zachorować na raka
- aborcja jest często mniejszym (!) złem niż antykoncepcja, bo "antykoncepcja
z góry zakłada brak otwartości na życie"
- onanizm powoduje poważne zaburzenia psychiczne, łącznie z możliwością
zachowania na schizofrenię
- współżycie seksualne przed małżeństwem jest grzechem niezmazywalnym
(ciekawe co na to np. ks. Boniecki?)
- obrzezanie prowadzi do zmniejszenia satysfakcji ze współżycia.
Przepraszam - jeśli państwowa szkoła za pieniądze świeckiego w 50% podatnika
ma nawijać na uszy młodzieży taki narodowo-kościelny makaron to ja chyba
(stara marksistka) opowiem się za prywatyzacją szkolnictwa...
Wciąż jednak wierzę, że kiedyś wreszcie doczekamy się wychowania seksualnego
z prawdziwego zdarzenia. Pytanie kiedy?