sibeliuss
17.08.07, 18:00
Koleżanka prowadza się ze swoim facetem prawie 10 lat, oboje po trzydziestce.
Jemu urósł brzuch, ona wygląda na tyle ile ma. W tygodniu ciężko pracowali, w
weekendy baletowali. Dorobili się iluś tam, kolejnych aut, mieszkania (zaczęli
od kawalerki, teraz 3 pokoje). Siedzieli na kocią łapę, raz było dobrze, innym
razem gorzej, jak to w życiu.
Nagle rewolucja, biorą ślub. Przygotowania jak przy biegunce, podniecenie
jakby była dziewicą. Koniecznie weselicho, suknia z trenem i welonem na 10
metrów, ecru i na pałąkach. Przygotowania od początku roku, jej dekiel się
chyba na tym punkcie przesunął, czytała setki forów dyskusyjnych, zaczęła
prenumerować Młodą Parę i jakieś inne gnioty. Jedynym tematem stał rzeczony
ślub, ma być arcy i cały świat ma wiedzieć, że po 10 latach wspólnego spania
wreszcie podpiszą papierek (jak kiedyś o tym mówili). Świadkowie dobierani
wyglądem (i tu omal nie trafił mi się zaszczyt, ale odmówiłem dodając że na
prezent za kilka tysięcy nie mają co liczyć i to przeważyło).
Po kilku piwach on w cztery oczy stwierdził, że raczej lepszej kobiety na żonę
to nie znajdzie, bo już to przerabiał. Ona na gg napisała, że może cudowny nie
jest, piękny też nie koniecznie, ale ona już go dobrze zna i to wystarczy.
Już wtedy głośno zastanowiłem się, czy po 10 letnim, jakby nie było, związku
nie lepiej wziąć cichy ślub i dalej żyć jak do tej pory. Oburzenie było
potężne i powalające.
No i powiedzcie mi, czy oni mają rację, czy jednak mój śmiech jest uzasadniony.