a_la
25.08.07, 00:03
Wybaczcie, nie mam komu i wstydze sie ,a musze to z siebie wyrzucic jak
najpredzej w kazdy mozliwy sposob.
Znajomosc wirtualna, wszystko potoczylo sie szybko, trwalo rok az wydalo sie
przypadkowo i zobaczylam na wlasne oczy ten koszmar, ktory dzial sie za moimi
plecami.
Bylo w tej znajomosci wszystko, lacznie ze wzajemna wymiana zdjec wlasnych i
RODZIN.
Byly wyznania milosci,fascynacja, zauroczenie, wirtualny seks. Byly moje
ulubione kwiaty przesylane poprzez kwiaciarnie internetowa, prezenty, obchody
imienin, wszelakie obchody waznych dla nich dat.Skala uzaleznienia , bliskosci
i emocjonalnej wiezi ogromna.
Byly opisy calego naszego zycia, kazdej imprezy, z ktorej wrocilismy, opisy
charakteryzujace mnie i moje uczucia, o ktorych myslalam, ze sa tylko nasze. I
bylo opisywane tez zycie naszych najbizszych wieloletnich przyjaciol, nawet
imieniny u nich i szczegoly ich zycia.
Wiedzieli o sobie WSZYSTKO i wszystko o swoich partnerach, rodzinach i
przyjaciolach.
Bylo w ciagu roku 1200 maili, setki telefonow i esemesow. Ponoc nie bylo
spotkania na zywo ale mowilo sie o tym.
To niby strona meska nie ulegla, nie doczytalam ze klamie.
Gdy to zobaczylam i przeczytalam, nadziwic sie nie moglam, ze nie umarlam
natychmiast bo wyraznie czulam jak serce przestaje mi bic.
W jego oczach to nie zdrada bo nie fizyczna, ze to tylko wirtualne to
nieszkodliwe.
W mojej opinii zdradzil mnie z premedytacja i w pelni swiadomie w najgorszy
mozliwy sposob na wszystkich mozliwych plaszczyznach.
Mial swietne warunki do romansu bo pracuje przy komputerze, czesto nocami i
w domu. Ja na zewnatrz.
Odkrylam nagle czlowieka, ktorego nie znalam, swietnego aktora i rezysera
calosci. i uderzyl we mnie piorun.
Jesli ktos powie, ze sie nie da to da sie - w jednej chwili ulecialo ze mnie
uczucie do niego a bylo glebokie i wieloletnie.
Zaluje tylko, ze wdalam sie pozniej w jakakolwiek dyskusje na ten temat- on
mnie kochal i kocha , on nie wiedzial, ze robi mi krzywde, jemu nie
przeszkadzalo kochac sie ze mna po rozmowie tel. z nia, on nas obie rozdzielal.
Rzygalam jak kot, popadlam w powazna chorobe zoladkowa, z ktorej nie moge sie
wygrzebac.
Wydawalo mi sie, ze akurat z jego strony nic podobnego mi nie grozi, bylam
pewna, ze jestem najwazniejsza i najbardziej kochana osoba w jego zyciu.
Wiem, ze bedzie to powtarzal, jak nie z ta to z inna.Odeszlam a on zabiega o
chociaz o resztki tego co zostalo.
Nie dam rady bo ufalam mu najbardziej na swiecie a on przez rok dokonywal
na mnie obrzydliwych niegodziwosci i rozerwal na strzepy moja kobiecosc i
czlowieczenstwo.
I chociaz wiem, ze nie wart byl moich lez i choroby, to jednak dochodzenie do
siebie po tym ciosie zadanym nagle, nie idzie tak latwo jak bym chciala -
ale dam rade.
Obrzydzenie czuje do nas obojga, do siebie za to, ze bylam slepa i ze przez
ten rok pozwalalam mu sie dotykac.
Nie jestem w stanie wybaczyc mu krzywdy jaka mi zrobil.Nie jestesmy zwiazani
slubem, mogl odejsc gdy tam az tak zaiskrzylo, ze zaczela sie zdrada. A on
wciagnal mnie w to swoje bagno chociaz nie musial.