wolf69
07.07.09, 14:08
Działacze gejowscy i ich poplecznicy doprowadzili bowiem do zmiany
znaczenia pewnych słów, zastąpienia starych pojęć nowymi, mając
świadomość, że to, jak mówimy, wpływa na to, jak myślimy.
Najistotniejsza rewolucja dokonała się niepostrzeżenie w medycynie i
psychologii, a szerzej w świecie medialnym.
I wcale nie chodzi tu o zastąpienie mało sympatycznego słowa „pedał”
czy bardziej fachowego określenia „pederasta” infantylnym
terminem „gej” (angielskie słowo „gay” oznaczało wesołka), ale o
wprowadzenie do debaty publicznej, a nawet do języka ludzi Kościoła
terminu „orientacja seksualna”.
Termin ten, wbrew temu, co próbuje nam się wmówić, wcale nie jest
bowiem obojętny aksjologicznie i naukowo sterylny. Przeciwnie –
zakłada bardzo konkretne poglądy moralne, czyli uznanie, że homo-,
bi- i heteroseksualizm są tak samo uprawnionym sposobem uprawiania
seksu i budowania relacji. Wniosek z tego założenia może zaś być
tylko jeden: nie ma powodów, by jedną z tych orientacji uznawać za
lepszą czy bardziej pożądaną od innych.
Takiego wniosku nie da się zaś oprzeć na wynikach nauk empirycznych.
Z faktu bowiem, że relacje homoseksualne występują niekiedy w
przyrodzie (czego dowodem ma być wielbiona przez gejowskich
lobbystów para homoseksualnych pingwinów w niemieckim Bremerhaven)
nijak nie wynika, że takie zachowanie jest normalne czy moralnie
akceptowalne. Gdyby tak było, to prawodawstwo czy publiczna
moralność byłaby zmuszona uznać za normę także zjadanie swoich
partnerów po odbytym stosunku seksualnym (bo i to się zdarza w
przyrodzie).
Działacze gejowscy mają świadomość tego, że ich argumenty na
poziomie naukowym są słabe, dlatego próbują zakazać prowadzenia
jakichkolwiek badań mogących przynieść ustalenia niezgodne z ich
oczekiwaniami. Wymuszone na Amerykańskim Towarzystwie
Psychiatrycznym czy Światowej Organizacji Zdrowia decyzje o
wykreśleniu homoseksualizmu z listy chorób traktowane są jak
objawienie, którego nikomu nie wolno podważać.
Psycholog, socjolog czy choćby polityk, który odważy się
zasugerować, że homoseksualizm jest odstępstwem od normy, zostanie
skazany na wieczną infamię, a próba zorganizowania z nim spotkania
(o czym przekonali się w Polsce studenci z Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego, którzy chcieli się spotkać z doktorem Paulem
Cameronem) kończy się nieodmiennie histerią i wzywaniem do
zaangażowania policji czy prokuratury do walki z nienawiścią.
...
Taka jest logika postępu rewolucji homoseksualnej. Jeśli godzimy się
na uznanie, że prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia
w stosunkach dwóch partnerów, a jedynym celem jest zadowolenie
uczestników tej relacji, to nie ma powodów, by czynić różnicę między
relacją homoseksualną a zoofilską. Żart Macieja Rybińskiego może już
niebawem stać się ciałem. Tyle że autorem listu w obronie praw
seksualnych zwierząt będzie nie koza Mećka, ale Kampania przeciw
Zoofobii albo jakiś wojowniczy publicysta „Gazety Wyborczej”, który
oznajmi, że żarty ze związków zoofilskich „obrażają nas wszystkich”.
Czy rzeczywiście chcemy takiego świata?
ale artykuł! 10/10 !!! Gratuluję panie Tomaszu Terlikowski!!!
www.rp.pl/artykul/2,324794_Rewolucja_homoseksualna.html