Gość: IK
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
15.07.07, 21:51
www.tvn24.pl/1398167,61,blog.html
Ikarus moja miłość
Zobaczyłem Go wczoraj, gdy jechałem na zdjęcia. Jak gdyby nigdy nic toczył się
dwupasmówką w kierunku granicy miasta. Z zadziwiającą sprawnością zmieniał
pasy i tylko trochę się przechylił na boczek. Zdradzało go malowanie,
nieużywane w stołecznej komunikacji miejskiej od dobrych dziesięciu lat.
Najwyraźniej wyciągnęli go z najdalszego końca garażu. Któż to? Ikarus, mój
ulubiony środek transportu miejskiego.
Niemiłosiernie trzęsie, a na każdej z licznych nierówności drogi rytmicznie
klekoczą szyby. Kiedy bierze zakręt, swój koncert zaczyna skrzypiący przegub.
Ach, ten przegub! Pełen dziur, z których podczas deszczu leje się woda. Cały
pocerowany metalowymi zszywkami. I jeszcze zapach gnijącej po latach gumy.
Przy przegubie barierki, na których jako dziecko uwielbiałem siadać, patrząc z
góry na współpasażerów. Jakoś wtedy nikomu taka podróż nie przeszkadzała.
Jako szkrab - jak każdy szkrab - uwielbiałem siadać w pierwszym rzędzie przy
kierowcy i obserwować jak prowadzi pojazd. Przez kilka lat całkiem serio
myślałem, żeby w przyszłości siedzieć za kółkiem... Siedzieć jak siedzieć,
kółko jak kółko - ale te guziki do otwierania drzwi, to dopiero była
fascynująca perspektywa! Naciskasz, słychać pssss, potem łubudu i drzwi się
otwierają. Znowu naciskasz, bzzzzzzz, psssss, łubudu. Drzwi się zamykają,
babcie przycinają.
Kiedy byłem ciut większy, czekałem na moment, gdy tak już podrosnę, że będę
mógł się chwycić górnej poręczy. A kiedy już jej dosięgałem - czyli pewnie tak
koło szóstej klasy - doceniłem z kolei urok podróży na końcu. Tam, gdzie
galeria dla publiczności przy panoramicznej szybie pozwalała podziwiać widoki
Warszawy. Podróż z centrum do domu trwała zwykle 40 minut, więc czasu na
podziwianie było sporo. W liceum człowiek już na tyle wyrósł, że najlepszym
miejscem w Ikarusie okazały się fotele tyłem do kierunku jazdy oferujące
niedościgniony dziś nawet w Boeingu Dreamlinerze komfort podróży z
wyciągniętymi nogami.
No ale dziś prawdziwych Ikarusów już nie ma. Te, które jeszcze jeżdżą, to
najczęściej (aby zachować integralność karoseryjną, czyli nie rozpaść się po
drodze) musiały przejść generalny remont. Zresztą - ile ich jeździ? Poza
Warszawą chyba większość polskich miast już się węgierskich cudów pozbyła.
Właśnie - mam wrażenie, że to wcale nie Tokaj i nie Gulasz, ale Ikarus jest
prawdziwym hitem eksportowym Węgier. Przecież tymi autobusami jeździli wszyscy
obywatele demokracji ludowych - od Władywostoku po Hawanę. Wtedy Ikarus nie
miał jednak szczęścia do promocji i marketingu. Dopiero dziś odbiera hołdy
wdzięczności. Bo czy ktoś słyszał o wystawie malarskiej poświęconej autobusowi
miejskiemu? Nie? A była - w Warszawie i to naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego.
W roli głównej Ikarus w wersji classic.
www.tvn24.pl/1398167,61,blog.html