basia.basia
07.09.04, 11:06
Publicystyka 03-09-2004
MACIEJ RADWAN RYBIŃSKI: Felieton sportowy
Poolimpijski spokój
Podobno sport to zdrowie. Bardzo możliwe, ale chyba nie psychiczne. Po
niedostatecznych sukcesach polskich sportowców w Atenach, uznanych za klęskę
cała chmara ludzi związanych zawodowo albo tylko emocjonalnie ze sportem
zaczęła okazywać przejawy zapaści umysłowej. Wyłączanie rozumu zarówno w
chwilach klęski, jak i triumfu to zdaje się nasza cecha narodowa.
Pamiętam czasy, kiedy odnosiliśmy w sporcie znaczne sukcesy i ówczesna
euforia była równie nieokiełznana jak obecne szlochy i darcie szat. Polscy
sportowcy posłani do Aten nie potrafili biegać równie szybko, rzucać równie
daleko i trafiać równie precyzyjnie do celu jak inni. Zaczęło się oczywiście
poszukiwanie winnych. I jak w tej anegdocie o Stalinie: - Kto kichnął? Nikt
się nie przyznaje. - Trzeba będzie rozstrzelać wszystkich.
Zacząć by trzeba od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Jest on podobno
wielkim miłośnikiem i protektorem sportu, co w praktyce sprowadza się do
tego, że grywa w tenisa z najbogatszymi ludźmi w Polsce i promuje na sportowe
synekury swoich przyjaciół. Czy Polacy powinni raczej zdobywać medale
olimpijskie z tego powodu, że prezes PKOl to kolega prezydenta, czy też
bardziej dlatego, że Kwaśniewski potyka się na korcie z Krauzem, tym od
Prokomu? Co to wszystko razem ma wspólnego ze sportem w normalnym rozumieniu
tego pojęcia?
Stanisław Paszczyk, który właśnie bryknął prezydentowi i nie pozwolił się
pokornie dać do dymisji, ale hardo oświadczył, że nie widzi powodu, bo za nic
nie jest odpowiedzialny, jest symbolem sytuacji polskiego sportu, dlatego
jego pomnik powinien zostać wyrzeźbiony w marmurze, najlepiej przez Mitoraja,
i ustawiony przed pałacem, który sobie PKOl za 40 milionów złotych wystawił w
Warszawie.
Ten biurowiec, w którym najważniejszym pomieszczeniem, obok gabinetu prezesa,
jest sala konferencyjna, gdzie dyskutuje się sposoby zdobywania medali, ma
charakter symbolu dla miejsca, jakie zajmuje w Polsce sport. W jego
pomieszczeniach młodzież może na komputerze obejrzeć sobie symulacje biegu
przez płotki albo rzutu dyskiem i potem spokojnie iść na piwo i papierosa.
Niedaleko też można kupić trawkę albo działkę czegoś mocniejszego.
Polski Komitet Olimpijski, który ma dziś pałac, mieścił się kiedyś w dużym co
prawda, ale w mieszkaniu warszawskiej kamienicy niedaleko Sejmu i wydawał tam
swój biuletyn, redagowany przez grono starych, emerytowanych już dziennikarzy
sportowych, którzy niejedną olimpiadę widzieli i całkiem nieźle znali się na
sporcie. Kolega prezydenta Kwaśniewskiego, Stefan Paszczyk, rozgonił całe to
towarzystwo i robienie biuletynu powierzył za znacznie większe pieniądze pani
Danucie Rosati, żonie byłego ministra spraw zagranicznych, obecnie członka
Rady Polityki Pieniężnej, kolegi Paszczyka i oczywiście prezydenta
Kwaśniewskiego też.
I tak jest ze wszystkim w tym naszym sporcie, bo sport dzisiejszy to
pieniądze i stanowiska, a nie bicie rekordów i zdobywanie medali. Biedni
sportowcy, na których dziś też wiesza się psy, że nie dali z siebie
wszystkiego i zawiedli pokładane w nich nadzieje, są tylko pretekstem, są
alibi dla osobistych karier. Jak się już wszyscy zorientują, w jakiej grze
biorą udział, czemu, komu i do czego są potrzebni, to sobie dadzą spokój i
nie będziemy już mieli wyczynowców. Zostaną nam sami działacze.
Znam Stefana Paszczyka od dziesięcioleci. Kiedy studiowałem, Paszczyk był
zastępcą szefa Studium WF na Uniwersytecie Warszawskim i opiekunem AZS z
ramienia władz uczelni. Był to bardzo miły i skromny facet, ale w tym czasie
jakoś mu przeszło. Został dygnitarzem. Wprawdzie tylko od sportu, ale jednak
dygnitarzem. Salonowcem. Pobudował pałac sportu i obstawił go rzeźbami. A
trzeba było ten pałac obstawić, jak każde osiedle mieszkaniowe w Polsce,
tablicami zakazującymi grać w piłkę i grożącymi surowymi karami za deptanie
trawników w ogóle. Najwyżej dla wycieczek szkolnych można by postawić przed
pałacem trzepak, najpopularniejszą w Polsce instalację sportową.
W ogóle sądzę, że ta siedziba PKOl powinna stanąć na płycie boiska
warszawskiego Stadionu X-lecia. Piękne miejsce, bardzo właściwe dla
kierowania polskim sportem. Dookoła stragany, drobny handelek, można nawet
kupić przemycane z Rosji anaboliki i inne środki wspomagające, stanowiące
dziś podstawę sukcesów sportowych, także olimpijskich.
Podobno nie ma pieniędzy. To chyba przesada. Trochę pieniędzy jednak jest, z
całą pewnością można by je lepiej spożytkować. Zamiast na pałace i salony, na
powszechnie dostępne dla młodzieży obiekty sportowe. Gdyby godzina gry na
korcie kosztowała taniej niż flaszka bełta, miałoby to większe znaczenie dla
sportowego rozwoju niż uczone sympozjum.
Krytycy naszego systemu sportowego, też rozjuszeni klęską, zdaje się stracili
kontakt z rozumem. PiS zaproponował powołanie ministerstwa sportu. To znaczy
utworzenie nowego urzędu, wypchanego urzędnikami. Jaka z tego miałaby być
korzyść dla dzieci, które mają kilka godzin wf tygodniowo, albo i tego nie,
szczególnie zimą? Czyżby bracia Kaczyńscy naprawdę sądzili, że Polska
odniesie spektakularne sukcesy na następnych igrzyskach, jeśli będą ją
reprezentować podsekretarze stanu? Albo że coś wyniknie dobrego z faktu, że
urzędnicy będą urzędować, papiery krążyć, samochody służbowe grzać silniki, a
nad wszystkim będzie czuwał minister sportu, choćby to nawet miał być Robert
Korzeniowski, w co wątpię, bo jak zwykle skończy się na nominacji dla
jakiegoś zasłużonego działacza partyjnego. I to takiego, z którym nie wiadomo
co zrobić, bo na normalne ministerstwo jest za głupi, a w sporcie
przynajmniej niczego ważnego nie popsuje. Faktycznie, w naszym sporcie już
trudno coś popsuć. Co było do popsucia, już zrobiono.
Oczywiście pomysł z ministerstwem sportu, choć idiotyczny, zostanie właśnie
dlatego zrealizowany. W takim przypadku liczę w departamencie brydża
sportowego, w wydziale trefli na stanowisko samodzielnego referenta do spraw
waletów treflowych. Walety treflowe to jest coś, co trzeba otoczyć szczególną
opieką państwa.
---------------------------------------------------------------------------
Za krakowskim Dziennikiem Polskim