Dodaj do ulubionych

nieobecność w szkole

01.10.03, 13:35
Zdarzyło mi się ostatni, że musiałam wyjechać (pon, wt) i zabrać ze sobą
dziecko. Syn opuścił dwa dni w szkole. Ponieważ wróciliśmy w środku nocy ,
nie był przygotowany na drugi dzień. Nauczona życiem napisałam
usprawiedliwienie, że z powodu... oraz, że syn nadrobi zaległości na drugi
dzień. Syn dostał ocenę negatywną z każdebo przedmiotu w tym dniu. Ale
najgorsze były dwa komentarze. Jedna z pań powiedziała:"gdybyś był chory to
może wzięłabym to pod uwagę, ale tobie do szkoły po prostu przyjść się nie
chciało". Druga z kolei:"jak się mamusia gdzieś wybiera to niestety ty za to
poniesiesz konsekwencje". Od tego dnia minął tydzień a ja cały czas
zastanawiam się, czy powinnam iść z tym do wychowawcy. Niestety jest to
osoba stojąca całkowicie po drugiej stronie. Jednak dziecko wróciło do domu
zapłakane a ja byłam wściekła za ukaranie go za coś, czemu nie był winien.
Poza tym co będzie, jeśli taka sytuacja się powtórzy? Może odpowie mi jakiś
nauczyciel.
Obserwuj wątek
    • Gość: MP Re: nieobecność w szkole IP: *.fuw.edu.pl 01.10.03, 14:02
      Chcesz mieć rację, czy rozwiązać problem?
      Jeśli to drugie, to kup kwiatki na dzień nauczyciela,
      przeproś za swoje nieodpowiedzialne zachowanie i pokornie
      poproś o odpytanie dziecka z przedmiotów, z których
      dostał jedynki. Koniecznie każdego nauczyciela z osobna!
      Jeśli chcesz mieć rację, to każdego z nauczycieli
      poproś o uzasadnienie oceny (czy wystawił za niebycie lub niemanie
      pracy, czy za zgłoszenie, czy za faktycznie ustalony przez
      siebie brak merytorycznej wiedzy u ucznia; konkretnie jakiej?).
      Potem złóż skarge do dyrekcji (za niezadowalajace uzasadnienie
      oceny, do którego nauczyciel jest zobowiązany), a potem
      do kuratorium, za brak nadzoru dyrektorskiego, po tym
      jak jak dyrekcja cię zbędzie. Po kilku miesiącach utarczek
      może ktoś przyzna ci racje, że rzeczywiście nie należało stawiać
      ocen nie odzwierciedlających wiedzy oraz że należało dać
      możliwość poprawy. Dyrekcja może nawet zostanie pouczona
      na przyszłość. A Twoje dziecko będzie miało całkowicie przechlapane
      w szkole. Nie licz, że ktoś zechce go wyciągnąć na lepszą
      ocenę, gdy brakuje do średniej (tak jak bez oporów będą wyciągać
      bardziej spolegliwych kolegów). Ale racja oczywiście będzie
      po Twojej stronie. Choć i tu nie do końca, bo zaraz ktoś niżej
      napisze Ci o obowiązku oświatowym i że czy się wali, czy się
      pali, dzieciaka musisz odstawić do szkoły, więc nie masz się
      czemu dziwić. (Ci obrońcy "obowiązku oświatowego" zapewne
      nie zechcą zauważyć, że za ewentualnie jego niedopełnienie
      kara się rodziców karami administracyjnymi, a nie dzieci
      ocenami z przedmiotów. Ale kto by dbał o takie drobiazgi :-()
      • stankiee Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 15:22
        To w przyszłości mam samo dziecko w domu zostawić? Nigdy nie zdarzył się
        nikomu wyjazd w sprawach rodzinnych, jakaś nagła sprawa? Co wtedy robicie
        zakładając, że nie macie babć, ciotek i wujków chętnych do zostania? Tekst o
        odpowiedzialności mnie przeraził. Mam nadzieję, że był żartem, z kwiatkami nie
        wyślę syna.Oceny dostał za brak pracy domowej, nie był pytany.
        • Gość: MP Re: nieobecność w szkole IP: *.fuw.edu.pl 01.10.03, 15:37
          Wybacz! Jeśli był to żart, to na pewno nie z Ciebie
          i z Twojego problemu. Raczej sarkazm na temat naszej
          ponurej oświatowej rzeczywistości. I prowokacja wobec
          tych, którzy nie widzą w niej nieczego niepokojacego,
          a wszystkie problemy chcieliby zwalić na niedofinansowanie
          czy inne ciemne moce :-(

          A te kwiatki to jeszcze przemyśl :-)
    • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 15:20
      Stankiee, czy nie masz wrażenia, ze nauczyciele to grupa zakompleksionych,
      mściwych ,pragnących postawić na swoim, niereformowalnych, żądnych władzy
      matołów.
      Przepraszam nauczycieli z powołania ich moja wypowiedź nie dotyczy.
      • stankiee Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 15:27
        No leeluu, nareszcie coś ciekawego. Mam mamę nauczycielkę i ona nigdy nie
        zrobiłaby czegoś podobnego. Każdemu kiedyś wypadnie pogrzeb, wezwanie do sądu
        (zwłaszcza jeśli całe życie mieszkało się w innej części Polski), do urzędu
        skarbowego itp.Są to sprawy, których nie przesuniesz na weekend. W poprzedniej
        szkole takie losowe przypadki były usprawiedliwiane bez zastrzeżeń. Były one
        sporadyczne typu dwa, trzy dni w roku. Takie jest życie.
      • mae2003 Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 15:39
        Sporo nauczycieli staje się takimi ludźmi po latach pracy - nie wszyscy, ale sporo. Nie chce mi się wierzyć, że od razu przyszli do szkoły z planami upupiania uczniów, że na dzień dobry planowali zemstę na dzieciakach. Sama jestem nauczycielką (trzy lata pracy) i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie będę niereformowalnym, żądnym władzy i mściwym nauczycielem matołem.
        W każdym razie - to już a propos wszelkich skarg na nauczycieli - wiem jedno (to nie jest atak przeciw rodzicom) - każdą sprawę należy poznać z trzech stron: ze strony dziecka, rodzica i nauczyciela. Ileż razy zdarzyło mi się słyszeć mrożące krew w żyłach opowieści rodziców o nauczycielach sadystach ("przecież ja nic nie zrobiłem, opowiada dziecko, a ta jędza od razu wzywa rodziców"), a potem okazywało się, że zachowanie dzieciaka było karygodne i reakcja nauczyciela była jak najbardziej uzasadniona. Nie zawsze tak jest, ale zanim zaczniemy ciskać gromy na głowy nauczycieli, warto jest zapoznać się z różnymi punktami widzenia. A potem ewentualnie działać.
        Mae
        • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 15:49
          Podaj proszę w WW przykładzie ten trzeci punkt widzenia. Ja go jakoś nie widzę.
          Była nieobecność, uczciwe postawienie sprawy przez rodziców i jedynki za brak
          pracy domowej.
          • Gość: dyrektorka Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 18:04
            Ciekawe skad wiesz leeluu ze za brak pracy domowej? tego nie bylo w tekscie.
            • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 19:27
              Stankiee napisała kilka linijek wyżej
              To w przyszłości mam samo dziecko w domu zostawić? Nigdy nie zdarzył się
              nikomu wyjazd w sprawach rodzinnych, jakaś nagła sprawa? Co wtedy robicie
              zakładając, że nie macie babć, ciotek i wujków chętnych do zostania? Tekst o
              odpowiedzialności mnie przeraził. Mam nadzieję, że był żartem, z kwiatkami nie
              wyślę syna.Oceny dostał za brak pracy domowej, nie był pytany.

              Wystarczy uważnie czytać, nie jestem jasnowidzem

            • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 19:36
              Mam pytanie. Czy matka powinna dzwonić do każdego nauczyciela z którym dziecko
              ma tego dnia lekcje? Czy jeśli nieobecność się przedłuża następnego dnia
              powinna ponowić telefon? A co jeśli leży chore?
              • mae2003 Re: nieobecność w szkole 02.10.03, 07:13
                Takie sprawy można załatwić wcześniej - wiem, że dziecka nie będzie kilka dni w szkole, idę do wychowawcy, żeby go o tym poinformować, i do nauczycieli poszczególnych przedmiotów (niekoniecznie do nauczyciela WF czy plastyki ;) , żeby poprosić o zadanie prac i zobowiązać się do dopilnowania ich wykonania w terminie. A jeżeli dzieciak jest chory - to chyba wiesz, co się robi.
                Mae
        • stankiee Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 16:05
          Nie mam zamiaru iść na skargę do dyrektora czy do kuratorium. Chciałam jedynie
          poprosić o wsparcie i ustosunkowanie się do tego wychowawcy klasy. Rozumiem,
          że dziecko dostaje jedynkę z powodu nieprzygotowania, braku lekcji czy
          zeszytu. Trudno, to jego obowiązki. Mój syn (5 klasa) w ciągu czterech lat raz
          zapomniał zeszytu i chyba z raz nie odrobił pracy domowej. Nie potrafię
          zrozumieć powodu ukarania go za ,tak naprawdę, przewinienie rodziców. Ale
          najbardziej zabolały mnie komentarze nauczycieli. Tak jak już wcześniej
          pisałam, w poprzedniej szkole takie przypadki nie miały miejsca. Nie wszyscy
          nauczyciele są więc tacy. I nie ma to nic wspólnego z ich wiekiem (obie panie
          są w tej szkole długo). Może po prostu brak zrozumienia? Jednak syn ma z tych
          przedmiotów bardzo dobre oceny. Co będzie, jeśli na koniec roku będzie miał
          niższe stopnie? Z kwiatami poszłabym, gdyby faktycznie syn coś przeskrobał
          (obraził, źle się zachowywał itp.). Ale w tej sytuacji to po prostu
          przyzwolenie dla takiego traktowania. Bo przecież dziecko zawsze jest winne,
          dziewczynki są grzeczniejsze od chłopców. Nadal nie wiem, czy pójść do szkoły
          do wychowawcy.
          • Gość: MM Re: nieobecność w szkole IP: *.ny5030.east.verizon.net 01.10.03, 16:18
            Niech ci chamscy nauczyciele spadaja na drzewo (doslownie :P)
            A ja bym poszedl na skarge.
      • Gość: dyrektorka Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 18:01
        Nie czuje sie nauczycielem z powolania bo nie bardzo wiem co to ma byc to
        powolanie. No ale coz moze jestem zakomplesionym, msciwym, pragnacym wladzy,
        niereformowalnym matolem. Nareszcie ktos mnie uswiadomil dlaczego pracuje w
        szkole. Faktycznie tylko matol moze sie godzic na takie nieustanne obrazanie,
        na takie stereotypy i nie uciekac gdzie pieprz rosnie byle dalej od szkoly. A
        co do Ciebie, ktora zaczelas ten watek. Czy opuszczajac prace na dwa dni robisz
        to ot tak sobie, bez slowa wyjasnienia a potem wracasz i mowisz "musialam"? Tak
        trudno jest powiadomic szkole, ze dziecka nie bedzie dwa dni? Nie trudno
        prawda? Tylko po co? To przeciez tylko szkola, tylko nauczyciele kto by sie tam
        nimi przejmowal. Jakos trudno mi uwierzyc, ze bez powodu tak sie uwzieli
        wszyscy jak jeden maz i wszyscy tego dnia postawili oceny negatywne. Cos w tej
        opowiesci jest nieprawda. Tylko co? moze wszystko?
    • stankiee Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 16:44
      Mój syn właśnie przyniósł ze szkoły następną rewelację. Ta sama pani (od
      agielskiego) kazała im pisać długopisem w książce. Jedna z dziewczyn
      powiedziała, że jej mama (ja też) nie pozwala pisać w książkach. Na co pani
      podniesionym głosem zapytała: "Kto jest tu nauczycielem? Ja czy twoja mama?
      Niech do mnie przyjdzie, to sobie porozmawiamy" Chyba jednak pójdę do tej
      szkoły.
      • roman.gawron Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 17:30
        stankiee napisała:

        > Mój syn właśnie przyniósł ze szkoły następną rewelację. Ta sama pani (od
        > agielskiego) kazała im pisać długopisem w książce. Jedna z dziewczyn
        > powiedziała, że jej mama (ja też) nie pozwala pisać w książkach. Na co pani
        > podniesionym głosem zapytała: "Kto jest tu nauczycielem? Ja czy twoja mama?
        > Niech do mnie przyjdzie, to sobie porozmawiamy" Chyba jednak pójdę do tej
        > szkoły.

        I co chcesz wskórać? Przecież nauczycielka miała rację. Skoro na swoich
        lekcjach wymaga pisania w podręczniku (a nie jest to żaden błąd metodyczny,
        jeśli o to chodzi), należy się po prostu dostosować.
        Jak dorośli skoncentrują się na tym, aby nawzajem się zwalczać io podważać
        swoje kompetencje, wchodzić sobie w paradę, podważać nawzajem swoje decyzje i
        polecenia wydawane dziecku, nie wyjdzie to na dobre temuż dziecku.
        Mam nie pozwala pisać po książkach, na lekcji natomiast mamy do czynienia z
        podręcznikiem. Czasem warto dziecku zróżnicować znaczenia pewnych słów.
        Podręcznik, to nie książka z biblioteki - po nich rzeczywiście pisać nie wolno
        i mama ma rację.
    • Gość: laura Re: nieobecność w szkole IP: *.pop.e-wro.net.pl 01.10.03, 17:08
      Niezła szkoła ;-). W zasadzie to uważam że powinnać soś z tym zrobić- pójśc do
      wychowawcy czy dyrekcji, alefaktycznie może to zaszkodzić twojemu dziecku.
      Chyba że oboje (ty i twój syn) macia tak naprawdę gdzieś czy będzi miało z tego
      angielskiego 5 czy 3, bo liczy się jego faktyczn awiedza a nie oceny - wtedy
      zrobiłabym aferę na pół dzielnicy. A może by tak zebrać paru rodziców m.in
      matkę tej dziewczynki od niepisania w książkach? W grupie zawsze lepiej. A tej
      pani od angileskigo chyba przydałoby się, żeby ktoś jej uświadomił że nie jest
      nieomylna i nieruszalna.
      Parę razy w ciągu mojej szkolnej kariery (teraz studiuję ) miałam podobne
      sytuacje. Moja mama miała taką grupę matek z którą robiła bury. Ja też nie
      byłam aniołkiem i jak mi się coś nie podobało to mówiłam nauczycielowi co o nim
      myślę (ale cenzuralnie). A i tak musieli mi postawić 5 - nie było się do czego
      przyczepić, bo na złość im zakuwałam ich przedmoit :-)
      • stankiee Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 17:18
        Syn na szczęście chodzi na lekcje, więc z wiedzą nie powinno być problemu.
        Jeśli na koniec 5 klasy będzie miał gorszą ocenę to pół biedy. Gorzej z końcem
        6 klasy. A co do innych rodziców, to klasę mam krzykliwą. Zanim ja zdążę tam
        dojechać, inni pewnie będą przede mną (zwłaszcza mama tej dziewczynki, niezła
        jest w dochodzeniu praw:)). Do szkoły i tak pójdę, to dopiero początek
        roku.Strach pomyśleć, co będzie dalej. Poza tym stopnie to jedno, nauka o
        szacunku do książek to drugie. Nie chę aby syn bał się pójść na swój ulubiony
        przedmiot.
    • roman.gawron Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 17:22
      stankiee napisała:

      > Zdarzyło mi się ostatni, że musiałam wyjechać (pon, wt) i zabrać ze sobą
      > dziecko. Syn opuścił dwa dni w szkole.

      Generalnie jako ojciec dzieciom walczę o przywrócenie szkole szacunku,
      właściwej rangi, o nielekceważenie jej, o poważne podejście do uczniowskich
      oraz rodzicielskich obowiązków.
      Z tego punktu widzenia dziwi mnie Twoja postawa. Chcę posyłać dziecko do
      szkoły, która potrafi sama się szanować, wtedy i rodzice będą ją szanować,
      wtedy i dzieci będą ją szanować. Skoro jest obowiązek szkolny, za który jestem
      jako ojciec odpowiedzialny, nie daję dziecku złego przykładu. Własnym
      postępowaniem uczę go właściwego stosunku do powinności.
      Sprawy losowe się zdarzają, ale:
      Albo przed takim wyjazdem idę do szkoły lub podaję przez dziecko karteczkę, że
      nie będzie mnie wtedy i wtedy z takiego to a takiego powodu, dziecko muszę
      zabrać i proszę o zwolnienie go z zajęć w tych dniach.
      Albo - gdy wypadnie coś nagle - to (przy dziecku!) pierwszego dnia
      nieobecności, nawet z podróży, dzwonię do szkoły i zawiadamiam panią dyrektor,
      jaka jest sytuacja. Czasem i tego nie można zrobić, ale wtedy następnego dnia
      zaraz po przyjeździe idę rano do szkoły lub co najmniej dzwonię, proszę o
      wybaczenie, że nie zawiadomiłem wcześniej i wyjaśniam sytuację.
      Tak po ludzku i poważnie potraktowana dyrekcja, tak poważnie potraktowani
      nauczyciele z pewnością nie odmówią prośbie o usprawiedliwienie opuszczonych
      godzin, o niepytanie na lekcjach, co więcej - współpraca na linii rodzic-
      nauczyciel powinna się od tego czasu układać dużo lepiej.
      Szkoła ma swoje zadania, pewne rzeczy musi wyegzekwować, najbardziej
      nauczyciele nie cierpią dzisiaj rodziców niepoważnych, kryjących swoje dzieci
      (nie udowodniłaś dostatecznie swoim postępowaniem, że taką właśnie matką nie
      jesteś), niemających zrozumienia dla nauczycielskich obowiązków wobec ucznia,
      podważających autorytet nauczyciela przy dziecku (założę się o wiele, że nie
      poprzestałaś na wylaniu żali na forum, syn też pewnie od ciebie usłyszał
      odpowiedni komentarz, co sądzisz o tej szkole i tych nauczycielkach).
      A więc - mówię to z własnego ojcowskiego doświadczenia - udowodnij, że jesteś
      osobą, którą szkoła może brać na poważnie, udowodnij, że we właściwy sposób
      wspierasz autorytet szkoły w oczach swojego dziecka, a przekonasz się, że nawet
      nienajlepsi obiektywnie patrząc nauczyciele zaczną rozmawiać z Tobą inaczej -
      cieplej, łagodniej. :-))

      Reasumując - szkoła przesadziła w mojej ocenie, choć intencje były słuszne
      (skuteczna walka w wagarami), ale największą winę ponosisz Ty jako matka.
      Lubimy tych, którzy nas lubią, szanujemy tych, którzy nas szanują. Pokaż, że
      lubisz i szanujesz szkołę Twojego dziecka, masz wielkie szanse na wzajemność.

      Aha, do wychowawcy powinnaś iść. Ale nie z pretensjami na pewno. Po prostu na
      szczerą rozmowę. Jak zaczniesz od przyznania się, że przemyślałaś sprawę i
      faktycznie o dwudniowej nieobecności syna powinnaś zawiadomić wcześniej, że
      faktycznie szkoła miała prawo mieć wątpliwości, czy to nie wagary, wychowawca
      chętniej przyzna Ci rację, że może jakoś wpłynie na kolegów czy koleżanki, aby
      nie brali pod uwagę tych stopni ;-)
      Nauczyciele na ogół lubią rodziców, którzy przychodzą do szkoły i interesują
      się dzieckiem. Pod warunkiem, że nie przychodzą nabzdyczeni i z wiecznymi
      pretensjami, że przychodzą mądrze pogadać, ustalić wspólny front wobec dziecka.
      • Gość: dyrektorka Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 18:20
        Roman moge tylko podziekowac. Wyzej napisalam cos o takim naglym wyjezdzie i
        jak powinno sie to zalatwiac. Teraz o angielskim i podreczniku. Wiele
        wspolczesnych podrecznikow skonstruowanych jest tak aby w nich wykonywac
        cwiczenia i polecenia. Piszaca wie to na 100% bo jej dziecko w takich pisze od
        pierwszej klasy, nie zawsze sa osobne zeszyty cwiczen. Do tej pory nie
        dostrzegla tego. Nauczycielka ma racje. To ona decyduje w klasie i odpowiada za
        te decyzje. Jesli rodzic ma watpliwosci z nia powinien je wyjasnic. Wyjasnic a
        nie z gory zakladac, ze jest glupia, wredna czy zarozumiala. Czytam te posty:
        durni niekompetentni nauczyciele, fatalni dyrektorzy i zastanawiam sie jakim
        cudem te dzieci ide przez podstawowke do gimnazjum, liceum i koncza studia.
        Wszystkiego biedne nauczyly sie same? Szkola to samo zlo. Nauczyciele to same
        prymitywy? Jak ja "kocham" stereotypy: ladne sa glupie, lekarze to zwykle
        konowaly, urzednicy to lapowkarze i niekompetentni glupcy, rodzice to durnie
        zaslepieni miloscia do dzieci, mlodziez to "nic dobrego" itp, itd.
        Wylacze sie z tego forum, chyba szkoda nerwow. Pozdrawiam wszystkich trzezwo
        myslacych i dostrzegajacych, ze w kazdej grupie zawodowej i spolecznej sa
        dobrzy i zli, glupi i madrzy, uczciwi i nieuczciwi a generalizowanie wiecej
        przynosi szkody niz pozytku.
        • roman.gawron Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 18:43
          Czekaj, bo jak się wyłączysz, to kto tu zostanie? ;-)
          Kto będzie dawał świadectwo prawdzie?
          • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 19:37
            Mam pytanie. Czy matka powinna dzwonić do każdego nauczyciela z którym dziecko
            ma tego dnia lekcje? Czy jeśli nieobecność się przedłuża następnego dnia
            powinna ponowić telefon? A co jeśli leży chore?



            • roman.gawron Re: nieobecność w szkole 01.10.03, 19:43
              Gość portalu: leeluu napisał(a):

              > Mam pytanie. Czy matka powinna dzwonić do każdego nauczyciela z którym
              dziecko
              > ma tego dnia lekcje? Czy jeśli nieobecność się przedłuża następnego dnia
              > powinna ponowić telefon? A co jeśli leży chore?

              Mam dylemat, czy odpowiedzieć grzecznie, czy ironicznie. Ponieważ jednak
              pytanie zadano ironicznie, tak też i odpowiem:
              Użyj zdrowego rozsądku.
              • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.03, 19:59
                W szkole nie dział nic takiego jak zdrowy rozsądek.
                Poczytaj w innym temacie grupa rodziców zastanawia się , czy zwrócić
                nauczycielowi uwagę ,że uczy bzdur. I rady; nie rób tego, bo będzie się mścił
                na dziecku. W innym; oceny wystawiane za pismo i tu za to ,że matka nie raczyła
                przewidzieć ,że coś jej wypadnie i uczciwie potraktowała szkołę. Mogła napisać
                z powodu choroby i byłoby po sprawie. Ze szkołą nie da się współpracować w celu
                wychowania dziecka. Zmusza ona do kłamstwa, migania się i tego ,żeby siedzieć
                cicho i nie zadrzeć ze "świętą krową"-nauczycielem.
                Ciekawe co powie matka nauczycielowi, który uczy bzdur? Kochanie pani się
                myliła i ja codziennie wieczorem powiem jak jest naprawdę? A dziecko zapyta-
                Mamusiu a ja na klasówce mam pisać tak jak pani mówiła , czy tak jak ty?
        • Gość: MP Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.03, 02:23
          Droga "dyrektorko"!
          Nie bierz do siebie osobiście tego co poniżej (i powyżej :-))
          ale skoro zgłosiłaś się tutaj na ochotnika z pewnymi sądami i
          postawami, to musisz pogodzić się z tym, że twoje wypowiedzi mogą
          posłużyć za pretekst lub "korpus delicti" w pewnych ważnych i
          charakterystycznych sprawach. Tyle we wstępie. Teraz meritum.

          dyrektorka napisała:

          > Czy opuszczajac prace na dwa dni robisz
          > to ot tak sobie, bez slowa wyjasnienia a potem wracasz
          > i mowisz "musialam"?

          Takie porównania są niedopuszczalne. Szkoła nie jest
          zakładem pracy dziecka. I jego, i rodzica relacja ze
          szkołą jest zupełnie inna pod każdym niemal względem.

          >Tak trudno jest powiadomic szkole, ze dziecka nie
          >bedzie dwa dni? Nie trudno prawda? Tylko po co?

          Po pierwsze nie dostrzegasz ważnej, a podanej
          informacji, że sprawa była nagła i wynikła
          w weekend. Po drugie nie ma ani obowiązku, ani
          potrzeby uprzedzać szkoły o mającej nastapić
          nieobecności dziecka z jakichkolwiek powodów.
          Wystarczy wyjaśnić to po fakcie. Obowiązku zawiadamiania
          nie ma nawet w wymiarze honorowym czy
          etycznym. Powtarzam, że szkoła to nie zakład pracy
          dziecka. Jego nieobecnosć w żaden sposób nie dezorganizuje
          jej działania (pomijam tu rzadkie, a oczywiste przypadki,
          gdy dziecko jest zaangażowane w jakieś wspólne
          przedsiewziecie typu akademia, lub gdy jest jakieś wyjście
          i nieuprzedzona klasa może na nie czekać). Twoje pytanie
          "Tylko po co?" jest więc rzeczywiście retoryczne, ale
          ostrze retoryki skierowane jest w zupełnie inna stronę.

          Co do podręczników:
          Nauczycielka rzeczywiście decyduje, ale decydując powinna
          mieć na względzie także wydolność finansową rodziców.
          Problem dotyczy głównie drogich podręczników językowych
          wydanych na licencji firm zagranicznych. Autorzy i wydawcy
          napędzają sobie sztucznie zbyt, umieszczając w nich miejsca
          do wypełniania. To działanie mocno nieuczciwe, szczególnie
          gdy równolegle jest równie drogi zeszyt ćwiczeń. Nauczyciel
          powinien to wszystko dostrzegać (bez interwencji rodziców).
          Jeśli rzeczywiście podręcznik taki jest niezastąpiony
          (wątpię), a z umieszczonych w nim wypełnianek nie można
          zrezygnować lub zastąpić ich wpisami w zwykłym zeszycie w
          kratkę za kilkadziesiąt groszy (w to wątpie jeszcze bardziej!),
          to chociaż powinno się dopuścić delikatne wypełnianie ołówkiem.

          > Wyjasnic a nie z gory zakladać, ze jest glupia, wredna czy
          > zarozumiala.

          Nie demonizujmy. Tego nikt nie napisał. Jedynie pozbawiona
          wyobraźni lub wrażliwości na cudze problemy. Może też
          zachłyśnieta swoim "ma prawo"?

          > Czytam te posty: durni niekompetentni nauczyciele, fatalni
          > dyrektorzy i zastanawiam sie jakim cudem te dzieci ide przez
          > podstawowke do gimnazjum, liceum i koncza studia.

          To poczytaj też może dane o poziomie funkcjonalnego analfabetyzmu,
          poczytaj zwierzenia egzaminatorów na wyższych uczelniach o tym
          czego to nie potrafią przyszli studenci, nawet ci promowani
          całkiem niezłym świadectwem. Zastanów się też nad czym to za
          kilka dni mają debatować edukacyjni bonzowie zagryzając
          krewetkami i homarami w luksusowym lokalu bodaj w Olsztynie.
          Zastanów się także: a gdyby nie szły? ilu kolejnych nauczycieli
          straciłoby pracę?

          > Jak ja "kocham" stereotypy: ...

          Zapomniałaś dopisać: psy gryzą, koty drapią, a w autobusach
          kradną. Stereotypy zawsze są niesprawiedliwe, zawsze godzą w
          tych, którzy w żaden sposób na nie nie zasługują. Ale jednocześnie
          są pewnym elementem mądrości ludowej. I choć nie jest
          prawdą, że każdy pies ugryzie Twoje dziecko, to jednak zapewne
          będziesz je uczyć, by do obcego psa się nie zbliżało.
          Sama w zatłoczonym autobusie będziesz pewnie miała oko na
          swoją torebkę. Podobnie jest ze szkołą. Jeśli radzę matce
          by odpusciła poczucie słuszności i działała "układnie", to nie
          dlatego, że wiem, iż wszyscy nauczyciele nie zasługują na
          nic lepszego, nie zasługują na podjęcie choćby trudnej, ale szczerej
          rozmowy. Radzę tak dlatego, że wiem, że wsród nich niestety
          są także tacy. Wiem to i jako ojciec czworga uczniów, i jako
          mąż nauczycielki, która z przerażeniem opowiada o "wyczynach"
          niektórych swoich koleżanek, i jako uważny czytelnik tego,
          co każdy może wyczytać, jeśli chce i ma oczy. Fakt, że jest
          wielu wspaniałych, wrażliwych, kompetentnych merytorycznie,
          wychowawczo i społecznie nauczycieli niczego tu nie zmienia.
          Zachowanie bezpieczne w sytuacji nierozpoznanej to kask i
          kamizelka kuloodporna. Bo choćby ryzyko było niewielkie (a niestety
          z moich doświadczeń wynika, że wcale takie niewielkie nie jest!)
          skutki błędu, źle ulokowanego zaufania, mogą być bardzo
          poważne i nieodwracalne dla dziecka. Dlatego - choć sam jestem
          niepoprawnym ryzykantem - innym będę uparcie doradzał by po
          szkole stąpać ostrożnie jak saper.

          Co do Twojej deklaracji odejścia: rzadko zgadzam się z panem
          Romanem, ale tu bym się podpisał. Myśle, że jest tu potrzebne
          świadectwo także Twojej "prawdy", nawet jeśli chwilami
          trudno mi uznać ją za moją. Tu, w świecie wirtualnym, możemy
          swobodnie rozmawiać bez obaw z jednej strony o własne dzieci,
          z drugiej o to, że rodzice lub uczniowie wejdą nam na głowę.
          Myślę, że trzeba i warto rozmawiać. W szkole jest to bardzo
          trudne nawet jeśli wydaje Ci się, że zrobiłaś wszystko by tak
          nie było.

          Pozdrawiam serdecznie
          marek@pawlowscy.w.pl
    • Gość: karo Re: nieobecność w szkole IP: *.net.autocom.pl 01.10.03, 21:14
      A czy praca domowa nie była przypadkiem zadana wczesniej, np. we czwartek i
      dziecko moglo zrobić ją przez weekend?
      • Gość: marta Re: nieobecność w szkole IP: *.pop.e-wro.net.pl 01.10.03, 21:29
        Pisać po książkach to mozna ale ołówkiem. A jak nauczyciel koniecznie chce
        długopisem to niech mi za ta książkę zapłaci, bo ja chcę ją potem wyczyścić i
        sprzedać. A tak poza tym to od kiedy teszkoły tak pilnują nieobecności? Czy jak
        dziecko ma kartkę od rodziców że wyjechało itp. to na pewno ta kartka jest
        podrobiona? I trezba postawić pałę? Ludzie !!!! A gdzie zaufanie do dzieci? A
        nie wystarczy na zebrzniu co miesiąc wziąśc wszytskich takich kartek i
        skonfrontować z rodzicami? Albo niech każde dziecko ma zeszyt na zwolnienia od
        rodziców i na kartkach nie przyjmować. Do takiego zeszytu to sam nikt nie
        wpisze, bo od razu się wyda. Ja nie mówię że zawsze szkoła jest winna, ale nie
        da się ukryć że to właśnie w szole najbardziej uczymy się kłamać, oszukiwać i
        kombinować... więc chyba uczymy się przeżyć w dzsiejszym świecie.
        • Gość: dyrektorkA Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.03, 08:09
          Jednak nie bede tu juz pisala. Moze demonizuje ale mnie tez wlos jezy sie na
          glowie gdy czytam niektore wypowiedzi. Oceny na podstawie polwicznych
          wiadomosci. Nie jeden raz, a dlugo, bardzo dlugo juz ucze spotkalam sie z
          pretensjami Rodzicow, ktorym dzieci naopowiadaly bajki nie z tej ziemi. Rodzic
          zanim wyjasnil sprawe wrzeszczal na mnie ledwie dopuszczajac do slowa. Kiedy
          okazywalo sie, ze dziecko minelo sie z prawda, nie uslyszalam przepraszam
          tylko: to tylko dziecko trzeba mu wybaczyc. Szkola uczy oszukiwac? Szkola uczy
          lawirowac? Czyli my nauczyciele tego uczymy. A rodzice? Rodzice ucza braku
          szacunku dla szkoly, spojrzenia na nia jak na zbiorowisko ignorantow
          wykorzystujacych fakt, ze maja jakas pseudo wladze. Dziekuje, mam dosyc.
          Szkola Marku ma tez nauczyc odpowiedzialnosci i okreslonych postepowan. Jesli
          dziecko od malego bedzie wiedzialo, ze pewne rzeczy mozna zlekcewazyc, ze pewne
          zasady mozna ominac zrobi to w zyciu doroslym. A potem bedziemy sie dziwili i
          narzekali, ze jest jak jest. Jednak dosc o tym. Wierze, ze jako nauczyciel
          postepuje wlasciwie, nawet jesli to robie wbrew niektorym "pomyslom" rodzicow.
          Inaczej to wszystko nie mialoby dla mnie sensu.
          Pozdrawiam i zycze owocnych dyskusji.
          • Gość: ojciec Re: to tak?... IP: *.chello.pl 02.10.03, 09:46

            moja TY DYREKTORKO !
            robisz mi zawód !
            jeżeli.... to i moja noga tu nie postanie!!!
            Pozdrawiam Ciebie! i proszę o jeszcze!
            (Mokotów)
            • Gość: stankiee Re: to tak?... IP: *.chomiczowka.waw.pl 02.10.03, 12:47
              Odpisuję do wszystkich po kolei. Trochę przy tym tłumacząc się. Nie opisałam
              sytuacji dokładnie, stąd wasze domysły. Prostuję więc.
              1. W poprzedniej szkole każdy rodzic miał telefon do wychowawcy (tylko do
              niego). W przypadku choroby czy nagłej sytuacji dzwoniłam przed i uprzedzałam.
              Miło i sympatycznie. Nigdy nie było problemu. Syn leżał 2 miesiące w szpitalu
              a wychowawca przynajmniej raz w tygodniu dzwonił i pytał o zdrowie. Nie muszę
              pisać chyba, że my również byliśmy w stałym kontakcie ze szkołą. Współpraca
              była na tyle dobra, że syn wrócił do szkoły bez zaległości.
              2. W obecnej szkole obowiązek podania telefonu ma tylko rodzic (są pretensje o
              brak telefonu stacjonarnego).Gdy syn był chory zadzwoniłam do pokoju
              nauczycielskiego i zostawiłam informację dla wychowawcy, nie dotarła. Szkoda.
              3. Zgadzam się co do obowiązków informowania o niebecności dzieci. Ale jest i
              druga prawda. Syn jest w tej szkole drugi rok. W tym czasie dwukrotnie
              zmieniano: nauczyciela wf(najmniejszy problem), j. angielskiego, przyrody ,
              trzykrotnie matematyki i trzykrotnie j. polskiego. Tylko w przypadku
              j.polskiego, pani przyszła do uczniów i poinformowała o zmianie. Też szkoda.
              To o obowiązku informowania, który według wielu z was obowiązuje tylko w jedną
              stronę.
              4. Pani od j.angielskiego jest w tym roku po raz pierwszy. Na wstępie (bez
              sprawdzenia wiedzy-ku zdumieniu rodziców i dzieci) oznajmiła, że nic nie
              umieją. Ona jest specjalistką w tym języku i wie co mówi. Skutek jest taki, że
              dzieci powtarzają po raz drugi 4 klasę. Pani jednak kazała wrócić do starych
              podręczników. My je zostawiliśmy, niestety pomazane długopisem. Wyczyściliśmy
              korektrem zapisane pola, pani jednak kazała kupić nowy podręcznik (po raz
              drugi 50 zł). Gdy rodzice, którzy też zrobili tak jak my, nie zgodzili się,
              pani oznajmiła, że tak to jest gdy się pisze po książce długopisem. Stąd moje
              rozgoryczenie. To jak: pisać czy nie?
              5. Pisałam już, że nie mam zamiaru biec do szkoły z pretensjami czy awanturą.
              Daleko mi do tego. Chodzi mi tylko o rozmowę i wyjaśnienie sytuacji.
              6. Co do pracy domowej: oceny dostał z j.ang. (miał go we wtorek), przyrody (w
              pon.), historii (w pon.). Gdyby nie moja rada o pójściu na początku lekcji i
              wytłumaczeniu nieobecności, z pewnością nic by nie dostał. Szczerość chyba nie
              popłaca.
              7. Szkoda, że zarzuca mi się zmyślenie całej sytuacji. Z góry zakładacie, że
              kłamię, jestem nieodpowiedzialną matką i idę do szkoły nabuzowana. Może
              faktycznie trzeba było napisać, że był chory? Tylko po co uczę dzieci
              uczciwości? Od takich małych kłamstewek się zaczyna. Nim się spostrzegę, jak
              ja będę oszukiwana.
              8. Nie jestem osobą, która źle wyraża się o nauczycielach. Mam do nich wiele
              szacunku (moja mama jest jednym z nich). Wiem, że są wśród nich osoby życzliwe
              (patrz: sytuacja podczas pobytu w szpitalu), ciepłe, wymagające, stawiające
              niskie oceny ale szanujące dzieci i szanowane przez nich. Mój syn ma z
              j.polskiego wyciągniętą 4, ale nigdy nie zamieniłby swojej pani dla ładnie
              wyglądających ocen. Ja do dziś pamiętam swoją kosę z biologii w liceum. Mocna
              3 ale złego słowa o kobiecie nie mogę powiedzieć. Uczyła i wymagała. Tak
              powinno być.
              9. Na początku 4 klasy u syna pojawił się problem ze słuchem (już w wakacje
              zauważyliśmy zmiany). Lekarz pierwszego kontaktu potwierdził problem i dał
              skierowanie do Instytutu Patologii Słuchu. Czekaliśmy dwa miesące na wizytę. W
              tym czasie syn z tego powodu złapał kilka słabych ocen (zwłaszcza z
              j.polskiego - dyktanda, j.angielski). Poszłam do szkoły i kolejno rozmawiałam
              na ten temat z nauczycielami (uprzedzona przez lekarza o możliwości braku
              zrozumienia ze strony nauczycieli), wychowawcą. Skutek był taki: pani od
              j.polskiego powiedziała, że skoro jest takie podejrzenie, to syn będzie
              siedział w pierwszej ławce (problem znacznie zmalał). Jednak wychowawczyni nie
              miała dla mnie już tyle czasu. Powiedziała, że jeśli nie przyniosę
              zaświadczenia, to ona nić nie zrobi w tej sprawie. Dziewczynki już sobie
              miejsca pozajmowały i ona nie może nic zmienić. A poza tym to być może całą
              sytuację sobie wymyśliłam, bo syn dostał złe oceny? Na nic zdało się okazanie
              skierowania do instytutu. Jednak jakiekolwiek orzeczenie można było dostać po
              wszystkich badaniach. Poddałam się. Całkowity brak zrozumienia. Poza
              nauczycielką j.pol.
              • Gość: stankiee Re: to tak?... IP: *.chomiczowka.waw.pl 02.10.03, 13:26
                Do wszystkich tych, którzy napiszą, że problem ze słuchem też wymyśliła:
                Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu.Przychodnia Specjalistyczna.Warszawa,
                ul Pstrowskiego . Prowadzący: Lek.Med. Anna Geremek (otolaryngolog), Dr
                Kurkowski (psycholog dot. problemów ze słuchem).Badania 25.11.2002-23.01.2003.

                Cieszę się, że syn nie nosi aparatu słuchowego, jak na początku sugerowano.

                Pozdrawiam wszystkich. Cieszę się też, że w szkołach mamy dobrze wyszkolonych
                i wywiązujących się ze swoich obowiązków nauczycieli.

                Dla dokończenia : syn chodzi do szkoły na Bielanach (ze względu na ew.
                zbieżność nie podaję numeru).
            • Gość: dyrektorka do ojca IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.03, 16:23
              :))))))))))))
              • Gość: ojciec Re: do dyrektorki IP: *.chello.pl 02.10.03, 19:23

                :-))))))))))))))
          • Gość: MP Re: nieobecność w szkole IP: *.fuw.edu.pl 02.10.03, 13:10
            Cóż! Twój wybór. Mimo wszystko miło, że wpadłaś:-)

            Przyznam jednak - a wybacz mi tu podejrzliwość -
            że mam taki cień wątpliwości. Czy aby Twoje wycofanie-niewycofanie
            (wszak nie mówisz tylko "żegnajcie" ale dorzucasz całkiem
            spore trzy grosze:-)) nie jest także jakąś formą uniknięcia
            polemiki na argumenty poprzez (słuszne!) zasłonięcie się
            stwierdzeniem, że "polemika" na inwektywy (sypiące się
            równolegle) nie bardzo ma sens?
            Skoro jednak nie chcesz już rozmawiać o podręcznikach,
            "obowiązku" zawiadamiania i użyteczności stereotypów,
            a wolisz o pretensjach i "szkole oszukiwania" to i tu
            znajdziesz we mnie wdzięcznego polemistę:-)
            Najpierw o bajkach:
            Może naopowiadali, a może i nie. Jest faktem bezspornym,
            że w naszym społeczeństwie kłamie się stanowczo zbyt często,
            szczególnie wtedy, gdy jest to wygodne, a zarazem bezpieczne.
            Kłamią dzieci i rodzice, nauczyciele i dyrektorzy (dać przykłady?)
            politycy i dziennikarze, księża i lekarze - niemal
            wszędzie naokoło. Nie oznacza to, że kłamie każdy rodzic
            czy nauczyciel. Oznacza to tylko, że z takim zachowaniem
            należy się poważnie liczyć zawsze w sytuacji nowej i
            nierozpoznanej. Chyba mamy już to w genach :-(
            (Słyszałaś, jak jeden polityk powiedział o jednym ministrze,
            że to co powiedziane publicznie, to nie musi być
            prawda i liczy się jedynie to co skłamane pod przysięgą?
            Moje dzieci to słyszały. Ciekawe jakie wyciągneły wnioski?
            Oczywiście w sensie prawnym miał rację. Karane jest tylko
            kłamstwo "kwalifikowane".)
            U dzieci przywara kłamania jest obarczona tylko
            takim wyróżnikiem, że znacznie trudniej przychodzi im
            ocenić kiedy kłamstwo jest "bezpieczne" i sprawdza się
            u nich znacznie częściej przysłowie o krótkich nogach.
            Dlatego nie dziwi i nie wzrusza mnie Twoja opowieść o
            wprowadzonych w błąd rodzicach. Znacznie chętniej
            wysłuchałbym Twojej opowieści o tych przypadkach, gdy
            dzieci jednak nie naopowiadały bajek (nie wiem czy
            wiesz to już ze swego pedagogicznego doświadczenia, ale
            nawet dzieciom zdarza się mówić prawdę; a, i wybacz niewyszukaną
            złośliwość :-)). Szczególnie wtedy gdy zarzuty dotyczyły
            nauczycieli "niezatapialnych". Jak wówczas zareagowałaś?
            I jak reagujesz generalnie w pierwszym odruchu, gdy jeszcze
            nie możesz wiedzieć czy to bajka, czy nie bajka?
            Czy z góry przyjmujesz, że powinnaś stanąć po stronie swoich
            podwładnych, przynajmniej tak długo, jak długo nie stanie się
            oczywiste, że tego nie da się obronić? Czy może jednak
            priorytetem dla Ciebie są powierzone Ci dzieci i w pierwszym
            naturalnym odruchu starasz się sprawdzić, czy to ich interesy
            nie zostały jakoś naruszone? (Pytam, bo autentycznie nie wiem,
            a nie uprawiam jakiś tani szopenchaueryzm. )I bardzom ciekaw jak byś
            takie zarzuty sprawdziła? Np. gdy dociera do Ciebie jeszcze
            niesprawdzony sygnał, że nauczyciel mianowany nudzi na lekcjach,
            dzieci go nie rozumieją, że stawia stopnie za drobiazgi itp.
            Co wtedy robisz? Idziesz na hospitację do koleżanki z
            trzydziestoletnim stażem? Bzdura, a poza tym tylko idiota nie
            zmobilizuje się na taką okoliczność i nie odegra pokazówki.
            Co więc robisz? W najlepszym razie pewnie rozmawiasz z koleżanką,
            której pierwszym pytaniem jest "a którzy to rodzice?". Potem
            dowiadujesz się, że to znani roszczeniowcy, niezadowoleni z
            ostatnich ocen niezaspokajających ich ambicji pociech, że
            wszystko jest w porządku, a jak chcesz, to możesz przyjść i się
            przekonać. Czy tak jest? A może od razu rozkładasz bezradnie
            ręce prosząc donosicieli o konkretniejsze zarzuty lub przynajmniej
            o bardziej masowe wystąpienie?
            A może z takimi głupotami w ogóle rodzice Cię nie nachodzą,
            bo przez skórę czują z daleka gest Twych bezradnie rozłożonych
            rąk? Ciekawe. Napisz o tym jak wrócisz :-)

            Czy szkoła uczy oszukiwać, lawirować? Pewnie nie każda ma tę
            użyteczną umiejętność życiową wpisaną w program wychowawczy :-(
            Żeby nie szukać daleko:
            Piszesz w innym miejscu o "zlekceważeniu pewnych rzeczy", a
            robisz to w oczywistym kontekście listu rozpoczynającego wątek
            - w sytuacji gdy żadne wymienione dotąd dane nie pozwalają
            mówić o jakimkolwiek zlekceważeniu. Czy nie jest to oczywiste
            oszustowo? Nie jestem w Tobie i nie wiem jak daleko wybiegały
            Twoje myśli poza ten jeden konkretny przykład. W dobrej woli
            mogę założyć, że tak daleko, iż rzeczywiście zapomniałaś o czym
            tu konkretnie była mowa i z jaką sytuacją twój sąd będzie
            musiał być skojarzony nawet wbrew Twojej intencji. Jednak mniej
            wnikliwy obserwator odbierze ten sygnał jednoznacznie: postawiono
            niczym nieuzasadniony zarzut by uzasadnić swoją jedynie słuszną
            tezę. Ileż takiego wygodnego naginania faktów i okoliczności
            można doświadczyć wokół, także w szkole?
            Trzymając się dalej opisanych tu okoliczności: czy nie jest
            prawdą, że gdyby matka napisała coś o bólu gardła, czy katarze
            to problem miałaby z głowy? Czy to powód by kłamać?
            Dla mnie nie! Ucieszę się, jeśli zadeklarujesz, że także
            nie dla Ciebie. Ale czy cały świat zaludniają tak idealne
            jednostki jak my dwoje :-)?
            Inny przykład: uczeń zawalony w danym tygodniu klasówkami
            nie wyrabia się ze skumulowanymi dwoma pracami domowymi z
            jednego przedmiotu. Podobnie jak spora część klasy, będąca
            w identycznej sytuacji. Do ucznia nie dotarły ostrzeżenia
            starszych kolegów, że ta pani jest cięta i nieprzygotowań
            nie przyjmuje, choć o prawie do nieprzygotowań mówi
            jednoznacznie statut. Naiwnie zgłasza nieprzygotowanie i
            dostaje jedynke. Dyrektor, po interwencji, wyjaśnia, że
            statut statutem, ale na tej lekcji od lat jest niepisana
            umowa, że nieprzygotowań nie ma, uczniowie to akceptują,
            więc wszystko jest w porządku. Dopiero kurator, po osobistej
            rozmowie ojca z niewiedzącym co zrobić wizytatorem ("bo
            przecież nauczycielowi nie można nakazać zmiany oceny")
            stwierdza, że jednak postąpiono niewłaściwie,
            a porządek prawny także w szkole powinien być respektowany.
            Dyrektorka po kilku miesiącach przysyła w wakacje list, że
            pani profesor zgodziła się łaskawie wykreślić tę ocenę, ale
            uważa, że jest to nie w porządku wobec innych, przygotowujących
            się uczniów i ona (dyrektorka) tę opinie podziela. (Prawda, że
            kuriozalne?: urzędnik, skarcony przez nadzór za nieprzestrzeganie
            prawa, ośmiela się urzędowo prawo to podważać.) Ale nie o tym!
            Bo czy warto było? A co szkodziło rodzicowi dać dzieciakowi
            usprawiedliwienie za nieobecność tego dnia w szkole, tak jak
            zrobiło to sporo innych rodziców (tego dnia była jakaś dziwna
            epidemia :-( )?
            I jeszcze z innej beczki. Egzaminy maturalne z języka polskiego.
            Bywa, że klucz punktacji przewiduje punktowanie elemnetów, z których
            połowa wcale nie wynika koniecznie z podanego polecenia, a druga
            połowa jest silnie skażona bardzo szczególną iterpretacją, wcale
            nie oczywistą, taką, co do której każdy może mieć odmienne,
            indywidualne zdanie. (Mam na myśli np. fragment o "wynalazcach"
            w aktualnym informatorze maturalnym. Na jednej z próbnych matur
            przygotowanej przez CKE klucz wymagał nawet pisania prymitywnych
            komunałów ewidentnie nieprawdziwych; o Leśmianie i Kochanowskim,
            gdyby kto pytał.) Uczeń uczony jest od lat, że aby otrzymać
            dobrą ocenę musi nie tyle dać dobrą, szczerą, logicznie wynikającą
            z tematu odpowiedź, co dać odpowiedź oczekiwaną, maksymalnie napakowaną
            skostniałymi komunałami i jedynie słusznymi sformułowaniami.
            Uczeń, który pisze zgodnie z prawdą, że przerabiana w szkole
            literatura antyczna wcale go nie wzrusza, odbiera ją jako płaską
            i przesiąknietą dość prymitywnym dydaktyzmem, dowiaduje się
            od nauczyciela, że z takim brakiem wrażliwości to w ogóle
            nie powinien trafić do liceum. Inny, który traktuje temat
            jak Harry Potter prace z wróżbiarstwa i bredzi coś o przenikającym
            go wietrzyku emocji czy innych wyższych uczuciach przy lekturze
            mitów (wywołując tym konwulsje tłumionego śmiechu u znających go
            kolegów) otrzymuje całkiem niezłą ocenę. To wszystko są sytuacje
            autentyczne. I wiem, że są też inni, wspaniali nauczyciele.
            Z nie
            • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.fuw.edu.pl 02.10.03, 13:24
              I wiem, że są też inni, wspaniali nauczyciele.
              Z niektórymi stale utrzymuję kontakt. Ale i oni muszą nauczyć
              jak poradzić sobie z cekae-mowym kluczem. A tam nie ma miejsca
              na prawdę, szczerość, oryginalne, własne, dojrzałe opinie.
              Jest prosta zgadywanka: czego ci ludzie mogli chcieć bym im o tym
              napisał.
              Lista nie jest wyczerpana. Jesli nie dostrzegasz, że w polskiej
              szkole istnieje problem prawdy, szczerości, otwartości,
              szacunku dla odmienności w sprawach wymykających się prostym
              formułom matematycznym, problem elementarnego zdrowego rozsądku
              w załatwianiu spraw prostych, to zazdroszczę Ci świata,
              w którym żyjesz. Może to tylko ja mam pecha, że zawsze
              świat w którym żyję jest jakiś taki bardziej kostropaty.

              Pozdrawiam,
              M.
              • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 13:46
                Twoja wypowiedź jest długa i imponująca.
                Ale mnie nie wzrusza. Bo dokladnie tyle samo albo i pięć razy więcej może
                napisać każdy nauczyciel na temat zachowania rodziców w stosunku do szkoły i
                nauczycieli. I nasze przykłady będą tak samo chwytające za serce jak Twoje.
                Drobne próbki z mojego życia nauczycielskiego:
                Dzwonię do rodzicow ucznia,że nie chodzi do szkoly i ma slabe oceny.Na drugi
                dzien przychodzą oboje rodzice, juz po wizycie u dyra, ze skargą pisemną na
                mnie, ze ośmielilam się ich nachodzić telefonicznie i powiedzieć,że Michał się
                słabo uczy. Cała dalsza historia nadaje się na kilkuodcinkowy serial
                dokumentalny.

                Przychodzi do mnie tatuś lekarz i mówi : Pani mi może mi naskoczyć. ja jestem X.

                Mialam w klasie dwie blizniaczki. Siedzialy razem, zawsze ze sobą pracowały,
                nie chcialy współpracować z grupą. Kiedyś powiedzialam matce w serdecznej
                rozmowie, szkoda, ze nie są w dwóch róznych klasach lub nawet szkołach, bo
                wtedy integrowały by się bardziej z obcymi. Po miesiącu wzywa mnie dyrektor ,
                ma skargę na pismie na mnie, matka pisze, że ośmielilam się krytykować jej
                decyzje rodzicielskie.
                Takich przykładzików mam nie dziesiątki ale setki. Po co rozmawiać z rodzicami
                serdecznie ? Po co dzwonić? Tylko klopoty.


                • Gość: stankiee Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.chomiczowka.waw.pl 02.10.03, 13:57
                  Przepraszam, że się wtrącam. Po co rozmawiać z rodzicami serdecznie? Po co być
                  życzliwym? Przecież nie muszę.Ja tu rządzę. Jak nie to pała. Gdybym to ja
                  napisała coś takiego, nieźle by mi się dostało. Nigdy nie byłam w szkole z
                  pretensjami czy skargą u dyrektora. Ostatni raz miałam z nim kontakt w
                  momencie przenoszenia dokumentów syna. Miła rozmowa, bardzo ciepłe przyjęcie.
                  Nabrałam do tej szkoły szacunku. Mam go do tej pory pomimo tych niedomówień. W
                  tej szkole są nauczyciele życzliwi i nieżyczliwi, czy też "nieruszalni i
                  nieomylni".I o takich tu piszę. Podchodzicie do tego wyrywkowo. Źle.
                  • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 14:18
                    Po co rozmawiać serdecznie?
                    Rodzice uczniów nauczyli mnie, że nie wolno mówić im tego, co naprawdę myślę ,
                    tylko tyle, ile jest potrzebne a mnie nie zaszkodzi.
                    Weź pod uwage ten przyklad z bliźniaczkami. Głupia byłam, ze powiedzialam, to
                    co myślę. Ogólnie zaleca się , aby bliźniaki w szkole rozdzielić - np w dwóch
                    różnych klasach. Bo wtedy uczą się współpracy z innymi dziećmi , nie odgradzają
                    się, nie tworzą własnego świata zamkniętego dla innych.

                    Na drugi raz, kiedy taka mama zapyta mnie, co może zrobić, aby dziewczynki
                    lepiej pracowały na lekcji /bo taka była pierwotna rozmowa/ , to powiem coś
                    bezpiecznego, typu może zachęcac do przedmiotu, kupić dodatkową lekturkę allbo
                    podobne ogólniki. I mama będzie zadowolona i ja bezpieczna.

                    Stąd najbardziej bezpieczny komentarz nauczyciela o uczniu : zdolny ale
                    powinien więcej pracować. Bo to jest bezpieczne im ładnie brzmi. I rodzic się
                    cieszy.
                • Gość: stankiee Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.chomiczowka.waw.pl 02.10.03, 14:04
                  Od całego zdarzenia minęło już kilka dni. Jak pewnie zauważyliście, nie byłam
                  jeszcze w szkole. Nie jestem typem awanturnika, który najpierw biegnie i
                  krzyczy, a potem pyta o co chodzi. Dziś jest w szkole dzień otwarty, jak co
                  miesiąc będę na spotkaniu z wychowawcą. Mam nadzieje, że dojdziemy do
                  porozumienia. Jeśli nie, to nauczka pozostanie. Te przypadki opisywane wyżej
                  (pani wie kim ja jestem?) są patologiczne w całej rozciągłości. Reszta potem,
                  wracam do obowiązków.Pozdrawiam
                • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.fuw.edu.pl 02.10.03, 14:53
                  Droga karo!
                  Czy nie zauważasz, że tu nie ma żadnej symetri, żadnej
                  odwracalności ról, żadnego podobieństwa uzasadniającego
                  podobieństwo wniosków? Ty jesteś w pracy. Jak ci się
                  ona nie podoba, to możesz ją zmienić lub zagryźć zęby,
                  a w domu odreagować. Tak robi większość ludzi we wszelkich
                  zawodach i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Twój pracodawca
                  powinien móc od Ciebie wymagać określonych zachowań, niezależnie od
                  tego, czy osoby z którymi się stykasz służbowo
                  podobają Ci się czy nie. Oby tylko nie przekraczały
                  norm zapisanych w kodeksie. To czy np. masz dzwonić
                  czy nie, powinno być z nim dokładnie ustalone. Także zakres
                  Twoich decyzji autonomicznych. W każdym zawodzie
                  jesteś narażona na nieuzasadnione skargi. Skarga na
                  Twoje sugestie wypowiadane w zakresie Twoich kompetencji
                  jest zwyczajnie skargą nieuzasadnioną. Jestem przekonany,
                  że Twój dyrektor ją oddalił. Ale gdybyś, bedąc np. szewcem,
                  przyjęła niechętną postawę do klientów dlatego, że kilku z nich
                  niesłusznie się na Ciebie poskarżyło? Ciekawe, czy wiele
                  byś zarobiła? A gdybyś była pracownikiem najemnym, to czy szef
                  chciałby Cię trzymać? (Jeśli porównanie do szefca zbytnio Cię razi,
                  to wyobraź sobie lakarza czy maklera.) Osoby na rzecz których
                  przychodzi nam pracować są bardzo różne. Fachowość i profesjonalizm
                  to cechy, które pozwalają radzić sobie ze wszystkimi, którzy
                  przestrzegają norm ogólnych. Zarzuty - nie mam wątpliwości, że
                  uzasadnione! - wobec grubiaństwa, arogancji czy zwykłego chamstwa
                  niektórych z nich, nie zwalniają Cię w żaden sposób z obowiązków
                  wynikających z rodzaju Twojej pracy i powinności instytucji, w której
                  się zatrudniłaś. Nie mogą być wytłumaczeniem dla słabości tej instytucji
                  czy "symetrycznie" nagannych (lub chćby przesadnie obronnych) zachowań
                  po waszej stronie.
                  • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 15:10
                    Nie chcesz zauważyć faktów oczywistych. Szkoła jest miejscem pracy zgodnie z
                    Kodeksem Pracy. Ale nie takim zwykłym. Gdzie pracujesz a konkretnie ile osób
                    pracuje w Twoim otoczeniu i z iloma osobami masz kontakt bezpośredni - służbowy?

                    Czy mozna prosić o liczby? Konkretne?

                    A najpierw moje, czyli właściwie każdego nauczyciela.
                    1. uczę 9 klas po 38 osób razem 342 uczniów
                    2. rodziny tych uczniów bezpośrednio zainteresowane wszystkim, co się dzieje w
                    szkole , liczę srednio dwoje rodziców i dwóch dziadków / po 1 z każej strony/
                    342 uczniów x 4= 1368
                    3. Moi koledzy z pokoju nauczycielskiego 78 osób

                    Razem mam do czynienia właściwie codziennie /w pewien sposób/ z 1788 osobami. I
                    tak każdy nauczcyiel.
                    I nie można tego pomijać, bo tamgdzie naraz dobrze chce 1800 osób, zawsze bęzie
                    zamieszanie. Zamieszanie na jakimś konkretnym odcinku jest po prostu
                    nieuknione. I raz będzie się skarzył Rodzic na szkołe, raz nauczyciel na
                    dziecko albo rodzica, potem dyrektor na nauczyciela. Nie wolno niestety patrzeć
                    jednostronnie.
                    • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.fuw.edu.pl 02.10.03, 15:29
                      Codziennie masz do czynienia z ok. 150 dziećmi. Kontakt
                      ze współpracownikami - choć moim zdaniem być powinien
                      codzienny i w pełni merytoryczny, polegający na uzgadnianiu
                      zazębiających się treści nauczania - jest zapewne głównie
                      kawiarniany z fluktuacjami na sprawy wychowawcze.
                      Innego praktycznie nie ma chyba, że dyrekcja ma "ambicje"
                      i organizuje puste pokazówki typu "Szkoła z klasą".
                      Rodzice zjawiają się na wywiadówkę. Czasem jakiś przyplącze się
                      na przerwie i to raczej sam, a nie samoczwór z meżem i teściami.
                      Kontakt z uczniami jest zupełnie specyficzny, ale przecież właśnie
                      taki jest sens wybranej przez Ciebie pracy. Podsumowując:
                      panienka na poczcie, czy sprzedawca pączków mają zapewne
                      pracę bardziej urozmaiconą. Tyle odnośnie liczb.

                      Odnośnie zamieszania, to nie o nim była mowa. Mowa była o
                      w pełni świadomym i na mój gust dość perwersyjnym trwaniu
                      w łęboko nagannym postępowaniu. Przypomnę, że chodziło
                      o jedynki za brak pracy domowej w dzień po dwudniowej
                      nieobecności dziecka wyjaśnionej przez rodzica w sposób raczej
                      nie budzący wątpliwości co do wiarygodności. A nawet gdyby,
                      to o jedynki nie za rozpoznany brak wiedzy czy umiejętności,
                      ale z uchybienia czysto formalne (brak pracy).
                      • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 15:50
                        Nie podałeś swoich liczb!

                        Gość portalu: MP napisał(a):

                        > Codziennie masz do czynienia z ok. 150 dziećmi.

                        Nieprawda. Kontaktem jest już spotkanie na korytarzu i powiedzenie z miłym
                        usmiechem Dzień dobry


                        > Kontakt ze współpracownikami jest zapewne głównie kawiarniany z fluktuacjami
                        na sprawy wychowawcze. Innego praktycznie nie ma chyba


                        Kawiarniany?!

                        > Rodzice zjawiają się na wywiadówkę. Czasem jakiś przyplącze się
                        > na przerwie i to raczej sam, a nie samoczwór z meżem i teściami.

                        Udajesz, że nie rozumiesz? Przecież uczeń przychodząc do domu i opowiadając
                        rodzinie co było w szkole, powoduje, ze rodzina ocenia mnie. W ten sposób mam
                        kontakt służbowy z nimi. Oceniają mnie codziennie.


                        > Kontakt z uczniami jest zupełnie specyficzny, ale przecież właśnie
                        > taki jest sens wybranej przez Ciebie pracy. Podsumowując:
                        > panienka na poczcie, czy sprzedawca pączków mają zapewne
                        > pracę bardziej urozmaiconą.

                        Skąd wnioskujesz, że narzekam na brak urozmaicenia w pracy? Przeciwnie, jestem
                        bardzo zadowolona.


                        > Tyle odnośnie liczb.

                        A Twoje liczby?

                        > Mowa była o w pełni świadomym i na mój gust dość perwersyjnym trwaniu
                        > w łęboko nagannym postępowaniu. Przypomnę, że chodziło
                        > o jedynki za brak pracy domowej w dzień po dwudniowej
                        > nieobecności dziecka wyjaśnionej przez rodzica w sposób raczej
                        > nie budzący wątpliwości co do wiarygodności.

                        A skąd pewność, że w tej własnie szkole nie ma Regulaminu Oceniania
                        Wewnątrzskolnego z odpowiednim przepisem? U mnie wszkole jest odnośny pragraf.
                        uczeń ma prawo do nieprzygotowania do lekcji po usprawiedliwionej nieobecności
                        trwającej dłużej niz 3 dni. A więc u nas 2 dni nieobecności to za malo. I może
                        uprzedzę Twoją zapewnę uwagę, że jest to niesprawiedliwe - Regulamin
                        zatwierdziała Rada Szkoły, a zapewne wiesz, kto wchodzi w jej skład.


                        > to o jedynki nie za rozpoznany brak wiedzy czy umiejętności,
                        > ale z uchybienia czysto formalne (brak pracy).

                        Jeżeli uważasz brak pracy za zjawisko pozytywne, to o czym my rozmawiamy.

                        I jeszcze jedno.
                        Kiedy moje dziecko ma planowaną nieobecność w szkole, zawsze dzwonimy do jego
                        kolegi i umawiamy się na odpisanie lekcji.

                        I drugie.
                        Nie znamy CAŁEJ sytuacji. Być może uczeń wykorzystał już we wrześniu dwa
                        przysługujące mu nieprzygotowania i teraz po raz kolejny nie mial zadania.
                        • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.fuw.edu.pl 03.10.03, 15:17
                          Umknęła mi Twoja odpowiedź:-(

                          > Nieprawda. Kontaktem jest już spotkanie na korytarzu i powiedzenie z miłym
                          > usmiechem Dzień dobry

                          No to doliczmy kioskarza i ludzi z metra:-)

                          > Udajesz, że nie rozumiesz? Przecież uczeń przychodząc do domu i opowiadając
                          > rodzinie co było w szkole, powoduje, ze rodzina ocenia mnie. W ten sposób mam
                          > kontakt służbowy z nimi. Oceniają mnie codziennie.

                          Chyba jednak nie udaję, że nie rozumiem Twojego pojmowania słowa "kontakt".

                          > Skąd wnioskujesz, że narzekam na brak urozmaicenia w pracy? Przeciwnie,
                          > jestem bardzo zadowolona.

                          A napisałem, że narzekasz? Stwierdziłem fakt większego urozmaicenia!

                          > A Twoje liczby?

                          Jeśli napiszę, że w swojej kasie w supermarkecie mam rocznie
                          kontakt służbowy z setką tysięcy osób, to to coś zmieni
                          odnośnie spraw szkoły? Jeśli napiszę, że do mojego lasu
                          raz na rok przyjeżdża trzech facetów po drzewo, a pensję
                          dostaję na konto, to czy to uczyni nas mądrzejszymi w sprawach
                          tu omawianych?

                          > A skąd pewność, że w tej własnie szkole nie ma Regulaminu Oceniania
                          > Wewnątrzskolnego z odpowiednim przepisem? U mnie wszkole jest odnośny
                          pragraf.
                          > uczeń ma prawo do nieprzygotowania do lekcji po usprawiedliwionej
                          nieobecności
                          > trwającej dłużej niz 3 dni. A więc u nas 2 dni nieobecności to za malo.

                          Przyznam Ci szczerze, że takich paragrafów zupełnie nie rozumiem.
                          Treść rozporządzenia, które jest tu prawem, jest jednoznaczna:
                          rozpoznajesz najlepiej jak potrafisz co dziecko wie i potrafi.
                          To czy ma zeszyt, czy odrobił zadane słupki nie ma tu znaczenia,
                          jeśli wiesz, że umie (lub, że nie umie, a słupki robi mu mama :-)).
                          Jeśli nie nauczył się wiersza, to oczywiście czegoś w danej chwili
                          sprawdzić nie możesz. Ale jeśli to, o czym miał świadczyć ten
                          wiersz udaje Ci się ustalić inaczej np. za miesiac przy innej okazji,
                          to to ostateczne ustalenie jest dla Ciebie obowiązujące. Bo przecież
                          dany wiersz był tylko pretekstem - nie jest ważne, czy dziecko umie
                          deklamować ten czy inny; ważne czy umie deklamować, a to ustaliłaś.
                          "Nieprzygotowania" mogę rozumieć jako pewne "niemanie" (w sferze
                          materialnej lub intelektualnej), które dezorganizuje pracę innych.
                          Takie należy tępić odpowiednimi do tego narzędziami, czyli
                          ocenami z zachowania. Rozumiem, że może chodzić wyłącznie o tępienie
                          zachowań zawinionych. Jeśli ktoś niczego po swej stronie nie zaniedbał,
                          a mimo to nie jest "przygotowany" to nie ma znaczenia czy jest to
                          po raz pierwszy czy po raz piąty. Tu musi działać elementarna logika,
                          ponad która nie może stać żaden regulamin.

                          A z innej beczki: regulamin, mówiąc o prawie ucznia, nie odbiera
                          w żaden sposób nauczycielowi prawa do bardziej liberalnego postępowania
                          i nie zwalnia go od obowiązku kierowania się na każdym etapie zdrowym
                          rozsądkiem.

                          > I może
                          > uprzedzę Twoją zapewnę uwagę, że jest to niesprawiedliwe - Regulamin
                          > zatwierdziała Rada Szkoły, a zapewne wiesz, kto wchodzi w jej skład.

                          To już chyba jawna kpina? Wiesz przecież dobrze, że projekt reulaminu
                          przygotowuje RP - to jej wyłączna kompetencja. Wyobrażasz sobie, że
                          uczniowie lub rodzice zakwestionują jej oczekiwania? Jest to
                          teoretycznie oczywiście możliwe, ale to jawna wojna. Trudno mi wyobrazić
                          sobie rozsądne działanie szkoły uwikłanej w tak jawny konflikt.


                          > Jeżeli uważasz brak pracy za zjawisko pozytywne, to o czym my rozmawiamy.

                          Uważam, że ocena za brak czysto formalny to zjawisko równie
                          negatywne co nielegalne. Prace domowe są potrzebne, bo służą ćwiczeniu,
                          dają szansę na uzyskanie jeszcze przed klasówką. odpytaniem czy
                          egzaminem informacji, informacji zwrotnej o pozimie swego (czy dziecka)
                          zaawansowania.
                          Ktoś, kto ich nie wykonuje ryzykuje gorsze przygotowanie i traci
                          pewną szansę.
                          Nie mogą natomiast być dla nauczyciela źródłem rozpoznania w rozumieniu
                          przepisów o ocenianiu. Nie są one np. w żadnym stopniu wiarygodne
                          (rodzice, korepetytanci, koledzy, Internet). Ich "niemanie" tylko
                          w szczególnych okolicznościach świadczy o braku wiedzy lub umięjetności,
                          które nauczyciel ma obowiązek rozpoznać.

                          > I jeszcze jedno.
                          > Kiedy moje dziecko ma planowaną nieobecność w szkole, zawsze dzwonimy do jego
                          > kolegi i umawiamy się na odpisanie lekcji.

                          To dobra metoda, choć np. u mojej córki zawsze były z tym kłopoty
                          (ze znalezieniem kwapiących się do pożyczenia i mających jednocześnie
                          wiarygodne notatki). Ot, taki lokalny wyścig szczurów :-(
                          To też trzeba uwzględniać.

                          > Nie znamy CAŁEJ sytuacji. Być może uczeń wykorzystał już we wrześniu dwa
                          > przysługujące mu nieprzygotowania i teraz po raz kolejny nie mial zadania.

                          Żadna liczba nieprzygotowań nie powinna wyczerpać pokładów elementarnego
                          zdrowego rozsądku:-(
                          • Gość: karo moja odpowiedź IP: *.net.autocom.pl 03.10.03, 17:30
                            Gość portalu: MP napisał(a):


                            > No to doliczmy kioskarza i ludzi z metra:-)

                            Nie udawaj, że ponownie nie rozumiesz . Brak odpowiedzi na pozdrowienie ucznia
                            już jest komentowane przez ucznia negatywnie - a więc kontakt negatywny.



                            > > Udajesz, że nie rozumiesz? Przecież uczeń przychodząc do domu i opowiadają
                            rodzinie co było w szkole, powoduje, ze rodzina ocenia mnie. W ten sposób
                            mam kontakt służbowy z nimi. Oceniają mnie codziennie.

                            > Chyba jednak nie udaję, że nie rozumiem Twojego pojmowania słowa "kontakt".

                            No comments.




                            > > A Twoje liczby?

                            > Jeśli napiszę, że w swojej kasie w supermarkecie mam rocznie
                            > kontakt służbowy z setką tysięcy osób, to to coś zmieni
                            > odnośnie spraw szkoły? Jeśli napiszę, że do mojego lasu
                            > raz na rok przyjeżdża trzech facetów po drzewo, a pensję
                            > dostaję na konto, to czy to uczyni nas mądrzejszymi w sprawach
                            > tu omawianych?

                            Odpowiedź mnie nadal interesuje. Człowiek, który ma zawodowo do czynienia z
                            wieloma różnymi osobami, rozumienie istotę powstawania konfliktów w dużej
                            grupie. Inaczej np. rencista przebywający cały czas w domu i kontaktujący się
                            raz w miesiącu z listonoszem.



                            >
                            > > I może
                            > > uprzedzę Twoją zapewnę uwagę, że jest to niesprawiedliwe - Regulamin
                            > > zatwierdziała Rada Szkoły, a zapewne wiesz, kto wchodzi w jej skład.
                            >
                            > To już chyba jawna kpina? Wiesz przecież dobrze, że projekt reulaminu
                            > przygotowuje RP - to jej wyłączna kompetencja. Wyobrażasz sobie, że
                            > uczniowie lub rodzice zakwestionują jej oczekiwania?

                            Obrażasz w ten sposób rodziców i uczniów z samorządu wchodzących w skład Rady.
                            Uczniowie i rodzice mają w Radzie Szkoły przewagę głosów.


                            >Prace domowe są potrzebne, bo służą ćwiczeniu,
                            > dają szansę na uzyskanie jeszcze przed klasówką.
                            > Nie mogą natomiast być dla nauczyciela źródłem rozpoznania w rozumieniu
                            > przepisów o ocenianiu.

                            A dlaczego niby nie mogą? W Regulaminie Oceniania Wewnątrzszkolnego,
                            zatwierdzonego przez w/w Rade Szkoły, jest dokładnie opisane, za co dostaję się
                            oceny: odp. ustne, klasówki, karktówki, zadania domowe. Tylko ,że niewielu
                            rodzicom chce się pofatygować do biblioteki i pożyczyc Regulamin.


                            >Nie są one np. w żadnym stopniu wiarygodne (rodzice, korepetytanci, koledzy,
                            Internet).

                            W żadnym? Strasznie kategoryczne są te Twoje wypowiedzi. Obrażasz w ten sposób
                            np. swoją córkę, sugerując, że również ona odpisuje zadania. A pamiętasz, kto
                            pomagał kilka dni temu w zrobieniu zadania z matematyki internautce na forum
                            Kujon? Czy aby nie Ty? Śmieszne. MP rozwiązuje zadania z matematyki dzieciom w
                            interncecie, pomagając oszukiwać szkołę a usta ma pełne frazesów o uczciwości.
                            Teraz rozumiem Twoje rozumienie symetrii - tylko w jedną stronę.


                            >
                            > > I jeszcze jedno.
                            > > Kiedy moje dziecko ma planowaną nieobecność w szkole, zawsze dzwonimy do
                            jego kolegi i umawiamy się na odpisanie lekcji.
                            >
                            > To dobra metoda, choć np. u mojej córki zawsze były z tym kłopoty
                            > (ze znalezieniem kwapiących się do pożyczenia i mających jednocześnie
                            > wiarygodne notatki). Ot, taki lokalny wyścig szczurów :-(


                            Może są inne powody niechęci do pożyczania?



                            > Żadna liczba nieprzygotowań nie powinna wyczerpać pokładów elementarnego
                            > zdrowego rozsądku:-(

                            A na przykład 10 w semestrze wyczerpuje?


                            • Gość: MP Re: moja odpowiedź IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.03, 01:39
                              > Brak odpowiedzi na pozdrowienie ucznia
                              > już jest komentowane przez ucznia negatywnie - a więc kontakt negatywny.

                              Ale ty nie pisałaś o niemal dwóch tysiącach, którzy się pozdrawiają,
                              tylko o niemal dwóch tysiącach, którzy codziennie wspólnie z Tobą
                              razem chcą dobrze w tej samej sprawie, co rzekomo wprowadza
                              zamieszanie. W domyśle zamieszanie usprawiedliwiające nauczycielki
                              z początkowego postu.
                              Związku z pozdrawiającym sie tłumem nie widzę tu jako żywo!

                              > Człowiek, który ma zawodowo do czynienia z
                              > wieloma różnymi osobami, rozumienie istotę powstawania konfliktów w dużej
                              > grupie.

                              A niby jakie to sprzeczne interesy w grupie legły u podstaw
                              jedynek za brak pracy, w dodatku niczym nie zawiniony przez dziecko?

                              > Obrażasz w ten sposób rodziców i uczniów z samorządu wchodzących w skład
                              Rady.
                              > Uczniowie i rodzice mają w Radzie Szkoły przewagę głosów.

                              Obrażasz zdrowy rozsądek tak interpretując moje słowa.
                              (Nie jest to moja ulubiona forma literacka, ale jeśli masz ochotę
                              na polemikę agresywną, to przynajmniej przez pewien czas
                              mogę dotrzymać pola :-).)
                              A na poważnie: prywatne wojny to jedno (nawet te z kuratorem w tle),
                              a konflikty ciał ustawowych, konflikty z jednoznacznym
                              zaangażowaniem młodzieży przeciwko jej nauczycielom,
                              to zupełnie inna jakość. Są sprawy na tyle ważne i delikatne,
                              że dla ich rozwiązania nie warto używać swojej formalnej przewagi.

                              > A dlaczego niby nie mogą? W Regulaminie Oceniania Wewnątrzszkolnego,
                              > zatwierdzonego przez w/w Rade Szkoły, jest dokładnie opisane, za co
                              > dostaję się oceny: odp. ustne, klasówki, karktówki, zadania domowe.

                              A co to ma do rzeczy, że są "zapisane"? Czy ja napisałem, że
                              nie można ich oceniać? Napisałem wyraźnie coś zupełnie odwrotnego.
                              Pisałem, że oceny z nich są ważne, bo niosą cenną informację pozwalającą
                              nie być zaskoczonym w chwili właściwego rozpoznania.
                              Oczywiście te za pracę, a nie te za jej niemanie, bo te w kwestii
                              spraw podlegających zgodnie z prawem ocenie, nie niosą żadnej informacji.
                              Pisałem natomiast, że oceny za prace domowe nie mogą być źródłem
                              rozpoznania dla nauczyciela, rozumiejąc przez to podsumowanie
                              ze skutkami dla oceny końcoworocznej. Powody wymieniłem.
                              Nie stoi to w żadnej sprzeczności z wpisaniem ich w WSO.
                              I w uzupełnieniu: Rodzice, szczególnie w młodszych szkołach, powinni być
                              informowani o tym, jeśli ich pociecha nie wykonuje zadawanych ćwiczeń.
                              Bez tej informacji ich nadzór nad dzieckiem byłby bardzo utrudniony.
                              Ale nie można tej informacji przekazywać narzędziem przeznaczonym do
                              innego celu - do informowania o stanie wiedzy i umiejętności, a nie
                              o pilności w wykonywaniu prowadzących do tego ćwiczeń. Moja żona np.
                              od lat ma gustowną pieczątkę z napisem "Brak pracy domowej z matematyki."
                              Prosta, czytelna informacja bez stopnia. Kto chce, ten wyciąga z niej wnioski.
                              Oj, wyciągają! A co 4-5 lekcji na kartkówce dokładnie widać kto nie
                              wyciagnął:-(.

                              > W żadnym? Strasznie kategoryczne są te Twoje wypowiedzi.

                              Darujmy sobie niuanse stylistyczne. Nie chodziło o to, że każda
                              praca jest faktycznie niesamodzielna, tylko o to, że każda taką może być,
                              bo żaden dostatecznie mocny mechanizm przed tym nie chroni.
                              A jeśli takie prace mają rzeczywisty wpływ na ocenę klasyfikacyjną,
                              to motywacja do pójścia na skróty jest mocniejsza niż naturalne hamulce
                              u wielu osób. Taki świat i tyle. Czy robiąc klasówkę lub uczestnicząc
                              w przeprowadzaniu egzaminu opuszczasz dyskretnie uczniów, by nie obrażać
                              ich swoim brakiem zaufania?
                              Co do córek (i synów), to nie tyle ich obrażam,
                              co dbam o to, by konkurując na oceny na kolejnych edukacyjnych
                              progach, konkurowali tym co w głowie, a nie czym innym. Poza tym
                              niektóre oceny powinny dawać gwarancję właściwego przygotowania
                              osób, ktore je otrzymały. Wolałbym by elektryk, który przyjdzie
                              grzebać mi w instalacji, miał swój dyplom za to i tylko za to, co
                              faktycznie potrafi, a nie za przekompilowane z Internetu pseudoreferaty.

                              > A pamiętasz, kto
                              > pomagał kilka dni temu w zrobieniu zadania z matematyki internautce na forum
                              > Kujon? Czy aby nie Ty? Śmieszne. MP rozwiązuje zadania z matematyki dzieciom
                              > w interncecie, pomagając oszukiwać szkołę a usta ma pełne frazesów o
                              > uczciwości.

                              Mam nadzieję, że nie dzieciom, tylko młodej osobie w wieku już
                              ponadgimnazjalnym :-). Gdyby to zadanie było dane komuś młodszemu
                              (a nie mogę tego wykluczyć) to byłoby ono bardzo niestosowne.
                              Jeśli uważnie przeczytałaś co napisałem, to wiesz sama, że Twój
                              zarzut jest bardzo nieuczciwy. Dziewczę dostało jedynie wskazówkę
                              i to taką, że jeśli umiało ją wykorzystać, to znaczy, że już
                              chwyciło o co chodzi. W końcu taki jest cel edukowania i nie ma
                              tu nic niewłaściwego. Nie zmienia to faktu, że w Internecie można
                              znaleźć pomoc innego rodzaju, która poziomu wiedzy osoby z niej
                              korzystającej w żadnym stopniu nie pomnaża. Ostatnio można nawet ją
                              kupić u reklamujących się bez zażenowania nauczycieli :-(

                              > > Żadna liczba nieprzygotowań nie powinna wyczerpać pokładów elementarnego
                              > > zdrowego rozsądku:-(
                              >
                              > A na przykład 10 w semestrze wyczerpuje?

                              Dziecko, które dziesięć razy w semestrze ma ważne powody by nie być
                              przygotowanym do lekcji ma naprawdę jakiś poważny kłopot. Powinno się
                              nad nim szczególnie troskliwie pochylić, by ten kłopot poznać i
                              pomóc rozwiazać jego problem. To przynajmniej podpowiada mi mój
                              zdrowy rozsądek.
                              • Gość: karo Re: moja odpowiedź IP: *.net.autocom.pl 04.10.03, 11:27
                                Gość portalu: MP napisał(a):

                                > Ale ty nie pisałaś o niemal dwóch tysiącach, którzy się pozdrawiają,
                                > tylko o niemal dwóch tysiącach, którzy codziennie wspólnie z Tobą
                                > razem chcą dobrze w tej samej sprawie, co rzekomo wprowadza
                                > zamieszanie.

                                "Rzekomo"? Czy ktoś z Państwa czytających tę dyskusję ma doświadczenie we
                                współpracy z 2000 osób naraz i mógłby się wypowiedziec?




                                > A niby jakie to sprzeczne interesy w grupie legły u podstaw
                                > jedynek za brak pracy, w dodatku niczym nie zawiniony przez dziecko?

                                Oszukujesz. To były dywagacje skierowane do Ciebie ogólnie nt oświaty, co można
                                łatwo prześledzić czytając po kolei posty. Wystarczy przeczytać.



                                > > Obrażasz w ten sposób rodziców i uczniów z samorządu wchodzących w skład
                                > Rady.
                                > > Uczniowie i rodzice mają w Radzie Szkoły przewagę głosów.
                                >
                                > Obrażasz zdrowy rozsądek tak interpretując moje słowa.


                                Naprawdę??? To zinterpretuj swoją wypowiedź : "To już chyba jawna kpina? Wiesz
                                przecież dobrze, że projekt reulaminu przygotowuje RP - ... wyobrażasz sobie,
                                że uczniowie lub rodzice zakwestionują jej oczekiwania? "
                                Bo chyba każdy średnio inteligentny czytelnik zrozumie Twoje zdanie
                                następująco: Rodzice i uczniowie w Radzie to marionetki nauczycieli. A w Radzie
                                zasiadają osoby chętne do współpracy, ambitmne, energiczne, chcące coś zmienić
                                w swojej szkole na lepsze i możesz być spokojny, że dobrze pilnują ineterów
                                uczniów. Dlatego nie każda szkoła ma Radę.




                                > > A dlaczego niby nie mogą? W Regulaminie Oceniania Wewnątrzszkolnego,
                                > > zatwierdzonego przez w/w Rade Szkoły, jest dokładnie opisane, za co
                                > > dostaję się oceny: odp. ustne, klasówki, karktówki, zadania domowe.
                                >
                                > A co to ma do rzeczy, że są "zapisane"? Czy ja napisałem, że
                                > nie można ich oceniać?

                                Oczywiście, że tak napisałeś, ale chyba tego nawet nie pamiętasz. Przypomnę
                                cytacik: "Nie mogą natomiast być dla nauczyciela źródłem rozpoznania w
                                rozumieniu przepisów o ocenianiu. "

                                Jeżeli nie rozumiesz własnych wypowiedzi, to trudno.

                                >Napisałem wyraźnie coś zupełnie odwrotnego.

                                OJEJEJEJ.

                                > Darujmy sobie niuanse stylistyczne. Nie chodziło o to, że każda
                                > praca jest faktycznie niesamodzielna, tylko o to, że każda taką może być,
                                > bo żaden dostatecznie mocny mechanizm przed tym nie chroni.

                                Pisząc tekst odpowiadasz za swoje słowa. Tryb przypuszczający wprowadziłeś
                                dopiero teraz.


                                > > A pamiętasz, kto
                                > > pomagał kilka dni temu w zrobieniu zadania z matematyki internautce na for
                                > um Kujon? Czy aby nie Ty? Śmieszne. MP rozwiązuje zadania z matematyki
                                dzieciom w interncecie, pomagając oszukiwać szkołę a usta ma pełne frazesów o
                                uczciwości.

                                > Mam nadzieję, że nie dzieciom, tylko młodej osobie w wieku już
                                > ponadgimnazjalnym :-).

                                Zaraz, zaraz. A jeżeli to było zadanie z I klasy liceum, to już Co, wolno Ci
                                oszukiwać szkołę? W której klasie szkoły ponadgimnzajalnej kończy się w Twoim
                                Kodeksie Honorowym pojęcie UCZCIWOŚĆ? Boziewicz trzymałby fason do śmierci.







                                • Gość: ojciec Re: KARO !!! TOBIE NIKT NIE PODSKOCZY !!! IP: *.chello.pl / *.chello.pl 04.10.03, 13:00

                                  O! karo!
                                  Czarzasty i Jakubowska przy tobie to małe pimpusie!
                                  • Gość: karo Re: KARO !!! TOBIE NIKT NIE PODSKOCZY !!! IP: *.net.autocom.pl 04.10.03, 13:06
                                    ojcze
                                • Gość: MP Re: moja odpowiedź IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.03, 15:37
                                  Droga karo!

                                  Czuję się zdruzgotany! Szybko porządkuję swoje
                                  sprawy i chyba popełnię harakiri.
                  • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 15:16
                    >Czy nie zauważasz, że tu nie ma żadnej symetri, żadnej
                    odwracalności ról, żadnego podobieństwa uzasadniającego
                    podobieństwo wniosków?

                    Każdy ma prawo do własnego zdania.
                    • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.fuw.edu.pl 02.10.03, 15:37
                      > Każdy ma prawo do własnego zdania.

                      Czy stosujesz tę zasadę odpytując swoich uczniów?

                      Zasada ta dotyczy spraw nierozstrzygalnych poprzez
                      zbadanie, sprawdzenie, ustalenie pojęć. Dotyczy
                      opinii o "słusznościach" i innych rozstrzygnięciach
                      z obszaru systemu wartości.
                      Brak symetri i kompletna odmienność ról nie jest
                      kwestią uznaniową, etyczną, słusznościową ...
                      Podlega ona rozpoznaniu i ustaleniu.
                      Są kwestie, które się sprawdza i wykazuje, a nie
                      przegłosowuje.
                • Gość: Majka do karo IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 02.10.03, 15:59
                  "Twoja wypowiedź jest długa i imponująca. Ale mnie nie wzrusza. Bo dokladnie
                  tyle samo albo i pięć razy więcej napisać każdy nauczyciel na temat zachowania
                  rodziców w stosunku do szkoły i nauczycieli. I nasze przykłady będą tak samo
                  chwytające za serce jak Twoje."

                  Karo, każdy nauczyciel ma swoje martyrologiczne rozważania
                  i wspomnienia :)
                  Jeden tylko drobiazg- my mamy być:
                  1)zawodowcami, którzy mimo "niesympatyczności" rodzica czy dziecka poradzą
                  sobie z problemem
                  2) nie wolno nam przenosić urazów na innych
                  3) zawód zobowiązuje nas do zachowań kulturalnych, etycznych i pełnych szacunku
                  dla ludzi, z którymi mamy kontakt. Od lekarzy tego oczekujesz? Tu nasze zawody
                  będą zbieżne. Nawet jeśli po takiej rozmowie ( przez godzinę po lekcjach)
                  możesz tylko milczeć z zaciśniętymi zębami :))
                  • Gość: karo Re: do karo IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 16:06

                    Cześć Majka

                    > Jeden tylko drobiazg- my mamy być:
                    > 1)zawodowcami, którzy mimo "niesympatyczności" rodzica czy dziecka poradzą
                    > sobie z problemem

                    Czy ja mówię, ze sobie nie radzę?

                    > 2) nie wolno nam przenosić urazów na innych

                    Czy ja mówię o przenoszeniu urazów w znaczeniu przenoszenia urazów? Czego
                    uczysz?

                    > 3) zawód zobowiązuje nas do zachowań kulturalnych, etycznych i pełnych
                    szacunku

                    Jestem kulturalna, etyczna i pełna szacunku. Z kulturą , etyką i szacunkiem
                    rozmawiam z rodzicami tak, aby moje wypowiedzi były bezpieczne i nie narażały
                    mnie na kłopoty.


                    Nawet jeśli po takiej rozmowie ( przez godzinę po lekcjach)
                    > możesz tylko milczeć z zaciśniętymi zębami :))


                    Godzina? Szybko dochodzisz do siebie.
                    • Gość: Majka Miodek mi się przyśni ;)) IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 02.10.03, 16:26
                      Niech społeczeństwo wybaczy - z pośpiechu zbłądziłam złą formą :) Oczywiście:
                      przenoszenie urazy.

                      Piszesz: "(...)podobne ogólniki. I mama będzie zadowolona i ja bezpieczna.
                      Stąd najbardziej bezpieczny komentarz nauczyciela o uczniu : zdolny ale
                      powinien więcej pracować. Bo to jest bezpieczne im ładnie brzmi. I rodzic się
                      cieszy."

                      Ogólniki są bezpieczne, ja będę bezpieczna, bezpieczny komentarz.... Nieźle :)
                      Nie jest istotne, czy informacja jest rzetelna? Masz mieć spokój? I już?
                      I to jest etyczne? I profesjonalne?


                      • Gość: karo Re: Miodek mi się przyśni ;)) IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 16:48
                        Zaszło nieporozumienie - nie chodzi mi Broń Boże o jakieś formy gramatyczne.
                        Tylko znaczenie. Przysięgam! Nawet się nad tym nie zastanawialam!!!!
                        Pisząc "przenosisz urazę" sugerujesz, że traktuję rodziców niemiło.
                        Słowo 'bezpieczne' jest tu najwłaściwsze, dlatego użyłam go tyle razy.

                        I własnie dobrze mnie rozumiesz. Nie powiem rodzicowi prawdy : Proszę Pana,
                        jeżeli syn będzie nadal chodził na wagary, to może nie zdać matury.
                        Taka jest prawda: wagary - brak wiedzy - problemy na egzaminie.

                        Nie powiem. A dlaczego ? Bo jak uczeń nie zda matury, to rodzic napisze
                        odwołanie do Kuratorium, że pani Kowalska już 2 października powiedziała,że syn
                        nie zda matury. Że ona sobie tak ustaliła.
                        I co ,czy to by była nieprawda? Powiedziałam tak? Powiedzialam. Był drugi
                        października i nawet tak napisalam na forum w Gazecie. Ale kto by sluchal moich
                        wyjasnień, że to było z dobrego serca? Zę to była po prostu informacja?

                        Zamiast tego, droga Majko, powiem takiemu rodzicowi: Proszę Pana, w tym roku
                        czeka nas matura. Syn powinien wziąć się do pracy.

                        Kończę już aktywność pisarską, dziś kończy mi się zwolnienie. od jutra do
                        pracy, muszę się jeszcze przygotować., dlatego dziś moglam sobie tu trochę
                        popisać.


                • roman.gawron Re: nieobecność w szkole - cd. 05.10.03, 18:14
                  Gość portalu: karo napisał(a):

                  > Dzwonię do rodzicow ucznia,że nie chodzi do szkoly i ma slabe oceny.Na drugi
                  > dzien przychodzą oboje rodzice, juz po wizycie u dyra, ze skargą pisemną na
                  > mnie, ze ośmielilam się ich nachodzić telefonicznie i powiedzieć,że Michał
                  > się słabo uczy.

                  Podręcznik prawa szkolnego ("Polskie prawo szkolne" J. Homplewicza):

                  [...]Samo zestawienie kompetencji do wychowania, jakie ma zarówno władza
                  szkolna (szkoła), jak i władza rodzicielska (rodzice), jest już pytaniem
                  prawnym o zakresy tych uprawnień, ich rozgraniczenie oraz o zakresy
                  współdziałania szkoły i domu. (…)
                  Władztwa te - rodziców i szkoły - mając równorzędną ustawową podstawę prawną
                  (podkr. moje), ustawiają się wobec siebie na zasadach pewnej autonomii i
                  niezależności, ale nie wbrew prawu. Prawnie również się nie wyłączają. Ma to
                  takie na przykład znaczenie, że uczeń, pozostając w klasie (w szkole) pod
                  władztwem zakładowym, jednocześnie i przez cały czas jest pod władzą
                  rodzicielską. (…)
                  (…)celowościowo i funkcjonalnie te układy podwójnego władztwa w wychowaniu
                  rzutują na siebie, zazębiając się, w ramach zasady jednolitości zarówno
                  wychowania, jak i porządku prawnego. (…)
                  (…)przepisami prawnymi mogą być regulowane pewne obowiązki i odpowiedzialność
                  rodziców, również w sferze stosunków prawa szkolnego. Tak jest z obowiązkami
                  rodziców i prawnych przedstawicieli dziecka na przykład z tytułu realizacji
                  obowiązku szkolnego(…); z kolei zadaniem władz szkolnych jest wytyczyć w
                  przepisach wykonawczych te obowiązki i czynności, jakie rodzice powinni podjąć
                  dla zapewnienia uczęszczania dziecka do szkoły i sumiennego jego udziału w
                  nauce szkolnej. To daje już uzasadnienie dla postawienia tezy: rodzice z tytułu
                  ich władzy rodzicielskiej mogą mieć również administracyjno-prawne, przez
                  władzę szkolną konkretyzowane obowiązki. Ustawia to te władze szkolne w pozycji
                  swoistej kontroli wobec wykonywania pewnych obowiązków władzy rodzicielskiej (w
                  krańcowych sytuacjach niewykonywania obowiązków władzy rodzicielskiej jest
                  możliwe wniesienie wniosku o ograniczenie lub odebranie przez sąd tej władzy
                  rodzicom.[...]

                  Niedawno na stronie małopolskiego bodajże kuratorium znalazłem, że szkoła ma
                  prawo kontrolować nie tylko samo formalne wypełnianie obowiązku szkolnego przez
                  rodziców (ucznia de facto), ale również jakość wypełniania tego obowiązku,
                  stosunek do niego i warunki, jakie rodzice stwarzają dziecku poza szkołą, aby
                  prawidłowo mogło przygotowywać się do zajęć szkolnych.

                  Skarga rodziców więc była tu oczywiście bezzasadna.
                  Nauczyciel ma nie tylko prawo tak postąpić, ma wręcz taki obowiązek.
                  Dyrektor - oddalając skargę - powinien dla lepszego efektu oficjalnie pouczyć
                  rodziców co do tego, WZYWAJĄC rodziców do prawidłowego wywiązywania się z ich
                  obowiązków bezpośrednio wynikających z obowiązku szkolnego.

                  > Przychodzi do mnie tatuś lekarz i mówi : Pani mi może mi naskoczyć.

                  Powiem tu mocno: takim rodzicom (dla dobra dziecka) trzeba niestety pokazać,
                  gdzie ich miejsce. To doskonała okazja, aby szkoła wystąpiła z pozycji władzy.
                  Uświadomienie zbyt pyskatemu ojcu, że jego ręce nie są tak długie, jak mu się
                  wydaje, może wyjść jego dziecku tylko na dobre. Oczywiście byłby to też
                  pożyteczny sygnał dla innych dzieci i ich rodziców.
                  Dlatego zajmuję się prawnym aspektem kontrolnej funkcji szkoły i prawami
                  nauczyciela wobec uczniów i jego rodziców. Rodzice nie są przełożonymi
                  nauczyciela, szkoła - wspierając wychowawczą funkcję rodziny - ma prawo
                  kontrolować ich decyzje.

                  > Mialam w klasie dwie blizniaczki. Siedzialy razem, zawsze ze sobą pracowały,
                  > nie chcialy współpracować z grupą. Kiedyś powiedzialam matce w serdecznej
                  > rozmowie, szkoda, ze nie są w dwóch róznych klasach lub nawet szkołach, bo
                  > wtedy integrowały by się bardziej z obcymi. Po miesiącu wzywa mnie dyrektor ,
                  > ma skargę na pismie na mnie, matka pisze, że ośmielilam się krytykować jej
                  > decyzje rodzicielskie.

                  Jak udowodniłem wyżej, miała Pani takie prawo.

                  > Takich przykładzików mam nie dziesiątki ale setki. Po co rozmawiać
                  > z rodzicami serdecznie ? Po co dzwonić? Tylko klopoty.

                  Należy rozmawiać serdecznie, należy dzwonić. Ale też nie można sobie dać w
                  kaszę dmuchać. Słabym nauczycielem rodzice i uczniowie chętnie pomiatają.
                  Pani pytania świadczą o pewnej rezygnacji. To może być droga do tzw. wypalenia
                  zawodowego, do zbyt rutynowego podejścia.
                  Uczniowie muszą Pani słuchać, rodzice w koniecznym zakresie również. Głowa do
                  góry! :-))
                  • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 05.10.03, 19:13
                    To tylko przykłady - jak Majka zauważyła - martyrologii. Nie ma mowy o
                    zniechęceniu a energia mnie rozpiera. Walczyć o swoje też potrafię. Ale pisalam
                    już kilka razy - stalam się b. ostrożna. Problemem jest niestety postawa
                    dyrekcji - boi się własnego cienia, skarg do Kuratorium a pisemko od rodziców
                    powoduje trzęsawkę. Jeżeli nauczyciel ma oparcie w dyrekcji, może być spokojny.
                    Wystraszylam dyrekcję skladając w sekretariacie pisemną odpowiedź na zarzuty,
                    na kilka stron. Dlaczego rodzice mogą skladać skargi pisemne a nauczyciel ma
                    się tlumaczyc tylko ustnie?
                    • roman.gawron Re: nieobecność w szkole - cd. 05.10.03, 19:18
                      Gość portalu: karo napisał(a):

                      > Jeżeli nauczyciel ma oparcie w dyrekcji, może być spokojny.

                      Otóż to. Zbyt strachliwe dyrekcje to prawdziwy problem dzisiaj.

                      > Wystraszyłam dyrekcję składając w sekretariacie pisemną odpowiedź na zarzuty,
                      > na kilka stron. Dlaczego rodzice mogą składać skargi pisemne, a nauczyciel ma
                      > się tłumaczyć tylko ustnie?

                      No właśnie :-)))
                      • Gość: karo Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.net.autocom.pl 05.10.03, 19:31
                        roman.gawron napisał:


                        > Otóż to. Zbyt strachliwe dyrekcje to prawdziwy problem dzisiaj.

                        Czasami można to wykorzystać z pożytkiem dla siebie :)

                        Pozdrowienia dla OSKKO.
                        • roman.gawron Re: nieobecność w szkole - cd. 05.10.03, 19:43
                          Gość portalu: karo napisał(a):

                          > Pozdrowienia dla OSKKO.

                          Przekażę Zarządowi :-))
                  • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.03, 19:50
                    W sprawach opisanych przez karo pewnie Pan ma
                    rację (pomijajac tradycyjne nadęcie:-) okraszone
                    tym razem protekcjonalnym poklepaniem po plecach :-().
                    Zresztą, kto rozsądny miałby tu inne zdanie?
                    Karo zapewne celowo opisała jedynie sytuacje oczywiste :-)

                    Natomiast straszenie przy okazji Homplewiczem
                    z okresu kwitnacego PRL-u jest trochę niesmaczne.
                    Już Panu kiedyś zwracałem na to uwage, ale może nigdy
                    dosyć informowania niedoinformowanych. Informuję więc
                    Pana ponownie, że realny socjalizm skończył się już kilkanaście
                    lat temu. Od tego czasu obowiązuje konstytucyjna zasada,
                    że obowiazki obywatelskie nakładane są przez ustawy
                    lub przez rozporządzenia wydane w zakresie i treści ściśle
                    przez ustawę określonch. Dwadzieścia lat temu pan
                    Homplewicz mógł sobie pisać, że "zadaniem władz
                    szkolnych jest wytyczyć w przepisach wykonawczych
                    te obowiązki i czynności, jakie rodzice powinni podjąć
                    dla zapewnienia uczęszczania dziecka do szkoły i
                    sumiennego jego udziału w nauce szkolnej. To daje
                    już uzasadnienie dla postawienia tezy: rodzice z tytułu
                    ich władzy rodzicielskiej mogą mieć również
                    administracyjno-prawne, przez władzę szkolną konkretyzowane
                    obowiązki." I dalsze banialuki ...
                    Dziś za takie brednie student prawa u najbardziej liberalnego
                    profesora oblałby egzamin.
                    Nie twierdzę, że nie ma potrzeby skonkretyzowania niektórych
                    obowiazków rodziców. Sam chciałbym np., by raz i ostatecznie
                    wyjaśniło się, że nie mam obowiazku kupowania dzieciom dowolnie
                    drogich podręczników czy innych pomocy, jesli mnie na to nie stać.
                    Podobnie np. z płatnymi imprezami szkolnymi. Wyjaśnienia wymagała
                    by też kwestia nieobecności z róznych powodów itp.
                    Ale w państwie prawa to wszystko musi rozstrzygnąć akt prawny
                    odpowiedniej rangi, a nie "władza administracyjna". Jak dotąd do
                    ogólnego zapisu o obowiązku szkolnym nie dopisano w ustawach
                    żadnych konkretyzacji, ani też nie zapisano upoważnienia do
                    konkretnego uregulowania tych kwestii w drodze rozporządzeń.
                    W takim stanie prawnym jedynie sąd może być arbitrem w oparciu
                    o bardzo ogólne zapisy i zdrowy rozsądek. Wszelkie "administaracyjno-prawne"
                    obowiązki a'la Homplewicz, gdyby takowe jakiś organ radośnie
                    ośmielił się ustanawiać, można zwyczajnie wyrzucić sobie do kosza.
                    Niech Pan więc raczy powstrzymać się od robienia ludziom wody
                    z mózgu, bo to nie Pan poniesie konsekwencje, jeśli np. jakiś dyrektor
                    szkoły weźmie to co Pan pisze za dobrą monetę i zacznie sobie
                    "ustanawiać".
                    • roman.gawron Re: nieobecność w szkole - cd. 05.10.03, 22:43
                      Gość portalu: MP napisał(a):

                      > Natomiast straszenie przy okazji Homplewiczem
                      > z okresu kwitnacego PRL-u jest trochę niesmaczne.

                      Dokonywanie wykładni prawa oświatowego bez znajomości podręcznika Homplewicza
                      można sobie darować (mimo że wydany w 1984 roku, nie ma tam ideologii - ani
                      komunistycznej, ani katolickiej, choć autor jest znanym działaczem ZHR-u).
                      Pewne zasady wykładni są uniwersalne i ponadczasowe.
                      Wiele idei się nie starzeje, do dziś cytujemy na przykład zasady prawa
                      rzymskiego, mimo że ustrój dawno już pogrzebany.

                      > Od tego czasu obowiązuje konstytucyjna zasada,
                      > że obowiązki obywatelskie nakładane są przez ustawy
                      > lub przez rozporządzenia wydane w zakresie i treści ściśle
                      > przez ustawę określonch.

                      Obowiązek szkolny jest obowiązkiem ustawowym. Uprawnienia dyrektora i
                      nauczycieli wynikające z władztwa zakładowego szkoły nadane są również przez
                      ustawy.
                      Wykładnia systemowa oraz celowościowa przepisów prawa rodzinnego i prawa
                      oświatowego jasno i wyraźnie w dzisiejszym stanie prawnym potwierdza w pełni
                      zdanie Homplewicza co do zazębiania się uprawnień, głębokiej autonomii i
                      wzajemnych wpływów rodziców i szkoły.
                      Z zadań szkoły w obecnie obowiązujących aktach prawnych jasno wynika, że ma ona
                      prawo również w koniecznym zakresie kontrolować rodziców ucznia.

                      > Dwadzieścia lat temu pan
                      > Homplewicz mógł sobie pisać, że "zadaniem władz
                      > szkolnych jest wytyczyć w przepisach wykonawczych
                      > te obowiązki i czynności, jakie rodzice powinni podjąć
                      > dla zapewnienia uczęszczania dziecka do szkoły i
                      > sumiennego jego udziału w nauce szkolnej. To daje
                      > już uzasadnienie dla postawienia tezy: rodzice z tytułu
                      > ich władzy rodzicielskiej mogą mieć również
                      > administracyjno-prawne, przez władzę szkolną konkretyzowane
                      > obowiązki." I dalsze banialuki ...
                      > Dziś za takie brednie student prawa u najbardziej liberalnego
                      > profesora oblałby egzamin.

                      To Pańskie zdanie. Ja go nie podzielam.
                      Zgadzam się z każdym słowem Homplewicza, mimo że 20 lat temu napisane, bo widzę
                      stosowanie tych zasad dzisiaj w praktyce.
                      Na podstawie takiej wykładni ustawowego pojęcia obowiązku szkolnego rodzice
                      zmuszeni są kupować podręczniki, zeszyty i inne pomoce, zmuszeni są odpowiednio
                      wyposażyć dziecko do szkoły: obuwie zamienne, jak trzeba to i mundurek, drugie
                      śniadanie, żeby nie było głodne itd.
                      Jak Pan myśli, nic nauczyciel prawnie nie może zrobić, jak dziecko przychodzi
                      do szkoły głodne? A jak może, to znaczy, że właśnie sprawuje funkcję kontrolną
                      wobec rodziców.
                      A jest gdzieś napisane wyraźnie, że szkoła może kontrolować rodziców w zakresie
                      żywienia dziecka?

                      Małopolskie KO zamieściło niedawno na swojej stronie www definicję obowiązku
                      szkolnego:
                      "Obowiązek szkolny – ustawowy obowiązek dziecka i jego rodziców (prawnych
                      opiekunów) polegający na regularnym uczęszczaniu dziecka na zajęcia szkolne i
                      zapewnieniu dziecku przez rodziców warunków umożliwiających dziecku
                      przygotowywanie się do zajęć szkolnych, którego celem jest ukończenie szkoły
                      podstawowej i gimnazjum."
                      Znaczy to ni mniej ni więcej, że nauczyciele mogą kontrolować warunki, jakie
                      rodzice zapewniają dziecku, aby solidnie przygotowywało się do zajęć szkolnych.
                      Nic nie stoi prawnie na przeszkodzie, żeby szkoła decyzją administracyjną
                      zobowiązała rodziców do zakupienia odpowiedniego biurka dla dziecka i
                      wydzielenia mu w domu własnego kącika do odrabiania lekcji. A jest to gdzieś
                      wprost napisane, że szkoła może tak?
                      Więc nieprawdą jest że: "rodzice z tytułu ich władzy rodzicielskiej mogą mieć
                      również administracyjno-prawne, przez władzę szkolną konkretyzowane obowiązki"?

                      Używa Pan mocnych słów (banialuki na przykład), ale nie widać, żeby miał Pan w
                      życiu wiele do czynienia z językiem prawniczym i prawniczym sposobem
                      rozumowania, a zasady wykładni prawa są Panu całkowicie obce.

                      > W takim stanie prawnym jedynie sąd może być arbitrem w oparciu
                      > o bardzo ogólne zapisy i zdrowy rozsądek.

                      Każdy - także Pan i ja - ma prawo dokonać wykładni obowiązujących przepisów,
                      posługując się zasadami wykładni, logiką i zdrowym rozsądkiem. Skoro przepis
                      jest ogólny, należy tego wręcz dokonać, odnosząc go do kokretnych życiowych
                      sytuacji.
                      • Gość: MP Re: nieobecność w szkole - cd. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.03, 22:55
                        > Nic nie stoi prawnie na przeszkodzie, żeby szkoła decyzją administracyjną
                        > (DECYZJĄ ADMINISTRACYJNĄ! - podkreślenie MP) zobowiązała rodziców do
                        > zakupienia odpowiedniego biurka dla dziecka i
                        > wydzielenia mu w domu własnego kącika do odrabiania lekcji.

                        Na takie dictum to ja już nic nie mam do powiedzenia.
                        Bo to już nawet nie prawniczy elementarz! Wycofuję się
                        ze sformułowania "banialuki" - to zbyt łagodne słowo :-(

                        Zrobiłem co w mojej mocy, ale kijem Wisły nie zawrócę.
                        • roman.gawron Re: nieobecność w szkole - cd. 05.10.03, 23:48
                          Gość portalu: MP napisał(a):

                          > > Nic nie stoi prawnie na przeszkodzie, żeby szkoła decyzją administracyjną
                          > > (DECYZJĄ ADMINISTRACYJNĄ! - podkreślenie MP)

                          Proszę nie wyolbrzymiać i nie podkreślać. Zasadniczy problem i sens tego, co
                          chciałem powiedzić, jest inny. Jeśli z całego mojego wywodu tylko to potrafił
                          Pan triumfalnie wyłuskać i ironicznie ogłosić światu, to gratuluję - przede
                          wszystkim dobrej woli, umiejętności kulturalnej dyskusji i autentycznej chęci
                          rzeczowej i spokojnej wymiany poglądów w celu dojścia do prawdy, czy choćby
                          zbliżenia stanowisk.

                          > > zobowiązała rodziców do
                          > > zakupienia odpowiedniego biurka dla dziecka i
                          > > wydzielenia mu w domu własnego kącika do odrabiania lekcji.

                          Szkoła ma prawo wszcząć procedurę, aby zmusić rodziców do prawidłowego
                          wypełniania przez nich obowiązków wynikajacych z obowiązku szkolnego, w tym do
                          zapewnienia dziecku właściwych warynków do odrabiania lekcji. Jest to zgodne z
                          tym, co napisał 20 lat temu Homplewicz, któremu nie wiedzieć czemu odmawia Pan
                          racji. To jest tematem głównym naszej polemiki.

                          > Zrobiłem co w mojej mocy, ale kijem Wisły nie zawrócę.

                          Co Pan zrobił, prócz ironicznych epitetów? Odniósł się Pan rzeczowo do meritum
                          sporu?
                          • Gość: ojciec Re: D o R o m a n . G a w r o n IP: *.chello.pl 06.10.03, 17:05
                            Człowieku!
                            Ale Ty masz "o d j a z d y" . . .
                            P.S
                            Masz już tatuaż ze swoją sygnaturką?
            • Gość: dyrektorka Do MP IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.03, 15:41
              MP napisal:
              Znacznie chętniej
              wysłuchałbym Twojej opowieści o tych przypadkach, gdy
              dzieci jednak nie naopowiadały bajek (nie wiem czy
              wiesz to już ze swego pedagogicznego doświadczenia, ale
              nawet dzieciom zdarza się mówić prawdę; a, i wybacz niewyszukaną
              złośliwość :-)). Szczególnie wtedy gdy zarzuty dotyczyły
              nauczycieli "niezatapialnych". Jak wówczas zareagowałaś?
              I jak reagujesz generalnie w pierwszym odruchu, gdy jeszcze
              nie możesz wiedzieć czy to bajka, czy nie bajka?
              Czy z góry przyjmujesz, że powinnaś stanąć po stronie swoich
              podwładnych, przynajmniej tak długo, jak długo nie stanie się
              oczywiste, że tego nie da się obronić? Czy może jednak
              priorytetem dla Ciebie są powierzone Ci dzieci i w pierwszym
              naturalnym odruchu starasz się sprawdzić, czy to ich interesy
              nie zostały jakoś naruszone? (Pytam, bo autentycznie nie wiem,
              a nie uprawiam jakiś tani szopenchaueryzm. )I bardzom ciekaw jak byś
              takie zarzuty sprawdziła? Np. gdy dociera do Ciebie jeszcze
              niesprawdzony sygnał, że nauczyciel mianowany nudzi na lekcjach,
              dzieci go nie rozumieją, że stawia stopnie za drobiazgi itp.
              Co wtedy robisz? Idziesz na hospitację do koleżanki z
              trzydziestoletnim stażem? Bzdura, a poza tym tylko idiota nie
              zmobilizuje się na taką okoliczność i nie odegra pokazówki.
              Co więc robisz? W najlepszym razie pewnie rozmawiasz z koleżanką,
              której pierwszym pytaniem jest "a którzy to rodzice?". Potem
              dowiadujesz się, że to znani roszczeniowcy, niezadowoleni z
              ostatnich ocen niezaspokajających ich ambicji pociech, że
              wszystko jest w porządku, a jak chcesz, to możesz przyjść i się
              przekonać. Czy tak jest? A może od razu rozkładasz bezradnie
              ręce prosząc donosicieli o konkretniejsze zarzuty lub przynajmniej
              o bardziej masowe wystąpienie?
              A może z takimi głupotami w ogóle rodzice Cię nie nachodzą,
              bo przez skórę czują z daleka gest Twych bezradnie rozłożonych
              rąk? Ciekawe. Napisz o tym jak wrócisz :-)


              Niejako "zmusiles" mnie do odpowiedzi. Wszystko co napisze ponizej moge
              udowodnic.
              W szkole, w ktorej pracuje panuje zwyczaj, ze uczen ma wstep do dyrektorskiego
              gabinetu ze swoimi problemami zawsze, bez wzgledu na to jak dyrektor bylby
              zapracowany. Fakt kiedy przychodza powiedziec np. ze "kolega mnie popchnal"
              prosze aby poszli z tym do wychowawcy. Jesli jednak slysze: "kolega mnie
              uderzyl" nie odsylam nigdzie uczniow tylko sama ide rozeznac i zalatwic sprawe.
              Skargi uczniow na nauczycieli oczywiscie zdarzaja sie. Nigdy niczego nie
              zakladam z gory. Zawsze wysluchuje najpierw kazda strone osobno. Potem
              zapraszam do siebie. Zapraszam nie wzywam.
              Jeszcze raz prosze o opowiedzenie co sie stalo i obserwuje sposob mowienia,
              zachowania, reakcje. To bardzo wiele mowi. Rezultaty? W ciagu mojej pracy tam
              jedna nagana, trzech usunietych nauczycieli. Nie ma nauczycieli
              niezatapialnych. Czesto konczy sie to sprawa w sadzie, znowu mam taka, ale
              trudno bo wiem, ze postapilam wlasciwie. Nawet na apelach podkreslam, ze
              WSZYSTKIM czlonkom spolecznosci szkolnej nalezy sie taki sam szacunek bez
              wzgledu na wiek, bez wzgledu na zajmowane stanowisko,wszyscy maja prawa ale tez
              wszyscy maja obowiazki.
              Hospitacje. Oczywiscie chodze. I to nie tylko dlatego, ze mam taki obowiazek.
              Masz racje. Mozna zrobic pokazowke, kiepski nauczyciel moze poprowadzic super
              lekcje i odwrotnie swietnemu moze cos nie wyjsc. Dlatego nie obserwuje lekcji
              pod katem metodyki. Tej mozna sie wyuczyc nieomal na pamiec. Obserwuje reakcje
              uczniow. Wzajemne realcje uczen nauczyciel. Jesli uczniowie lubia, cenia i co
              najwazniejsze nie boja sie nauczyciela to dadza z siebie wszystko zeby wypadl
              jak najlepiej, zadaja pytania, nie boja sie udzielac odpowiedzi, bo wiedza ze
              zla odpowiedz tez jest cenna, mozna pokazac gdzie tkwi blad. Jesli jednak
              podczas hospitacji nauczyciel mowi w kompletnej ciszy, rece jak na komende
              wystrzelaja w gore, nie widze zadnej spontanicznosci wiem, ze jest zle. Przed
              kazda hospitacja przeprowadzam rozmowe wstepna. Pytam co bedzie na lekcji,
              jesli nie znam sie na przedmiocie prosze o konspekt. Chce informacji co
              nauczyciel zamierza osiagnac na lekcji. Po hospitacji tez rozmowa. Nie pouczam.
              Mowie co ja bym zrobila, czego mi zabraklo. Slucham nauczyciela. Uwazam, ze
              hospitacja nie jest kontrola, jest wspolnym poszukiwaniem najlepszych form.
              Stad w mojej szkole sporo lekcji kolezenskich i wzajemnej wymiany doswiadczen.
              Pytasz o stopnie. dzienniki w mojej szkole wicedyrektor sprawdza raz w
              tygodniu. Miedzy innymi systematycznosc oceniania. Sprawdza czy uczen mial
              szanse poprawienia gorszej oceny. Poniewaz czasem rodzice przychodza do mnie w
              sprawie ocen i musze wiedziec za co dziecko je dostalo ustalilismy na RP
              klasowki czarwone, kartkowki zielone na gorze wpis olowkiem np. wypracowanie,
              wiersz, aktywnosc, czytanie mapy itp, itd.
              Moze trudno Ci w to uwierzyc ale ja szanuje swoich uczniow, chociaz dzieli nas
              duza roznica wieku i uwazam, ze w szkole to ja jestem dla nich i przede
              wszystkich dla nich a dopiero w dalszej kolejnosci dla RP i Rodzicow a nie oni
              dla mnie. Malo tego. Nie boimy sie wyzwan. Storzylismy klasy integracyjne dla
              dzieci, ktorych nie chcialy przyjac zadne szkoly. Stworzylismy nie z powodu
              nacisku wladz ale dlatego, ze z prosba o pomoc przyszly zaplakane matki. Prawda
              wladze nam pomogly ale to my szkolimy sie na okraglo aby nic nam nie umknelo
              aby niczego nie spaprac. Nie oznacza to, ze wszystko jest idealnie, wszystkie
              dzieci kochaja szkole, wszyscy Rodzice sa zadowoleni ale moim zdaniem jest
              fajnie i chyba dlatego tak wielu Rodzicow spoza rejonu chce zeby ich dzieci
              uczyly sie u nas.
              Zapraszam Cie do naszej szkoly, zapraszam Cie na moja lekcje. Sprawdz sam:)
              Nawet jesli napiszesz jakas zlosliwosc:) juz nie odpisze. Chcialam Ci tylko
              pokazac, ze sa jeszcze zwykle, normalne szkoly. A zaproszenie nie jest zartem:)

              • Gość: MP Re: Do MP IP: *.fuw.edu.pl 03.10.03, 13:39
                Dzięki, że jeszcze na chwilę zostałaś! Opisy takich szkół
                znacznie chętniej widywałbym w gazetach niż opisy kubłów
                na czyjejś głowie :-( I nie dlatego, by lukrować rzeczywistość,
                która jaka jest w skali statystycznej, każdy widzi. Dlatego,
                by udowodnić innym dyrektorom, że można, i ich nauczycielom, że
                czasem może się okazać, iż poza Bogiem i historią, jest
                jeszcze jakaś czuwająca instancja, która nie przyjmie tłumaczenia
                "ta klasa jest taka słabiutka".

                Twój opis nadal oczywiście dysonansuje mi trochę z Twoim uproszczonym
                stosunkiem do pisania w podręcznikach, do uprzedzania o nieobecnościach,
                do porównywania szkoły do zakładu pracy, do braku jasnego stanowiska
                w sprawie jedynek za samo "niemanie" (nie ważne czy po katarze,
                czy po pogrzebie). Ale cóż, kto z nas jest idealny? Na pewno nie ja :-(

                Ładnie i przekonywująco napisałaś o hospitacjach, ale mam
                jeden drobny niedosyt. Załóżmy, że faktycznie klasa nie tryska
                entuzjazmem, a kontakt z nauczycielem jest tylko jednostronny
                i silnie wymuszany. Załóżmy, że to nie pierwsza taka obserwacja,
                a Twoje wcześniejsze uwagi nic nie dały. I co wtedy? Napiszesz we
                wnioskach, że "nie było spontaniczności"? Widzisz, że nauczyciel
                słaby, ale nie daj Boże dyplomowany, bo wymagane kwity pracowicie
                nazbierał. Widzisz, że nie masz na niego haka, bo na pijaństwie
                nie przyłapałaś, a nawet dzienniki wypełnia. Oceny wyczarowuje
                jakoś na poziomie bliskim szkolnej średniej, ale sprawdziany
                zewnętrzne są słabiutkie, a rodzice płaczą, że głównie sami pracują.
                Gdyby nie pracowali, to przynajmniej byłyby same jedynki i jakiś
                punkt zaczepienia. Niestety, niektórzy aspołeczni rodzice uparli się,
                by jednak ich pociechy czegoś się nauczyły - jak nie w szkole to
                poza; nawet w jakichś konkursach jednostki rozsądnie powypadały,
                ku chwale pani nauczycielki. I co wtedy?
                Dodajmy dla ułatwienia, że za drzwiami gabinetu masz długą
                kolejkę chętnych do pracy, młodych, energicznych, z renomowanymi
                dyplomami (nie tak jak pani "niespontaniczna": przuczona, z
                niby-dyplomem nie wiadomo skąd). I na dodatek tym za drzwiami
                jeszcze całkiem dobrze z oczu patrzy :-). I co wtedy? Co tak
                naprawdę możesz zrobić w interesie powierzonych Ci dzieci?

                Nie zatrzymuję Cię już teraz, bo szanuję Twój wybór. Ale gdybyś
                kiedyś jeszcze wpadła, to napisz o tym co wyżej. Może ja czegoś
                nie wiem.

                Pozdrawiam seredcznie,
                M.

                • Gość: MP ps: Re: Do MP IP: *.fuw.edu.pl 03.10.03, 14:09
                  A jeszcze co do zaproszenia, to chyba jednak było
                  żartem :-) Wszak nie podałaś adresu! I wcale Cię
                  do tego nie prowokuję! Pracuj spokojnie i bez
                  rozgłosu, bo zawiść i organiczna potrzeba tępienia tych,
                  którzy ośmielają się wybiegać przed orkiestrę, to bardzo
                  brzydka i bardzo popularna cecha w naszej rzeczywistiości:-(
                  Nie tylko szkolnej!
                  M.
          • Gość: marta Re: nieobecność w szkole IP: *.pop.e-wro.net.pl 02.10.03, 13:15
            To nie rodzice mnie nauczyli że kłamstwo popłaca. To szkoła - to nauczyciele
            którym jak mówiłam prawdę że nie rozumiem zadania - zrobiłam z niego tyle ile
            umiałam i prosze o wytłumaczenie go (przed lekcją)mówili że nie mają czasu itp.
            stawiali mi na lekcji pałę,a moim kolegom którzy to zadanie spisywali nic z
            niego nie rozumiejąc 5.
            To szkoła mnie nauczyła że trzeba oszukiwać, bo nie sposób nzuczyć się w ciągu
            jednego popołudnia na pamięć całej tablicy Mendelejewa (od razu uprzedzedze
            komentarze - to była pierwsza lekcja chemii w podstawówce, następnego dnia
            mieliśmy miec zastępstwo z ta panią więc powiedziała ze zrobi nam sprawdzian z
            tejże tablicy) - każdy błąd to jedna 1 do dziennika, czyli np. 10 błeów to 10
            jedynek!!!!
            ...
            Mogłabym tak długo
            Szkoła ogólnie jest ok, ale to tam nauczyłam się tak kręcić żeby wyszło mi na
            dobre, żeby jak najwięcej skorzystać, żeby robić jak najmniej a osiągać
            największe korzyści i nie ukrywam że jestem szkole za to wdzięczna, bo bardzo
            mi się to teraz przydaje...
    • Gość: leeluu Re: nieobecność w szkole IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.10.03, 14:57
      Marto, takie same doświadczenia ja wyniosłam ze swojej szkoły. A obecnie
      obserwuję ,że niewiele się zmieniło.
      I to co mnie najbardziej przeraża Nie można nic powiedzieć , bo będzie się to
      mściło na dziecku. A nauczyciele są mściwi, oj są. Gdy moja matka powiedziała
      coś fizykowi, odpowiadałam z fizyki na każdej lekcji do końca roku szkolnego,
      trwało to przez kilka miesięcy.
      Kodeks pracy mówi ,że zwolnienie lekarskie należy donieść do pracy w terminie
      do 7 dni JEŻELI ISTNIEJE TAKA MOŻLIWOŚĆ.
      Nie widzę powodu, by inaczej, surowiej traktować szkołę niż pracę.
      • Gość: stankiee Re: nieobecność w szkole IP: *.chomiczowka.waw.pl 02.10.03, 16:16
        Co do systemu oceniania to z pewnością jest w szkole. Na pierwszej lekcji
        j.polskiego dzieci pisały: w ciągu roku można: 2 razy nie mieć zeszytu...itd.
        Taki zapis pojawił się tylko na tym przedmiocie. Rozumiem, że obowiązuje on
        całą szkołę. Pytałam syna, czy na innych przedmiotach mówiono im o takich
        możliwościach. Powiedział, że nie. Syn nie mógł więc od początku roku
        szkolnego wykorzystać max. ilości nieprzygotowań. Nie rozumiem również, czy
        różni się obecność trzydniowa od dwudniowej. Jedna daje podstawę do
        usprawiedliwienia, druga nie. Może to przez częściową wygodę?
        • Gość: karo Re: nieobecność w szkole IP: *.net.autocom.pl 02.10.03, 16:20
          Regulamin zatwierdzala Rada szkoły a więc rodzice, samorząd uczniowski i
          nauczyciele w równej ilości. Gdyby uczniowie i rodzice uwazali , że cos jest
          niesprawiedliwe, to przecież by nie zatwierdzili? Zgadza się? Na tym wlasnie
          polega znaczenie Rady szkoly w szkole i dlatego nie kazda szkola ją posiada.

          • Gość: gothmog Re: nieobecność w szkole IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.10.03, 18:10
            co to znaczy: musiałem wyjechać z dzieckiem? A ile dziecko ma lat? Z tego co
            pamiętam ze szkoły to klasyczny przykład kiwania się od lekcji. Może
            nauczyciele troche przesadzili, ale bynajmniej nie byli pozbawieni racji.
            • Gość: Majka gothmog IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 06.10.03, 18:32
              Poczytaj najpierw wypowiedzi matki (wyjaśnia wszystko), potem formułuj
              takie "oburzone" okrzyki.
              • Gość: gothmog Re: gothmog IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.10.03, 18:52
                mam czytać 80 postów? Nie mam czasu ani ochoty. A zjawisko pamiętam ze szkoły,
                więc chyba mam prawo się wypowiedzieć.
                pozdrawiam - goth

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka