szwager_z_laband
27.03.10, 06:46
- Na dokumenty dotyczące powojennych mordów na Ślązakach w Opolu
natknęłam się na początku lat 70. Do dziś jest to moją nocną zmorą -
mówi prof. Joanna Rostropowicz.
Dorota Wodecka-Lasota: Jest Pani osobą, która pierwsza dowiedziała
się o Ślązakach mordowanych w opolskim więzieniu. Kiedy to było?
Prof. Joanna Rostropowicz*: Wiem o tej sprawie od 1970 roku, ale
nigdy nie było klimatu, by ją rozwikłać. Wówczas przez krótki czas
byłam kierownikiem biura Okręgowej Komisji Badania Zbrodni
Hitlerowskich. Badałam wpisy w księgach zgonów w Urzędzie Stanu
Cywilnego, które dotyczyły głównie czasów wojennych, ale po
przejściu frontu w tych księgach dalej zapisywano, tyle że już po
polsku. Wtedy natknęłam się na przerażające zapisy z lat 1945, 1946
i 1947, dotyczące nie tylko mieszkańców Opola, ale też podopolskich
wiosek.
Miałam też do wglądu księgę więzienną, w której również były już
także polskie adnotacje. To, co znalazłam tam, począwszy od czerwca
1945 roku, do dziś jest moją zmorą nocną.
Co Panią poraziło?
Ilość nazwisk. I dane; skąd są ci ludzie, godziny sprowadzenia ich
do więzienia, a zaraz w następnej rubryce informacja o ich śmierci.
Zobaczyłam, że o tej samej godzinie tego samego dnia umierało po
kilka osób. Było dla mnie oczywiste, co się z nimi stało, mimo że
jako przyczynę śmierci podawano udar serca czy zapalenie płuc.
Przeglądałam też sądowe akta dotyczące spraw uznania kogoś za
zmarłego i tam czytałam relację świadków, którzy zeznawali przed
sądem, że ktoś wrócił z przesłuchania do celi, osunął się na ławkę i
umarł. Rodzina nie dostała ciała, więc próbowała dochodzić, czy
rzeczywiście ktoś z jej bliskich nie żyje.
Kto ich mordował? Sowieci czy UB?
Na tych aktach o uznaniu za zmarłego były pieczątki Urzędu
Bezpieczeństwa Publicznego.
Komu Pani o swych odkryciach powiedziała?
To nie były czasy, by dzielić się taką wiedzą. Oczywiście moja dusza
badacza była usatysfakcjonowana tym, co znalazłam, ale to było tak
straszne, że kiedy opowiadałam o tym rodzinę, słyszałam
tylko: "cicho, cicho, nie mów, my nie chcemy tego wiedzieć".
Ta wiedza była niepożądana i władza chciała ukryć te fakty. Miałam
swego "opiekuna", oficera SB, który był stałym gościem w moim
biurze. Interesował się, co czytam, co znajduję. Jemu chodziło o to,
bym broń Boże nie tknęła dokumentów powojennych, tylko koncentrowała
się na zbrodniach hitlerowskich. Udawało mi się go utrzymywać w tym
przekonaniu do dnia, kiedy miałam prawdziwego pecha. Przepisywałam
na maszynie nazwiska Ślązaków, którzy zginęli w więzieniu po wojnie,
i wtedy akurat on przyszedł. Zobaczył listę i urządził mi awanturę.
Potem zabrał księgę, która z powrotem trafiła do więzienia. Spisałam
tylko część nazwisk.
Czy kiedykolwiek spotkała Pani ludzi, których bliscy zginęli w
opolskim więzieniu?
Nie. Ale takie poszukiwania nie były bezpieczne. Można było samemu
zapłacić za to życiem. Wychowywałam się w Zdzieszowicach i pamiętam
ten okropny terror i strach każdego dnia, czy mama wróci z pracy. I
niewyjaśnione morderstwa Ślązaków jeszcze w latach 50.
W 2003 roku w „Roczniku Łubowickim” ukazał się artykuł na temat
zgonów przy Jagiellońskiej, który zainspirował dr. Andrzeja Kurka do
zbadania sprawy. Po tej publikacji też nikt się nie odezwał?
Ludzie się boją w dalszym ciągu o tym mówić. Po tych okropnych
cierpieniach, jakich doznali Ślązacy, mają już dość i machają na
przeszłość ręką.
Ale ta historia wymaga wyjaśnienia.
Też tak myślę, ale Ślązacy uważają, że nigdy nie było i wciąż nie ma
klimatu na wyjaśnienie tych spraw. Oni nie wierzą, że to możliwe. A
przede wszystkim chcieliby zapomnieć o tragicznej przeszłości.
Rozmawiała Dorota Wodecka-Lasota
* Prof. Joanna Rostropowicz jest pracownikiem Instytutu Historii
Uniwersytetu Opolskiego, redaktorem naczelnym "Rocznika Łubowickiego"
opole.gazeta.pl/opole/1,35114,4001442.html