Trocha to tak je stary temat,My starzi to wiymy jak to bouo jak nos ta Macirz przigarla :
Jak ludzie ftedy zyli w ciaguym strachu przed grasujoncmi bandami szabrownikow.
Downo po wojnie.Niech se przeczytajom take erki ,andrejpatryki i firiduri.
Przez kilka miesięcy 1945 roku Śląsk stał się szabrowniczym zagłębiem mebli i sprzętów domowych. Rabowali wszyscy: Polacy, Sowieci, Czesi. Obowiązywała zasada: kto kradnie, ten żyje.
15 czerwca 1945 roku w Głuchołazach milicjanci odkryli w piwnicy jednej z miejscowych poniemieckich firm zamurowane pomieszczenie, a w nim duży skład alkoholi. Prawdziwa piwniczka konesera: 6 tys. butelek: wina białe, czerwone, muskat i tzw. szampan sudecki. Dla powojennego wygłodzonego społeczeństwa takie morze alkoholu to skarb nie mniejszy od "bursztynowej komnaty”. Milicjanci nie powiadomili władz cywilnych o odkryciu.
Ówczesny burmistrz Szymon Koszyk dowiedział się o magazynie przypadkowo. Kiedy poszedł na miejsce, milicjanci i robotnicy pod nadzorem szefa urzędu bezpieczeństwa ładowali butelki do samochodu bez liczenia, protokołowania czy inwentaryzacji. Burmistrz powołał się na uprawnienia władzy cywilnej do zajmowania mienia poniemieckiego i oświadczył "bezpiece”, że w imieniu państwa rekwiruje znalezisko. - Zastępca kierownika odpowiedział na to z uśmiechem: Nie, panie burmistrzu! - relacjonował w piśmie do starosty nyskiego Szymon Koszyk. - Wino zostało wykryte przez wydział bezpieczeństwa, przy pomocy milicji. "My tego wina nie wydamy, jesteśmy jednak gotowi podzielić się z wami”. Ponieważ zdania tego nie byłem w stanie zmienić, ograniczyłem się do obserwacji całej akcji.
Akcja przeładunkowa wina trwała dwa dni. Trzeciego dnia stacjonujący w mieście żołnierze radzieccy zorientowali się, że ktoś coś cennego wywozi pod ich bokiem i też przyjechali po swoją część łupów. Zabrali 400 butelek. Resztę milicja i UB wywiozły w sobie tylko znanym kierunku. Urzędowi miejskiemu pozostawiono na pocieszenie 100 butelek do stołówki miejskiej.
Przyjechać, ukraść, wyjechać
Szaber, czyli kradzież na wielką skalę, jest zjawiskiem towarzyszącym każdej wojnie. Przy okazji zajmowania Ziem Odzyskanych w 1945 roku miał kilka fal, różnych autorów i różne oblicze. Po przejściu frontu pierwsza rabowała Armia Czerwona i jej słynne oddziały trofiejne - zdobyczne. Żołnierze kradli na własną rękę, a władza organizowała wywózkę całych zakładów przemysłowych czy linii kolejowych w ramach tzw. wojennych reparacji, czyli naprawiania własnych szkód mieniem nieprzyjaciela.
Specyfiką przygranicznych miejscowości był rabunek czy przynajmniej próby rabunku drugiego sąsiada - Czechosłowacji. Jak pisał w maju 1945 roku starosta nyski - Czesi urządzali rabunkowe wyprawy na polską stronę granicy. Usiłowali np. zabrać całe wyposażenie młyna w Kałkowie koło Otmuchowa.
Były to jednak sporadyczne przypadki. Polska administracja po przejęciu terenu zorganizowała szaber instytucjonalny, czyli masowy wywóz dóbr do centrum kraju wraz z rozdziałem mienia pomiędzy odbudowywane urzędy. Na własną rękę kradli też stacjonujący u nas polscy żołnierze, urzędnicy i nawet przedstawiciele wyższych władz. Do tego szybko dołączyli pierwsi osadnicy, głównie z centralnej i południowej Polski, zazwyczaj zainteresowani tylko kradzieżą.
Początkowo plądrowano opuszczone budynki. Potem ofiarami rabunku padały rodziny niemieckie, które zdążyły już wrócić po frontowej zawierusze do swoich mieszkań i nie zostały jeszcze wysiedlone. Kradzieże prowadzono też w mieszkaniach autochtonów, którzy wystąpili o polskie obywatelstwo i chcieli zostać na miejscu.
Pod koniec 1945 roku zorganizowane bandy napadały już na nowych osadników. Takie grupy jeszcze wiosną 1946 roku działały m.in. w Nysie i Głuchołazach. Starosta nyski alarmował: - Zachodzi obawa, że w wypadku powtarzających się ekscesów ludność polska powracać będzie do swoich dawnych miejsc zamieszkania.
Wspomniany już burmistrz Głuchołaz Szymon Koszyk w lipcu 1945 roku napisał o pierwszych osadnikach: - Element żywiecki jest solidniejszy i mniej wymagający od reszty napływających Polaków. Duża ilość Polaków z okolic Nowego Sącza uciekła z powrotem, zabierając przy tym masę skradzionych rzeczy, których nie można było odebrać, gdyż posługują się środkami, które trudno jest zwalczyć.
20 września 1945 roku prezydent Nysy Koj donosił wojewodzie, że na ul. Wojska Polskiego doszło do jakiejś samozwańczej akcji wysiedlania miejscowych Niemców, o której władze nie miały wcześniej żadnego pojęcia.
- Rozpętał się szaber mieszkań. Ludność rzuciła się bezkarnie do plądrowania i wywozu. Wożono autami i wozami. Skutki tego są tragiczne, bo prawo traci wszelkie znaczenie. Państwo traci miliony, albowiem usuwa się z jego dyspozycji przedmioty majątkowe. (...) Materiał ludzki, jaki tu przychodzi rzekomo do pracy, jest w wielkiej części bezwartościowy. Z jednej strony część tych ludzi przychodzi z zamiarem spenetrowania okolicy, zabrania ruchomości i wywozu ich. Dla tych "praca” jest tylko pretekstem, który ułatwia kradzież. Wywiozą kilka razy po kilka walizek, zbiorą kilkadziesiąt tysięcy złotych i po kilku tygodniach są już w Kudowej czy Jeleniej Górze. I wykonują dalej swój proceder.
W podobnym tonie pisał też w sierpniu 1945 roku starosta prudnicki: - W związku z wysiedleniem Niemców do osobnej dzielnicy wzrosła ilość kradzieży mieszkaniowych, tzw. szaber. Kradzieży dokonują nie zawodowcy, ale ludność miejska i wiejska. Można ich podzielić na dwie grupy: jedni szabrują dla osobistych potrzeb. Drudzy wywożą towar na handel. Ofiarą kradzieży padają zarówno mieszkania opuszczone, jak i zajęte przez Polaków w czasie ich nieobecności. Organa MO walczą z kradzieżami, dokonując obław w mieście i na stacji kolejowej, nie są jednak w stanie całkowicie zła usunąć.
Armia się dorabia
Masowym kradzieżom sprzyjał powojenny chaos, deprawacja niektórych ludzi, zamieszkiwanie obok siebie ludności niemieckiej i polskiej. Na dodatek nowe polskie władze nie potrafiły jasno podzielić między sobą zadań i kompetencji, a potem ich egzekwować. Z jednej strony gospodarzem miast i wiosek byli burmistrzowie i wójtowie. Z drugiej strony w konkretnych firmach i majątkach działały tzw. tymczasowe zarządy państwowe. Ich przedstawiciele, nie patrząc na protesty miejscowych włodarzy, oficjalnie wywozili mienie do centrum kraju. Burmistrz Głuchołaz wyliczył, że błędne i ślamazarne decyzje urzędników tymczasowego zarządu spowodowały tylko w jego mieście kilkanaście milionów złotych strat.
Większość indywidualnych szabrowników starała się również zdobyć jakiś papier z pieczątką od kogokolwiek, potwierdzający, że meble czy inne mienie zabierane jest na cele urzędowe. W lipcu 1945 roku komendant milicji w Paczkowie prosił swoje szefostwo o instrukcje, jak traktować Polaków wyposażonych w dokumenty władz radzieckich zabierających samochody i meble - "żeby nie narazić się na nieprzyjemności ze strony władz rosyjskich”.
Innym razem pisał: - Przyjechała grupa operacyjna wydziału ekonomicznego, działając na własną rękę - uprawiają plądrowanie mieszkań z bronią w ręku. Poza tym kłócą się z magistratem miasta Paczkowa, wspólnie się oskarżając o szabrowanie i wywożenie różnych rzeczy.
Ciag dalszy <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<