Dodaj do ulubionych

zmarł Alojzy Piontek

11.11.05, 11:34
Bohater bez munduru
Przez lata był bohaterem zapraszanym na różne uroczystości.

– Nie miał nawet własnego munduru górniczego. Kiedy przyjeżdżała telewizja,
ubierano go w pożyczony mundur sztygara, a przecież był tylko rębaczem –
dodaje Paweł Sołtysek z Zabrza. – Wiele lat później kolega z oddziału
podarował mu swój mundur.

gliwice.naszemiasto.pl/wydarzenia/535539.html
Obserwuj wątek
    • ballest Re: zmarł Alojzy Piontek 11.11.05, 11:58
      Pamientom ta akcja, wszyscy my se jak male dzieci cieszyli, jak go uratowali.
      • broneknotgeld Re: zmarł Alojzy Piontek 11.11.05, 12:02
        Ano widzisz, Słoneczko.
        Mioł żech okazjo spotkać se z niym roz na Barborce i ździybeczko pogodać.
        Normalny, prosty czowiek - w takich ludziach zowdy drzymie siyła, choć prawie
        jom niy widać.
        Trza zaświycić świyczka za jego dusza.
        Szczyńść Boże.
        • ballest Re: zmarł Alojzy Piontek 11.11.05, 13:07
          No to zapolmy ta swieczka
          schlesien.nwgw.de/board/download.php?id=101
          • sloneczko1 Re: zmarł Alojzy Piontek 25.11.05, 23:47
            Mroźny poranek 3 listopada. Na grobem Alojzego Piontka pochylają się rodzina,
            sąsiedzi, kilku dawnych kolegów z kopalni. Nie ma tłumów, nie ma fotoreporterów
            ani kamer. Jan "Hanik" Majowski, poeta z Zabrza, zapala górniczą lampę. Dostał
            ją rok wcześniej od bardzo chorego już Piontka. Lampkę i przykazanie: "Haniku,
            jak mie przeżyjesz, to zapol mi ta lampka i pomachej nad moim grobem"
            miasta.gazeta.pl/katowice/1,35055,3012937.html
            • ballest Re: zmarł Alojzy Piontek 25.11.05, 23:50
              Tysz zapolom!
              • socer-schlesier Re: zmarł Alojzy Piontek 26.11.05, 22:20
                Jednego karlusa myni.Boł między nami,już teraz jest kaj yndzi.
                • hanys_hans Re: zmarł Alojzy Piontek 12.12.05, 21:41
                  www.wieczorslaski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=92&Itemid=34

                  Alojzy Piontek pośród dzikich skał, cicho łkał, łopatę w zębach miał

                  ImageTakie piosenki, na melodię El Condor Passo -Tercetu Egzotycznego śpiewano
                  o najsławniejszym górniku PRL – Alojzie Piontku, który przeżył katastrofę w
                  kopalni a potem siedem dni i nocy w zawalonym chodniku.
                  W wieku 70 lat zmarł w listopadzie br. i w obecności kilku osób bez rozgłosu,
                  pochowany został na cmentarzu w Zabrzu-Rokitnicy.
                  Przypomnijmy to głośne przed kilkudziesięciu laty zdarzenie, które wyniosło tego
                  spokojnego górnika na pierwsze strony gazet, o którym kręcono filmy, napisano
                  książkę, nawet ułożono komiks.
                  To co tu przeczytacie to relacja z „pierwszej ręki”. Autor był w
                  tym czasie młodym reporterem Radia Katowice i osobiście brał udział w tamtych
                  wydarzeniach.
                  Tąpniecie w kopalni Rokitnika nastąpiło 23 marca 1971 roku na minutę przed 16.00
                  Uratowano 8 górników, ale 10 znalazło się w epicentrum prawdziwego wybuchu - bo
                  taką siłę miało to tąpnięcie. Twardy, skalisty górotwór zamienił się w
                  piasek…Tych 10-u nie miało najmniejsze szansy na przeżycie. Akcja ratownicza
                  ograniczyła się w zasadzie do wyszukiwania zwłok i transportowaniu ich na
                  powierzchnię. Taka jest zasada w górnictwie, nie zostawia się nikogo pod ziemią,
                  żywy czy martwy - dopóki ostatni górnik nie wróci na powierzchnię - dopóty
                  ratownicy prowadzą akcję. Po kilku dniach była ona coraz bardziej dramatyczna,
                  bo w wysokiej temperaturze panującej na poziomie 780 metrów zwłoki zaczęły się
                  rozkładać. Ratownicy zawijali je w brezentowe płachty, wiązali sznurkiem żeby
                  się nie rozleciały i pakowali do windy. Te tobołki nazywali „salcesonami” – to
                  była taka męska dezynwoltura, psychiczna obrona przed potwornością ich misji.
                  Image
                  Niżej podpisany i Jacek Proszowski, dwaj młodzi reporterzy radia Katowice,
                  zostaliśmy skierowani do kopalni, aby informować redakcję kogo wyciągnięto,
                  radio wtedy było pierwszym źródłem informacji. Ponure zadanie, siedzieliśmy
                  razem ze zmieniającymi się ekipami ratowników i czekaliśmy. Nie były nam
                  potrzebne mikrofony, bo co tu nagrywać? Przepraszam…Raz zjechaliśmy z jednym z
                  zastępów ale nie wytrzymały tego nasze żołądki, trupi zapach wydawał nam się
                  potem towarzyszyć cały czas, mimo kilku kąpieli w łaźni. Przed kopalnią
                  koczowały rodziny zasypanych, coraz spokojniejsze, bez rozpaczy, bo swoje łzy
                  wypłakali już wcześniej. Bo czy można sobie wyobrazić większy dramat, w
                  antycznym wręcz wymiarze- jak wyniesienie na powierzchnię zwłok Rudolfa Budnego,
                  przez jego braci - ratowników górniczych?
                  Jeden ze „staroszków”, może dziadek któregoś z zasypanych zdradził mi wtedy taką
                  oto prostą życiową mądrość:
                  -One nie wszystkie umarli. Kto był dobrym człowiekiem tyn bydzie żył jeszcze
                  długo i po śmierci… A kto był zły i pieron - tyn jest cołkiem umarty…
                  Oficjalna propaganda mówiła, że trwa akcja ratownicza, że ofiarność, bla, bla,
                  ble, ble…zaangażowanie najwyższych władz, ale tu w kopalni nikt nie miał złudzeń
                  – pod ziemią są już tylko trupy…

                  Redaktory wstawać! Jeden żyje!

                  Ten radosny okrzyk obudził nas nad ranem 30 marca, w siedem dni po zawale.
                  Wściekli wrzasnęliśmy nieparlamentarnie na dowcipnisia, bo wieczór mieliśmy…hm,
                  dość bogaty... W owych czasach alkohol nie był takim jak dziś „wrogiem
                  ludzkości”, ratownicy, górnicy zaangażowani w akcję używali go jako lekarstwa na
                  stres, zmęczenie, zmywali nim trupi zapach…Wymięci i zmiętoszeni podnieśliśmy
                  się z krzeseł na których spaliśmy tej nocy. Ale to nie był dowcip, wszyscy
                  dokoła biegali, panowało nadzwyczajne ożywienie i my też złapaliśmy nasze
                  ciężkie magnetofony i popędziliśmy za wszystkimi na nadszybie.

                  Czekamy na windę i szybko przekazujemy sobie szczegóły.
                  Ekipa ratowników odkryła „kapliczkę” i zobaczyła swiecące w ciemnościach oczy.
                  Owa „kapliczka” to w języku ratowników tak norka, dziupla w rumowisku sprzętu,
                  szyn, pogiętych żelaznych wózków, potem dowiedzieliśmy się, że miała metr
                  długości i była wysoka na gdzieś 70 cm ?
                  -Jak się nazywa? Kto to jest ?- pytamy ratowników bo oni mieli plan zawału i
                  krzyżykami oznaczyli miejsca, w których każdy z tych 10-u mógł znajdować się w
                  chwili katastrofy.
                  -Obok Gebauera, co go wyciągnięto wczoraj, był Halasek, dalej powinien być
                  Piontek- wydedukowaliśmy z planu. A więc albo Halasek albo Piontek ?
                  Dzwonki, na nadszybiu pojawia się winda, tym razem zamiast „salcesonu” nosze a
                  na nim człowiek z zawiązanymi szmatą oczami. Rusza się żyje, mówi coś, rzucamy
                  się do niego z naszymi mikrofonami.
                  -On tak godo i godo cołki czas, chce terozki wszystko nadrobić. Wiecie co nom
                  pedzioł na powitanie? Siedza tu już druga szychta i czekom, a wos kajś nosi ! -
                  śmieje się któryś z ratowników i po jego twarzy widać, że jest teraz
                  najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jesteśmy swoi, bez trudu przepychamy się
                  do noszy. Niemiłosiernie brudny i wychudzony, drobny człowiek wypowiada te słowa:
                  -Czuja się dobrze, dziękuja ratownikom i wszystkim co mnie wyciągli. A jak groł
                  Górnik?
                  To pytanie zostanie potem wycięte, nie będzie pasowało do wizerunku bohatera
                  ówczesnych czasów, pozostałe obiegną Polskę. Chcemy pytać dalej, ale to już
                  koniec wywiadu. Są lekarze, karetki, brutalnie odpychają nas od noszy jacyś
                  wysocy, mocno zbudowani cywile. Jest też niebiesko od MO, robi się nerwowo,
                  mrugamy z Jackiem do siebie i „na waleta” pakujemy do pustej karetki, bo ta z
                  Piontkiem na sygnale pędzi już do szpitala, my za nią.
                  -Panowie..Schylcie się niżej – mówi do nas lekarz, gdy przejeżdżamy przez
                  obstawioną milicją bramę. Jesteśmy w środku.

                  Jadł łopatę i pił swój mocz

                  Przebrani dla niepoznaki w białe kitle, dzięki życzliwym pielęgniarkom, zza
                  pleców lekarzy wystawiamy uszy i mikrofon na wysięgniku. Taki to był sprzęt
                  wtedy, szpulowy magnetofon ważący z 5 kilo, z teleskopowym wysięgnikiem, czuły
                  na każde dotkniecie, podmuch wiatru, ruch kabla…Ale nagrywa słowa Piontka, bo on
                  ciągle mówi i mówi. O wszystkim na raz, na przykład o tym jak siedział tam w tej
                  dziurze i chciał się już powiesić. Zawiązał pasek od spodni na czymś wystającym
                  mu nad głową, ale gdy robił pętlę to przyszedł do niego dziadek.
                  -Jak on mi nazdoł! Od ciulów i jeszcze gorzyj! – Alojz się śmieje, oczy ma
                  zabandażowane, 7 dni w ciemnościach i nagle tyle światła - to może być dla niego
                  szkodliwe. A jego dziadek…umarł jeszcze za Niemca, też był górnikiem.
                  Lekarze pytają o mocz który pił, Alojz opowiada o tym szczegółowo, jak sikał do
                  hełmu, dzielił to sobie na porcje, ale potem już nie mógł go pić bo był za
                  gorzki.-Tak to możliwe- mówi do nas któryś z lekarzy- Mocz po kilkakrotnym
                  obiegu w organizmie nie nadaje się już do picia.
                  Potem opowieść się urywa, bo Piontek pyta o mecz Górnika, ciągle myśli, że odbył
                  się wczoraj i nie wie, że zaraz będzie trzeci, finałowy? Czas nagle skurczył mu
                  się do jednej doby? Z tym meczem to będzie potem problem. Górnik po zwycięstwie
                  u siebie przegrał rewanż w Manchesterze, bano się mu o tym powiedzieć, aby nie
                  popsuć mu samopoczucia. A co z trzecim meczem? Lekarze obawiając się o jego
                  wzrok, o emocje, nie chcą zgodzić aby go oglądał, wtedy Alojz dostanie wysokiej
                  gorączki…która spada, gdy do jego sali wniosą telewizor. Potem odwiedzą go
                  gwiazdorzy ówczesnego Górnika - Stanisław Oźlizło i Włodzimierz Lubański.
                  Piontek dostanie piłkę z autografami piłkarzy. Z dumą nam ją pokaże- O tu! Tu
                  się podpisoł Lubański…Dali mi tyż bilet na mecze Górnika do końca życia! Dlo
                  mnie Alojza Piontka !
                  Sam mistrz Lubański do dzisiaj jest pod wrażeniem: - To było wzruszające,
                  niesamowite! Zasypany pod ziemią górnik pierwsze o co zapytał gdy go wyd
                  • rita100 Re: zmarł Alojzy Piontek 12.12.05, 22:13
                    Bardzo ciekawy tekst o życiu i tragedii zwykłego czlowieka, a jednak
                    niezwykłego.
                    Zawsze tak jest , że przychodzimy i odchodzimy.
                    I trzeba się pogodzić z każdą stratą.
                    Mieliśmy wspaniałego karlusa.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka