hanys_hans
15.06.06, 21:10
O występach Ernesta Wilimowskiego w reprezentacji Niemiec
W 1942 r. na mecz Niemców z Rumunami w Bytomiu przyszło 55 tys. kibiców. Nigdy
wcześniej na Śląsku piłkarska impreza nie zgromadziła aż tylu widzów! Tłumy
chciały zobaczyć w akcji Ernesta Wilimowskiego. Wśród kibiców byli 15-letni
Gerard Cieślik i 10-letni Ernest Pohl. Nie zawiedli się...
O popisach legendarnego "Eziego" podczas meczów w reprezentacji Polski wiadomo
wszystko. Do historii futbolu przeszły fenomenalne mecze Wilimowskiego przeciw
Brazylii w 1938 r. (cztery gole i piąty z karnego po faulu na nim podczas MŚ)
i Węgrom w 1939 r. (trzy gole i czwarty z karnego po faulu na nim). Mało kto
wie, że równie znakomicie - albo może nawet jeszcze lepiej - spisywał się
Wilimowski w reprezentacji Niemiec.
D zamiast P
Powojenna komunistyczna propaganda uznała Wilimowskiego za renegata i zdrajcę
narodu polskiego. Wyrzucano mu, że grał w piłkę w czasie okupacji, a potem
zdecydował się na grę w kadrze Niemiec. Trzeba jednak pamiętać, że po 1939 r.
na Śląsku nadal... wolno było grać w piłkę. Rząd RP na uchodźstwie zalecił, by
Ślązacy "dla zachowania substancji narodowej" podpisywali niemieckie listy
narodowościowe [gen.Władysław Sikorski po konsultacji z biskupem katowickim
Stanisławem Adamskim kilkakrotnie przez radio zachęcał Ślązaków do tzw.
"maskowania", przyp.pacz], a przedwojenny selekcjoner Józef Kałuża nie widział
nic złego w tym, że śląscy piłkarze uczestniczą w niemieckich rozgrywkach.
Ciekawe, że na początku lat 40. bardzo wielu polskich Ślązaków uczestniczyło w
zgrupowaniach kadry Niemiec, ale przebić zdołał się jedynie Wilimowski.
Mało kto wie, że na początku wojny "Ezi" musiał się nawet przed Niemcami
ukrywać. Opowiada o tym katowiczanin Marian Lubina, syn Pawła - byłego
kapitana związkowego katowickiego OZPN i jednego z pierwszych śląskich
piłkarzy w reprezentacji Polski: - Wśród działaczy związanych z 1.FC Katowice
[macierzystym klubem Wilimowskiego - przyp. red.] był niejaki Georg Joschke,
kreisleiter NSDAP. Joschke nie cierpiał "Eziego" za to, że w 1934 r. odszedł z
FC do Ruchu Wielkie Hajduki. Ruch, zakładany przez powstańców i działaczy
plebiscytowych, na Śląsku był symbolem polskości.
Joschke groził, że Wilimowski będzie chodzić z literką "P". - W pierwszym
okresie wojny musieli ją nosić wszyscy Polacy, którzy nie chcieli podpisywać
tzw. palcówki, Fingerabdruck [niemiecki dowód osobisty, na którym był odcisk
palca, zanim rozpoczęto nadawanie volkslisty - przyp. red.] - tłumaczy Lubina.
- Hitlerowcy zarządzili, że Polacy mieli chodzić po ulicach z naszytymi
czworobokami na klapie płaszcza. W środku czworoboku znajdowało się duże
czerwone "P" na żółtym tle - opowiada.
- Joschke zapewniał ojca, że ten zdrajca Wilimowski za to, że grał w Ruchu
będzie już niedługo chodził z taką literką "P". Jednak ojciec odparł: "Jeszcze
wszyscy będziecie go prosić, żeby grał w waszych klubach. Zobaczycie, pojedzie
do Niemiec, zagra w tej waszej reprezentacji, a sami mu naszyjecie na ubranie
złote "D" - opowiada Lubina.
Jego słowa sprawdziły się już dwa lata później. "Eziego" chciał sam Sepp
Herberger, niemiecki trener wszech czasów. Na Herbergerze duże wrażenie
zrobiła wiadomość o czterech bramkach Wilimowskiego strzelonych Brazylii
podczas pamiętnego meczu w Strasburgu. O "Ezim" już nie zapomniał.
Śląski Saksończyk
Kiedy wybuchła wojna, Wilimowski zdążył jeszcze wystąpić w Ruchu, a właściwie
w klubie, który powstał na jego miejsce. Ruch już kilkadziesiąt godzin po
rozpoczęciu wojny został bowiem zlikwidowany, na jego miejsce okupanci
powołali Bismarckhütter Ballspiel Club (wkrótce przemianowany na
Bismarckhütter Sport Vereingung). Jednak "Ezi" szybko opuścił Chorzów i wrócił
do macierzystego 1.FC Katowice (w tym czasie już 1.FC Kattowitz). Niemcy
stworzyli tam prawdziwy wunderteam złożony z... polskich Ślązaków. Oprócz
Wilimowskiego w 1.FC Kattowitz znaleźli się także inni reprezentanci Polski:
Erwin Nyc (ponoć grożono mu obozem koncentracyjnym, gdyby odmówił gry), Ewald
Dytko i Paweł Cyganek.
Wilimowski grał w 1.FC do zimy 1939/40 r. W styczniu zdążył jeszcze strzelić
pięć goli w meczu z drużyną Deutschen Berknappen, rozgrywającą mecze na boisku
na Kresach w Chorzowie. Na koniec pobytu w Katowicach dostał jeszcze czerwoną
kartkę za faul podczas meczu z Germanią Königshütte (przed i po wojnie AKS
Chorzów). Jego nazwisko znika ze składu 1.FC w lutym 1940 r.
Odnalazł się w saksońskim Chemnitz (w czasach NRD Karl Marx Stadt). Ponieważ
nie chciał służyć w Wehrmachcie, został policjantem. Policyjny etat załatwił
mu podobno wuj z Saksonii. "Ezi" został napastnikiem Polizei SV 1920 Chemnitz.
Wkrótce zaczął grać w lidze Saksonii (w reprezentacji tego okręgu występował
m.in. obok późniejszego trenera reprezentacji RFN Helmuta Schoena, mistrza
świata w 1974 r). Obaj przyjechali z kadrą Saksonii na Górny Śląsk w lutym
1941 r. Reprezentacje obu regionów spotkały się w rozgrywkach o tzw.
Reichsbund Pokal. Mecz w Katowicach obejrzało 20 tys. widzów. Znowu mogli
zobaczyć słynnych "Trzech Króli" z Ruchu! Na boisku Pogoni "Ezi" spotkał - tym
razem po przeciwnej stronie - dawnych przyjaciół z Cichej: Teodora Peterka i
Gerarda Wodarza. Był górą: Saksonia wygrała z reprezentacją Górnego Śląska 5:3
(2:3), a Wilimowski strzelił trzy gole.
"Ezi" spisywał się w tym czasie znakomicie: w wieku 24 lat był u szczytu
formy, strzelał mnóstwo bramek. "Tak ceniono jego umiejętności, że nikt nie
wspominał nawet o wstąpieniu do partii faszystowskiej" - podkreśla wydana w
latach 90. niemiecka biografia piłkarza "Die Lebensgeschichte des
Fußball-Altnationalspielers Ernst Willimowski" (w Polsce "Ezi" książki się
jeszcze nie doczekał).
Jednak w kadrze Herbergera "Ernst Willimowski" debiutował dopiero w połowie
1941 r. Okupanci długo nie mogli zapomnieć, że przed wojną nie okazywał
proniemieckich sympatii, że odszedł do polskiego klubu. A Wilimowski nigdy nie
zajmował się polityką, tylko grał w piłkę.
Zadebiutował w czerwcu meczem z Rumunią w Bukareszcie. Herberger wystawił go
oczywiście na pozycji lewego łącznika. Niemcy byli zachwyceni. Pierwszego gola
"Ezi" zdobył już w 3. min gry! Potem dołożył jeszcze jedną bramkę, a
Nationalmannschaft zwyciężył 4:1.
Wygryzł go ze składu
Ci, którzy znali WIlimowskiego, podkreślali, że miał dar szybkiego
nawiązywania kontaktów. Większość kolegów z niemieckiej kadry bardzo go
poważała i lubiła za wesołe usposobienie. - Nazywaliśmy go "kawalarzem" -
wspominał Fritz Walter. Zdarzyło się, że sławny obrońca Paul Janes [przed
wojną dwukrotny uczestnik MŚ i as Fortuny Düsseldorf - dziś stadion w
Düsseldorfie nosi jego imię - przyp. red.] przyjechał na zgrupowanie w
mundurze marynarza. Żartowniś Wilimowski, kiedy tylko była okazja, wepchnął go
do basenu. Nagle konsternacja: Janes nie umiał pływać i zaczął wzywać pomocy.
Wilimowski dostał za ten wybryk od Herbergera straszną reprymendę.
"Ezi" nie miał w niemieckiej kadrze żadnych kompleksów, choć Polak z
pochodzenia, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Podczas jednego ze zgrupowań
niemieccy kadrowicze dojeżdżali z ośrodka na boisko rowerami. Koledzy dla
kawału przebili opony w rowerze, którym jeździł Wilimowski. Śmiejąc się,
odjechali. Nagle usłyszeli okrzyki - to Wilimowski - jak gdyby nigdy nic -
mocno pedałował. Minął ich i pomachał. Przyjechali na boisko, ale trening nie
mógł się rozpocząć, bo brakowało Herbergera. Po dłuższym oczekiwaniu wyszło na
jaw, że to sprawka "Eziego". Jak gdyby nigdy nic... zabrał rower trenerowi.
Innym razem zdarzyło się, że pokłócił się z pomocnikiem Wilhelmem "Bubi"
Soldem z FV Saarbrücken. Wściekły złapał Niemca za głowę i wsadził pod fontannę...
W listopadzie 1941 r. doszło do konfliktu Wilimowskiego z Helmutem Schönem,
wówczas bramkostrzelnym napastnikiem Dresdner SC. W niemieckiej reprezentacji
panował wtedy zwyczaj, że trener powoływał na mecz przynajmniej jednego
pił