Dodaj do ulubionych

O występach Ernesta Wilimowskiego

15.06.06, 21:10
O występach Ernesta Wilimowskiego w reprezentacji Niemiec

W 1942 r. na mecz Niemców z Rumunami w Bytomiu przyszło 55 tys. kibiców. Nigdy
wcześniej na Śląsku piłkarska impreza nie zgromadziła aż tylu widzów! Tłumy
chciały zobaczyć w akcji Ernesta Wilimowskiego. Wśród kibiców byli 15-letni
Gerard Cieślik i 10-letni Ernest Pohl. Nie zawiedli się...



O popisach legendarnego "Eziego" podczas meczów w reprezentacji Polski wiadomo
wszystko. Do historii futbolu przeszły fenomenalne mecze Wilimowskiego przeciw
Brazylii w 1938 r. (cztery gole i piąty z karnego po faulu na nim podczas MŚ)
i Węgrom w 1939 r. (trzy gole i czwarty z karnego po faulu na nim). Mało kto
wie, że równie znakomicie - albo może nawet jeszcze lepiej - spisywał się
Wilimowski w reprezentacji Niemiec.

D zamiast P

Powojenna komunistyczna propaganda uznała Wilimowskiego za renegata i zdrajcę
narodu polskiego. Wyrzucano mu, że grał w piłkę w czasie okupacji, a potem
zdecydował się na grę w kadrze Niemiec. Trzeba jednak pamiętać, że po 1939 r.
na Śląsku nadal... wolno było grać w piłkę. Rząd RP na uchodźstwie zalecił, by
Ślązacy "dla zachowania substancji narodowej" podpisywali niemieckie listy
narodowościowe [gen.Władysław Sikorski po konsultacji z biskupem katowickim
Stanisławem Adamskim kilkakrotnie przez radio zachęcał Ślązaków do tzw.
"maskowania", przyp.pacz], a przedwojenny selekcjoner Józef Kałuża nie widział
nic złego w tym, że śląscy piłkarze uczestniczą w niemieckich rozgrywkach.
Ciekawe, że na początku lat 40. bardzo wielu polskich Ślązaków uczestniczyło w
zgrupowaniach kadry Niemiec, ale przebić zdołał się jedynie Wilimowski.

Mało kto wie, że na początku wojny "Ezi" musiał się nawet przed Niemcami
ukrywać. Opowiada o tym katowiczanin Marian Lubina, syn Pawła - byłego
kapitana związkowego katowickiego OZPN i jednego z pierwszych śląskich
piłkarzy w reprezentacji Polski: - Wśród działaczy związanych z 1.FC Katowice
[macierzystym klubem Wilimowskiego - przyp. red.] był niejaki Georg Joschke,
kreisleiter NSDAP. Joschke nie cierpiał "Eziego" za to, że w 1934 r. odszedł z
FC do Ruchu Wielkie Hajduki. Ruch, zakładany przez powstańców i działaczy
plebiscytowych, na Śląsku był symbolem polskości.

Joschke groził, że Wilimowski będzie chodzić z literką "P". - W pierwszym
okresie wojny musieli ją nosić wszyscy Polacy, którzy nie chcieli podpisywać
tzw. palcówki, Fingerabdruck [niemiecki dowód osobisty, na którym był odcisk
palca, zanim rozpoczęto nadawanie volkslisty - przyp. red.] - tłumaczy Lubina.
- Hitlerowcy zarządzili, że Polacy mieli chodzić po ulicach z naszytymi
czworobokami na klapie płaszcza. W środku czworoboku znajdowało się duże
czerwone "P" na żółtym tle - opowiada.

- Joschke zapewniał ojca, że ten zdrajca Wilimowski za to, że grał w Ruchu
będzie już niedługo chodził z taką literką "P". Jednak ojciec odparł: "Jeszcze
wszyscy będziecie go prosić, żeby grał w waszych klubach. Zobaczycie, pojedzie
do Niemiec, zagra w tej waszej reprezentacji, a sami mu naszyjecie na ubranie
złote "D" - opowiada Lubina.

Jego słowa sprawdziły się już dwa lata później. "Eziego" chciał sam Sepp
Herberger, niemiecki trener wszech czasów. Na Herbergerze duże wrażenie
zrobiła wiadomość o czterech bramkach Wilimowskiego strzelonych Brazylii
podczas pamiętnego meczu w Strasburgu. O "Ezim" już nie zapomniał.

Śląski Saksończyk

Kiedy wybuchła wojna, Wilimowski zdążył jeszcze wystąpić w Ruchu, a właściwie
w klubie, który powstał na jego miejsce. Ruch już kilkadziesiąt godzin po
rozpoczęciu wojny został bowiem zlikwidowany, na jego miejsce okupanci
powołali Bismarckhütter Ballspiel Club (wkrótce przemianowany na
Bismarckhütter Sport Vereingung). Jednak "Ezi" szybko opuścił Chorzów i wrócił
do macierzystego 1.FC Katowice (w tym czasie już 1.FC Kattowitz). Niemcy
stworzyli tam prawdziwy wunderteam złożony z... polskich Ślązaków. Oprócz
Wilimowskiego w 1.FC Kattowitz znaleźli się także inni reprezentanci Polski:
Erwin Nyc (ponoć grożono mu obozem koncentracyjnym, gdyby odmówił gry), Ewald
Dytko i Paweł Cyganek.

Wilimowski grał w 1.FC do zimy 1939/40 r. W styczniu zdążył jeszcze strzelić
pięć goli w meczu z drużyną Deutschen Berknappen, rozgrywającą mecze na boisku
na Kresach w Chorzowie. Na koniec pobytu w Katowicach dostał jeszcze czerwoną
kartkę za faul podczas meczu z Germanią Königshütte (przed i po wojnie AKS
Chorzów). Jego nazwisko znika ze składu 1.FC w lutym 1940 r.

Odnalazł się w saksońskim Chemnitz (w czasach NRD Karl Marx Stadt). Ponieważ
nie chciał służyć w Wehrmachcie, został policjantem. Policyjny etat załatwił
mu podobno wuj z Saksonii. "Ezi" został napastnikiem Polizei SV 1920 Chemnitz.

Wkrótce zaczął grać w lidze Saksonii (w reprezentacji tego okręgu występował
m.in. obok późniejszego trenera reprezentacji RFN Helmuta Schoena, mistrza
świata w 1974 r). Obaj przyjechali z kadrą Saksonii na Górny Śląsk w lutym
1941 r. Reprezentacje obu regionów spotkały się w rozgrywkach o tzw.
Reichsbund Pokal. Mecz w Katowicach obejrzało 20 tys. widzów. Znowu mogli
zobaczyć słynnych "Trzech Króli" z Ruchu! Na boisku Pogoni "Ezi" spotkał - tym
razem po przeciwnej stronie - dawnych przyjaciół z Cichej: Teodora Peterka i
Gerarda Wodarza. Był górą: Saksonia wygrała z reprezentacją Górnego Śląska 5:3
(2:3), a Wilimowski strzelił trzy gole.

"Ezi" spisywał się w tym czasie znakomicie: w wieku 24 lat był u szczytu
formy, strzelał mnóstwo bramek. "Tak ceniono jego umiejętności, że nikt nie
wspominał nawet o wstąpieniu do partii faszystowskiej" - podkreśla wydana w
latach 90. niemiecka biografia piłkarza "Die Lebensgeschichte des
Fußball-Altnationalspielers Ernst Willimowski" (w Polsce "Ezi" książki się
jeszcze nie doczekał).

Jednak w kadrze Herbergera "Ernst Willimowski" debiutował dopiero w połowie
1941 r. Okupanci długo nie mogli zapomnieć, że przed wojną nie okazywał
proniemieckich sympatii, że odszedł do polskiego klubu. A Wilimowski nigdy nie
zajmował się polityką, tylko grał w piłkę.

Zadebiutował w czerwcu meczem z Rumunią w Bukareszcie. Herberger wystawił go
oczywiście na pozycji lewego łącznika. Niemcy byli zachwyceni. Pierwszego gola
"Ezi" zdobył już w 3. min gry! Potem dołożył jeszcze jedną bramkę, a
Nationalmannschaft zwyciężył 4:1.

Wygryzł go ze składu

Ci, którzy znali WIlimowskiego, podkreślali, że miał dar szybkiego
nawiązywania kontaktów. Większość kolegów z niemieckiej kadry bardzo go
poważała i lubiła za wesołe usposobienie. - Nazywaliśmy go "kawalarzem" -
wspominał Fritz Walter. Zdarzyło się, że sławny obrońca Paul Janes [przed
wojną dwukrotny uczestnik MŚ i as Fortuny Düsseldorf - dziś stadion w
Düsseldorfie nosi jego imię - przyp. red.] przyjechał na zgrupowanie w
mundurze marynarza. Żartowniś Wilimowski, kiedy tylko była okazja, wepchnął go
do basenu. Nagle konsternacja: Janes nie umiał pływać i zaczął wzywać pomocy.
Wilimowski dostał za ten wybryk od Herbergera straszną reprymendę.

"Ezi" nie miał w niemieckiej kadrze żadnych kompleksów, choć Polak z
pochodzenia, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Podczas jednego ze zgrupowań
niemieccy kadrowicze dojeżdżali z ośrodka na boisko rowerami. Koledzy dla
kawału przebili opony w rowerze, którym jeździł Wilimowski. Śmiejąc się,
odjechali. Nagle usłyszeli okrzyki - to Wilimowski - jak gdyby nigdy nic -
mocno pedałował. Minął ich i pomachał. Przyjechali na boisko, ale trening nie
mógł się rozpocząć, bo brakowało Herbergera. Po dłuższym oczekiwaniu wyszło na
jaw, że to sprawka "Eziego". Jak gdyby nigdy nic... zabrał rower trenerowi.
Innym razem zdarzyło się, że pokłócił się z pomocnikiem Wilhelmem "Bubi"
Soldem z FV Saarbrücken. Wściekły złapał Niemca za głowę i wsadził pod fontannę...

W listopadzie 1941 r. doszło do konfliktu Wilimowskiego z Helmutem Schönem,
wówczas bramkostrzelnym napastnikiem Dresdner SC. W niemieckiej reprezentacji
panował wtedy zwyczaj, że trener powoływał na mecz przynajmniej jednego
pił
Obserwuj wątek
    • hanys_hans Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 15.06.06, 21:13
      W listopadzie 1941 r. doszło do konfliktu Wilimowskiego z Helmutem Schönem,
      wówczas bramkostrzelnym napastnikiem Dresdner SC. W niemieckiej reprezentacji
      panował wtedy zwyczaj, że trener powoływał na mecz przynajmniej jednego piłkarza
      z okręgu, w którym odbywał się mecz. Pod koniec 1941 r. Niemcy mieli
      zakontraktowany mecz z Danią w Dreźnie, stolicy Saksonii. Herberger zdecydował,
      że reprezentantem Saksonii powołanym na to spotkanie będzie nie Schoen, a
      Wilimowski - jako reprezentant PSV Chemnitz. Podobno Schön - tak jak "Ezi"
      grający na pozycji lewego łącznika - nie ukrywał swej niechęci do Wilimowskiego.
      Trudno mu się dziwić: "Ezi" wygryzł go ze składu. Schön już nigdy nie wystąpił w
      reprezentacji Niemiec.

      W mundurze grenadiera pancernego

      Choć Wilimowski mieszkał na Śląsku pierwsze 24 lata życia, tutejsi kibice nigdy
      nie zobaczyli go w koszulce reprezentacji Polski [w meczu z Jugosławią, który
      odbył się w Katowicach w 1935 r. nie zagrał z powodu operacji łąkotki - przyp.
      red.]. "Ezi" pokazał się na Śląsku w oficjalnym meczu międzypaństwowym tylko
      raz, ale już jako reprezentant Niemiec. Było to 16 sierpnia 1942 r. Niemcy
      pokonały w Bytomiu reprezentację Rumunii aż 7:0. Ciekawe, że to jedyny
      międzypaństwowy mecz piłkarski na szczeblu pierwszych reprezentacji, jaki
      kiedykolwiek odbył się w tym mieście. Biało-czerwoni nie zagrali tutaj nigdy.

      "Ezi" grał już wówczas w TSV 1860 Monachium - wtedy jednej z najlepszych drużyn
      Niemiec. W tym samym roku "Lwy" zdobyły krajowy puchar, pokonując w półfinale
      TuS Lipine 6:0 (mimo porażki był to wielki sukces klubu ze Śląska), a w finale
      Schalke Gelsenkirchen 2:0. Wilimowski - jedyny reprezentant TSV w czasie wojny -
      zdobył w półfinale cztery gole, w finale - jednego.

      - Spotkałem "Eziego" kilka dni przed meczem z Rumunią na ul. Kochanowskiego w
      Katowicach (wówczas Eichendorffstraße) - opowiada Lubina. W czasie wojny
      piłkarze reprezentacji Niemiec nie mogli chodzić w cywilnych ubraniach. Raz byli
      ubrani w mundury marynarski, innym razem piechoty. Wilimowski przyjechał na
      Śląsk ubrany w mundur grenadiera pancernego, choć prawdopodobnie w czołgu nigdy
      nie siedział. - "Ezi" starszy ode mnie o 12 lat pamiętał mnie, bo dobrze znał
      mojego ojca [w latach 1937-39 Paweł Lubina w każdą środę organizował piłkarzom
      reprezentacji Śląska krótkie zgrupowania w ośrodku sportowym przy ul.
      Raciborskiej, dziś należącym do AWF - przyp. red.]. Podszedłem, przywitałem się.
      Spytał, co u ojca, kazał go pozdrowić. Spytałem go, czy mógłbym dostać bilet na
      mecz Niemcy - Rumunia. "Zajrzyj do mojej matki [Paulina Wilimowska mieszkała
      przy ul. Barbary, wtedy Wranglerstraße - przyp. red.]. Będzie tam na ciebie
      czekała koperta z biletami" - odparł.

      Ostatni hat trick na Cichej

      Warto przypomnieć, że zanim doszło do oficjalnego meczu Niemców z Rumunią, kadra
      Herbergera rozegrała na Śląsku dwa mecze sparingowe. 6 sierpnia 1942 r. Niemcy
      wygrali z reprezentacją Bytomia 6:0, Wilimowski zdobył dwa gole. Zachował się
      skład Bytomia z tego meczu: Jaworek, Malik, Skwara, Lip, Smialek, Stollorz,
      Wieczorek, Cyziarek, Scholltysek, Fuss, Mayer.

      Ciekawostką jest fakt, że w tym spotkaniu w niemieckiej kadrze zagrał Reinhard
      Schaletzki. Ten zdolny lewy łącznik z Ligoty Gliwickiej był przez niektórych
      przyrównywany (trochę na wyrost) właśnie do Wilimowskiego. Jednak przyznać
      trzeba, że w tym czasie napastnik klubu Vorwärts-Rasensport Gleiwitz był
      bezsprzecznie najlepszym piłkarzem niemieckiego Śląska. W reprezentacji Niemiec
      rozegrał dwa oficjalne mecze - z Norwegią i Estonią w 1939 r. W tym drugim meczu
      strzelił nawet gola.

      Trzy dni po meczu z reprezentacją Bytomia, 10 sierpnia 1942 r., odbył się
      kolejny sparing - dla Wilimowskiego bardzo szczególny. Nationalmannschaft
      rozegrał bowiem mecz na stadionie Ruchu, a przeciwnikiem był BSV Bismarckhütte.
      Goście wygrali 10:0, Wilimowski ustrzelił hat tricka. Prawdopodobnie był to jego
      ostatni występ na stadionie Ruchu...

      Fani "niebieskich" z zaciekawieniem przeczytają skład BSV: Andrzejewski, Dziwisz
      I, Spendel, Panschis, Olsza, Fica, Górka, Wollek, Lasetzki, Dziwisz II (brakuje
      jednego zawodnika). Czwórka tych piłkarzy - bracia Dziwiszowie, Emil Fica i
      Hubert Górka - grała w Ruchu jeszcze przed wojną, a w 1945 r. zadebiutuje w nim
      Józef Olsza - ojciec Lechosława, dziś drugiego trenera GKS Katowice.

      Mało znany jest fakt, że kilka miesięcy później reprezentacja Niemiec rozegrała
      jeszcze jeden mecz sparingowy na stadionie Ruchu. Przygotowując się do
      towarzyskiego meczu ze Szwecją, kadra Herbergera w obecności 35 tys. widzów we
      wrześniu rozgromiła Germanię Königshütte 12:0. Wilimowski, choć był awizowany w
      składzie na ten mecz, ostatecznie nie zagrał.

      Poruszał się jak hokeista

      16 sierpnia 1942 r. doszło do najważniejszego piłkarskiego wydarzenia na Śląsku
      w czasie II wojny światowej. W Bytomiu reprezentacja Niemiec zagrała z Rumunią.
      Na Stadion im. Marszałka Hindenburga - dziś im. Edwarda Szymkowiaka - przyszło
      aż 55 tys. kibiców! Nigdy wcześniej w naszym regionie mecz piłkarski nie
      zgromadził tak licznej publiczności.

      14-letni wówczas Marian Lubina pojechał do Bytomia na mecz tramwajem nr 6
      (ciekawostka: taki sam numer mają do dziś tramwaje kursujące na linii Katowice -
      Bytom!), podobnie jak rok starszy... Gerard Cieślik. - Panie! Wilimowski to
      najlepszy piłkarz, jakiego widziałem w życiu - mówi z entuzjazmem w głosie
      Cieślik. - Przed wojną specjalnie przychodziłem na treningi, żeby go zobaczyć.
      Strzał miał nie za mocny, ale ten drybling! On się po boisku poruszał jak
      hokeista, zresztą w hokeja też grał bardzo dobrze [w Pogoni Katowice - przyp.
      red.]. A mecz w Bytomiu? Cóż, pamiętam wielkie tłumy na stadionie i ścisk.
      Wszyscy chcieli podziwiać Wilimowskiego - wspomina Cieślik. Na meczu był także
      10-letni wówczas Ernest Pohl. Zachwycony grą imiennika podobno właśnie wtedy
      postanowił zostać piłkarzem.

      Niemcy zagrali w Bytomiu w swoich tradycyjnych strojach: czarne spodenki i
      getry, białe koszulki z czerwonymi kołnierzykami. Rumuni w bardzo
      charakterystycznych strojach z rzadko wówczas spotykanym wzorem: niebiesko-żółte
      koszulki i czerwone spodenki. Na koszulkach nie było nawet numerów.

      "Ezi" w ataku partnerował m.in. słynnemu Fritzowi Walterowi (12 lat później
      mistrzowi świata). Legenda 1.FC Kaiserslautern zdobyła trzy gole. Wilimowski tym
      razem skromnie - jedno trafienie, choć - jak nazajutrz napisał "Kattowitzer
      Zeitung" - "Wilimowski grał na swoim doskonałym poziomie".

      Ostatecznie Niemcy wygrali aż 7:0, ale według "Kattowitzer Zeitung" "wynik nie
      odzwierciedla dobrej gry przegranej drużyny. W pierwszej połowie Rumuni
      strzelili raz w słupek i dwa razy w poprzeczkę". Nic dziwnego, to była wtedy
      dobra drużyna, która przed wojną dwukrotnie zagrała na MŚ. Kwintet, który grał w
      Bytomiu - bramkarz Dumitru Pavlovici, obrońca Iacob Felekan oraz napastnicy:
      Silviu Bindea, Ioachim Moldoveanu i Ionica Bogdan - pamiętał występ na MŚ '38 we
      Francji.

      Mecz sędziował Słowak Mohler z Bratysławy. Ciekawostką jest fakt, że goście -
      mimo wysokiej porażki - nie mieli do słowackiego arbitra pretensji i...
      zaprosili go na wspólną podróż pociągiem! Kilka dni później rozgrywali
      międzypaństwowy mecz właśnie ze Słowacją...

      O tym, jak dużo Wilimowski znaczył dla reprezentacji Niemiec, świadczy wynik
      następnego meczu, rozegranego miesiąc później ze Szwecją. Niemcy bez "Eziego" w
      składzie przegrali na Stadionie Olimpijskim w Berlinie 2:3 [w tym meczu zagrało
      2/3 słynnego szwedzkiego tercetu Gre-No-Li: Mats Gren i Gunnar Nordahl, przyp.
      pacz].

      Rozmontowany rygiel

      Jednak mecz w Bytomiu nie był najlepszym występem Wilimowskiego w niemieckiej
      reprezentacji. Prawdziwy popis dał kilka miesięcy później. W czasie gdy VI Armia
      gen. Paulusa szturmowała Stalingrad, Nationalmannschaft pokonał w Bernie
      twardych Szwajcarów 5:3, a "Ezi" strzelił świetnemu bramkarzowi Erwinowi
      Ballabio aż cztery gole! Był to wyjątkowy m
      • hanys_hans Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 15.06.06, 21:14
        Był to wyjątkowy mecz "Eziego", porównywalny do przedwojennych genialnych
        występów przeciw Brazylii i Węgrom. Przecież Szwajcaria miała wówczas jedną z
        najsilniejszych linii defensywnych na świecie!

        Do tego meczu Niemcy przygotowywali się na zgrupowaniu w Ludwigsburgu. W
        ostatnim sparingu pokonali Stuttgarter Kickers 7:0, a "Ezi" zdobył jednego gola.
        "Oberchlesische Zeitung" wspomina, że przed meczem ze Szwajcarami "Ezi" poprosił
        o rozmowę Herbergera w cztery oczy. Zasugerował trenerowi, żeby wystawił go
        przeciw Szwajcarom na środku ataku. Uzasadniał, że jako łącznik traci zbyt wiele
        sił, bo musi się cofać, że jako środkowy napastnik będzie bardziej przydatny. -
        Chcę się poświęcić strzelaniu goli. Nie pożałuje pan tej decyzji, ale jeśli się
        nie sprawdzę, to możesz pan ze mnie zrezygnować - miał powiedzieć Wilimowski.

        Herberger się zgodził. I nie żałował.

        "Ezi" pokazał fenomenalną formę, choć przecież Niemcy przyjechali do Berna
        pociągiem dopiero w dniu meczu. Po spotkaniu zaszokowany prezydent
        Szwajcarskiego Związku Piłki Nożnej stwierdził, że takiego okazu, jak
        Wilimowski, jeszcze nie widział. - Tylko wirtuozerii bramkarza zawdzięczają tak
        niską porażkę - podkreślał dumny z Wilimowskiego "Oberschlesische Zeitung".
        Niemieckie gazety donosiły triumfalnie, że "szwajcarski rygiel" nie wytrzymał.

        Z Wilimowskim kompletnie nie mógł sobie poradzić Severino Minelli, pomnikowa
        postać szwajcarskiego futbolu, żelazny defensor Grasshoppers Zurych, dwukrotny
        uczestnik MŚ (1934, 38).

        Opis bramek z tego meczu pokazuje kunszt Wilimowskiego.

        Pierwszy gol: Ballabio wychodzi z bramki, a "Ezi" z zimną krwią przerzuca piłkę
        obok niego.

        Drugi gol: Wilimowski dostaje podanie od Waltera i - stojąc tyłem do bramki -
        błyskawicznie odwraca się i oddaje precyzyjny strzał.

        Trzeci gol: Minelli próbuje powstrzymać Wilimowskiego wślizgiem. "Ezi"
        zatrzymuje się, czeka, aż rozpędzony Szwajcar go minie i strzela lewą nogą w
        prawy róg bramki Ballabio.

        Czwarty gol: Sing rozgrywa piłkę z Walterem. Ten ostatni dostrzega Wilimowskiego
        i przerzuca mu piłkę nad obrońcami. Rozpędzony Wilimowski strzela zewnętrzną
        częścią buta. Podkręcona piłka wpada w samo okienko.

        Mało tego: Wilimowski po rzucie rożnym strzelił głową jeszcze jednego gola, ale
        hiszpański sędzia Pedro Escartin dopatrzył się spalonego.

        Fritz Walter napisał we wspomnieniach, że Wilimowski był dla niego objawieniem.
        "W meczu ze Szwajcarami zagraliśmy obok siebie w Bernie. Było to jedno z moich
        najlepszych spotkan w ogóle. Jednak wielki popis dał Wilimowski. Jego
        przeciwnikiem był Minelli - twardy i nieustępliwy obrońca. Ale Ernsta nikt nie
        był w stanie powstrzymać w tym dniu" - wspominał Walter.

        Na pomeczowym bankiecie z udziałem obu drużyn załamany Ballabio biadolił przy
        lampce wina, że jeszcze nikt nie strzelił mu czterech goli w jednym meczu...

        Nie ma następcy

        Ostatni raz Wilimowski zagrał w reprezentacji Niemiec w listopadzie 1942 r. ze
        Słowacją w Bratysławie. Był to także ostatni mecz niemieckiej kadry na długie
        lata. Od 1943 r. sytuacja na froncie nie pozwalała na rozgrywanie
        międzypaństwowych meczów piłkarskich. Następne spotkanie Nationalmannschaft
        rozegrał dopiero w listopadzie 1950 r. (1:0 ze Szwecją). Wilimowski miał wówczas
        34 lata, Herberger nie zdecydował się go już powołać. Jednak "Ezi" grał w piłkę
        aż do 1959 r. Nawet gdy przytył i stracił szybkość, strzelał mnóstwo bramek.

        Następnego genialnego piłkarza o nazwisku Wilimowski już nie będzie. "Ezi"
        zostawił tylko cztery córki...



        Współpraca Marian Lubina



        Czytelników, którzy mogą uzupełnić informacje o Erneście Wilimowskim, proszę o
        kontakt listowny (ul. Towarowa 4, 43-110 Tychy), e-mailowy
        (pawel.czado@katowice.agora.pl) bądź telefoniczny (32 52 603)

        Paweł Czado
        • rico-chorzow Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 15.06.06, 21:28
          Hanys,my byli,som i bydymy rynegatami bele kaj wejrzis,na lewo,na prawo,egal kaj
          my som rynegatami!!!!!,a przestanymi niymi być jak bydymy ino nami,Slonsokami.
          • hanys_hans Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 15.06.06, 21:43
            rico-chorzow napisał:

            > Hanys,my byli,som i bydymy rynegatami bele kaj wejrzis,na lewo,na prawo,egal ka
            > j
            > my som rynegatami!!!!!,a przestanymi niymi być jak bydymy ino nami,Slonsokami.

            Mosz recht jusz tyn piykny woonte na FG wyregenowali!
            • ballest Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 15.06.06, 22:59
              Danke Hanys, fajnie, zes to tu wraziou!
            • rico-chorzow Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 01:37
              hanys_hans napisał:

              > rico-chorzow napisał:
              >
              > > Hanys,my byli,som i bydymy rynegatami bele kaj wejrzis,na lewo,na prawo,e
              > gal ka
              > > j
              > > my som rynegatami!!!!!,a przestanymi niymi być jak bydymy ino nami,Slonso
              > kami.
              >
              > Mosz recht jusz tyn piykny woonte na FG wyregenowali!

              Uo kerym godos?
              • hanys_hans Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 06:08
                rico-chorzow napisał:


                >
                > Uo kerym godos?
                >
                >

                Srzedał zegarek..........
    • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 19:52
      Polski Śląsk vs. Niemiecki Śląsk


      Paweł Czado, Marian Lubina 12-06-2006 , ostatnia aktualizacja 13-06-2006 20:24

      W środę wielki mecz Niemcy - Polska w Dortmundzie. Śląscy kibice nie mogą się go
      już doczekać. Mało kto pamięta, że równie wielkie namiętności przed wojną
      rozpalały coroczne spotkania piłkarskich reprezentacji Polskiego i Niemieckiego
      Śląska. Te mecze budziły tak gigantyczne emocje, że niemiecka prasa uważała, że
      są to "kleine Landerspiele" - małe mecze międzypaństwowe. W tych słowach nie ma
      doprawdy krzty przesady. Oto część pierwsza naszej opowieści o tych meczach -
      lata 20.


      Przedwojenni fani z Katowic, Królewskiej Huty, Bytomia czy Zabrza bez przerwy
      dyskutowali o wspaniałych akcjach Richarda Malika, gwiazdora Beuthen 09, czy
      Ernesta Wilimowskiego - asa Ruchu Hajduki Wielkie. Tysiące fanów przekraczały
      granice w tramwajach, żeby zobaczyć mecze. Potem dyskutowano o nich bez końca w
      barach i kawiarniach. Dla jednych był to element wyższości jednej nacji nad
      drugą, dla innych nie miało to zupełnie znaczenia, liczył się tylko dobry "fusball".

      Piłkarska prohibicja

      Spotkania organizowano zawsze z wielką starannością. Przed zawodami i w przerwie
      przygrywały orkiestry, odgrywano hymny państwowe. Czasem była to okazja do
      prezentowania technicznych nowinek, przed jednym z meczów sprawozdawca zauważył,
      że nadawane będą płyty gramofonowe przez specjalny aparat radiowy i megafony.

      Śląscy piłkarze z polskiej strony granicy występowali w tych spotkaniach w
      niebiesko-białych barwach, na koszulkach był naszyty duży śląski orzeł. Niemcy
      grali zazwyczaj w białych koszulkach i żółtych spodenkach.

      Piłkarze dostawali tylko stroje, musieli grać we własnych butach. O premiach
      pieniężnych oczywiście nie było mowy, zawodnicy mogli liczyć tylko na zwyczajową
      kolację, organizowaną przez gospodarzy

      Pierwsze historyczne spotkanie odbyło się 7 grudnia 1924 roku na boisku 1.FC
      Katowice. Na mecz przyszło 8 tys. kibiców. Władze województwa śląskiego
      potraktowały zawody bardzo poważnie. Jak donosi "Kattowitzer Zeitung", dwa dni
      wcześniej publicznie "zakomunikowano, że uwagi na mecz w niedzielę od godziny 12
      obowiązuje na terenie aglomeracji zakaz gry w piłkę nożną, bo o godzinie 14
      rozpoczyna się wspomniane spotkanie". Czyżby chodziło o policyjne zabezpieczenie
      tak gorąco oczekiwanego przez wszystkich meczu? Dziś trudno to jednoznacznie
      rozstrzygnąć. Na trybunach było chyba jednak spokojnie, bo gazety relacjonując
      wydarzenie, nie wspominają o jakichkolwiek niepokojach wśród kibiców, a
      zagorzałych sympatyków jednej i drugiej drużyny nie brakowało. A do awantur
      mogło dojść łatwo, bo niektóre mecze publiczność oglądała na stojąco tuż zza
      linii bocznej.

      Pierwszy mecz

      Przed zawodami kapitan związkowy Alojzy Budniok "wręczył przedstawicielowi gości
      Stephanowi na pamiątkę spotkania piękny proporzec w barwach narodowych z napisem
      "Zawody reprezentacji Deutch O/S - Górny Śląsk 7.12.1924". W spotkaniu wzięli
      udział piłkarze reprezentujący siedem klubów z polskiej strony granicy i osiem z
      niemieckiej. Budniok powołał czterech graczy Ruchu Hajduki Wielkie (obrońca
      Kusz, napastnik Sobota, pomocnicy Kiełbasa i Gensior - ten ostatni to brat
      dziadka Dariusza Gęsiora, wychowanka Ruchu Chorzów, dziś Dyskobolia Grodzisk),
      dwóch Pogoni Katowice (pomocnik Ledwoń i napastnik Pazurek) oraz po jednym z
      1.FC Katowice (napastnik Goerlitz), Naprzodu Lipiny (napastnik Nastula), AKS-u
      Chorzów (obrońca Urbański), Iskry Siemianowice (napastnik Słaby) i 06 Załęże
      (bramkarz Wuestholz).

      Kilku z tych graczy zrobiło karierę. Mikrus Józef Sobota nie miał nawet 160 cm,
      ale to on dwa i pół roku po opisywanych wydarzeniach strzeli pierwszego gola dla
      Ruchu w ekstraklasie, będzie także pierwszym reprezentantem Polski wywodzącym
      się z "niebieskich" (gol w jedynym meczu z Estonią w 1926 roku). W reprezentacji
      biało-czerwonych nigdy nie zagrał - o dziwo - strzelec ostatniego gola w tym
      historycznym meczu. Rochus Nastula z Lipin bardziej znany niż na Śląsku stał się
      we...Lwowie, gdzie w barwach Czarnych w 1929 roku został nawet królem ligowych
      strzelców. Na Wschód trafił w kuriozalnych z dzisiejszego punktu widzenia
      okolicznościach. W Naprzodzie Lipiny został oskarżony o... zawodowstwo, bo miał
      żądać od działaczy pieniędzy. A jemu chodziło tylko o zwrot utraconych zarobków
      (żeby grać w wyjazdowych meczach, musiał się zwolnić na ten dzień z pracy). Od
      dwuletniej dyskwalifikacji uratowali go działacze Czarnych, którzy mieli dobre
      wejścia w piłkarskiej centrali. Nastuli dobrze się we Lwowie powodziło, ponoć
      stać go było nawet na obdarowywanie znajomych piłkarzy ze Śląska puszkami
      konserw. Potem wrócił jednak w rodzinne strony. Zmarł w Lipinach prawie
      trzydzieści lat temu.

      Karierę poza Śląskiem zrobił także inny uczestnik tego meczu, katowiczanin,
      19-letni wówczas Karol Pazurek. Wychowanek Turngemeinde to najbardziej znany z
      czterech braci piłkarzy. Świetny napastnik, znany pod ksywką "Bulle" (Byk).
      Cztery lata po opisywanym przez nas meczu, w atmosferze skandalu, przeprowadził
      się do Krakowa, bo skaperował go beniaminek ligi - Garbarnia Kraków. O awans
      Garbarnia walczyła z ówczesnym klubem Pazurka - katowicką Pogonią. Karol zagrał
      beznadziejnie słabo...

      Z kolei kapitan związkowy niemieckiego zespołu Stephan trzon drużyny oparł na
      klubach gliwickich i bytomskich. Tuż też było kilka znanych nazwisk. Ofensywna
      czwórka: Wuttke, Rasinger, Sabiwalsky i Pruschowski reprezentowała 09 Beuthen,
      obrońca Strewitzek grał w Wacker Beuthen. Bramkarz Adamiec i obrońca Bukowski
      byli podporami VfB Gleiwitz, a lewy łącznik Piscyk - Vorvaerts Gleiwitz. Stawkę
      uzupełnili pomocnik Winkler z najstarszego śląskiego klubu piłkarskiego Ratibor
      03, a skrzydłowy Minkus przyjechał aż z Kreuzburga (Kluczborka).

      Najbardziej znany w tamtej ekipie był pomocnik Erich Kampa - as klubu Preussen z
      Zaborza, dzielnicy Zabrza. Był ponoć graczem genialnie wyszkolonym technicznie i
      do tego znakomitym taktykiem. Zabrzańscy kibice domagali się powołania Kampy do
      reprezentacji Niemiec, ale do debiutu nigdy nie doszło. Powód? Karierę piłkarza
      zahamowały niezbyt sportowy tryb życia, a także kontuzje. Wiadomo, że po II
      wojnie światowej osiedlił się w Jenie, w dawnej NRD, i tam zmarł.

      Trema debiutantów

      Historyczny mecz w Katowicach zakończył się niecodziennym remisem 3:3 i padły
      aż... trzy gole samobójcze! Dwa strzelili gospodarze, jednego goście. Jak padła
      pierwsza historyczna bramka? "Grę rozpoczynają Niemcy i łatwo przedostają się na
      połowę Polski (...). Po ochłonięciu z pierwszych ataków gra staje się wyrównana.
      Pech jednak prześladuje biało-niebieskich, bo pierwszą bramkę bije samobójczo z
      rzutu rożnego Kiełbasa (...). Nasi nie tracą jednak nadziei i przechodzą do
      gwałtownej ofenzywy" - donosiła "Polonia".

      "W ciemnościach, które ogarnęły boisko w II połowie meczu, Polska doprowadziła
      do prowadzenia i gdy wydawało się, że zwycięstwo jest po polskiej stronie, padło
      wyrównanie" - opisywał końcówkę "Kattowitzer Zeitung", który uznał, że spotkanie
      nie zadowoliło publiczności. Powód? "Polska drużyna krótko przed rozpoczęciem
      spotkania nie miała jeszcze skrystalizowanego składu. Naturalnie w tym świetle o
      zgraniu mowy być nie mogło. Niemiecka drużyna przystąpiła do spotkania dobrze
      przygotowana. Poprzedziła ją dwoma meczami sparingowymi" - podkreślała gazeta.

      Rzeczywiście, gospodarze byli rozczarowani wynikiem. "Największym błędem
      kapitana związkowego było trzymanie ustawienia drużyny w tajemnicy. Gensior,
      Kiełbasa, Goerlitz, Sobota wcale nie przypuszczali, że będą reprezentować barwy
      reprezentantów. U dwóch pierwszych zauważono zdenerwowanie tremą. Do tak
      wielkich spotkań potrzeba odpowiedniego i moralnego wsparcia" - narzekali
      dziennikarze. W polskiej drużynie wyróżnili atak, który "z wyjątkiem Słabego
      prezentował się bardzo dobrze". W niemieckiej chwalono gliwickiego bramkarza
      Adamca, który "był wprost fenomenaln
      • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 19:55
        Rzeczywiście, gospodarze byli rozczarowani wynikiem. "Największym błędem
        kapitana związkowego było trzymanie ustawienia drużyny w tajemnicy. Gensior,
        Kiełbasa, Goerlitz, Sobota wcale nie przypuszczali, że będą reprezentować barwy
        reprezentantów. U dwóch pierwszych zauważono zdenerwowanie tremą. Do tak
        wielkich spotkań potrzeba odpowiedniego i moralnego wsparcia" - narzekali
        dziennikarze. W polskiej drużynie wyróżnili atak, który "z wyjątkiem Słabego
        prezentował się bardzo dobrze". W niemieckiej chwalono gliwickiego bramkarza
        Adamca, który "był wprost fenomenalny i obronił wiele pewnych bramek,
        wspaniałymi robinzonadami (...)". W ataku podobał się na lewym skrzydle Rosinger.

        Dodajmy, że po meczu gości zaproszono na uroczystą kolację w Chrześcijańskim
        Domu Związkowym. Dziennikarze psioczyli, że nie zostali zaproszeni.

        Stan niezupełnie trzeźwy

        W rewanżu było już gorzej - na stadionie w Bytomiu reprezentacja Polskiego
        Śląska przegrała 1:3, a honorowego gola zdobył Paweł Lubina, środkowy napastnik
        Pogoni Katowice. Co ciekawe, w latach 30. podczas meczów obu Śląsków Lubina
        będzie już kapitanem związkowym Górnośląskiego Związku Piłki Nożnej i jako taki
        będzie wybierać skład.

        W latach 20. zdecydowanie lepsi byli Górnoślązacy z niemieckiej strony granicy,
        z czym Polakom oczywiście trudno się było pogodzić. "Że przegrana nie jest
        miernikiem sił obu części Śląska świadczy statystyka gier towarzyskich, w
        których nasze C-klasowe drużyny przeciw tamtejszym A-klasowym wygrywały mecze" -
        podkreślała "Polska Zachodnia" po rewanżowym meczu w Bytomiu w czerwcu 1925 roku
        przegranym przez Polski Śląsk 1:3. Narzekano na brak ambicji naszych graczy:
        "niech o tym świadczy fakt, że dwóch graczy w ogóle nie stawiło się do zawodów,
        tłumacząc się brakiem czasu i chorobą!". Miano pretensje do piłkarzy, bo ponoć
        nie wszyscy przystępowali do meczu w odpowiedniej formie: "w obronie zawiódł
        Pohl [obrońca 1.FC Katowice - przyp. red.], który na boisku pojawił się w
        niezupełnie trzeźwym stanie i miało się wrażenie, że pomaga Niemcom".


        Kolejne porażki biało-niebieskich na własnym boisku tłumaczono z reguły
        "niefortunnym zestawieniem składu (czerwiec 1927, 1:2 w Katowicach), a na
        wyjeździe stronniczą postawą niemieckiego sędziego, który krzywdził Polaków i
        "starał się o wygraną swej reprezentacji" (czerwiec 1928, 0:2 w Bytomiu). Prawda
        jest jednak taka, że w tym okresie Niemcy mieli na Śląsku lepszych piłkarzy i
        chyba staranniej przygotowywali się do tych pojedynków. Przeciwko polskiej
        drużynie grali m.in. Kurt Hanke i Richard Malik. Ten pierwszy - pomocnik
        Preussen Zaborze - to pierwszy górnośląski reprezentant Niemiec. W 1932 roku
        wystąpił w nieoficjalnym meczu z Evertonem Liverpool. Jednak pierwszym
        Górnoślązakiem, którego znajdujemy w wykazie oficjalnych spotkań reprezentacji
        Niemiec, jest znakomity Richard Malik z Bytomia, z zawodu motorniczy kopalnianej
        lokomotywy. As Spiel- und Sportvereine 09 Beuthen - wspaniały technik,
        natchniony dyrygent każdej drużyny, w której grał, także ekipy Niemieckiego Śląska.

        Pod koniec lat 20. polską drużynę gnębił potężnymi bombami Erwin Palluschinski,
        co ciekawe - rodowity katowiczanin. W meczach w 1928 i 1929 roku strzelił dla
        Niemieckiego Śląska trzy gole, przesądzając o jego zwycięstwach. W tym czasie
        ten masywny, dysponujący silnym strzałem zawodnik był asem Preussen Zaborze. Po
        wojnie mieszkał wciąż w Bytomiu, gdzie pochowany został na jednym z miejscowych
        cmentarzy.

        Łamanie nosa

        Obie strony traktowały rywalizację wyjątkowo prestiżowo, nic więc dziwnego, że
        zdarzały się wzajemne złośliwości, nie szczędzono sobie brutalnych zagrań. W
        czerwcu 1927 roku na boisku katowickiej Pogoni goście stracili "znakomitego
        obrońcę Urbanskiego, który przy zderzeniu doznał złamania nosa". Zwolennikiem
        ostrej gry był wspomniany już niemiecki działacz Stephan z Gliwic, szef
        tamtejszego okręgowego związku piłki nożnej. - Sędziowanie było zbyt
        szczegółowe. Jestem więcej sprzymierzeńcem sędziowania według sposobu dr.
        Bauwensa [wybitnego niemieckiego arbitra z Kolonii - przyp. red.] i
        niereagowania na twardą grę - mówił w grudniu 1928 roku, po meczu wygranym w
        Katowicach przez jego rodaków 2:0. Ale słowa Stephana świadczą tylko o
        rozżaleniu po porażce, bo w tamtym meczu sędziował najlepszy polski przedwojenny
        arbiter, słynny Józef Lustgarten z Krakowa, legenda Cracovii i pomysłodawca
        nazwy najstarszego funkcjonującego do dziś polskiego klubu.

        Złą passę udało się przełamać reprezentacji Polskiego Górnego Śląska dopiero w
        ósmym meczu. W październiku 1929 roku trzy tysiące kibiców radowały się na
        stadionie Pogoni (dziś boisko AWF-u) ze skromnego zwycięstwa 1:0. "Prawda, że w
        naszej reprezentacji grało aż czterech graczy bielskich, jednak nie przynosi to
        barwom polskim żadnej ujmy" - komentowała "Polonia".

        Ale tak naprawdę zła dla Polaków karta miała się odwrócić dopiero w latach 30.
        Nic dziwnego, bo po polskiej stronie granicy nastąpił taki wysyp talentów, że
        wkrótce Ślązacy zdominowali reprezentację z biało-czerwonym orzełkiem. O tym w
        jutrzejszej "Gazecie".
        miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3412150.html
        • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 19:58
          Wielka piłkarska rywalizacja: piłkarskie mecze Polski Śląsk - Niemiecki Śląsk.
          Część II: lata 30.


          Paweł Czado, Marian Lubina 13-06-2006 , ostatnia aktualizacja 13-06-2006 20:15

          Od wielkiego meczu Niemcy - Polska w Dortmundzie dzielą nas godziny. Nastroje
          smętne, bo forma biało-czerwonych najsłabsza ze wszystkich drużyn na mundialu.
          Ku pokrzepieniu serc przypomnijmy więc "Grunwald piłkarstwa niemieckiego", jaki
          zdarzył się w Katowicach ponad 70 lat temu. Dziś o zaciętej rywalizacji drużyn
          piłkarskich Polskiego i Niemieckiego Śląska w latach 30.


          Wczoraj pisaliśmy o przewadze piłkarzy niemieckich w latach 20., ale w następnym
          10-leciu sytuacja diametralnie się odwróciła. W tym czasie po wschodniej stronie
          granicy nastąpił wysyp wybitnych piłkarzy z Ernestem Wilimowskim na czele,
          którzy nie dość, że gromadnie trafiali do polskiej reprezentacji, to jeszcze
          decydowali o jej obliczu. Ślązacy wiele znaczyli podczas meczów biało-czerwonych
          na olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku i na mistrzostwach świata we Francji dwa
          lata później. W tym czasie kilku ich kolegów z Gliwic i Bytomia zdołało się
          wprawdzie przedrzeć do kadry Niemiec, ale na to, by wystąpić na najważniejszych
          światowych imprezach, byli już za słabi. Nic dziwnego, że na mecze z Polskim
          Śląskiem niemieccy działacze zaczęli zasilać skład graczami z Breslau, którzy
          regularnie brali udział w rozgrywkach o mistrzostwo Niemiec. Także strona polska
          starała się wystawić jak najsilniejszy skład, ale nie zawsze się jej to udawało.
          Kiedy w 1934 roku nasi działacze dowiedzieli się o ściągnięciu na mecz graczy
          wrocławskich, Śląski OZPN zaczął starać się o przełożenie ligowego meczu Warta
          Poznań - Ruch Wielkie Hajduki, bo chciał, żeby w spotkaniu zagrali zawodnicy
          ówczesnych mistrzów Polski. PZPN się jednak nie zgodził. "Naszym naczelnym
          władzom nie zależy widocznie na zrehabilitowaniu się - chociaż częściowo po
          porażce w Warszawie [kilka dni wcześniej odbył się prestiżowy międzypaństwowy
          mecz pierwszych reprezentacji przegrany przez Polskę 2:5 - oba gole zdobyli
          Ślązacy: Wilimowski i Karol Pazurek - przyp. autora]" - narzekała prasa.

          Mecz w Bytomiu w 1934 roku zbiegł się z unormowaniem stosunków
          polsko-niemieckich (w poprzednim roku w związku z napiętymi stosunkami
          dyplomatycznymi mecze w ogóle się nie odbyły). "Tuż przed meczem kapela
          hitlerowska po wyjściu drużyn na boisko i powitaniu przez Sportfuehrera Floerera
          odegrała hymny, które publiczność wysłuchała na stojąco" - pisała "Polska
          Zachodnia". Organizatorzy przewidzieli ulgi tramwajowe dla kibiców jadących na
          ten mecz za granicę: "W godz 12-14 pasażerowie linii tramwajowej do Bytomia mogą
          skorzystać z biletów dziecięcych, o ile wykupią bilety powrotne".

          Jako ciekawostkę dodajmy fakt, że w 1934 roku podczas meczu na stadionie
          Policyjnego KS-u w Katowicach (nieistniejące boisko przy dzisiejszej ul.
          Moniuszki) pierwszy raz zagrano hitlerowski człon hymnu narodowego Niemiec, tzw.
          Horst Wesselied, obowiązkowy od 1933 roku. Było to prawdopodobnie pierwsze
          publiczne zagranie zmodyfikowanego niemieckiego hymnu na ziemiach polskich.

          Mały, a przy tym otyły

          Równo cztery lata przed wybuchem wojny na stadionie katowickiej Pogoni doszło do
          meczu, który odbił się szerokim echem nie tylko nad Wisłą, ale i w Niemczech. 1
          września 1935 roku Polacy odbili sobie wszystkie wcześniejsze niepowodzenia.
          Niemcy nie spodziewali się takiej klęski w najczarniejszych snach - zostali
          rozbici aż 1:9! Na boisku Pogoni w Katowicach podopieczni kapitana związkowego
          Feliksa Dyrdy znokautowali rywali, doprawdy niewiele brakowało, a mecz
          zakończyłby się dwucyfrowym rezultatem. "Niemcy grali systemem W-M, polski
          zespół bez specjalnego systemu, ale natomiast żywiołowo, bardzo szybko" -
          relacjonowała prasa. Najlepszy był będący w fantastycznej dyspozycji
          strzeleckiej Edmund Giemsa z Ruchu Wielkie Hajduki, który zaliczył hat trick.
          Zwłaszcza jego rzut wolny po godzinie gry był przedniej urody. "Giemsa
          spowodował, że samopoczucie moralne tyłów drużyny niemieckiej było zupełnie
          słabe (...). Tem czem Giemsa osłabiał siły moralne przeciwników, podnosił duch i
          zapał zespołu, do którego należał" - pisała z emfazą "Polska Zachodnia".

          Goście próbowali powstrzymać rozpędzonych rywali, ale bez efektu. Po przerwie
          najlepszy ich gracz, reprezentant Niemiec Richard Malik, został przesunięty z
          ataku do pomocy, żeby uporządkować grę, ale nie był w stanie sprostać wszystkim
          zadaniom. Słabo zagrał bramkarz Preussen Zaborze Bonk, po meczu dziwiono się
          powszechnie, że reprezentant na akademicką olimpiadę piłkarską w Budapeszcie
          przepuścił aż dziewięć bramek.

          Drużynę Niemieckiego Śląska stać było tylko na honorowy gol z karnego Reinharda
          Schaletzkiego, o którym "Oberschlesische Wanderer" napisał, że dla niemieckiego
          piłkarstwa na Górnym Śląsku znaczy tyle samo, co dla polskiego Ernest
          Wilimowski. To duża przesada, faktem jednak jest, że wyróżniający się
          postępującą łysinką Schaletzki zaliczył w 1939 roku dwa mecze w pierwszej
          reprezentacji Niemiec. "Trzech bramek mogła drużyna niemiecka uniknąć" -
          skomentował z żalem "Kattowitzer Zeitung".

          - Goście nie docenili naszej drużyny - stwierdził triumfujący Józef Żółtaszek,
          ówczesny prezes OZPN-u i jednocześnie szef śląskiej policji. Za to także obecny
          na meczu generalny konsul niemiecki w Katowicach dr Noeldeke musiał czerwienić
          się w loży honorowej.

          Do rewanżu w Bytomiu Niemcy przygotowywali się bardzo starannie. "Wątpimy
          jednak, czy uda im się na reprezentacji Śląska zdobyć choć jedną bramkę" -
          pisała kpiąco "Polska Zachodnia". Udało się dziesięć minut przed końcem, ale
          Polacy znów wygrali.

          Polska publiczność, która tłumnie zjechała do Bytomia na tamten mecz, miała
          powody do satysfakcji. Jej drużyna grała znacznie lepiej.

          Nieszczęsnego Bonka w bramce gospodarzy zastąpił Kurpanek, ale jego forma także
          pozostawiała wiele do życzenia. Kibice nie żałowali mu szyderstw: "Mały, a przy
          tem otyły i ciężki, nie robi dobrego wrażenia". Nie mogący pogodzić się z
          porażką gospodarzy zaczęli grać bardzo brutalnie: po przerwie Teodor Peterek i
          Hubert Gad zostali zniesieni z boiska. Wprawdzie obaj wrócili, ale do końca
          meczu Gad tylko statystował.

          Sześć strzałów w słupek

          Świetnie w meczach obu Śląsków spisywał się oczywiście Ernest Wilimowski, choć
          akurat w tym słynnym spotkaniu na stadionie Pogoni nie wystąpił. Nadzwyczajnie
          zagrał za to parę miesięcy wcześniej, w marcu 1935 roku. Z okazji oddania do
          użytku Adolf Hitler Kampfbahn (dziś stadion Górnika) do Zabrza przyjechała
          reprezentacja Polskiego Śląska. Bohaterem był "Ezi", który zdobył aż trzy gole i
          uratował remis 3:3. Pierwsza bramka padła po jego dalekim, precyzyjnym strzale,
          druga - po szybkiej zespołowej akcji, trzecia - po pięknej główce z podania
          klubowego kolegi Teodora Peterka. - Zwycięstwo leżało w granicach naszych
          możliwości - podkreślał oglądający ten mecz Józef Kałuża. Selekcjoner polskiej
          reprezentacji na meczach obu Śląsków był regularnym i stałym gościem.

          Z powodu ligi meczów reprezentacji Polski coraz trudniej było o wolne terminy.
          Śląscy kibice zawsze czekali na te mecze, więc grano nawet w... święta. W drugi
          dzień świąt, 26 grudnia 1937 roku, na Stadionie im. Hindenburga w Bytomiu
          reprezentacja Polskiego Śląska wygrała z gospodarzami 4:2. Goście mogli wygrać
          znacznie wyżej. "Wystarczy przytoczyć, że piłka sześć razy uderzała w słupek
          bramki i powracała do pola gry, że kilka murowanych pozycji zostało
          zmarnowanych, że stan kornerów brzmiał 11:1 na korzyść Polaków - by ocenić, jaką
          mieli przewagę" - podkreślała "Polska Zachodnia". Zespół gości wystąpił bez
          kilku asów: odbywających służbę wojskową Jerzego Wostala, Huberta Gada i Ewalda
          Dytko, którzy nie otrzymali pozwolenia na wyjazd za granicę.

          Polscy dziennikarze tak rozbestwili się dobrymi wynikami, że nie oszczędzali
          swoich nawet po wygranym meczu, co wcześniej było nie do pomyślenia. Po tym
          meczu prasa skryt
          • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 16.06.06, 20:01
            Polscy dziennikarze tak rozbestwili się dobrymi wynikami, że nie oszczędzali
            swoich nawet po wygranym meczu, co wcześniej było nie do pomyślenia. Po tym
            meczu prasa skrytykowała Ewalda Cebulę (wówczas Śląsk Świętochłowice), który
            "pieczołowicie obsługiwał łączników, co uznano za wadę. Nie chciał uwierzyć w
            swoją wartość i nie ryzykował strzałów".

            Źle na śniegu

            Ostatni mecz obu Śląsków odbył się w styczniu 1939 roku, kiedy stosunki
            polsko-niemieckie były już bardzo napięte. Trzy dni wcześniej minister spraw
            zagranicznych Józef Beck spotkał się w Berchtesgaden z Hitlerem, szefem
            niemieckiej dyplomacji Joachimem von Ribbentropem i ambasadorem w Warszawie
            Hansem von Moltke. Rozmowy nie przyniosły większych efektów. Tymczasem na Śląsku
            emocjonowano się meczem, który otwierał sezon '39. W tym czasie nie było jeszcze
            wygód, o czym może świadczyć fakt, że na spotkanie do Bytomia selekcjoner Kałuża
            w towarzystwie kapitana związkowego OZPN-u Pawła Lubiny pojechał zwykłym autobusem.

            Niemcy bardzo chcieli wygrać i w ostatnim meczu obu zespołów im się to udało.
            Porażka nieoczekiwana, "tym bardziej że nawet najbardziej szowinistycznie
            nastawieni widzowie przepowiadali zwycięstwo gości". Pogoda była fatalna, gracze
            często zapadali się po kostki w śniegu. Niemcy mieli satysfakcję, bo w 79.
            minucie grający w dziesiątkę gospodarze dołożyli piątego, zwycięskiego gola,
            wygrywając 5:3. Satysfakcja gospodarzy była wielka, bo od 1934 roku Niemcy nie
            wygrali żadnego spotkania i właśnie w tym spotkaniu przełamali passę. "Strona
            polska postawiła na nogi wszystko, na co było ją stać, w tym ośmiu
            reprezentantów Polski. Atak z Wilimowskim, który czuł się nieswojo na śliskiej,
            zaśnieżonej murawie, nie zademonstrował swoich możliwości. Jego dryblingi i
            indywidualna gra natrafiła na dobrą obronę przeciwnika" - pisał "Kattowitzer
            Zeitung".

            W tym ostatnim meczu po obu stronach wystąpiło mnóstwo znakomitości; goście to
            była właściwie reprezentacja Polski z fantastycznym kwintetem napastników Wostal
            i Piontek (obaj AKS Chorzów) oraz Peterek, Wilimowski, Wodarz (wszyscy Ruch),
            kadrowiczami byli także pomocnicy Piec i Dytko oraz Giemsa, który od czasów
            słynnego 9:1 przeszedł z ataku do obrony.

            Niemiecką defensywę stanowiło żelazne trio Vorvaerts Rasensport Gleiwitz -
            bramkarz Otto Mettke oraz obrońcy Richard Kubus i Wilhelm Koppa. Najwybitniejszy
            z nich Kubus zagrał nawet w reprezentacji Niemiec. Zmarł niespełna 20 lat temu.
            W pomocy wyróżniał się Florian Bismor, as Preussen Zaborze. Bramki strzelał
            nawet z 40 metrów, na co dzień był urzędnikiem w gminie. Po wkroczeniu Sowietów
            na Śląsk wyjechał w głąb Niemiec, grał po wojnie w TSV 1860 Monachium.
            Tragicznie skończył za to klubowy kolega Bismora, napastnik Adolf Obstoj, który
            w tym ostatnim meczu strzelił Polskiemu Śląskowi jedną bramkę. Na boisku słynął
            z uderzeń oddawanych z potworną siłą - ponoć austriacki bramkarz Platzer,
            próbując kiedyś obronić piłkę, którą Obstoj kopnął z rzutu karnego, połamał
            palce... W czasie wojny Obstoj został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na front
            wschodni. Za odmowę sforsowania odcinka frontu (przedtem zginęli wszyscy jego
            poprzednicy) został zastrzelony przez oficera. Był jeszcze skrzydłowy
            gliwickiego Vorwaerts Rasensport Hubert Renk, który w ostatnim meczu przeciw
            Polskiemu Śląskowi zdobył dla Niemców dwa gole. Znany był z tego, że kopał piłkę
            tylko lewą nogą, prawa służyła mu do podpierania. Podobno właśnie dlatego nie
            udało mu się zadebiutować w reprezentacji Niemiec. Warto dodać, że po wojnie
            piłkarz grał w polskiej lidze - w barwach Szombierek Bytom
            miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3414927.html
            • szwager_z_laband ps 16.06.06, 20:07
              Ministerstwo sportu nie jest zadowolone z Księgi Poparcia dla Stadionu Śląskiego


              lb 11-06-2006 , ostatnia aktualizacja 11-06-2006 23:24

              Księga Poparcia dla Stadionu Śląskiego została w ubiegły piątek wysłana do
              ministra sportu Tomasza Lipca. Przed dwa tygodnie wyłożona była na placu
              Tropikalnym katowickiego centrum handlowego Silesia City Center jako poparcie
              dla kandydatury Chorzowa i Stadionu Śląskiego do organizacji piłkarskich
              mistrzostw Europy w 2012 roku. Jako pierwszy wpisał się do niej śląski senator
              Kazimierz Kutz. W sumie uzbierało się ponad tysiąc podpisów.

              Komisję, która tak nisko oceniła śląską kandydaturę, powołał minister sportu
              Tomasz Lipiec. Na meczu Polska - Kolumbia ministra Lipca nie było, więc nie
              mogliśmy mu osobiście wręczyć księgi. W piątek pracownicy Silesia City Center
              opakowali ją i wysłali pocztą kurierską do Warszawy. Do paczki dołączono też
              czerwoną kartkę, tę samą, którą tysiące kibiców pokazały ministrowi podczas
              wtorkowego meczu. To dowód na to, że mieszkańcy naszego regionu ocenę
              kandydatury Chorzowa i Stadionu Śląskiego odbierają jako niesprawiedliwą.

              - Oglądałem tą grubą księgę i niestety znajduje się w niej wiele wulgaryzmów
              skierowanych nie tylko do nas. Ta księga nie wystawia dobrego świadectwa śląskim
              kibicom - mówił poirytowany Paweł Wiśniewski, rzecznik prasowy Ministerstwa Sportu.
              miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3406344.html
              • rico-chorzow Re: ps 16.06.06, 20:11
                Ja,uoni som zowdy -poirytowni-,jak siy jym prowda godo.
                • ballest Re: ps 16.06.06, 22:45
                  ;) Laband tego HUBERTA moj uojciec wspominou!
                  "Był jeszcze skrzydłowy
                  gliwickiego Vorwaerts Rasensport Hubert Renk, który w ostatnim meczu przeciw
                  Polskiemu Śląskowi zdobył dla Niemców dwa gole"
                  • szwager_z_laband Re: ps 16.06.06, 22:49
                    Jo mom pou familii ze Chorzowa i okolic i pamiyntom jak oupa zawsze opowiadou o
                    tym ze o Peterce i jeszcze doch inkszych to piosynki dugo spiywali. Chyba nawet
                    kedys suyszouech to kajs we TV.
                    • ballest Re: ps 16.06.06, 23:21
                      No ja uojcierc tysz wspominou Lachmanna i Uobstoja,
                      No i Kubusa bo to bou richtig AS!
    • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 23.06.06, 09:37
      Na Stadionie Śląskim zostanie otwarta wystawa poświęcona górnośląskim piłkarzom
      w reprezentacji Polski i Niemiec
      Wystawa "Górnoślązacy w polskiej i niemieckiej reprezentacji narodowej w piłce
      nożnej - wczoraj i dziś. Sport i polityka na Górnym Śląsku w XX wieku" jest
      próbą ukazania powikłanej historii Górnego Śląska oraz jego mieszkańców i
      stosunków polsko-niemieckich przez pryzmat historii sportu w naszym regionie. Na
      wystawie będzie można zobaczyć wiele archiwalnych zdjęć piłkarzy opatrzonych ich
      biografiami. Przy okazji wystawy zaprezentowana zostanie monografia dotycząca
      tej samej problematyki. Pomysłodawcami i współtwórcami wystawy są Marcin Wiatr z
      Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej i Dawid Smolorz, współpracujący z Domem w
      ramach tego przedsięwzięcia.

      Maciej Blaut: Jaki jest cel tej wystawy?

      Marcin Wiatr: Ma ona przybliżyć fascynującą historię Górnego Śląska. W tym
      regionie nic nie jest oczywiste i nie do końca zamyka się w tym, co polskie i
      niemieckie. O przynależności do drużyny często decydowały lepsze warunki do
      robienia kariery czy sytuacja polityczna. Tutaj nigdy nie było to jednoznaczne.
      Termin wystawy nie jest przypadkowy, trwają przecież mistrzostwa świata w Niemczech.



      Dawid Smolorz: Chcemy podkreślić specyfikę regionu górnośląskiego. Często
      zupełny przypadek decydował o tym, koszulkę z jakim orłem wkładali zawodnicy i z
      którą ze stron byli później identyfikowani. Często miewało to później
      dramatyczne skutki. Chcemy pokazać, że choć podział Górnego Śląska na część
      polską i niemiecką z 1922 roku już nie istnieje, to podział na Górnoślązaków
      polskich i niemieckich trwa do dzisiaj. Najlepszy przykład to Miroslav Klose i
      Lukas Podolski, grający w reprezentacji Niemiec, którzy są Górnoślązakami z krwi
      i kości.

      Ilu Górnoślązaków polskiego pochodzenia zagrało w reprezentacji Niemiec?

      Smolorz: Nie można używać stwierdzenia Górnoślązacy polskiego pochodzenia, nie
      wiedząc, co oni odczuwali. To, że np. Podolski i Klose urodzili się na ziemiach
      polskich, o niczym nie świadczy, bo - z tego, co wiadomo - obaj czują się
      Niemcami. Piłkarze grali w takiej, a nie innej reprezentacji, bo akurat na
      terenie danego kraju przyszło im żyć. Przecież to dość przypadkowe wytyczenie
      granicy z 1922 roku sprawiło, że chłopcy z Katowic i Chorzowa grali dla Polski,
      a chłopcy z Zabrza i Gliwic dla Niemiec.



      Wiatr: Oczywiście najsłynniejszą postacią, która pokazuje ten dylemat, jest
      słynny Ernest Wilimowski, który przez wiele dziesięcioleci był skazany na
      zapomnienie. Jego matka była z ducha niemiecką Górnoślązaczką. Był wychowankiem
      1.FC Katowice - klubu utożsamianego z mniejszością niemiecką. W pewnym momencie
      przeszedł do Ruchu Wielkie Hajduki, który był symbolem powstańczych tradycji. To
      o niczym nie świadczy - przeszedł tam, bo ktoś mu podpowiedział, że tam zrobi
      większą karierę. Jego wybór między klubem niemieckim a polskim - a potem między
      reprezentacją Polski i Niemiec - nie do końca jest wyborem politycznym.
      Interpretacja wszelkich wyborów poprzez klucz historii i polityki może być myląca.

      Wilimowski był największą gwiazdą z Górnego Śląska grającą w kadrze Niemiec?

      Smolorz: Zawodnika porównywalnego do Wilimowskiego trudno szukać po jednej i
      drugiej stronie granicy. Jeśli chodzi o Górnoślązaków, którzy zrobili karierę,
      to na pewno trzeba wymienić dwóch górnośląskich mistrzów świata z 1954 roku:
      Friedricha Labanda z Zabrza i Richarda Hermanna z Katowic, których powojenne
      losy rzuciły w głąb Niemiec. O ile Laband przez całe życie był niemieckim
      obywatelem, to Hermann w latach 20. i 30. był obywatelem polskim. To dwaj jedyni
      górnośląscy mistrzowie świata. Być może w tym roku coś się zmieni...



      Wiatr: Wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy wybitność. Wiadomo, że najwięksi
      są ci, którzy mają sukcesy: zdobywają puchary, grają w finałach mistrzostw
      świata. Warto też jednak wspomnieć o zupełnie innych sukcesach. Na początku lat
      40. Naprzód Lipiny [wówczas noszący nazwę TuS Lipine - przyp. red.] wyjechał w
      ramach rozgrywek Pucharu Niemiec do Monachium [wówczas zwanego Tschammer Pokal,
      czyli Pucharem Tschammera. Hans von Tschammer und Osten był Reischssportführerem
      i szefem wydziału sportu w hitlerowskiej organizacji rekreacyjnej "Kraft durch
      Freude", czyli "Siła przez radość" - przyp. red.]. Lipinianie grali w półfinale
      z TSV 1860 Monachium. Gracze z Lipin nie byli zawodowcami, to byli ludzie,
      którzy pracowali zawodowo. Na mecz nie udali się autobusem czy samolotem,
      tylko... pociągiem towarowym, a potem niemal z marszu zagrali na boisku w
      Monachium. Piłkarze z Lipin przegrali wysoko, ale ich wola walki była
      niesamowita. Po tym meczu w Bawarii przez kilka tygodni nie mówiło się o niczym
      innym, jak o jakimś małym wschodnioniemieckim zespole, który robi furorę nie
      tym, że wygrywa, ale niesamowitą wolą walki, przygotowaniem fizycznym,
      zawziętością. To są cechy, które charakteryzowały wielu górnośląskich piłkarzy.
      Często nie byli profesjonalistami, ale dochodzili do formy dzięki zacięciu,
      pracowitości i woli walki.

      Lata międzywojenne był najtrudniejsze dla górnośląskich sportowców?

      Smolorz: Okres międzywojenny był przez cały czas okresem mniej lub bardziej
      intensywnej walki Polski i Niemiec o przeciągnięcie Górnoślązaków na swoją
      stronę. Z tego punktu widzenia był to okres niebywale skomplikowany. Rok 1939,
      gdy państwo polskie przestało istnieć, a wszyscy Górnoślązacy zostali uznani za
      Niemców albo za spolonizowanych Niemców, uczynił to jeszcze trudniejszym. Po
      polskiej stronie rzeczywiście było wiele osób autentycznie identyfikujących się
      z kulturą niemiecką, ale dla przeciętnego Górnoślązaka z polskiej strony - w tym
      sportowca - była to tragedia. Tymczasem rok 1945 nie oznaczał wcale uspokojenia
      sytuacji. Wtedy okazało się, że ci, którzy w latach 30. i 40. otwarcie
      przyznawali się do niemieckości, znaleźli się na cenzurowanym. Musieli zapomnieć
      o swojej tożsamości albo wyjechać.

      Trzecia opcja to był obóz. Trzeba też wspomnieć o czymś, co do pewnego stopnia
      również inspirowało naszą pracę przy wystawie. Chodzi o pytanie: dlaczego tutaj
      kibicuje się również... niemieckiej drużynie?! Z punktu widzenia ludzi
      urodzonych w centralnej Polsce to jest rzecz całkowicie kosmiczna. To oczywiście
      fantastycznie wpisuje się w schemat Górnoślązaka - Germańca czy Krzyżaka.
      Natomiast sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Znam opowieści dotyczące
      zachowania zabrzan w 1954 roku po zdobyciu przez Niemcy mistrzostwa świata. W
      niektórych dzielnicach dochodziło do czegoś, co można by porównać z karnawałem w
      Rio. Ludzie siedzieli przy odbiornikach i w momencie zakończenia meczu
      dochodziło do całkowitej eksplozji entuzjazmu. Można zaryzykować twierdzenie, że
      Górnoślązacy kibicowaliby jednocześnie reprezentacji Polski, gdyby wtedy grała,
      i z równym entuzjazmem cieszyliby się z jej sukcesów. Górnoślązacy mieli wtedy -
      i chyba mają do dziś - większe serce, które mieści w sobie sympatię dla obu drużyn.



      Wiatr: Stwierdzenie, że serce Górnoślązaka jest pojemniejsze, jest trudne do
      zrozumienia nie tylko dla Polaków, ale i dla Niemców. W piłce nożnej wydawałoby
      się nie ma innej opcji - albo jest się za jedną drużyną, albo za drugą.
      Tymczasem chłopcy z Sośnicy, którzy spotkali się z Podolskim odwiedzającym swoją
      babcię, będą dopingować polską reprezentację, ale nie można zapomnieć o fakcie,
      że wielu z nich będzie też kibicowało Podolskiemu. To przecież regionalna duma.

      Czy możemy się spodziewać, że w kolejnych latach w reprezentacji Niemiec będą
      pojawiać się następni piłkarze z Górnego Śląska?

      Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który
      zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku chłopaków,
      z którymi grałem na boisku, a którzy występują teraz w ligowych klubach
      niemieckich. Z tym fenomenem wciąż będziemy mieli do czynienia. Polska w ogóle
      wyludnia się, jeśli chodzi o młodych ludzi. Szukają maso
      • szwager_z_laband Re: O występach Ernesta Wilimowskiego 23.06.06, 09:47
        Wiatr: W młodzieżówce niemieckiej już gra Lukas Sinkiewicz z Tychów, który
        zaliczył też kilka spotkań w pierwszej reprezentacji. Sam znam kilku chłopaków,
        z którymi grałem na boisku, a którzy występują teraz w ligowych klubach
        niemieckich. Z tym fenomenem wciąż będziemy mieli do czynienia. Polska w ogóle
        wyludnia się, jeśli chodzi o młodych ludzi. Szukają masowo pracy i perspektyw
        życiowych w Anglii, Holandii, Niemczech. Z drugiej strony mamy też inny fenomen
        - ci, którym udało się zabrać jakiś kapitał, próbują wracać na Górny Śląsk. Tak
        jednak dzieje się tylko w przypadku osób, które bardzo utożsamiają się z tym
        regionem i są świadome jego dziedzictwa. Można jednak zaryzykować stwierdzenie,
        że w przypadku młodych Górnoślązaków utożsamianie się z regionem jest coraz
        silniejsze. Być może uda się więc odwrócić trend wyjazdów.
        Smolorz: Nie jesteśmy w stanie tego do końca przewidzieć. Znając trochę
        historię, można powiedzieć, że tutaj ciągle coś będzie się działo. Przez wiele
        setek lat trwały tutaj migracje i należy się spodziewać, że one - w mniejszym w
        lub większym stopniu - będą trwały nadal. Dla Górnego Śląska oznacza to, że jego
        mieszkańcy wciąż będą zasilać reprezentację Niemiec.

        Jedynym z elementów wystawy ma być prezentacja śląskiego wunderteamu.



        Smolorz: Jest to dość kuriozalne zestawienie. W tej drużynie znaleźli się bowiem
        zawodnicy, którzy nigdy nie mieli szansy spotkać się na boisku w jednym zespole.
        Z jednej strony jest to oczywiście kwestia czasu - piłkarze ci żyli w różnych
        czasach: wspominamy zawodników z lat 30. i tych najmłodszych urodzonych w latach
        80. Z drugiej strony piłkarze z naszego zestawienia legitymują się różnymi
        paszportami, co oczywiście również uniemożliwiałoby im występ w jednej
        reprezentacji. Tutaj wracamy trochę do górnośląskiego fenomenu - grupa mężczyzn
        wychowana tak naprawdę w tym samym krajobrazie na świecie byłaby postrzegana jak
        cudzoziemcy, choć oni siebie nawzajem na pewno tak by nie traktowali.

        Nasz wunderteam to drużyna na mistrzostwo świata?

        Smolorz: Z Ekwadorem na pewno by nie przegrała!

        Organizatorem wystawy, obok Stadionu Śląskiego, jest Dom Współpracy Polsko-
        Niemieckiej. Partnerami projektu są: Konsulat Generalny RFN we Wrocławiu, Muzeum
        Górnośląskie w Ratingen-Hoesel i Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego.
        miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3428987.html?as=2&ias=2
        • szwager_z_laband NA MARGINESIE 23.06.06, 10:00
          ciekawe w tym kontekscuie moge byc take cos:)

          zraelski korespondent "Najwyższego Czasu" Kataw Zar opisuje jaka atmosfera
          panowała w Izraelu podczas transmisji meczu Niemcy-Polska. Kataw Zar oglądał
          mecz w jednej z restauracji. Obserwował reakcje ludzi w lokalu jak i gości w
          studio telewizyjnym.

          "Od razu wyszło na jaw, że biesiadujący przy stołach tropikalni Żydzi
          nawaleni byli proniemiecką ekstazą". Niewybredne żarty pod adresem Polaków,
          wycie towarzyszące wywracaniu się naszych zawodników, a po czerwonej kartce
          okrzyk jednego z gości "Achszaw nare lachem!" (Teraz im pokażemy!).
          Proniemieccy byli także sprawozdawcy telewizyjny, a komentujący w studiu
          boiskowe wydarzenia kierownik katedry historii niemieckiej jerozolimskiego
          uniwersytetu Mosze Cimmermann w momencie gdy Niemcy strzelili gola
          krzyknął "Jesz Eluim!, Jesz Eluim!" (Jest Bóg, Jest Bóg!).
          Cimmermann chwalił niemiecki patriotyzm narodowy: "Popatrzcie tylko na te
          powiewające wszędzie dumne, niemieckie flagi czrno-żółto-czerwone, obejżyjcie
          te malunki i tatuaże! Po raz pierwszy od II wojny światowej Niemcy nie
          wstydzą się swoich emblematów narodowych!"

          Nazajutrz radio Kol Israel podało, że na czele tej "niemieckiej fali
          patriotyzmu" stoją neonaziści...

          Kataw Zar zauważa, że w Izraelu powszechne jest gloryfikowanie wszystkiego co
          niemieckie. Przeciwni temu są "niedoholokaustowani Żydzi", których przeraża
          to rdosne bratanie się z Niemcami.
          • reden6 Re: NA MARGINESIE 27.06.06, 13:55
            miasta.gazeta.pl/katowice/1,35024,3437954.html
            www.ruch-chorzow-ks.de/Zdjecia_GrobWilimo.htm
            • szwager_z_laband Re: NA MARGINESIE 27.06.06, 19:16
              Piyknie zescie to zrobiyli chopcy:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka