stix
19.02.07, 17:06
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34174,3927967.html
PiS uważa, że tarcza antyrakietowa, wiążąc nas bardziej z Ameryką, zapewni
nam bezpieczeństwo, którego nie daje nam ani UE, ani NATO.
Z naszych rozmów z politykami i strategami PiS-u wynika, że partia rządząca
widzi w instalacji tarczy okazję do zakotwiczenia na stałe Polski w ścisłym i
niezależnym od NATO i UE sojuszu z Ameryką.
Do tej pory gwarantem naszego bezpieczeństwa było przede wszystkim
członkostwo w Unii Europejskiej i NATO. Oparcie się na tych filarach było
celem polskiej polityki zagranicznej. Kilka lat po osiągnięcia tego celu, od
polityków PiS można usłyszeć, iż trzeba szukać uzupełnienia, a być może
alternatywy dla obecnego porządku, bo na filarach pojawiły się pęknięcia.
Stratedzy PiS uważają, że od kiedy Polska weszła do NATO (1999 r.) i UE (2004
r.), obie te instytucje bardzo się zmieniły, niekoniecznie na lepsze. Na
dodatek proces zmian jeszcze się nie zakończył.
NATO jest wprawdzie wciąż sojuszem obronnym, ale od dobrych kilku lat stoi na
rozstajach. W opinii ludzi współtworzących polską politykę zagraniczną Sojusz
jest za mało elastyczny, by zagwarantować bezpieczeństwo wszystkim swoim
członkom.
Politycy z PiS-u i analitycy związani z tą partią uważają, że od kilku lat w
NATO ścierają się dwie przeciwstawne siły. Kiedy Amerykanie i ich bliscy
sojusznicy próbują pchnąć NATO do wzięcia na siebie większej
odpowiedzialności za bezpieczeństwo globalne, Francuzi, Niemcy i inni
naciskają na hamulec.
Dowodem na to ma być los zgłoszonej podczas niedawnego szczytu Sojuszu w
Rydze przez amerykańskiego senatora Richarda Lugara propozycji, by NATO
zaangażowało się w ochronę bezpieczeństwa energetycznego swoich członków.
Korzystna dla Polski inicjatywa przepadła, gdyż nie znalazła zrozumienia
państw NATO.
Choć partia braci Kaczyńskich nie kwestionuje członkostwa Polski w UE,
zdaniem jej strategów również Bruksela nie zapewnia nam pełnego
bezpieczeństwa. Dla naszych rozmówców z PiS sztandarowym przykładem
obojętności UE na potrzeby Polski jest samotny bój Warszawy o zniesienie
embarga na eksport polskiej żywności do Rosji.
Bruksela poparła nasze starania dopiero wówczas, gdy Warszawa zablokowała
negocjacje o umowie o partnerstwie i współpracy między UE i Rosją. Niedawno
szefowa polskiej dyplomacji Anna Fotyga powiedziała wprost, że "Unia nas nie
słucha".
Prezydent i premier słyszą od swoich doradców, że ani UE, ani NATO nie są w
stanie zapewnić Polsce bezpieczeństwa energetycznego. W przeciwieństwie do
Warszawy wiele unijnych stolic, np. Berlin, nie widzi w Rosji rywala, lecz
strategicznego partnera. Niemcy chcą nawet budować wspólnie z Rosją gazociąg
godzący, zdaniem większości polskich ekspertów, w bezpieczeństwo Polski.
Od jednej z osób współtworzącej polską politykę zagraniczną usłyszeliśmy
nawet, że w razie realnego zagrożenia Polska nie ma co liczyć na
natychmiastową pomoc parterów z UE czy sojuszników z NATO. Dlatego - jak
uważają stratedzy partii rządzącej - trzeba próbować ściśle związać Polskę z
Ameryką.
Zdaniem PiS tarcza antyrakietowa jest doskonałą okazją do zarzucenia
amerykańskiej kotwicy w Polsce. Szef komisji spraw zagranicznych Sejmu Paweł
Zalewski uważa, że ewentualna zgoda na tarczę będzie najważniejszym
posunięciem w polskiej polityce zagranicznej od czasu wstąpienia do NATO.
Według niego tarcza, to "wehikuł, który może podnieść stosunki Polski z USA
na wyższy poziom".
Polski rząd chce, by instalacja elementów tarczy w Polsce dała zielone
światło szerszemu porozumieniu o partnerstwie strategicznym z USA.
Porozumienie takie - zawarte z USA m.in. przez Brytyjczyków - wiązałoby
ściśle nasze siły zbrojne i służby specjalne z amerykańskimi.
Europejscy eksperci, z którymi rozmawiała "Gazeta", twierdzą, że Amerykanie
nie planują podpisania takiej umowy z Warszawą. Ich zdaniem naszym władzom
będzie niezwykle trudno przekonać Waszyngton, że Polska może być dla Ameryki
sojusznikiem tej rangi, co Wielka Brytania, Australia czy Izrael.
Nasi rozmówcy z rządu przekonują jednak, że rozmowy podjąć warto. Cena za
tarczę musi być wysoka - powtarzają urzędnicy. Problem w tym, że Amerykanie
chcą usłyszeć wstępną odpowiedź Warszawy już w marcu, a rząd nie mianował
wciąż nawet głównego negocjatora.