Dodaj do ulubionych

Jak odejść z twarzą......................Rozst anie

29.03.07, 20:24
miniurl.pl/rozstania


Przeczytaj.
Moze to do Ciebie.

„Pożegnanie, rozstanie to najtrudniejsze momenty w życiu. Bez względu na to,
czy jest to śmierć najbliższej osoby, czy odejście jednego z rodziców, czy
bycie porzuconym przez chłopaka/dziewczynę, czy śmierć ukochanego
zwierzaka... Utrata domu w powodzi czy pożarze a nawet "tylko" koniec
wakacyjnej miłości, jakiegoś etapu w życiu, utrata pracy, pieniędzy w wyniku
bycia okradzionym... - każda strata, mała czy duża, budzi ten sam zestaw
uczuć, raz silniejszych raz słabszych, ale tych samych dla danej osoby. Jaki
to zestaw i jak w sytuacji rozstania się zachowujemy, wiele o nas mówi.

Umiejętność rozstania się jest najlepszą miarą dojrzałości psychicznej. Jeśli
komuś przychodzi to łatwo, ma z tym problem tak samo jak ten, kto się
rozstawać nie umie.



Jeśli unikasz pożegnań, zrywasz by nie zostać porzuconym, wyjeżdżasz przed
wyznaczonym terminem, uciekasz przed końcem, przeciągasz kończenie,
zostawiasz niedokończone, nie mówisz ani "żegnaj" ani "bądź", niszczysz,
dewaluujesz to, z czym przychodzi czas się pożegnać, czas rozstania spędzasz
gorączkowo uciekając w aktywność, w nie myślenie, w manię... masz problem z
przeżyciem tzw. żałoby, depresyjnych uczuć towarzyszących każdemu rozstaniu,
niezbędnych, by uwolnić się i móc żyć dalej, z kimś innym.



Jeśli nie pozwalasz odejść, poniżasz się byleby zatrzymać kogoś przy sobie,
gonisz za nim, śledzisz, wydzwaniasz albo ślesz jeden mail czy sms za drugim,
choć pozostają bez odpowiedzi, popadasz w obsesję lub przeciwnie - w
depresję: nic ci się nie chce, nic nie ma sensu gdy jego/jej nie ma, masz
myśli a nawet próby samobójcze lub zdarzają ci się wtedy niebezpieczne
wypadki, a może przeżywasz ból nie do wytrzymania, z tęsknoty nie śpisz, nie
jesz, albo rzucasz się na oślep w kolejny związek lub zaczynasz nowy "na
zakładkę" z tym starym... masz problem z tzw. separacją, czyli z byciem
samemu, odejściem i pozwoleniem, by ktoś odszedł (w swoje życie, w swój
świat), był kimś oddzielnym, niezależnym.



Może chodzić o tę osobę, która odeszła, porzuciła, opuściła, bez której
wydaje się, że nie można żyć, ale może chodzić o coś zupełnie innego - o
poczucie przegranej, porażki, przeświadczenie, że skoro ktoś mnie porzucił,
znaczy nie jestem nic wart/a, jestem beznadziejny/a, a jeśli wybrał kogoś
innego, znaczy, że jestem gorszy/a. Pragnienie i gorączkowe próby
odzyskania "ukochanej osoby" nie mają wtedy z nią samą nic wspólnego. Chodzi
tylko o to, by ukoić lęk, że nie jest się przegranym zerem i by udowodnić
sobie swoją wartość, by wygrać, pokonać rywala i poczuć się znowu lepiej. A
gdy się to uda, ukochany przestaje być taki ważny. Jego powrót miał tylko
uspokoić wątpliwości porzuconego na temat własnej wartości!



Każdy z nas ma doświadczenie rozstania we wszystkich przełomowych momentach
rozwoju (patrz: PSYCHIKA...) i dla każdego było to trudne przeżycie, dlatego
pewnie zaliczycie się do więcej niż jednej z opisanych grup, a może i do
wszystkich. Ale jakiś schemat radzenia sobie z rozstaniem będzie przeważał,
co znaczy, że właśnie ten moment w rozwoju przysporzył wam najwięcej
trudności i domaga się szczęśliwego zakończenia.



Ponieważ głównie pytacie o to, jak poradzić sobie z rozstaniem z ukochanym/ą,
skupię się na tym. Pamiętajcie jednak, że to, jak radzicie sobie z utratą
dziewczyny/chłopaka, pokazuje, czy jesteście sobie w stanie poradzić z
bardziej dramatycznymi rozstaniami (owszem, są jeszcze bardziej
dramatyczne!) - w końcu czekają każdego z nas, każdego dotyka śmierć i
strata, od tego nie można uciec, są nieodłącznym elementem życia.

W momencie, gdy ktoś od was odchodzi, wydaje się, że nic gorszego nie może
was spotkać. Im bardziej wtedy wariujecie z bólu i tęsknoty, im większa
depresja czy obsesja was dopada, im bardziej osobom z zewnątrz wasze
zachowanie wydaje się nieadekwatne do rzeczywistej straty, tym bardziej
oznacza to, że obecna sytuacja uruchomiła całą lawinę uczuć dotyczącą
zupełnie innych zdarzeń, jakiejś innej straty, w dzieciństwie a nawet w
niemowlęctwie, których możecie nie pamiętać. W waszych emocjach fakt
porzucenia was teraz, łączy się z innym, dużo bardziej dramatycznym
wydarzeniem, choćby dlatego tak dramatycznym, bo przeżyliście je, nie będąc
jako małe dziecko psychicznie na nie gotowym - wasza psychika nie umiała
sobie wtedy z tym poradzić. Osoby, które straciły jednego z rodziców, czy
choćby zostały za wcześnie odstawione od piersi, oddane na wychowanie babci,
opiekunce, do żłobka, trafiły na długo do szpitala czy były "tylko"
emocjonalnie opuszczone, bo mama miała depresję albo jakieś wydarzenia w jej
życiu skupiły jej uwagę na czymś innym niż na dziecku... dramatycznie
przeżywają rozstania.


Obserwuj wątek
    • incink Re: Jak odejść z twarzą................Rozstanie 29.03.07, 20:25
      Problem z rozstaniem masz zarówno wtedy, gdy nie możesz znieść opuszczenia, jak
      i wtedy, gdy sam nie potrafisz odejść. Gdybyś odszedł, musiałbyś skazać drugą
      osobę na los, którego sam panicznie się boisz i musiałbyś uznać, że jesteś
      niewiele lepszy od tego, kto kiedyś ciebie zostawił, za co go nienawidzisz i
      masz ogromny żal. Niektórzy tak bardzo boją się opuszczenia, że "wrabiają"
      osoby, z którymi są, w rolę tego, któremu bardziej zależy i/lub w rolę
      opuszczonego. Od czasu do czasu rozstają się z nim, by widzieć jak mu zależy,
      jak walczy o ten związek, a sami dzięki temu nie przeżywają lęku przed
      separacją i udają sami przed sobą, że aż tak im nie zależy, by rozstanie ich
      zabolało. Czyli zrzucają swój problem na partnera, by się nie kontaktować ze
      swoimi uczuciami, tymi, które on wówczas przeżywa.

      Słynna kwestia z "Małego Księcia", gdy lisek mówi do księcia "jesteś na zawsze
      odpowiedzialny za to, co oswoiłeś", ukazuje sedno problemu. Rzeczywiście, gdy
      wiążesz się z kimś, angażujesz się i przywiązujesz do niego, ale i on do
      ciebie. Igranie z czyimiś uczuciami, nieliczenie się z tym, co będzie czuł, gdy
      nierozważnie rozkochasz go w sobie a potem opuścisz, jest wyrazem wyjątkowego
      braku dojrzałości. Wchodząc w związek stajesz się w jakimś stopniu
      odpowiedzialny za partnera. Nie oznacza to jednak uwiązania na wieki. Będąc z
      kimś, nie stajesz się jego własnością, ani on Twoją. Bywa, niestety nie tak
      rzadko, że ktoś postanawia odejść i wieść oddzielne życie, u boku innej osoby
      albo angażując się w jakąś ideę. Ma do tego prawo, choćby nie wiem jakie
      cierpienie tym wywoływał u dotychczasowego partnera. Jeśli w związku są już
      dzieci, wspólne zobowiązania, prawo owszem ma, ale przede wszystkim obowiązek
      dokładnego przyjrzenia się swojej decyzji, by mieć pewność, że to nie ucieczka
      od tego, co w związku trudne, od wyprojektowanej na partnera niechcianej części
      siebie (patrz: PSYCHIKA...), lecz dojrzała decyzja.

      Rzecz w tym, żeby odejść w dojrzały sposób. Nie uciekać jak tchórz, nie znikać
      nagle bez słowa wyłączając telefon i ustawiając skrzynkę mailową tak, by
      automatycznie odsyłała wiadomości. By nie niszczyć po drodze wszystkiego, co
      was łączyło, co było dobre. Zostawianie za sobą zgliszczy, to najgorsze co
      można zrobić sobie i osobie, z którą się było. Niestety taką taktykę obierają i
      ci, którzy odchodzą, i ci, którzy są porzucani. Pierwsi jak najgorzej oceniają
      byłego partnera, odchodzą w przeświadczeniu, że nic dobrego w tym związku nie
      było. Drudzy potępiają go w czambuł i widzą w nim samo zło. Jedni i drudzy
      chronią się w ten sposób przed żalem, tęsknotą, uczuciami, które mogłyby od
      rozstania odwieść lub uczynić jeszcze większym cierpienie. Stosują bardzo
      niedojrzały mechanizm - umniejszają to, od czego odchodzą, by nie przeżywać
      rozterek, poczucia winy i głębokiego smutku. Żadnych wątpliwości -
      to "najlepsza" metoda. A pogarda i triumf to typowe obrony przed "nie do
      przeżycia" przegraną, stosowane szczególnie wtedy, gdy partner zdradził,
      odszedł do innej/innego. Tymczasem bycie opuszczonym, niekoniecznie oznacza -
      odrzuconym, odtrąconym. Choć oczywiście czujecie się pokrzywdzeni, decyzja o
      odejściu nie musi być skierowana przeciwko wam. Gdy partner wybiera kogoś
      innego, lub życie bez was, nie robi tego przeciwko wam, choć wolelibyście, żeby
      tak było, bo to dalej pozwoliłoby czuć się pępkiem świata, punktem odniesienia
      dla ukochanej osoby. Najpierw kręciła się wokół was zaspokajając wasze
      potrzeby, teraz czyniąc wam złośliwie krzywdę? Trudno uznać, że po prostu
      przestaliście być w centrum jej uwagi, że ma już swoje życie, swoje sprawy, z
      których jesteście wyłączeni, a nie, że robi tak przeciwko wam. Takie myślenie
      chroni przed konfrontacją z pewną rzeczywistością, z którą najwyraźniej tym,
      którzy je pielęgnują, nie udało się pogodzić we właściwym czasie.

      Gdy jako niemowlę nie pożegnamy się ze złudzeniem, że pierś mamy należy do nas
      a życie mamy-piersi jest całkowicie podporządkowane nam ("mama nie ma swojego
      życia, nie jest odrębną istotą tylko razem ze mną tworzy jedyny świat, jaki
      jest") - każdy kto konfrontuje nas z tą prawdą jest złośliwym, prześladującym
      wrogiem.

      Gdy nie pojmiemy, że drzwi do sypialni rodziców są zamknięte nie dlatego, że
      rodzice nas nie kochają, nie chcą, karzą, odrzucają, lecz dlatego, że mają swój
      świat, do którego nie mamy dostępu, zajęci są sobą i my z tej relacji jesteśmy
      wyłączeni, po prostu nas to nie dotyczy, nie dzieje się przeciwko nam, tylko
      taka jest kolej rzeczy - będziemy "tkwić pod sypialnią" partnera, który
      odszedł, w nadziei, że zmieni zdanie, zamiast odejść w swoje życie i znaleźć
      swoją sypialnię z własnym partnerem.

      Każde rozstanie symbolicznie, na poziomie emocji, cofa nas do tamtych czasów i
      na nowo każe przeżywać tamte chwile. Jeśli ktoś zaznał rzeczywistego
      opuszczenia, cofnie go także tam. Wtedy może się czuć jak niemowlę, które
      zostawione przez matkę, przerażone jest, że umrze. Zupełnie zapomina, że jest
      kimś na tyle dorosłym, że mu to już nie grozi.

      Tak jakby trzeba było wreszcie się z tym uporać. Każde rozstanie to szansa, by
      naprawić stare dzieje. Z każdą kolejną, coraz mądrzej przeżytą stratą,
      odbudowujemy zdolności do dojrzałego rozstawania się - a jest to umiejętność
      niezbędna do życia i umierania. Umierania? Tak! Każdy z nas, także nastolatek,
      zbliża się nieuchronnie do śmierci i by przeżyć konfrontację z tym faktem, musi
      być na to gotowym. Niestety wielu ludzi nie jest i robi mnóstwo głupot, by
      uciec od świadomości przemijania i ostatecznego rozstania.



      • incink Re: Jak odejść z twarzą................Rozstanie 29.03.07, 20:25
        Co zrobić, by mądrze się rozstać, choć całą duszą buntujesz się przeciwko temu?
        Mimo lęku, mimo zalewających cię uczuć, za wszelką cenę zachowaj odrobinę
        świadomości, że:

        Świat się nie kończy, bo nie jesteś niemowlakiem, od którego odchodzi mama...

        Świat się nie kręci wokół ciebie, tylko jest jaki jest, niezależnie od tego,
        kim jesteś, tak jak ktoś, kto jeszcze niedawno sprawiał wrażenie, że jesteś dla
        niego kimś najważniejszym...

        Rozstanie nie świadczy o twojej wartości (tak jak nie świadczyło, gdy np.
        odszedł ojciec - to nieprawda, że gdybyś był/a kimś ładniejszym, mądrzejszym,
        grzeczniejszym, to by został)...

        Ukochana osoba nigdy nie była twoją własnością, więc ma prawo decydować o
        sobie...

        Należysz i zawsze należałeś/aś do siebie, to tylko miłosna metafora, że komuś
        oddało się duszę czy serce, owszem możesz tak czuć, jakby ktoś odchodząc zabrał
        kawał ciebie, ale tak naprawdę nie zabrał, tylko umieściłeś/aś w nim coś, z
        czym nie chciałeś/aś się męczyć (i np. może pora samemu zaopiekować się sobą, a
        nie zrzucać to na kogoś)...

        To samo dotyczy połówek, którymi byliście i tylko razem tworzyliście całość -
        to dobre w tekście piosenki, w rzeczywistości tylko jako całość można być
        szczęśliwym i stworzyć dojrzały związek, trzeba odnaleźć w sobie brakującą
        połowę, zanim znowu się na kimś uwiesi i zapomni, że można samemu...

        To, że ktoś odszedł, nie jest wymierzone przeciwko tobie...

        A jeśli jest, to nie twój problem, tylko tego, kto odchodzi w ten sposób, bo
        znaczy że odchodzi, będąc wciąż emocjonalnie z tobą związany...

        Choćby nie wiadomo ile was łączyło, nigdy nie byliście jednością, lecz dwiema
        odrębnymi osobami, które mają prawo wybierać, z kim są...

        Przecież nie ma sensu, by parter był w tym związku na siłę, nie ze swojego
        wyboru - satysfakcjonuje tylko takie bycie razem, gdy obie strony są pewne, że
        tego chcą...

        Miałeś/aś prawo się pomylić, dokonać złego wyboru, porażka to nie koniec
        świata, tylko wskazówka na przyszłość...

        Ani ty, ani opuszczająca cię osoba nie ponosicie za to wyłącznej winy, wina
        zawsze leży po obu stronach i lepiej zrozumieć co się zrobiło, niż zrobić ten
        sam błąd w następnym związku...

        (trzy kropeczki oznaczają, że warto nad tym pomyśleć)



        A poza tym...



        POŻEGNAJ SIĘ. Jeśli nie możesz porozmawiać, bo druga strona unika cię, ucieka
        (zastanów się, czy przypadkiem nie przyczyniłeś/aś się do tego swoim
        nieobliczalnym zachowaniem, którego się teraz boi), napisz pożegnalny list.
        Bezpośrednia rozmowa czy list ma sens dopiero wtedy, gdy odzyskasz kontrolę nad
        złością, chęcią odwetu i zrozumiesz swój udział w tej historii. To już nie czas
        ani miejsce na roztrząsanie tego co się stało. Nie obwiniaj ani nie bierz winy
        na siebie i nie oczekuj odpowiedzi. Dopóki liczysz na to, że pożegnanie,
        pożegnalny list może pomóc odzyskać tę osobę, nie rób tego. Nie oszukuj się, że
        teraz zostaniecie przyjaciółmi - może kiedyś, ale na pewno nie teraz, wszystko
        jest zbyt świeże. Dobre pożegnanie służy temu, by każde w z was mogło zachować
        w sobie to, co było dobre w tym związku, dobry obraz ukochanej niegdyś osoby.
        Bo mimo że się rozstajecie, jakąś częścią siebie już zawsze będziecie razem -
        macie wspólne wspomnienia, przeżycia... To nie musi być przyczyną cierpienia,
        wręcz przeciwnie - pomaga być już na zawsze oddzielnie. Dlatego nie niszcz w
        swoich myślach wszystkiego, co było, zachowaj dobre chwile, dobry obraz tej
        osoby w głębi serca. A jeśli już zniszczyłeś/aś, staraj się odzyskać, poszukać
        w sobie - na pewno jest, przecież kiedyś ją kochałeś/aś, musiała na to
        zasługiwać. Nie zgub też świadomości, że przecież ktoś cię kochał, i mimo tego,
        co potem, miałeś/aś szczęście przeżyć tyle radosnych chwil... do tych myśli o
        sobie, tych faktów, które świadczą o twojej winie, a czego świadomość jest
        pierwszym krokiem do naprawy, dodaj też tamte, z czasów miłości, które świadczą
        o tym, że byłeś/aś zdolny/a do dawania szczęścia i zasługiwałeś/aś na takie
        uczucia. Tego ci nikt nie odbierze, nawet były partner, który nie umie się
        rozstać i odchodzi w głupi, niedojrzały sposób, podważając, co między wami było
        dobre. Odzyskując to w sobie możesz odejść i zostawić go w spokoju. Niczego już
        nie musisz sobie udowadniać jego powrotem. Masz go "w sobie", więc fizycznie
        może go już nie być.



        DAJ SOBIE CZAS na smutek, żal, poczucie winy. Nie uciekaj od tych uczuć i
        refleksji (w szał spotkań towarzyskich, w nowy związek...), bo właśnie one są
        najcenniejszym, co możesz wynieść z tego związku. Są swoistym spadkiem po nim,
        czymś, z czym można lepiej budować kolejny.

        Zanim stworzysz nowy związek, zrób w sobie miejsce - pełni uczuć do byłego
        partnera jesteśmy zamknięci na nową miłość. Nowa osoba nie może służyć
        zapomnieniu, wyleczeniu ran, podreperowaniu nadwerężonego poczucia wartości. To
        żywy człowiek, mający uczucia, a nie przedmiot, który można wykorzystać dla
        poczucia się lepiej.



        Czasem jeszcze zatęsknicie, nawet po wielu latach może wam się przyśnić, ale
        jeśli możecie spokojnie o tej osobie myśleć, uśmiechnąć się do dawnych z nią
        czasów, znaczy, że to było prawdziwe rozstanie.

        Jeśli jednak ten artykuł nie pomaga, dalej wariujecie lub wycofaliście się z
        życia, choć od rozstania upłynęło już tyle czasu, pora na psychoterapię!



        Autor: Anna Lissewska [»]
        www.psychoterapia-lissewska.neostrada.pl/
    • incink Re: Jak odejść z twarzą......................Rozs 01.04.07, 19:34
      up
      • izawawa Re: Jak odejść z twarzą......................Rozs 01.04.07, 22:26
        Żadne up . To jest całkiem rozsądny tekst i nie trzeba go komentować .

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka