Jestem na granicy załamania nerwowego

(
Znowu sie pokłóciliśmy - o pierdołę (nocowało u nas 2 kumpli, a on o 9 rano
mnie obudził i zaczął sarkać, że to moja wina że jest bałagan - mam o 2 w
nocy sprzątać ze stołu butelki po coli kumpli?!). Zaczął krzyczeć, że nic dla
niego nie robię, że mu nie pomagam, że go nie kocham...
Zdenerwowana powiedziałam, że może do siebie nie poasujemy...
A on - to się wynieś!
Rozpłakałam się, a on, że nikt by ze mną nie wytrzymał... że jestem do
niczego... i inne takie... po czym wyszedł trzaskając drzwiami, żebym nie
udawała że ryczę, bo go to nie wzrusza...
Płaczę teraz jak niemowlę, i nie mogę przestać...
Już nie wiem co mam zrobić żeby był zadowolony... ja potrzebuję, do cholery,
czułości, odrobiny ciepła, a on... ja wiem, jest przemęczony, wczoraj znów
było spotkanie z prawnikiem tych bandytów... nie umie się już do mnie
uśmiechać...
Byliśmy w sobie tacy zakochani, bylismy jednym ciałem, jednym umysłem... gdy
rok temu zaczęła sie trząść ziemia byłam przy nim... to ja musiałam
przekonywać ludzi, by nam pomogli z firmą... to ja wydzwaniam po ludziach,
gdy coś zawalają, ja muszę się drzeć na współpracowników, którzy zachowują
się jak święte krowy...
Czuję się jak smieć, kopnął mnie jak nigdy...
Ja wiem, jestem nerwowa, życie mnie skopało, nie uporałam sie ze wszystkimi
problemami z przeszłości. Ale jestem człowiekiem! Kocham go! Robię tyle, ile
zdołam!!
Już nie wiem co robić... mam ochotę trzasnąć drzwiami i nie wrócić...