tomsmom
06.12.07, 12:59
Ika przezywa problemy adaptacyjne swojej coreczki i swoje... wiele z
nas na pewno tez mniejsze lub wieksze problemy z tym ma i tez kusi
sie o jakies takie porownania na zasadzie: "ach ci Irlandczycy"
(choc ja mialam szczescie jak dotad bo z wielka sympatia z ich
strony sie spotykam). Rozmawialam o tym wlasnie z moim mezem i on
przypomnial mi swoja historie, Polacy, wiadomo z goscinnosci slyna...
Otoz, w 1997 moj maz zostal wyslany do Polski na dwuletni (nie
przypuszczal, ze zrobi sie z tego 9-letni!!) kontrakt. Juz na
poczatku w hotelu (a byla to sobota) zaznal polskiej goscinnosci
(hotel takie markowy byl) bo gdy zszedl na sniadanie o 8:45 (do 9
podobno bylo) i podszedl sobie do bufetu, kelner wystartowal do
niego z takim tekstem: "wi ar klozd, ju mast gol". Wiec poszedl...
Od tej pory sniadania robil sobie sam w pokoju. Ludzie z ktorymi
pracowal tacy jacys dretwi mu sie wydawali (po angielsku mowili
jakos, bo on to szczatkowa znajomosc polskiego mial: po paru
lekcjach przed wyjazdem, wciaz sie uczyl) wiec zaprosil paru na
piwko, odpowiedz jaka dostal zupelnie go zaskoczyla: "we work
together, we don't drink together" koniec. Dla faceta z Irlandii,
gdzie piwko po pracy w piatek to prawie mus, bylo to zupelnie nie do
pojecia. Tak wiec wieczory spedzal sam, weekendy tez (dopoki nie
poznal tzw expatow czyli ludzi z Irlandii, Anglii itp, w pubach
wlasnie, i do tej pory sie z nimi przyjazni). Dostal mieszkanie: w
szeregowcu gdzie bramke wejsciowa dzielil z 3 sasiadami. NIKT nawet
sie nie obejrzal, kto to, po co, jak probowal mowic tym swoim
polamanym polskim "dzien dobry". Stary dziadek-"ubek" (bo tak sie
zachowywal) nie pokwapil sie zeby mu wytlumaczyc, ze grafik, ktory
powiesil przy bramce to terminy sprzatania, za to obrazil sie
smiertelnie, ze ten nie sprzatal wtedy kiedy mial to wypisane! Jak
ja zaczelam go odwiedzac, to podszedl ow dziadek do mnie i tak
mowi: "ja sie w pani zycie wtracac nie bede, ale dziwie sie, ze taka
ladna, porzadna Polka z taki CHAMEM sie zadaje, bo to CHAM prosze
pani i ciagle jakies kobiety sprowadza!!" ("jakies kobiety" to byly
siostry, ciocia i mama, ktore regularnie go odwiedzaly).
A teraz ciekawostka: jak sie pobralismy i ja sie tam wprowadzilam,
wszyscy pieknie mi dzien dobry odpowiadali, zamieniali ze mna
slowko, pan-"ubek" sie usmiechal nawet. ALE na Chrisa nadal nikt
nawet nie spogladal!!! Ktorejs zimy sasiad pod nami (on w koncu sie
przekonal i nawet czasami zagadal) sprzatal snieg, Chris wyszedl
pomoc, za chwile pojawil sie nastepny i choc tamten Chrisa
przedstawil, ten trzeci reke podal mu nawet na niego nie patrzac! No
a nasze wizyty w restauracjach to juz czad zupelny byl: zamawiamy,
Chris naprawde niezla polszczyzna, ale z jakas tam przestawiona
koncowka, a kelner(ka) patrzac na mnie: "to co mam temu panu podac?"
i to, kochane zdarzalo sie naprawde czesto!! W dobrych miejscach,
nie spelunach!
Tak wiec, te wszystkie mity o polskiej goscinnosci to tez sie
sprawdzaja jak sie sprawdzaja, ale w zyciu roznie jest. To samo
tutaj. Tak naprawde jesli sami do ludzi nie wyjdziemy, to oni za
nami biegac nie beda, kazdy ma swoje zycie. Druga rzecz, ze trzeba
tez szczescia troche miec, bo zlosliwcy sa wszedzie: ja gdziekolwiek
sie nie przeprowadzalam, jakos mialam to szczescie, ze spotykalam
milych i otwartych ludzi... Ale tez sama staram sie do nich
podchodzic, zagadywac...
Powodzenia wszystkim zmagajacym sie z problemami aklimatyzacyjnymi!!