Dodaj do ulubionych

wyindywidualizowana/y z tłumu:)

10.01.04, 16:11
pamiętacie ostatnie sceny "titanica", kiedy to piękny Leonardo z malowniczo
zamarznętymi wąsami i twarzą tonie w zimnym morzu?? całe kino zalane łazmi
wzruszenia... moja koleżanka w tym czasie ze smiechu spadła z krzesła:)
w jakich sytuacjach nie mogliście powstrzymać rozbawienia, podczas gdy
reszta towarzystwa była absolutnie poważna, bądź nic śmiesznego w
zaistniałej sytuacji nie widziała? albo na odwrót, wszyscy mają bananki a
wy - zupełna powaga? taka sytuacja mi się przytrafiła ale to chyba nie
najlepszy przykład:) jeden jedyny raz moja twarz przypadkowo pokazała się w
tiwi, w pewnym programie informacyjnym. oszczędzę sobie szczegółów z
mojego "fantastycznego" wystąpienia, w każdym razie akurat tak sie złożyło,
że oglądałam to ze znajomymi. oni zgięci w pół ze smiechu, a ja... no cóż,
nie oglądam od tamtego czasu tego programu:))

opowiedzcie coś:)
Obserwuj wątek
    • the_dzidka Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 10.01.04, 19:22
      Eeee, pominęłaś milczeniem najciekawszą część... ;)
      Ja tak miałam mnóstwo razy. Raz zostałam wyklęta przez moją ś.p. Babunię, bo
      nietaktownie ryczałam ze śmiechu przy czytaniu "Trędowatej" :) A raz, pamiętam,
      jechałam z kimś samochodem i ten ktoś słuchał kasety z nagraniami
      yyy!! ... "Tercetu Egzotycznego". Panie wybacz, ale jak usłyszałam nosową
      melorecytację "tak wielu już chłopców odeszło z naszego puebla...", nie mogłam
      się opanować. Mimo że odwróciłam twarz do szyby, podjudzała mnie jadąca z nami
      moja przyjaciółka: "No wiesz - to taka tragiczna piosenka!..." Do dzisiaj jej
      to, małpie, pamiętam. Wysiadłam z samochodu zalana łzami, czerwona, zasmarkana
      i na wpół uduszona.
      Była jeszcze moja przyjaciółka, która stroiła do mnie miny zza szklanych drzwi,
      kiedy prowadziłam rozmowy handlowe z gośćmi z Japonii. Resztę pominę
      milczeniem ;P
      Dwukrotnie dostałam niekontrolowanego napadu śmiechu na pogrzebie. Ale to już
      niestety była histeryczna (wcale podobno nie tak rzadko spotykana) reakcja na
      utratę kogoś bliskiego, więc nie kwalifikuje się do tematu :(
      • frred Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 12.01.04, 08:50
        the_dzidka napisała:

        > Dwukrotnie dostałam niekontrolowanego napadu śmiechu na pogrzebie. Ale to już
        > niestety była histeryczna (wcale podobno nie tak rzadko spotykana) reakcja na
        > utratę kogoś bliskiego, więc nie kwalifikuje się do tematu

        Hm, to na pogrzebie mojego kumpla (29 lat, strzelił mu tętniak), mimo, że
        wszyscy naprawdę mieli doły, w pewnym momencie zacząłem gryźć się w język, żeby
        nie parsknąć. I nie byłem w tym odosobniony.

        Stało się tak w momencie, gdy organy zagrały: "Anielski orszak niech Twą duszę
        przyjmie..."

        Chodziło o to, że kilka lat wcześniej do legendy przeszła sytuacja (wg jednej z
        wersji z udziałem nieboszczyka), gdy chłopaki się upili, a jednego, który nie
        był już w stanie iść, wzięli na ramiona i z tą właśnie pieśnią na ustach
        przemaszerowali przez całe miasto.
    • hajota Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 10.01.04, 19:53
      Koleżanka miała wejściówki na imprezę w Sali Kongresowej. Jednym z punktów
      części artystycznej był występ artysty ;-) Jerzego Kryszaka, który wygłosił
      długi monolog na temat wydarzeń aktualnych. Humor w owym monologu zasadzał się
      na tym, że artysta Kryszak naśladował, jak Michnik się jąka. Cała sala tarzała
      się ze śmiechu, a ja jakoś nie...

      Zdarzało się nam z kumplem spadać ze śmiechu z krzeseł na poważnych filmach
      amerykańskich, kiedy na końcu pokazuje się flaga, rozlegają się anielskie
      pienia i te rzeczy.
    • maka11 Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 10.01.04, 23:12
      Mnie sie zdarzyło dostać tzw.głupawki w trakcie zwiedzania jaskini RAJ kiedy
      pan przewodnik ze śmiertelną powagą opowiadał o korzonkach mamutów(chodziło mu
      o zęby -ale tak to zabrzmiało że myślałam że umrę ze śmiechu).A pan przewodnik
      do końca zwiedzania wytrwał w śmiertelnej powadze.Widać wprawiony.
      O amerykańskich filmach,takich co to łzy się wylewają z ekranu- nie będę
      wspominać bo jak widzę nie jestem odosobniona:))))
      Zdarzyło mi się również jednym głupim powiedzeniem rozśmieszyć szefa tak, że
      obydwoje leżeliśmy na biurkach ze śmiechu.
    • Gość: z Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.04, 04:35
      Kilka razy zdarzylo mi sie wpasc w dzika smiechawe w sytuacjach, w ktorych bylo
      to bardzo niewskazane. Zwykle odbywalo sie to na zasadzie wzajemnego i nie do
      konca zamierzonego nakrecania sie z kolegami. Najstraszniejszy byl pogrzeb ojca
      kolezanki z klasy, stalismy z kolegami raczej z tylu calej imprezy, jeden z
      nich oparl sie o jakis nagrobek, nagrobek ten, ciezka granitowa plyta,
      przewrocil sie na - takze granitowy - grob, dalo sie slyszec bardzo glosny,
      gluchy huk. Wpadlismy z kolegami w dzika smiechawe, wszystkim bylo nam
      potwornie glupio, ze z jednej strony dramat rodziny zmarlego, a z drugiej nasz
      chamski rechot, niestety im bardziej probowalismy sie powstrzymac, tym bardziej
      sie smialismy. Potwornosc.

      Innym razem udalem sie na wyklad z historii filozofii. Na miejscu okazalo sie,
      ze wyklad odbywa sie w kameralnej salce na 30 osob a oprocz wykladowcy jest na
      nim 10 sluchaczy. Pan profesor nudzil w sposob niewyobrazalny, robil
      KILKUSEKUNDOWE (naprawde!) przerwy miedzy poszczegolnymi wyrazami i ogolnie
      sprawial wrazenie, ze ma klopoty nie tylko z tematem, ale wrecz z mowieniem w
      ojczystym jezyku. Po pewnym czasie, znudzeni i zazenowani zaczelismy wymieniac
      usmiechy, znaczace spojrzenia, a w koncu karteczki z komentarzami. To byl moj
      czwarty czy piaty wyklad tego dnia, wiec niewiele mi bylo trzeba. Dostalem
      karteczke z tekstem 'koles zapieprza jak pepesza' i dopiero sie zaczelo.
      Nadmienie, ze wykladowca znajdowal sie najwyzej ze 3-4 metry ode mnie
      (siedzialem w drugim rzedzie). Poczatkowo udawal ze nie slyszy co sie dzieje,
      ale absurdalnosc sytuacji wzmagala nasz chichot i po kilku minutach pan
      profesor znaczaco wstrzymal wyklad. Poniewaz poczulem na sobie ciezar jego
      spojrzenia, zaczalem przepraszac i tlumaczyc sie zmeczeniem, ale nic nie moglo
      uratowac sytuacji. Rzucil tylko, ze nie bedzie nawet komentowal tej sprawy, a
      ja do konca wykladu bralem glebokie oddechy, zeby sytuacja sie nie powtorzyla.
      Oczywiscie to byl moj ostatni wyklad u pana profesora, nastychmiast po tej
      historii zmienilem sciezke na inna. Niestety pol roku po tej historii pan
      profesor zostal prodziekanem na moim wydziale i teraz ze wszystkimi
      papierkowymi sprawami musze chodzic do niego. Nie wiem, czy pamieta te sprawe,
      ale zwykle moje prosby sa rozpatrywane negatywnie ;-).

      Kolejna sprawa - tu mam juz daleko mniejsze wyrzuty sumienia ;-) - to historia
      z wyprawy z kumplami do siedziby Radia Maryja w Toruniu. Koledzy, takze
      niespecjalnie wierzacy, nie zywia wielkszego szacunku dla miejsc kultu
      religijnego. Po wejsciu do samego budynku i zamienieniu paru slow z pania
      recepcjonistka, uleglismy jej sugestii i udalismy sie do przyradiowej kaplicy.
      Tam, wszystko wypucowane, blyszczace, boazeria, wszedzie swieze kwiaty, totalna
      cisza i atmosfera taka gdyby conajmniej sam Syn Bozy ponownie zstapil na Ziemie
      i wlasnie stanal przy oltarzu. Wlasciwie bez zadnego konkretnego powodu koledzy
      zaczeli smiechawe, jak zawsze nakrecala sie ona im bardziej probowalismy sie od
      niej powstrzymac na czym zalezalo nam tym bardziej, im czesciej przebywajace
      takze w kaplicy siostry zakonne ze zgroza i spode lba na nas lypaly. Po 2
      minutach niemal wybieglismy stamtad z ulga i nie zegnajac sie z pania
      recepcjonistka wybieglismy na zewnatrz. Nawiasem mowiac po kilku minutach
      podszedl do nas sam ojciec dyrektor, ale to sprawa na zupelnie inne
      opowiadanie ;-).
    • sugarhoney Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 11.01.04, 11:10
      Byłam z kolezanką na "Pianiście".
      Nie musze wam chyba mówić, że ten film do najzabawniejszych nie należy.
      Oglądamy w skupieniu, az nagle kątem oka widzę, że moja kolezanka gmera w
      kieszeni i wyciąga z niej paczkę orzeszków w czekoladzie, po czym zabiera sie
      do jej rozbrojenia. Niestety paczka odmówiła współpracy.
      Moja delikatna sugestia żeby może dała sobie spokój upewniła ja tylko w
      zamiarze. Jedno zdecydowane szarpnięcie i... cała zawartość wybuchła i grad
      orzeszków runął na publiczność. Kolezanka ma śmiech delikatnie mówiąc donośny i
      porównać go można do kwiku nadepniętej swinki morskiej, a tym razem przeszła
      samą siebie.
      Wyobrazcie sobie że cała tylna część sali się dusi ze śmiechu podczas sceny gdy
      ten staruszek na wózku wypada z okna...
      Jak już minąły mi konwulsje, myślalam że się spalę ze wstydu.
    • pstosia Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 11.01.04, 16:23
      ja tzw glupawke dostalam kiedys na lekcji jezyka polskiego. mamy swietna
      polonistke, ale czasami wali takimi tekstami, ze nie mozna wytrzymac. tego
      dnia chyba mowila kto moze miec problemy na maturze i robila przy tym smieszne
      minki. wszyscy siedza cicho a ja rechocze. dodam ze siedze w 2 lawce i nikt
      przede mna nie siedzi. babka zagrozila mi wyrzuceniem z klasy:)
      • sugarhoney Re: wyindywidualizowana/y z tłumu:) 11.01.04, 16:30
        Wiem jak to jest, ja jak jeszcze chodziłam do LO to tez na polskim siedziałam
        na wprost nauczycielki(w pierwszej ławce) na szczęście kobita była bardzo
        fajna. Jeden raz tylko wyprowadziłam ją z równowagi jak przerabialismy
        Dekameron a ja robiłam zeza i ona nagle sie obróciła i spojrzała na mnie.
        Usiłowała się rozzłościc, ale biedna nie mogła, tym bardziej ze powiedziałam
        szybciutko że nie panuję nad tym, bo zawsze mi sie tak robi w wyniku stresu:)))
    • conena precz ze świętościami :) 11.01.04, 19:26
      moja mama ma dosyć specyficzne (ale mi sie podoba) poczucie humoru. oto dwie
      sytuacje, kiedy totalnie zagięła otoczenie...
      1. pogrzeb dalekiej ciotki. rodziny niewiele, sami swoi, ciotka była typem
      samotnika, kontakty miała luźne ze wszystkimi, nikt specjalnie nie rozpacza,
      atmosfera spokojna. zaczyna padać deszcz. dosyć mocno. mama idzie razem ze mną
      pod parasolem, przed nami wujek (szron na głowie) ze swoja córka pod
      parasolem. wujkowi kapie na marynarkę i stopniowo marynara robi sie mokrutka.
      moja mama półgłosem "wujek może startować w konkursie mokrego podkoszulka";
      2. kiedy mama sie na mnie zdenerwuje grozi, że mnie odda do adopcji, albo
      porzuci na dworcu. tak dla informacji mam 23 lata:) kiedys taki tekst wywaliła
      przy znajomych:) tylko my sie smiałyśmy.
      • mist3 Re: precz ze świętościami :) 11.01.04, 21:46
        Moja mama miała wejściówki z firmy na jakiś kabaret (nazwy wtedy nie znałam,
        dziś nie pamiętam - może to i lepiej). Pojechaliśmy w 4. osoby odpowiednio
        wcześnie, by zająć strategiczne miejsca. Wiedzieliśmy, że w tej sali jest
        problem z nagłośnieniem, a nie chcieliśmy ani odrobiny uronić z tego spektaklu.
        Miejsca w 2 rzędzie były ok, bo niestety rzeczywiście wszystko słychać było
        doskonale. Dowcip polityczny niskich lotów, piosenki a la disco polo.
        Siedzieliśmy w czwórkę bez cienia uśmiechu na twarzy, nawet nie chciało nam się
        tego komentować (atmosfera jak na mszy), podczas gdy reszta sali ryczała ze
        śmiechu. Zastanawialiśmy się jakby tu wyjść. Problem się rozwiązał za chwilę -
        jeden z naszych "tolerancyjnych" sąsiadów (jeszcze raz mówię - siedzieliśmy
        grzecznie. nie obrażając niczyjego poczucia humoru) zaproponowal nam
        uprzejmie: "jak się nie podoba to won! Psujecie innym zabawę". Po takim zdaniu
        nie mieliśmy więcej wyrzutów sumienia, że możemy komuś zasłonić artystów, a
        więc zakłócić odbiór. Poszliśmy won, by nie spuć innym zabawy ;);)
        • Gość: camel nagły atak ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.01.04, 09:32
          Największego niekontrolowanego ataku dostaliśmy kiedyś na laborkach, prowadzący
          miał katar i pociągał nosem,ale miał chyba krzywą przegrodę bo wydawał przy tym
          dźwiek podobny do kwiku prosiaka. Cała sala patrzy w gościa jak w obrazek,
          śmiertelna powaga a my z kumplem płaczemy ze śmiechu schowani pod ławką.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka