Dodaj do ulubionych

Darzbór !

18.08.06, 22:24
czyli Myśliwska Biesiada. Łusiójdzcie i posłuchajta.
Znajdujemy się w nadleśnictwie w Szerokim Borze.

- Dobrze, że pańtwo już jesteście.
- Darzbór !
po chwili:
- Dawajcie mi tą kobietę. I sześć mikrofonów. Obiecałem jej, że jak strzelę
byka, to sam się do mikrofonu będę napraszać i bedzie bigos myśliwski.
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Darzbór ! 18.08.06, 22:25
      Siadamy przy stole w jadalni. Mikrofon i flaszeczka na stole uroczyscie
      przewiązana gałązką świerku dla dekoracji. Okrągły stół ugina się od wiejskich
      i myśliwskich specjałów. Naftowa lampa dodaje nam specjalnego uroku. Pełne
      półmiski i karafki wytwarzają gawędziarski nastrój.

      A kto gości ? Prosza bardzo, same łosobistości puszczańskie. Pan Stanisław,
      wysoki pod niebo pan Kazimierz zwany Wujem, pan Janusz, dwóch lekarzy z
      Grudziądza, pani Wanda żona myśliwego Stacha.
      A to ja - czyli Maryna Okęcka-Bromkowa, polująca z mikrofonem na myśliwych.
      • rita100 Re: Darzbór ! 18.08.06, 22:26
        Na pierwszą ofiarę upatrzyłam Wuja.
        - Z mikrofonem do mnie na razie nie - zaprotestował. - Mam dwa metry wzrostu,
        więc i apetyt, panie tego, też. Janusz mniejszy ode mnie, jego proszę najpierw
        eksploatować.
        Pan Janusz nie dał sie długo prosić:
        - To kawał z brodą, ale na początek, nie szkodzi.

        Wystraszony zając ucieka. Goni go pies. Zając gna jak szalony przez pole do
        lasu. Pies ciągle jest za nim. Lada chwila go dopadnie. Biedny zając widzi
        niedaleko norę lisa. Co bedzie to bedzie. Przerażony wpada do nory. Rozgląda
        się i widzi, że są tylko małe liski. Więc pyta:
        - Gdzie tato ?
        Liski schowały się w kąciku i powiadają przestraszone:
        - Nie ma taty.
        Zającowi już sie humor poprawił. Wyprostował się i pyta dalej:
        - A gdzie mama ?
        - Mamy też nie ma - płaczą liski.
        Zając podkręcił wąsa:
        - A szkoda, szkoda, bo bym z nią sobie chętnie poflirtował !
        • rita100 Re: Darzbór ! 18.08.06, 22:27
          Juz Wujo chwycił mikrofon:
          - Strzeliłeś ?
          - Strzeliłem.
          - Do kozła ?
          - Do kozła.
          - Zabiłeś ?
          - Nie.
          - A jaki to był kozoł ?
          - Skąd mogę wiedzieć, przecież ci mówiłem, że go nie zabiłem.
          • rita100 Re: Darzbór ! 18.08.06, 22:28
            Teraz znów pan Janusz:
            - Na maleńką polanę, proszę państwa, wychodzi myśliwy i widzi niedaleko pasącą
            się łanię. No więc chowa się za krzakiem, zdejmuje sztucer, składa się, celuje
            i bach ! Ale widzi, że łania stoi jak gdyby nigdy nic. No to znów się składa i
            bach.... strzela. Łania stoi. Łania nic. To on trzeci raz strzela. Czwarty raz
            strzela. Łania nic. Stoi jak wryta. Okazało się, że łania po prostu była głucha.

            - Panie Stachu - zagrzmiał Wujo olbrzym. - O tych wilkach na podwórku prosim.
            Żeby kobieta do naszej puszczy respektu nabrała.
            - hehe, dobra, ale jutro.
            • tralala33 Re: Darzbór ! 18.08.06, 22:36
              Łania głucha a jeger ślepy wink
              • rita100 Re: Darzbór ! 19.08.06, 20:32
                - A z tymi wilkami na podwórzu to było tak - rozoczął gospodarz Stach. Zimą
                przyjechał do nas jeden pan z Warszawy, miał tam jakiegoś jelenia i dzika do
                odstrzału. No i wieczorem siedzimy przy herbacie, w pewnej chwili ten pan
                wyszedł na podwórko, zobaczyć jaka bedzie pogoda. Wraca z powrotem i mowi, ze
                takie ogromne dwa psy były na podwórzu. Jednakowego wzrostu, koloru, jakby
                owczarki. Zaintrygowało to mnie, bo nikt w okolicy takich psów nie ma.
                Wyszliśmy z latarkami, świecimy - ślady wilków pod samymi drzwiami. Widać
                przyszły zapolować na nasze króliki. Popatrzyliśmy. Szkoda. Uciekły w las, nie
                wrócą, a w nocy nie ma jak za nimi iść. Wróciliśmy do domu. Radio głośno gra.
                Lampa się świeci. Po jakiejś chwili żona wyszła i wraca zdenerwowana:
                - Wilki znowu były. Na wszych śladach są ich tropy.
                Wychodzimy. Rzeczywiście. I wtedy trochę turzycy (sierści), troche farby.
                Złapały jednego kroliczka. Cholera. Znów poszły do lasu. Gdybyśmy na nie
                czatowali, ale przecież do głowy nam nie przyszło, ze wrócą. Że bedą takie
                bezczelne.

                - Moze ja uzupełnię - wtrąciła żona Stacha, pani Wanda.
                Tak po swojemu, cobyśta łobaczyli co tak ni było jek goda Stach, to buło
                jinaczej.
                Bo zidzita....
                • rita100 Re: Darzbór ! 19.08.06, 20:34
                  Bo widziecie moi państwo biesiadne, tutaj w puszczy, to my mamy taki
                  komfort ... za stodołą. No i jeden z panów poszedł wieczorem, nie tam patrzeć
                  na pogodę, jak mowił moj mąż, tylko do tego zastodołowego ustronia. Ale coś go
                  okropnie długo nie ma, no to ja do panów:
                  - Moi panowie, trzeba zobaczyć, co sie stało. To jest zima, nie żarty, może
                  przymarzł, albo co. Zaczęli sie wszyscy ze mnie smiać i powiadają, ze jak
                  poszedł, to i wróci. My rozmawiamy, a tego pana wciąż nie ma i nie ma. W końcu
                  wpada zdyszany i powiada:
                  - Jakieś takie duże dwa psy są.
                  - Gdzie ?
                  - A tam koło ubikacji. Biegały, sapały, nie mogłem wyjść.
                  - Gdzie poszły ?
                  - W las. Słyszałem tylko takie haaa, haaa, haaa, tak sapały. Naprawdę nie
                  mogłem wyjść. Zmarzłem na kość.
                  - Gdyby tak dłużej pochodziły, to gość zamarzłby w tym przybytku za stodołą na
                  amen.

                  Dobra, dobra, to gdakniem szluczka, ło przybytku głozia nie boli. Za
                  Warszczijaziaka !
                  • rita100 Re: Darzbór ! 20.08.06, 21:52
                    Pozor, Janusz sia łuż do mikrofony pcha, a Wujo zyrka na buteleczke.

                    - Z nas, mysliwych - zaczął pan Janusz - to się można naśmiać, słowo daję.
                    Miałem kolegę, z ktorym czesto chodziłem na zające, jak się kiedyś polowało
                    jeszcze w kotłach. No i ten mój kolega miał potęzną torbę myśliwską, wyładowaną
                    amunicją. Jej iloscią nadrabiał swoje złe wyniki myśliwskie. Polujemy. On
                    strzela - pudło. Strzela - pudło. Strzela - pudło. Po polowaniu pytają go
                    koledzy, jak mu szlo, a on na to:
                    - Ano, jakoś szło. Patrzę, zając. Strzelam. I do torby. Znów zając. Strzelam i
                    do torby. I do torby...
                    Nie wytrzymałem:
                    - Po naboje ?
                    - Acha - odpowiedział i przestał sie chwalić.
                    • rita100 Re: Darzbór ! 20.08.06, 21:53
                      Wujo łyknął kieliszek, otrząsnął się lekko i przysunął się do mnie:
                      - Nie. Ten granat może pani zabrać, wskazał na mikrofon.
                      To bandzie fest mocne łopoziadanie, kożdemu krew w żyłam zamrozi abo zawarzy.
                      Tlo nie mnie, i razu jydnego, tlo jydnego ...
                      • rita100 Re: Darzbór ! 20.08.06, 21:54
                        Któregoś roku jestem w Jaśkowie. Po rykowisku już było, wybieramy się na
                        spotkanie przypadkowego byka. Haneczka, córeczka Stacha, prosi , żeby ją zabrać
                        do lasy, ze bedzie grzeczna, cicha. Więc zabraliśmy małą. Idziemy, widzimy
                        jakąś sarnę. Popatrzyłem na nią przez lunetę, poszliśmy dalej. Po chwili znowu
                        jakaś sylwetka. Kozioł. Składam się, żeby zobaczyć go przez lunetę. Obejrzałem.
                        Idziemy dalej. Potem znów była jakaś łania, znów ją obejrzałem. I tak
                        wędrowaliśmy, aż wieczór zapadł i bez spotkania z bykiem wróciliśmy do domu.
                        Pani Wanda po chwili przychodzi do nas i powiada:
                        - Wiecie, Haneczka po powrocie powiedziała mi, że Wujo ten Wielki Wujo, to
                        straszny gapa. Miał tyle okazji do strzału, a on nic, tylko składał się i
                        składał, a ani razu nie strzelił. Okropny gapa , a nie myśliwy.

                        No tak, ciekawe co teraz robi Haneczka. Czy poszla śladami rodziców i pamieta
                        jeszcze te przyjacielskie opowieści mysliwskie ?
                        • rita100 Re: Darzbór ! 21.08.06, 21:00
                          Tak sobie po glasce wypsilim i teraz dochodzi ogromnie poważny pan Janusz.

                          - Na rykowisko przyjechał jeden z moich starszych znajomych z małżonką, ktora
                          koniecznie chciała usłyszeć jak ryczą byki. Ci państwo przyjechali na dwa dni,
                          a byki jak na złosć, nabrały wody w gęby i nie ryczały. Więc drugiego wieczoru
                          ten mój znajomy przed wyjściem z małzonką do lasu poprosił mnie, bym poszedł do
                          drugiego odziału lasu i jak byki nie będą chciały ryczeć, żebym trochę
                          poryczał, jako że umię co nieco byki wabić. No więc poszedłem. Byki nie
                          ryczały, więc ja o umówionej godzinie: uaaaaa, uaaaa, uaaa - ryknąłem raz,
                          drugi, trzeci. Posiedziałem tak z godzinkę, poryczałem, po czym wróciłem jak
                          gdyby nigdy nic do leśniczowki. Zapytany przez tą panią, czy coś w lesie
                          słyszałem, powiedziałem, ze skąd, cisza w lesie, byki milczą.
                          A ona na to :
                          - Jaka szkoda, ze pan z nami nie poszedł. Tutaj niedaleko jeden byk tak ryczał,
                          tak ryczał i nie wiem czemu mój mąż nie chciał go podchodzić. Z niego to chyba
                          żaden myśliwy !
                          • rita100 Re: Darzbór ! 21.08.06, 21:00
                            - No i przy okazji - ciągnie pan Janusz - proszę nam nie wierzyć drodzy
                            czytelnicy. Bo myśliwi, jak to mysliwi, opowiadają prawdziwe i wydumane
                            zdarzenia. I raz jeden z kolegów powiada tak:
                            - Jak to jest ? Wszyscy mają takie szczęśie, tylko ja jestem pechowcem.
                            Wyjątkowym. Jeżdżę tu i tam na polowania i ciągle nic. A tu, jak was słucham,
                            to aż zazdrość bierze. Ot, Staszek opowiada, że pojechał na dwa tygodnie i
                            zabił cztery byki, inny, że przez tydzień dwa, jeszcze inny znów czymś sie tam
                            chwali, każdy opowiada, a ja nic, ciągle nic....
                            - A kto tobzie zabrania opowiadać ?
                            Zapanowała powszechna wesołość
                            • rita100 Re: Darzbór ! 22.08.06, 20:59
                              No to jeszcze pan Janusz, bo musi wyjechać , to tak na koniec cosiczek coś
                              łopozie do śnichu:

                              - Wojewódzkie Rady Łowieckie urządzają kursy dla tych, którzy chcą się zapisać
                              do Związku Łowieckiego, a dotychczas nic wspólnego z łowiectwem nie mieli.
                              Kiedyś byłem w takiej komisji egzaminacyjnej.
                              Mamy kandydata, któremu zadajemy takie oto pytanie:

                              - Jaka jest rola spłonki ?
                              Wszyscy wiedzą, ze służy ona do zapalenia prochu w naboju. Delikwent chwilę się
                              waha, wreszcie po pewnym zastanowieniu, mówi tak:
                              - Dużo czytałem o spłonkach, w szkole się nawet uczyłem, ale w ogóle to wiem,
                              ze są spłonki drapieżne i ziemniaczane.

                              Pada następne pytanie:
                              - Co to jest turzyca ? (dla naszej wiadomości, tylko ciiicho i nie
                              podpowiadajmy to sierść zajaca)
                              I znów długi namysł:
                              - Turzyca, to jest stara kuropatwa.
                              Komisja była kompletnie zaskoczona. Ale stawiamy jeszcze jedno pytanie:
                              - Jak się nazywa samiec dzika.
                              Kandydat spogląda w gorę, namyśla się, milczy. Wiec ja już nie wytrzymałem i
                              pytam:
                              - No...no...kto pokrywa lochę....
                              A egzaminowany strzela:
                              - Lochę pokrywa zgodnie całe kółko łowieckie.

                              Wujo spojrzał spod okularów.
                              - Ależ ten Janusz ma gadanie. I to jeszcze młode, a na starość, to wszystkich
                              myśliwych przegada.
                              • rita100 Re: Darzbór ! 30.08.06, 22:21
                                Na polowaniu:
                                - Łostatnio mniołem wyjątkowe szczajscie ! Jydnym strzałem bach... zabziłem dwa
                                zajączki, kuropatewkę i dzika !
                                - Zielka sztuka ! Jó tyż tak potrasie !
                                - Strzelać ?
                                - Nie , machlować !
                                • rita100 Re: Darzbór ! 28.10.06, 21:15
                                  Zapraszam na bigos i gorzałeczkę.
                                  To pan Aleksander proponyje wypicie za zdrowie tej wydry, o krorej zaraz opowie.
                                  - Kiedyś przyszedł do mnie kolega i mówi zbieraj się szybko , wytropiłem wydrę.
                                  Wspaniałą wydrę. Wychodzi zawsze o tym samym miejscu i o tej samej godzinie.
                                  Zaraz ją strzelimy. Dałę się wciągnąć.
                                  Wychodzimy, kolega patrzy na zegarek i mówi:
                                  - Mamy trochę czasu, bo wydra wyjdzie dopiero za pół godziny.
                                  Usiedliśmy, patrzymy , na lodzie koło przerębli faktycznie tropy wydry.
                                  Czekamy. No i tak z nudów chyba wyciągneliśmy kanapki i wsuwamy. Flinty leżą
                                  obok nas nienabite. I naraz.... z najbliższej przerębli wyskakuje wydra, leci
                                  nam wprost do nogi. A my te kanapki w ręku, broń odłożona. Ech , zaczym się
                                  zrefrektowliśmy, wydry już nie było.
                                  I wierz tu w punktualność kobiety, to ja chciałem powiedzieć wydry. No cóż.
                                  Kanapkowe spotkanie z wydrą i tyle.

                                  A więc jeszcze raz pod punktualność i niepunktualność kobiet
                                  Darzy Bór
                                  • tralala33 Re: Darzbór ! 28.10.06, 21:17
                                    Fejn cośta tyn kóntek wycióngneli - łon ma sia gwołt lejduje smile))
                                    • rita100 Re: Darzbór ! 28.10.06, 21:42
                                      Tralala, trza sia przygotowac na św. Huberta, patrona myśliwych. To je
                                      3 listopada. Wyobraź sobie , dzisioj klientka kupsiła mocka zina do dziczyzny
                                      bo godała co bandzie biesiada myśliwska gdzieś tam... pod lasem i bigos
                                      mysliwski.
                                      Eszcze na dodatek łóna zabaczyła jek ma no jimnie tan śwanty , to ji
                                      przybaczyłam i zio kóniczku do noju myśliwych, bo chto jek chto , ale mym jich
                                      mowam gwołt.
                                      • rita100 Re: Darzbór ! 29.10.06, 20:09
                                        "Było nas czterech myśliwych - mówi pan Janusz. Tydzień polowania mija bez
                                        efektów. Nikt nic. Chodzimy od trzeciej rano, od czwartej , od piatej - ciagle
                                        nic i nic. Byków ani na lekarstwo. No i po takim tygodniu byłem juz troszkę
                                        zmęczony. Koledzy wychodząc o świcie co prawda mnie budzili, ale ja mruknąłem
                                        coś, obróciłem się na drugi bok i usąłem. Obudziłem się po siódmej pietnaście.
                                        Wedle przyjętych zasad o wiele za póżno na ranny podchód byka. Ale ubrałem się
                                        szybko i poszedłem na ambonę niedaleko leśniczowki. I tylko wyszedłem na ambonę
                                        a tu wychodzi na zrąb byk. Czy to nie jaka zjawa ? Łapię za sztucer i bach....
                                        byka strzeliłem. Upadł. Odetchnąłem z ulgą. Dokładnie za piętnaście ósma byłem
                                        już w leśniczówce. O dziewiątej ściagali z lasu pozostali koledzy. Ni i każdy
                                        opowiada co i gdzie:
                                        - Ty głosu nie zabieraj, bo spałeś - mówią.
                                        A ja na to obojętnym glosem:
                                        - Owszem, spałem, ale po śiódmej wstałem i strzeliłem byka.
                                        Wszyscy w śmiech. Myśleli , że kpię. Nikt mi nie wierzył. A ja zamawiam
                                        furmankę. Oni jeszcze wciąż nie wierzą. Jak zaczęliśmy wjeżdzać do lasu,
                                        niektórzy już się łamali. Ale uwierzyli dopiero przy byku. Pomilczeli chwilkę,
                                        a potem orzekli, ze w średniowieczu przy takim szczęsciu spalonoby mnie na
                                        stosie."
                                        • tralala33 Re: Darzbór ! 29.10.06, 20:53
                                          Szczęście myśliwego, nieszczęście byka sad
                                          • rita100 Re: Darzbór ! 30.10.06, 19:58
                                            Ale żubrówka, Tralala, stygnie, a dzisiejszy ziąb wszystkim nam dał sie we
                                            znaki... tak potokniem następną historyjkę o psie, postrachu Mikołajek.
                                            A był tak drań pojętny, że nie potrzeba było go tresować, wystarczyło mu tylko
                                            pokazać a w mig pojął co i jak , a do motoryzacji to mnioł dryg. Mnioł na jimne
                                            Szary i buł łón rychtycznie pirat drogowy.
                                            "Bardzo łatwo Szary nauczył się ze mną jeździć na motorze. Siedział zazwyczaj
                                            na baku. To było w pierwszych latach po wojnie. W czasie targu, czy jakiegoś
                                            tam zjazdu na skup trudno było przejachać szosą, bo gospodarze zawsze sobie
                                            zaleli pałę i potem cała droga była ich. I często było tak: trąbię raz , drugi,
                                            trzeci - nie dają mi wolnej drogi. To mi przyszło do głowy, ze jak zobaczą, że
                                            Szary prowadzi motor to może prędzej dadzą mi przejechać. Puściłem rece od
                                            kierownicy, Szary oparł na niej swoje łapy, a że coraz się poprawiał, więc
                                            naciskał łapą na klakson. No a ja, tak jak na rowerze po prostu balansowałem
                                            ciałem, żeby utrzymać równowagę. No i jedziemy. Ktoś się tam odwrócił raz i
                                            drugi, przeżegnał się, wio na konie i do rowu albo gdzie popadło, żeby mi tylko
                                            dać wolną drogę. Potem była sensacja, jak raz i drugi przejechałem tak z Szarym
                                            przez Mikołajki. Ale w końcu ludzie się przyzwyczaili i nawet sobie opowiadali,
                                            jak to Szary doskonale prowadzi motocykl."

                                            Jednak nie mogę sie oprzeć coś jeszcze o Panu Aleksandrze, myśliwym o ktorym
                                            powiadają ludzie - Mikołajki bez pana, to nie Mikołajki. I to chyba prawda
                                            odpowiada Maryna Okęcka-Bromkowa.
                                            • rita100 Re: Darzbór ! 30.10.06, 20:32
                                              A zienc Pan Aleksander, był samotnym czlowiekiem po przeżyciach wojennych.
                                              Ręka trzymajaca butelkę, lekko zadrzała.
                                              Tak mówi:
                                              - Widzi pani, w najczarniejszym okresie okupacji, kiedy wszyscy myśleliśmy, że
                                              mimo wszystko wojna skończy sie za miesiąc, miałem mapy sztabowe byłych Prus
                                              Wschodnich. I patrząc na nie myślałem sobie: my będziemy mieli z powrotem tę
                                              ziemię. Proszę się nie śmiać. Ja naprawdę sobie tak wówczas myślałem. Już wtedy
                                              wybrałem sobie Mikołajki. Na mapie to tak interesująco wyglądało: półwysep,
                                              naokoło największe, olbrzymie jeziora - Śniadrwy i Bełdan, masa lasów, tuż
                                              Puszcza Piska. To sobie myślałem - jeżeli, to tylko tam. Potem minęło pięć lat,
                                              ciężkich lat. Jak sie wojna skończyła, rzyciłem Warszawę i przyjechałem tutaj.
                                              Zakochałem się w tych stronach, jaki banał - co ? No i siedzę dotąd. Człowiek
                                              wsiąka i trudno sie potem ruszyć. I gdybym nawet chciał, to chyba bym już nie
                                              mógł. Slowo daję. Oczarowały mnie las i woda. Jak mam czas wolny, to nie wiem,
                                              czy do lasu sie wybrać, czy na wodę. Straszna jest taka rozsterka. Proszę mi
                                              wierzyć. Jak nie poluję czy nie robię wypadu na ryby, to lubię włóczyć się
                                              godzinami po okolicznych lasach, łąkach czy polach i podpatrywać przyrodę,
                                              obserwować. To są naprawdę niesłychane ciekawe sprawy.
                                              Ot, powiedzmy.......
                                              • tralala33 Re: Darzbór ! 30.10.06, 21:18
                                                A, to będzie ciąg dalszy?
                                                • rita100 Re: Darzbór ! 30.10.06, 21:22
                                                  Bedzie smile
                                                  Oto powiedzmy dzikie gęsi. Żyją parami. I dowiedzione jest, że kiedy się zabije
                                                  gęś z takiego idealnego małżeństwa, to drugi osobnik do końca zycia pozostaje
                                                  samotny. Proszę sie nie śmiać, ale raz miałem gęś na strzał i... nie
                                                  strzeliłem. Bo przypomniała mi sie ta historia o jich wierności, a tym idealnym
                                                  małżeństwie. Opuściłem broń.
                                                  Albo zające, proszę pani. One mają niesłychanie ciekawe obyczaje. Otóż
                                                  zajeczyca, po wydaniu na świat młodych zajączków, normalnie sie nimi dalej nie
                                                  opiekuje. Bo społeczność zajęcza jest zorganizowana w ten sposób, że każda
                                                  zajęczyca uważa napotkane po drodze zajączki za swoje. I tak: swoimi się
                                                  specjalnie nie opiekuje, ale jeśli natrafi na inne maleństwa zajecze, to czuje
                                                  się w obowiązku je nakarmić i opatrzyć. Swojego rodzaju wspolnota, którą nam
                                                  raczej trudno zrozumieć. Niezgorszy przykład dla ludzi. smile
                                                  A spotkałem kiedyś....to jutro , bo zabrakło żubróweczki
                                                  • rita100 Re:Smutna historia wadery i basiora 31.10.06, 20:35
                                                    Oczywiście wracamy jeszcze do Mikołajek i do Pana Aleksandra, człowieka
                                                    nadzwyczaj wraźliwego, wspaniałego obserwatowra natury. Właściwie to on był
                                                    aptekarzem w Mikołajkach, podjeżdzamy pod niego i prosimy cztery flakowniki
                                                    gawęd myśliwskich.
                                                    Potokniem wspaniałej żubróweczki z trawką, a wiecie , że żeby żubróweczka była
                                                    wspaniała to trawka musi być łobsikana bez prawdziwego żubra. To tera sam Pan
                                                    Aleksander przy mikrofonie smile
                                                    Kiedyś więc znów wybraliśmy się z ekipą wilczą na Skalisko, gdzie miało być
                                                    dużo, dużo wilków. I rzeczywiście wilki były. Jeden z leśniczych postrzelił
                                                    waderę (samica wilka). Szliśmy za nią chyba tydzień. Przy waderze był basior
                                                    (samiec wilka). Proszę mi wierzyć, podziwialiśmy troskliwość i przebiegłość
                                                    basiora, który swoją ranną waderę ratował od zagłady czekającą ją od nas,
                                                    sześciu wspaniałych, wytrwałych myśliwych. I my, z całą naszą inteligencją,
                                                    przebiegłością i wytrwałoscią, z niepokonaną chęcią myśliwską, z doskonałym
                                                    ekwipunkiem - nic nie mogliśmy zdziałać przeciwko tej parze kochających się
                                                    wilków. Bo mimo, ze ona była ciężko ranna, basior z niesłychanym poświęceniem
                                                    ratował ją, jak mógł.
                                                    cdn

                                                    Niesłychana historia, aż łezka się w oku kręci
                                                  • rita100 Re:Smutna historia wadery i basiora 31.10.06, 20:36
                                                    Jak to wyglądało ? Otóż basior szedł cały czas za nią i ją dokarmiał. Po
                                                    tropach można było się zorientować, że robi skoki w pobliskie wsie, skąd
                                                    przynosi jakąś gaskę, czy coś takiego , zeby ją pozywić. Ona mogła posuwać sie
                                                    bardzo powoli. Basior potrafił tak kluczyć i tak maskować jej odwrót, a gdy ona
                                                    zaległa, potrafił wejść i wyjśc z obwodu pięćdziesiąt razy, tak , ze z tropów
                                                    nic nie mogliśmy odczytać. Ciągle nie byliśmy pewni czy wilki są w obwodzie czy
                                                    nie.. Musieliśmy więc posuwać się bardzo wolno, bo tropienie było niesłuchanie
                                                    utrudnione. Dzieki przemyślności basiora, ciężko ranna wadera stale miała nad
                                                    nami przewagę paru kilometrów.. I zawsze oba wilki mogły nas dobrze obserwować.
                                                    Więc jak tylko zaczynaliśmy się zbliżać na niebezpieczną odległość, basior
                                                    zmuszał waderę do powstania, co stwierdziliśmy później po tropach. Tak długo
                                                    wokół niej chodził, aż wstała i szła dalej. To przywiązanie, ta niesłychana
                                                    miłość, powinna wzbudzić w nas chęć darowania im życia. Ale z drugiej strony
                                                    byliśmy przecież na akcji wilczej, naszym celem było niszczenie groźnych
                                                    drapieżników, musiliśmy więć postępować zgodnie z obowiązkiem, chociaż serca
                                                    mówiły nam: zostawcie w spokoju tę kochającą się nad życie parę wilczą.

                                                    kap, kap płyną łzy...
                                                    No tak widzimy jaka jest róznica między prawdziwym myśliwym a kłusownikiem,
                                                    który bach i nawet nie wie co i jak.
                                                  • tralala33 Re:Smutna historia wadery i basiora 31.10.06, 21:10
                                                    To może nie kończmy tej opowieści? Zawsze będzie można mieć nadzieję, że się
                                                    wilkom udało umknąć. A teraz już są pod ochroną.
                                                  • rita100 Re:Jeszcze o wilkach - inaczej 01.11.06, 18:06
                                                    Smutne to było, prawda ? Pewnie i tak mysliwy zrobził, ni skończył tlo potoknół
                                                    żubrówecke.


                                                    "A w ogole wilki w zetknięciu z ludźmi naprawdę okazują ludzki rozum. Może
                                                    dlatego chłop białoruski miał wielki respekt do wilków i uważał je za niemniej
                                                    wyrobione umyslowo od czlowieka. W niektórych wsiach był przesąd, że młodych
                                                    wilcząt nie należy wybierać z gniazd, bo wilczyca zacznie się mścić. Nie dla
                                                    chęci zdobycia pożywienia, ale z zemsty zacznie rzucać się na bydło, owce czy
                                                    dzieci. I tam też opowiadano, ze wilk, by zwabić, potrafi udawać głos
                                                    płaczącego dziecka."
                                                    Teraz zaczniemy się odwilczać , bo za zasługi w zabijaniu wilków dostaje się w
                                                    nagrodę odstrzał albo na byka albo na rysia. I tak Pan Aleksander dostał
                                                    pozwolenie na odstrzał rysia w Puszczy Boreckiej.
                                                    Tan łopis je tak psiankny, taki przecudowny , taki emocjonalny, taki prawdziwy
                                                    co zamieszcze go w całości. Bądźcie cierpliwi przy czytaniu, nie unoście sia
                                                    zbytnio emocjami , bo to opis jakbyście sami tam byli i sami polowali - dajcie
                                                    tlo pozor , nie, nie na zwierzyne , ale na ludzi w lesie.
                                                    Tak jutro pospołu wybzierzem sia na polowanie rysia.
                                                    A jek łupolujem to bandziem mnieć biesiade mysliwskó z okazji Świanta
                                                    św.Huberta.
                                                    Łupolujem cy nie łupolujem ? To sia łokaże.
                                                  • rita100 Re:Wspólnie polujemy na rysia - ciiicho 02.11.06, 21:32
                                                    " Pełen najlepszej chęci i niesamowitych emocji, wybrałem się do wskazanej
                                                    leśniczowki w Puszczy Boreckiej, gdzie po rozmowie z leśniczym i po otrzymaniu
                                                    raczej minimalnych wiadomości poszedłem w las. Idę jakieś pół godziny, ładna
                                                    puszcza, aż się serce raduje.
                                                    I nagle jest. Jest trop rysia, tu ryś wyskoczył na drzewo, tu szedł truchtem, o
                                                    jest trop sarny, a tu znów rysia. I wreszcie biedna sarenka z odgryzionym łbem -
                                                    typowa robota rysia. Oj, niech ja go dostanę ! Idę dalej. Serce mi bije jak
                                                    szalone. W pewnym momencie miga mi kształt rysia, ale nie zatrzymał się
                                                    poszedł. Żeby tylko mnie nie wyczuł ! Nic. Idę cichuteńko. Tropy rysia
                                                    świeżutkie, jeszcze prawie ciepłe. Ryś uchodzi, ale sądząc po tropach, nie jest
                                                    spłoszony, bo idzie takim sobie truchtem. Znów mi mignął za krzakami, ale
                                                    jeszcze nie mogę strzelać. On mnie chyba nie widzi, bo nie przyśpiesza
                                                    ucieczki, zresztą puszysty śnieg głuszy moje kroki. Wiatr też mam korzystny.
                                                    Jednym słowem wszystko układa się jak najlepiej. Już oczyma wyobraźni widzę to
                                                    piękne trofeum, doskonale wyprawione, w moim mysliwskim pokoju. Tylko głupie
                                                    serce bije jak oszalałe i przypomina, że wymarzone trofeum jeszcze truchtem
                                                    przede mną chodzi. W końcu jestem przy zagajniku, widzę rysia doskonale, te
                                                    bokobrody przy pysku, pędzelki na uszach, wspaniałą suknię. Składam się. Nie.
                                                    Jeszcze chwilkę. O teraz. Palce mam na spuście i.... pada strzał.

                                                    I jek myślita cytelnicy - strzeli , ni strzeli Pan Aleksander ?
                                                    Syrce bzije jek szakóne.
                                                  • rita100 Re:Wspólnie polujemy na rysia - ciiicho 02.11.06, 22:05
                                                    "Ciekawe uczucie. Nie jestem pewien, czy to ja strzeliłem. Nie wierzę sobie,
                                                    otwieram flintę - dwa naboje są! Patrzę, ryś rzuca się w drgawkach, jakieś
                                                    trzydzieści metrów ode mnie. Zastygłem w bezruchu i widzę, ze do drgającego w
                                                    ostatnich konwulsjach rysia zbliża się jakaś postać. Kłusownik w długim
                                                    kożuchu. Nie dużo myśląc odskakuję za pierwszy krzak jałowca, podnosze broń i
                                                    krzyczę:
                                                    - Stój! Ręce do góry! Odrzuć broń!
                                                    Jakby w odpowiedzi pada w moim kierunku strzał. Gwizdnęło mi dosłownie kolo
                                                    ucha. Raz. Drugi raz. I widzę, wielka postać w kożuchu, takim kożuchu własnej
                                                    roboty, ucieka. Niby mam teraz prawo strzału.
                                                    Ale... strzelać do czlowieka? Uciekającego? A jeśli strzelę i trafię, może w
                                                    nerki, może w kręgosłup i zostanie kaleką? Opuszczam broń, rzucam się w pogoń.
                                                    Czasem go widzę na odległość strzału i znów krzyczę:
                                                    - Stój! Strzelam! Ręce do góry!
                                                    Nic nie pomaga. Strzelam raz, drugi w górę. Chłop wieje. Ja też się zaciąłem na
                                                    całego, gonię za nim aż mnie pot zalewa. W końcu mam go na jakieś trzydzieści
                                                    metrów, juz chyba na dwadzieście. (zmeczeni jesteście tym bieganiem,
                                                    czytelnicy ?) Zaraz go ztrzymamy. Chcę sie odbić, zeby przeskoczyć mały
                                                    krzaczek jałowca (przepraszam , Tralala, masz tenisówki na nogach ?) i w tym
                                                    pędzie czuję, ze lewa noga zapada mi się nagle w dół. Tracę równowagę, walę się
                                                    twarząw śnieg. Tylko się zakotłowało. Co się okazało - noga mi wpadła w lisią
                                                    norę. Nie mogłem się ruszyć. Noga boli wściekle, chyba jest zwichnięta.
                                                    Wyciągam ze śniegu flintę: obie lufy zabite śniegiem. Wygrzebuję się jakoś w
                                                    końcu, ledwo kusztykam, opierając się na flincie i znalezionym kawałku gałęzi.
                                                    I przez ten wściekły ból zdaję sobie sprawę, że tego kłusownika już nigdy nie
                                                    dopadnę, ze go nawet nie zidentyfikowałem. I to było moje piersze spotkanie z
                                                    rysiem w Puszczy Boreckiej - takie fatalne, takie nieudane. A cieszyłem się na
                                                    ten odstrzał jak małe dziecko na obiecaną gwiazdkową zabawkę."
                                                    Dokuśtykaliśmy wprawdzie do pobliskiej leśniczówki Gajowego przy Forum Warnija,
                                                    a tam Gajowy w łożu leży, zachorzał i czka na Czerwonego Kapturka, a tu ekipa
                                                    myśliwych z Rysiem i w buciorach wlazują z gorzałeczką. Aż psiarzyna
                                                    podskoczyła na zidok gości.
                                                    Za zdrozie Gajowy i Tralala !
                                                  • rita100 Re:Dziś Hubertusa 03.11.06, 20:22
                                                    Dziś Hubertusa
                                                    Wszytkim myśliwym wszystkiego najlepszego - Darz Bór !
                                                    Oto oprócz bigosu myśliwskiego wspaniała myśliwska duchowa uczta:
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=45397004
                                                    ... chwycił na taśmie przypięty
                                                    Swój róg bawoli, długi, cętkowany, krety
                                                    Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął
                                                    Wydął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął
                                                    Zasunął wpół powieki, wyciągnął w głąb pół brzucha...
                                                  • rita100 Re:Dziś Hubertusa 03.11.06, 20:24
                                                    Myśliwy i ......
                                                    Kiedyś, wracając z lasu, przechodziłem obok spalonego domu, z którego pozostał
                                                    właściwie tylko kikut komina z wrwanym dymnikiem. Na szczycie komina bociek
                                                    miał gniazdo. Idę i widzę: dokoła tego komina lata gągoł. Charakterystyczny ma
                                                    lot, bardzo ostry. W pewnym momencie zatrzymał się i dał nura do dymnika.
                                                    Siedział w nim jakiś czas, myślałem , że ma tam gniazdo. Po paru minutach w
                                                    chmurze sadzy zamiast bziałego gągoła wyleciał czarniuteńki kaczor i poleciał
                                                    do jeziora. Chyba się umyć, jak myslicie ?
                                                    Kto to był ?
                                                    Nasz kłobuk ?
                                                  • rita100 Re:Myśliwi i Wańkowicz czyli cisza leśna 03.11.06, 20:25
                                                    - Albo leśna cisza. - Trzeba ja umieć obserwować, trzeba umieć słuchać. Bo
                                                    przecież myśliwemu las wszystko opowiada: trzaskiem gałęzi, deptaną ścieżką,
                                                    kropelką farby na liściu, na wpół widocznym tropem, a czasem... Ot, pamiętam,
                                                    pewnego dnia strzeliłem kozła. Padł w ogniu. Odczekałem przepisowe parę minut,
                                                    wypaliłem papierosa, odczekałem jeszcze trochę, jeszcze jednego papierosa,
                                                    odczekałem, natępny papieros, tak odczekłem trochę, zeby nie widział człowieka,
                                                    który mu zadał śmierć. W końcu dochodzę do niego. Jest martwy. Obejrzałem
                                                    parostki, wyciągam go, a tu raptem z dzikim bekiem wypada z kępy sarna.
                                                    Wyskakuje prawie że na mnie. Skoczyła, stanęła, znowu pomkła jak strzała,
                                                    zatrzymała się gwałtownie na zrębie i beu, beu, beu.... zaczyna stamtąd
                                                    straszyć. Wyraźnie do mnie woła to swoje beu.. beu... beu... To mnie
                                                    zaintrygowało. Co jest ? Podchodzę do miejsca, skąd wyskoczyła, rozchylam
                                                    gałęzie: jest barłóg i dwie małe, wilgotne jeszcze sarenki.
                                                    Przypomniało mi się, co Wańkowicz pisał: "ziele odrasta na kraterze..." Tak i
                                                    tu. Kozioł padł, a już dwa nowe życia na jego miejsce. Dwa życia, których tak
                                                    bohatersko broniła matka. Swoim beu... beu.. beu ... chciała mnie odwołać.
                                                    Chciała, bym odszedł od barłogu. Od jej naleństw. Prawdziwa matka."
                                                  • rita100 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 20:26
                                                    "To może jeszcze zdrowie psów. Bo, proszę Was, mili czytelnicy, psy to temat
                                                    niewyczerpany. Kiedyś znów, pamiętam, jako kilkunastoletni chłopak zostałem
                                                    zaproszony na pierwsze w życiu polowanie z ogarami. Dwa duże podpalane gończaki
                                                    litewskie, pies i suka. Ostre psy. Trochę powiedziałbym półdzikie. Stary
                                                    mysliwy ostrzegł mnie od razu.
                                                    - Jak pan, panie tego, strzelisz kota (zająca), młodzieńcze, to pan, panie
                                                    tego, chowaj go, bo jak psy dopadną to i kota wezmą i pana mogą zabrać.
                                                    Dobra jest. No jó. Zaczyna się gon. Poszły psy. Jak w 'Popiołach"... ogary
                                                    poszłt w las... Suka odzywa się od czasu do czasu krótkim dźwiekiem, wtóruje
                                                    jej bas psa, głuchy, urywany. No, dobra jest. Psy gonią, jak to gończaki:
                                                    rytmicznie, krótki, urywany galop. Na trzecim chyba przesmyku, widzę idzie
                                                    zając. To ja bach. Kot zrulował. Leży. Nie lada przeżycie ten pierwszy strzał.
                                                    Pędzę do zająca. Już psy są blisko. Łapię zająca,bo mi się przypominają słowa
                                                    starego myśliwego. Ładna heeca! Psy już idą. To ja kota buch na drzewko. Psy
                                                    już są i do drzewka. Całe szczęście , ze nie dostały, zresztą po chwili już sie
                                                    uspokoiły. Zabrałem więc kota i idziemy dalej. Próbuję gończaki puścić,
                                                    namawiam. Nie chcą iść w las. Ozory wywaliły i ani rusz. Nie pójdą. Niech mnie
                                                    licho weźmie, co sie stało ? Takie ostre psy i nie chcą kota więcej brać ? No,
                                                    ale słyszę trąbkę. Stary myśliwy Pan Michał nas wzywa. Idziemy. Pan Michał pyta:
                                                    - Tylko jeden kot ?
                                                    - Ano jeden. Nie chciały iść.
                                                    - Nie chciały ? Nie chciały iść, panie ten tego ! A zrobiłeś, co potrzeba ?
                                                    - No, zająca strzeliłem, schowałem przed psami, jak pan nakazał, potem go
                                                    zabrałem. Prosiłem psy, żeby szły w las, nie chciały....
                                                    - Nie chciały, panie tego, nie chciały ? A odprawę psom zrobiłeś pan, panie
                                                    tego, jak należy, co ? Ja bedę za ciebie dawał, czy jak ?
                                                    Masz tobie. Z głowy wyleciało. A przecież czytałem, nieraz słuchałem
                                                    opowiadań... Pan Michał był zły, wyraźnie zły. Wyjął nóż i obciął tylnie skoki
                                                    i dał psom odprawę. Poklepał je, pogadał z nimi. No i psy jak w dym poszły w
                                                    las. A bez odprawy nie chcialy. Szkoda gadać.

                                                    i specjalny dodatek o tym myśliwym
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 20:27
                                                    Tak proszę Was, mili czytelnicy - pokiwał głową pan Stanisław - Konie i psy to
                                                    mój zywioł. Mogłbym rozmawiać godzinami, rozumiecie - ułańskie serce, lanca,
                                                    szarża. To już historia. Ale tak sie złożyło, ze po wyjściu z niewoli
                                                    dowiedziałem się o polskiej stadninie. Dotarłem do niej. Mój Boże. Nasze
                                                    konie , cudne nasze konie, z naszymi masztalerzami, naszą słuzbą, z dzielnymi
                                                    ludźmi, co koni nie opuścili. Ech, tomy można by pisać. Fakt jest faktem, ze z
                                                    tymi końmi przyjechaliśmy z Niemiec no i skierowano nas do Kętrzyna. I tu
                                                    siedzę do dziś. Tak oto zostałem wierny moim życiowym pasom. Bo , prosze was,
                                                    mili moi czytelnicy (kiedy już mnie nie ma na tym świecie) ludzie zawiodą, ale
                                                    koń i pies - te zawsze pozostają wierne. Zwierzęta nie patrzą, czyś ty
                                                    człozieku bziedny czy bogaty, czyś ty na wozie, czy pod wozem. Przyjaźń raz
                                                    zawarta pozostaje przyjaźnią."

                                                    I znów szarmanckim gestem wznieśmy kieliszeczek żubróweczki - Darzbór !
                                                  • tralala33 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:13
                                                    A pamiętacie 'Zwierzyniec', w poniedziałkowe popołudnia w programie pierwszym
                                                    TV (zresztą wtedy był chyba tylko program pierwszy). I pana Michała
                                                    Sumińskiego, który tak pieknie i barwnie opowiadał nam, jak to wędrował po
                                                    lesie, jakie zwierzeta tam obserwował, jak pięknie jest w leśnej głuszy?
                                                    Dopiero po latach dowiedziałam się, że pan Michał wędrował po tym lesie z
                                                    flintą! Bo to był zawołany myśliwy - najpierw tak te zwierzątka oglądał i
                                                    podziwiał, a potem - bum, bum - i miał kolejne trofeum na ścianie gabinetu sad
                                                  • tralala33 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:14
                                                    A tu coś specjalnie dla Artwilka, który teraz oswaja Otwock (dobrze pamiętam?):

                                                    Okazało się, że św. Hubert – patron myśliwych – skierował łowieckie ścieżki
                                                    pana Michała Sumińskiego również na podotwockie mszary i do naszych lasów.
                                                    Udało mi się namówić "mistrza przyrodniczej gawędy" do podzielenia się z
                                                    Czytelnikami "LO" swoimi wspomnieniami z podotwockich łowów. Oto one:
                                                    – Pod Otwockiem polowałem kilka razy. Mój przyjaciel, prof. Marian Danysz, był
                                                    członkiem koła "Świerk", które tam dzierżawiło tereny łowieckie. To było ponad
                                                    20 lat temu. Prof. Danysz był wówczas znanym na świecie naukowcem, zastępcą
                                                    dyrektora największego w ZSRR ośrodka atomowego w Dubnej. Profesor był nie
                                                    tylko myśliwym, ale i zapalonym automobilistą. Jeździł szybko, ale bardzo źle.
                                                    Wiele razy wyciągałem go z rowów, dołów, dziur, bagienek. Między innymi kiedyś
                                                    i pod Otwockiem, podczas polowania na słonki. Znałem trochę teren, na którym
                                                    polowaliśmy i wiedziałem, że zaraz będzie bagnista droga. Mówiłem: "Marian,
                                                    stań. Zaraz, jakieś 100-150 m stąd, będziemy się rozstawiać". On na to: "Aaa,
                                                    jeszcze kawałek, jeszcze kawałek". I ugrzązł. Już nie polowaliśmy na słonki,
                                                    tylko ja musiałem iść do wsi, znaleźć i sprowadzić ciągnik i do późnej nocy
                                                    żeśmy się wygrzebywali.
                                                    www.linia.com.pl/indeks.php?d=07&w=274&p=00
                                                  • rita100 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:25
                                                    Michała Sumińskiego pamiętam z tych audycji. Były badzo ciekawe, pokazywał
                                                    slady i tropy zwierzyny, uczył poruszać się po lesie. Bardzo interesująco
                                                    opowiadał. Często gośćmi jego byli dzieci. Ciekawe czy gdzieś zapisywał swoje
                                                    wspomnienia z polowań.
                                                  • gajowy555 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:27
                                                    No jó, a teroz jygo córa takó audycjo prowadzi, tyż ło zwirzóntkach, chyba jekós
                                                    "Zwierzowiec" sia mianuje...
                                                  • tralala33 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:43
                                                    Ta audycja Zwierzowiec je w radyji abo telywizorze?
                                                  • gajowy555 Re:...ogary poszły w las... 27.12.06, 11:40
                                                    tralala33 napisała:
                                                    > Ta audycja Zwierzowiec je w radyji abo telywizorze?

                                                    We telywizorze je, na jedynce i "Zwierzowiec" sia mianuje...
                                                  • tralala33 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:29
                                                    No, dzieciukom to łon nigdy nie praził o polowaniach. Tlo chodził i chodził po
                                                    tym lesie, na ptaki i zwierzenta patrzył, fejn splytki godał. A jego cera,
                                                    Dorota, robzi tero za dochtora weterynarza. Mowam jiej ksiójzka 'Szczęśliwy
                                                    kot'!
                                                  • rita100 Re:...ogary poszły w las... 03.11.06, 21:35
                                                    hehe, to jó chyba mom tó ksiójżke ło kotach. Szkoda , że teraz takich ciekawych
                                                    audycji nie ma dla dzieciuków tlo gry i gry na komputerze to rozrywka dla
                                                    dzieci. To je łuż choroba. Gzie te ciasy łopoziadań.
                                                  • rita100 Re I coś na wesoło 03.11.06, 21:36
                                                    I coś na wesoło
                                                    Było to w Nadleśnictwie Pisz. Jeden kolega myśliwy po strzale do byka chciał
                                                    zrobić zdjęcie. Zdjął dryling, powiesił na porożu leżącego byka i oddalił się ,
                                                    żeby ten piękny myśliwy obrazek uwiecznić. Stoi tak w pewnej odległości,
                                                    reguluje światło, przesłonę, odległość - w tym momencie byk poderwał się i ze
                                                    strzelbą uciekł w las. Myśliwy oniemiał, ale poderwał się i ruszył w pogoń za
                                                    bykiem hoho, jak mówią myśliwi jeszcze gdzieś tam biega i szuka byka z
                                                    zawieszonym na porożcu drylingiem.
                                                    No jo. To jest rychtyczna prowda.
                                                    Czy ktoś go widział ?

                                                    Ech, pod fantazję młodości wnoszę ten kieliszek żubróweczki, kiedy to we łbie
                                                    świszczało !
                                                    Fejne to łopoziadania myśliwskie.
                                                  • rita100 Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 03.11.06, 21:42
                                                    Wszyscy mysliwi łorganizują gonitwe za lisem. To je taka tradycja łodziecna.
                                                    Jó ni mom lisa, mom kota, to coby tradycji stało sia zadość, pogonie go hen z
                                                    domu. Całyj dziań śpsi i nocu tyż. Tak go trza trocha pogonić na tygo
                                                    Huberciocha.
                                                    I tak siadam na koło Fedara, pogonie Fizie, Sonie, Wege, Mikusia, Abre i
                                                    Kadabre i wszyskie kłobuki. Niech ziedzó co to Hubertus.
                                                    To je psiankne śwanto, bo ziycie co, w ciasie gonitwy trza potoknóńć szluczek
                                                    żubróweczki. A czam dłużej bandziem gonić tym ziancej potokniem, a czam ziancej
                                                    potokniem tym zianksze szanse majo noju zierzaczki.
                                                    Potam to łuż nie bandziem ziedzieli chto kogo goni i chto kim je, cyli ' hu is
                                                    hu', jak my godamy chto je chto ?

                                                    Darzbór !
                                                  • tralala33 Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 03.11.06, 21:44
                                                    Abra na świantego Huberta mucha fyciła wink
                                                  • rita100 Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 03.11.06, 21:48
                                                    Fizia łustrzeliła pająka wink
                                                  • fedar Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 03.11.06, 23:28
                                                    Dobre jest koło, ale na Hubertusa lepszy pojazd czterokopytny, na który też "fajw'o'kloki" "rover" mówią wink
                                                    No to z kopyta!:
                                                    images4.fotosik.pl/194/19eb7bf982dfdddb.jpg
                                                  • fedar Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 03.11.06, 23:41
                                                    ... i hyc:
                                                    images4.fotosik.pl/194/dcae42a5d06319ec.jpg
                                                  • rita100 Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 04.11.06, 19:53
                                                    Hubercioch sia skońcył. Kóniczki poszły w las za lisem jek pokazoł Fedar. To
                                                    buła zabazia. Tero trza łubrać czopke z lisa abo kołnirz z lisa. Pamnientacie ,
                                                    jek kedajś buły modne takie czapki z przyczepioną kita lisa.
                                                    Fejn to wyglóndało. No jó.
                                                  • tralala33 Re: Dzisoj śwanto Hubertusa. 04.11.06, 20:55
                                                    Prowda Gajowy godał - jest w telywizorze Zwierzyniec.
                                                    Wilk – Przed zimą
                                                    6 listopada
                                                    godz. 13.45
                                                    Odwiedzimy ośrodek hodowli wilków i zobaczymy jak te zwierzęta przygotowują się
                                                    do zimy – okresu będącego dla nich prawdziwą próbą życiową.

                                                    ww6.tvp.pl/2178.dzialy
                                                  • rita100 Re: Puszcza Borecka 04.11.06, 21:09
                                                    Może nie przeocze i łobacze. Niydziele mom wolnei zimno to bande siydzieć dóma.
                                                    A tu łobaczcie Puszcza Borecka i tyż tam szlak rowerowy w dole.
                                                    Tu króluje żubr.
                                                    mazury.info.pl/atrakcje/puszcza_borecka/
                                                  • tralala33 Re: Puszcza Borecka 04.11.06, 21:19
                                                    Jo, tlo tyn prorgam je z poniedziałek sad
                                                  • rita100 Re: Puszcza Borecka 04.11.06, 21:27
                                                    A toć komu łóni to dajó ło tyj porze ?
                                                    To może program no dorosłych ? Tak nic.
                                                  • rita100 Re: Ambona 11.12.06, 21:42
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=331&pos=10
                                                    Łoto Fedar w swoim bezuchu nolazł ambone myśliwską. Wszyscy możem łobaczyć jek
                                                    łóna wyglónda. Tam siydzą i czkają na zwierza myśliwi. Zazwyczaj w ambonie tyż
                                                    pilnują coby dziki nie łaziły po polach i szkód ni robziły.

                                                    Korzystając z łokazji, życzymy wszystkim mysliwym Szczajść Boże.
                                                    Dzrzbór na 2007 rok
                                                  • rita100 Re:Szalik na wilki (1) 21.12.06, 20:44
                                                    - Może ja pozwolę sobie przedstawić państwu taki obrazek z przedwojennego
                                                    polowania - zaciągnął z wileńska pan Czesław. - Więc polowanie, a na nim pan
                                                    starosta, pan dochtor, aptekarz i jeszcze kilka osób. Wszyscy wytrawni myśliwi,
                                                    tylko pan starosta...grzecznościowo polował. I teraz proszę sobzie wyobrazić
                                                    taką sytuację.
                                                    Nagonka idzie. Pędzi, pędzi zajónc na pana starostę. Starosta bach...bach....,
                                                    a zajónc z przestrachu na niego i skacze mu na piersi. Ktoś z myśliwych woła:
                                                    - Panie starosto, nożem go, nożem !
                                                    No i musiał się wyprowadzić z powiatu. Oczywiście nie pan starosta....

                                                    Może jeszcze jeden obrazek przedwojenny ?
                                                  • rita100 Re:Szalik na wilki (2) 22.12.06, 19:27
                                                    Może jeszcze obrazek przedwojenny - mówił dalej pan Czesław. - W Puszczy
                                                    Nalibockiej dyplomatyczne polowanie. Białorusinie na nagonki chodzili, jak
                                                    zazwyczaj, w kożuchach wywróconych włosem do gory. I czapki mieli baranie, też
                                                    włochate. Jednym słowem egzotycznie, jak dla gości zagranicznych. Nagonka
                                                    ruszyła. Myśliwi na lini. Padają strzały. Sygnał. Koniec miotu. Wynoszą trofea.
                                                    I traf chciał, jeden z gości postrzelił naganiacza. Z pośpiechu polożono
                                                    rannego naganiacza tuż przy trofeach, przy zwierzynie. Jeden z Anglików
                                                    nachylił się, popatrzył i powiada:
                                                    - To u was i na takich się poluje ? Nie wiedziałem. Na mnie szło dwóch takich i
                                                    nie strzeliłem.
                                                  • rita100 Re:Szalik na wilki (3) 27.12.06, 20:19
                                                    I zapraszam na dalsze przygodu Pana Czesława
                                                    - Po przyjeździe tu wybrałem się po raz pierwszy na jeziora. Przecież to
                                                    eldorado ptasie - pomyslałem. Zapolujemy sobie na kaczuszki. Nie miałem co
                                                    prawda ani psa ani łódki, tylko tę moją nieodłączną Tułkę. Spotkałem kolegę i
                                                    powiadam:
                                                    - Idziemy na kaczki.
                                                    - Idziemy ? Nie - popłyniemy.
                                                    - Czym ?
                                                    - Kajakiem.
                                                    Ja od razu, że nie wiosłuje, że siedzę z tyłu i tylko strzelam. Dobra. Ponieważ
                                                    jednak mam abominację do wody, więc zawsze wolę przy brzegu, przy trzcinach,
                                                    żeby nie na środek jeziora. Bo nie lubię kąpieli w drugiej polowie września.
                                                    No, ale nic. Płyniemy tak kajaczkiem. Kolega wiosłuje, w pewnym momencie
                                                    zatrzymuje kajak i powiada:
                                                    - Patrz. Tam są kaczki.
                                                    Spojrzałem we wskazanym kierunku.
                                                    - Ale skądże , to kurki.
                                                    On popatrzył znów:
                                                    - Nie. To są kaczki.
                                                    To ja do niego.
                                                    - Wstań i zobacz dokładnie.
                                                    Kolega ważył tyle co ja, to znaczy około stu kilogramów. Wstał i znowu swoje,
                                                    ze to kaczki. To ja znów:
                                                    - Usiądź. Ja wstanę i zobaczę lepiej.
                                                    Nie zdążył usiąść, ja nie zdążułem wstać. Obaj straciliśmy równowagę. Już
                                                    byliśmy w wodzie. Tylko Tułki nie wypuściłem z ręki. No nic. Wynurzyłem się,
                                                    patrzę - pływa czapka mojego kolegi. Za chwilę on sam wychlapuje się z wody i
                                                    krzyczy:
                                                    - A to jednak były kaczki !
                                                    - Nigdy w życiu - odwrzasnąłem - To napewno były kurki.
                                                    Niestety , nie sprawdziliśmy. Uciekły.
                                                  • rita100 Re:Szalik na wilki (4) po naszamu 28.12.06, 20:28
                                                    - Znałem kiedyś kłusownika - zaczął swoje opowiadanie - starego kłusownika,
                                                    nazywał się Wróbel, ktory od czasu do czasu sobie jakiegoś koziołka czy
                                                    zajónczka zorganizował.
                                                    I raz opowiedział mi taką historię:
                                                    Słuchajta
                                                    - Jak bułem kawalerem, panoczku, szurkiem jakiem buł, to mym sia, panoczku
                                                    schodzili tak łu sójsiadów i grali mym, panoczku, w karty. A jo mniołem,
                                                    panoczku tako pojedynecke, zicie, strzelbe fajno. I ziycie, panoczku, razu
                                                    jydnego mym sia tak ześli. A miesióncek psianknie śwycił, panocku, a mym tu,
                                                    ziycie panocku, tak w te karty rznóli. To co jó tak na tan mniesioncek,
                                                    panoczku, patrze, to ma aż, panocku, podrywo. To poziadam: ziecie chopy, ma
                                                    straśnie w dołku boli, ni strzymom, jide ku chałupsie. No i posedłem do
                                                    chałupsy. Łaps za pojedynecke, panocku, i w las. Siadam sobzie pod szczepem
                                                    (drzewkiem), ziycie panocku, na skraja lasu.
                                                    I take żyto buło. Siydze, siydze. Łoraz patrze, jidzie cosik, panocku. Wychodzi
                                                    dzik i lis na to żyto. To jó, ziycie panocku, chlast do jydnego, chlast do
                                                    drugiego i, ziycie panocku, obydwam zabził.
                                                    To ja na to:
                                                    - Panie Wróbel, przecie miał pan pojedynecke !
                                                    A Wróbek nawet się nie stropił, popatrzył tylko na mnie spod oka i powiada tak:
                                                    - Jó wam, panocku, zaboczuł (zapomniał) poziedzieć, jó mnioł take dwie
                                                    pojedynecki ze sobzó. Z jydnaj pojedynecki tom chlasnół do dzika, a z drugiyj
                                                    tom chlasnół do lisa i oba pdały.

                                                    To był łgarz ten Wrobel, nie z tej ziemi łgarz. I proszę mi wierzyć, jak łgał,
                                                    to nawet mu oko nie drgnęło.
                                                  • gajowy555 Re: Zwierzowiec 27.12.06, 11:43
                                                    ww6.tvp.pl/2270,20060313314631.strona
                                                    Łobaczta i poczytajta...
                                                  • rita100 Re: Zwierzowiec 27.12.06, 20:18
                                                    W piatki o 14.35 te audycje ło zwierzakach. No to ni no ma. W pracy am. Ale
                                                    kupsiłam sobie ksiójżke ło kotach.
                                                  • rita100 Re: Ot, myśliwska prognoza pogody 26.01.07, 19:48
                                                    "Są takie znaki na niebie i ziemi, ze mozna poznać z dużą dokładnością, jaka
                                                    będzie pogoda w najbliższym czasie. Obserwuję zachód słońca. Układ chmur. Są
                                                    pewne kształty chmur, po których można osądzić, czy bedzie padało jeden czy trzy
                                                    dni. Albo, ze bedzie wiatr.

                                                    Jeśli na przykład czarne mrówki zaczynają sypać kopczyki, malutkie na centymetr,
                                                    to wkrótce bedzie deszcz, bo one w ten sposób chronią swoje gospodarstwa od potopu.
                                                    Jak jest burza i padają grube krople deszczu, to jeśli powstają na powierzchni
                                                    kałuży bańki, deszcz bedzie padać co najmniej do drugiego dnia.
                                                    A znów gdy na zachodzie chmury nie mają równej granicy, a tylko w pewnych
                                                    miejscach występują smugi, deszcz nazajutrz murowany.
                                                    Na księżycu też można opierać prognozy.
                                                    Ot, księzyc na nowiu. Jak jego rogi skierowane są ku górze, to miesiąc bedzie
                                                    pogodny, jeśli bedą trochę w pionie, murowane deszcze i chłody.
                                                    Ot, taka lokalna myśliwska stacja meteorologiczna.

                                                    Proszę sie nie uśmiechać , to nie bajki.
                                                  • rita100 Re: Ot, myśliwska prognoza pogody 26.01.07, 19:51
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=192&pos=1
                                                    A takó ambone myśliwską zidzieliśta ?
                                                  • gajowy555 Re: Ot, myśliwska prognoza pogody 28.01.07, 17:21
                                                    rita100 napisała:

                                                    > schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=192&pos=1
                                                    > A takó ambone myśliwską zidzieliśta ?

                                                    No jó, to je ambona dlo śtrasznie chudygo myśliwego. Łón musi ważyć tela, wiela
                                                    som zje...
                                                  • rita100 Re: Ot, myśliwska prognoza pogody 28.01.07, 18:34
                                                    hehe, strach wlyź na takó ambone wink))
                                                    Może łóna je no zajóncków ni na mysliwych ?

                                                  • rita100 Re: Każdy myśliwy jest przesądny 29.01.07, 21:18

                                                    "Ja osobiście w drodze na polowanie najniechętniej widzę... księdza. Jak się
                                                    księdza zobaczy, lepiej tego dnia nie polować.
                                                    W czarne koty raczej nie wierzę, ale jak przechodzi kobieta, a jeszcze z pustymi
                                                    wiadrami, wracam bezapelacyjnie do domu. I tego naprawdę należy przestrzegać.
                                                    Mówię zupełnie poważnie.
                                                    I jeszcze wierzę w jedno: są ludzie, którym nie należy dawać strzelby do ręki.
                                                    Wezmą, potrzymają chwilę, a ty człowieku potem nic już przez dłuższy czas nie
                                                    strzelisz. Słowo daję. Potem dopiero trzeba czary uprawiać, żeby wróciła do
                                                    poprzedniego stanu.
                                                    Kiedyś mnie stary mysliwy uczył tych czarów."

                                                    Pewnie jesteście ciekawi jakie to były czary smile
                                                    Opowiedział o nich mysliwy. Jutro sie dowiecie.
                                                  • rita100 Re: Każdy myśliwy jest przesądny 30.01.07, 21:58
                                                    "Kiedyś mnie stry mysliwy uczył tych czarów. Kładł strzelbę na ziemi,
                                                    przechodził w prawo , w lewo, odwracał się tam i nazad. Próbowałem to kiedyś
                                                    robić, ale mi się to nie udawało. Ale wiem na pewno, ze nie powinno się dawać
                                                    broni do ręki, a zwłaszcza pewnym ludziom. I proszę mi wierzyć, jak jestem na
                                                    polowaniu, jeśli mi myśliwy sam nie zaproponuje, to nie biorę cudzej broni do
                                                    ręki. Swoją też niechętnie daję, chyba , że się ktoś uprze, ale to mi psuje
                                                    humor na cały dzień. A już jak się da komuś do ręki broń, to potem dobrze jest
                                                    octem przepłukać, bo spirytus nie zawsze pomaga. Ale najlepiej to nie dawać i
                                                    koniec. Wszystkim myśliwym to radzę."
                                                    --
                                                    No tak , to teraz wiemy - że nie powinniśmy dotykać broni myśliwskiej , ani
                                                    nawet prosić o potrzymanie.
                                                  • rita100 Re: O Łyszku 31.01.07, 20:41
                                                    O Łyszku
                                                    (pies Łysek, ale pan Antoś nie wymawia 's' więc nazywa Łyszek. Specjalizuje się
                                                    lisich norach)
                                                    Kiedyś wybraliśmy się z panem Antosiem do niedalekiego lasku na lisy. A pan
                                                    Antoś jak celował, to nie mógł zamknąć jednego oka, bo mu się zaraz oba
                                                    zamykały. I dlatego bez względu na porę roku nosił czapkę z nausznikami. Przed
                                                    strzałem przekrzywiał tą czapkę i nausznikiem zasłaniał sobie jedno oko. To był
                                                    kapitalny widok. Dopiero później strzelał. Pan Antoś strzelał zazwyczaj z prochu
                                                    dymnego, ponieważ ten jest tańszy. I po strzal;e kucał, żeby pod chmurką dymu
                                                    zobaczyć czy zwierzyna została trafiona czy nie. Dla samego tego widoku warto
                                                    było iść z panem Antosiem na polowanie.
                                                    Ale to taka dygresja.
                                                    No więc jesteśmy w tym lasku. Wyskoczył lis z nory. Pan Antoś strzelił i chybił.
                                                    Idziemy do następnej nory. I tu okazuje się, że Łuszek (jego pies) nie może do
                                                    tej nory wejść, bo jest za gruby. Pan Antoś, który poprzednio tak Łyszka
                                                    zachwalał, wpadł w rozpacz i zapowiedział, że weźmie Łyszka na kurację. Przez
                                                    tydzień biednemu pieskowi nie dawano jedzenia. No i po tym tygodniu rzeczywiście
                                                    sukces - Łyszek mieścił się w każdej lisiej norze. Wypłoszył chyba ze trzy lisy.
                                                    Ale podchodzimy do czwartej nory i dramat. Otwór znowu za maleńki. Łyszek się
                                                    nie mieści.
                                                    Pan Antoś podrapał sie za uchem i powiada.
                                                    - Panowie, ot, wybaczcie. Przyjedziecie za tydzień, a ja Łyszka przez ten czas
                                                    już całkowicie wyleczę.
                                                  • rita100 Re: wspomnienia mysliwego 04.02.07, 10:34
                                                    Tak , to bandzie długi rozdział. Myśliwy Aleksander bandzie wspomninał lata na
                                                    Syberii z obozu jenieckiego. To bardzo ciykawe. Warto pocytać bandzie.
                                                    Wspomnienia aż z psierszej wojny światowej. Czy eszcze só dzieciuki pana
                                                    Aleksandra ?
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 05.02.07, 20:39
                                                    Jedziemy do leśniczówki Pana Aleksandra Stachurskiego.
                                                    - Na Biskupiec. Tam przy szosie jest leśniczówka. Trzeba się spytać dokładnie.
                                                    Młoda kobieta wyszła przed dom.
                                                    - Może niełatwo bedzie trafić, ale niedaleko - mówiła. Proszę się pytać przed
                                                    Wipsowem, Lesniczowka Wipsór. Pan Aleksander. Najprawdziwszy myśliwy , jakiego znam.
                                                    Dycht na prawo, dycht na lewo i już jesteśmy na miejscu.
                                                    Wyjaśniłam w krótkich słowach w czym rzecz. Pan Aleksander zapalił papierosa.
                                                    Zaciągnął się i...
                                                    - Ech, byłoby o czym opowiadać. Człowiek przecie całe życie w lasach. Od
                                                    dziecka, od tej Syberii jeszcze.
                                                    - Był pan na Syberii ? spytałam z zainteresowaniem.
                                                    - Tak. Mojego ojca zesłano w 1905 roku. Potem przyjechała tam do niego
                                                    narzeczona, moja matka, pobrali się, w wyniku małżeństwa urodziły się dwie
                                                    siostry i ja. Całe moje dzieciństwo, to pełna niesłychanej urody tamtejsza
                                                    ziemia, którą, mój Boże, jakże chętnie pojechałbym odwiedzić. Tyle czytam o
                                                    zmianach jakie tam nastepują, ciekaw jestem, jak wypadłyby moje konfrontacje:
                                                    świat widziany oczyma dziecka i oczyma człowieka starszego.
                                                    Ludzie mi nie wierzą, gdy opowiadam o pięknie Syberii, o jej malowniczości,
                                                    przepychu barw, o specjalnym kolorze bieli w zimie. O ludziach prostych, ale jak
                                                    to się mowi, z sercem na dłoni, serdecznych i bezpośrednich.
                                                    No tak. Wróciliśmy stamtąd w 1923 roku. Umieszczono mnie wraz z innymi dziećmi w
                                                    internacie w Działdowie. I tu było moje pierwsze rozczarowanie krajem. Bo na
                                                    Syberii nie mówiło się Polska czy ojczyzna, tylko Kraj. I wtedy w Działdowie
                                                    zobaczyłem na stacji niedopałek papierosa, rozgnieciony butem, a na tym
                                                    niedopałku był orzeł polski. Ten symbol kraju, pani rozumie, świętość, o której
                                                    nam ojciec drżącym głosem mówił - ta świętość rozdeptana. Siadłem na schodku i
                                                    rozpłakałem się.
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 06.02.07, 20:08
                                                    Potem było różnie - opowiada dalej Pan Aleksander. Bradzo róznie. Bo życie nie
                                                    żałowalo twardej szkoły. Ale jakoś ludzie pomogli, skończyłem naukę, zacząłem
                                                    pracować i dalej się uczyć. A na Warmię i Mazury to chyba z sentymentu do
                                                    Syberii trafiłem, a może przez wspomnienie pierwszych moich kroków stawianych w
                                                    kraju w Działdowie. No i tak żyjemy tu, złapani urokiem tej ziemi za gardło, za
                                                    serce. Moi chłopcy już autochtoni jak się patrzy, skończą szkoły, studia, da Bog
                                                    porobią dyplomy i wrócą do naszych tutaj lasów.
                                                    - Jestem miłośnikiem zwierzyny. Bo tak jakoś sie składa, że darzę sympatią tych,
                                                    którzy są prześladowani, głodni, biedni, może dlatego, ze sam w życiu
                                                    przeszedłem wiele. Sam byłem ganiany, głodzony, pędzany więc współczuję
                                                    wszystkim nieszczęśliwym, a najwięcej zwierzynie.
                                                    cdn
                                                    Ja natomiast - mowi - chyba do końca życia nie zapomnę zbrodni, którą
                                                    popełniłem. To było chyba w 1946 roku....
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 07.02.07, 20:21
                                                    Ja natomiast - mowi - chyba do końca życia nie zapomnę zbrodni, którą
                                                    popełniłem. To było chyba w 1946 roku wczesną wiosną. Jeszcze leżały głębokie
                                                    śniegi. Szedłem przez las z Lipowej Góry na Diablą Górę. Nagle w pobliży drogi
                                                    zauważyłem coś ruszającego się. Takie centkowane , duże koło. Zaciekawiony
                                                    podchodzę blizej: to świeżo urodzone warchlaczki. Mogły mieć kilka godzin
                                                    zaledwie. I mimo woli, proszę mi wierzyć, jakoś bezwiednie, jakoś mnie licho
                                                    podkusiło i podniosłem warchlaka. Ten oczywiście narobił krzyku, kwiku i pisku.
                                                    Darł się w niemozliwy sposob. Już go miałem położyć na miejsce, gdy nagle coś
                                                    mnie uderza w plecy. Przewracam się twarzą w śnieg. W pierwszym momencie
                                                    myślałem, ze wszedłem na minę, bo to było po wojnie i takie wypadki często się
                                                    zdarzały. Ale podnoszę głowę: przede mną stoi rozjuszona locha. Oczy jej wprost
                                                    świecą, piana z pyska się toczy, jedna wielka matczyna furia. Zaczynam się
                                                    leżąco wycofywać, a locha na mnie. To sa sekundy. Ułamki sekund. Ponieważ byłem
                                                    ze strzelbą, nie miałem innego wyjścia. Bo żeby to było w starym drzewostanie,
                                                    to bym skoczył na drzewo. Na prawde nie było możliwości ucieczki. Strzeliłem. Do
                                                    końca życia będę miał wyrzuty sumienia, ze zabiłem matkę małych dzieci.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 07.02.07, 20:22
                                                    Warchlaków było pięć. Cały roztrzęsiony po popełnionej zbrodni zdjąłem kożuch,
                                                    pozbierałem doń maluchy i przyniosłem do domu. Karmiłem jak mogłem, po kilku
                                                    dniach trzy padły, dwa pozostały i ładnie się chowały.
                                                    Były u mnie rok.
                                                    Przyszła jesień. Na wiosnę minął rok od chwili jak przyniosłem je do domu.
                                                    Tymczasem zrobiono na mnie donos. W konsekwencji więzienie. Moja matka
                                                    przyjechała, zeby zając się domem. I jak zobaczyła te małe dziczki, to powiedziała:
                                                    - Moj syn jest pozbawiony wolności, to wystarczy. Wy przynajmniej z niej
                                                    korzystajcie. I popędziła do lasu, daleko , daleko.
                                                    Już nie wróciły. A po powrocie nawet nie żałowałem , ze wybrały wolność. Sam ją
                                                    zawsze bardzo wysoko ceniłem i cenię. Bo jestem czlowiekiem lasu. A las to
                                                    swoboda i wolność. Moze dlatego nie mogłem wytrzymać w obozie jenieckim. W 1941
                                                    roku....
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 08.02.07, 21:14
                                                    W 1941 roku uciekłem i wróciłem z powrotem na moje stare leśnictwo. Ponieważ mój
                                                    nadleśniczy stał się w międzyczasie volksdeutschem i piastował poważne
                                                    stanowisko, zjeżdzali się do niego raz po raz dygnitarze niemieccy na
                                                    polowania. Jednego razu przyjechało trzech Niemców i jeden z nich, jeszcze dziś
                                                    pamiętam, nazywał się Borkenhagen, nigdy w życiu , jak powiedał nie strzelał do
                                                    dzika. Więc mój szef mnie wezwał i kazał mi tak lawirować z psami, zeby dzika
                                                    wyprowadzić na tego Borkenhagen.
                                                    Śniyg buł głeboki, no ale jek mus to mus. Podszedłem do dziczego barłogu bardzo
                                                    blisko, puściłem psy, ktore z miejsca zaczęły atakować. Dziki, nie mając
                                                    możliwości ucieczki, dało się łatwo popędzić pod nogi Niemca.
                                                    Borkenhagen strzelił. Dzik padł. Niemiec aż nogami tupał z radości.
                                                    W okresie okupacji musiałem się ukrywać....
                                                    jutro bedzie dalsza część.
                                                  • gietpe Re: Był pan na Syberii ? 08.02.07, 21:26
                                                    jek ja luie czytać to rubryke
                                                  • rita100 Re: Był pan na Syberii ? 09.02.07, 20:41
                                                    dziekuje Gietpe, to na prawde ciekawe

                                                    W okresie okupacji musiałem sie ukrywać. Spalonego nikt nie chciał przyjąć na
                                                    melinę. Powędrowałem więc do lasu, żeby nikogo nie narażać. Pod wykrotem drzewa
                                                    miałem swój barłóg. Zanim go zająłem należał do sarny, która może wskutek ostrej
                                                    zimy jakoś pogodziła się z moją obecnością. Nieraz budziłem się czując jej
                                                    ciepło. Leżała tuż przy mnie, widziałem nieraz w świetle księżyca jej płomienie
                                                    wilgotne, tkliwe oczy. Dzieliłem się z nią chlebem, ona w zamian dawała mi
                                                    ciepło. I od tamtego czasu, proszę mi wierzyć, nie strzeliłem i nie strzelę
                                                    chyba nigdy do sarny. Nie mógłbym. Właśnie przez te oczy. Ale ja was zanudzam
                                                    sentymentalnie.
                                                    cdn jutro
                                                  • tralala33 Re: O Łyszku 05.02.07, 20:43
                                                    Może to nie była nora lisia a na przykład królicza? A bziedaczek Łyszek głody
                                                    cołen tydzień chodził wink
                                                  • rita100 Re: O Łyszku 06.02.07, 20:08
                                                    Myślisz Tralala, co myśliwy ni rozpoznał ? wink))))
                                                  • tralala33 Re: O Łyszku 06.02.07, 21:40
                                                    A może to były fenki, liski pustynne - one są dużo miejsze od naszych lisów-
                                                    przecherów wink
                                                  • rita100 Re: O Łyszku 06.02.07, 21:45
                                                    Pewnie i lisy majó różniste rozmniaty. Tak jek człoziek. Ma dómek i duzy i mały,
                                                    to i liski majó chatki zielkie i mniejsze, a dzwierza ło róznych rozmiarach .
                                                    Kubus Puchatek tyż mnioł klopoty z wejściem do chatki zajónczka wink))
                                                  • tralala33 Re: O Łyszku 06.02.07, 21:48
                                                    Bo za bardzo mniód kochał. A to nie buła chatka Królika? Nic to, czkamy na
                                                    dalsze łopowzieści jegrów.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 10.02.07, 20:12
                                                    - Tato, tato, o liskach powiedz.
                                                    - O liskach, powiadasz synku, ano nich bedzie o liskach. Historia grubo sprzed
                                                    wojny. Wtedy kładło sie wielki nacisk na tępienie drapieżników. Strzelało się
                                                    więc bez pardonu do wron, kotów, psów, nawet lisów. A na granicy mego leśnictwa
                                                    w sąsiedztwie była tak zwana Kraśnia Górka, gdzie była nora lisia, ale jakoś tak
                                                    się składało, ze tej nie niszczyliśmy. Mało tego strzelone wrony itpe tam się
                                                    podrzucało, z czego lisy bardzo chętnie korzystały.
                                                    Ponieważ to było latem, były małe liski. Postanowiłem je poobserwować.
                                                    Powiesiłem więc na pobliskich gałęziach wronę i ukryłem się cichutko czekajac co
                                                    będzie.
                                                    Cóż to była za frajda patrzeć, jak te liski podchodziły, wspinały się,
                                                    podskakiwały, oblizywały, piszczały, w końcu ściągnęły wronę na ziemię. Teraz
                                                    dopiero ją dopadły, każde ciągnęlo w swoją stronę, wydzierając ją sobie niby
                                                    dzieci zabawkę. Trzy ciagnęły w jedną stronę, dwa w drugą. Tylko pierze leciało.
                                                    W końcu przybiegła lisica. Roztrąciła nosem towarzystwo, obwąchała nastroszonego
                                                    trupa wrony i jakoś ustawiła lisięta do spokojnej konsumpcji. Stałem jeszcze
                                                    długo chwilę obserwując. Zupełnie jak w ludzkiej rodzinie - pomyślałem - i
                                                    cichutko, żeby nie przeszkadzać w obiedzie, wycofałem się.

                                                    A teraz może przejdziemy sie wszyscy do lasu - mówi pan Aleksander - pokażę wam
                                                    poletko łowieckie.
                                                    Albowiem o życiu w lesie pan Aleksander mógł opowiadać wiecznie.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 20:35
                                                    I idziemy na tą łączkę, na to słynne poletko.
                                                    - Bo widzi pani - wskazał ręką pan Aleksander - tu na poletku w zimie zwierzyny
                                                    pełno, niby w zwierzyńcu, słowo daję. I zdarzyło się w zeszłym roku obserwować
                                                    zające w okresie parkotów (godów). Były niesłychanie agresywne i między takimi
                                                    zajęczymi rycerzami doszło do pojedynku. Śmiesznie to wygląda, kiedy zające
                                                    stoją naprzeciwko siebie i łapakami nawzajem się okładają. Przypomniała mi się
                                                    wówczas historyjka z dziecinnych lat, na Syberii, kiedy to widziałem nieraz, jak
                                                    się Chińczycy bili. Nie okładali się pięściami, jak u nas w Europie, tylko
                                                    zdejmowali bambosze i stojąc naprzeciw siebie, prawie nieruchomo, okładali się
                                                    tymi bamboszami. I jak patrzyłem na te bijące się zające, to mi się ci Chińczycy
                                                    przypomnieli. Zajączkom tylko bamboszy w łapkach brakowało.

                                                    Idzmy dalej z rozsłoneczniony las.
                                                  • tralala33 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:09
                                                    Idziemy z jegrami i z panią Maryną Okęcką-Bromkową. A jó w ta niedziela bułam
                                                    na cmyntarzu w Łostynie, jida bez ten cmyntorz a tu naroz zidza to
                                                    mniano 'Maryna Okęcka-Bromkowa'. Tom staneł podzinkować za te łopowzieści.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:13
                                                    A no jakem smentarzu łóna leży ? Tyż bym chcioła zaświcić śwyczke na jij grobzie.
                                                    Tralala, jek łón wyglónda, zadbany ?
                                                  • tralala33 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:16
                                                    Na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Poprzecznej, nagrobek jest blisko wejścia
                                                    głównego, po lewej stronie. Zadbany, stały na nim znicze, ktoś widać pamięta.
                                                    Teraz, kiedy wiem, gdzie to jest to też się wybiorę, może na wiosnę z
                                                    kwiatkami. I spiszę napis na pomniku - dodam do tego kóntka.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:20
                                                    O jejku, to łóna lyży tam dzie moja matula i brat. Bande mnioła kogo łodwiedzić.
                                                    I bande pamnientac coby łolstyniakom poziedzieć dzie majó śwyczke zaśwycić w
                                                    Dziań Zmarłych, coby pamnientali ło niyj. Eszcze myśla co Związek Myśliwski tyż
                                                    pozinien pamnientać. łóni jó tak lejdowali.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:23
                                                    Zidzisz Tralala, kedy bułam na tym smentarzu z Bpkw to nikogo ni łodnalazłam i
                                                    świyczke zaświeciłam na trawniku pod słupem, zara po liwej stronie. Nikogo ni
                                                    znałam, a tera ..... tera to am jest całó gambó łolstyniankó. Tera to jó bande
                                                    wycieczke prowadzić. smile
                                                  • tralala33 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:31
                                                    Rito, ja też nie odnalazłam tego nagrobka, którego szukałam. Biegałam i
                                                    chodziłam ponad godzinę i nic. To za duży cmentarz, żeby samemu sobie poradzić
                                                    z szukaniem. Trzeba iść do biura (tylko, że w niedzielę było zamknięte) i podać
                                                    rok pogrzebu to pomogą znaleźć.
                                                    A teraz wróćmy do myśliwskich opowieści, żeby pani Maryna dalej z nami
                                                    rozmawiała.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:45
                                                    Tralala, ja odnalazłam na papierku, rok przed wejściem na internet i nie
                                                    opłaciłam, pomyslałam sobie , że miejsce nie jest mi potrzebne, bo nigdy już nie
                                                    przyjade. Więc pomyslałam , ze po co trzymać, kto bedzie dbał, a inni może będą
                                                    potrzebować i dbać. Dokładnie rok potem przyjechałam i jeszcze biegałam ale
                                                    tylko wiatr szumiał i deszcz padał. No widzisz , tak to się feralnie złożyło -
                                                    nigdy nie mów nigdy. A może i na szczęście. Nie żałuje tego. Mówi się trudno.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 12.02.07, 21:59
                                                    Ponieważ wszyscy już myśliwi co tak fej łopoziadali łuż łumerli i Mrynka noju
                                                    tyż to eszcze dodam co mom dzieś łobrazecek tego grobu. To buł taki jinny, bo
                                                    brat nanosił kamnienie i grób był zrobiony z naniesionych kamnieni. Poszukam tan
                                                    łobrazecek.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 13.02.07, 21:18
                                                    Idąc tak dalej w rozsłoneczniony las Pan Aleksander goda:
                                                    Pamiętam, przyjechał kiedyś do mnie pewien pan, znakomity mysliwy, ale już
                                                    staruszek, lat mógł mieć chyba osiemdziesiąt dwa. Miał odstrzał byka. A ja
                                                    miałem w pobliżu takiego byka, jak go nazywałem : serwitutowego. Urzędował stale
                                                    w poliżu leśniczówki. Buł to czternastek kapitalny, piękne byczysko. Trzymałem
                                                    go, jak to się mówi, na czarną godzinę, na wypadek przyjazdu jakiegoś
                                                    dostojnika. Ni i postanowiłem tego pewnego byka przeznaczyć dla staruszka. Więc
                                                    po ppłudniu poszliśmy spacerowym krokiem do lasu, w to miejsce, gdzie
                                                    czternastek stale wychodził i żerował. Ponieważ rykowisko już było u schyłku,
                                                    więc byki ryczały słabo i obojętnie. No cóż. Wywabiłem byka, a ten jak po
                                                    sznurku wyszedł wprost na mego towarzysza. Padł strzał. Usłyszałem jeszcze, jak
                                                    byk uderzył wieńcem o pobliskie drzewa, potem łoskot walącego się zwierza i
                                                    cisza. Zanim doszedłem do byka - już starszy pan był przy nim. Siedział
                                                    biedaczysko i ocierał chustką łzy. Gdy mnie zobaczył wykrztusił:
                                                    - To, panie dzieju, będzie mój ostatni byk na rozkładzie.

                                                    O i już jesteśmy przy paśniku, spłoszyliśmy dwie łanie i byka.
                                                    - Gdybyśmy przyszli tu zimą, to powiadam wam, stołownicy przestępują tylko z
                                                    nogi na nogę i czekają tylko kiedy się wysypie kartofle. Prawie , że do rąk
                                                    przychodzą.
                                                    Teraz wracajmy do domy na kieliszeczek żubróweczki.
                                                    Pamiętam raz w niedzielę palmową, akurat się goliłem, a tu moja gospodyni, stara
                                                    Mazurka.......
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 15.02.07, 20:58
                                                    Pamiętam raz, w niedzielę palmową, akurat się goliłem, a tu moja gospodyni,
                                                    stara Mazurka, narobiła gwałtu:
                                                    - Panie leśniczy! Lis ! Lis !
                                                    Spojrzałem przez okno - rzeczywiście bezczelny lis uganiał się za kaczkami na
                                                    środku podwórza. Chwyciłem strzelbę z kancelarii i wyskoczyłem przed dom. Widzę
                                                    lis już za budynkami, idzie w kierunku jeziora. Chciałem go koniecznie strzelić.
                                                    Otarłem mydło z twarzy i zaszedłem mu drogę. Lis pada w ogniu. Podchodzę i oczom
                                                    nie wierzę - leży jeden lis, a za nim drugi. Jednym strzałem ubiłem dwa lisy.
                                                    Pierwszy raz mi się to w życiu zdarzyło.

                                                    hehe, to jaki morał ?
                                                    Chyba taki , ze najlepszy połów jest w trakcie golenia wink
                                                    Ale raz to miałem gościa - mówi Aleksander - staruszka z Wileńszczyzny. Otóz on
                                                    .....smile
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 16.02.07, 20:42
                                                    Ale raz to miałem gościa - mówi Aleksander - staruszka z Wileńszczyzny. Otóz on
                                                    słysząc któregoś dnia taki ryk bydła na pastwisku, wyjrzał przez okno i zobaczył
                                                    taki widok: wilk wypędził z pastwiska barana, dużego barana i ganiał go w
                                                    pobliżu bramy. Nagle przez ogrodzenie przeskoczyła jałówka i do ataku na wilka.
                                                    I taka karuzela: wilk, baran, jałówka. To mój gość w krzyk:
                                                    - Panie leśniczyyyy, wołk ! wołk !
                                                    Goliłem się akurat. Złapałem ręcznik, wycieram mydło z twarzy, a w tym czasie
                                                    mój mały trzyletni synek wyskoczył na podwórze i wilka spłoszył. Jak wybiegłem
                                                    ze strzelbą, to tylko gdzieś w odległości osiemdziesięciu stu metrów zobaczyłem
                                                    tego bandytę. Stał jak wryty i bezczelnie patrzył w moją stronę. Nie doszedłem
                                                    go niestety. Trzeba było zająć się poważnie poharatanym baranem. Miał
                                                    przegryzioną krtań i gdyby nie szarża jałówki, wilk by go potaszczył do lasu.
                                                    Pracując w Puszczy Boreckiej mógłbym strzelić większą ilość wilków, ale niestety
                                                    nie miałem broni kulowej, więc tylko diabli mnie brali. A wilki bezczelnie
                                                    przychodziły na pastwisko i zabierały mi owce.

                                                    Kiedyś furman zgłosił mi......
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 18.02.07, 19:59
                                                    Kiedyś furman zgłosił mi, że znalazł świeżo uduszoną łanię tylko kawałek łba i
                                                    badyle zostały. Szlag mnie trafił. A akurat tej nocy padł świeżutki śnieg.
                                                    Poszedłem więc tropami. Chciałem go wytropić i zawiadomić myśliwych z Giżycka i
                                                    Węgorzewa, żeby zrobić obławę i te wilki w puszczy trochę przepłoszyć. Wiec idę
                                                    tak, idę, w pewnym momencie słyszę z tyłu jakąś gonitwę. Byłem święcie
                                                    przekonany, że to mój pies, ktory lubił z domu się wyrwać i doganiać mnie po
                                                    tropach. Odwracam się i widzę pędzącego zająca. Wyglądał jak naciągnięta struna.
                                                    Sadzi mi wprost pod nogi. I, oczom swoim nie wierzę - za zajacem z krzaków
                                                    wypada wilk. Składam się, strzelam raz, drugi - wilk pada w ogniu. To trwa
                                                    moment. Podnosi się. Jeszcze zdążyłem jeden ładunek wyciągnąc z kieszeni i
                                                    jeszcze w biegu poprawiłem. Ale wilk poszedł silnie farbując. Poszedł w środek
                                                    rezerwatu. To było koło Borek. I tu zrobiłem głupstwo. Zamiest zostawić wilka w
                                                    spokoju, nie wytrzymałem. Poszedłem za nim, a on uchodził coraz głębiej w
                                                    puszczę. I tak idąc za nim słyszę, tym razem przed sobą, jakąś gonitwę. Patrzę:
                                                    spoza wzgórza wyskakuje sarna i piszcząc leci wprost na mnie. Przygotowałem się
                                                    do strzału - a tu za sarną wyskakuje wilk. Zobaczył mnie, stanął jak wryty za
                                                    grabem. Widzę kawałek łba i kawałek polana. Ajej ! Na strzał śrutowy za daleko,
                                                    więc czekam. Po chwili wilk rusza dalej za sarną. To ja bach, bach.... wilk
                                                    ruluje w ogniu. Po chwili podnosi się i ucieka.
                                                    To mnie złamało zupełnie. Gdybym umiał płakać, to bym na pewno płakał z
                                                    rozpaczy. Dwa wilki jednego dnia i tak się niefortunnie skończyło. Byłem
                                                    zmaltretowany, zmęczony i miałem wszystkiego dosyć.
                                                    Po kilku tygodniach jeden z gajowych znalazł wilka w stanie rozkładu. Widać, ze
                                                    był strzelony. To chyba był jeden z moich niefortunnych basiorów.
                                                  • tralala33 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 18.02.07, 21:15
                                                    Niefortunny dlo jegra i dlo siebzia też. Jek to mózio - ponieśli i zilka.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 19.02.07, 20:37
                                                    A tro ło jyleniach bandzie smile

                                                    Tak - ciągnął dalej swoje opowiadanie pan Aleksander, zaciagając się raz po raz
                                                    dymem papierosa. - Puszcza Borecka ma swój specyficzny urok. To niełatwy co
                                                    prawda teren myśliwski, ale pasjonujący. W 1960 roku byłem tam światkiem
                                                    nieprzeciętnego widowiska. Ten obrazek zostanie mi w pamieci do końca życia.
                                                    Proszę sobie wyobrazić, na zrębie leszczyny i paproci rykowisko jeleni byków.
                                                    Ryczą w pobliżu. Puszcza aż się trzęsie. I naraz ze starego drzewostanu wychodzi
                                                    chmara jeleni, pojedynczo, nie na raz oczywiście i na zrębie zaczyna się walka.
                                                    Rogują się dwa byki, jak an arenie cyrkowej. Pokaźne byki, mocarne, masywne,
                                                    kapitalne. Przy tych rogujących się bykach stoi trzeci. Robi wrażenie sekundanta
                                                    albo sędziego. Obserwuję walkę spode łba. Wszystko odbywa się w grobowym
                                                    milczeniu, tylko od czasu do czasu słychać chrapliwe posapywanie i potężne
                                                    trzaski wieńców w momencie zderzenia. Byłem wdzieczny naturze, ze dała mi
                                                    możliwość oglądania najprzedniejszego rycerskiego turnieju.
                                                    Byki walczą. Z okrutną straszliwą nienawiscią. Gołym okiem widzę doskonale i my
                                                    też to widzimy.
                                                    Wreszcie pokonany byk odchodzi w jedną stronę, zwyciężca w drugą. Przez moment
                                                    arena jest pusta i znów wchodzi na nią następna para byków. Nacierają z furią.
                                                    Rogują się, przepychają. Uderzenia są tak silne, że wydaje się , ze wieńce się
                                                    rozpadną. Nieprawda. Wieńce całe. Znów jeden pokonany odchodzi w lewo, a
                                                    zwycięzca w prawo. Posępny sędzia trwa niewzruszenie na stanowisku. I oto po
                                                    chwili trzecia para zjawia sie na arenie. Widowisko jest tak potężne, ze ja ,
                                                    leśny czlowiek dostaję gęsiej skórki.
                                                    Wreszcie walka skończona. Rozeszli się wszyscy. Jeden z nich chwiejąc się lekko,
                                                    zbliżył sie do mnie może na piętnaście metrów i wypił wode z bajorka. Robił
                                                    bokami i sapał ciężko. Wydawało mi się, że był dobrze spocony. I mimo tego, ze
                                                    byk był tak potwornie zmęczony, zmordowany, no , przegrany - nic nie stracił ze
                                                    swojego majestatu króla puszczy.
                                                    - Nie zmęczyłem was swoim gadulstwem ? - zapytał pan Aleksander.
                                                    - Jak pan tak może mówić - odpowiadamy - To wszystko takie plastyczne. Niechże
                                                    pan mówi dalej.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 19.02.07, 20:38
                                                    I od tej pory, kiedy poznałam ksiązkę Maryny Okęckiej- Bromkowej patrzę na las
                                                    całkiem inaczej. Jadąc pociągiem z południa na północ Polski i odwrotnie
                                                    wpatruję się w las i szukam, szukam ambon i szukam tych pięknych scen opisanych
                                                    i wyobrażam sobie życie panujące w lesie, wspominając tych wspaniałych myśliwych
                                                    , znawców życia leśniego, wspaniałych obserwatorów tego życia i niesamowitych
                                                    bajarzy.
                                                    A Maryna Okęcka-Bromkowa spoczywa na cmentarzu w Olsztynie przy Poprzecznej.
                                                    Warto pamiętać.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 20.02.07, 20:39
                                                    Znów papieros w żylastej dłoni. Potężny haust dymu i spokojny, śpiewny nieco po
                                                    kresowemu głos gospodarza.
                                                    - W lutym 1962 roku zostałem zaproszony do Puszczy Boreckiej na dziki.
                                                    Pojechałem z pewnym sentymentem, bo pokochałem tamte strony. Byłem w
                                                    towarzystwie dwóch panów, z których jeden miał ze sobą słynnego pieska Szaberka,
                                                    będącego co prawda u schyłku swoich możliwości z racji sędziwego wieku, ale to
                                                    był jeszcze p i e s .
                                                    W miocie mieliśmy dzieki. Stałem na flance, z daleka od zagajnika, a tu w pewnym
                                                    momencie na pokaźną odległość wychodzi dzik. Słyszę ujadanie Szaberka, który
                                                    jest chyba ze dwieście metrów od dzika. Tymczasem widzę, dzicisko obojętnie
                                                    zupełnie sunie po głębokim śniegu pod górę. Gdy dzik nieco podszedł -
                                                    strzeliłem, ale niestety strzał był spóźniony, w pobliże nerek. Dzik siadł na
                                                    zadzie i zaczął zsuwać się ze wzgórza w dół. Szaberek dopadł dzika i dawaj go
                                                    tarmosić za uszy. Był taki moment, że zamarłem: oj ... dzik Szaberka zmiażdży !
                                                    Ajej. Pies z taką chwalebną przeszłoscią, kulawy weteran - żal pieska. Więc
                                                    chciałem koniecznie dzika dostrzelić, a tu nie ma możliwości, bo Szaberek,
                                                    chociaż staruszek, ale zacięty, wisi po prostu na dziku. W końcu zdecydowałem
                                                    się na strzał. W momencie gdy Szaberek był w połowie tuszy dzika, strzeliłem za
                                                    ucho i zwierza dobiłem. Ten przewracając się przycisnął Szaberka. Podskoczyłem
                                                    więc w te pędy i wyciągnęłem psiaka, bo by się na pewno pod tym dzikiem niezbyt
                                                    dobrze czuł.
                                                    Tyle o Szamberaku. Śmieszna nazwa, ale doskonały pies.
                                                    Zasłużony !
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 21.02.07, 21:08
                                                    Miałem ot swego czasu w leśnictwie grubego dzika, za którym łaziłem od rana do
                                                    wieczora. Ale dzik był chytry, przebiegły i nigdy nie dał się podejść na
                                                    odległośc strzału. Kiedyś, chyba w połowie listopada 1950 roku, w dżdżystą,
                                                    ciemną noc psy zaczęły strasznie ujadać. Co jest ? Ubrałem się szybko i na
                                                    podwórze. Mieszkałem wówczas przy szosie i po prostu myslałem, że jakiś opryszek
                                                    kręci się w pobliżu. Ale patrzę, wszystko w porządku, a psy ciągną mnie w
                                                    kierunku bramy. No, pomyślałem, na pewno na polu są dziki. Położyłem się spać.
                                                    Skoro świt wstaję, patrzę przez lornetkę nie tylko kartoflisko, ale i żyto
                                                    zbuchtane doszczętnie. Cholernie mi się żal zrobiło tego żyta. Złapałem strzelbę
                                                    i na pole. Patrzę, są tropy tego grubego dzika. Poszedłem za tropem i gdzieś po
                                                    pół kilometrze w gęstej swierczynie słyszę straszną kotłowaninę. O, pomyślałem -
                                                    dziki urządzają harce, bo to okres huczki. No nic. Podchodzę bliżej i widzę:
                                                    jedna, druga, trzecia sztuka. To ja nic. Czekam. Bo nie miałem ochoty strzelać
                                                    przeciętnego dzika.
                                                    Po jakiejś chwili wysuwa się tabakiera kolosalnych rozmiarów, po chwili widzę i
                                                    szable sterczące ponad gwizdem. Zatrzęsło mnie z emocji. Ja ci dam za moje żyto
                                                    ! Strzeliłem raz, drugi - dzik pada w ogniu.
                                                    Ulżyło mi, ale nie miałem odwagi podchodzić, bo byłem bez zapasowego ładunku.
                                                    Odczekałem chwilę, podszedłem kilka kroków. Tak. To ten mój chytry, przebiegły
                                                    dzik. Ależ to była potężna bestia, powiadam wam. Po wypatroszeniu ważył 192
                                                    kilogramy.
                                                  • rita100 Re: Dalsze przygody Pana Aleksandra 21.02.07, 21:08
                                                    Ostatnie zdania Pana Aleksandra myśliwego nad myśliwym.
                                                    "Ech , tak. Rosną moi synowie. Byłem kiedyś u starszego w Nidzicy. Te warunki do
                                                    nauki ! Aż mnie coś za gardło ściska. Oni tego nie umieją docenić. Myślą, że im
                                                    się wszystko należy. Gdy kiedyś zawiozłem go do Działdowa i oprowadzając po
                                                    miasteczku, opowiadałem, jak było nieraz głodno i chłodno za mojej młodości - to
                                                    proszę sobie wyobrazić, czułem, ze chłopak mi nie wierzył.
    • rita100 Re: Darzbór ! 18.04.07, 20:25
      schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=398&pos=54
      A co Wy na to , jek Gajowy zidzioł takie dziki i takie maluśkie. Tak sobzie jidó
      szosyjó całkiem spokojnie. Co za zidok. To szczajscie zidzieć takó gromadke
      dziczków. Locha z lochem i dzieciuki, gwołt dzieciuków.
      Oj, pilnujta tartofle w polu wink)))
      • rita100 Re: Czorna zwierzyna 24.04.07, 20:04
        schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/Obraz%20057%7E6.jpg
        Łobaczyliśma na łobrazecku Gajowego całó wataha. Dziki nozywama czorna
        zwierzyna. A tero co byśma ziedzieli co i jek, podam słowniczek myśliski.
        Bandziem ziydzieć co i jek nozywajó.
        Tak czorna zwierzyna to taka wataha (stado dzików).
        warchlak - to młody dzik
        samura - to samica dzika bez potomstwa
        przylatek - dwuletni dzik
        odyniec - samiec dzika
        locha, maciora - samica dzika
        barłóg - legowisko dzika
        biegi - to nogi dzika
        gwizd - ryj dzika
        rapcie - racicie dzika
        słuchy - uszy dzika
        szable - dolne kły dzika
        tabakiera - nos dzika
        huczka - to okres godowy dzika

        To ło dziku wszystko łuż ziamy
        • rita100 Re:Ambona w zimie 04.02.08, 19:43
          schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=435&pos=57
          Psiankny łobrazecek
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=45397004&a=45397004

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka