Dodaj do ulubionych

Warnijski jermarek

20.10.06, 21:04
Kiermasy na Warmii
Walenty Barczewski napsisoł no noju , no Warnijoków cosik ciykawego. Ni może
być, cobyśma ni mnieli tyj psianknej ksiójżki w kóntku warnijskim.
To je ło gościnności ludziów warnijskich, ło zwycajach, ło zabazianiu sia,
łoj.... eszcze ło....

Hej, gody, gody, gody
Wen tu bańdzie zino z wody

"Prawy Warmiak nie wstydzi sie swojego dialektu, lecz jędrnie i żwawo nim się
wyraża."
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Warnijski jermarek 20.10.06, 21:06
      Ludność warnijską cechowała ogromna gościnność. Szczególnie te domowe jak
      bankiety, wesela, pogrzeby , a już największa gościnność była na odpustach w
      letniej porze. Szczególny powód Barczewskiemu do opisania tej uczty były
      kiermasy warmijskie czyli jak dzisiaj mówimy - odpusty.
      "Wyraz ten wprawdzie pochodzi z niemieckiego Kirmess - Kirchmess (odpust
      poświęcenia koscioła lub patrona), lecz rzecz sama jest wiele starsza, bo
      gdyśmy jeszcze nie mieli tej przyjemności zapoznać się bliżej z naszymi
      zachodnimi sąsiadami, mieliśmy już nase kiermasy, lecz pod inną nazwą.
      Zjeżdzają się bowiem i schodzą i u nas przy pewnych okazjach krewni i
      przyjaciele do jednego, który się dobrze przygotował i gości swych przyjął
      serdecznie, po bratersku - nie tak jak pewni ludzie, ktorzy nawet fajeczki z
      ust nie wyjmą ani nie wstaną od dzbana z piwskiem, jeżeli 'niezameldowany gość
      się do nich trafi' - słowem na kiermasach warnijskich uwydatnia się ta sama
      goscinność polska, z ktorej od niepamiętnych czasów nasi przodkowie słynęli.
      Jest to niezbity dowód, że nasza Warmia była i jest polską, bo zachowała mimo
      wiekowego nacisku starożytne obyczaje i narzecza polskie.
        • rita100 Re: Przygotowania na kiermas. 20.10.06, 21:28
          Zidze, co to je ksiójżka nad ksiójżkami i przysłowia i dowcipy hehe, co tamój
          ni ma. Ale spokojniutko zaczniemy łuraczać sia gościnnośció Barczewskiego i nie
          myle już jygo z Baczewskim - posłem do Parlamentu Rzeszy.

          "Podwórze wyczyszczone, dom przystrojony, okna i okiennice czysto umyte,
          fundament domu i komin białym wapnem świeżo obielone. Izba także świeżo bielona
          i gustownie malowana modrymi kwiatami. Na ścianach pełno obrazków schludnie
          okurzonych, nawet byś pajęczyn nie spostrzegł. Podłoga starannie wymieciona i
          posypana bielutkim piaskiem, stoły zestawione w długi rząd i przykryte
          lśniącymi obrusami własnej roboty, koło nich długie ławy malowane lub białe i
          stołki i krzesła w jednej lini - w każdym kącie porządek i ład."
          cdnj
          • rita100 Re: Bandziewam mieli gości 21.10.06, 20:00
            Bandziewam mieli gości
            "Dzieci już rano powstały; z radosci i ciekawości nawet spać nie mogły, a
            uczesane i ustrojone jak cacka. Stoją przy oknach niby żołnierze na
            posterunkach i wyglądają niecierpliwie. Naraz krzyknie Baśka:
            - Matulku, jadą ! Dyzicka ciotka z wujem i Michałkiem, za nimi Ługwałdzcy
            łoboje i Mykowscy, jekby się zmózili wszyscy razem, a i nasz wózek zidać, na
            niam dziadek Lamkowski z Marychną, nie darmo po nich pojechał Kubalek na kolej
            do Łolstyna!
            - O, to dobrze - odpowiada gospodyni, ktora jeszcze zawsze zatrudniona
            uprzątaniem i porządkowaniem różnych drobnych rzeczy. - Wyleć moja jagódko do
            nich na podwórze, a tych wujków i te ciotki to tak mocno ukochaj i uściskaj.
            Wyjdzie zaraz do nich łojczulek, a ja tu w izbzie ich przyzitam.
            Wtem woła Janek, ktory przy szczytowym oknie stał na czatach:
            - Patrzcie no, łojczulku, Gietrzwałdzcy z górki sia spuszczają, pełan wóz ich
            jedzie, ciotka siedzi w tyle z małą Katrynką na kolanach, przy ni Fynka i
            Anulka, na przednem siedzisku Józefek i Jędrysek, a Wyktorek trzyma lejczyki w
            rangku i pogania. Ci równo nama są nalepsi, bo wszyscy jadą chociaż nadali
            mają, jano wuja łostazili przy gospodarstsie.
            W wejcie, tam z drugiej strony, tam spod lasa na gorce miedzy jerzbami, to
            Linowscy i Butryńscy, a i spod Gieleków migoce sia para wozów, to pewnie konie
            Purdzkiego wuja tak skaczą, dzieci ni ma, za to nalepsze konie ma , może za
            niam i Pajtuńscy sia najdą.
            Jeki ja rad, to bańdziewam mieli gości, tyle wujów i ciotków, tyle bratów i
            siostrów !"
            • rita100 Re: Bandziewam mieli gości 21.10.06, 20:01
              No rychtycznio, zanosi sia co bandziewam mnieć gwołt gości w kóntku
              kiermaszowskim. Łobaczta co goście só nazwane łod nazwy mniejscowosći jek
              Gietrzwałdzcy , jak Purdzkie, Pajtuńscy, jak ciotka linkowa. To łuż jadó do
              noju z każdej srony swiata. Zjeżdzają sia goscie z łokolicznych wsi,
              gospodarstw. Całe rodziny wozami zjeżdzają się, a dzieciuki tak sia radujó co
              ni jidzie godać. Tak tero bandziem gości zitać, łobcałowywać, no ale ło tam
              bandzie psisał sam Barczewski.
              Tyle wujków i ciotków, bratów i siostrów !
              Chto ty ciasy pamnianto ? Tlo Cyfus smile
              • gajowy555 Re: Bandziewam mieli gości 23.10.06, 13:10
                No jó, toc tamój i ziency mniejscowości sia nojdzie:

                Dyzicka ciotka z wujem i Michałkiem - to dzisioj Dywity
                Ługwałdzcy - Ługwałd
                Mykowscy - Myki
                dziadek Lamkowski z Marychną - Lamkowo
                Linowscy i Butryńscy - Linowo i Butryny
                konie Purdzkiego wuja tak skaczą- Purda
                może za niam i Pajtuńscy sia najdą- Pajtuny

                Tak i Warnija prazie...
                • rita100 Re: Przyzitanie gości 23.10.06, 20:14
                  Gajowy, wyjątkowe te kiermase na Warniji. I wyjątkowa ta gościnność. A tak
                  psiankne, co chciałoby sia żuć w tych ciasach i na tyj Warniji.

                  Przyzitanie gości
                  "Tymczasem Baśka woła już z daleka:
                  - Zitajcie łu noju !
                  I z ojczulkiem i Jankiem wita pierwszych gości na podwórzu, tak ich ściskając,
                  że sie oderwać nie może:
                  - Jek my redzi ciotuchno, żeście przyjechali, mocnom sia waju spodziewali i nie
                  darmo. Jeszcze ni mawa nikogoj, jano Watemborscy na noc przyjechali, ale już
                  pośli na rane do kościoła, bo sia chcieli do spoziedzi dostać. Wyśta psiersze !
                  Tak mówiąc, wprowadza gości do izby, do matulki, gdy ojczulek z Jankiem zostają
                  przy koniach, aby i tym dać przegryźć.
                  Goście wchodzą do pokoju ("obtatani w płaszcze i chustki, bo z powrotem późno
                  się pojedzie, a tu w nocy zimno"), pozdrawiają staropolskim:
                  - Niech bańdzie pochwalony Jezus Chrystus !
                  Na co gospodyni radośnie przytakuje :
                  - Na zieki zieków. Aman. Zitajcie łu nas.
                  • rita100 Re: A gość dalej: 23.10.06, 20:15
                    A gość dalej:
                    - Boże wama daj szcześcia na tan uroczysty łodpust, żebyśta go w zdroziu drugi
                    raz doczekali.
                    - Bóg wama zapłać - oddaje gospodarstwo i dzieci. Po czym następują znowu nowe
                    uściski i pocałunki.
                    Tedy rozpoczyna wymowna gospodyni:
                    - A Bóg że wama zielgi zapłać, żeśta też do naju zajrzali, my sia waju
                    spodziewali, wyglądali i tak ciajsto o waju wspominali. Łisiądźta i zabawta
                    sia, jużci Gietrzwałdzcy i Pajtuńscy nadjeżdzają, pudzieta razem do kościoła.
                    Przy tym zdejmują gościom płaszcze i chustki, chowają do szafy i raczą ich
                    siadać do nakrytego stołu i przynoszą wino. Pan domowy, ktory tymczasem więcej
                    gości wprowadził do izby, nalewa we dwa kieliszki, podaje jeden gościowi,
                    bierze sam drugi, trąca i przypija do każdego "na zdrozie", na co odpowiedź:
                    psij (lub psijcie) z Bogam !
                    Do tego obrządku zwykle dwa kieliszki wystarczą, bo jeżeli jedno wypije, nalewa
                    się w ten sam drugiemu i tak dalej z kolei.
                    Do wina dają przegryźć słodkie ciastka w rozmaitych formach pieczone. Tedy
                    zasiadają wszyscy do kawy, kosztują kucha i podjedzą kawałek kaczki pieczonej,
                    kiełbaski lub od młodego prosiaczka, przy czym się krótko pomówi o
                    najważniejszych zajściach domowych i nowinach krążących po wsiach. Nareszcie
                    trzeba pochwalić kuch, ktory gospodyni sama z wielką umiejętnością i z
                    najlepszej pszenicy mąki przyrządziła i upiekła.

                    Jutro napsiszemy jak zrobzić wyśmienity kuch warmijski.
                    • rita100 Re: Kucht warmijski 24.10.06, 20:08
                      Kucht warmijski
                      Kucht warmijski to wysmienite pieczywo pszenne, którego nie zabraknie na żadnym
                      kiermasie. Dzielą się nim Warmiacy jak opłatkiem, kiedy się zjadą po
                      przyjacielsku, dzielą się nim przy rozjeżdżaniu, dają go i dla tych, ktorzy w
                      domu pozostać musieli. Gospodynie sporządzają go umiejętnie w taki sposób:
                      biorą pszennej lśniąco białej mąki, dodają mleka, jaj, cukru, masła, rozynów,
                      kaneli i oleku cytrynowego i może więcej czego, ale w tym tajemnica każdej
                      gospodyni (chyba drożdzy ? hihi), wszystko to propocjonalnie dzieląc i
                      mieszając ; tedy tego przyczynią, rozłożą na blachy i akuratnie dopilnowują w
                      piekarniku, nareszcie posypią na wierzchu mandlami (migdały) i cukrem albo
                      mączką z masła i tartego cukru.
                      Tak sporządzony kucht pokrają w raźne glonki i rozstawiają na malowanych
                      talerzach po stole nakrytym, dodając do niego na drugich talerzykach świeżego
                      masła i miodu. Skosztuj tego, a bedziez miał - jak to mówią -
                      "najsmaczniejszą w świecie pomazkę".
                      • rita100 Re: Odpust 24.10.06, 20:29
                        Niedługo zabawili goście przy śniadaniu, bo czas do koscioła na odpust. Zewsząd
                        słychać śpiewy, losiery nadchodzą. Widać na przodzie postrojone dziewice ze
                        świecami w ręku. Wyraźnie słychać słowa przepowiadacza :
                        Opatrzność Boga mojego,
                        Tylko się udam do niego.
                        Za nim wtórują wszyscy potężnym chórem tak, że się echo aż o niebo odbija.
                        Wszyscy skręcają do Bartęga na wielki odpust Opatrzności Boskiej, jedyny w
                        swoim rodzaju.
                        Goście wstają od stołu, żegnają się i mowią modlitwę dziękczynną za
                        pokrzepienie. Jedni wybierają się pieszo, drudzy wolą jechać do kościoła, "bo
                        jeszcze kawał drogi do Bartęga, a zapóźnić na kazanie to wstyd".
                        Powracają też już starsi synowie gospodarza z rannego nabożeństwa. Poszli na
                        rane, zeby podczas dużego zastępować w domu rodziców, ktorzy się teraz razem z
                        gośćmi wybierają. Skrzetnie i mile witają tak licznych przyjacieli, pełni
                        radości, ze się po południu zanosi na dobry kiermas.
                        • rita100 Re: Odpust 24.10.06, 20:30
                          - No, jek tam Józefku, czy już gwałt ludzi w kościele ? - pyta się Dywicki.
                          - Sroga moc, wujku, chciałam do spoziedzi ale gdzie tam, chyba do jutra czekać.
                          Łokropne ciasy dają sia nama mocno we znaki,(aluzja do walki kulturowej za
                          czasów Bismarcka),ksiajża wymierają, a drugich do naju przysłać nie wolno. W
                          Klewkach już dawno ni mają ksiandza, w Klebarku jano jednego, w Purdzie
                          żadnego, tak samo w Sząbruku, Jonkozie, Brąswałdzie. Dobrze, że my jeszcze
                          młodego mawa ksiandza kapelana, w tam cała nasza nadzieja. Dawni aż do
                          dwudziestu ksiajży sia na nasz łodpust zjechało, dziś jano paru zidać bułu. To
                          walka kulturna, wojna pyszałków z Panam Bogam, zrobziuła, ale Pan Bóg jam rogi
                          strąci.
                          - A łosiery już były jekie we wsi ? - dodaje dziadek Lamkowski.
                          - Już były, dziadku, sztery zidziałam na smantarzu, a po drodze tom przynajmni
                          sześć spotkali. Psiersze już wyprowadził nasz kapelan do koscioła. Słuchać też
                          buło muzyka z daleka.
                          - To nasza ! - woła z uniesieniem Butryńska - Nasze muzykanty są wywołane !
                          - Na, na, ciotko, nasze tajższe (lepsze), łusłuchata ich na duże (mszy), kiedy
                          wama zarzną bartajski tryumf (z Bartłąga hymn) - woła z uniesieniem Janek.
                          - Cias , moje dzieci - raczy na to dziadek - nagadawa sia po łobziedzie, jano
                          wszyscy przyjedźta na kiermas. Michałku , jedź ty naprzód, masz dobre i chybkie
                          konie.
                          I wyjechali.....

                          Łoj, co sia teraz bandzie dziać, co bandzie smile
                          Cias sia cole nie zmnienił tlo sia techniecznie udoskonalił - łobaczyta sami.
                          • rita100 Re: Bartąg 25.10.06, 20:12
                            Bartąg
                            "I wyjechali, jeno wozy dudniały, a kopyta tętniały jak wiatr - jek zietr.
                            Przebyli wieś i żyzne pola. Niejeden separat przy drodze tylko się mignął. Aż
                            na ostatniej górce zwolnili, bo tu i droga przykra i przecudny im się
                            przedstawił widok, któremu się napatrzyć nie mogli.
                            Bartąg z pięknym swym kościołem jakby z ziemi wyrósł. Wieża z niezwykłym
                            baniastym hełmem, jak w Sząbruku, zabieliła się najprzód spomiędzy wysokich,
                            zielonych klonów, które potężne swe konary nad szerokim rozłożyły cmentarzem.
                            Naokoło wielkie góry, w oddali ciemne lasy. W środku tych gór miedzy
                            urodzajnymi polami i łąkami zasiada na małym pagórku od niepamiętnych czasów ta
                            wieś nad rzeką Łyną, wijącą się krętym biegiem jak srebny wąż u nóg jej.
                            Bartąg starszy jest jak pobliskie miasto Olsztyn, bo gdy to zakładać mieli,
                            pisali w kronikach, że ma stać 'prope terram Bertingensem' - to jest Olsztyn ma
                            być zbudowany w bliskości ziemi bartęskiej.
                            • rita100 Re: Bartąg 25.10.06, 20:12
                              W czasach staroprusińskich było w tej dolinie już bardzo ożywione życie.
                              Dzisiejszy Bartąg założono 29 września 1345 roku i dano mu 32 chełmińskie
                              włóki. Zapis jego z 1363 roku zachował się do dzisiaj. Nawet nazwiska
                              staropruskich gospodarzy zdołano przechować. Roku 1462 zbuzony przez Wartmana z
                              Kirchbergu i spalony. Po raz drugi kościół sie spalił przed rokiem 1682, w
                              którym zbierano jałomużnę na jego odbudowanie.
                              Do Bartęga siedem prowadzi dróg, które wszystkie raźnie wysadzono drzewami i
                              szczepami prędko spuszczają sie w wysokich gór w piękną dolinę.
                              • rita100 Re:Odpust - jadziem końmi i furmankami - jazda ! 25.10.06, 20:14
                                Odpust - jadziem końmi i furmankami
                                Dzisiaj wszystkie te drogi są pełne życia. Na każdej długie rzedy wozów
                                i 'półkaretek', gdzie spojrzysz głowa ludzka, wszędzie śpiew i muzyka, w ktore
                                się uroczyscie miesza poważny głos dzwonów bartęskich.
                                - Odpust bartęski to równo coś innego jak nasz brąswałdzki - odzywa się
                                Spręcowska. - Co tam narodu, jeszczem ci bodaj nie zidziała tyle. Gdzie my też
                                miejsce dostaniem z koniami.
                                - Tam gdzie i drudzy - odpowiedział Michał, który jakby ze snu po tym wszystkim
                                się przebudził i podciął konie.
                                Zbliżyli się do mostu. Dywicki wstał na równe nogi, szperając z woza badawczym
                                okiem za wolnym miejscem dla swoich koni, bo już i przed mostem różne stały
                                furmanki:
                                - Gdzie my sia też podziejewa, mój Michałku, z naszam wozam i z koniami, a do
                                wsi by trzeba abo chociaż jano za most w gasa (drogę), żeby buło bliży do
                                koscioła.
                                Wyjechali za most. Wuj zawsze stał na wozie i oglądał się pilnie na wszystkie
                                strony. Zniecierpliwiony tym, jak się zdawało, bezskutecznym badaniem ojca
                                swego wspinał się i mały Michałek do dużego na siedziska i dulczał bystro w
                                gasę (wpatrywał się ostro w drogę). I nie darmo. Ostre oczki jego ujrzały
                                bowiem miejsce aż dla dwóch wozów.
                                - Wejcie (zobaczcie), łojczulku - krzyka uwinnie - ław na liwą przy rozie
                                wjedziewa na bok, nawróciwa tamte konie i kiwniem za nama na dziadka.
                                Ojczulek się oberzał, lecz aż zdrętwiał. Za nim jakie trzydzieści wozów z góry
                                zjeżdża na most, konie się rwą, za wolno im idzie, za wiele strzymywań muszą -
                                łbami rzucają, parskają rżą. Często slychać dyszel skrzypiący lub grzechoczący
                                po szczycie poprzedniego woza, a może i po grzbiecie niejednego gościa, ktoremu
                                się koniecznie chciało na kiermas. wink))))))
                                Ale dziadek dzielnie trzymał się zaraz za Michałem, wołając często na
                                przechodniów wysilonym głosem: z drogi ! I tak dostał się z nim szczęśliwie do
                                płota.
                                Zeszli z wozów, odpięli z orczyków postronki, rzucili koniom świeżej koniczyny
                                i poszli do kościoła.
                                Idąc gasą (drogą), wszędzie omijać trzeba było to furmanki, to ludzi. Wóz stał
                                przy wozie, przy nim konie chrubotały, pasąc się zgodnie na swoim lub cudzym
                                obroku. Spotkali się, nim zaszli do kościoła, z niejednym przyjacielem, z
                                niejednym znajomym.
                                ----------
                                Dzisiaj nazwalibyśmy to korkami i no co dzisiaj parking byłby płatny smile Wypisz
                                wymaluj, furmanki zastąpiły dziś auta - czy jutro będa lotniska i samolociki
                                parkowały ?
                                  • rita100 Re: Kazanie 25.10.06, 20:59
                                    Jek narazie to wsiadaj na wóz drabiniasty i na kiermas wink))))i na kazanie

                                    Większy jeszcze tłok zastali na głównej drodze przed kościołem. Ledwie ostatnie
                                    kompanie przedostać się mogą. Przy cmentarzu widać było budy z różnymi
                                    błyskotkami i owocem. Ciekawość ludu wiejskiego przy takich rzeczach prawie
                                    niespożyta jest.
                                    - To by dobre było na Michałka, to na Fynki - chwalili sobie goście.
                                    I z pewnością byliby się spóźnili na nabożeństwo gdyby ich dzwonek wymowną nie
                                    był mową swoją przekonał, ze tu dziś w innym stawili się celu.
                                    Więc poszli na kazanie. Na cmetarzu nagle uroczysta zapanowała cisza, gdy
                                    kapłan na ambonie się pokazał. Czytał donośnym głosem ewangielię o liliach i
                                    róznych kwiatkach, ktore Bog tak cudownie przystraja, dalej o ptactwie w
                                    powietrzu, które nie sieje ani rżnie, ani zbiera do gumien, a Ojciec niebieski
                                    żywi je.
                                    A jeżeli tyle pieczy ma nad trawą i zwierzętami, im więcej (o ile więcej) nad
                                    ludźmi....(...)
                                    • rita100 Re: słuchajta, słuchajta kazania 25.10.06, 21:01
                                      Słuchali z natężoną uwagą kazania, jak to zwykle spostrzec mozna na katolickiej
                                      na wskroś Warmii. Oczy wlepili w księdza, jakby go wzrokiem przeszyć chcieli,
                                      słowa wyciągali z ust jego, jak pszczółki miód z kwiatka. Michał aż gębę
                                      otworzył tak słuchał. Tu i ówdzie głową przytakiwał, jakby na potwierdzenie
                                      prawd przez kaznodzieję objaśnionych. Nawet tabaki nie zażył, choć mu z różnych
                                      stron po cichu ją podawano, bo zwykł mawiać: "kiedy ja poszczę, to niech i nos
                                      pości". Byłby z pewnością aż do końca w pilnej atencji wytrwał, gdyby mu nie
                                      był znacząco przykiwnął Wojtek, ktory już dziadka i otoczenie jego prowadził do
                                      kościoła, żeby na sumę dostać się w ławkę, choćby tylko na chór: "bo
                                      mniamnieckie kazanie zawdy sia miejsce dostanie".
                                      Poszli tedy na chór i "mieszkali na wysokości", z ktorej widzieli i słyszeli
                                      wszystko, co się w całym kosciele działo.
                                      • rita100 Re: jak na mnamnieckim kazaniu 25.10.06, 21:03
                                        W kosciele także panowała głeboka, tajemna cisza - "kończuło sia prazie
                                        mnamnieckie kazanie". Widzieli tu także potakujące głowy, lecz kiwanie to było
                                        nieregularne i nadzwyczaj głębokie, widzieli wlepione oczy, lecz te wlepione
                                        były w otwarte książki lub zamknięte ławki, niejedno oko było zalepione;
                                        słyszeli oprócz słów kaznodzi lekkie i cięzkie sapanie w różnych tonach.
                                        Przykre to polożenie dla kaznodziei.
                                        - Dziadku - szepcze niecierpliwie Michałek, ktory na tryumf już doczekać się
                                        nie może - dziadku, toć tu spsią, słuchajcie jano: chrapsią.
                                        - Uspokój sia, moje dziecko - zacisza dziadek - łoni jano siedzą jek na
                                        mnamnieckam kazaniu, co go tu moc ani za fenik nie rozumi. Poczekajno i tobzie
                                        pewnie sia kiedyś tak przytrasi. Do tego też tu i mocno gorąco, niejedan sia
                                        nie daje, zidzisz, jek sia czestują tubaką, ale i to razu nic nie pomoże.
                                        Oczywiscie walczyli niejedni ze sobą i ze śpikiem, drudzy pozostawali jakby w
                                        postawie nieprzytomności i drgnęli na "Amen" nie byle. Zdziwieni otwierali z
                                        wolna wstydliwie oczy, trzeźwiąc się do reszty na pełne akordy organów i
                                        przypominając sobie, że się na świetym znajdują miejscu.
                                        • rita100 Re: zarznęli muzykanci na chórze tryumf 26.10.06, 20:31
                                          "Już snadź (podobno) i na cmentarzu rozległo się wielowładanie "Amen", bo szmer
                                          powstał i chodzenie, i stukanie. Tłoczy się do kościoła kto może, pakują się w
                                          ławki i tak już przepełnione. Pot, jak ciepły deszcz, spada po nosach, bo sie
                                          trzeba wysilać, aby choć szczupłe miejsce zdobyć, a "bez pracy nie ma kołaczy".
                                          Ławki wprawdzie tego trzeszczą i jęczą, lecz jeszcze się nie łamią. I któż by w
                                          takim tłoku na to zważął.
                                          Zresztą organy i pieśń po kazaniu: "Boże Ojcze racz być z nami" zagaiły i
                                          zakryły wszystko tak, że gdy kapłan przy wielkim ołtarzu silnym zanucił głosem,
                                          wszystko już było w dobrym porządku.
                                          Wtem odezwał się dzwonek nad zakrystią. W złotym ornacie wychodzi kapłan. Na
                                          pokazanie się kapłana "zarznęli muzykanci na chórze tryumf bartęski, najlepszy
                                          jeki mogli", aż się o mury odbijało, okna silnie zadrzały. Aż miło było, serce
                                          uniesione prędzej bić zaczęło. Do trzech razy powtórzyli ten śliczny tryumf, po
                                          czym zaraz zaintonowali wspaniały śpiew....
                                          • rita100 Re: siadają na wozy 26.10.06, 20:33
                                            Dopiero po mszy świetej, gdy zaczęli wychodzić z kościoła, rozpoczął się gwar
                                            najprzód jakby od pszczół, tedy zawsze głośniejszy, nastąpiły radosne
                                            powitania, pocałunki. Cała wieś jakby odżyła, wszędzie ludu pełno, wszędzie
                                            gwar i radość.
                                            Zwołują się goście, siadają na wozy, kiwają na tych, co pieszo przyszli,
                                            przepełniają "siedziska i pubraki" dla wielkiej radości dzieci, patrzących " w
                                            oknach i dźwierzach". Jeden wóz za drugim posuwa się z wolna, bo malo miejsca
                                            ładnego, a wiele ciężaru pańskiego. Ale konie nie zważają na przepełnienie,
                                            ciągną, a kiedy im przyjdzie pod górkę, to ustają, stękają, odpoczywają, a
                                            ciągną dobywając wszystkich sił. Lecą jak mogą, bo wiedzą, ze ich na kiermasie
                                            dobrze wynagrodzą.
                                            • rita100 Re: Powrót z kościoła 26.10.06, 20:34
                                              W domu gościnnym mniejsze dzieci gospodarza stoją znowu w oknach jak z rana i
                                              wskazują pełni radości i szczęścia paluszkami na drogę, którą goście jadą.
                                              Poznają swoich wujków i ciotki po czapkach, po kapeluszach, po chustach, po
                                              koniach, po wozach.
                                              - Wejcie (zobaczcie), matulku - woła Baśka - wszyscy powracają do naju, co byli
                                              z rana na kazie i na kuchach, a jeszcze i drugich ze sobą ziozą. Dajcie jam na
                                              przyjezdne najlepszego kucha i zina, i miodu, i masła, i psiwa, i wątrobki, i
                                              musku (móżdzek), i reżu, i psieczonki, i łogorka i.... i...
                                              - Jół, jół (tak) moja córeczko - przytakuje matulka, nie zważając dużo na swego
                                              wielomównego trzpiota, bo zajęta ciągłym jeszcze sprzątaniem róznych rzeczy i
                                              ostatecznym przyrządzeniem obiadu, który dziś gotuje w kuchni w piekarniku
                                              zamiast w izbie na kominku, żeby tu było schludnie i nie przeszkadzało gościom
                                              i kucharkom.
                                              - O, już dziadek niedaleko - raduje się Baśka - i Michałek, i ciotka, i Purdzcy
                                              już są kiele krzyża Bziańkowego.
                                              - To nie ciotka - przeczy Janek - to jest wujna, co ty ziesz, a tam nie Purdzcy
                                              jano Sprancowscy i z watamborski strony, ty nic nie ziesz !
                                              - Prazie ja ziam - kwili się siostrzeyczka - na nie matulku ? Pódźcie tylo
                                              łobaczcie !
                                              Przyszła matulka do okna, zobaczyła i - Baśka miała słuszność. Tryumfująco kole
                                              paluszkiem do Janka i woła :
                                              - Wej, czy ja ci nie móziuła, na nie matulku ?
                                              - Jół, jół, moja jegodko, tyś móziuła, tyś móziuła.
                                              Ale teraz śleźta z łokna, bo to nie raźnie wygląda.
                                              Lećta na podwórze uradować sia gościom naszam.

                                              nie raźnie - nie dobrze.
                                              • tralala33 Re: Powrót z kościoła 26.10.06, 21:00
                                                Dajcie jam na przyjezdne najlepszego kucha i zina, i miodu, i masła, i psiwa, i
                                                wątrobki, i musku (móżdzek), i reżu, i psieczonki, i łogorka i.... i...

                                                Musku bum nie jadła no to reszta - dzisiaj tom nie mniała ciasu łobziadu
                                                urychtować a tu takie jadło na Warniji.
                                                • rita100 Re: Powrót z kościoła 26.10.06, 21:17
                                                  i... i.... i poczkaj na jarmark w realu , pójdziasz na zieś i bandziesz
                                                  gościam cyli ciotka łostynska wink))) i kucha i zina, i miodu, i masła, i psiwa,
                                                  i wątrobki, i musku , i reżu, i psieczonki, i łogorka i.... i...

                                                  A tamciasem jepko niech starczy wink))
                                                  • rita100 Re: Powrót z kościoła 27.10.06, 20:38
                                                    Dzieci wyleciały jak wicher na dziedziniec z żywymi okrzykami.
                                                    - Kto prandzy, kto prandzy ! Zidzisz jekie ciste podwórze ? Goscia sia
                                                    poradują. To ja wczora w zieczór tak zamietła, ażem dali ni mogła, a dziś
                                                    nabzielszam psiaskiem posypałam.
                                                    - Co, jano ty a ja nie ? - woła znowu rozdziczony Janek.
                                                    - Jół, jół i ty mój braciszku, ale nie bądź zawdy taki zły na mnie.
                                                    - Ja ci jest mocno dobry - wtrąca Janek - tylo nie gadaj zawdy tak gwałt. Daj
                                                    mi lepsi gąbki na zgoda i stul ją potam.
                                                    I zgodzili się szczerym pocałunkiem pokoju.
                                                    Na dziedzińcu już starsi bracia z kilku innymi gośćmi i służącymi stali w
                                                    pogotowiu na przyjęcie wracających z koscioła. Juz konie "wkrakowały" ( z
                                                    trudem dojechały) się z pełnymi wozami pod górkę, na której stał dom, gumna i
                                                    ogrodzone podwórze. Już stali na podwórzu witani serdecznie od wszystkich
                                                    domowych i mile proszeni "wstąpić" do izby.

                                                    Tymczasem parobcy wyprzągali konie, głaskając je, bo aż piana stała na nich,
                                                    tak się pogrzały. Tymczasem goście weszli po kamiennych schodach przez wysoki
                                                    próg a niskie 'dźwerzany'co izby.
                                                  • rita100 Re: Izba 27.10.06, 20:39
                                                    Starowarmińska izba jest to wielki, częstokroć jedyny pokoj całego domu, który
                                                    z trwałego drewna wystawiony, słomianym dachem pokryty, przez sień dzieli się
                                                    na dwie części: w jednym końcu komorki dla ubrania i dla służących, w drugim
                                                    owa wielka izba mieszkalna i często sypialnia zarazem.
                                                    Przy nakrytych stołach już siedzi kilka osób przy kuchu i piwie i tak są zajęci
                                                    rozmową i apetytem, że na nowo przybywających gości wcale dużo nie zważają i
                                                    tylko głową im przytakują i ręce im przez stół podawają.
                                                    Tak do jednej izby zbierają sie wszyscy, dzieci i starsi, dla wszystkich jest
                                                    umieszczenie i jedzenie, ale do stołu przystępują najprzód sami starsi, a
                                                    dzieci po nich razem z domowymi.
                                                  • rita100 Re: Obiad na kiermasie 27.10.06, 20:40
                                                    ("Sietom grychtów" i rozmowy gości przy stole)
                                                    Powoli zapełniają się miejsca przy długim stole, nawet nie wystarczają. Trzeba
                                                    drugi rząd ustawić, tyle dzisiaj gosci. Gospodarz 'jeno się uśmiecha', taki
                                                    szczęśliwy, bo tyle już dawno się nie zjechało. Widać , że go przyjaciele
                                                    poważają i miłują. Toteż każdego serdecznie wita, całuje i prowadzi so stołu.
                                                    Zdaje się, że już wszyscy się ześli, bo najstarszy niby patriarcha familijny -
                                                    Dziadek Lamkowski - wstaje do modlitwy. Wszyscy naśladują przykład starszego.
                                                  • rita100 Re:Przynoszą pierwszą potrawę: 27.10.06, 20:41
                                                    Przynoszą pierwszą potrawę:
                                                    rzadki ryż z kurą, przyprawiony muszkatowym kwiatem, pietruszką, kolorabą,
                                                    marchwią i pachnącą kubebą, do tego chleba sitnego. Każdy sobie naczerpie na
                                                    swój talerz, którego używa do wszystkich następnych potraw. Z widelca i noża
                                                    także ;nic sobie nie robiąc', woli palcami obierać gnaciki (kości), ktore
                                                    nareszcie rzuca pod stół.
                                                    Przynoszą drugą strawę zwana słodka skopozina z selerią (mięso baranie),
                                                    cebulą, pietruszką i z nieuniknioną kubebą, do niej ziemniaki - rozpoczyna się
                                                    już żwawa rozmowa.
                                                  • rita100 Re: Muzykonty rżneli 27.10.06, 20:42
                                                    - Też to dzisiaj i ludu buło na tam łodpuście - mówi dziadek - bodajamci tu
                                                    jeszcze tyle nie zidział, choć mi już łósmy dziesiątek na kark włazi. Ale też
                                                    buło i na co przyść. Co to za śliczne nabożaństwo, a przy tam pozietrze, że aż
                                                    pachnie, a i tan tryumf mi jeszcze w łuszach brzmi. Kubalu, co to za jedni
                                                    teraz muzykują na chórze ?
                                                    - To ziecie, dziadku - tłumaczy uwinnie Kubal - wszystko są gospodarskie syny,
                                                    co sia na łurząd koscielny muzyki wyłuczyli i nigdy na wesela grywać nie
                                                    chodzą: Mataniów Kuba grywa na tubzie, Zieczorków Józef na trompecie, Ziantków
                                                    Jochim na waltorni, Barzińskiego Frącek na tenorze, Duliszów Matys na
                                                    bekornecie, Jacków Michał na filotei, Kowalik na pykolu, a stary Gapa na
                                                    bambnie.
                                                    - To wejta zuchy, aż ci mi sia chce ich pochwalić. Michałek im sia dzisiaj
                                                    napatrzyć ni móg. Mały Kowalik dosadzał na pykolu, brał całą oktawę wyży, gdzie
                                                    sia jano dało. Mały jek rankazica, ale tchu w niam jek u nura. A tubzista
                                                    nadymał swe jegody jek miechy w kuźni, przy czym wójsy mu wstawały i spadały
                                                    jek łu jeża jigły, co baziuło mocno Michałka, a naziancy tan jedyny bartajski
                                                    tryumf..
                                                  • rita100 Re: Idzie trzeci grycht 28.10.06, 21:12
                                                    Wtem gospodarz:
                                                    - Dobrzeć wy gadacie, łojczulku, toć młodzi aż gamby poroztwarzali, tak sia
                                                    przysłuchują. Ale i ło jedzeniu nie trzeba zabaczyć (zapomnieć), a tu i
                                                    kucharki nacierają, żeby jam nie łostygło.
                                                    Idzie trzecia potrawa.
                                                    - Weźta no sia do ty czarniny z pszannami kluskami. To buł zawdy mój nalepszy
                                                    grycht (potrawa) - prędko wtrąca Gietrzwałdzka - a jeka słociuchna, gwałt w ni
                                                    cukru i śwaczek (czerwonych śliwek), a mało majranu, kaneli, goździków, a i
                                                    trocha cybuli i łoctu, a cąbru to już wcale w nia nie włożyły, bo niektórzy nie
                                                    lubzią z cąbrem, mózią, że za łostra, że za duży zapach.
                                                    - Bo też i smaczna - przytakuje Wartemborska - ne za kwaśna a taka tłusta,
                                                    mnenso nyc ne rozwarzone, kluski ne za twarde, to zidać dobre kucharki ty só.
                                                    - Ale cąbru trocha ja mocno lubzia !
                                                    - I ja !
                                                    - I my ! - wołają drudzy.
                                                    Lecz gospodarz na wszystko uważa, a widząc, ze piwa w szklankach nie ubywa ,
                                                    woła:
                                                    - Ale też potoknąć trzeba, bo papku to jół, a tutku to nic. Psiwo powlewane w
                                                    śklankach wyzietrzeje.
                                                    - Bo ty byś tylo raczył Jekubzie - wtrąca Butryński. - Toć równo wszystkiego
                                                    łoraz nicht ni może. Nie bój sia, toć i to sia najdzie, my sobzie powoli dawa
                                                    reda, my sobzie już 'potwierdziem' i twoje pubeczki wysuszam.
                                                  • rita100 Re: Idzie trzeci grycht 28.10.06, 21:13
                                                    Tedy odzywa się Purdzki do białowłosego dziadka:
                                                    - Wyście tam wspomniali, dziadku, że teraz ustanaziać ksiajży już mogą. Moje
                                                    ludkowie, co to sia równo nieraz wyrabźia na tam świecie, to rzecz niepojanta.
                                                    - To też nie dziw, że dzieci sia teraz tak psują, a kiedy na drodze sia spotkam
                                                    z jakim chłopcam, to ani czapki przede mną staram nie styjnie, ani Boga nie
                                                    pochwali jek to dawni bywało. A dziewczaki też nie lepsze, chyba przed jakam
                                                    pankam to przebąkają "guten Tag" albo "guten Abend" - choć z rana. A kiedy
                                                    wyjdą ze szkoły, to takie głupsie jek szpak. A po mniecku to też jano tak długo
                                                    póki febel (elementarz) w ranku trzymają, bo za rok, za dwa to zabaczą, czego
                                                    sia nałuczyły, a nie zrozumiały. Co to też z tego wyrośnie ! Toć i ja równo
                                                    nauczyłem sia po mniecku cytoć, a i rozmóziś w pubzieda z Mniamcam mogą, chocom
                                                    sia szlole naziancy po polsku łuczyli. Bo też nauczyciel nama mniamczyzna po
                                                    polsku wykładał i słowa łobjaśniał, co znaczą. Ale teraz to ciajsto do naszych
                                                    dzieci takich nauczycieli przysyłają, co ani słowa po polsku nie łumieją, toteż
                                                    dzieci sia z niami rozmózić.
                                                  • fedar Re: Idzie trzeci grycht 29.10.06, 18:51
                                                    rita100 napisała:

                                                    > Idzie trzecia potrawa.
                                                    > - Weźta no sia do ty czarniny z pszannami kluskami. To buł zawdy mój nalepszy
                                                    > grycht (potrawa) - prędko wtrąca Gietrzwałdzka - a jeka słociuchna

                                                    U nas kiedyś jadło się taką czarninę na słodko. Z tego co pamiętam, to oprócz śliwek dawało się inne owoce (chyba gruszki). Rito, ale z tym wątkiem dobrze utrafiłaś smile
                                                  • rita100 Re: Idzie trzeci grycht 29.10.06, 20:03
                                                    To nie ja, to Tralala poleciła tą wspaniałą ksiązke , jadlodajnię, zabawę i
                                                    obyczaje wiejskiej ludności. Tylko pozazdrościć , że kiedyś tak fajnie się żyło
                                                    rodzinnie. Czuć emocje, radość , i ta niesamowita gościnność. A czarnine , to
                                                    zdaje sie podawało jak polewke dla chlopaka , który prosił o rękę, jako nie
                                                    przyjęcie tej ręki. Tak prawdę mówiąc to nie jadłam i nie podawała tej
                                                    czarniny. Wiem , że ją się robi z krywi gęsiej. Jenu, podżyna się gardło i
                                                    ulewa się krew z której robi się czarninę. Jak to można lubieć ? Jako dziecko
                                                    widziałam to - fe
                                                  • rita100 Re: przynoszą czwartą strawę 29.10.06, 20:05
                                                    Tymczasem przynoszą czwartą strawę: "rantowną psieczonkę" (pieczeń wołowa)
                                                    dobrze zaprawioną cebulą i solą, do niej zaś nieunikniony chrzan i kartofle.
                                                    Tu ciotka Luca spod Jankowa nie może powstrzymać zasłuzonej pochwały i rzecze
                                                    do nadchodzącej gospodyni:
                                                    - Dotrasiułaś tą rantoziną, oj dotrasiułaś. Chrzan taki ma cisty smak, że i ja
                                                    pojąć go moga. Ale przyjrzyj sia jano Butryńskiemu. Tan go tka (zajada) jek
                                                    sieczka.
                                                    Czy łu waju na łogrodzie rośnie chrzan ?
                                                    - Rośnie - odpowiada gospodyni pełna radości, ze gościom tak do lubu
                                                    (przyjemnie). Zaraz za budynkiem na łogrodzie i to taki długi, ze go
                                                    przełamuwać musiwa.
                                                    Kiebyśta na wasz kiermas chcieli z kruszyna, to wama Elzka może jiść łukopać
                                                    choćby i z "Palmową kruszyną".
                                                    - Co to je "Palmowa kruszyna" ? - pyta Butryński, liząc resztki chrzanu z
                                                    talerza i z palców.
                                                    - To je tyle - odpowiada Linkowski, patrząc niedwuznacznie na niego i na
                                                    talerz - zeby sztery konie miały co ciągnąć. Bo nieboszczyk Palma to zazwyczaj
                                                    buł maział na fura w żytnych drabziach, że to 'kruszyna' i łon nazwoziuł we dwa
                                                    konie tyle, co drugi we sztery. A kiedyś go zapytał ło co, łodpoziadał ci
                                                    zawdy: buło tam kruszyna pszanicy, kruszyna jańcznianiu, łowsu i żyta, choć
                                                    miał pełne stogi i brogi, a kruszyna mniodu zawoziuł na kiermas śwanty Anny do
                                                    Watamborga i miał go na pumniasta.
                                                    - To prawda - przytakuje Wartemborska wujna - co rok ten Palmowski przyjeżdzał
                                                    i co mne na gnadem koniu z tem mniodem. Zawdym kupsiła od nego, mnerzył suto i
                                                    dał tano. Bynde zięcy razy mnód łu niego zamaziać i pociestuje go ryntownym
                                                    mnensem.
                                                    - Na ne, waść Ługwałdzka dobroćko ?
                                                    - Bo mnie nie waście ani nie dobroćkujcie - zastrzega się Ługwałdzka
                                                    - Nakci (jużci) i w Biskupcu i w Łostynie tak się wysłaziają - wtrąca zbierając
                                                    resztki czwartej strawy Wiewiórka ze Stańslewa.
                                                    - Ja bych wolała wama lepsi co ło łony wojnie w Beredynku poziedać, kiebyśta
                                                    mnie słuchać chcieli.
                                                    - Chcewa - wołają różne głosy.
                                                    --
                                                    To tera Tralala pozie ło wojnie w Beredynku smile
                                                    poziesz ?
                                                  • tralala33 Bitwa w Bredynku 29.10.06, 20:27
                                                    Bredynek, wielka wieś polsko-warmijska pod Biskupcem, malowniczo rozbudowana
                                                    wokoło dzwudziestomrogowego dawnego jeziorka, nabrała dziwnego rozgłosu przez
                                                    lokalną wojnę w maju i czerwcu 1863 roku. Przyczyną wojny było gwałtowne
                                                    spuszczenie owego jeziorka.
                                                    Bredyczanie umiłowali wielkie jeziorko tak wielce, że uważali, iż bez niego ani
                                                    gospodarować, ani żyć się nie da. Mieli z jeziorka swego dobrą wie, i ryb
                                                    dostatek, wygodę dla bydła, dla gęsi i kaczek.
                                                    Na końcu tego jeziorka stał wodny młyn, przy młynie – karczma. Nowy młynarz
                                                    zauważył, że większy zysk będzie z wielkiej łąki niż małej wody. Namówił
                                                    gospodarzy w karczmie, żeby podpisali dokument, że woda należy do wsi, a rola
                                                    pod nią do niego. Gdy tak się stało – zaczął spuszczać wodę. Bredyczanie
                                                    przeszkadzali mu w przekopaniu tamy, lecz młynarz sprowadził odział żołnierzy z
                                                    Rastemborka (Kętrzyna) w sile 24 chłopa i jednego oficera. Ci dali salwę na
                                                    wzburzony tłum uzbrojony w kije, cepy, widły i rydle. Padło na miejscu pięć
                                                    osób, a pięć w ciężko rannych wyzionęło wnet ducha. Ludzie uciekli z krzykiem
                                                    do domów, a żołnierze za nimi strzelali i kłuli bagnetami. Młoda dziewczyna,
                                                    Anna Pliszkówna, otworzywszy drzwi, by się dowiedzieć, co się dzieje, ugodzona
                                                    kulą w głowę padła trupem w sieni. Podobnie padła ciężarna kobieta ugodzona
                                                    bagnetem. Liczbę zabitych podają na siedemnastu.
                                                  • tralala33 Re: Bitwa w Bredynku 29.10.06, 20:27
                                                    Naoczny świadek, gospodarz Kantel z Berdynka pisze 15 stycznia 1923
                                                    roku: ‘Chciałbym oznajmić, com był proszony, jak się robiło w Bredinku roku
                                                    1863, 6 maja, kedi ten munarz ... niedobroczyńca dał ten lub pozabijać, to na
                                                    tem placu padło 5 chłopof, 3 kobiety i 2 dzewczaki trupem i przes 30 czejszko
                                                    rannech, a otech rannech any jeden nie wyzdrowiał. Te zabite to były wszystkie
                                                    zachowani w Ziskupcu (Biskupcu) na smentarzu.’
                                                    W metryce kościelnej stoi taki spis nazwisk: 1. Ignatz Koziołek, Bauer, 46
                                                    Jahre, 2. Valentin Klomfass, Altsitzer, 66 Jahre, 3. Rosalia Formanski, 46
                                                    Jahre, 4. Anna Formanski, 46 jahre, 5. Anna Pliszka, 19 ½ Jahre, 6. Frau
                                                    Elisabeth Skupski, 28 Jahre, Freidrich Schäfer, 50 Jahre, 8. Anton Koenigsmann,
                                                    28 Jahre, 9. Joseph Moek, 80 Jahre, 10. Infloge Stichwunde + valntin Skupski,
                                                    45 Jahre, 11. Michael Jahn, 45 Jahre, 12. Johann Stolla, 45 Jahre, 13. Anton
                                                    Biendara, 47 Jahre, 14. Michael Lompa (ze Stanslewa).
                                                    Po tym ‘zwycięstwie’ żołnierze pozostali w Berdynku, aż bagno spuszczono i
                                                    wysuszono. Młynarz wygrał – lub przegrał. Czterdziestu dwóch gospodarzy z
                                                    Berdynka dostało pozew na sąd, dziewięciu dostało 6 do 9 miesięcy więzienia.

                                                    Młyn z karczmą stał, gdzie dziś karczma nad drogą do Biskupca stoi. Na miejscu
                                                    bitwy postawiono zaraz w 1863 roku krzyż. Przy krzyżu sfundował pobożny
                                                    gospodarz i prowadnik łosier do Świętej Lipki, Jan Skupski II, w roku 1864
                                                    kaplicę, w której się odprawia corocznie po Wielkanocy msza dla chorych i
                                                    niedomagających, oraz za padłych w ‘wojnie’ i ich krewnych.
                                                  • tralala33 Re: Bitwa w Bredynku 29.10.06, 20:27
                                                    Tero ta zieś Bredynki sia mnianuje. A łobrazek kaplicy je na stronie domu
                                                    warmińskiego
                                                    www.domwarminski.pl/content/view/85/129/
                                                    Kaplica z roku 1884. Ufundowana przez Jana Skupskiego, stojący obok niej krzyż
                                                    postawiono w roku 1864. Powstanie kaplicy wiąże się z dramatycznymi
                                                    wydarzeniami z roku 1863. Wówczas młynarz Gross kupił wiejski staw chcąc go
                                                    osuszyć i zamienić na łąkę. Przeciwko tej decyzji zaprotestowali mieszkańcy
                                                    wsi. Przepędzili oni robotników, następnie żandarma, a wreszcie sprowadzeni
                                                    piechurzy pruscy oddali ogień do protestujących. Zginęło 14 osób, a 20 odniosło
                                                    rany.
                                                  • rita100 Re: Bitwa w Bredynku 30.10.06, 20:29
                                                    - To wyście Zieziórka ze Stańslewa i graniczycie z Bredynkiem ? - pyta się
                                                    ciekawie ciotka Luca.
                                                    - Tak jest. Nazywają mnie Zieziórką, ale ja sie psisze z łojca: Wiewiórka. Tak
                                                    jek wy mówita: Ziach - my Ziech, a łon sie pisze: Wiech. Ale to wszo jedno. Oan
                                                    Bóg nama mowe dał, a człek ni może za przydatki od swej matki. Po nastach ( w
                                                    Beredynku, Rydbachu; po niastach) mózią: waść, dobroćko, pany, my zieszczuchy
                                                    (mieszczanie) w Stańslezie, Bredynku, Stryjezie, Węgoju móziwa: "ty", na
                                                    starszych "wy". Taki parady zaś jek w wysoki mozie polski: "daj mi pan", "nie
                                                    nierz mi pani za złe" - ma nie znawa, lecz to wciórko na to samo wyjdzie.
                                                    - A jek was babka tu do naju przyprowadzoiuła z tak daleka ? - pyta dalej
                                                    ciotka Luca.
                                                    - Jam się tu wżeniła (wyszła za mąż) i rada na kiermasach i weselach pomagam
                                                    kiej mne zawołają.
                                                  • rita100 Re: Piąte i szóste danie 30.10.06, 20:30
                                                    Następuje piąte i szóste podanie: pieczone gęsi z cebulą, majranem, jabłuszkami
                                                    tego natkane i prosiaczki także gustowane nadziane wątróbką z cebulą, pieprzem
                                                    pachnącym i ostrym, jajeczkami i tartą cóltą (bułką). Do tego prażona kapusta i
                                                    na życzenie chleb gruvy, dalej zaprawiane wiśnie, ogórki, borówki itp. Nawet
                                                    mustryku (musztardy) nie zabrakło, chociaż na nią starsi patrzeć nie mogli.
                                                    - Szkoda, że to tak dobrze zaprazione, szkoda, że nalepsze na łostatku -
                                                    ubolewa Kazimierz Ługwałdzki.
                                                    - Łoczki by rade chciały, ale gardełko już ni może. Jeki to mniły zapach
                                                    zalatuje. Też to równo i kucharka ta gospodyni.
                                                    Jakby na boleść Butryńskiemu, który się szczęśliwie przegryzł przez wszystkie
                                                    sześć potraw, teraz już też zwątpił, przynoszą jeszcze dziewięćfuntową szynkę i
                                                    zajęczynę. Lecz to już czynią więcej na okaz obfitości, niż na dalszy pokarm,
                                                    bo tu

                                                    ..... Obfitości sadowi się wszędzie
                                                    ..... Jakby kurów po grzędzie.

                                                    Patrząc z upodobaniem na te wyborne potrawy, nie zakończają jeszcze objadu,
                                                    lecz gwarzą różnie i rozmaicie....
                                                  • rita100 Re: Siódmy i ostatni grycht 31.10.06, 20:26
                                                    Wtem wchodzi gospodyni, a przekonawszy się jednym rzutem oka, że gościom obiad
                                                    nie schodzi, gani jedynaczkę:
                                                    - Na, na, trzpsiotku, jużeś sia znowu rozgadała. Zamist gości poraczyć, to ty
                                                    jich jeszcze bałamucisz !
                                                    Ryby jeszcze chciała przynieść - takiem duże klanie i szczupaki dostali ze
                                                    Szkandy, a z bartajżkowego jeziora mniejsze łokóńki i płociczki i z Łyny
                                                    smaczne wangorze i reki.
                                                    - Bo ciotki nie chcą już mniajsa ani ryb - to na zieczerza. Ale łostaziają sia
                                                    na krupy (kasza) albo reż z mniodem - przebąkała nieśmialo jedynaczka.
                                                    I tak tedy następuje siódmy i ostatni grycht: gęsty ryż lub gryz, kasza albo
                                                    krupy gotowane w mleku, z kanelą (cynamonom), przesłodzone miodem, słodkimi
                                                    migdałami i koryntami. To właściwie potrawa dla kobiet, ale i 'majszczyzny nie
                                                    dają sia do niej raczyć'. Tu najwiecej pochwał sypią na umiejętną gospodynię,
                                                    że się nie przypaliły, chociać krupy są 'łosobliwe do tego i mają cianki noc',
                                                    że 'tak prazie ziedziała łodpsilić, przyrządzić' itd.
                                                    Wtem wchodzi linowski Janek z żonką Mazurką z Grzegrzółk pod Pasymem.
                                                    Zaraz Purdzki się wyrywa i woła do nich:
                                                    - Pódźta, pódźta, siadajta na mojam mniejscu, bo ja na krupy nie kozak a i mój
                                                    siójsiad z Butryn wama zrumuje (zwolni miejsce), bo łon już dali nie może.
                                                  • rita100 Re:Purda, Purdka, Purdeczka, Purdulka, Zapurdka : 01.11.06, 17:55
                                                    Butryński cokolwiek ponuro patrzy i wsparłszy się obiema rękami o krawędź
                                                    stołu, wstaje. Janek z żoną siadają do krup i do innych 'resztków grychtów'
                                                    hojnie im podawanych. Ale ciekawy Wojtek nie lubi się spokojnie przyglądać i
                                                    już się odzywa:
                                                    - Janku, poziedzże nama, jak wama tam jidzie na Mazurach. I nasi by tam
                                                    zażenili kogo z przyjacieli.
                                                    Janek pomykając prędko, a zwykle mało mówiąc, odpowiada:
                                                    - Robzić trzeba wszandzie, to wszandzie dobrze bańdzie.
                                                    I jadł dalej.
                                                    - A kiedyśta przyjechali z tak daleka ?
                                                    - Wczora zieczoram na noc do Linowa, bom dzisiaj chcieli do spoziedzi.
                                                    - A tośta głodni, jedz jano, bo twoja matula też praziórnie przyszła i krup sia
                                                    wziąła. Ale twoja żonka niech nama co pozie, bo ja lubzia ta mazurska gadka,
                                                    choć Mazurzy 'scypią', jakam sia dość nasłuchał łod mojego pastórza z
                                                    Krzywonogi pod Pasymam. A łońskiego roku mielim dziewka z Mniełuk, gdzie też
                                                    tak scypsią, boć Purda, Purdeczka i Purdulka czyli Zapurdka - tu odpoczął -
                                                    graniczą z Mazurami.
                                                    - Aboć to prawda, Wojtku ! Ty łżesz, ty machlujesz, aż sia kurzy, aż bałki
                                                    (białka oczów) trzeszczą. Patrz tylo, tan jedan we środku aż sia zgina - bąka
                                                    spod grzęby jeszcze urażony Butryński.
                                                  • rita100 Re:Purda, Purdka, Purdeczka, Purdulka, Zapurdka : 01.11.06, 17:56
                                                    - Zierz mu tą razą - upomina Linowska. - Wojciechu, wytłumacz mu to.
                                                    - Taki twardy siostrze musza łuzierzyć, chocbym pomer. Ale ty, Maćku, graj:
                                                    Wojtku tłomacz sia z twojami Purdami.
                                                    - No, toć kiedy chceta - to ma mata. Ale dobrze słuchajta, bo ksiądz jano raz
                                                    kazanie pozie. Tak tedy:
                                                    ja mieszkam w Purdzie - to jest Duża Purda. Mieszkam za kosciołam, ziesz teraz,
                                                    Butryniaku ?
                                                    - Ziam !
                                                    - Dali. Za mojam polam, pod Graśk, stoi mun (młyn) nad Purdzkam Jezioram - to
                                                    jest Zapurdka albo Purdulka, ziesz ?
                                                    - Ziam !
                                                    - Kiedy przejedziesz przez ławy na strudze (kładka na rzece), przy Marcinkozie,
                                                    jesteś w Purdce - to jest Mała Purda, a za nią mieszka nadleśnik na wybudowaniu
                                                    przy lesie pod Kośno - to jest Purdeczka. Ziesz ?
                                                    - Ziam teraz i zierza wszystko - przywtarza Budryński.
                                                  • rita100 Re:...więcej o Mazurach 02.11.06, 21:22
                                                    "Młoda Mazurka tak serdecznie przyjęta w rodzinie warmińskiej, najadłszy się
                                                    prędko, rozpatruje się w tym niewinnym, pobożnym i wesołym gronie i uważnie
                                                    przysłuchuje się serdecznym rozmowom miłych gości i gospodarstwa. Wolałaby tak
                                                    długo słuchać i ucieszać się w bliższym i dalszym powinowactwie.
                                                    Ale ciekawy Wojtek pragnął dowiedzieć się więcej o Mazurach, o ich roli,
                                                    gospodarstwach, o ich nauce i mowie, ktorą tak 'lubił'. I tak zagadnął Ewę:
                                                    - Poziedzże nam też co, Jewko, ło waszych łokolicach, kościołach i łodpustach,
                                                    a wy, szurki, kiedy wy gałgany sia łodważyta śniać z mazurski mowy, to
                                                    dostanieta zaraz harapam.
                                                    Taką zachętą bogatego wuja ośmielona Mazurka z Grzegrzółk zaczyna prędko i
                                                    wymownie scypać, czyli - jak na Ślaśku to zowią - syceć.
                                                    - Otoz, coz wam mam poziedziać, kiej esce mało ziem.
                                                    Na tę parę słów mazurskich już kpi Michałek i 'marczy' (mruczy) z cicha:
                                                    - Co ja ziam - to poziam. "Otoz, kiej esce".
                                                    I kiwa do drugich chłopców.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:...więcej o Mazurach 02.11.06, 21:23
                                                    Ewa nie zauważyła tego i ciągnie dalej:
                                                    - U nas duzo piasecki i torfaków i mało mawa pozytku scegolnie w susą. Mokry
                                                    rok dla nas jes lepsy, dlatego mózią Mazury: "siej doły, siej góry, bo niewies,
                                                    jaki jes rok który". Ale wyzywić się i nas zawse mozna, zwłasca kiej zona
                                                    gorzałki nie pije, a esce lepsi, kiedy i męscyzna nie zerak jek mój męzulek; to
                                                    tez juz pod lepsem konie prześli i mnozą się nam krowecki i łoziecki, gensi i
                                                    gonsacki, kacki i kacocki, kury i kurcenta, jagniacki i prosiacki, cielacki i
                                                    zrebacki...
                                                    Ale zidze na Warniji esce lepse wso, a co najepse, ze tu bziałki, ani
                                                    dziewcyny, ani dzieci gorzałki do gęby nie wezmą, a nawet u chlopców mało
                                                    pijaków.
                                                    Nie tak jek u nas na Mazurach, gdzie chłop grzewo do niasta wywozi, a zonka len
                                                    w fartusku do karcmi wynosi i przepsija, drogi cas tracą, a w dómu dzieci płacą.
                                                    Mazury są dobrowolne ludzie, ale keby ich odzwycaić od gorzałki i pijaństwa....
                                                    Kościołecek mamy nowy w Pasynie i w Dźwierzutach, od nas z Grzegrzółk prazie ta
                                                    sama droga. Tu ksiądz Klement, tam ksiądz Stefan zbzierali na łodpustach i
                                                    kiermasach na świentej Warniji, gospodzarze warnijskie zwozili darmo drzewo ze
                                                    swoich lasów i cegłę, my kanienie i wapno.
                                                    - I my ! I my! - wołają różne głosy wujów i ciotek, a stary Jakub zacisza....
                                                    - Bóg wam zielgi zapłać ! - dziękuje Ewa i dodaje:
                                                    - A teraz cokolziek esce o skole i nauce wam poziem.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:...więcej o Mazurach 03.11.06, 20:33
                                                    - A teraz cokolziek esce o skole i nauce wam poziem. Tu nam na zal wsędzie
                                                    rugują mowę nasą, a mnozą niemcyznę. Mózią, ze mowa nasa nalezy do polski mowy,
                                                    jek u wasa na Warniji, bom rozumieli dzis w Bartęgu księdza na kazaniu, który
                                                    praził z psisma, jek u nas w Pasymie, w Dźwierzutach, jek w Purdze na łodpuście
                                                    w Przemienienie Pańskie i świentej Rozalii, jek w Świętolipce Piotra Pawła i
                                                    Nawiedzenie Najśw. Maryi Panny, gdzie z polskimi ludźmi zza granicy się
                                                    uganiamy i zrozumiemy, jek my dziś tu na kiermasie na Warniji. W skole ucyłam
                                                    się dobze, ale musiałam za wceśnie do domu, bo za prędko mi matecka zdechli.
                                                    Niezwykły na Warmii wyraz mazurski "matecka zdechli" - zamiast: matka lub
                                                    matulka umerła lub Bogu ducha oddała - zrobił tu wrażenie nie do opisania.
                                                    Pusty Michałek zaraz od piereszego "esce" dygając nogami lub paluszkami mrugał
                                                    oczkami bezskutecznie na karne małe towarzystwo "ryzał się'(śmiał się) na całe
                                                    gardło, ale i teraz bezkutecznie; maleństwo nie zrozumiało jeszcze sytuacji.
                                                    Ciotki poważnie wargi gryzły, wujowie wąs kręcili, a stryj Wojtek, czysto
                                                    ogolony jak ksiądz, gładził sobie piękny włos nad uchem i silnie nosem ruszał,
                                                    a zapominając o harapie na Michałka, 'psioruny morowe' - ukradkiem szepnął.
                                                    W tej ciężkiej chwili nadchodzi wybawczy głos dziadka Lamkowskiego:
                                                    - Dzieci ! Za siuła tego, wstańta do pacierza...

                                                    Za siuła tego - za dużo tego
                                                  • rita100 Re Po obiedzie - w ogrodzie 04.11.06, 20:13

                                                    Więc rozeszli się goście, każdy "we swa", żeby "sia przezietrzyć", gdzie komu
                                                    się spodobało. Jedni poszli na podwórze, drudzy do gumien, aby zobaczyć żywiznę
                                                    gospodarza, lecz najwięcej udalo się do ogrodu poza domem " na jepka, na
                                                    kruszki i na śwaczki, i śliwki".
                                                    Ogrody warmijskie nie odznaczają sie zwykle owym ładem w urządzeniu i wielką
                                                    obfitością najrozmaitszych drzew i roślin, jak angielskie i włoskie, lecz tym
                                                    więcej znane są z wygody i pożytku, ktory przynoszą ludziom i bydłu. Lichy to
                                                    gospodarz, jaki parcelant chyba, coby nie miał ogrodu przed oknem - przy
                                                    budynkach. Tu znajdują się drzewa "co już lat nie baczą", dwustuletnie i
                                                    starsze grusze, rosochate jabłonie, mechowate śliwki (śwaczki) i pliomy, a
                                                    okolo ogrodu przy plocie jakby nieprzebyty wieniec wiśni, największa i pierwsza
                                                    coroczna radość dla malców, na ustroniu, na północ (morczyznę) ogromne klony i
                                                    jesiony, woniejące lipy, raźne jarzębiny, miedzy którymi mieszają się białe
                                                    brzozy szumiące, drżące osy i nieodbyte wierzby smutne i wesołe, krzywe i
                                                    proste.
                                                    cdn
                                                  • fedar Re: Re Po obiedzie - w ogrodzie 05.11.06, 09:03
                                                    Bardzo mi się podoba ten opis ogrodu. Pamiętam, że przy starych gospodarstwach w moich okolicach jeszcze niedawno można było takie ogrody z drzewami "co już lat nie baczą" odnaleźć. Teraz nastała nowa moda. Prawda, że te ogródki schludne, ale takie robione pod linijkę, zbyt uporządkowane, bez "ogrodowego ducha".
                                                  • rita100 Re: Re Po obiedzie - w ogrodzie 05.11.06, 12:32
                                                    Poczkaj Fedar na druga czańść. Mnie sia tyż to lejduje. Te stary szczepy, te
                                                    drabki przy drzewach , koszyki pełne jabłek - jek malowane to wszystko.
                                                    Pamiętam jak malowaliśmy na lekcji rysunków obrody z domkami. Takie się
                                                    malowało.
                                                    Tak , dzisiaj patrzymy na mode, na ogrody śiwata i chcemy taki zrobić, taki
                                                    niby raj , zapominając , że własnie te ogrody stare , które już są prawie
                                                    wspomnieniem tez miały swój urok w tamtych czasach. Wiejski, sielski , anielski.
                                                    Prawda ?
                                                  • rita100 Re: Re Po obiedzie - w ogrodzie 05.11.06, 12:33
                                                    Do tego sadu przyłącza sie pasieka i ogrodek dla warzyw, starannie pleciankami
                                                    ubezpieczony - wyłączna własnośc warmijskiej gospodyni. Tu rosną bujne pory,
                                                    ogórki, cebula, chrzan, pietruszka, gorczyca, sałata, banie, majran, brukiew,
                                                    rzepa, nasienna marchew, konopie, fasola (szabelbon), słoneczniki, róże, janki,
                                                    agrest i stoją ule i koszyki dla pracowitych pszczółek.

                                                    Tu znoszą pracowite roje
                                                    Zdobycze swoje.

                                                    A bagienko na niedalekim bielniku dostarcza pragnącym owadom i roślinom obfitej
                                                    wody.
                                                    Do tych ogrodów przenieśli się goście po obiedzie, gawędząc, przyglądając się -
                                                    jak komu lubo było.
                                                  • rita100 Re: Gry dzieci 06.11.06, 20:57
                                                    Młodzi z cygarami w ustach czają się za starszych, żeby ciotki młodocianego nie
                                                    spostrzegły wybryku. Ale darmo. Już doleciał Linowską, ktora miała delikatny
                                                    nos i mimo szczerby parę ostrych zębów, niezwyczajny dym hawany trzyfeningowej.
                                                    Już marszczy brwi, a patrząc "spod grzępy", spogląda zyzem na młodych
                                                    nierozumnych palaczy, którzy "smekcą" i ciągną i wąchają, a póżniej oddają.
                                                    Już się zaczęła złościć i srożyć, już i slowa słychać było:
                                                    - Lepsiby wzieli jebko, kruszka, marchew albo brukiew w zamby, niż to
                                                    cygarzysko....
                                                    Kiedy Baśka z rotą zdrowych i wesołych dzieci leci pod "matulcyna kruszka",
                                                    skacząc wkoło niej jak sarneczka żartka i woła:
                                                    - Chto mnie dogoni ? Chto ze mną w koło ?
                                                    I ustawia je to w łasiczke, to w ślepą babkę itp. gry niewinne. To śpiewają:
                                                    Raz, dwa , trzy, panna w krosny patrzy.
                                                    Przyleciała, gruchotała jenalija, gromelija - buf !
                                                    to latają i skakają rześko, wesoło, doprowadzając nawet stare ciotki i
                                                    poważnych wujów do smiechu. Tylko Waleśka z miasta, nie znając pasieki,
                                                    ciekawie za daleko doszła i pukała do ula, skąd wyleciała pszczółka i gruchnęła
                                                    ją w sam zadarty nosek, nie dbając o jej bole i krzyki. Nie pomogła ucieczka,
                                                    żądło już tkwiło, a drobny nosek rozpłaszczył się do niepoznania.
                                                    Było tam uciechy ze trzy miechy i węborek (naczynie drewniane z klepek), ale
                                                    wtem gospodarz zawołał:
                                                    - Teraz prosza wszystkich na niszpóry !
                                                    I pośli znowu do izby, dzieci na wyścigi ze starymi - przed starymi.
                                                  • fedar Re: Gry dzieci 06.11.06, 22:59
                                                    rita100 napisała:

                                                    > Tylko Waleśka z miasta, nie znając pasieki,
                                                    > ciekawie za daleko doszła i pukała do ula, skąd wyleciała pszczółka i gruchnęła
                                                    >
                                                    > ją w sam zadarty nosek, nie dbając o jej bole i krzyki. Nie pomogła ucieczka,
                                                    > żądło już tkwiło, a drobny nosek rozpłaszczył się do niepoznania.

                                                    Hehe, kolejne wcielenie kartofelnose (chyba dobrze zapisałem)? wink
                                                  • rita100 Re: Nieszpory 07.11.06, 22:38
                                                    dobrze, napisałeś, noc jak kartoflelos smile

                                                    "W domu Jakubowym odprawiano co niedzielę i święto po obiedzie ze służącymi i z
                                                    dziećmi nieszpory, ponieważ do kościoła było daleko.
                                                    Za koroną, na podniebieniu (półce) leżało dużo ksiązek i książeczek z
                                                    nieszporami, drukowanych i pisanych.
                                                    Po antyfonie "Witaj Krolowa" goście chcieli słuchać pieśń o Opatrzności
                                                    Boskiej, a dzieci uprosiły skoczną pieśń o świętych Pannach, których było
                                                    jedenaście tysięcy albi jeszcze więcej, gdzie święta Rozalia rączkami wywijała,
                                                    a za nią bieży chuciusieńko Anastazyja.
                                                    Tedy pozbierano rychło kantyczki i księgi drukowane i pisane i położono na
                                                    stare miejsce za koronę na podniebienie, bo kucharki już stawiały filiżanki i
                                                    dzbany z pachnącą kawą, i kuchty, i miód, i masło. Każdy sobie mazał i maczał
                                                    zbolałe od śpiewów gardło, nie dając sobie do rozmów czasu, bo wuj wybierali
                                                    się jeszcze w pole, ciotki na zapiecek, młodzi w karty, a dzieci w żarty znowu -
                                                    na ogród.
                                                    Tylko Pajtuńska przy kawie pyta się wstydliwie i żałośnie:
                                                    - Jekubzie, skąd twoje dzieci sia tak raźnie po polsku cytać nałuczyły, nasze
                                                    to jano dajcz, bo w szkole jam zakazują po polsku.
                                                    - I bziją za polską mowę ! - wołało kilka głosów naraz. Taflą dają w kiesiań
                                                    (biją tabliczkę) i różne sigle nam spraziają.
                                                    - I łu noju już nie łuczą - odpowiada Jakub - ale w domu dzieci nasze mózią
                                                    razem z nama pacierz i śpsiewają jek dziś, albo i zieczorami, matka przypsili
                                                    (dopilnuje), boć we dnie coasu ni ma. A że i psismo cytają, to robzią listki
                                                    łod sztudanta, ktory łod samy młodości do domu i do drugich po polsku pisuje, a
                                                    nawet adresy polskie wysyła: zamiast "frei" pisze "opłacone". Matulce te listki
                                                    tak sia łudały, ze je przytula do serca i pokazuje dzieciom, żeby i łone tak
                                                    psianknie i wyraźnie psisały, a łone cytają i cytają aż nareście wycytają.
                                                    Tedy je długo przy sobzie nosi i znowu cyta i chowa i wzdycha:
                                                    - Kieby go jano nie łufycili za ta polszczyzna, łon je za łodważny.
                                                    - I ja go tak napominam, żeby sia strzeg, coby mu aby nie zaszkodziuło, ale łon
                                                    za to łodpozie ci żwawo:
                                                    - Ojczulku !

                                                    Wiara, jezyj dar święty,
                                                    Dał go Bóg sam niepojęty,
                                                    Więc ratujcie, bądźcie żwawi,
                                                    Pan Bóg wam pobłogosławi.

                                                    - To to wejta równo zuch - dodaje radośnie Dywicka ciotka. - Takich nama brak
                                                    na Warniji, aby z tubakierka !
                                                    I rozeszli się "każdy we swa".
                                                  • rita100 Re: Uwaga karciarze 08.11.06, 20:49
                                                    mnioł być nos, a nie noc , łoj literówka

                                                    Uwaga karciarze
                                                    Przy kawie namawiali sie niektórzy zajrzeć na pole, aby tam dary boskie
                                                    obejrzeć. Ciotki tymczasem chciały sie ugadać na osobnym miejscu. Tylko jeden z
                                                    wujów i kilku paniczow, ci nie chcieli ani słuchać o polu i o ugodaniu się.
                                                    Mieli oni co innego za pazuchą, lecz żaden o kartach nie chciał najpierw
                                                    wspomnieć z bojaźni przed ciotkami.
                                                    Zabawne jest przypatrywać sie zabiegom karciarzy,aby się zmówić, a nie być od
                                                    innych, ktorych to nie ma obchodzić, zrozumianym. Jeden spogląda na drugiego,
                                                    mruga oczami, bije w stół, tupa nogą, siedzi niespokojnie, robi palcem różne
                                                    krzyże, piki, serca, zera i inne misterne znaki na stole lub na piersiach.
                                                    Nareszcie wyrywa się Jochim:
                                                    - No, jek tam Kuba, pewnia sia trzeba pomodlić w ksiójżce ze szteroma królami.
                                                    Do tego dodaje stryj Wojtek:
                                                    - To pewnie je weźniam.
                                                    Na co Kuba Linowski:
                                                    - A toć możam spróbować, zeby nie zabaczyć. Janku poszukaj jano ty febli
                                                    (elementarza).
                                                    Lecz Linowska i na takich migach zna się i woła niecierpliwie do towarzyszek:
                                                    - Pódźta ze mną za zapsiecek, boć ci już znowu w te karciska sia chcą sparzyć.
                                                    Jo to już na te karty patrzyć ni moga, bo ta gra jest bez końca, choć zawdy
                                                    tego samego. Karty taki dziwny pociąg mają, ze sia nie naprzykrzą, czam dłuży,
                                                    tam gorzy sia zaprzątną, aż jam pot wystampuje na łusina (czoło) i na całó
                                                    gamba, łoczy czerzianieją, marszczą sia i łupercie wlepsiajó sia w karty. Chto
                                                    przegra, nie chce przestać w graniu, jano łodegrać, chto wygrał, nie chce
                                                    przegrać i łoddać, ale dograć ziancy. W Kominkach(wieś pod Raszlem) to bodaj aż
                                                    po dwa dni i dwa noce za jednam posiedzeniam w wista grają....
                                                    "Chto grywa w karty, miewa łeb łobdarty".
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Gra jest nieunikniona 09.11.06, 21:18

                                                    Kieby też sztudant nadszed, zaspsiewałby psieśń ło kartach:

                                                    Bo w karty zabawa to nagorsza gra,
                                                    Człoziek traci psieniądze,
                                                    Człoziek traci cias,
                                                    A tan co je wygrywa
                                                    Stroi żarty z nas.

                                                    - Oj, głupsie wy karcierze, jeszcze sia nicht z kart nie zbogaciuł....
                                                    Lecz gra jest nieunikniona, bo Jankowi się udało gdzieś na szafie karty zdybać.
                                                    Wyjmuje spod wanika (kufajki) i wesoło i śmiało woła (bo ciotki wyszły):
                                                    - Tu mata karty ! Możeta grać w kasztelana, we psa, w dziada, w czarnego
                                                    Psiotra, w sznur, mur, bur, bazylorym, w sześćdziesiątsześć czy w solo, czy ...
                                                    - No, w co teraz pójdziewa, czy w zechsunzechcyk ? - woła Jochimek.
                                                    - A nie. To mi za komudno ! (nudno)
                                                    - No, to w zolo !
                                                    - No to jół !
                                                    - A wy wuju jek ?
                                                    - Mnie to wszystko jedno, byle sia zabazić.
                                                    - A chto ma naprzód wydawać? (rozdawać)
                                                    - Jek zawdy, chto dostanie szalnego dupka.
                                                    Janek wydaje dwa razy po cztery karty i pyta się:
                                                    - U kogo szalny dupek?
                                                    - Ja go ni mam.
                                                    - Ja tez nie.
                                                    - A to u wuja bańdzie ?
                                                    - Jół. Mam tego gałgana. Nó to chwalta sia chłopcy!
                                                    - Ja mam pytanie na szala.
                                                    - A ja lepsi.
                                                    Trzeci wolno:
                                                    - A ja mam tego kiele mostku (ostrzej), grółs* - zapowiada z niemałą dumą
                                                    Linowski Kuba.
                                                    - A chtórego tuza weźmiesz?
                                                    - Chto ma nalepszego!
                                                    Przy tym nasadziwszy poważną minę, chciałby w twarzy wyczytać, kto ma
                                                    najlepszego tuza. Każdy mu się przymila i oczy wyracza, bo każdy ma jednego
                                                    tuza, a wuj aż dwóch: szalnego i czerwiennego. Aż gębę otworzył, zeby się nie
                                                    przesłuchać. Ale cóż, kiedy Kuba już wybrał i pyta się niedwuznacznie:
                                                    - Co robzi pykowy do łobuch ?**
                                                    Na to odzywa się Janek z radością:
                                                    - Kolier; Tróf ! ***
                                                    Miał on siodemkę i trzy inne żołędzie do tego winnego tuza, a Kuba szpickopa
                                                    (żołędna dama) i bastę (winną damę) tak, że niepodobna było przegrać z trzema
                                                    matadorami i z tylu atutami; nawet premyję (pierwsze pięc bitek) dostali, bo
                                                    Jochim zagrał czerwienną ósemką, ktorego koloru Janek nie miał - to ją też
                                                    zaraz żoładnym niźnikiem 'korsnął' (przebił).
                                                    Koniec końcem wuj z Jochimem musieli zapłacić.
                                                    ----
                                                    * grółs - W pewnej wsi mieszkał przy moście gospodarz Gross, srogi karciarz
                                                    ** do łobuch, do obydwóch tj. do żołędnej (szpickop) i pikowej, czyli winnej
                                                    damy (basta)
                                                    *** kolier czyli najwyższy i najdroższy kolor, a Tróf to atut czyli przebija
                                                    wszystkie karty.
                                                  • rita100 Re: Gra jest nieunikniona 10.11.06, 20:17
                                                    "Tak i podobnie bawili się ci czterej w karty, a ze grali z natezoną atencją i
                                                    zapałem lepszej rzeczy godnym, o tym świadczyły cygara, które palili zimno, to
                                                    jest bez ognia albo raczej smektali (ssali), tak że jedna z ciotek przechodząc
                                                    mogła Kubie zarzucić:
                                                    - Brzydaku ! Jużeś sia dycht sfarfuniuł (wypalił), tak żujesz to cygarzysko.
                                                    Ziesz ty - Mazury to prymują (lubią).
                                                    O tym świadczyło dalej wywietrzałe piwo w szklankach i nic tam nie pomogło
                                                    raczenie gospodarza, tylko wuj "tu wotu" tabaczki zażył z rozpaczy, ze mu sie
                                                    tak źle działo, na co jednak młodzi nie zważali, tylko niemilosiernie wygrane
                                                    trojaczki (pieniądze) od niego ściągali. A kiedy im nie dość prędko płacił, to
                                                    się i odzywali i go raczyli. Gdy zaś na stole przed nim nic nie widzieli, to go
                                                    żartobliwie trącali i wołali:
                                                    - Wujku, do woruszka ! (do woreczka pieniadze)
                                                    Wuj był też bogaty i nie miał żadnych dzieci.
                                                  • rita100 Re: Gra jest nieunikniona 10.11.06, 21:48
                                                    Łoni grali w atuty, czyli w karty przebijające. Cyli karta wyższa ubijała karte
                                                    niższą i tak dalyj. To jich tajemnice karciane i gwara i grypsy karciane.
                                                    Tyż nie rozumie ich całkowice.
                                                  • rita100 Re: Gra jest nieunikniona 13.11.06, 21:03
                                                    Poker, to taka gra karciana, gdzie na stole leży pula psieniędzy i sia licytują
                                                    chto ma zienksze ułozenie kart. Rozdają pięć kart, dwie można wymienić i jek
                                                    eyjdzie full, kareta , kolor i jinne takie układanki to wygrywa ta zienksza
                                                    układanka smile Ale już szczegółów nie pamnientam.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 13.11.06, 21:04
                                                    "Podczas kiedy tak w izbie przy dużym stole młode zuchy ogrywali bezdzietnego
                                                    wuja, bogatego i malo co rozumnego z wielkiego niewczasu przemówili, wyniosły
                                                    się od nich oburzone ciotki do małej izdebki, zapieckiem nazwanej, gdzie przy
                                                    długim białym piecu jedna tylko ława stała, przy stronach kilka stołków i dwa
                                                    łóżka przykryte płachtami czterocepowymi, zielono-czerwonymi. Tam długo
                                                    siedziały te poważne matrony warmijskie, gawędząc o gospodarstwie, o dzieciach,
                                                    o najnowszych wypadkach familijnych i okolicznych i o tym, i owym.
                                                    - No jek tam, Gietrzwałdzka, jużeśta wytkały ? - zapytuje pani domowa.
                                                    - Prazieć też com w tamtan tydziań krosna wyniosły.
                                                    - A cośta tedy tak długo tkały ?
                                                    - Bodajci, łonoć sia co rok naciuła (męczyła): to płótna ciankiego ze lnu na
                                                    naju dwa stuki, na czeladzi grubszego ze zgrzebzi i paciesi (gorszy gatunek)
                                                    sietom mandli, to sukna swojskiego we dwa cepy sztery ściany, to sześć
                                                    łobrusków i dwa płachty (narzuty) czerwone na łoże w sztery cepy i putora
                                                    tuzina ranczników w łosiom cepów. Juzam i we trzy medytowały, alem nie mogły
                                                    pótorać (podołać, sprostać).
                                                    - Oj, jest to roboty z tam kochanam lnam - skarży sie gospodyni. - To go rwać i
                                                    klepać, łociesać z gruby i cianki szczotki, to prząjść, a przańdziwo motać i
                                                    szpulować (nawijać), ze szpulk snować i na krosna przez retki nazijać, tedy
                                                    dokomantnie kłaść w napletacze, dulczyć (wpatrywać się), ze aż łoczy kolą przy
                                                    nabzieraniu w mniciannice (narzędzie do nawijania nitek) i płocha (na
                                                    drabinkę), raczyć (prosić) wszystkich do zicia cewk - a dzieci to i bzić
                                                    trzeba. Sama tedy ciskaj(rzucaj) członkam, depc podnóże, przyciągaj bzidła, że
                                                    aż łokna zadrżą, krańć nawój kołowrotam - a łono sia równo tylo pomału pomyka -
                                                    krwawa robota. Prawda, kiedy mózią ludzie, ze nie łodpokutuje przed Bogam ten
                                                    złodziej, co koszula weźmie.
                                                    - Masz słuszność, moja bratowa, jano do ty pracy przyłóż jeszcze wydatki przy
                                                    rwaniu lnu i drapaniu, przy zagrązaniu w wodzie i odpsilaniu na rosie, przy
                                                    terciu i klepaniu, gdzie i surgały (pierożki) i migdały i psiwo i żywo, an
                                                    zieczór w tany, kiedy Wojtek jeki na flecie abo na harmoniji zaświergotali, że
                                                    aż boli.
                                                    cdn
                                                  • tralala33 Re: Ciotki 13.11.06, 21:07
                                                    Cias pośpsiewać smile

                                                    Oj, lenku, lenku, ty wiele
                                                    kosztujesz,
                                                    tak wiele ludzi cięzko
                                                    fatygujesz.
                                                    Prawda, że i ty wycierpiesz
                                                    niemało,
                                                    ale cię za to nosi ludzkie ciało.

                                                  • rita100 Re: Ciotki 14.11.06, 21:14
                                                    Tak sobzie śpsiewały psiąśniczki warnijskie i mazurskie. Oj, cięzka jest droga
                                                    od lnu do koszuli.

                                                    - Kiedy to młodzież zawdy pochopniejsza do tańca niż do różańca - ubolewa
                                                    Spręcowska. - Mlodzież trzeba strzec i bronić jek łoka w głozie. Co ja moji
                                                    Marychnie nagadam, że ma siedzieć w domu kiele mnie, że to siułka słodyczy
                                                    niesie beczka goryczy. Cóż pomoże, człoziek ledwo sia łobejrzy, już ji ni ma.
                                                    Mózia ludzie, że

                                                    Psianknym posagiem dla dzitek
                                                    Są cnoty łojców i matek,

                                                    ale ta nie ziam w kogo sia wylangła.
                                                    - A tyś wcale ni mogła nogą przedeptać, kiedyś młodą buła ? - przestrzega
                                                    Butryńska. - Bądź kontanta, masz dobra córka, ludzie ją najrzą (lubią) i
                                                    dopytują sia ło nia. Jano ji tczyj i pusag zbzieraj ! Nie słuchałeś, jek dziś
                                                    Purdzki wuj móziuł, że dobra żona to dar boski, a:

                                                    Gdzie ludzie przekleństwa
                                                    Tam ni ma błogosłazieństwa ?

                                                    - Słuchałamci aleć i ty tam ziesz, jek to na wszystkie strony sia trzeba
                                                    łoglądać, niż sia wyda dziecko swoje, bo

                                                    Łatwo sia łożanić
                                                    Ale trudno rozżanić,

                                                    chyba

                                                    Kiedy dzieci rodziców posłuchają
                                                    Zawdy jeszcze nalepsi mają.

                                                    - Ja też was zawdy posłucham, moja kochana matulu - rzecze naiwnie Nulka i
                                                    przytula się dziecinnie do matki, co jej bardzo pięknie przystaje.
                                                    - Moje wdzianczne dziecko - wzdycha ze łzą w oku matka - kieby ja cia też
                                                    kiedyś szczęśliwszą zidziała !
                                                    I rozczuliły się wszystkie.
                                                    - Nulku, czy to prawda - przerywa powstałe stąd milczenie Brąswałdzka - że masz
                                                    wola wyjść na Mazury na gryka ? Boć tam na psiachach chyba gryka sia rodzi !
                                                    - Mam ciotko - odpowiada wstydliwie Nulka.
                                                    - To wejcie tak, moja ciotko - dodaje, broniąc Nulki, Fózefkowa z Wielbarka -
                                                    wy sia boicie Mniamców, a my Mazurów, a jednak za nich wychodziwa.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Ciotki 16.11.06, 21:11
                                                    - To wejcie tak, moja ciotko - dodaje, broniąc Nulki, Józefkowa z Wielbarka -
                                                    wy sia boicie Mniamców, a my Mazurów, a jednak za nich wychodziwa.
                                                    Jek wy tam śwantujecie z tami Mniemcami, Koślinami*, tego ja nie ziem. Pewnie
                                                    wama i w domu po polsku zakazują, boć w kosciele to już wszystko musi jiść
                                                    podług jich woli, i śpsiew, i pacierz. Jabym takiego chłopa nałuczyła moresu,
                                                    coby mnie lub dzieciom mojam chciał zakazać po polsku gadać abo mózić pacierz.
                                                    To już u noju na Mazurach lepsi. Moj Józek zwoła na ziecór dzieci i cieladniki
                                                    do wspolnego pacierza, tedy Warnijak i Mazur mózią głośno pospołu polski
                                                    różaniec i na psieśń polska nieraz ciasu stanie. Bo Mazurzy ni mogą po mniecku
                                                    i są dobre i wdzianczne ludzie, dopóki gorzałki ni zidzą. To brzydastwo
                                                    musiałaby jam policyja zakazać.

                                                    * Koślinami nazywają Warmiacy prosty lud niemiecki, graniczący z polską Warmią.
                                                    Słowo to pochodzi z niemieckiego Kaslauer lub Koslauer, ktorym to dialektem
                                                    mówi znaczna część Warmijczyków, kolonistów ze Śląska (może z Koźla, po
                                                    niemiecku Kosel ?).
                                                    Wedle drugiej wersji słowo Kaslauer pochodzi od kolonistów z Flandrii,
                                                    Holandii, gdzie robią ser - Kase. Pod Brunsberkiem mówią dialektem kiezlawskim
                                                    (Kaslauer), pod Gutsztatem dialektem wrocławskim (Breslauer).
                                                  • rita100 Re: Ciotki 17.11.06, 21:27
                                                    - Ale cóż tu robzić, kiedy dorosną i wydać by trzeba ? - doświadcza
                                                    Gietrzwałdzka.
                                                    - Tedy - ciagnie dalej Butryńska - trzeba sia łogłóndać za dobrami ludziami i
                                                    porzóndnam mniejcam na Warniji, a kiedy sia na cias nie zdarzy, dobrać z
                                                    poczciwy fameliji para, dać dzieciom należną jam ciajść i kupsić łodpoziednie
                                                    mniejsce na Mazurach. Tam sia zawdy ło mniejsca dopyta, bo tam, gdzie lubzią za
                                                    głamboko w ślanka patrzeć i gorzałka łykać, bandą wszandzie zawadą. Kieby nie
                                                    ta iskra, co ją w gardle zawdy gasić trzeba, a łona nie wygaszona ! Dopóki
                                                    psijaki trzeźwami, dobrami ludziami nie łostaną i nie wyrzekną się gorzałki na
                                                    całe życie, nigdy jam dobrze nie pudzie.
                                                    - Takie mniejsce mój kupsiuł na Józefka za sztery tysiące talerów. Jest tam
                                                    roli na puczwarty włóki i las, woda, łoparczysta i torf....
                                                    - A to nie brak tam wody kupać, jek w Gryźlinach, gdzie tylo jedan rząpś
                                                    (studnia) i dwa żurazie na całą zieś i to jeszcze skąpe - wtrąca Wartemborska.
                                                    - Polać były, prawda, nie łobsiane - opowiada dalej Butryńska - gumna, choć
                                                    nowe, ale próżne, żadnego bydła i zadnego sprzężaju (uprzęży), dom murowany,
                                                    ale łokna w niam wszystkie powybzijane, żadny żywy duszy tam łod puroku już nie
                                                    buło.
                                                    - Przecież Józek sia nie łuląk, zrobził w domu huczne wesele, pojechał tam z
                                                    dobrą gospodynią, zaczął szykować na gołam mniejscu i wojować tak, ze dzisiaj
                                                    jest już na co patrzyć.
                                                    - Sceść Bozw! - tak przyzitali go Maurzy i poszczęściuł mu Pan Bog. Rośnie mu
                                                    nie tylo gryka, ale i jańczniań i jansze zboże. Bo ja zawdy mózia: gbur niech
                                                    sia jano trzyma rangkami i nogami ziami swoji, niech ty nigdy z rąk nie wyda.
                                                    Co gbur, to mur - maziajó.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 18.11.06, 19:45
                                                    - A jek te Mazury gadajó ? - jeszcze pyta się ciekawie Nulka Lijski.
                                                    - Tak jek i my na Warniji, jeno po kruszynie 'scypsią'. Na 'szczęść Boże'
                                                    mózią 'sceść Boze', na 'Boże pomagaj' - 'Boze dopomóz', na szczygła - scygieł,
                                                    na może - moze, na morze mózią jek my.
                                                    - To sia razu tak licho nie słucha - wtrąca Nulka.
                                                    - Nie, nie, Nulku. Do tego się wnet przyzwyczajisz, ja już też z niemi próbuję
                                                    scypać - potwierdza Lijska.
                                                    - Czy łoni i po mniecku szwargocą ? - dokomentuje się Brąswałdzka.
                                                    - I gdzie tam ! Chłopy razu tyle ni moga co nasze, a łu kobiet tobyśta i młotem
                                                    nie łutłukli niemieckiego słowa. Tam i w szkołach zięcy polskiego łuczą i do
                                                    polskich kancjonałów wszystkie dzieci łostro przytrzymują.
                                                    - No, niech to pojmuje chto chce! - woła gniewnie Brąswałdzka - łu naju by
                                                    polskość w łużce wody łutopsili, a łu waju łuczą, gadają i spsiewają po
                                                    polsku ? Jeka to wolność na Mazurach być musi !
                                                    - Cioteczko, toć i my śpiewawa - wyrywa się Baśka. - Kiedy już nie w szkole, to
                                                    w domu. Kiedy na zieczór łojczulek i bracia z pola abo z łobory przydą, tu
                                                    siądą koło komina gdzie matulka warzy - a ja drzażczki smolne kłada w łógiań,
                                                    żeby buło jasno - tedy łojczulek zanuci z ksiajżki a bracia na trzy głosy pod
                                                    niebziosy. Matulka warzy i smaży i pomaga nucić i ja też pomagam. A kiedy
                                                    dopsiero przydą gody:

                                                    Hej, gody, gody, gody
                                                    Wen tu bandzie zino z wody,

                                                    tedy bym już skończyć nie chcieli tego: 'W żłobie leży'. 'Bóg się rodzi, moc
                                                    truchleje', 'A wczora z wieczora z niebieskiego dwora'. A po ziecierzy to znowu
                                                    ksiajżki do rangki i dalej 'śpiewamy, chwałę Bogu dajmy', jek te pastuszki
                                                    wesołe, co to rozłochocają małego Pana Jezusa i spsiewam, i graniam, i

                                                    Nawet na kozłowym rogu
                                                    Kryczą chwałę Bogu.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 20.11.06, 21:04
                                                    Ale noma sia te ciotki rozgodały wink

                                                    "Ja zawdy przy moji matulce stoja i dulcza (wpatruję się) w ji ksiajżka, a łona
                                                    mi pokazuje słowa i łuczy spsiewać. Małe słowa jużam w łostatna zima mogła
                                                    zcytać, a kiedy raz spsiewali "Aniół pasterzom mówił" pokazała mi matulka
                                                    duże "A" i takam pomału już wszystkie duże litery pozbadła (poznała). I drudzy
                                                    przychodzą do naju i cytają, i spsiewają. Drzazg (drewna) już za dnia wyszukam
                                                    i kłada na psiec do łususzki, tedy sia palą jek pochodnie i mawa (mamy) przy
                                                    komninie jasno jek w kosciele.
                                                    Raz Mazurki nocowały łu naju przed łolstyńskam jermarkam czy targam. Siedziały
                                                    na długi łazie (ławie) za stołam i słuchały, jek my spsiewali. Wtam ja do nich:
                                                    - Pódźta i wy kobzietki do psieca, do naju i pomóżta nama Boga chwalić.
                                                    Przyszły i spsiewały, ze sia aż rozległo. Mają dobre gardła te Mazurki. A jekie
                                                    łone słociuchne ! Na matulka móziły: "namnilsa, złotorna, jedwabna pani", a
                                                    mnie: "ślicna panienecko".
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Ciotki 21.11.06, 21:24
                                                    Skończyła Baśka, lecz Nulka więcej by jeszcze słyszała o ludziach i o ziemi, w
                                                    której zamieszkać miała, dlatego prosi:
                                                    - Poziedże Barwuchno jeszcze co ło tych przylepnych Mazurach.
                                                    - Nie, już dosć ło tam. Teraz na ciebzie kolej. Teraz ty poziedz ło twojech
                                                    glandach (ględy, zaręczyny), ło twojam łoddazie (ślubie). Czy i mnie zaprosisz
                                                    na wesele ? Czyby nie buła ze mnie szukowna przydanka (druhna) ?
                                                    - Bąku ty - gromi matka - myśl ło pacierzu, a nie ło weselu i ło szykowności !
                                                    - A wy, matulku, czyscie sia nie radowali, kiedy w Łączkach na waju mózili:
                                                    piękne Warmijaczki ?...
                                                    Plas! I dostało się Basi od matki w szczebiotliwą buzię za niwłaściwe slowa.
                                                    - Już to z tami dzieciami matka naziancy wytrzyma. Siła to nocy bezsannych,
                                                    siuła trudu i klopotu niż jich łodchowasz. Chandożysz (dbasz) i łuczysz, a łone
                                                    zawdy swojego. Kieby nie przyter i łostro nie nakliniuł (nakazał), to by sia z
                                                    człozieka jeszcze wyśnały. Ja też zitki zawdy pod bałkiem mam na pogotoziu,
                                                    chocam mojam dzieciom mocno dobra jest. Stara Bujnka to mnie zawdy tak
                                                    połuczała: "Bez rózgi nie łuchowasz dobrych dzieci!"
                                                    A ja rada słucham starych ludzi, bo łoni ziedzą co gadają i co robzią.
                                                    Wtem bierze Baśka rekę matki i rumieniąc sie, całuje ją i leci do dzieci.
                                                    Spostrzega to Dywicka i z wypogodzoną twarzą wtrąca:
                                                    - Gdzie też to łone ciasy, kiedy my sia tak łucieszały. Jek to psianknie
                                                    przyglądać sia tam malcom.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Ciotki 22.11.06, 20:49
                                                    - Oj, bodaj co to taki rodzic znaczy - przytakuje Ługwałdzka - dzieci go nigdy
                                                    dość nie łutścią (nie nałuczą). Łon jest w cani łu Boga i łu ludzi - nawet po
                                                    śnierci.
                                                    - Jół, siostro, pokazałoć sia to na pogrzebzie jego - opisuje dalej Dywicka. -
                                                    Jano łumer, zaczęli sia schodzić ludzie i lodmaziać nad zwłokami jego trzy razy
                                                    różaniec, a na zieczór spsiewali jeszcze "Z głambokości", "Przez czyściowe
                                                    łupalenie", "Jezu Chryste, Panie miły", i "Zieczny łodpoczynek".
                                                    A w pusta noc tom śpsiewali i modlili sia aż do zranku, aż kiedy zaczęli we wsi
                                                    zwołuwać na pogrzeb i pod łoknami wołać :"Chto sia przysłuży łumerłamu, tamu
                                                    sia przysłuży Pan Bóg !". I zeszło sia ludzi kupeczka. Tedym wyjechali i pośli
                                                    jek chto móg do wsi kościelny. Na przodku szedł wóz z trumną. Przy krzyżum na
                                                    smantarzu łustali, znieśli trumna na mary i czekali na ksiajży. Tedy zazwoniły
                                                    zwony, pokazały sia chorągzie, dzieci szkólne z łorganistą i siedmiu ksiajży.
                                                    Kiedy sia zbliżyli zaspsiewali żałobnam głosam psieśń:

                                                    Jezu Chryste Boże w ciele
                                                    Dla mnieś cierpsiał prac, mąk ziele....
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Ciekawe objaśnienia. 22.11.06, 20:50
                                                    Pusta noc- jest to ostatnia noc przed pogrzebem, ktorą całą w czuwaniu i w
                                                    modlitwie krewni umarłego i znajomi spędzają.

                                                    Jest też zwyczaj zapraszania po wsiach warmijskich na pogrzeb. Dalszych
                                                    krewnych i powinowatych zaprasza sie listownie przez pocztę lub posłańca na
                                                    koniu.

                                                    Pieśń "Jezu Chryste", śpiewają od niepamiętnych czasów na polskiej Warmii przy
                                                    pogrzebach dorosłych, jako i drugą przy pogrzebach dzieci (jutro podam ją w
                                                    całosci).
                                                    Podanie donosi, ze dwie te orginalne pieśni ułozyło dwóch kapłanów z Bartęga i
                                                    Purdy na Warmii.
                                                  • rita100 Re: pogrzeb 23.11.06, 19:38
                                                    Przy pogrzebie dzieci
                                                    Rychło ze świata zebrane
                                                    Dziecię rodziców kochane
                                                    Wziąć do grobu dziś mamy.
                                                    Co za boleść, co za smutek
                                                    Sprawiła smierć. Jej to skutek,
                                                    Którego doznawamy.

                                                    Niedawno na świat wydane,
                                                    A już nie ma być widziane
                                                    Od dziś wiecej na świecie.
                                                    Już zamknięto swe powieki,
                                                    Nie chce świata zanć na wieki,
                                                    Jest z aniołami w poczecie.

                                                    Jest ci jego śmierć dotkliwa,
                                                    Ale dla niego szczęśliwa,
                                                    Bo grzechu nie zaznało.
                                                    Nie zostały po nim długi,
                                                    Owszem zaraz bez zasługi
                                                    Do nieba się dostało.

                                                    Wy rodzice sie smucicie,
                                                    Kiedy ze łzami patrzycie,
                                                    Że już dziecię bez duszy.
                                                    Dusza wzięta jest do chwały
                                                    Takiej, ktorej nie słyszały
                                                    Żadne śmiertelne uszy.

                                                    Dziecię nieba żyj w pokoju,
                                                    Opływaj w rozkoszy zdroju,
                                                    Gdy się wiek twój tu skończył.
                                                    My twe ciało pogrzebiemy,
                                                    Boga współ prosić bedziemy,
                                                    Aby nas z Tobą złączył.

                                                    - Potam spsiewał "Z głambokości" po łacinie ksiąjdz, przyjaciel co go chował,
                                                    na przemian z dzieciami, znanucił "exultabunt Domino", pokropsiuł i
                                                    zaprowadziuł do kościoła na całe zilije (obrzędy). Po zilijach buło kazanie, na
                                                    chtóram mocnom sia spłakali, boć łumerłych trzeba łopłakać, a jeszcze takich,
                                                    ło których by sia nigdy zabaczyć ni mniało. Dopsiero msza śwanta łukojuła naju
                                                    niemało: w ty to jest nalepsza pomoc i pociecha. Takiem godnie zanieśli
                                                    łojczulka do grobu. Stacje w kościele bandą pamniątką po niam... Ale w domu to
                                                    buło kucno (smutno) po pogrzebzie. Wkażdam kącie jekby czegoś brak buło.
                                                    Wszańdzie matyjaszno a w jizbach pusto, gdzie łumerły leżał, bo duch ducha
                                                    czuje i tajskni sia za niam. Duszno buło łu naju kilka niedziel po pogrzebzie.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 24.11.06, 20:35
                                                    "Podczas tych smutno-poważnych rozmów 'wymkła' się Nulka do dużej izby, gdzie
                                                    od niejakiegoś czasu "zalsnęła" (spostrzegła) braciszka studenta i namówiła go
                                                    kapryśnie ciotki rozłochocić.
                                                    Pozdrowił wszystkie raźnie, przywitał i posałował w usta każdą z osobna. Ale
                                                    też i z ócz i z min widać było, że mu są wszystkie bardzo życzliwe i dobre - to
                                                    by go też raz kiedyś chciały widzieć panem.
                                                    - Czego wy sia też tam tyla lat łuczyta ?
                                                    - Rozmaitości, moja ciotko. Zawsze jest co, a czym wyżej tym więcej. Lecz to by
                                                    was mało interesowało, gdybym wam tu wszystko miał rozkładać o trójkątach,
                                                    czorobokach, o fizyce, Cyceronie, o pisarzach całym gronie:

                                                    Wejta jeno co to tego,
                                                    Toć jak chleba powszedniego.

                                                    A dzisiaj nie czas na to - w kiermas to się trzeba radować i weselić między
                                                    swoimi, których się cały rok i kurlanki spsiewać.
                                                    - Masz prawda, mój sztudańciaku - przytakuje zawsze wesoła Spręcowska. -
                                                    Zaspsiewaj jano nama co nowego, bo ja mocno rada spsiew słucham, a sztudanty to
                                                    bodaj mogą miedzy sobą śliczne nuty wymyślać nie widziało.
                                                    Wesoły student nie dał się długo raczyć.... Tam było uciechy za trzy miechy i
                                                    duże półkorcze.
                                                    Lecz surowa ciotka Linowska ostro patrzy na studenta i ostrzej jeszcze
                                                    przysłuchując się kurlankom jego i wnet zdaje swój sąd mówiąc.
                                                    - Sztudańciku, przy takich niezinnych spsiewach i wesołosciach możesz łostać
                                                    ksiandzam i być mniłam Bogu i ludziom, ale tera nama poziedz, skąd ta prosta
                                                    mowa nasza i co ty ziesz ło Gietrzwałdzie i ło łodpuście bartajskim.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Ciotki 25.11.06, 20:56
                                                    - Kochane ciocie, trudne to są i nierozwiązane dotąd sprawy, lecz co o nich
                                                    wiem, to powiem. Kazdy jezyk, a więc i polski, ma swoje odrębne dialekty czyli
                                                    narzecza. W niemieckiej mowie te różnice dialektowe są jeszcze większe anizeli
                                                    w polskiej i to tak, że Meklemburczyk i Hanowerczyk chyba z trudnością zmówi
                                                    się ze Szwabem i Szwajcarem. Dialekty czyli narzecza mają swoje racje, z nich
                                                    jak z świeżego zdroju odnawia się i odświeża język poprawny, literacki.
                                                    Kolonizacja polska w Starych Prusach (Altpreussen, Ostpreussen) rozpoczęła sie
                                                    także około 1300 roku po Chrystusie. Do dzisiejszych Mazur napływała sąsiednia
                                                    ludność z pogranicznego Mazowsza polskiego, gdzie było przepełnienie czyli
                                                    nadmiar ludności, a w straych Prusach wskutek długoletnich wojen z Hardymi
                                                    Krzyżakami był wielki brak ludzi, mianowicie dla bartnictwa i gospodarstwa.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 26.11.06, 19:31
                                                    Warmijscy biskupi pochodzący ze Ślaska sprowadzali stamtąd, z okolic Prudnika,
                                                    Głogówka, Opola na zachód Warmii kolo Olsztyna polskich kolonistów, o czym
                                                    świadczy dzisiejsza mowa prosta, zwana dialektem 'a'.
                                                    Nadto przybyli tu dotąd polscy osadnicy z bliskiej ziemi chełmińskiej,
                                                    lubawskiej i łomżyńskiej, zwłaszcza z Kurpiów.
                                                    Po roku 1410, kiedy Polacy i Litwini za króla Jagiełły pod Olsztynkiem
                                                    Krzyżaków zbili i z Warmii wygnali, przybyli po raz drugi do spustoszonych
                                                    stron naszych ludzie z tych samych okolic, oprócz Śląska, zmieszali się z
                                                    pozostałą ludnoscią i od tych my pochodzimy.
                                                    Roku 1525 mistrz krzyżacki Albrecht został luterakiem i odebrał Mazurom wiarę
                                                    katolicką, przez co ich tym więcej oddalił od katolickich Polaków i od
                                                    Warmiaków.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 27.11.06, 20:45
                                                    - Tak to może być - potwierdza Linowska - uprawa lnu i płótna mawa ze Śląska,
                                                    nasza gadka jest podobna di ty, co Ślązaczka miała, jek u naju z płótna
                                                    chodziuła. A czy pod Chełmnem tak gadają, nieziam, bom tam nie buła, ale w
                                                    łączkach pod Lubawą, zieta wszystkie, ze jenaczy gadają, bośta tam wszystkie
                                                    buły. A teraz poziedz nama, sztudańciku, co to są Kurpsie ?
                                                    - Tak się nazywają - objaśnia student - mieszkańcy powiatu ostrołęckiego za
                                                    Opaleńcem, Chorzelami, Myszyńcem w Polsce. Nazwisko swe otrzymali od obuwia,
                                                    które jest plecione w lipiwego łyka, a zwie sie "kurpiami". Mieszkają w tych
                                                    miejscach, gdzie niegdyś rozciągały się puszcze, jak Biała Puszcza, Zielona,
                                                    Myszyniecka, Czarna i zajomowali się s początku jedynie bartnictwem, to jest
                                                    pszczelnictwem i myślistwem, to jest jegierką.
                                                    Kurpiarze odznaczają się otwartością, rzetelnością, pobożnością. W mowie Kurpie
                                                    mazurzą, czyli scypsią, jak Mazurzy, oprócz tego mówią: gajsi, bańdzie, śwanto
                                                    i miękczą bardziej niż gramatyka przepisuje, na przykład: siga, bziały, zietr,
                                                    psiwo, zino - jak pruscy Mazurzy na pograniczu Warmii i my, Warmiacy.
                                                    - To prawda - odzywa się naraz kilka głosów - niejeni psielgrzymni w
                                                    Gietrzwałdzie tak gadali, tylo my nie ziedzieli, skąd łoni - to z Kurpsia!
                                                    - A z tych stron właśnie - dodaje student - polscy biskupi sprowadzali
                                                    kolonistów dla Warmii po zlutrzeniu Mazurów.
                                                  • tralala33 Re: Ciotki 27.11.06, 21:01
                                                    No jo, tlu Kurpsie prócz bartnictwa i jegierki jenakszo znali robota. Nie darmo
                                                    jedno zieś kurpsioska zwie sia Zbójna wink
                                                    www.zbojna.powiatlomzynski.pl/
                                                    A to dziwić sia nie ma co, bo tamoj w ta puszca łuciekali chłopi spod prawa
                                                    wyjenci.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 27.11.06, 21:14
                                                    Pamnientam , jek rozprawialim ło tam przy strojach ludowych. Kurpsie dobrze sia
                                                    trzymajó ludowo.
                                                    Ależ tez te ciotki długo splytkujó. Eszcze nie konic na tam.
                                                  • tralala33 Re: Ciotki 27.11.06, 21:17
                                                    Ło zbójowaniu? Ło zbójowaniu tośma chyba nie godali a Kurpsie to buli prazie
                                                    jek Robin Hood i jego banda tlo nie ziam co dowali bziednym abo brali dla
                                                    siebzie smile
                                                  • rita100 Re: Zbójnicy na Kurpsiach 04.12.06, 20:57
                                                    Dobre to i bardzo ciekawe, dzianki Fedar

                                                    Z terenu byłych Prus Wschodnich przybyli na Kurpie czterej mężczyźni, którzy
                                                    właśnie to miejsce obrali sobie na siedlisko. Ponieważ zbliżała się zima, więc
                                                    wykopali sobie wśród drzew ziemiankę pokrytą gałęziami, darniną i igliwiem; nie
                                                    zapomnieli o wykopaniu studni i już zima była im niegroźna. Na wiosnę zaczęli
                                                    budowę drewnianej chaty, a niedługo stanął obok niej chlewik, w którym podobno
                                                    nigdy nie było żadnego domowego zwierzęcia.

                                                    Mężczyzn tych nazywano początkowo "Pupańcami", bo według relacji niektórych
                                                    przypadkowych wędrowców pochodzili z mazurskiej miejscowości Pupy ( po II
                                                    wojnie światowej przemianowanej na Spychowo). Jednak z biegiem czasu do
                                                    mężczyzn tych przylgnęło inne przezwisko, mniej chlubne, a
                                                    mianowicie "Łupańce", gdyż okazało się, że potrafią napadać i łupić: najpierw
                                                    wędrownych Żydów, później przemytników żyjących z przygranicznego handlu a
                                                    kończąc na mieszkańcach kurpiowskich wiosek, którym kradli krowy, świnie,
                                                    konie, a nawet ubrania i sprzęt domowy. Trzeba przyznać, że robili to w sprytny
                                                    sposób i nigdy nikomu nie udało się ich chwycić na gorącym uczynku, chociaż
                                                    opinia była zgodna, iż to oni są złodziejami.

                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Zbójnicy na Kurpsiach 04.12.06, 21:00
                                                    To je fejn, związane z jarmarkiem

                                                    Był też i inny powód powodzenia ich złodziejskiego procederu. Każdy z nich
                                                    posiadał dużą siłę fizyczną, której nie omieszkał ukazywać w czasie wiejskich
                                                    zabaw, prac polowych czy parafialnych odpustów. Na " muzykach" każdy z nich
                                                    chwytał naraz trzy panny w pół, podnosił do góry i kręcił się z nimi w rytm
                                                    oberka. Dziewczyny ze strachu piszczały wniebogłosy, a "Łupańce" przyjmowali to
                                                    jako wyraz największego uznania i aplauzu. Bardzo lubili popisywać się swoją
                                                    krzepą podczas odpustów. Zdejmowali komuś przypadkowemu czapkę lub kapelusz z
                                                    głowy, podnosili najniższą belkę węgłową stojącego domu, tam kładli czapkę na
                                                    kamień rogowy, opuszczali belkę i na oczach gapiów żądali od właściciela
                                                    nakrycia głowy 1 litr gorzałki, którą przeważnie zawsze dostawali.

                                                    Ich słabością były zakłady. Namawiali do nich różnych ludzi, często
                                                    przypadkowych i zawsze wygrywali. Zakład polegał na tym, że któryś z "Łupańców"
                                                    podchodził do woźnicy i zagajał rozmowę:
                                                    -A cemu ty w takie lichostwo jeździs ?
                                                    -Jekie lichostwo ? Toć to porządne kobylisko !- odpowiadał przeważnie oburzony
                                                    furman.
                                                    -Ty tą chabetę nazywos "porządnem kobyliskiem" ? Toć jo tylo troche bym
                                                    przytrzymoł za kłonice i ona by z niejsca nie rusyła.
                                                    - A co tyś taki silny ? To zaroz mozem sprobować i zobocem kto wygro !

                                                    Gospodarzowi widocznie puściły nerwy, a "Łupaniec" tylko na to czekał. Dobijali
                                                    zakładu, a zebrana gawiedź miała darmową atrakcję. "Łupaniec" chwytał za
                                                    szprychy żelaźniaka, a biedny koń mimo krzykliwych ponagleń woźnicy i bicia
                                                    batem nie potrafił ruszyć z miejsca.

                                                  • rita100 Re: Zbójnicy na Kurpsiach 04.12.06, 21:05
                                                    Doskonałe te łopoziadania, strasnie śnieszne

                                                    Przy pomocy wspomnianego Łukosa postanowiono pozbyć się "Łupańców". Okazja
                                                    nadarzyła się niedługo. Po Mszy Św. odpustowej w Turośli ludzie poszli do
                                                    karczmy i jak zwykle, któryś z "Łupańców" złapał za kołnierz sukmany i za
                                                    spodnie przygodnego pielgrzyma, podniósł do góry pod powałę i powiedział:
                                                    -Ktory tego samego dokoze , to jo stoziom litra !
                                                    -A co to strasnego podnieść takiego chudzioka do gory i obkręcieć się z niem
                                                    pore razy ? - Łukos tylko czekał na ten moment.
                                                    -Jekiś taki cwaniok to ty sprobuj ! - Duma "Łupańca" została widocznie urażona,
                                                    skoro odezwał się z taką złością.
                                                    -Pewnie ze sprobuje, ale nie tutaj i nie za litra. - Odpowiedział spokojnie
                                                    Łukos.
                                                    -A co ty potrasis ? - Pytał coraz mocniej wyprowadzony z równowagi "Łupaniec". -
                                                    Jo was wszystkiech śterech poniose psięćdziesiąt sązniow.
                                                    Chwolis sie tylko. A co będzie, jek nie dos rady ?
                                                    Jek nie dom rady to weźnieta całą moją gospodarkę, ale jek sobzie poradze to wy
                                                    wyniesieta sie z nasech stron prec.
                                                    - Ha, ha, ha ! Moze być. Przydadzą nom sie nowe budynki.

                                                    Postanowiono, że zakład zostanie roztrzygnięty w miejscu zamieszkania.
                                                    W ziemię wbito cztery drewniane słupy, na nich położono skrzydło drzwi od
                                                    stodoły, a na tychże drzwiach mieli leżeć "Łupańce". Z tym ciężarem Łukos
                                                    musiał ujść 50 sążni, czyli dzisiejszych ok. 100 metrów.

                                                    "Łupańce" kładli się na drzwiach z głośnym śmiechem, gdyż w głowach im się
                                                    mieściło , aby ktoś uniósł na swych barkach 4 dorosłych mężczyzn i na dodatek
                                                    drzwi od stodoły.

                                                    Łukos jednak ze spokojem podszedł do ciężaru. Nakazał "Łupańcom", aby nie
                                                    wiercili się w czasie niesienia, a sam zaczął badać gdzie najlepiej stanąć, aby
                                                    wyśrodkować punkt ciężkości. Wszystkie poczynania obserwowała niezliczona
                                                    rzesza ludzi, którzy przyszli na własne oczy zobaczyć niezwykłe wydarzenia,
                                                    dzięki którym pozbędą się, być może, złodziei ze swoich stron.

                                                    Łukos naprężył mięśnie, pot i żyły wystąpiły mu spod skóry, drzwi zaskrzypiały
                                                    i cały ciężar znalazł się w powietrzu. "Łupańce" początkowo leżeli spokojnie,
                                                    ale w miarę kolejnych kroków Łukosa miny im zrzedły i zaczęli się wiercić, aby
                                                    utrudnić marsz z ciężarem.
                                                    Jeden z nich próbował nawet skulnąć się z niesionych drzwi i zaczął krzyczeć:
                                                    -Zokłod jest niewazny, bo Łukos ze słabości przekrzyziuł drzi !

                                                    W ludzi zaczęła wstępować złość i ktoś krzyknął:
                                                    - Zebyś drugi roz nie zlecioł to my momy sposób, zeby cie przytrzymać!

                                                    W mgnieniu oka pojawiły się młotki, gwoździe i każdemu "Łupańcowi" przybito
                                                    rękę do desek, aby uniemożliwić im poruszanie. Jakaś dzika radość i chęć zemsty
                                                    za doznane krzywdy pojawiła się w sercach ludzi. Teraz wszyscy nieśli drzwi
                                                    z "Łupańcami" 5 wiorst (ponad 5 km.), aż do granicy z Prusami. Tam ich
                                                    zostawiono zakazując powrotu.

                                                    Ludzie wróciwszy przeszukali zabudowania po "Łupańcach" i znaleźli wiele
                                                    rzeczy, które pochodziły z łupienia ludzi.

                                                    Opatrzność jednak uznała , że ludzie zbyt okrutnie potraktowali "Łupańców" , bo
                                                    okoliczne wioski zaczęły nawiedzać różne nieszczęścia. Ci co chcieli osiedlić
                                                    się na pozostawionym miejscu , po pewnym czasie rezygnowali. Nawet Łukos
                                                    postawił w łączkowskim lesie metalowo-kamienny krzyż z powodu tylko sobie
                                                    znanemu.

                                                    Po "Łupańcach" pozostało tylko kilka zdziczałych wisienek, zapadnięta studnia,
                                                    nazwa kawałka kurpiowskiej ziemi i historia, która skłania do zadumy nad
                                                    ludzkimi losami.


                                                  • rita100 Re: Ciotki 28.11.06, 20:14
                                                    tralala33 napisała:

                                                    > Ło zbójowaniu? Ło zbójowaniu tośma chyba nie godali a Kurpsie to buli prazie
                                                    > jek Robin Hood i jego banda tlo nie ziam co dowali bziednym abo brali dla
                                                    > siebzie smile

                                                    Rozprawialim ło nazwie Kurpsie, ale ni ło zbójowaniu.
                                                  • rita100 Re: Ciotki 29.11.06, 20:28
                                                    - A to ciekawe, posłuchajcie dalyj Tralala i Fedar - odzywa się Pajtuńska - to
                                                    tedy mowa warnijska i mazurska jest "rychtyczna" mowa polska, a nie łosobna
                                                    mazurska, jek rektorzy na Mazurach gadajó ! Ale czemu my nie scypsiem, kiedy
                                                    Kurpsiarze scypsią ?
                                                    - Na Warmię - odpowiada student - polszczyzna dotała z dwóch stron: z zachodu
                                                    od Ostródy, Lubawy, Chełmna, z południa z Łomży od Kurpiarzy mazowieckich.
                                                    Pewnie pierwsi polscy koloniści na Warmii mówili narzeczem śląskim i
                                                    chełmińskim, dlatego do dziś dnia w nas nie mazurzą. Nieco później z południa
                                                    napływali osadnicy z Mazowsza i wprost z Ostrołęki, Łomży, Kolna, Goniądza,
                                                    Tykocina - jak księgi chrzestne i ślubne wykazują, ale że pierwotna mowa na
                                                    Warmii nie mazurzyła, więc i później osadnicy nie zdołali przeprowadzić
                                                    zmazurzenia. Owszem i oni z czasem zaniechali tego i nie mówili już: Boze,
                                                    nasa, capka, ale Boże, nasza, czapka albo Bozie, nasia, ciapka, jak i teraz
                                                    jeszcze mówią w Silicach, Patrykach itd.
                                                    I zmiękczenie zostało tak, że mówim dzisiaj: zieś, psiwo, zino, zieczór,
                                                    ziertel, sigiel, psies.
                                                    cdn
                                                  • tralala33 Re: Ciotki 29.11.06, 20:36
                                                    Z Tykocina poziadacie? Jó znom jenygo co z tamoj do Łostyna wycióngnoł, no jek
                                                    łon to doma poziedział to jego matulka jamrowała, łoj jek łona
                                                    jamrowała. "Synoczku - móziła - gdzie ty chcesz jechać, do tych Prusaków. Tamoj
                                                    Mniemncy sia wróco, dom ci zabioro", tak sia strachała smile
                                                  • rita100 Re: Ciotki 02.12.06, 19:56
                                                    Bali sia Prusaków, łoj , bali. Jekoś dotyj pory Pruska to twardo brzmi i ni
                                                    ciepło. Groźnie to wyglónda, groźna i nazwa.

                                                    "Wyrobił się więc osobny dialekt polsko-warnijski, uwydatniający się tym
                                                    dobitniej, że na północ ogrodzony był przez Niemców-Koślinów, a drugich zaś
                                                    stron od sąsiednich Mazurów, którzy wyznawali inną religię i należeli do innego
                                                    państwa.
                                                    - Co też to łuczone ludzie wszo wymędrzą - wtrąca tu Stańslewska - aleć i na
                                                    Warmiji różnie wymaziają: jeni na"a" - drudzy na "e". Wenowejcie, nakci u was
                                                    pod Łolstynem gadają wszędzie na "a", u nas w Staniślezie, Bredynku, Stryjezie,
                                                    Węgoju, Łabysze, Raszęgu, pod Biskupcem i Wartemborgiem aż do Łęgajn i Giław
                                                    gadają na "e". Poznać ptaszka po psiórach.

                                                    I tak łoto cotki sobzie godały. Przejdziem tero do wujów, bo łóni nie chciali
                                                    słuchać tlo poszli w pole.
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 05.12.06, 21:32
                                                    Kiedy tak ciotki splytkowały w jizbzie, wuje leźli po polach.
                                                    "Wuje wprost biegli na "Galik", do lasku założonego przez Jakuba. Minęli
                                                    chałupkę i stodółkę, dla ogrodników i pięć bagien w małych łączkach.
                                                    - Po co tu masz psiańć bagnów na tam małam kawałku ? dwóch by dość buło -
                                                    odzywa się najprzód bogaty Ługwałdzki.
                                                    - Masz prawda, Kaźnierku. Zidzisz tan rów śweży łod chałupy pod Galik ma
                                                    spuścić i wysuszyć trzy pomniejsze stawki. Dawni sia ło to nie dbało, bo tu
                                                    psiaskowe plany, a życia buło dość z dobry roli za górą. Ale teraz przez ta
                                                    lupyna (łubin) i saradela, co i na psiaskach rośnie, każdy kawałek roli sia
                                                    łobsiewa. Ty masz sześć włók i dobry roli do kolan, a mordujesz sia nawet w
                                                    zima łobwożaniem łoparczysk (bagien)Helgi i szykowaniem jich na łąki. Masz duży
                                                    las, a szanujesz go na drugich, boć ci wymerły dzieci. Kiedy ty łoczy
                                                    zamkniesz, wnet z twego duzego mniejsca bańdzie dziesiańć na parcelach. Ja ni
                                                    mam lasu, jeno w Gielekach brzóski na torfakch, tom zasadziuł je tu w lotne
                                                    psiaski na Galiku i tam pod chudą łąką. Bandą mnieli dzieci moje i wnuki
                                                    pożytek, bo drzewo i torf z ciasam mocno w cana przydą. Teraz za tysiąc torfu z
                                                    przywózką ledwo dostaniesz trzy, za klaftrą (stos drzewa) szczap (drzewo) dwa
                                                    talary. To lichy zarobek, ale co poredzić, kiedy psieniandzy brak zawdy.
                                                    Wtem weśli do lasku...
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 06.12.06, 20:51
                                                    Wtem weśli do lasku.
                                                    - Jek to sia raźnie przyjęły twoje brzóski z Gieleków a i chojinki (sosny) i
                                                    jeglijki (świerki) puszczają - chwali Kazimierz. - Toć ty jest poranczny
                                                    (zaradny). Tu wnet psiasek łobrośnie, grzyby rosnąć bandą, a z czasem las
                                                    powstanie.
                                                    - Dobrzeć - odpowiada Jakub - że już po seperacyji. Tam przy wsi były ryki
                                                    (duże płoty), do laska siangały przecze... Tam na działach zidzita teraz
                                                    seperantów. Siedzą jek żłoki (duze pany), mogą na swojam gruncie siać i sadzić
                                                    lasy i spuszczać i łobwozić kwasy. Całe gospodarstwo w jednym kawale, nie jak
                                                    przed seperacyją we trzech lub szterech. Mądrość ludzka też robzi postampy.
                                                    - A w siuła ty pól gospodarujesz ? - pyta się Butryński
                                                    - Jek stąd zidzita, we trzy. Ale tam daleko "pod ciarkami" łobaczyta, ze w
                                                    sześć. A tan arendarz spod Sozi Góry, na krolewskam dominium (posiadłość), w
                                                    łosióm. Dawni należał tan majątek razem ze Staram Dworam do kanoników we
                                                    Fromborku i musieli nasi ludzie ze wsiów tam łodrabziać pańszczyzna. My sia tak
                                                    przyglądawa tam ślachcicom i próbujewam łod nich sia dołuczać. Łorzą trzy razy,
                                                    coraz głambzi, gnoją dobrze z chlewa i kupnam gnojam, to jam też z kaduka
                                                    rośnie wszystko dobrze. Myć tak nie możewa, ale pomału próbujewa i zawdy lepsi
                                                    jidzie.
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 07.12.06, 19:43
                                                    - A jek to jest w łosiom pól ? - dokumentuje się uporczywie Butryński.
                                                    - Ja ci poziam, sfaku (mąż siostry matki). Jek ziam tak poziam - wtrąca wuj
                                                    Kazimierz. - W psierszam roku weźwa ługór w końcu trzy razy łorać, gnojić,
                                                    zasiać łozimina. Tedy masz w drugam: łozimina, w trzaciam tartofle, w czwartam
                                                    łozies i jańczmiań, w psiątam groch (poprószyć choć letko gnojam), w szóstam
                                                    łozimina, w siódmam konikóż (koniczyna), w łosmam paśnik. Tak wejdzie osiem lat
                                                    i tak można gospodarować w osiem szlagów (kawałek pola, działek). Możesz sia i
                                                    jenaczy łurządzić: siać lan, seradela, lupyna (łubin) abo jeszcze lepsi
                                                    seradela abo lupyna podłorzesz i jeszcze kunsztownego gnoju posypiesz, to ci
                                                    łurośnie i na psiasku żyto jek trzcina. Spróbuj jano, to sia łopłaci.
                                                    - Kaźimierku, jednamu sia to zawdy łopłaci, ale prandzy tamu, co kunsztowny
                                                    gnój przedaje - wtrąca nie dowierzając Pajtuński. - A na polu różnie Bóg daje.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 08.12.06, 21:03
                                                    - A kiedy ty siejesz żyto i pszanica, Jakubzie ? - pyta Butryński sfak.
                                                    - Około Matki Boski Siejny, przed łosmam wrześniam zwykle zaczna. Ślachcice już
                                                    prandzey, ale przed psiątym też nie chcą. Stare gospodarze maziają, że
                                                    kantoporny siew (najlepsze cztery dni na siew żyta) kolo sietomnastego września
                                                    to nalepszy, bo kiedy prantki siew dostanie dwa albo trzy kolanka, a do Gód
                                                    (Gody) nie przyjdzie mróz i zyta sia nie wypasie - wymarznie. Pszenica bodaj
                                                    wytrzyma ziancy.
                                                    Szli granicą przy porance, przeszli rów pod cierkami (krzewami), a Pajtuński,
                                                    lubiący drwić ze wszystkiego co zobaczy, przygląda się bystro, ale widząc rolę,
                                                    dobrze wyrobioną pod zasiew i już ognichę na niej puszczają, mruknął:
                                                    - Łujdzie z nią, ługorowana. Można już zacząć siać przed Matką Boską Siejną.
                                                  • gajowy555 Re:Wuje w polu 08.12.06, 21:59
                                                    Tralala33 napisała:
                                                    > Fejn to sia czyta, gwołt warmmijskich słówek, trza do naszy szkoły nazod jiść
                                                    > coby nosza godka ćwiczyć.

                                                    Ło to, to. Mosz recht Tralala...
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 09.12.06, 20:37
                                                    Oj, cosik noju Cyfus nie rozpieszcza tami gawendami - no szkoda. Sami musim sia
                                                    dopieszczać. Ani podręcznika, ani literatury ni mowamy. Ciągle tlo sznupiemy.
                                                    --
                                                    Przeszli na drugi i trzeci szlag, gdzie kartofle, marchew, buraki, brukiew,
                                                    kapusta, len, wyka, biały i bury groch i reszty owsa nad łąkami dojrzewały.
                                                    - Duże łąki, ale tu brak kupnego gnoju - spostrzega Michał - co tu lichy putraw
                                                    (siano z drugiego pokosu)
                                                    - Jół, na tych torfowych łąkach zwykle licha trawa; tu brak różności: przede
                                                    wszystkam potrząsnąć workam... - przyświadczył gospodarz domowy i zaprowadził
                                                    do drugich brzósk nad chudą łąką, gdzie spokojnie chodziło bydełko razem z
                                                    owieczkami.
                                                    - Co tu zrobzić z tą chudą, niełurodzajną łąką ? - pyta Jakub. - Różne rady
                                                    dawali jek mogli, jek chto ziedział i nie ziedział, ale gadał...
                                                    - Tu trzeba łobzieść psiaskam i zasiać - radzi Butryński sfak.
                                                    - To nic nie pomoże - przeczy Pajtuński. - Czy nie zidzisz, ze mniejscami woda
                                                    spod góry ciurkam leci ? Tu trzeba rurki włożyć.
                                                    - Próbowałem, zalazły - odpowiada Jakub - chociam rurki kładli w mech.
                                                    Kruszynać (odrobinę) pomogło na łuwrociach (pochyłościach).
                                                    - To tak dali i trzeba - zachęca Kazimierz. - Duży rów we środku niech
                                                    łostanie, a małe rurki do niego też w końcach łotwarte łod łuwrociów na dole w
                                                    mech kładzione, do góry zakryte, tak powoli woda zleci i łąka wyschnie.
                                                    - Dzieci mi dorastają; tak zrobzia niż zdam (nim oddam im) - obieca domowy i
                                                    zaprasza do nowo założonego lasku pod górką.
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 11.12.06, 21:14
                                                    - Bracie, patrz, jek cia Bóg najrzy !(miłuje) - woła stryj Andrzej. - Łoboma
                                                    ręczkami ci daje: brzozy rosną, choinki same jidą ! Chorujesz co prawda, ale
                                                    nie kłopoc sia za ziele, nie myśl ło zdawce (przekazania majątku dzieciom).
                                                    Przyjdzie cias - przyjdzie atłas.
                                                    Wyśli z lasku. Z góry widać dokładnie miasto Olsztyn, Posorty i inne majątki,
                                                    separantów i dom rodzimy, z którego student im naprzeciwko idzie.
                                                    - Patrz jano - mówi Butryński - my za lasami nic nie zidziwa. Tu Łolstyn jek na
                                                    talerzu leży ! Tam kościół, tam stary zamek, ław (tu, tutaj) budynki, gasy
                                                    (drogi, ulice), brama, przed nama nowy klasztor nad Łyną z kapliczką we środku,
                                                    mniejscami wkoło miasta zidać jeszcze stare mury, tam sia kurzy - to cegielnia,
                                                    tam zielazna kolej spod Gietrzwałdu jidzie - ta sama com niedawno nią jechał !
                                                    Co za śliczny zidok !
                                                    - I patrzta tylo dali: za chudą łąką, co za pola !
                                                    Rola, łąki pełne ksiatu czerwonego i żółtego. Na prawa rów i ciarki (krzewy,
                                                    jeżyny), i maliny, boroziny, na szeroki granicy krze leszczyny - latoś ( w tym
                                                    roku) orzechów pełne, na liwa (na lewo) przed chojinkami szeroka do mniasta
                                                    droga gałajzistami jerzbami przystrojona...
                                                    cdn
                                                    gałajziastami jerzbami - rozgałęzionymi wierzbami.
                                                    gałajzie, gałajziastami
                                                    gałajziasty szczep - rozgałęzione drzewo
                                                    gałajzie - fejn słówko
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 12.12.06, 21:08
                                                    Zadumani szli pod dom nic nie mowiąc, bo wieczór się zbliżał i trzeba było o
                                                    powrocie myśleć.
                                                    Przyśli na zapłocie, widzieli w ogrodzie zmeczone dzieci, siedzące niby
                                                    kurczęta spokojnie około dziadka Lamkowskiego i cotki Lucy z Jonkowa, ktora
                                                    jeszcze bawiła małą Kaśkę, wiercąc jej palcem w małej dłoni i każdy paluszek
                                                    poruszając przy takich słowach:
                                                    - Kaśku, to (w dłoni) seroczka krupki warzuła. Tamu (paliuszkowi) dała, tamu
                                                    dała, tamu (ostatniemu) łepek łurwała i do nieba poleciała.
                                                    Dziecko wesołe mile patrzy na tą całą procedurę, spogląda raz w niebo
                                                    wypogodzone, raz na ciotkę Lucę szczęśliwą jak anioł stróż nad grzecznym
                                                    dzieckiem.
                                                    Kaśka chce się oczywiście czego spytać, ale jeszcze nie może i trzepie się jak
                                                    młody ptaszek na gałązce.
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 13.12.06, 20:02
                                                    Michałek 'zie' i śmiało odpowiada, a wszyscy ciekawie słuchają.
                                                    - Do woza brak....- ale nie wie jak tu zacząć.
                                                    - Dziadku, ja ziam ! - prysnął mały Maciek.
                                                    - Dziadku, ja też ! - powoli dodaje Kubal.
                                                    Ale dziadek się uparł na Michałka i rzecze:
                                                    - Dajtaż mu pokoj. Łon też zie, pozie wama wyraźnie choć pomału.
                                                    Wtem Michałek, wydając głos pewien siebia, liczy głośno:
                                                    - Do jednego woza należą sztery koła, dwa łosie, jedna dyśla, dwoje drabzi;
                                                    wózek do wyjazdu z pukoszkam abo ze skrzynką, ma nadto siedziska, pugrabki,
                                                    szczyty, a wózek na śwanto ma ładne siedziska, dwa tambory, dwa lichtarnie, dwa
                                                    strzampsiska zielazne do wiezienia, blachy nad kołami do błota i jest malowany
                                                    czarno, modro abo żółto; kolo ma psiasta, buks w psiaście, sztery rynki na
                                                    psiaście, spsice, falgi, na falgach refa, a w refsie szynale (żelazne kowalskie
                                                    gwoździe); łoś (oś), zielazna łoś ma futer drewnianny, lopaski zielazne,
                                                    skranty, nasad, sztery kłonice, ryczań, szruby abo buks dla psiasku, lon (gruby
                                                    żelazny gwóźdź), deski spojanki (do gnoju), żytne drabzie potrzebują tuleji w
                                                    łosi, szterech luśni, szterech naślustków, grabzie mają szczeble z drzewa abo
                                                    druta; ryczan ma zielazne podstawki pod kłonice, na klonicach rynki i na końcu
                                                    ryczana są rynki, żeby sia nie rozszczepał, ryczan ma dora (otwór) blachami
                                                    łopatrzona na (dla) zielaznego, dużego szpernala (gwóźdź smile, co trzyma ryczan i
                                                    przedni nasad pospołu; rozwórka ma rynka na tam końcu, gdzie mały szpernal ją w
                                                    kleszczach trzyma, to jest na drugim końcu, za tylną łosią szteksel, gruby
                                                    zielazny góźdź z kietką (łańcuszkiem) przybzitą do łosi, żeby sia nie zgubził.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 13.12.06, 20:05
                                                    hehe, i na tej kropce zrobie przerwę , bo niesłychanie się zmęczyłam tym
                                                    przepisywanie. Eszem tak ciajżkiego tekstu ni psisała. Prazie nic z tego ni
                                                    mniarkuje, a łopoziada to dzieciuk - z czego składa sia wóz - je to taki wóz
                                                    jakiem dzieciukam buła nazywała - wóz drabiniasty i siano mym wozili do
                                                    sójsieki (stodoły).
                                                    A łoto tyn sójsiek na samiutkiej górze tygo domu. Przystawiało sia drabke.
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=83&pos=91
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 14.12.06, 20:07
                                                    cdn wozu
                                                    "Rozworka siedzi w tylnych skrantach (skręty) z rynką i lezy na podyjmnie
                                                    przednich skrantów na zielaznym futrze. Na tylny łosi w nasadzie są kłonice,
                                                    nasad ma też rynki zielazne, zeby go kłonice nie rozszczepały. Dysla siedzi w
                                                    przednich skrantach i w trzech zielaznych rynkach. Miedzy drugą i trzecią rynką
                                                    jest zielazny skobel dla braki, braka ma dwa łorczyki zielaznami rynkami do ni
                                                    przykute, każdy łorczyk ma znów po dwa koła do kietków przy ślach. Koniec dyśli
                                                    jest zielazną, grubą blachą łokuty i ma łak (hak) abo skóbel do przedny braki i
                                                    na dole skobel do zatrzymania laśnikow abo kietków spojonych na dole mocną
                                                    rynką. Kiebym teraz konie łokieznał, to jest założuł łuzdy i we śle włożuł
                                                    lejeczki, panknął batogam, tobym jechał jek pan !
                                                    - To dobrze, tak dobrze - chwali dziadek Michałka - jano nie za łostro, nie
                                                    galopam, nigdy na wyścigi z drugam - przestrzega życzliwy staruszek.
                                                    cdn
                                                  • tralala33 Re:Wuje w polu 14.12.06, 20:46
                                                    A tutaj mowam wóz drabinasty na łobareczku z lubelskiej wsi. Tak patrzajta
                                                    gdzie so te łorczyki, dyśel, kietki, braki i jenaksze cudaki smile
                                                    www.euromixbug.org/index.php/pl/galeria/zdjecia_z_muzeum_wsi_lubelskiej/w
                                                    oz_drabiniasty
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 14.12.06, 20:58
                                                    Ale tyż fejn wóz - łobaczcie jeka stodoła. Rychtycznie ziejskie życie .
                                                    www.euromixbug.org/index.php/pl/galeria/zdjecia_z_muzeum_wsi_lubelskiej/woz_drabiniasty

                                                    Czy to czyrwone na dole to kanister z benzyną ? hehe, ale łobrazecek. I ten
                                                    wyplatany kosz psiankny, taki jek na szczep po drabce sia brało.
                                                  • gietpe Re:Wuje w polu 14.12.06, 21:34
                                                    tralala33 napisała:

                                                    > to bandzie drabiniasty?
                                                    > zdjecia.swistak.pl/00/02/02/61/2026187_2_b.jpg
                                                    Jo rychtyk to je drabnik jek móziła moja uma.
                                                    Jek sie jechało na pole szurki siedzieli na dole mniendzy szczeblami a starzy
                                                    operte o gorny drąg.
                                                  • gietpe Re:Wuje w polu 14.12.06, 21:29
                                                    Wydaje mi się że te kosze to zostały zastąpione deskamiale to może w zależności
                                                    od regionu i zamożności gbura.miałem napisane więcej nie tak niegrzecznie jak
                                                    poprzedni post ale zanim skończyłem to mnie wylog i pisze zdawkowo -ciekawe czy
                                                    zdążyłemsmile
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 14.12.06, 22:00
                                                    Tak , bardzo szpetnie chodzi GW.
                                                    Na wsiach bardzo popularne były takie wozy, to i nie dziwię się , z edzieciuk
                                                    tak dokładnie znał części. Ło koniach do tego wozu nic nie mowią, no może dalej
                                                    bandó łopoziadać.
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 15.12.06, 20:28
                                                    - Ale czego brak do sani, kto to zie ?? - zadaje znów dziadek.
                                                    - To my też ziewa ! - wołają chłopcy.
                                                    - Na , to ty Maćku graj !
                                                    Macek paradny z zadania dziadka począł zaraz śmiało 'grać'.
                                                    - Sanie mają klangi (klęgi) z drewna i klangi na dole z zielaza, to są szyny. W
                                                    poprzeg klangów leżą na szterech podstawkach dwa nasady, na jich końcach
                                                    strzampsisko (strzemię) do wleziania na sanki, wszystko dobrze zielazam łokute,
                                                    na końcu klangów na przodku szpona, na ni leży dyśla tylnam końcam w skranty
                                                    wsadzona, na przodku dobrami łakami i blachą z zielaza do laśników przystrojona.
                                                    - Maćku, Maćku, z ciebie tangi Maciej wyrośnie, kiedy sia tak dali łuczyć
                                                    bandziesz - przypowiada mu siwy dziadulek, a chłopcy wesoło za Michałkiem
                                                    przyśpiewują:
                                                    "A ty Maćku graj, a ty Maćku graj", tak też i "dziewczaki" próbują: "A ty Maćku
                                                    graj..."

                                                    To sia bandziem niedługo rozjyżdzać smile
                                                  • tralala33 Re:Wuje w polu 15.12.06, 21:32
                                                    Oj, żal będzie sie rozstawać z Butryńskimi. Teraz już iwemy, jak wygląda wóz
                                                    draniniasty. A te wszystkie bryczki i kolaski - ktoś je zna i rozróżnia?
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 16.12.06, 21:10
                                                    Wieczerza i rozjazd
                                                    Byliby jeszcze nie zakończyli wzniosłych rozmów swoich, ale własnie pokazuje
                                                    się gospodyni i zaprasza wszystkich na 'zieczerzą'.
                                                    I zbierają sie wszyscy, kierując swe kroki ku gościnnemu domowi - do dużej
                                                    izby. Dziadke prowadzi zbytnich chłopców, którzy tylko podskakują, ciotki
                                                    zbierają wesołe dzieweczki, tylko jedna z głosnym płaczem idzie kulawo. Waleśka
                                                    niebacznie wlazła na rzegawki (pokrzywy) przy płocie i te poparzyły jej nóżki.
                                                    Dlatego kuleje, bo parzy i boli, jak nosek zakłuty od pszczoły.
                                                    Słychać ciotkę Lucę pocieszającą:
                                                    - Cyt, cyt, na drodze do nieba ciajsto jeszcze najdziesz i kolce i głogi,
                                                    pszczółki i złe losy.
                                                    Ale ciotka Linowska inaczej rzecz pojmuje:
                                                    - Już to te bachy z miasta to nic nie ziedzą, jano sia stroić i dobrze jeść, a
                                                    nic nie robzić....

                                                    bach - dziecko
                                                  • gajowy555 Re:Wuje w polu 18.12.06, 12:38
                                                    rita100 napisała:

                                                    > Nie , nie ziam, ale łobacz na psiankny wóz śwanteczny smile
                                                    > schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=322&pos=0


                                                    ...fruwały za mną jasne anioły...
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/normal_P1014450.JPG
                                                  • rita100 Re:Wuje w polu 18.12.06, 20:01
                                                    Wdzianczny temat wóz wink))
                                                    i aniołki tyz tu só, tlo diobłów ni ma.

                                                    Zgromadzili się powoli wszyscy na podwórzu: wuje i stryje, ciotki i dzieci,
                                                    ciotka Lucka i dziadek Lamkowski z 'Pielgrzymem' w reku, ktorego od wielu lat
                                                    abonował i pilnie czytywał.
                                                    Tu jeszcze krzyżowaly się krótkie zapytania, co jedni, co drudzy tak długo
                                                    robili, co gadali za zapieckiem, w polu, w ogrodzie. Padały jeszcze krótkie
                                                    odpowiedzi.
                                                    Student, przyzwyczajony do dawania młodszym lekcji w róznych przedmiotach, a
                                                    zaciekawiony opisem woza i sani przez chłopów, pyta się dzieci, jakie znają
                                                    ryby, grzyby i ziółka. One rozweselone podają na wyścigi: rycki, pępki,
                                                    szczupaki, wangorze, lokonie, karpsie, płociczki, bleje, jażdże, pstrągi, katy,
                                                    liny, kiełbzie, klanie i stynki - to kalmus, jochel, rumianek, psiołun,
                                                    krwawniek, macierzanka, santarzyja (tysiącznik), kadyk (jalowiec) i... i ...
                                                    Nareszcie się urwało.
                                                    cdn

                                                    ----------
                                                    No i mowamy łodpoziedź dla Gajowego
                                                    katy - rodzaj ryby
                                                    stynki - rodzaj ryby
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 19.12.06, 21:16
                                                    "Ciotka Linowska, nie mogąc ścierpieć czegoś, wsiada na karciarzy, ktorzy
                                                    jeszcze jak przykuci na dawniejszych miejscach siedzieli:
                                                    - Ja to już nie ziam, co to za wytrwałość zawdy tego samego dulczyć (patrzeć) w
                                                    te karciska. Zawdy te same wykrzykniki: to zolo w sercach, to fraga w szali, to
                                                    drugi robzi do łobuch, żołądź tróf, to znowu zolo kolier, raz nawet Janek z
                                                    radością zakrzyknął: zolo kolier tu ! Ale przy tam wszystkam nareszcie zawdy:
                                                    zapłać braciszku ! abo: wujku do woruszka ! A wuj po trojaczku wyciąga i
                                                    cichutko jek łozieczka płaci ! Łogolą go aż do szczantu ! Aleć dobrze mu tak,
                                                    do czego sia też zadaje z tami młodami silutami ? Zresztąć nie trasili na
                                                    łubogiego. Tyle włók roli, a dzieci żadnych ! Łon sam razu nie zie, co ma
                                                    zacząć z psieniądzami. Ale też i kiepsko mu iść musi, kiedy już para razy
                                                    przychodziuł do swoji po psieniądze: "żonko, dajże mi z para groszy, bo ma te
                                                    łajdaki dycht łorznęli". Wujna chcąc nie chcąc musiała wyciągnąć chusteczka z
                                                    zanadrza i roziązać szypułek w rogu. Ale za siułka, bo tu już znowuj wołają:
                                                    Wujku, do woruszka ! Nie pojmuja, skąd mu sia tyle cierpliwości zbziera, ze
                                                    kart nie ciśnie i nie łucieknie jam.
                                                    - Kieby nie tan sztudant, to bym sia były dycht rozjadoziły na te głupsie
                                                    karciska, ale tan to naju rozweseluł swojami łopoziedaniami i spsiewkami.
                                                    Równoć łoni sia czego nałuczą w tech szkołach i nie darmo tam tyle lat siedzą.

                                                    dycht - zupełnie, pewnie
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 20.12.06, 21:38
                                                    - Na, ty tubaczniku! - dodaje Ługwałdzka, spoglądając na Wartemborskiego wuja,
                                                    ktory zażywać tabaczkę ogromnie lubił, a w tabakierce zwykle mają szufelkę dla
                                                    wygodniejszego zażywania nosił. - Szkoda, żeś ty tu nie buł i nie słuchał
                                                    psieśni ło tubace, bobyś sia ji buł wyrzek na zawdy i już ziancy nie pakował
                                                    tego torfu w twój rozwalony nochal. Jek to sia tam tubaczyskam porządny
                                                    człoziek zbrzydzić może.
                                                    Lecz dobroduszny wuj nic nie odrzekł, tylko oczami mrugnął, spojrzał na
                                                    tabakierkę, którą ustawicznie w ręku trzymał, ścisnął ją i westchnął. Pewnie
                                                    pomyślał: "już ja sia z tobą do śnierci nie rozstana".
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 21.12.06, 20:31
                                                    Pewno jeszcze więcej byłyby mu ciotki 'naprzyrzynały', bo się już i
                                                    drugie 'sadziły'. Lecz już wołali po raz drugi na wieczerze, bo już wszystko
                                                    gorowe.
                                                    A zatem wszystkim trzeba się było udać do izby.
                                                    Po drodze jeszcze wyrywa się Baśka:
                                                    - Ciotuchno, ta stra Rałnka to niócha jek chłop!
                                                    A gdy tu wszyscy wybuchali w śmiech, potwierdza:
                                                    - Jół, jół! Ja to sama zidziała, jek wziąła szos, to ji sia aż łoczy
                                                    przewróciły.
                                                    Wchodząc do jizby słyszą wuja wołajacego na cały głos:
                                                    - Zolo pyk ! Aby raz waju dostana do nogi!
                                                    Wygrał, ale bez prymyji, każdy musiał mu zapłacić po dwa feniki. Nawet tynfy
                                                    nie odegrał. A co za radość z tego - wszyscy mu winszowali. Lecz on tylko
                                                    żałował, że już przestać trzeba, bo teraz szczęscie na jego stronę
                                                    się 'przewaluło'. Już za późno, bo nacierają do wieczerzy, a karciarze muszą,
                                                    choć niechętnie, ustąpić z pola walki, które tak długo w pocie czoła zajmowali.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 22.12.06, 20:16
                                                    Nareszcie gospodyni z kucharkami dostały gości usadowić so stołów, które się
                                                    uginały pod potrawami o miłym zapachu. I nos miał tu swój kiermas.
                                                    Uciszyli się wszyscy, wstając do modlitwy.
                                                    Tedy każdy brał śpiesznie na swój talerz i zjadał, co mu lubo slabo co mu
                                                    najbliżej było, bo Spręcowscy już zaprzęgać kazali. Z poczatku nawet rozmowy
                                                    nie było.
                                                    Tylko pusty Michałek, odpędziwszy głodnego, ogląda się za Ewą, a gdy ją zoczył,
                                                    zaraz pyta się:
                                                    - Jewko, ja bym też chciał ziedzieć, jakie tytoły ludzie na Mazurach mają, bo
                                                    łu noju to sia rychło wszyscy na - ski nazywają.
                                                    - A na Mazurach - odpowiada Ewa - malo mamy tytołów na -ski, choć i takie się
                                                    zdarzą. Poziem ci kilka nasych nazwisk: Cwalina, Duda, Wądołek, Bębenek,
                                                    Bruderek, Wrzodek, Bury, Kusy, Kęsy, Zołty, Robacek, Skędziel, Deptula,
                                                    Maślanka, Glomzda, Piecocha, Kaja, Pazucha, Zywina, Eajterna, Frasa, Skrzecka,
                                                    Pieconka, Pipgora, Krosta, Gorcyca, Zapadka, Stopka, Sefek, Podeswa, Rzepucha,
                                                    Kaptejna, Brózda, Strupek, Kopeć, Gardziela.
                                                    Chces esce zięcy ?
                                                    Oto wsie:
                                                    Barany, Koty, Nitki, Oblewy, Opaleniec, Grom, Sąpłata, Drygale, Pogorzele,
                                                    Kuźmy, Sarejki, Worguty, Snepy, Myski, Zebrany i gorse esce....
                                                    - Dość, dość - woła Michałek - bo przepadna łod śniechu: esce, wanowejcie, wsio
                                                    jedno....
                                                    I rzechoce się.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 27.12.06, 20:44
                                                    - Co też to za przezziska ? - odzywają się ciotki.
                                                    - To są hańbiące nazwy - tłumaczy student - a jednak na na każdej większej
                                                    mapie czytać je można. Jedni tu mówią, że panowie znosząc mimo woli poddaństwo,
                                                    nadali chłopom swoim nazwiska według ich przywarów, bo panowie mają nazwiska
                                                    najwięcej na -ski, gdy nie są Niemcami, jak Kwasowski, Kwiatkowski, Barczewski,
                                                    Brzeziński, Skowroński, Potulicki itp. Drudzy twierdzą, że niemieccy panowie
                                                    chcieli tymi przezwiskami wyszydzać polski lud i język.
                                                    Językoznawcy będą tu mieli wielkie pole dla swoich głebokich badań. W każdym
                                                    razie udowadniają te oczywiscie polskie nazwy i przezwy, że Mazurzy, jak
                                                    Warmiacy, są polskim ludem.
                                                    Przytakują wszyscy tej prawdzie, nie widząc żadnego Niemca w swym gronie.
                                                    - Łu naju w cały wsi ni mawa ani Żyda, ani Mniemca - odzywa się Linowska.
                                                    - Łu naju jedan Mniemiec sprowadziuł sia spod Gutsztata, ale katolik.
                                                    - Łu naju paru takich, ale ło Żydach na wsi, na Warniji, tom jeszcze nie
                                                    słuchali - odzywają się drudzy.
                                                    - Łu naju.....
                                                    Lecz czas szybko biegnie, a już go niewiele, więc niejeden myśli już o powrocie
                                                    do domu.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 29.12.06, 22:17
                                                    Spręcowscy naprzód wstali z tą ważną noziną, ze się dziś łumozili w rajbach
                                                    (oględy). Wnet glandy badą, ale małe jano - na późną jesień wesele, na chtóre
                                                    waju wszystkich zapraszawa już teraz.
                                                    I powstało duże wzruszenie i ogolne zyczenie i pożegnanie. Dzieci zdziwione
                                                    patrzyły w raźną brutkę (narzyczoną) jak w raroga, dorośli - a szczegolnie wuje
                                                    i ciotki - z pełnego dobrego serca życzyli jej wszelakiego błogosławieństwa
                                                    bożego.
                                                    - Przyjedziewa albo przyślewa młodych na twoje wesele - tak wołają "zitając
                                                    się" na rozstanie.
                                                    Tak tedy Spręcowscy odjechali naprzod z różnymi klopotami o bliskim weselu.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 01.01.07, 17:06
                                                    Tak mi się wydawało co może myślał o drugiej części napisaniu książki.
                                                    Ciekawe co mu staneło na przeszkodzie by nie napisać. A tematów mu nie brakowało
                                                    , jako że ksiądz Barczewski wielkim znawcą był. Czuł ten klimat.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 02.01.07, 22:09
                                                    Zaraz po wieczerzy większa część gosci znierała się "pod dom". Zaprzęgano
                                                    napasione dobrze na kiermasie konie. Wynoszą mantle, płaszcze, kitajki, twarde
                                                    myski i cepłe chustki z szafy, "bo zieczoram zietr zimny przeciąga". Następują
                                                    pożegnalne uściski i pocałunki. Goscie muszą wziąść ze sobą przynajmniej po
                                                    kuchu i zkiermasu "do posmaki na tych, co w domu łostali", po czym żegnając się
                                                    wodą święconą, wychodzą we drzwiach jeszcze wołając:
                                                    - Łostańta sia z Bogam! Bóg wama zapłać za gościnność! Ale nie zabaczta i ło
                                                    naszam kiermasie!
                                                    - Jedźta z Bogam! - odpowiadają domownicy. - Niech waju sam Pan Jezus i Matka
                                                    Naświantsza szcześlizie do domu zaprowadzi !
                                                    I wychodzą za nimi aż na podwórze, gdzie już konie rżą i wspinają się, nie mogąc
                                                    się doczekać na swych panów. Parobcy je trzymają za uzdy, mrucząc sobie pod nosem:
                                                    - Też to i konie wychowane jek łu ksiandza, znać mało do roboty mają. Nama by je
                                                    trzeba w rance na para miesiandzy.
                                                  • rita100 Re: Rozjeżdzanie się gości 03.01.07, 20:53
                                                    Gospodarz ze dzbankiem i szklanką w reku raczy jeszcze piwkiem lub winem.
                                                    Jeszcze ostatni haust "na zdrozie !". Chociaż się ciotki niecierpliwią, jeszcze
                                                    jedno: "łostańta sia z Bogam !". Wozy dudnią i już po gościach i po kiermasie.
                                                    W izbie płaczą dzieci z żalu za gośćmi, w domu jakoś "matyjasznie", smutno,
                                                    samotnie, pusto sie stało, jakby po giełdzie albo po weselu.
                                                    To są kiermasy nasze, na których jasno uwydatnia się staropolska gościnność,
                                                    zakorzeniona głeboko w sercach naszych, jako też i w młodocianych sercach dzieci
                                                    naszych. A jeżeli obcemu przychodniowi tedy droga wypadnie, niech się sam raczy
                                                    przekonać o tym. Przyjmie go nasz gospodarz i ugości, jak ongi poczciwy Piast
                                                    owych dwóch nieznajomych - aniołów.
                                                    Koniec

                                                    Psianknie łukónczył Barczewski łopoziadanie ło Kiermasie na Warmniji.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka