mirianna2
01.06.05, 22:31
Bez naruszania tajemnicy służbowej i na swoim przykładzie mogę powiedzieć,że
całe gadanie o obiektywizmie oceniania wypracowań jest pustym sloganem.
Uczę bardzo mądrych facetów w bardzo dobrym technikum. Mają rozliczne wady,
ale nie ukrywają niewiedzy pod wodospadami. A poprawiałam jakieś panny (wiem,
że panny, bo odczuwały ciągłą potrzebę pisania o sobie), które w
sześciostronnicowych pracach potrafiły to samo powiedzieć kilkanaście razy.I
pracowicie czytałam te potoki wody dziesięciokrotnie,i pracowicie zaznaczałam
ten sam punkt po 5, 7, 9, a u rekordzistki- 14 razy,i cięłam punkty za styl i
kompozycję.
A gdyby je poprawiał ktoś oswojony z taką watą, to może byłby co najmniej
mniej wyczulony, jeśli nie bardziej tolerancyjny? A może moich mądrych,
konkretnych chłopaków poprawia ktoś ceniący uniesienia młodej duszy?
Jak myślicie? Na ile codzienne doświadczenia nie pozwalają nam poprawiać bez
obciążeń nimi? Takich już prawie nieświadomych, nieusuwalnych?