Dodaj do ulubionych

Ja chciałem bardzo...

16.01.05, 16:58
... Zielce podziękować.
Cóż to za radość spędzić z Zielką bowiem
niedzielne śniadanie w paryskiej kafejce, gdzieś między
Quartier Latin a Sekwaną. Szkoda, że tak krótko, że
RER, że Charles de Gaulle, że Air France...
Ale i tak bardzo bardzo miło.

Tym milej, że Zielka się poświęciła
(w całym sensie tego metafizycznego słowa),
by być owego niedzielnego i słnecznego poranka
całkiem przebudzona!


Cwi
Obserwuj wątek
    • zielka eetam 16.01.05, 21:55
      ech, cwi tu sie kryguje, a to przecie male piwo spotkac zielke (no, mala kawa i croissanty raczej;-), gdy
      dzien wczesniej sie podbilo miedzynarowymi wystepami publicznosc, ktora cwim byla zupelnie
      zachwycona.

      Ech, niestety, w zwiazku z artykulem przezacnego skadinad Jana Hartmana, musialam nie zgodzic sie
      na to, by cwi, prawda, jako przedstawiciel grupy poniekad nieco uprzywilejowanej, dal wyraz pewnemu
      stereotypowi, itp. Wydarzenie powyzsze doprowadzilo cwiego do nazwania mnie Kinga Dunin juz nie
      pamietam czego. Chyba wegetarianizmu. Wiec sie obrazam ;-)
      (artykul ktory mnie wyprowadzil z rownowagi to :
      serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2492488.html
      • cwi Re: eetam (nim nie zniknie) 16.01.05, 23:14
        Jan Hartman* 13-01-2005 , ostatnia aktualizacja 13-01-2005 18:07

        Boję się, że instytucjonalne ingerencje w obyczaj zakłócą miłosne stosunki obu
        płci. W świecie, którego życzyłyby sobie nawet bardzo umiarkowane feministki,
        takie jak Magdalena Środa, nie ma miejsca na puszczanie przodem, kwiatki,
        całowanie rączek, pensjonarki i kawalerów, przyzwoitki i swatki



        Nieczęsto zdarza się, by filozof został ministrem. Tym bardziej ucieszyliśmy
        się w naszym filozoficznym kręgu, gdy powszechnie ceniona i lubiana dr hab.
        Magdalena Środa została Pełnomocnikiem Rządu do spraw Równego Statusu Kobiet i
        Mężczyzn. Pani Środa opublikowała ciekawą pracę, w dużej mierze poświęconą
        zagadnieniom feminizmu "Indywidualizm i jego krytycy", gdzie dała wyraz swemu
        umiarkowanemu stanowisku. Wszystko to zachęca mnie, by wyrazić nareszcie swe
        wątpliwości w sprawie owego zrównywania statusu płci.

        Twierdzę mianowicie, że wyrównał się on już w stopniu wystarczającym, a
        przesadne ingerencje państwa w ten proces mogą doprowadzić do zafałszowania
        realnych i naturalnych różnic, jakie głęboko dzielą kobiety i mężczyzn. Jeśli
        wiele rzeczy mimo wszystko nie podoba się nam w sferze obyczajowej, to jednak
        rodzi się pytanie, czy to państwo właśnie ma zajmować się obyczajami?

        Chciałbym skomentować kilka najważniejszych obszarów, w których, zdaniem
        feministek, kobiety są wciąż pokrzywdzone, a także zwrócić uwagę na pewne
        przywileje, jakie mimo to (a może w zamian za to) kobiety zdają się mieć w
        stosunku do mężczyzn. Nie chodzi mi jednak o licytację, kto ma lepiej, kobiety
        czy mężczyźni. Mogę się nawet zgodzić, że mężczyźni per saldo są
        uprzywilejowani. Zależy mi raczej na pokazaniu, że próby ingerowania w tę
        ewentualnie występującą niesprawiedliwość mogą przynieść oprócz korzyści w
        konkretnych sprawach również straty, i to poważniejsze, w dziedzinie duchowo-
        moralnej.

        Ta najwartościowsza, a jakże delikatna sfera naszego życia wspólnotowego w
        znacznym stopniu przejawia się poprzez obyczaje. I one ulegają przemianom. Gdy
        jednak przemiany te są przyspieszane przez procesy polityczne i działania
        instytucjonalno-prawne, wtedy zawsze coś tracimy - jakieś symbole i gesty - nie
        otrzymując w zamian nic duchowo równoważnego. Najbardziej obawiam się zaś tego,
        że nadmiar socjotechnicznych działań rządu i organizacji pozarządowych może
        naruszyć tę najdelikatniejszą sferę obyczaju, która wiąże się ze stosunkami
        miłosnymi. Wydaje mi się, że coś takiego zaszło w niektórych krajach
        europejskich i że ludzie tego żałują.

        W polityce

        Kobiety mają nieproporcjonalnie niską reprezentację polityczną. Jest ich mało w
        parlamencie i rządzie. Powstaje tu jednak problem, czy kobiety są w ogóle
        jakąś "grupą interesu", która powinna mieć osobną reprezentację polityczną.
        Wiele kobiet uważa, że tak, i głosuje na kobiety, które również ten pogląd
        podzielają. Inne kobiety uważają, że nie, i te częściej głosują na mężczyzn, bo
        wydaje im się, że mężczyźni więcej mogą w polityce, a może i lepiej się do
        polityki nadają.

        Gdybyśmy metodami prawnymi zagwarantowali równą liczbę kobiet i mężczyzn w
        parlamencie, znaczyłoby to, że ustawowo sankcjonujemy pewien pogląd polityczny
        pewnej liczby kobiet (a może i mężczyzn), pogląd, któremu bez przeszkód i tak
        mogą one dawać wyraz i nakłaniać do niego innych. Zresztą nawet gdyby ten
        pogląd był słuszny, tzn. gdyby było prawdą, że kobiety są grupą interesu mającą
        realną potrzebę odrębnej reprezentacji politycznej, to dlaczego z samego faktu
        istnienia grupy interesu miałaby wynikać polityczna i prawna gwarancja jej
        parlamentarnego zabezpieczenia? Tak się robiło w zgromadzeniach stanowych i
        plemiennych, ale demokracja bardzo unika takich regulacji, zachowując je
        głównie dla małych mniejszości narodowych niemających bez tego szans na
        reprezentację parlamentarną.

        Może byłoby i lepiej, gdyby nasze nawyki polityczne zmieniły się, wskutek czego
        zawód polityka i związane z nim dobre stanowiska w większym stopniu
        przypadałyby kobietom. A może byłoby i gorzej. Nie wiemy, póki życie tego nie
        pokaże. W każdym razie nie ma szczególnych powodów, by regulować proces
        demokratyczny w taki sposób, aby kobiety czy mężczyźni mieli gwarantowaną
        połowę miejsc w parlamencie czy rządzie. Poza wszystkim zaś, kompetencje posła
        albo ministra w zasadzie nie mają charakteru płciowego, lecz intelektualny i
        moralny.

        W pracy

        Kobiety zarabiają mniej od mężczyzn na tych samych stanowiskach, sfeminizowane
        zawody są słabo płatne, awans zawodowy kobiet zaś jest utrudniony, przez co
        jest ich nieproporcjonalnie mniej w fotelach dyrektorów i prezesów. Co więcej,
        w pracy spotykają je przykrości ze strony mężczyzn - protekcjonalne
        traktowanie, a nawet molestowanie seksualne. To wszystko jest prawdą. Ale jest
        i parę innych prawd. Pęd do kariery zawodowej i zdobywania wyższych stanowisk
        jest u kobiet mniejszy niż u mężczyzn. Warto może namawiać kobiety, by były
        bardziej ambitne zawodowo, ale to jest w końcu sprawa każdej z nich. Ułatwianie
        awansu kobiet jakimiś metodami instytucjonalnymi byłoby niesprawiedliwe.

        Nierówności między kobietami to zresztą problem szerszy. Dyskryminacja kobiet w
        pracy bardzo często polega na prześladowaniu jednych kobiet przez inne i ma
        miejsce w sfeminizowanych biurach, szkołach czy szpitalach. Są one nieraz
        istnym "piekłem kobiet". Kto wie, czy nie jest to większy problem niż
        dyskryminacja zawodowa kobiet przez mężczyzn.

        Inna prawda, którą można przytoczyć ku częściowemu usprawiedliwieniu
        wspomnianych wyżej nierówności, jest taka, że kobieta ma mniej czasu na pracę
        zawodową. Po prostu - zwykle ma ważniejsze sprawy na głowie i mniej się tej
        pracy poświęca. Gdy dziecko jest bardzo małe albo chore, to to dziecko chce,
        żeby była z nim mama, a nie tata. To czyni kobietę, przeciętnie biorąc, mniej
        atrakcyjnym pracownikiem. I nie jest to niczyja wina. Tak po prostu jest, a w
        konsekwencji jest rzeczą normalną, że ludzie nie chcą kobietom płacić tyle co
        facetom. Kobiety też zresztą płacą mniej kobietom.

        Powiedzmy sobie zresztą uczciwie, że cała ta praca to zwykle żadne mecyje.
        Owszem, bywają atrakcyjne stanowiska, ale przytłaczająca większość ludzi chodzi
        do roboty, bo musi, i nie osiąga żadnej "satysfakcji z interesującej pracy, w
        której się mogą realizować i rozwijać". Ja na przykład uczę studentów filozofii
        i bokiem już wychodzi mi Arystoteles, Kartezjusz i cała reszta ferajny z
        jej "bytami" i "jaźniami". Dlatego mówię do swojej córeczki: "Ucz się, Zosiu,
        bo jak się będziesz dużo uczyć, to może nie będziesz musiała pracować". No i
        się dziecko, pełne nadziei, uczy.

        To samo z "kierowniczymi stanowiskami". Jakoś nie widzę, co to za przyjemność
        kierować i odpowiadać. Przyjemnie tylko mieć wysoką pensję. A kobiety pieniądze
        mają nie tylko ze swych pensji, ale także od mężczyzn. Wiele z nich w ogóle nie
        musi pracować, będąc na utrzymaniu swoich mężów, czego i swojej córce życzę.
        Dla przyjemności można popracować dwie, trzy godziny, ale nie osiem przez pięć
        dni w tygodniu.

        Oczywiście nie sugeruję, że można komuś płacić za mało, zakładając, że i
        tak "dostanie jeszcze od męża". Zwracam jedynie uwagę na to, że przeciętnie
        biorąc kobiety w większym stopniu niż mężczyźni dysponują pieniędzmi na wydatki
        czysto osobiste. Społeczno-instytucjonalny układ stosunków dotyczących
        uzyskiwania i wydawania pieniędzy całościowo biorąc jest dla kobiet korzystny.

        Gdyby zaproponowano mi zmianę płci w godzinach pracy, czyli przyjęcie
        wszystkich dobrych i złych okoliczności zatrudnienia, które dotyczą kobiet,
        pewnie bym na to przystał. Zarabiałbym mniej, ale wcześniejsze otrzymanie
        emerytury to byłaby duża pokusa, jakkolwiek pewnie i tak cieszyłbym się nią
        kilka lat krócej niż pełnowymiarowa kobieta, bo te żyją sporo dłużej niż
        mężczyźni. Trudno byłoby mi też skorzystać z ochrony, jaką kodeks pracy
        zapewnia k
        • cwi Re: eetam (nim nie zniknie) 16.01.05, 23:15
          Gdyby zaproponowano mi zmianę płci w godzinach pracy, czyli przyjęcie
          wszystkich dobrych i złych okoliczności zatrudnienia, które dotyczą kobiet,
          pewnie bym na to przystał. Zarabiałbym mniej, ale wcześniejsze otrzymanie
          emerytury to byłaby duża pokusa, jakkolwiek pewnie i tak cieszyłbym się nią
          kilka lat krócej niż pełnowymiarowa kobieta, bo te żyją sporo dłużej niż
          mężczyźni. Trudno byłoby mi też skorzystać z ochrony, jaką kodeks pracy
          zapewnia kobietom ciężarnym, zresztą całkiem słusznie. Nie jest tak, żebym coś
          kobietom wypominał (proszę mnie źle nie zrozumieć!), lecz po prostu skłonny
          byłbym wybrać los pracownika-kobiety, gdyby taki wybór był mi dany.



          W domu

          Wreszcie mamy i sferę prywatną. Tutaj prawne i polityczne ingerencje są
          szczególnie ryzykowne, zwykle mało skuteczne, a za to trudne do
          usprawiedliwienia. Nie znaczy to bynajmniej, że należy pozwalać mężczyznom
          bezkarnie bić i dręczyć kobiety. Z pewnością trzeba zapewnić sterroryzowanym
          kobietom i dzieciom ochronę i pomoc, sprawcy przemocy domowej zaś powinni być
          karani. Nie jest to wszelako kwestia równości płci, lecz jedna z dziedzin
          kryminologii i prewencji, którą powinny interesować się właściwe czynniki.
          Oczywiście, przemocy domowej ulegają częściej kobiety niż mężczyźni. Dotyczy to
          zresztą wielu przestępstw, w których ofiara musi być słabsza fizycznie od swego
          krzywdziciela, by do przestępstwa mogło w ogóle dojść. Siłą rzeczy przestępstw
          przeciwko integralności fizycznej więcej popełniają mężczyźni. Pewna
          nietypowość kobiety w roli przestępcy sprawia zresztą, że gdy kobieta jest
          sądzona, często dostaje łagodniejszy wyrok niż mężczyzna skazywany za to samo.
          Niech tak będzie. Nie zamierzam kruszyć o to kopii.

          Trzeba jednakże zauważyć, że bardzo wiele w stosunkach między płciami wynika z
          tego, że kobiety są, przeciętnie biorąc, fizycznie słabsze. Nawet w najbardziej
          kulturalnych sferach istnieje świadomość, że w sytuacji dramatycznej może dojść
          do starcia fizycznego, w którym z reguły mężczyzna będzie górą. Przemoc wynikła
          z więzi łączącej członków rodziny jest wpisana w nasz los, tak samo jak inne
          formy intymności. Zdarza się, że ten czy ów przez całe życie nie pobije się z
          żoną czy kochanką, nie zbije dziecka czy nie odda szturchającemu go ojcu. Nie
          sądzę, żeby było wielu takich ludzi, a jak mi nie wierzycie, to spytajcie
          psychologów.

          Pewne przesadne wydelikacenie współczesnej kultury mieszczańskiej sprawia, że
          uważamy całkowitą eliminację przemocy z życia za bezdyskusyjny ideał. Zgadzam
          się, że lepiej nie bić dzieci i rozstrzygać spory domowe bez udziału rąk, ale
          będę się upierał, że czasami, choć rzadko, ceną za bezwzględne wyrzeczenie się
          przemocy w rodzinie jest coś o wiele gorszego. Karanie dzieci z zimną
          konsekwencją i zaciętą miną, które zwykle skutecznie zastępuje klapsa, często
          jest o wiele od tego klapsa brutalniejsze.

          Podobnie w stosunkach między małżonkami - może lepiej, żeby kilka razy w ciągu
          trwania małżeństwa doszło między nimi do fizycznego starcia, nawet bardzo
          nierównego, niżby zamiast tego miała zalec między nimi zimna nienawiść. Czasem
          lepiej, by emocje zostały rozładowane w taki właśnie sposób.



          W sercu

          Jest jeszcze coś, co przenika obie sfery - publiczną i prywatną. To właśnie
          obyczaj, w swej głębszej, nieceremonialnej warstwie. Należą do niego te formy
          zachowania, sposoby nawiązywania i budowania międzyludzkich stosunków,
          wyrażania uczuć i pragnień, które spontanicznie akceptujemy, uważając za własne
          i niewymuszone. Postępując zgodnie z obyczajem, jesteśmy wolni, jesteśmy bowiem
          tacy, jakimi autentycznie chcemy być. A znaczną część obyczaju stanowi wieczna
          gra, więcej: wieczysty kontredans mężczyzn i kobiet. Niestety, eros nie jest
          zbyt posłuszny wymogom nowoczesności i demokracji. Czasem stwarza pozory
          dyskryminacji. Czasem zaś naprawdę zawiera w sobie jakiś element dyskryminacji
          kobiet i nierówności płci. A jednak obyczaj podlega ochronie. Zbyt łatwo bowiem
          wylać dziecko z kąpielą. W imię starań o równość i sprawiedliwość, w imię racji
          politycznych można niechcący naruszyć piękno i dobro naszego obyczaju,
          zubażając nasze życie prywatne.

          Demokracja nie zna się na sprawach męsko-damskich. Gotowa jest lekceważyć
          różnice między płciami. Skoro w wyborach parlamentarnych kobiety i mężczyźni
          mają te same prawa, to dlaczego nie w rodzinie? Wyrównywanie i upodabnianie do
          siebie ról życiowych kobiet i mężczyzn, wprowadzanie symetrii i podobieństw w
          życie rodzinne, zacieranie wielkiej i tajemniczej odmienności płci spycha nasze
          miłosne życie w cień półlegalności, gdzie jeszcze może wolno nam oddawać się
          temu, co wynika z różnicy płci mimo wszystko. A jednak chcemy, by eros
          przenikający nasze życie miał oparcie w obyczaju i w tym co jako obyczajne jest
          legalne. Potrzebujemy gestów i słów, całego tego arsenału miłosnej gry, bez
          którego będzie ona prymitywna i prawie że nielegalna.

          Do czego zmierzam, oddając się tym filozoficznym refleksjom? Otóż pragnę
          wyrazić na ich tle obawę przed utratą czegoś, co darzę sentymentem i czcią, i
          co jest dla mnie równie ważne jak wartości demokratyczne. Boję się, że zbyt
          grubymi nićmi szyte instytucjonalne (ideologiczne i prawne) ingerencje w
          obyczaj, zarówno publiczny, jak i domowy, zakłócą i oszpecą miłosne stosunki
          obu płci. W świecie, którego życzyłyby sobie nawet bardzo umiarkowane
          feministki, takie jak Magdalena Środa, nie ma miejsca na puszczanie przodem,
          kwiatki, całowanie rączek, pensjonarki i kawalerów, przyzwoitki i swatki. W
          świecie tym kelner nie podaje rachunku mężczyźnie, lecz kładzie go na środku
          stołu. Trochę śmiesznych, a trochę wdzięcznych męsko-damskich konwenansów już i
          tak prawie nie ma. Czy mają zostać ośmieszone bez reszty i wygubione? Gdzie
          wtedy będzie zakwitać między nami fenomen kobiecości i męskości? W czym wyrazi
          się tajemnica płci? Jak wypełni miłosna gra?

          Nie udam się w podróż w poszukiwaniu straconego czasu. Wystarczy mi, aby
          zachować to, co jeszcze mamy. I chcę tego bronić właśnie ze względu na kobiety.
          Jestem bowiem przekonany, że kurtuazja, którą feministki uważają za jeden z
          przejawów męskiej dominacji, w istocie jest hołdem, jaki płeć męska składa płci
          żeńskiej.

          Niechaj będzie, że jestem zacofany i egzaltowany, ale skoro już zaszliśmy tak
          daleko, to przyznam się i do tego, że uważam, iż nie ma równości między
          mężczyznami i kobietami - kobiety bowiem są lepsze. Żyją prawdziwszym życiem,
          bliżej tego, co praktyczne i cielesne. Ich sprawy to sprawy samego życia - byt
          rodziny, zdrowie i bezpieczeństwo dzieci, narodziny i śmierć. Roztropność i
          siłę ducha kobieta hartuje w prawdziwym życiu i w nim też daje wyraz tym
          wszystkim cnotom, którym Grecy nadali przewrotne imię "męstwa". Ja siłę
          charakteru i powagę nazywam więc "żeństwem". I zazdroszczę go kobietom, bo
          wiem, że rozgadany, jakże ułomnie uteoretyzowany świat mężczyzn, ich spraw i
          ambicji, jest światem duchowej klęski.

          *Dr hab. Jan Hartman - filozof, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego
          • zielka a niech znikne! 17.01.05, 17:41
            no dobrze, ale co ty na to?:-)
            • cwi Re: a niech znikne! 17.01.05, 18:04
              Ja na to dopiero po przeczytaniu.
              A - en passant - co robisz w poniedzialek
              24ego wieczorem?
              Cwi
              • zielka Re: a niech znikne! 17.01.05, 19:18
                rien de prévu, czemu?
                • cwi Re: a niech znikne! 17.01.05, 21:26
                  J'arriverai par l'ascenseur de 20h30.
                  En provenance de TV5
                  Les quais seront encombrés de nous deux
                  Laissant claquer leurs mâchoires dans le vent
                  En guise de discours de bienvenue
                  En guise de discours de bienvenue

                  Parlé :
                  Attention, attention, sur le quai numéro 2,
                  ascenseur de 20h30 en provenance de TV5 est annoncé.
                  Veuillez verifier si votre cigarette est bien camouflee, et ne pas laisser cwi
                  s'amuser avec les pensees sans viande.
                  Tout corps branché sur le secteur étant appelé à s'émouvoir.


                  Parlé :
                  Attention, attention, le surveillant général vient de sortir de son
                  laboratoire,
                  et en refermant sa braguette, il a dit au oiseaux qui piaillaient dans la cours
                  de récréation :
                  Eh! Vous là-bas, si ça continue faudra qu'ça cesse.(bis)


                  La, les ragots, Zielka, on les a tous les coups!
                  • zielka Re: a niech znikne! 17.01.05, 22:08
                    Et si je n'ai pas de télé? Et aucun de mes amis n'en a pas non plus? Je suis dans ce que l'on peut
                    qualifier vulgairement de caca?:-)

                    Cwi, mon cher, de quels ragots parles-tu? Serait-ce l'ambassadeur qui t'a confié quelque chose que je
                    devrais savoir? Ou bien le Maitre (le vieux Juif Errant) s'est moqué de quelqu'un et tu me le caches?

                    (ceci dit, peu de personnes venant en France peut se vanter de dialoguer en direct avec le Grand Frere
                    (ou plutot la Grande Soeur) du RER, juste a coté de l'endroit ou Notre Princesse Favorite, Mere de Harry
                    le Nazi, avait rendu son ame)
                    • cwi Re: a niech znikne! 17.01.05, 22:36
                      :-))

                      Des ragots que sussitera ma visite en chair et en os,
                      au lieu-dit Paris. Lundi qui approche.

                      Ne possedant moi-meme pas d'ecran tele,
                      la TV5 ne venant donc a moi,
                      je me rendrais ce jour a elle.

                      M'en liberant vers les 20h30, je guarde
                      la soiree a Zielka, si elle le souhaite.
                      • zielka Re: a niech znikne! 17.01.05, 23:06
                        Bon, je crois que rien ne nous arretera! sauf si tu vas diner avec les stars, mais sinon...
                        une petite bouffe? un concert? un bar dans le Marais? a voir. quoi qu'il en soit, je note ca dans mon
                        agenda!
                        • cwi Re: a niech znikne! 20.01.05, 20:45
                          Un concertt c'est dommage, ecouter de la musique, je peux le faire partout. Un
                          p'tit bar dans le marias, ca tombe bien... ca, j'y loge.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka