Dodaj do ulubionych

Poszedlem na film amerykanski "Sin City"....

14.07.05, 20:55
.. i juz nic nie rozumiem.
Dobre recenzje, sala az skowytala z zachwytu - a ja nic! Po 10 minutach
zaczalem sie krecic z nudow, a potem w trakcie nawet przysnalem...
Toz to po prostu sfilmowany komiks! Plaski,
I teraz sam nie wiem: albo wlasnie tworzy sie jakis nowy jezyk kina, dla mnie
niezrozumialy, albo ktos tu robi wszystkich w bambuko, wmawiajac ze to panie
taki jest kwentin tarantino wlasnie...
Moze ktos mnie, Starego Doktora, objasni w tej kwestii.
Zalaczam wyrazy zdumienia - KrisK
Obserwuj wątek
    • braineater Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 14.07.05, 21:13
      Oj doktorze, doktorze - czrne kino klasyczne doktor lubi? czrny humor i grę z
      zabawą konwencją doktor lubi? choc jedną częsc komiksu pierwowzoru doktor w
      rękach miał?
      bo if odpowiedź na powyższe brzmi nie, to się nie dziwe, że film nie podszedł.
      Natomiast, nie zachęcam, nie próbuje przekonac ale się wypowiem, czemu w/g moi,
      film Sin City filmem dobrym a miejscami arcydzielnym jest. Otóż, po raz
      pierwszy szerokiej widowni prezentuje sie opowieśc komiksową, przeznaczoną nie
      dla pryszczatych młodzieńców w krótkich gaciach, tylko własnie dla widowni
      spragnionej dobrego kina pełnego umownie traktowanej przemocy - a widownia ta
      zapewniam jest wielka; po secundo - film jest perfekcyjna przekładem
      intersemiotycznym i naprwdę w najlepszy z mozliwych sposbów tłumaczy swój
      pierwowzór, nie traca nic z bardzo ważnego w kontekście cąłej serii komiksów
      Milera klimatów i smaczkow graficznych; po trzecie film naszpikowany jest jak
      jeżyk kryptocytatami z całej klasyki noire - praktycznie, żaden kadr nie jest
      dziełkiem samodzielnym, a w ten czy inny sposób nawiązuje do jakiejś opowieśc z
      gangsterskiej klasyki, po kolejne - film przywraca wiare w proste opowieści
      oparte na klasycznie mitycznych fabułach i leitmotivach - miłośc, zemsta i
      pochodne, nie bawiąc sie przy tym w psychologizowanie, a nie taka jest jego
      rola, bo i nie taka jest rola mitu - a Sin City jest jednym z wazniejszych
      mitów końcówki XX stulecia, jest mitem który w swej sile wyrazu dorównuje
      mitowi Batmana. po następne - i znów gry, gry i jeszce raz gry, tym razem na
      poziomie dla zdeklarowanych komiksowych maniaków - znowu jest tak, że w
      wiekszości obrazów pojawia się jakis bonusowy dowcip dla obeznanych z medium.
      po (sami liczcie dalej:)- nowośc plastyczna tego filmu - tak jeszce naprawde
      nie było. i następne - perfekcyjnie dobrane role dla perfekcyjnych w tych
      rolach aktorów. I hjedyny zarzut - paradoksalny może trochę - czasami,
      szczególnie w części z Marvem, film trochę zbytnio komiksowy, bowiem za bardzo
      podkresla superbohaterszczyzne Marva, która w komiksie nie była az tak
      przerysowana:)
      To tyle moich refleksji na temat SIn City, który od momentu zobaczenia go raz
      1szy wylądował na drugim miejscu moich ulubionych ekranizacji komisków - bo na
      pierwszym niezmiennie pozostaje Ghost World, który równiez polecam

      Pozdrowienia:)
      • stella25b Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 14.07.05, 21:21
        to ja napewno na niego nie pojde!!! Nie lubie komiksow!

        Ostatnio bylam na Tlumaczce. Ja zachwycona a innym tez sie nudzilo. Dochtor nie
        jestes sam;)
        • dr.krisk Tez bylem na "Tlumaczce"! 14.07.05, 21:25
          I tez mi sie podobalo....
          Ale z tym "Sin City" to musze jeszcze pomyslec, bo jednakowoz mam watpliwosci.
          Po co filmowac komiks?
          Faktem jest, ze komiksow nie uzywam, moze wiec jestm zamkniety na tem formem
          przekazu. Tak jak czesc ludnosci zamknieta jest na niezwykla urode muzyki
          szkockiej...
        • broch Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 14.07.05, 22:13
          Tmaczka to The Interpreter z Kidman czy co innego?
          Jesli to The Interpreter, to musze przyznac iz bylem nieco rozczarowany.
          Muzyczka znakomita, ale to byl typowy Pollack. Tzn lubie Go, ale czy nie mozbaby
          troszke inaczej?

          Wychodzac z kina uslyszalem komentarz dwoch pan: film nie byl dobry poniewaz
          Sean Penn i Nicole Kidman nie mieli romansu.

          Tlumaczka i Hotel Rwanda to dla mnie taki maly wyrzucik sumienia. W obu muzyka
          fantastyczna, te krajobrazy, ten smutek w powietrzu i nostalgia za czyms
          nieokreslonym co minelo (podobnie jak w Nowhere in Africa ktory mnie sie
          podobal). Ale filmu az tak duzo tam nie bylo. Z reszta w wypadku Pollacka, ja
          juz kiedys ten film widzialem tzn wywolywal on silne uczucie deja vu.
          • aaneta NIgdzie w Afryce 14.07.05, 22:23
            Nareszcie jakiś wspólny pogląd z panem Brochem mam! Ale tylko trochę wspólny, bo
            mnie się Nigdzie w Afryce podobało bardzo bardzo, ale gdzie tam nostalgia za
            czymś nieokreślonym co minęło to dalibóg nie wiem. A nie pomyliło Ci się
            przypadkiem z Pożegnaniem z Afryką według Karen Blixen?
            • stella25b Re: NIgdzie w Afryce 14.07.05, 22:52
              No fakt, Pollack nakrecil "Pozegnanie z Afryka" z niezapomniana para Redford-
              Strepp a "Nirgendwo in Afrika" Caroline Link- dostala za ten film oskara 2-3
              lata temu.
              A Tlumaczka urzekla mnie wlasnie tez dlatego ze romansu nie bylo:)Poza tym to
              jednen z pierwszych filmow nakreconych w budynku ONZ. Historia ciekawa. Bialy
              dla ktorego ojczyzna jest Afryka. Kidman przypominala mi bohaterke ksiazki
              Barbary Wood "Rote Sonne schwarzes Land", nie znam tytulu ani po polsku ani w
              orginale po angielsku, taka wlasnie biala, urodzona w Kenii z ojczyznianymi
              problemami. No i ten nieszczesliwy Sean Pen- lepiej nie mogl zagrac.
              • stella25b Re: NIgdzie w Afryce 14.07.05, 23:02
                Tak ksiazka b. Wood to "Green city in the sun".
            • broch Re: NIgdzie w Afryce 14.07.05, 23:41
              Stefanie Zweig napisała powieść która została sfilmowana, znam i powieść i
              książkę. Nie sądzę abycoś mi się myliło. Dopuściłbym myśl że w rożny sposób
              odbieramy różne rzeczy. Czy myślisz że to zbyt odważne?
              • stella25b Irgendwo ín Deutschland 15.07.05, 09:58
                Mysle, ze to normalne.
                A czytales druga czesc "Irgendwo in Deutschland"? Dalsze losy Waltera, Jettel i
                Reginy w powojennych Niemczech. Ciekawie jest pokazany brak zrozumienia dla
                tych, ktorzy powrocili z raju do miejsca gdzie trwa walka o codzienna porcje
                chleba.
              • aaneta Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 10:54
                Odważne to za mało powiedziane, to niedopuszczalne, wszyscy mają myśleć tak,
                jak ja, bo ja zawsze mam rację.
                A teraz na poważnie: po pierwsze bardzo się cieszę, że wspomniałeś o tym
                filmie, bo nikt z moich znajomych go nie oglądał i nie miałam z kim pogadać, a
                należy on do absolutnej czołówki w moim prywatnym rankingu, obok wcześniejszego
                filmu Caroline Link Tamta strona ciszy. W pewnym sensie są one podobne, ale o
                tym za chwilę, a zanim się rozgadam na dobre, drobne pytanie: czym się różni
                powieść od książki? Tzn. w tym przypadku, bo tak w ogóle to wiem. Chyba. ;)
                Do rzeczy: ja też znam i powieść, i książkę, i jeszcze film. I powieść, i
                książkę przeczytałam wprawdzie tylko raz, jednocześnie jedno i drugie, tak mi
                się udało, za to film oglądałam kilka razy, ale ten ostatni raz był jakiś rok
                temu, więc muszę odtworzyć wrażenia.
                Wydaje mi się, że na upartego można się doszukać tego, o czym piszesz, czyli
                nostalgii, ale nie za czymś nieokreślonym, tylko za szczęśliwym dzieciństwem i
                za przyjaciółmi, szczególnymi, rzecz jasna, bo afrykańskimi, nie jest to bez
                znaczenia, ale ta tęsknota za tym, co minęło, a zwłaszcza za tym, co się miało
                w dzieciństwie i młodości, jest dokładnie taka sama w każdym przypadku,
                niezależnie od tego, czy się to dzieciństwo spędziło w Afryce czy gdziekolwiek
                indziej, i niezależnie od tego, czy dorosłe życie spędza się w tym samym
                miejscu i otoczeniu, co dzieciństwo, czy nie. To wszystko jest w Nigdzie w
                Afryce, ale nie na pierwszym planie, pomimo że cała historia opowiedziana jest
                z perspektywy Reginy. Dla mnie jednak, ze względów, o których powyżej, o wiele
                ważniejsza, bardziej wyraźna jest historia jej rodziców, zwłaszcza matki, z nią
                się identyfikuję, jej przeżycia i podejście do sytuacji, w której się znalazła,
                są mi bliższe, a w nich nie ma nostalgii za tym, co się utraciło, cokolwiek by
                to było, nazwane czy nienazwane.
                Oczywiście nie spierałabym się z Tobą, gdyby nie było Pożegnania z Afryką, ale
                dla mnie te uczucia, o których piszesz, są tam o tyle bardziej wyraźne, że nie
                mogę pogodzić się z podawaniem Nigdy w Afryce jako przykładu w tej kwestii.
                • stella25b Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 11:31
                  Ja w prawdzie nie Broch, ale ze tez widzialam, czytalam i swojego glosu juz
                  udzielilam,wiec dodam swoje.
                  Slusznie zauwazylas te nostalgie za czyms utarconym tym bardziej, ze osadzona w
                  afrykanskich klimatach. Juz wspomnialam w tym watku o drugiej ksiazce "Irgendwo
                  in Deutschland", opisujacej dalsze zycie tych ludzi ale we Frankfurcie. To juz
                  zupelnie inna ksiazka ale wynika to z osadzenia jej akcji w powojennych
                  Niemczech. Tu brak tej nostalgii, tu zycie toczy sie szybko bez cienia
                  romantyzmu.
                  A wracajac do "Pozegnania z Afryka" Pollacka to podobna nostalgia w filmie
                  przebija. Przypominam sobie jedna z pierwszych scen filmu, kiedy to Karen
                  siedzac w swoim pokoju w Danii, spisuje swoje wspomnienia, zaczynajac "mialam
                  kiedys farme w Afryce" (czy tak jakos podobnie).
                • broch Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 16:19
                  "Odważne to za mało powiedziane, to niedopuszczalne, wszyscy mają myśleć tak,
                  jak ja, bo ja zawsze mam rację."
                  aaneta,
                  Ja widze, dziecko ze Ty masz ze mna jakies straszne problemy. W sumie dosc
                  zabawne to Twoje "niezgadzanie sie", tylko powiedz czy mam traktowac to
                  niezgadzanie jako kontestacje mlodego pokolenia, czy przypominasz sobie burzliwe
                  lata 60' czy tez po prostu nie lubisz moich postow (tak miedzy nami: nie czytaj
                  i nie odpowiadaj na nie, unikniesz frustracji).
                  Ty sie ze mna absolutnie nie musisz zgadzac, byc moze to bedzie szokiem dla
                  Ciebie, ale wiekszosc z forumowiczow regularnie sie ze mna nie zgadza, tyle ze
                  nikt do nikogo nie ma pretensji. Jesli Cie irytuje, to zachowuj sie jak dorosla,
                  ignoruj mnie bo to jedyne co mozesz zrobic do czasu gdy braineater mnie stad
                  wyrzuci.
                  Byc moze iz dla osob takich jak Ty powinienem strzelic sobie stopke: nie uwazam
                  ze zawsze mam racje. Mozna sie ze mna nie zgadzac, faktycznie bardzie mnie to
                  bardzo cieszyc. Ale tak naprawde nie chce mi sie, uwazam ze to strata czasu. :)

                  Wracajac do produkcji afrykanskich
                  Filmy o Afryce maja dla mnie nieco inny wydzwiek niz dla Ciebie. Kiedys, Czarny
                  Kontynent bardzo mnie fascynowal, byl to zywy, barwny swiat. Rozgrabiony
                  szczegolnie przez ostatnie poltora stulecia dzisiaj jest zapomniany. Nie ma to
                  nic wspolnego z akcja filmu, to obrazy Afryki wychylajace sie, gdzies tam w tle.
                  To sa zachody slonca nad sawanna i zmeczony podrozny i samotnosc zapomnianego i
                  uczucie straty.
                  Wiekszosc filmow i ksiazek o Afryce opowiada o rozstaniu, o tym ze cos zostalo w
                  domu (Europie) czego absolutnie nie chcialo sie stracic, a gdy opuszcza sie
                  Afryke, i wraca do domu, czesc duszy zostaje na Czarnym Ladzie i traci sie
                  jeszcze wiecej. Nie przypominam sobie komedii o Afryce, zawsze sa to rozlaki,
                  zawsze cos lub kogos sie traci. Nawet jesli na koncu bohaterowie osiagaja
                  spokoj, to jest to tak jakby jatrzaca sie rana w koncu sie zagoila i juz nie
                  boli, ale blizna zostala i zawsze bedzie przypominac o przeszlosci.
                  • aaneta Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 17:21
                    No przecież się wygłupiam, w tym pierwszym akapicie przynajmniej, nie
                    zauważyłeś tego? W takim razie jesteśmy kwita, kiedyś ja nie poznałam się na
                    Twoim żarcie, dzisiaj Ty na moim. Chyba nie doczytałeś, że cieszę się, że mogę
                    się z Tobą pospierać, i to już nie był żart.
                    Fakt, odbieram Cię trochę inaczej niż innych z TWA, bo wydaje mi się, że jesteś
                    strasznie poważny, ponury nawet, powiedziałabym. Na podstawie Twoich wypowiedzi
                    wyobrażam sobie Ciebie jako zmęczonego życiem starca, pozbawionego wszelkich
                    złudzeń, a wydaje mi się, że tak naprawdę nie jesteś dużo starszy ode mnie.
                    Oczywiście mogę się mylić, ale takie mam wrażenie, nic na to nie poradzę. Nie
                    oznacza to jednak, że coś mam do Ciebie, po prostu nadajemy na różnych falach,
                    ale może z upływem czasu się dogadamy. A jeśli nie, to świat się nie zawali,
                    TWA w szczególności też nie.
                    Swoją drogą, nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze zwróci się do mnie per
                    dziecko, ale miło mi, zwłaszcza że gdyby się moje dzieciątka trochę postarały,
                    to mogłabym już od dawna być babcią. No, może nie od dawna, ale jednak.
                    Afryka jest tragiczna, zgadzam się, co do reszty Twojej wypowiedzi również, ale
                    akurat w przypadku filmu, o którym rozmawiamy, jej tragiczna historia i
                    sytuacja niewiele ma do rzeczy. To nie jest opowieść o kolonialistach, którzy w
                    Afryce byli panami, ale to się skończyło, a oni nie mogą się z tym pogodzić. To
                    opowieść o niemieckich Żydach z Twojego rodzinnego Wrocławia, którzy w Afryce
                    znaleźli się w zasadzie wbrew własnej woli, uciekając przed Holocaustem, i
                    tylko dzięki temu przeżyli, ale nigdy nie czuli się tam u siebie, zwłaszcza że,
                    będąc cały czas obywatelami niemieckimi, dla władz brytyjskich formalnie byli
                    wrogami, co poskutkowało internowaniem, i gdyby nie starania Jettel, to nie
                    wiadomo, czy ich historia skończyłaby się szczęśliwie. Moim zdaniem to ma
                    decydujący wpływ na wymowę filmu i dziwi mnie, że Ty tego nie widzisz. Ale
                    przecież nie odbieram Ci prawa do innego spojrzenia, tylko się dziwię, a jako
                    dziecko mam do tego prawo, czyż nie?
                    • broch Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 19:06
                      "To opowieść o niemieckich Żydach z Twojego rodzinnego Wrocławia, którzy w
                      Afryce znaleźli się w zasadzie wbrew własnej woli, uciekając przed Holocaustem,
                      i tylko dzięki temu przeżyli, ale nigdy nie czuli się tam u siebie, zwłaszcza
                      że, będąc cały czas obywatelami niemieckimi, dla władz brytyjskich formalnie
                      byli wrogami, co poskutkowało internowaniem, i gdyby nie starania Jettel, to nie
                      wiadomo, czy ich historia skończyłaby się szczęśliwie. Moim zdaniem to ma
                      decydujący wpływ na wymowę filmu i dziwi mnie, że Ty tego nie widzisz. Ale
                      przecież nie odbieram Ci prawa do innego spojrzenia, tylko się dziwię, a jako
                      dziecko mam do tego prawo, czyż nie?"

                      No gratuluje spostrzegawczosci, przenikliwosci itp.

                      To że "Nigdzie w Afryce" jest historią ludzi którym cudownie udało się uniknąć
                      zagłady, o Holokauscie to jest oczywiste... Tyle że to nie holocaust łączy
                      Pożegnanie z Afryką, Hotel Rwanda, Nigdzie w Afryce, Tłamaczke. Chyba że coś
                      pominąłem?
                      Pisałem o atmosferze która w filmach i powieściach często łączy uciekinierow z
                      Wrocławia z plantatorem kawy. Mam nadzieje ze to nie Holocaust. W każdym razie
                      nie podejrzewam aby Blixen miała przeczucie wydażeń choć książka została wydana
                      pod koniec lat trzydziestych.

                      Ja absolutnie nie pisalem o oczywistych losach bohaterow ktoregokolwiek z
                      wymienionych filmow, co zdaje sie kompletnie umyka Twojej uwadze. Nie pisałem
                      również o kolonialiźmie.

                      Twoja dziwne przywiazanie do tlumaczenia holokaustu nie ma wiele wspolnego z
                      moimi uwagami.

                      W uwagach które zrobiłem o Pollocku, nie szło o Afrykę a jedynie o stosowanie
                      tej samej techniki przez ostatnie 30 lat. Afryka wyszła przy okazji, i właśnie
                      Afryka sprawiła że film mi się podobał. Aby nie było niejasności: wiem że był to
                      wilm polityczny, a nie krajoznawczy.


                      Ostatnie:
                      Jesli idzie o Twoj żart, ja tylko zaznzczyłem iż wydaje mi się że działam Ci na
                      nerwy. Stad ironiczna porada abyś ich nie czytała.

                      Ponieważ uważam że dyskusja nie ma już nic wspólnego z wątkiem rozpoczętym przez
                      drKrisKa, myślę że to na tyle.
                      • aaneta Re: Nigdzie w Afryce 15.07.05, 20:25
                        Nie rób mi tego, proszę! Nigdzie nie jest napisane, że ta dyskusja musi być
                        zgodna w każdym zdaniu z tematem rozpoczętym przez KrisKa. Ja naprawdę
                        żartowałam, że wszystko wiem najlepiej i że zawsze mam rację. A jeśli nie wiem,
                        to chciałabym się dowiedzieć. Na przykład skąd Twoja uwaga o moim dziwnym
                        przywiązaniu do tłumaczenia Holocaustu. Ja to gdzieś napisałam??? Ja nawet nie
                        wiem, co to znaczy: przywiązanie do tłumaczenia, Holocaustu czy czegokolwiek
                        innego. Ale może ja naprawdę tak mam, tylko o tym nie wiem?
                        A film nie był ani krajoznawczy, ani polityczny, tylko obyczajowy, ot co, jak
                        mówi dr.KrisK.
                        Buziaczki.
      • dr.krisk Znakiem tego - nowe idzie! 14.07.05, 21:38
        braineater napisał:

        > Oj doktorze, doktorze - czrne kino klasyczne doktor lubi? czrny humor i grę z
        > zabawą konwencją doktor lubi? choc jedną częsc komiksu pierwowzoru doktor w
        > rękach miał?
        > bo if odpowiedź na powyższe brzmi nie, to się nie dziwe, że film nie
        podszedł.
        Nawet nie chodzi o to ze nie podszedl, tylko o to ze niezrozumiany zostal. To
        tak mniej wiecej jakbym wybral sie na sztuke w jezyku gornokipczackim: widziec -
        widze, slyszec - slysze, ale nie rozumiem! Widze , ze niby mial byc cinema-
        noir, ale gdzie tu mroczne klimaty Chandlera? Raczej teksanska masakra pila
        mechaniczna, ino nocna pora! Pomysly plastyczne owszem doceniam, ale starczylo
        ich na jakies 10 minut, potem juz z grubsza wiedzialem co bedzie.
        Ale nie marudze, tylko widze ze powstaje cos nowego, i ciesze sie bo bede mogl
        zrzedzic i narzekac!
        • noida Jakie nowe? 14.07.05, 23:42
          Znaczy może i nowe, ale co to za sztuka zrobić w dzisiejszych czasach film tak,
          żeby wyglądał jak komiks? Skoro można było zrobić latające supermany, Goldie
          Hawn z dziurą w brzuchu i Golluma to czemu nie można było zrobić komiksu w
          filmie? Do strony wizualnej zresztą się nie przyczepiam, bo nie ma co- była
          świetna. Natomiast odpowiadając na pytanie braineatera- kino czarne kryminalne
          uwielbiam. Czarny humor i zabawę konwencją takoż. Pierwowzoru nie miałam w
          ręku, ale to akurat powinno być zaletą. Powiem więcej- cenię sobie kino z super
          efektami specjalnymi! Podoba mi się kino oparte na komiksie! I komplenie nie
          kupiłam tego filmu. Jedynie wątek z Michaelem Rourke wydał mi się ok- reszta
          była po prostu nudna.
          Och, jak się cieszę, że doktorowi też się nie za bardzo podobało! Po obejrzeniu
          filmu walczyłam z chęcią założenia podobnego wątku, ale w końcu się poddałam.
          Teraz czuję, że nie jestem w tym kosmosie jedynym kurczakiem- są też inne
          kurczaki!
          • agni_me Re: Jakie nowe? 15.07.05, 01:55
            Dziś właśnie, wracając do domu, usłyszałam w radio, że jeśli chce się rozmawiać
            o kulturze, to powinno się mieć o niej ogólne pojęcie - także o komiksie, bo
            jak tu oceniać sincity, kiedy komiks to czarna magia. Kompletnie się nie
            zgadzałam z autorem aż sobie przeczytałam ten wątek. Podoba mi się ten film, za
            jego komiksowość, za to, że aktorzy zagrali kompletnie niepapierowo, a
            jednocześnie byli tacy "papierowi". Za przesade i zabawę konwencją. Za śliczne
            dziewczyny, które szczęśliwie nie wyglądały jak z rozkładówy plejboja. Za to
            też, że spokojnie i z przekonaniem mogłam powiedzieć synowi - to nie jest film
            dla ciebie. Nie jestem przekonana, że to arcydzieło, pewnie nikt nie będzie
            cytował fragmentów jak z Rejsu czy palpfikszyn, ale miałam dużą frajdę w
            odnajdywaniu cytatów filmowych podczas oglądania i szeptów pani obok "to bez
            sensu".
            • braineater A takie nowe, 15.07.05, 08:45
              że, i owszem, były Supermany z niezła rolą Marlona Brando i niczym poza tym, że
              były dwa pierwsze Batmany, czyli wizualna orgia i genialne aktorstwo, były
              koszmarnie nieudane Hellboy'e, Punishery, czy niestety The League of
              Extraordinary Gentelmen, ale to wszystko były raczej wariacje na temat postaci,
              a nie ekranizacje komiksu. Tu natomiast mamy do czynienia z podejściem
              ortodoxyjnym, czyli komiksowy pierwozór staje się storyboardem dla filmu i po
              prostu dostajemy drugi raz to samao, tylko tym razem wszystko się rusza. Jest
              to akcja mniej więcej taka jak Brannaghowskie ekranizacje Szekspira, które
              niczego z tekstu i didaskaliów nie pomijają - stąd też mój podziw dla autorów.
              Nowe wizualnie - oczywiście, mozna stwierdzić, że to już było, że łaczenie
              animacji i żywego aktorstwa, że cały film kręcony na bluescreenach z
              komputerowo nałożoną scenografią, był chociażby w zeszłym roku (Sky Kapitan i
              świat jutra), ale tutaj efekciarstwo jest wykorzystane po europejsku, czyli nie
              jest to li tylko epatowanie zaskakującymi obrazami, ale mają one swój sens
              uzasadniony fabuła i psychologią postaci - chociażby gry kolorami, które w
              niektórych miejscach kompletnie zmieniają sens danej sceny - wyblakłe okulary
              Kevina (zresztą Frodo w tej roli mnie zmasakrował), bezdenna czerń oczu Nancy w
              wątku z Hartigannem - zreszta i w komiksie, ta wersja Nancy jest chyba
              najgenialniejszym pin-upem Millera - (plansza jest praktycznie cała w czerni,
              leciutko tylko białymi kreseczkami, kilkoma zaledwie, zaznaczona jest sylwetka
              i włosy, a jakies trzyczwarte całostronicowego kadru zajmują jeszce czarniejsze
              oczy przerażonej dziewczynki - po prostu masterpis i tyle). No i do tego
              dochodzi jeszce samo miasto, przy ktorym nawet barokowe Gotham Tima Burtona z
              dwóch 1szych Batmanów, wygląda jak spokojna osada dla emerytów - naprawdę
              czytając Millera nie wierzyłem, ze da się to tak pokazać - ale okazało się, że
              jest to możliwe. Jak dla mnie naprawdę jeden z lepszych komercyjnych filmów lat
              ostatnich.

              Pozdrowienia:)

              (jeśli macie jeszcze jakieś watpliwości, to tak, oświadczam, że mam lekkiego
              świra na punkcie komiksów:)
              • daria13 Re: A takie nowe, 15.07.05, 10:01
                No i zrobiliście mi tym wątkiem wode z mózgu. Byłam nastawiona bardzo na
                pójście na ten film, a teraz to już sama nie wiem. Czuję, że ten film może mi
                się podobać, ale jeśli słabo znam się na komiksach, to czy będę potrafiła w
                pełni go docenić? Sama już nie wiem, ale chyba pójdę, żeby wyrobić sobie własne
                zdanie, bo inaczej nie da się nijak.
                Ja mam za to problem z innym filmem, który ostatnio widziałam, nie taki już
                niestety nowy, ale może widzieliście; chodzi o 21 gramów. Film niezły, ciekawy
                pomysł, świetne wymieszanie chronologii, co każe maksymalnie się skupić i cały
                czas zmusza do kombinowania, całośc wyjaśniona i dopowiedziana do końca, co też
                nie pozostawia uczucia niedosytu. Wszystko zgrabne, no i świetnie zagrane, cała
                trójka bohaterów wzniosła się na wyżyny swoich możliwośći, a te możliwości mają
                naprawdę duże. I tu pojawia się problem, bo wszystko ładnie, pięknie, ale w tym
                filmie coś nie zagrało do końca i najgorsze jest to, że ja sama nie wiem co. I
                tak mnie to dreczy od kilku dni. Ktoś z was oglądał i miał może podobnie, bo
                byłabym wdzięczna za uświadomnienie. A może Wam nie podobał się wcale, bo
                większość moich znajomych zjechała ten film całkiem, tylko nikt nie umiał
                powiedzieć czemu się nie podobał.
                Polecam się i pozdrawiam upalnie:)
                • nienietoperz Re: A takie nowe, 15.07.05, 13:11
                  O Sin City pisalem tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28749&w=25279703
                  I znow podkresle - jesli sa Was w stanie w filmie bawic i ryszac czerwone
                  tenisowki - to na Sin City marsz. Jesli ma byc gleboko psychologicznie,
                  realistycznie i poruszajaco - od Sin City odwrot.

                  Jesli idzie o 21 gramow - dla mnie w porzadku. Co prawda po Amorres perros
                  oczekiwania wobec Inarritu mialem moze rozbudzone nadmiernie, ale i tak uwazam,
                  ze warto bylo zobaczyc, chocby dla trojki glownych aktorow (w tym Seana Penna,
                  ktorego kiedys zupelnie nie moglem zniesc - a od czasu Mystic River jakby im
                  starszy tym lepszy).
                  Slyszalem a propos tego filmu zarzut nastepujacy: gdyby pokazac historie
                  chronologicznie, to bylaby niewiarygodna i nie poruszajaca. Moim zdaniem
                  podobnie mozna by mowic o Sin City - gdyby nakrecic komiksy Millera
                  realistycznie, bylyby okrutne i nudne. Tylko tu kompletnie nie o to chodzi.

                  Wasz, pakujacy powoli plecak,
                  nntpz
                  • aaneta Re: A takie nowe, 15.07.05, 13:47
                    O, widzisz, ja dokładnie tak samo mam z Seanem Pennem, jak był młody to za
                    bardzo mi się z Madonną kojarzył, a teraz jak sobie mądrą kobietę znalazł, to i
                    klasy nabrał. Na odwrót też to działa, patrz Bruce Willis i Tom Cruise. To tyle
                    ploteczek.
                    Do 21 gramów też nie mam zastrzeżeń, chociaż strasznie to ciężkie, ale przecież
                    nie może być zawsze lekko, łatwo i przyjemnie. W tym samym czasie mniej więcej
                    obejrzałam też Miasto Boga, a że w życiu też wtedy akurat miałam bardzo trudny
                    okres, więc zdołowałam się na maksa. Ale potem mogło być już tylko lepiej.
                    Natomiast Amores perros nie oglądałam, nad czym ubolewam strasznie, bo miałam
                    wielką ochotę, ale był w telewizorze z tak fatalnym lektorem, że nie mogłam
                    znieść. A "I twoją matkę też" znacie? Bo tak mi się skojarzyło. Dla mnie bomba.
          • stella25b Re: Jakie nowe? 15.07.05, 10:03
            Sztuka to moze nie jest ale pomysl jest nowy i to jest dobry chwyt rekalmowy.
            Ja wogole nie przepadam za filmami ktorych domena sa efekty techniczne,
            specjalne czy jak je tam zwac. Wole dobrze opowiedziana historie z w ramach
            klasycznej kinematografii, co jednak nie oznacza, ze pieknymi zdjeciami
            pogardze.
    • kwiecienka1 Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 15.07.05, 14:01
      :-)
      muszę przyznać, że na wszystkie braineaterowe pytanie (zadane KrisKowi)
      odpowiedziałabym nie, ale film mi się podobał (o dziwo?)
      a jeśli chodzi o komiksy to zatrzymałam się na Asteriksie i wogóle jestem
      lajkonikiem w tej dziedzienie :-))) nawet nie wiem gdzie by się tu w nie
      zaopatrzyć - w Empiku cos widziałam, chyba...
      do tej pory też unikałam jak mogłam amerykańskich filmów, na które w sobotnie
      wieczory ciągneły tłumy rodaków zaopatrzonych w colę & popcorn (nie widziałam
      Batmanów i innych takich), no, ale jak koleżanka prosi...
      nie sądziłam, że mi się tak bardzo spodoba - przynam, że koleżanka złapała mnie
      na Cive`a Owena i zmamiła obietnicą nadużycia akloholu po seansie...
      tą, jakże wyrafinowaną recenzją, kończę i za zadanie domowe z niemieciego się
      zabieram
      pozdrawiając
      Kwiecienka Napalona Germanistycznie

      • dr.krisk Jawohl, schnaps ist gut!!! 16.07.05, 03:45
        kwiecienka1 napisała:

        > na Cive`a Owena i zmamiła obietnicą nadużycia akloholu po seansie...
        > tą, jakże wyrafinowaną recenzją, kończę i za zadanie domowe z niemieciego
        Uwielbiam mowic po niemiecku, bo nie znam tego jezyka prawie kompletnie! Nawet
        napisalem kiedys militarystyczna piosenke niemiecka, wykorzystujac slownictwo
        nabyte podczas ogladania "Czterech pancernych i psa", tudziez "Klossa".
        Pamietam tylko jedna zwrotke"
        "Wir sind zwei deutsche soldaten
        mit patronen und granaten;
        magazinen mit patronen,
        und motorrad mit kanonen!
        Hollario, la
        Hollario, la,la, la!!!"
        Idiotyczne do kwadratu, ale mielismy mnostwo uciechy....
        To jakby ktos potrzebowal dowodu na moje kompletne zidiocenie.
        Pozdrawiam znad brot und schinken.
        KrisK

        • beatanu Re: Jawohl, schnaps ist gut!!! 16.07.05, 04:37
          Piosenka piekna! A na jaka melodie to sie spiewa? Próbowalam na "Krakowiaczek
          jeden", ale cos nie wychodzilo...

          A wracajac do tematu watku, to jak na razie jestem jedyna TWA-owiczka, która
          programowo sie na SinCity nie wybiera. Przeczytalam recenzje w Dagens Nyheter,
          poogladalam pare obrazków, przesledzilam watek na TWA i... juz mi dobrze i
          wiecej nie potrzebuje. I please, nie myslcie sobie, ze sie snobuje i na TAKIE
          filmy nie chodze. Po prostu nie czuje potrzeby. Mam wrazenie, ze podobnie jak
          drKrisk juz po 10 min zaczelabym sie wiercic w fotelu... Odpuszczam wiec sobie
          i juz. A z komiksów to ja tylko 100 lat temu Tytusa, Romka i Atomka (którymi
          zreszta udalo mi sie zarazic starsza córke) ....
          I to by bylo na tyle :)
          B
          • stella25b Re: Jawohl, schnaps ist gut!!! 16.07.05, 11:24
            Dochtore, talent mrnujesz!!!Moze jeszcze zreaktywuja Festiwal w Kolobrzegu to
            wtedy duza szansa na wygranie I nagrody.
            Moze sie kto jeszcze przyzna do znajomosci jezyka Gothego to wtedy choralnie
            zaspiewamy, bo na razie we trzy (Beata, Kwiecienka i ja) chorek tylko
            tworzymy:))

            Beata, nie jestes sama z opinia o tym filmie. Podzielam dokladnie Twoje
            zdanie:))

            Kwiecienko, jak tylko sie pojawie w K_ce to zaraz zrobie egzamin z
            niemieckiego;)

            • stella25b Czterej Pancerni i pies 16.07.05, 11:31
              A propos Czterech pancernych, przypomnialo mi sie zdarzenie, ktore mialo
              miejsce przed 4 laty w Polsce. Ogladalismy telewizje i akurat byla taka reklama
              z Czteroma pancernymi, a wlasciwie tylko jednym, ktory mial przypominac Janka.
              Ja jak tylko to zobaczylam to wrzasnelam do mojego syna: Patrz synu czterej
              pancerni!!! a na to moj syn: yeee Bundeswehr!!
    • kwiecienka1 Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 16.07.05, 14:04
      :-)))
      Pancerni to jeden z moich ulubionych seriali!
      Kloss też zawsze wysoko plasował się w rankingach :-)
      Jako mała Kwiecienka marzyłam żeby zostać Honoratą (Lidka & Marusia były takie
      mdłe... a Honorata! to była baba! no, i ze Śląska!)
      a co do egzaminu... ich warte :-)
      pozdrawiam
      Kwiecienka Wspominająca
      • daria13 Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 18.07.05, 11:11
        Ja też poszłam wreszcie i zupełnie mnie powaliło. Znaczy w pozytywnym sensie
        tego określenia. Totalna jazda bez trzymanki!
        Po obejrzeniu tego filmu wykrystalizowała mi się opinia na temat kinematografii
        w ogólności. Otóż na własny użytek podzieliłam filmy na trzy podstawowe
        kategorie: a. filmy, które dają po głowie, b. filmy, które daja po oczach, c.
        filmy, które nic nie daja. Są oczywiście podgatunki: filmy, które straszą,
        które śmieszą, które wzruszają i które podniecają. Ale wracając do gatunków
        głównych, to Sin City jest jednym z najlepszych filmów z kategorii drugiej.
        Mimo, że słabo znam komiksy, mimo że nie przepadam za czarnym kryminałem, Sin
        City mnie urzekło, a dlaczego nie będę się powtarzać, bowiem Braineater
        powiedział już wszystko na ten temat, a najchętniej podpisałabym sie pod postem
        agni_me:).Nikt nie powiedział, że film musi coś wnosić w nasze życie, że musi
        mieć jakiś głebszy sens, choć oczywiście takie filmy są badzo ważne, bardzo
        potrzebne i bardzo przeze mnie lubiane, ale w kategorii rozrywka, ten film jest
        majstersztykiem, mnie wbił w fotel i chłonełam każdą scenę z zachwytem, a
        momentami z niepohamowanym chichotem. Dla mnie bomba!!!
        Dziękuję wszystkim, którzy mnie zachęcili, warto było!
        Serdecznie pozdrawiam, już na posterunku, bo przez weekend byłam odcięta od
        internetu, powód może podam innym razem, bo jest przykry i głupi:(
        • daria13 Re: I twoją matke też kontra Kumple 19.07.05, 11:24
          Chciałam nawiązać do wspomnianego gdzieś wyżej przez Aanetę filmu I twoją matkę
          też, a że wczoraj obejrzałam norweski film Kumple pogląd na ten pierwszy
          jeszcze bardziej mi się wykrystalizował. Mimo, że lubię kino latynoskie, mimo,
          że podoba mi się wschodząca gwiazda Bernal, ten film w ogóle ni nie podszedł.
          Nie umiem tego do końca sprecyzować, ale za dużo było w nim wulgarnośći nic nie
          wnoszącej do treści, za mało treści przemawiających do mnie i niezrozumiała dla
          mnie wymowa. Ogólnie - nie. A film norweski, mimo że z nieco hoolywodskim
          zakończeniem, bardzo mi się podobał. Był ciepły, jasno określony, niósł
          pozytywne wartości. Uff, sama siebie nie poznaję, bo to nie są w moim odczuciu
          najważniejsze cechy filmu i dla kontrastu moge powiedzieć, że Amores perros
          kompletnie takim filmem nie był, a mi się podobał. Chyba się zapętliłam;(
          Niemniej jednak Kumple mi się podobali i osobom, które nie ogladały polecam, bo
          to miły film o sile przyjaźni i zwycięstwie tejże mimo konfliktów i problemów.
          Coś dzisiaj słabo u mnie z wyrażaniem myśli, sorry, ale może ktoś będzie w
          stanie mi nieco rozjaśnić odnośnie tych dwóch filmów o przyjażni z dwóch
          różnych półkól i różnych tradycji.
          Pozdrawiam:)
          • aaneta Re: I twoją matke też kontra Kumple 20.07.05, 20:08
            Melduję się posłusznie na starych śmieciach. To przez tego całego Tada, Dario,
            zapomniałam o Tobie, przyznaję ze skruchą i obiecuję, że już więcej nie będę.
            Ale zanim o Kumplach i Bernalu, to jeszcze dwa zdania o Sin City, bo od początku
            wiedziałam, że to nie dla mnie, ale nie wiedziałam dlaczego, aż wreszcie
            zajrzałam do onetu i znalazłam tam takie oto zdanie o tym filmie: "nastrój
            wszechogarniającego pesymizmu, obskurne wnętrza i ulice skąpane w deszczu tworzą
            miasto, w którym w każdym kącie czyha zło". Więc niestety, pesymizm, obskurne
            wnętrza i zło - to absolutnie nie są moje klimaty, choćby w nie wiem jak
            wymyślnej formie i stylistyce podane.
            Kumple podobali się bardzo moim chłopakom, mnie średnio, nawet nie potrafię nic
            konkretnego o nich napisać. Takie to trochę mdłe było, bez emocji. Taka
            opowiastka o niczym, nawet niewiele pamiętam, tylko tego gościa, który w ogóle
            nie ruszał się poza teren osiedla. To samo miałam z Elling, też wszyscy się
            zachwycali, a mnie w ogóle nie ruszył. Ja też sama się sobie dziwię, bo ogólnie
            lubię takie skromne, kameralne, przegadane filmy, ale tym coś brakowało, tylko
            nie wiem co.
            Natomiast I twoją matkę też jest oczywiście zupełnie innego gatunku, dlatego
            trochę się opierałam, zanim poszłam do kina, ale nie żałowałam ani przez chwilę.
            Potem oglądałam jeszcze z moimi chłopakami na Canalu, i wszyscy zgodnie
            stwierdziliśmy, że jest super. Uśmialiśmy się oczywiście po pachy, bo teksty tam
            są rewelacyjne, fakt, że wulgarne, ale ta wulgarność nie razi, współgra z całą
            resztą, bo trudno, żeby ci akurat bohaterowie wyrażali się delikatnie i
            subtelnie. Wszystko tam jest w odpowiednich ilościach i proporcjach, humoru i
            wzruszenia akurat tyle, ile trzeba, szybkie tempo, genialne scenki z życia
            meksykańskiej prowincji i w ogóle.
            Muszę kończyć, bo głodne dziecię wróciło do domu, za chwilę wróci drugie, pewnie
            jeszcze bardziej głodne, i bedzie zadyma. A jeszcze chcę polecić tym, którzy
            mają w swoich telewizorach kanał TVP Kultura, film dokumentalny, który
            rozpocznie się o 21:05, pt. Matka nieznanego żołnierza, w reżyserii Mariusza Malca.
    • akondze Re: Poszedlem na film amerykanski "Sin City".... 28.07.05, 10:57
      'Sin City' ciekawym filmem jest...

      To znaczy, że 2 godziny w kinie parę tygodni temu minęły całkiem przyjemnie,
      bez ziewania i przymykania gałek ocznych...
      Niepokoi mnie jednak trochę to okrucieństwo: urżnięte nogi obgryzane przez
      wilka, na hakach głowy zarżniętych i zjedzonych kobiet, wykastrowany żółtek
      itd...
      Kiedyś lubiłem takie klimaty, lubiłem słuchać Cannibal Corpse czy Death i
      wczytywać się w ich teksty, epatujące tylko jedną (zwłaszcza w przypadku
      zespołu pierwszego) treścią i formą przekazu...
      Można wzdrygnąć ramionami i pójść sobie dalej... ale czemu się jeszcze
      niedoczepić do spółki Rodriguez / Tarantino - spółki nieco zwichrowanych
      mózgów ;)
      No ale ludzie to lubią i ludzie to kupią... krew się leje, morda się śmieje...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka