Narodziny Marcelki

25.07.08, 10:01



chodziliśmy do wspaniałej szkoły rodzenia, jej prowadząca - P. Zosia, dba o
swoje podopieczne jak o własne córki i wnuki. U niej znaleźliśmy książki o
porodach w domu, z nią rozmawialiśmy, rozważaliśmy naszą decyzję, jak i gdzie
rodzić. W pewny momencie, gdy ktoś mówił o rodzeniu w szpitalu, miałam
poczucie, że to coś dziwnego - rodzic w szpitalu? Jak to? Normalnie,naturalnie
rodzi się w domu. I tak zostało.

Piątek - po południu idziemy we troje na małe ostatnie (uzupełniające) zakupy
dla Malucha, bo jestem już 2 lub 4 dni po terminie - jak kto woli - wg lekarza
lub wg poczęcia. Wracamy - hip hip hura! -coś jest, odszedł mi czop.

Telefon do położnej (która jeszcze jako uczennica wypisywała naszą Oleńkę ze
szpitala). P. Zosia akurat w Szczecinie. Wywiad Ani

- ale coś czujesz, masz skurcze, boli cię cos?

-nic, tylko czop.

W sobotę Ania przyjechała z rana i czekamy....Nic

W południe ja mam dość siedzenia i czekania. Niby normalnie: jemy, śmiejemy
się , gadamy, ale co chwila:

-i co?,

-i jak?

-coś?

Idziemy na spacer, Ola ,mama, tata i Ania. Całe popołudnie nic, zero,
najmniejszego skurczu, ściśnięcia - może to pomyłka?

Dawniej, tydzień, miesiąc temu, mniejszy wysiłek i twardnienie macicy, a tu? W
zdesperowanej determinacji przyniosłam Olę na rękach(3,5 latek) do domu z
parku przez połowę drogi i na III piętro. NIC NIC NIC.

No co Ty Dzidziak?!

Ania pojechała - jak coś, to dzwońcie.

OK. my idziemy spać.

Spać? Nie. My sprzątamy. To nic, że świeżo malowane, to przygotować i zaciski
i ręcznik dla Malucha i ubranko po raz 3 odprasować i wózek, rożek. Wszystko
czeka, a Dzidzia kpi z nas i sprawdza.

Niedziela, idziemy po obiedzie na miasto, spacer, zwiedzamy muzeum na zamku. Nic.

Późnym wieczorem, nocą raz coś ścisnęło, za jakiś czas(0,5h) znowu i znowu...

Ale wolno, rzadko...

To nic, wspinamy się pomału.
Z Olą 3 godziny (niecałe) to teraz musimy wyrównać średnią...sad Skurcze coraz
silniejsze, częstsze,
Mariusz pomaga mi oddychać i trwa przy mnie. Ja zapomniałam, że jest coś
takiego jak rozgrywanie skurczu, ziajanie, itd. Ale to jeszcze nie teraz. Na
razie pomału, co skurcz to ciut silniej, może dłużej, ale da się żyć. Jeszcze
jest fajnie. Coś podpowiem jak ustawić, przesunąć (wciąż coś trzeba
"sprzątnąć, zrobić w domuwink")...ale chcę tylko świeczkę zapalić przy łóżku, tu
mi dobrze. Sterta poduch, kołdra pod brzuchem, z boku i się kołyszę. Tata
biega po domu - chcesz zjeść?, pić? dać Ci coś?

Co raz mocniej i mocniej. Idę do wanny. Mariusz dzwoni do Ani. Ja
wychodzę,wracam do łóżka - źle, znowu wanna, łóżko....-ściśnięta dłoń, brązowe
oczy i oddechy (mojego męża, bo ja gubię się co raz częściej). Znowu wanna.
Nie wiem czy mi wolno, ale proszę o kawę, bo dosłownie usypiam, pomimo tego,
że zaraz będę rodzić i naprawdę boli.

Przyjechała Ania:

-no i jak Iwonko?

-Dobrzeee uuuhuuuu uuhuuu

-świetnie sobie radzicie

-uuuuhuuhuu uhuhu

i to uhuuhuu w kółko

wracam do łóżka.
mąż odstąpił ode mnie 2 razy - raz do ubikacji i raz napapierosa, gdzieś po 5
godzinach. W tym czasie była ze mną Ania

Proszę Anię, by mnie trzymała, bo JEGO nie ma gdy mam skurcz sad( i cud -
kobieta balsam - skurcz-nie skurcz. Nie wiem, nie czuję bólu! Po parunastu
minutach znowu fala skurczów, 1,2,3...łóżko,wanna, znowu łóżko. Już nie mogę.
Czuję, że zaczyna mnie popierać, a nawet wody nie odeszły.
I tu drugie odejście męża - papieros.
Moją dłoń przejmuje Ania - znowu nic nie czuję, masuje mi
plecy, a ja zasypiam na całe pół godziny. Budzi mnie narastający skurcz, ale
bardzo łagodny w odczuciach. Znowu "przechodzę" w ręce męża i ten sam
skurcz,który był na ukończeniu wzmaga się na nowo i boli, potwornie boli -
nieziajam, nie oddycham, spinam się cała - chyba umrę.
Następny tak mocny i kolejny. Gdzieś w międzyczasie kilka razy słuchanie tętna
Malucha, któremu pięknie pracuje serducho. Wszystko OK. Skurcze są
nieregularne - różne odstępy czasu, długość i natężenie, ale idzie i to z
popieraniem. Ania pyta czy przebijamy pęcherz - szybciej pójdzie, a to już 8
godzina. Zgadzamy się. Wody czyściutkie, wszystko OK. I faktycznie, nie
spodziewałam się, że tak duża zmiana będzie - mocno, bardzo mocno coś pcha.
Ale nie tu w łóżku, idę do wanny. W tym momencie nie miałam świadomości, że
wyjdę z niej sama-niesama.
W wannie, mała, łazienkowa, zwykła wanna - niewygodnie mi, nie mogę znaleźć
pozycji, tak mi nie wygodnie, a czuję zbliżający się skurcz, a właściwie ten
sam cichnący i nasilający się i boje się ruszyć. Przynajmniej oddychanie jakoś
idzie - mojemu mężowiwink

Wreszcie mam - przodem do boku wanny, głowa oparta o czoło męża, ramiona też,w
wodzie brzuch i łono - drzwi naszego dziecka na świat. Idzie, idzie.
W łóżku Ania mówiła, że widzi czarny łepek, teraz słyszę, że ma mnóstwo włosów
i rodzi się w czepku. Idzie, ale - nie dam rady - mówię. I mój mąż w takim
momencie też poczuł strach :

-to co robimy??

No nie! Muszę być dzielna za troje???
następny skurcz i wchodzi Ola,która zaczyna mnie chlapać wodą - mam dość. Ania
sadza Olę na ubikacji i tłumaczy, ja czuję, jak idzie. W tym skurczu urodzę,
bo na więcej nie mam siły - koniec.

Maluchu witamy Cię!



" najpierw była główka i czarne włoski, a potem cała Marcelka i czerwona woda
i była pępowina i tata przecinał, a ona łączyła dzidzię z mamą i macicą" Opis Oli

"widziałem jak kość łonowa idzie Ci w górę, a potem opada na dół i była główka"

Ja czułam jak wychodzi główka Maleństwa i pękam. A potem kładę się w wannie i
przytulam, przytulam. Chcę dać pierś, ale Niuniek nie wykazuje dużej chęci.
Dopiero po dłuższej chwili takiego relaksu, myślę, że nawet nie wiem - syn czy
córka. Ania mówiła, że rodzi się generał z rączka przy główce, a tu: panienka
- Marcelka....


jest to opis jaki napisałam w niedługim czasie po porodzie, czyli jakieś 6 lat
z kaaawałkiem temu.
    • kasiaimichael sugarxxx napisała 25.07.08, 16:21
      piękny opis, zawilgotniały mi oczy...
Pełna wersja