Hej,
Wrzucam tu nieco zmodyfikowany post, który zamieściłam jako chyba 125 z kolei
w wątku o tym, jak to nie ma to, jak być dyslektykiem. Tam zginie, a sądzę, że
zasygnalizowany przeze mnie temat chyba na tyle jest ciekawy, że warto go
wyodrębnić. CO o tym sądzicie? Powołanie takie stowarzyszenia, udostępnianie
sobie informacji stanowiących przeciwwagę dla materiałów dostarczanych nam
przez "specjalistow" nie jest przecież niemożliwe. Zrobienie choćby strony
informacyjnej w Internecie to dziś kwestia 30 minut. Mój pierwotny post
poniżej.
****
Wydaje mi się, że rozwiązaniem [problemy dysleksji] nie jest ani ślęczenie nad
zadaniami do
wykonania, ani zmiana zasad ortografii. Rozwiązaniem jest odczepienie się od
problemu "dys..." i poświęcenie szkolnego czasu na to, co ważne. Przecież te
wszystkie dzieci coś czytają, prawda? Jakieś książki, lektury, może rodzice im
coś czytają, może one czytają prasę przyniesioną do domu przez rodziców, czytają
napisy na przystankach komunikacji miejskiej, informacje na opakowaniach od
zabawek, komunikaty na ekranie w grze komputerowej, no coś czytają, prawda? I
pewnie coś piszą - maile do znajomych, listy zakupów, wpisy w pamiętniczkach, no
cokolwiek, kartki pod ławkami do kolegi! No to może by sie odczepić od problemy
"dys" i w ogóle od problemów rozbioru gramatycznego zdania, ortografii,
interpunkcji i czego tam jeszcze choćby do końca szóstej klasy - i zabrać się za
nie dopiero wtedy, kiedy dzieci będą już na tyle OCZYTANE (w sensie fizycznym,
nie w związku z erudycją) i OPISANE (analogicznie), że przyswojenie różnych
reguł będzie dla nich prostsze, bardziej oczywiste, bardziej naturalne,
komplementarne w stosunku do tego, co już wiedzą i czują. Czy w związku z tym
wszyscy będą wówczas pisać ładnie i gramatycznie? Nie. Czy znacznie więcej niż
dziś? Jestem przekonana, ze tak.
Ujmę to w ten sposób: piszę bardzo szybko na klawiaturze, 90% czasu bezwzrokowo;
kiedy ktoś patrzy mi na ręce, zaczynam pisać wolniej i z błędami; gdybym miała
regularnie przechodzić testy oceniające szybkość i prawidłowość pisania chyba
zmieniłabym zawód na taki, który nie wymaga kontaktu z komputerem

Nieco
przesadzam, ale ten mechanizm tak działa. Dobrze i coraz lepiej jeżdżę konno,
ale gdyby ktoś codziennie przyglądał się mojej jeździe i komentował, wymagając
poprawek - ręka wyżej, łokieć niżej, kolana do środka, wyprostuj się -
straciłabym szybko serce do tego i wiarę w siebie - tak pracuję we własnym
tempie, widzę, że się rozwijam i czerpię z tego przyjemność.
Verdana pisała o tym, że rodzice mogą zgotować dziecku piekło przedłużając mu
szkołę zajęciami reedukacyjnymi w domu. (Parafrazuje, ale sens, mam nadzieję,
pozostał prawidłowy.)
Te dzieci, dyslektyczne czy nie, mają i tak chałowe życie w szkole. Wiadomo, że
rodzice sie stresują, że ich dziecko nie dostaje dobrych ocen, że nauczyciel je
ciągle krytykuje, krytykuje ich jako tych, którzy nie dbają o rozwój dziecko,
oni sami, jak każdy rodzic, chcieliby, żeby dziecko sobie dobrze radziło. Ta
presja jest okropna. "Specjalista stwierdził..." "Testy wykazały wysokie ryzyko
dys..." "Potrzebna jest wczesna specjalistyczna opieka..." To jest jasne, ze dla
rodziców ta sytuacja jest trudna. Dla dzieci tak samo. Trudno jest powiedzieć
"Chrzanię te oceny, niech się uczy jak chce, podąża za swoimi zainteresowania,
niech będzie szczęsliwe, nie będę go katował dodatkową godzina ćwiczeń dziennie,
i tak ma okropnie mało czasu". Wiadomo, że każdy myśli "No tak, ale co z
egzaminami do gimnazjum, na studia?"
Co można z tym zrobić? Może jakimś rozwiązaniem jest coś w rodzaju "grupy
wsparcia" (sama się trochę podśmiewam z takiego określenia, ale cóż, to właśnie
jest to) rodziców, których dzieci gorzej radzą sobie w szkole - z różnych
powodów. Może to byliby rodzice z jednej klasy, a może z różnych miejsc w
Polsce, może realnie, może w Internecie - nie wiem, zalezy od rodziców.
Jaki byłby cel takiej grupy? Wspierać się i utwierdzać w pewnych ważnych, moim
zdaniem, praktykach i przekonaniach, które z grubsza można ująć tak (i były
ujmowane na rożne sposoby we wcześniejszych postach): "Przecież wiemy, że nasze
dzieci są wyjątkowe, utalentowane, kochane, mają ogromny zasób słownictwa /
czytają z pasją / genialnie pływają / są bardzo pomocne / są świetnymi
organizatorami; więc to NAPRAWDĘ nie ma znaczenia, że dostały tróję z historii.
A pamiętacie wujka Adama, który w czwartej klasie został zdiagnozowany jako
dziecko nadające się do szkoły specjalnej? Dziś robi habilitację na wydziale
ekonometrii. A wujka Jacka, który nic nie mówił do trzeciego roku życia - to
ten, który jest uznanym architektem. Dlatego umówmy się, że szkoła zabiera tylko
tyle życia naszych dzieci, ile musi, byśmy wszyscy nie poszli do więzienia

, a
potem, no cóż, może ktos ma ochotę wybrać się dziś na basen?" Nie na "lekcje
pływania dla pięciolatków" czy "oswajanie z wodą dla dwulatków". Na basen,
pochlapać się, czy kto tam co lubi.
Ja wiem, że to jest TRUDNE. Dlatego tak strasznie ważne jest WSPARCIE INNYCH,
podobnie myślących. Dwie osoby myślące podobnie, regularnie spotykające sie czy
korespondujące to zupełnie co innego niż jedna osoba osaczona przez
"specjalistów", niepewna, zastraszona, zmartwiona, z poczuciem winy.
Myślę, że rodzice powinni stworzyć sobie pewne zorganizowaną PRZECIWWAGĘ
(czy przeciwwagi, wiele małych organizacji jest lepszych niż jakaś jedna duża)
dla presji wywieranej przez szkołę.
Pozdrawiam
Dorota