Dodaj do ulubionych

"mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka

28.01.09, 08:54
Kiedyś w sklepie słyszałam, że zagubione dziecko oczekuje na mamę
lub tatę. Teraz słyszę, ze na opiekuna.

Cieżarna kobieta z ząłożenia rodziła czy chodziła do lekarza
z "mezem" - teraz nagle każdy boi się tego słowa jak diabeł
świeconej wody. Słychać: partner, pan itp dziwolągi.

Z zagranicy dochodza wieści o zakazie używania słów: mama i tata. U
nas może jeszcze nie tak drastycznie,a le też niewesoło.

Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia.

Reagujecie? Ja zawsze dobitnie powtarzam, ze jestem żona, a nie
przyjaciółką, i mamą a nie opiekunką. Ale z drugiej strony sama jak
idę do kogoś do domu i widze parę to coraz czesiciej sie zastanawiam
jak mówić o drugiej osobie. Zazwyczaj móię mąż, żona - wychodzac z
założenia, ze to bardziej naturalne niz nazwanie przyjacielem
prawowitego małżonka.
Obserwuj wątek
    • capriglione Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 09:03
      Mi akurat nie przeszkadza to, że ktoś nazwie mego męża "partnerem", czy jakoś
      tam. Opiekunką jeszcze nie zostałam określona przez nikogo.
      Za to moja mama została nazwana mamą odnośnie mojej córeczki, czyli swej
      wnuczki. Dodało jej to skrzydełsmile

      Jeśli chodzi o to, jak ja mam kogoś zdefiniować, nieznanego mi wcześniej, to
      podchodzę do tego intuicyjnie, kierując się raczej w stronę "tradycji": np.
      miesiąc temu dołączył do naszej pracowni (i pokojusmile)nowy pracownik. Kiedy
      wywiązała się luźniejsza rozmowa, sformułowałam pytanie używając słowa żona (ma
      dziecko, więc wyszło mi to jakoś tak naturalnie). Odpowiedział, że owszem jego
      KOBIETA jest obecnie na macierzyńskim. W sumie nie wiem więc do tej pory, czy są
      po ślubie, czy nie. Ale to dla mnie nie problemsmile, bo jakoś specjalnie mnie to
      nie interesuje.
    • mmk9 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 09:17

      >Kiedyś w sklepie słyszałam, że zagubione dziecko oczekuje na mamę
      lub tatę. Teraz słyszę, ze na opiekuna

      To akurat mnie nie razi. Gdybym mianowicie była
      sąsiadką/siostrą/ciotką/babcią , ktora zgubiła to dziecko, to
      uslyszawszy komunikat o mamie/tacie oprocz poczucia winy dostalabym
      dreszczy z niepokoju, czy mi to dziecko wydadzą i co mi potem zrobią
      jego rodzice. Tak to czuję.
    • maadzik3 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:09
      Co do opiekunow (gdy np. dziecko zgubie sie w sklepie) jest to o tyle
      uzasadnione ze nie wiemy z kim przyszlo (rodzic? babcia? niania?) no chyba ze
      samo dziecko jest nam to w stanie powiedziec. Swoja droga tak sobie pomyslalam
      ze nie zazdroszcze ochronie ktora np. natknela sie na placzacego 2-latka i musi
      to oglosic. Owszem, jesli wczesniej przybiegl przerazony dorosly szukajac
      dziecka - sprawa jest prosta, ale jesli nie to skad ma byc wiadomo ze osoba
      zglaszajaca sie po takie niemowiace jeszcze dziecie jest jego opiekunem? W koncu
      rozhisteryzowane dziecko nie zawsze nawet mamie rzuci sie z usmiechem na szyje w
      pierwszym momencie...
      • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:18
        maadzik3 napisała:

        > Swoja droga tak sobie pomyslalam
        > ze nie zazdroszcze ochronie ktora np. natknela sie na placzacego 2-
        latka i musi
        > to oglosic.
        No pewnie.
        Ale jeszcze gorzej czuje się ta osoba, która dziecko zgubiła.
        Pamiętam, jak mi kiedyś Starszy zniknął z oczu w sklepie na moment.
        Serce mi dosłownie stanęło
    • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:11
      nati1011 napisała:

      > Kiedyś w sklepie słyszałam, że zagubione dziecko oczekuje na mamę
      > lub tatę. Teraz słyszę, ze na opiekuna.
      Ale przecież nei wiadomo, z kim to dziecko przyszło do sklepu. Mogło
      przyjść z babcią, ciocią, nianią itd. Może po prostu o to chodzi?



      >
      > Cieżarna kobieta z ząłożenia rodziła czy chodziła do lekarza
      > z "mezem" - teraz nagle każdy boi się tego słowa jak diabeł
      > świeconej wody. Słychać: partner, pan itp dziwolągi.
      Może dlatego, że jest dużo związków nieformalnych i lekarz nie chce
      popełnić gafy. Czasy się zmieniły, a on się dostosowuje.


      >
      > Z zagranicy dochodza wieści o zakazie używania słów: mama i tata.
      Ale jak to "zakaz"????




      >
      > Reagujecie? Ja zawsze dobitnie powtarzam, ze jestem żona, a nie
      > przyjaciółką, i mamą a nie opiekunką.
      Nigdy mnei takie coś nie spotkało


      Zazwyczaj móię mąż, żona - wychodzac z
      > założenia, ze to bardziej naturalne niz nazwanie przyjacielem
      > prawowitego małżonka.
      A naturalne jest nazywanie przyjacielem kochanka? Bo u nas dla
      odmiany taka moda. Konkubent, kochanek - to "przyjaciel" "pan".
      Zupełnie inaczej rozumiem te słowa i używam ich w znaczeniu
      słownikowym. O ile jeszcze "pan" mnei śmieszy ("Zaproś twojego pana
      do nas na kolację" - jakby niewolnica jakaś, czy co), o
      tyle "przyjaciel" denerwuje. Bo deprecjonuje jedno z
      najpiękniejszych znaczeńsad



      • mamalgosia "niemąż" 28.01.09, 10:12
        A "niemąż" bardzo modny na forach internetowych. Mnie się w sumie
        podoba, bo stawia sprawę jasno. Natomiast ciekawe jest, że jednak
        nawiązuje do "męża" (nawet jeśli przez negację), czyli może jakaś
        tęsknota za normalnością jest?
        • nati1011 Re: "niemąż" 28.01.09, 10:19
          tak - określenie "niemąż" mi sie podoba - w przeciwieństwie do
          konkubent lub konkubina - pomijając już resztę ktoś okropnie
          nieszcześliwy musiał to słowo wymyśleć (konkubin)
          • mamalgosia Re: "niemąż" 28.01.09, 10:20
            Jakoś ten konkubent w mojej wyobraźni zawsze musi brać udział w
            libacji alkoholowej i bić dziecko konkubiny
            • nati1011 Re: "niemąż" 28.01.09, 10:23
              no dobrze to się nie kojarzy smile
              • capriglione Re: "niemąż" 28.01.09, 10:37
                No właśnie! Zatem trudno się dziwić, że osoby będące w nieformalnych związkach
                poszukują innych określeń niż to nieszczęsne konkubent (partner, niemąż).
                Zresztą w życiu nie słyszałam, by ktoś tak się wyraził o swoim bliskim.
                • maika7 Re: "niemąż" 28.01.09, 10:44
                  capriglione napisała:

                  > No właśnie! Zatem trudno się dziwić, że osoby będące w nieformalnych związkach
                  > poszukują innych określeń niż to nieszczęsne konkubent (partner, niemąż).
                  > Zresztą w życiu nie słyszałam, by ktoś tak się wyraził o swoim bliskim.

                  Moja koleżanka przedstawia tak swojego wieloletniego partnera. Konkubent ten nie
                  nadużywa, dziecku zastąpil ojca (sakramentalnego), który porzucil koleżanke i
                  syna, jak Mały miał rok. Teraz mały jest dorosły. Kolezanka zaparła się -
                  żadnych mężów oficjalnych.
                  • capriglione Re: "niemąż" 28.01.09, 11:03
                    > Moja koleżanka przedstawia tak swojego wieloletniego partnera. Konkubent ten ni
                    > e
                    > nadużywa,

                    W sumie odważnie! smile Ja chyba wolałabym jakoś zastąpić to określenie. Kojarzy mi
                    się ze sprawozdaniami z wizyt kuratorskich (zamierzchłe czasy). A konkubina z
                    klimatami Chin (?).
                    W moim otoczeniu koleżanki mówią najczęściej: mój facet.
                    • maika7 Re: "niemąż" 28.01.09, 11:13
                      capriglione napisała:


                      > W sumie odważnie! smile Ja chyba wolałabym jakoś zastąpić to określenie. Kojarzy m
                      > i
                      > się ze sprawozdaniami z wizyt kuratorskich (zamierzchłe czasy). A konkubina z
                      > klimatami Chin (?).
                      > W moim otoczeniu koleżanki mówią najczęściej: mój facet.

                      Koleżanka lubi nazywać "rzeczy po imieniu" smile) Ale.. jest to jedyna moja
                      kolezanka tak podchodzaca do tej sprawy. Do pewnego momentu niektóre pary mowią
                      o partnerach "mój narzeczony, moja narzeczona" - mimo, ze z tradycyjnie
                      pojmowanym narzeczeństwem nie ma to za wiele wspólnego.
                      • capriglione Re: "niemąż" 28.01.09, 11:24
                        maika7 napisała:

                        > > W moim otoczeniu koleżanki mówią najczęściej: mój facet.
                        Do pewnego momentu niektóre pary mówią
                        > o partnerach "mój narzeczony, moja narzeczona" - mimo, ze z tradycyjnie
                        > pojmowanym narzeczeństwem nie ma to za wiele wspólnego.

                        Ja chyba jednak, jak już wspomniałam, częściej spotykam się "z moim facetem" i
                        "moją kobietą". Jednak określenia te padają niejako "za plecami" osoby, o której
                        mowa. W sytuacji przedstawiania raczej padają same tylko imiona (w domyśle mój
                        facet/moja kobietasmile).
      • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:21
        mamalgosia napisała:

        o
        > tyle "przyjaciel" denerwuje. Bo deprecjonuje jedno z
        > najpiękniejszych znaczeńsad
        >


        zwłaszcza gdy faktycznie opowiadasz o przyjacielu, a w odpowiedzi
        widzisz głupawe uśmieszki sad
      • pawlinka przyjaciółka 28.01.09, 18:43
        Z czasów, kiedy czasopism nie było tak wiele, a pewne tytuły
        schodziły bardzo szybko. Dialog w kiosku "Ruchu":
        Kientka: Czy ma pan "Przyjaciólkę"?
        Sprzedawca - kioskarz: Tak.
        Kientka: A żona wie?
    • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:13
      > Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
      > Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
      > garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia.

      Nati, słowo "opiekun" jest bardziej uniwersalne. Tak, jak już wcześniej
      zauważono - do sklepu mogę iść z nie moim dzieckiem...

      O jakiej "garstce" myslisz? I czy mąż "cywilny" to też mąż czy konkubent?

      > Reagujecie?

      Nie. To, jak ktoś mnie "zaklasyfikuje" w takiej zwykłej sytuacji życiowej, nie
      zmienia zupełnie tego kim jestem.
      • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:17
        cywilny to tez oczywiscie maz wink

        > > Reagujecie?
        >
        > Nie. To, jak ktoś mnie "zaklasyfikuje" w takiej zwykłej sytuacji
        życiowej, nie
        > zmienia zupełnie tego kim jestem.

        W sumie najbardziej dotykało mnie to w ciaży. Czy to takie dziwne,
        ze dziecko rodzi się w małżeństwie a nie konkubinacie?
        • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:41
          nati1011 napisała:

          > cywilny to tez oczywiscie maz wink

          mrugasz, ale to powazne pytanie. Dziecko rodzace się parze po cywilnym (np. pan
          po cywilnym rozwodzie) to dziecko pozamałzeńskie??
          wedlug katolików - tak.
          Ale.. oswoiliśmy tę sytuacje i rzadko kto czuje 'zgrzyt".


          > W sumie najbardziej dotykało mnie to w ciaży. Czy to takie dziwne,
          > ze dziecko rodzi się w małżeństwie a nie konkubinacie?

          Nie, nati. Ale tez nic dziwnego w tym, że dziecko rodzi kobieta nie będąca w
          sakramentalnym związku malżeńskiem.
          • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:51
            poważnie uważam, ze cywilny to mąż - i dziecko urodzone w zwiazku
            cywilnym to dziecko małżeńskie - normy katolickie mozna przykałdać
            tylko do katolików i raczej w kategorii grzechu a nie formalnego
            zwiazku.

            Zwiazek cywilny to dla katolikó oczywiście małżeństwo ale
            nieskaramentalne czyli zamykajace drogę do skaramentów. Tylko tyle i
            aż tyle.


            maika7 napisała:
            > Nie, nati. Ale tez nic dziwnego w tym, że dziecko rodzi kobieta
            nie będąca w
            > sakramentalnym związku malżeńskiem.

            Oczywiście. Tylko naprawdę żle sie czułam jak lekarz mówił: prosze
            poprosić swojego pana (partnera czy przyjaciela) o cos tam.
            Zwłaszcza, ze sytuacja dotyczyła sprawdy bardzo małżeńskiej (bo
            dzieci)

            Z drugiej strony nie przeszkadzało mi, jak ktos nazywał mojego
            chłopaka omyłkowo mezem - co najwyżej prostowaliśmy ze śmiechem.

            Czy naprawdę to takie irytujące dla osoby beącej w związku
            neiformalnym, gdy nazwie sie tego partnetra małżonkiem? Tym
            bardziej, ze nadal jeszcze ogromna wiekszosć dzieci rodzi sie w
            małżeńśtwach a nie poza nimi (wyjatek stanowią jedynie niektóre
            miasta - i to też niejakiś porażający)


            • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 11:09
              nati1011 napisała:

              > poważnie uważam, ze cywilny to mąż - i dziecko urodzone w zwiazku
              > cywilnym to dziecko małżeńskie - normy katolickie mozna przykałdać
              > tylko do katolików i raczej w kategorii grzechu a nie formalnego
              > zwiazku.

              Skoro normy katolickie można przykładac do katolików - dlaczego w jakims sensie
              dotyka Cię "opiekun" w ogłoszeniu sklepowym?
              I, jesli mówimy o innych sprawach, to już częściej pojawiaja sie głosy o
              uniwersalności katolickich (czy szerzej - chrześcijańskich) norm?

              >
              > Zwiazek cywilny to dla katolikó oczywiście małżeństwo ale
              > nieskaramentalne czyli zamykajace drogę do skaramentów. Tylko tyle i
              > aż tyle.

              Uczepię się tego przykladu pana, który mial jedną zonę ("sakramentalną"), po
              dwóch latach rozwiódł sie. Po roku poslubił cywilnie drugą kobietę. Małżeństwo?
              Konkubinat? Cywilnie - malżeństwo. Kościelnie?


              > Oczywiście. Tylko naprawdę żle sie czułam jak lekarz mówił: prosze
              > poprosić swojego pana (partnera czy przyjaciela) o cos tam.
              > Zwłaszcza, ze sytuacja dotyczyła sprawdy bardzo małżeńskiej (bo
              > dzieci)

              Rozumiem. Pewnie po prostu bym "wyjaśniła", "tak, juz prosze męza o_to_ coś ".

              > Z drugiej strony nie przeszkadzało mi, jak ktos nazywał mojego
              > chłopaka omyłkowo mezem - co najwyżej prostowaliśmy ze śmiechem.

              smile) popatrz - jak "w drugą stronę" inaczej dziala.

              >
              > Czy naprawdę to takie irytujące dla osoby beącej w związku
              > neiformalnym, gdy nazwie sie tego partnetra małżonkiem? Tym
              > bardziej, ze nadal jeszcze ogromna wiekszosć dzieci rodzi sie w
              > małżeńśtwach a nie poza nimi (wyjatek stanowią jedynie niektóre
              > miasta - i to też niejakiś porażający).

              Pewnie zależy od osoby.
              Co do "ogromnej większości dzieci" - mam nadzieję, że zajrzy tu Verdana wink
              Wydaje mi sie najbardziej kompetentna i orientująca sie w danych.


              • franula Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 11:17
                demografia od reki:
                www.stat.gov.pl/cgi_bin/demografia/xrap?woj=101&table=web_ur&rok=2006&mw=2&pl=2&scmat=4

                na ponad 370 tys. uro dzen w 2006 r. ponad 300 tys. matki mężatki.
                • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 11:25
                  franula napisała:

                  > demografia od reki:
                  > www.stat.gov.pl/cgi_bin/demografia/xrap?woj=101&table=web_ur&rok=2006&mw=2&pl=2&scmat=4
                  >
                  > na ponad 370 tys. uro dzen w 2006 r. ponad 300 tys. matki mężatki.


                  Dzięki - dane jednoznaczne smile
                • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:21
                  franula napisała:


                  > na ponad 370 tys. uro dzen w 2006 r. ponad 300 tys. matki mężatki.

                  No wiesz: matka może być mężatką, ale dzieci mieć nie z mężemsmile Ale
                  wiem, wiem; domniemanie ojcostwa
      • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:19
        maika7 napisała:


        >
        > O jakiej "garstce" myslisz? I czy mąż "cywilny" to też mąż czy
        konkubent?
        No mąż przecież
        • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:47
          mamalgosia napisała:

          > No mąż przecież

          No fajnie - wobec cywilnego prawa tak. Wobec kościelnego - nie. A przynajmniej
          nie zawsze. Po rozwodzie cywilnym, pozostaje mężem żony "kościelnej". Druga
          jest...konkubiną???
          • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:52
            Faktycznie pokręcone.
            Przypomina mi sie koleżanka, która ma drugiego męża (no właśnie:
            męża). Mówię o nim "mąż"
          • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 10:56
            maika7 napisała:

            > mamalgosia napisała:
            >
            > > No mąż przecież
            >
            > No fajnie - wobec cywilnego prawa tak. Wobec kościelnego - nie. A
            przynajmniej
            > nie zawsze. Po rozwodzie cywilnym, pozostaje mężem
            żony "kościelnej". Druga
            > jest...konkubiną???

            taka "uroda" sakramentów. Nie da sie ich cofnąć ani zmazać. ALe
            kościół określa ich jako związki niesakramentalne a nie
            konkubinakty. ALe to już sprawy wiary.
            • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 12:32
              nati1011 napisała:

              >
              > taka "uroda" sakramentów. Nie da sie ich cofnąć ani zmazać. ALe
              > kościół określa ich jako związki niesakramentalne a nie
              > konkubinakty. ALe to już sprawy wiary.

              Nati, to o czym piszesz pisząc:
              "Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
              Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
              garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia."

              Jaki normalny świat i jaka garstka ludzi?

              • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 12:58
                maika7 napisała:

                > Jaki normalny świat

                Ten, w którym dwoje ludzi pozostających we wspólnym pożyciu i gospodarstwie
                domowym to jest małżeństwo. Albo przynajmniej narzeczeństwo.
                W odróżnieniu od świata konkubentów i wujków.
                • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:06
                  a_weasley napisał:


                  > Ten, w którym dwoje ludzi pozostających we wspólnym pożyciu i gospodarstwie
                  > domowym to jest małżeństwo. Albo przynajmniej narzeczeństwo.
                  > W odróżnieniu od świata konkubentów i wujków.

                  zapomniałes dodać "dwoje róznopłciowych ludzi"
                  konkubenci nie łapią sie w definicję: "dwoje ludzi pozostających we wspólnym
                  pożyciu i gospodarstwie domowym" ?

                  • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:35
                    Konkubenci nie łapią się na nasze pojęcie o normalnym porządku
                    świata i normalnej definicji rodziny. Mamy albowiem czelność
                    domniemywać, że dla dwojga ludzi mieszkających i żyjących razem
                    (tak, tak, różnej płci) stanem normalnym, przyrodzonym i domyślnym
                    jest małżeństwo, a konkubinat to wyjątek, nie na odwrót i nie oba na
                    równych prawach.
                    • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:46
                      minerwamcg napisała:

                      > Konkubenci nie łapią się na nasze pojęcie o normalnym porządku
                      > świata i normalnej definicji rodziny. Mamy albowiem czelność
                      > domniemywać, że dla dwojga ludzi mieszkających i żyjących razem
                      > (tak, tak, różnej płci) stanem normalnym, przyrodzonym i domyślnym
                      > jest małżeństwo, a konkubinat to wyjątek, nie na odwrót i nie oba na
                      > równych prawach.


                      To wrócę jeszcze do mojego pytania o konkubentów "kościelnych". Ten pan, co to
                      się rozwiód cywilnie (ślub kościelny) i ożenił powtórnie. Byl mężem czy konkubentem?
                      • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:06
                        Można by się też zastanawiać, czy czwarta żona Mustafy abu Jusufa
                        jest jego żoną czy konkubiną, albo czy Przebiegły Wąż, który porwał
                        Mem'en'gwę z jej rodzinnego plemienia Czipewejów był potem jej
                        mężem, czy konkubentem, albo czy ośmioletnia Padma jest żoną czy
                        konkubiną dziesięcioletniego Radżu - wszystkie te małżeństwa
                        wykraczają poza naszą definicję związku małżeńskiego. Choć
                        niewątpliwie zawarto je formalnie i w zgodzie z miejscowym
                        zwyczajem.
                        • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:09
                          minerwamcg napisała:

                          > Można by się też zastanawiać, czy czwarta żona Mustafy abu Jusufa
                          > jest jego żoną czy konkubiną, albo czy Przebiegły Wąż, który porwał
                          > Mem'en'gwę z jej rodzinnego plemienia Czipewejów był potem jej
                          > mężem, czy konkubentem, albo czy ośmioletnia Padma jest żoną czy
                          > konkubiną dziesięcioletniego Radżu - wszystkie te małżeństwa
                          > wykraczają poza naszą definicję związku małżeńskiego. Choć
                          > niewątpliwie zawarto je formalnie i w zgodzie z miejscowym
                          > zwyczajem.


                          Chodzi o jasną odpowiedź na tę konkretną, częstą u nas sytuację.
                          • nati1011 Maika7 28.01.09, 14:33
                            Pan, który poślubia 2 żonę cywilnie jest jej mężem - natomiast
                            sakramentalnie pozostaje meżem poprzedniej.

                            I powiemy, ze są małżeńśtwem ale nieskaramentalnym. Czyli nie mogą
                            przystępować do sakramentów.

                            Ba, jeżeli jakieś małżeństwo rozwiedzie sie cywilnie ale powóci do
                            siebie formalnie -to dla Koscioła jest legalnym, sakramentalnym
                            małzeństwem. Ksiadz nie bedzie od nich wymagał zaświadczenia z USC -
                            to ich problem cywilny.
                            • maika7 Re: Maika7 28.01.09, 14:46
                              nati1011 napisała:

                              > Pan, który poślubia 2 żonę cywilnie jest jej mężem - natomiast
                              > sakramentalnie pozostaje meżem poprzedniej.
                              >
                              > I powiemy, ze są małżeńśtwem ale nieskaramentalnym. Czyli nie mogą
                              > przystępować do sakramentów.
                              >
                              > Ba, jeżeli jakieś małżeństwo rozwiedzie sie cywilnie ale powóci do
                              > siebie formalnie -to dla Koscioła jest legalnym, sakramentalnym
                              > małzeństwem. Ksiadz nie bedzie od nich wymagał zaświadczenia z USC -
                              > to ich problem cywilny.


                              Nati, ja to rozumiem. Pytam po to, zeby pokazać, jak świat, w którym żyjemy jest
                              "pokrecony", w zalezności od sposobu patrzenia. I jak oswajamy się z tym, co
                              według koscioła grzeszne. Bo to drugie malżeństwo pana i pani oparte jest na
                              grzechu - tak? Ale ten grzech, powszechny (??) - juz nie razi tak, jak te,
                              podobnej wagi, ale mniej ... oswojone?

                              Wobec kościoła przywoływana przeze mnie para zyje w grzechu, który zamyka im
                              droge do sakramentów. Czyli w grzechu ciężkim (??). Ale w naszej rzeczywistości
                              często takie pary odbierane są jako "normanle malżeństwa" a ich grzech "jest ich
                              prywatną sprawą". Dlaczego więc inne grzechy (podpadające pod to samo
                              przykazanie?) budzą emocje?
                              • minerwamcg Re: Maika7 28.01.09, 15:09
                                Z drugiej strony w tym przypadku bardziej niż w innych można
                                powiedzieć, że zupa się wylała. Bo co tacy niesakramentalni mają
                                zrobić? Rozstać się, opuścić wspólne nieletnie dzieci, powrócić do
                                pierwszych małżonków, którzy na ogół nie mają na to najmniejszej
                                ochoty, a czasem sami też są związani z kimś innym? Mogą żyć w
                                białym małżeństwie i czasem nawet żyją, choć to też niedobry pomysł.
                                No więc są razem, wychowują dzieci, czasem bardzo po chrześcijańsku,
                                chodzą do kościoła i cierpią bez komunii.
                                Czy się z tym oswajamy? Raczej współczujemy. Bo jednak co innego
                                jest zgrzeszyć i ponosić tego grzechu trwałe konsekwencje, a co
                                innego żyć jakby Boga nie było, nie przejmując się ani Nim, ani
                                drugim człowiekiem.
                                Grzech pozostaje grzechem. Ale liczy się też postawa grzesznika -
                                czy człowiek w ramach swojego grzesznego stanu chce jednak zachować
                                jakiś ład moralny i z pokorą uznaje, że to on jest nie w porządku, a
                                nie Pan Bóg, czy odrzuca Pana Boga i postanawia odtąd liczyć się
                                tylko z własnymi chęciami. Czy stara się nie pogłębiać tego zła,
                                którego już narobił, a przeciwnie, jakoś je naprawić. Choćby chodząc
                                do kościoła i wychowując dzieci po chrześcijańsku, czując
                                odpowiedzialność za swojego "współgrzesznika" i troszcząc się o
                                niego.
                                Tak więc związek związkowi nierówny. Każdy niesakramentalny jest
                                grzeszny, ale czasem zło się w nim mnoży, a czasem ogranicza.

                                A co do emocji... Grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu zawsze
                                budziły emocje, a teraz, na skutek różnych zabiegów kultury masowej,
                                większe niż kiedykolwiek.
                                • maika7 Re: Maika7 29.01.09, 08:29
                                  minerwamcg napisała:

                                  > Z drugiej strony w tym przypadku bardziej niż w innych można
                                  > powiedzieć, że zupa się wylała. [....]
                                  > Czy się z tym oswajamy? Raczej współczujemy. Bo jednak co innego
                                  > jest zgrzeszyć i ponosić tego grzechu trwałe konsekwencje, a co
                                  > innego żyć jakby Boga nie było, nie przejmując się ani Nim, ani
                                  > drugim człowiekiem.

                                  Minerwo, pisząc "oswajamy" piszesz o sobie, czy o większej grupie? Bo odnoszę
                                  wrażenie, że regulacja cywilna jest powszechnie aprobowana i i nie patrzy się na
                                  cywilne zwiazki jak na "permanentnych grzeszników". Konkubinaty powoli też
                                  zaczynają być tak powszechnie aprobowane (om bardziej zachowują cechy trwałego
                                  związku, tym bardziej są postrzegane ...nie negatywnie).

                                  > Grzech pozostaje grzechem. Ale liczy się też postawa grzesznika -
                                  > czy człowiek w ramach swojego grzesznego stanu chce jednak zachować
                                  > jakiś ład moralny i z pokorą uznaje, że to on jest nie w porządku, a
                                  > nie Pan Bóg, czy odrzuca Pana Boga i postanawia odtąd liczyć się
                                  > tylko z własnymi chęciami.

                                  No wchodzac w taki związek liczył się z własnymi "chęciami" smile
                                  Przyznaję szczerze, że spodziewałam się nieco radykalniejszej Twojej postawy
                                  wobec tego problemu.


                                  > Czy stara się nie pogłębiać tego zła,
                                  > którego już narobił, a przeciwnie, jakoś je naprawić. Choćby chodząc
                                  > do kościoła i wychowując dzieci po chrześcijańsku, czując
                                  > odpowiedzialność za swojego "współgrzesznika" i troszcząc się o
                                  > niego.
                                  > Tak więc związek związkowi nierówny. Każdy niesakramentalny jest
                                  > grzeszny, ale czasem zło się w nim mnoży, a czasem ogranicza.
                                  >
                                  > A co do emocji... Grzechy przeciwko szóstemu przykazaniu zawsze
                                  > budziły emocje, a teraz, na skutek różnych zabiegów kultury masowej,
                                  > większe niż kiedykolwiek.

                                  Tu widze mocne zróznicowanie - część jest właśnie wręcz niezauważana, część
                                  "ogniskuje emocje".
                                  • minerwamcg Re: Maika7 29.01.09, 12:41
                                    Maika napisała:

                                    > Minerwo, pisząc "oswajamy" piszesz o sobie, czy o większej grupie?

                                    Przeczytaj co piszę. Piszę że się NIE oswajamy, że raczej
                                    współczujemy. Kto współczuje? Ja na przykład, Arthurowi też się
                                    zdarza. Nie należymy do żadnych "większych grup" typu
                                    neokatechumenat czy ekumeniczna grupa modlitewna, a mówić za dwa
                                    Kościoły?.. Po namyśle stwierdzam, że jedyna "większa grupa" za jaką
                                    moglibyśmy coś powiedzieć, to krąg naszych przyjaciół i znajomych,
                                    ludzi w większości wypadków wierzących i praktykujących. I tak, tam
                                    wobec niesakramentalnego związku (bo jest taki) panuje raczej klimat
                                    współczucia.
                                    Nikt nie twierdzi, że to co robią nie jest grzechem. Jest i to
                                    ciężkim. Mimo to jednak wszyscy uważają, że od ostracyzmu lepsze
                                    jest przekonywanie tych ludzi, żeby mimo wszystko jednak trwali w
                                    Kościele, spełniali praktyki religijne, modlili się - słowem,
                                    starali się nie powiększać zła, które już zrobili (a nikt nie
                                    twierdzi, że nie zrobili), przeciwnie, starali się w ramach swojej
                                    sytuacji czynić tyle dobra, ile mogą.

                                    >nie patrzy się na cywilne zwiazki jak na "permanentnych
                                    > grzeszników".

                                    A na kogo patrzy się dzisiaj jak na "permanentnych grzeszników" i w
                                    czym się to wyraża? My bylibyśmy skłonni patrzeć tak (wykaz powstał
                                    po konsultacji z Arthurem) na redaktorów pisma "NIE", propagatorów
                                    aborcji albo dilerów narkotyków, ewentualnie jeszcze producentów i
                                    dystrybutorów pornografii - ale takich na szczęście w naszym kręgu
                                    znajomych nie ma. Aha, i może jeszcze damy negocjowanego afektu, dla
                                    których ów negocjowany afekt jest efektem wolnego wyboru. Nie, z
                                    takimi osobami z pewnością nie utrzymywalibyśmy kontaktów. Czy z
                                    kimś jeszcze?.. Mój Boże, nie wiem, aczkolwiek jakby się dobrze
                                    zastanowić pewnie by się znalazło.

                                    > No wchodzac w taki związek liczył się z własnymi "chęciami" smile
                                    > Przyznaję szczerze, że spodziewałam się nieco radykalniejszej
                                    > Twojej postawy wobec tego problemu.

                                    Ojejej... Tak mi przykro, że Cię rozczarowałam smile)
                                    Pewnie, że prostsze by było, gdyby przyjąć, że grzech ciężki to
                                    grzech ciężki, i nie ma różnicy pomiędzy opuszczeniem niedzielnej
                                    mszy a spaleniem stu wsi. To by nawet pasowało do wizerunku
                                    chrześcijanina jako człowieka ograniczonego i ślepo przywiązanego do
                                    doktryny, w dodatku wypaczonej i zawężonej. Tymczasem różnica jest.
                                    Co innego, kiedy ktoś odwrócił się od Boga i zgrzeszył, a potem -
                                    nawet trwając w tym grzechu - żałuje i wie, że to on jest nie w
                                    porządku a nie Pan Bóg, i stara się w ramach swoich możliwości tego
                                    grzechu nie powiększać i nie dodawać do niego nowych, a co innego,
                                    kiedy programowo założył, że Pan Bóg o ile w ogóle istnieje, to jest
                                    kimś, kim absolutnie nie należy się przejmować i można bez
                                    ograniczeń "cieszyć się życiem". Dla mnie te postawy nie są
                                    równoznaczne. Gdyby były, łatwo byłoby takie rozumowanie obalić
                                    jednym celnym kopem i wykazać mu jego niezgodność z nauką Szefa.
                                  • a_weasley Kto co jak postrzega 29.01.09, 12:58
                                    Maika7 napisała:

                                    > odnoszę wrażenie, że regulacja cywilna
                                    > jest powszechnie aprobowana
                                    > nie patrzy się na cywilne zwiazki jak
                                    > na "permanentnych grzeszników".
                                    > Konkubinaty powoli też zaczynają być tak
                                    > powszechnie aprobowane

                                    Po pierwsze strona bierna i forma bezosobowa natychmiast rodzą pytanie "przez
                                    kogo?" względnie "kto to jest się?". Jeśli chodzi o powszechność takiego czy
                                    innego odbioru - o dziwo inne wrażenia mają w tej mierze niewierzący i
                                    indyferenci, a inni ludzie pobożni. Moim zdaniem ma to związek z odmiennością
                                    kręgu, po którym patrzą, ale w tej akurat kwestii jestem otwarty na dyskusję.
                                    Co do mnie, w pewnych przypadkach jestem wręcz skłonny potępiać właśnie ludzi
                                    biorących ślub kościelny, jeśli np. oboje są niewierzący (znam takie przypadki).
                                    Mamy w otoczeniu przypadki wzasadziewierzącychalebezprzesady, którzy żyją "na
                                    cywilnym" bez wyraźnego powodu i to nas zniesmacza (swojego braku entuzjazmu dla
                                    tego stanu rzeczy nie ukrywaliśmy, ponieważ zresztą ukryć by się go nie dało),
                                    daleko też trudniej nam to zrozumieć niż związek niesakramentalny dwojga ludzi,
                                    których poprzednie małżeństwa się rozpadły (jedno wręcz kwalifikowało się do
                                    unieważnienia i to co najmniej z dwóch paragrafów).

                                    > (om bardziej zachowują cechy trwałego
                                    > związku, tym bardziej są postrzegane
                                    > ...nie negatywnie).

                                    Znowu - nie wiem przez kogo. Wystarczy też przejść się po forum "Ślub i wesele"
                                    lub po forach kobiecych, by znaleźć obfitość przykładów, że dla kobiety to marny
                                    interes.

                                    No i - skoro tak pozytywnie postrzegane, to skąd problem ze słowami "konkubinat"
                                    czy "konkubent"?
                              • nati1011 Re: Maika7 28.01.09, 15:22
                                Maika - wiec chodzi właśnie o to by te grzechy nie spowszechniałay
                                tak bardzo, ze zapominamy, ze sa grzechami. O tym tez jest ten
                                watek - by nazywać rzeczy po imieniu a nie tak jak jest ładniej.



                                A z punktu widzenia wiary - to obojętne czy cudzołożysz, kradniesz
                                czy nienawidzisz - jeżlei sie nie nawrócisz, zatracisz duszę.
                                • maika7 Re: Maika7 29.01.09, 08:40
                                  nati1011 napisała:

                                  > Maika - wiec chodzi właśnie o to by te grzechy nie spowszechniałay
                                  > tak bardzo, ze zapominamy, ze sa grzechami. O tym tez jest ten
                                  > watek - by nazywać rzeczy po imieniu a nie tak jak jest ładniej.

                                  Nati - spowszednieją. Im bardziej jesteśmy zróznicowani kulturowo, tym bardziej
                                  mieszają sie wartości związane z róznymi światopodlądami. Mam wrazenie, ze gdyby
                                  chcieć zachować pewne wartości niezmienne trzeba by się zamknąć w swoich
                                  enklawach jak np. mormoni. I zauwaz nie nazywamy "rzeczy po imeniu". Bo dana
                                  "rzecz" różne miewa imiona. Uczepiłam się tego "meża". No kościelnie "nie mąż",
                                  a powszechnie "mąż".

                                  > A z punktu widzenia wiary - to obojętne czy cudzołożysz, kradniesz
                                  > czy nienawidzisz - jeżlei sie nie nawrócisz, zatracisz duszę.

                                  Postawiłabys znak równości między cudzołożeniem (w trwałym kochajacym się, ale
                                  niesakramentalnym, związku) a nienawiścią? tak po ludzku? postawiłabyś?
                                  • nati1011 Re: Maika7 29.01.09, 09:06
                                    maika7 napisała:

                                    > nati1011 napisała:
                                    >
                                    > > Maika - wiec chodzi właśnie o to by te grzechy nie
                                    spowszechniałay
                                    > > tak bardzo, ze zapominamy, ze sa grzechami. O tym tez jest ten
                                    > > watek - by nazywać rzeczy po imieniu a nie tak jak jest ładniej.
                                    >
                                    > Nati - spowszednieją. Im bardziej jesteśmy zróznicowani kulturowo,
                                    tym bardziej
                                    > mieszają sie wartości związane z róznymi światopodlądami. Mam
                                    wrazenie, ze gdyb
                                    > y
                                    > chcieć zachować pewne wartości niezmienne trzeba by się zamknąć w
                                    swoich
                                    > enklawach jak np. mormoni.

                                    Bez wzgledu na pomieszanie kulturowe - na to nie mam wpływu - ale
                                    katolikom nie moga spowszechnieć. Bo to już wtedy nie katolicy.
                                    Jeszce niedawno wiekszosc katolików w Polsce uznawala grzech za
                                    grzech (choc wcale nie grzeszyli mniej niż dzisiaj) obecnie
                                    faktycznie coraz wiecej osób nie widzi grzechu w tym czy w tamtym.
                                    Co bedzie dalej? Nie wiem. Moze zostaną małe grupy wiernych i na ich
                                    fundamencie kiedyś odrodzi sie Kościół? Bóg wie. Ja mam robić swoje.


                                    > Postawiłabys znak równości między cudzołożeniem (w trwałym
                                    kochajacym się, ale
                                    > niesakramentalnym, związku) a nienawiścią? tak po ludzku?
                                    postawiłabyś?

                                    Postawie nawet mmiedzy zabójstwem.

                                    Nie bedziesz miał bogów cudzych przede mną.... Jeżeli komus wydaj
                                    sie, ze jest mądrzejszy od Boga, jeżeli bardziej kocha męża/żonę to
                                    grzeszy. I albo nie chce tego dostrzec, albo nie chce sie poprawić.

                                    Zbawienie można osiagnąc tylko przez uznanie Chrystusa za Zbawiciela
                                    i pójście jego drogą. Nie mnie oceniać, który z grzeszników dostąpi
                                    Łaski. ALe tak po ludzku wiemy jakie czyny Bogu są niemiłe i jakie
                                    są drogą ku potępieniu. I po ludzku należy z nimi zerwać, a nie
                                    liczyć zuchwale na Boze Miłosierdzie.
                                    • mama_kasia Re: Maika7 29.01.09, 09:33
                                      > > Postawiłabys znak równości między cudzołożeniem (w trwałym
                                      > kochajacym się, ale
                                      > > niesakramentalnym, związku) a nienawiścią? tak po ludzku?
                                      > postawiłabyś?
                                      >
                                      > Postawie nawet mmiedzy zabójstwem.

                                      Nati, ale przecież istnieje gradacja grzechów.

                                      > Bez wzgledu na pomieszanie kulturowe - na to nie mam wpływu - ale
                                      > katolikom nie moga spowszechnieć.(...)Ja mam robić swoje.

                                      Tu zgadzam się w pełni smile
                                      • nati1011 Re: Maika7 29.01.09, 09:40
                                        mama_kasia napisała:

                                        > Nati, ale przecież istnieje gradacja grzechów.

                                        Oczywiście - ale wszystkie meiszczą sie w kategorii grzechów
                                        ciezkich. Mozemy wiec tylko mówić o okolicznościach łągodzących.
                                    • mirellka74 Re: Maika7 29.01.09, 12:39
                                      nati1011 napisała:
                                      > > Postawiłabys znak równości między cudzołożeniem (w trwałym
                                      > kochajacym się, ale
                                      > > niesakramentalnym, związku) a nienawiścią? tak po ludzku?
                                      > postawiłabyś?
                                      >
                                      > Postawie nawet mmiedzy zabójstwem.

                                      A to już jest fanatyzm.
                                      Bardzo groźne zjawisko.
                                      M.
                                      • nati1011 Re: Maika7 29.01.09, 16:02
                                        a co w tym fanatycznego? Wierność Bogu? No to tak - jestem
                                        fanatyczką - a raczej sie staram.
                                    • a_weasley Zabójstwo, cudzołóstwo i... 29.01.09, 13:09
                                      Nati011 napisała:

                                      > Postawie nawet mmiedzy zabójstwem.

                                      Pewien rabin powiesił przy wejściu do synagogi tabliczkę, że wchodzenie do
                                      synagogi jest takim samym grzechem jak cudzołóstwo.
                                      Po paru dniach na tabliczce pojawił się dopisek odręczny:
                                      "Próbowałem obu, różnica kolosalna".
                                      W istocie trwałe cudzołóstwo trudno porównywać z zabójstwem z tej racji, że z
                                      jednej strony zabójstwo stwarza dużo poważniejsze skutki nieodwracalne, z
                                      drugiej trudniej się z niego samorozgrzeszyć, z trzeciej - na ogół jest to czyn
                                      jednorazowy. Dla uproszczenia wyłączam z rozważań jednostki, które czynią sobie
                                      z tego stałe źródło dochodu względnie hobby. Cudzołożny związek jest natomiast
                                      pasmem wyborów i za każdym razem wybiera się źle; w pewnym zaś momencie dobrego
                                      wyboru już nie ma, są tylko dwa kompletnie różne zła.
                                      Na marginesie zauważę, że cudzołóstwo wiąże się z ryzykiem tzw. wpadki, ta zaś
                                      stawia zainteresowanych w bliskiej okazji zabójstwa.
                          • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:41
                            Z kościelnego punktu widzenia Jasiek, drugi mąż Kaśki, nie jest jej
                            mężem. Z cywilnoprawnego jednak jest, oczywiście jeśli zawarli ślub
                            w magistracie. Być może załamuję się pod ciężarem prawdziwej wiary,
                            ale uważam, że nie jest wszystko jedno, czy żyjąc w powtórnym
                            związku ten ślub magistracki mają czy nie. I czy są dla siebie
                            drugim małżeństwem, choćby niesakramentalnym, czy chwilowymi
                            partnerami, którzy w każdej chwili mogą się rozejść, związać z kimś
                            innym i powtórzyć tę operację dowolną ilość razy.
                            Dlatego Jasiek jest dla mnie mężem Kaśki. Mogę ubolewać, że nie mają
                            ślubu kościelnego bo go mieć nie mogą - ale w takim stopniu w jakim
                            mogli uporządkowali swoją sytuację i dali małemu Franiowi takie
                            poczucie bezpieczeństwa, na jakie w danej chwili było ich stać.
                            • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 15:00
                              minerwamcg napisała:

                              > Z kościelnego punktu widzenia Jasiek, drugi mąż Kaśki, nie jest jej
                              > mężem.

                              a kim?

                              Z cywilnoprawnego jednak jest, oczywiście jeśli zawarli ślub
                              > w magistracie. Być może załamuję się pod ciężarem prawdziwej wiary,
                              > ale uważam, że nie jest wszystko jedno, czy żyjąc w powtórnym
                              > związku ten ślub magistracki mają czy nie. I czy są dla siebie
                              > drugim małżeństwem, choćby niesakramentalnym, czy chwilowymi
                              > partnerami, którzy w każdej chwili mogą się rozejść, związać z kimś
                              > innym i powtórzyć tę operację dowolną ilość razy.
                              > Dlatego Jasiek jest dla mnie mężem Kaśki. Mogę ubolewać, że nie mają
                              > ślubu kościelnego bo go mieć nie mogą - ale w takim stopniu w jakim
                              > mogli uporządkowali swoją sytuację i dali małemu Franiowi takie
                              > poczucie bezpieczeństwa, na jakie w danej chwili było ich stać.

                              dzięki za odpowiedź
                              • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 15:13
                                maika7 napisała:

                                > minerwamcg napisała:
                                >
                                > > Z kościelnego punktu widzenia Jasiek, drugi mąż Kaśki, nie jest
                                > > jej mężem.
                                >
                                > a kim?

                                Co ja się będę gimnastykować - oddaję głos do Góry smile) J 4, 16-18.
                                • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 08:43
                                  minerwamcg napisała:

                                  > maika7 napisała:
                                  >
                                  > > minerwamcg napisała:
                                  > >
                                  > > > Z kościelnego punktu widzenia Jasiek, drugi mąż Kaśki, nie jest
                                  > > > jej mężem.
                                  > >
                                  > > a kim?
                                  >
                                  > Co ja się będę gimnastykować - oddaję głos do Góry smile) J 4, 16-18.

                                  Góry nie nagabywano o nazwanie "niemęża" smile Góra się wypowiedziała tylko kim
                                  NIE jest 6 -ty partner pani.
                                  • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 09:21
                                    maika7 napisała:

                                    > minerwamcg napisała:
                                    >
                                    > > maika7 napisała:
                                    > >
                                    > > > minerwamcg napisała:
                                    > > >
                                    > > > > Z kościelnego punktu widzenia Jasiek, drugi mąż Kaśki, nie je
                                    > st
                                    > > > > jej mężem.
                                    > > >
                                    > > > a kim?
                                    > >
                                    > > Co ja się będę gimnastykować - oddaję głos do Góry smile) J 4, 16-
                                    18.
                                    >
                                    > Góry nie nagabywano o nazwanie "niemęża" smile Góra się
                                    wypowiedziała tylko kim
                                    > NIE jest 6 -ty partner pani.

                                    Cywilnie jest jej mezem - wg Kościoła konkubentem czyli oboje
                                    cudzołożą.

                                    To analogiczna sytuacja, gdy ktoś zawiera zwiazek cywilny, po czym
                                    występuje o rozwód np w innym kraju. Uzyskuje go - ale ten rozwód
                                    nie jest uznawany w kraju zawarcia małżeństwa. I tam taki delikwent
                                    zawierajac powtórne małzeńśtwo staje sie bigamistą.

                                    Maika - to nie my komplikujemy życie - chrześcijaństwo jest naprawdę
                                    proste. To ludzi sobie je komplikują. Także z punktu widzenia
                                    cywilnego najlepiej by za współżycie płciowe brały sie osoby:
                                    - dojrzałe
                                    - gotowe do przyjecia potomstwa
                                    - kochające sie
                                    - jak uwzglednić 3 powyższe to planujące trwały związek - najlepiej
                                    dożywotni (nie spotkałam nikogo planujacego małżeństwo na 3 lata)
                                    Cywilnie ważne jest małżeństwo ze wzgledu na zebezpieczenie prawno
                                    finansowe rodziny.

                                    I każde odstepstwo od tych punktów rodzi problemy - mnniejsze lub
                                    wieksze. I czyjąś krzywdę. Bo na rozstaniu współżyjącej pary zawsze
                                    ktos traci i cierpi. A jeżeli sie kocha - to nie wolno krzywdzić.

                                    I skoro uznajemy że taki jest ideał - to wszelkie odstępstwa są
                                    wynikiem ludzkiej słabosci a nie wad ideału. I należy choć STARAĆ
                                    SIE ich unikać, a nie upowszechniać.

                                    I jako matka pragnełabym by moja córka spotkała odpowiedniego
                                    chłopca i by oboje zachowali czystośc do ślubu. Nie dlatego, ze coś
                                    innego jest grzechem, ale dlatego, że może spowodować katastrofę:
                                    chorobę, przedwczesna ciażę, porzucenie, złamane serce itp itd.
                                    Nawet amterialnie - wiesz jakim problemem jest rozstanie sie pary,
                                    która ma wspólny kredyt na mieszkanie?

                                    To takie zwykłe ludzkie problemy, ale potwornie komplikujące życie.

                                    A zapewniam cie, ze o wiele łatwiej się rozstać, gdy sie z kimś nie
                                    spało, nie ma dzieci i wspólnego gospodarstwa....
                  • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:56
                    Maika7 napisała:

                    > zapomniałes dodać "dwoje róznopłciowych
                    > ludzi"

                    Nie napisałem też, że oboje dorośli. To jest chrześcijańskie forum.

                    > konkubenci nie łapią sie w definicję:
                    > "dwoje ludzi pozostających we wspólnym
                    > pożyciu i gospodarstwie domowym"?

                    Com napisał, napisałem. Czegom nie napisał, nie napisałem z premedytacją, a nie
                    przez przeoczenie.
                    • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:05
                      a_weasley napisał:


                      > Nie napisałem też, że oboje dorośli. To jest chrześcijańskie forum.

                      Na tymże chrześcijanskim forum kiedyś mi napisaleś, ze akceptacja zwiazków
                      homoseksualnych mieści się w ramach niektórych liberalnych chrześcijańskich (czy
                      też uważajacych się za takie) "odłamów". Zrozumiałam, że chrzescijaństwo to
                      pojęcie szersze, niz dotąd sądziłam.


                      > Com napisał, napisałem. Czegom nie napisał, nie napisałem z premedytacją, a nie
                      > przez przeoczenie.

                      no to ten pan... malżonkiem był? dla której pani?
                      • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:01
                        Maika7 napisała:

                        > Na tymże chrześcijanskim forum kiedyś
                        > mi napisaleś, ze akceptacja zwiazków
                        > homoseksualnych mieści się w ramach
                        > niektórych liberalnych chrześcijańskich
                        > (czy też uważajacych się za takie)
                        > "odłamów". Zrozumiałam, że chrzescijaństwo
                        > to pojęcie szersze, niz dotąd sądziłam.

                        "Uważających się za" robi wielką różnicę.
                        W kwestii homoseksualizmu Biblia nie pozostawia żadnych wątpliwości.
                        • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 08:44
                          a_weasley napisał:

                          > Maika7 napisała:
                          >
                          > > Na tymże chrześcijanskim forum kiedyś
                          > > mi napisaleś, ze akceptacja zwiazków
                          > > homoseksualnych mieści się w ramach
                          > > niektórych liberalnych chrześcijańskich
                          > > (czy też uważajacych się za takie)
                          > > "odłamów". Zrozumiałam, że chrzescijaństwo
                          > > to pojęcie szersze, niz dotąd sądziłam.
                          >
                          > "Uważających się za" robi wielką różnicę.
                          > W kwestii homoseksualizmu Biblia nie pozostawia żadnych wątpliwości.

                          a w kwesti cudzołożenia zostawia?
                          • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 09:08
                            maika7 napisała:

                            > a w kwesti cudzołożenia zostawia?

                            Nie. Jedynie rózna może być ocena wagi grzechu i - być może - wiesze
                            czasami Miłościerdzie.
                          • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 12:47
                            A czy któreś wyznanie chrześcijańskie (lub tylko za chrześcijańskie
                            się uważające) dopuszcza cudzołóstwo??? Osobiście o takim nie
                            słyszałam. Gdyby dopuszczało, również należałoby powiedzieć, że
                            tylko uważa się za chrześcijańskie. Ponieważ w Biblii jest potępione
                            i cudzołóstwo, i homoseksualizm. Nawiasem mówiąc cudzołóstwo bywa i
                            po trzy razy na jednej stronie smile))
                • madziaq Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:27
                  A dlaczego narzeczeństwo we wspólnym gospodarstwie to git a para bez zamiarów
                  matrymonialnych to nie-git? wink A jak narzeczeństwo trwa kilka lat? A tak na
                  boku, domniemuję, że dla dzieci urodzonych w konkubinacie konkubent matki jest
                  jednak tatą a nie wujkiem, tudzież "rodzicem B"
                  • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:49
                    madziaq napisała:

                    > A dlaczego narzeczeństwo we wspólnym gospodarstwie to git a para
                    bez zamiarów
                    > matrymonialnych to nie-git? wink
                    Git to nie, ale rokująsmile
              • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:17
                maika7 napisała:

                > nati1011 napisała:
                >
                > >
                > > taka "uroda" sakramentów. Nie da sie ich cofnąć ani zmazać. ALe
                > > kościół określa ich jako związki niesakramentalne a nie
                > > konkubinakty. ALe to już sprawy wiary.
                >
                > Nati, to o czym piszesz pisząc:
                > "Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
                > Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
                > garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia."
                >
                > Jaki normalny świat i jaka garstka ludzi?
                >


                No będę sie upierać, ze dla dziecka najlepiej jest urodzić sie w
                pełnej kochajacej sie rodzinie - SFORMALIZOWANEJ, a nie na kartę
                rowerową smile
                • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:39
                  nati1011 napisała:

                  > maika7 napisała:

                  > > Nati, to o czym piszesz pisząc:
                  > > "Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
                  > > Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
                  > > garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia."
                  > >
                  > > Jaki normalny świat i jaka garstka ludzi?
                  > >
                  >
                  >
                  > No będę sie upierać, ze dla dziecka najlepiej jest urodzić sie w
                  > pełnej kochajacej sie rodzinie - SFORMALIZOWANEJ, a nie na kartę
                  > rowerową smile

                  No ok, to dość powszechne zdanie. Ja tez się pod nim podpisuje. Co prawda do
                  tych "formalności' mniejsza wage przykładam niż do tej kochającej sie rodziny.

                  Nadal jednak nie rozumiem co mialas na myśli piszac to, co cytowalam wyżej.
                • ruda_kasia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 09:56
                  I tu - nati smile już zdzierżyć nie mogłam...
                  A co powiemy o związku sakramentalnym nie będącym małżeństwem. Ja tak sobie
                  spokojnie już od 8 lat prawie żyję "na kartę rowerową".
                  I długi czas tłumaczyłam wszem i wobec, że ten Pan nie jest moim mężem, bo w
                  świetle prawa nie jest, siłą rzeczy mamy inne nazwiska, nie nosimy obrączek. Po
                  ok 3-4 latach znudziło mi się tłumaczenie, że to nie mąż. Bo jako prawnik
                  traktuję to określenie, jako przynależne pewnej sytuacji konwencjonalnej
                  (stanowi raczej) wynikłej z dokonania pewnej czynności prawnej big_grin no nie mogę
                  inaczej.
                  Ale poddałam się własnie konwencji. I mówię, mąż, choć uważam, że nim nie jest.
                  Co więcej, dłuuuugo po ślubie nie mówiłam o nim w ogóle inaczej, niż po
                  imieniu, bo dość mocno mnie raziły określenia typu - moja małżonka, moja żona w
                  różnych sytuacjach, jakby podpisania papieru (czy w urzędzie czy kościele)
                  powodowało, że już nie jestem katarzyną, tylko żoną... no po prostu nie mogę
                  tego znieść. NA równi z histerycznym dążeniem niektórych znanych mi osób do
                  ślubu (wyłącznie cywilnego) w celu możliwości nazywania się żoną.No nić nie
                  poradzę, że poczucie własnej wartości mam i nie mogę zrozumieć, ze komuś ono
                  wzrośnie od "nazywania".

                  • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 10:14
                    no ale jesteś raczej wyjatkiem prawda?

                    No i wg mnie małżeństwo sakramentalne to tez maz i żona (takie
                    określenia pojawiaja sie w Biblii). Dlaczego uważasz, ze nie jesteś
                    żoną skoro jesteście małzeństwem skaramentalnym?

                    Nie wiem czy cos mi wzrośnie od nazywania, ale skoro mąż i żona
                    stanowią jedno ciało, to obejmuje to tez pewna wyłączność wzajemną.
                    Także to stwierdzenie MÓJ mąż - MOJA żona. Nie wiedzę w tym nic
                    złego ani umniejszajacego włąsna wartość.
                    • ruda_kasia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 10:22
                      A bo moim zdaniem określenia biblijne wynikają z pewnej archaizacji języka.... i
                      mąż jednej żony w istocie znaczy mężczyzna jednej kobiety... ale może się mylę?
                      • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 29.01.09, 10:48
                        myślę że mąż to coś wiecej niż meżczyzna wink
    • mamalgosia P.S. partner 28.01.09, 10:22
      Mam koleżankę (radiomaryjową), która jeździ peugeotem partnerem i
      powiedziała, że to szatańska nazwa, bo dlaczego nie peżot mąż?
      • capriglione Re: P.S. partner 28.01.09, 10:24
        mamalgosia napisała:

        > Mam koleżankę (radiomaryjową), która jeździ peugeotem partnerem i
        > powiedziała, że to szatańska nazwa, bo dlaczego nie peżot mąż?

        Super! Śmiech na salismile)
        • mamalgosia Re: P.S. partner 28.01.09, 10:33
          Zapewniam Cię, że ona takie hasła wcale nie do śmiechu mówi.
          Ja to się już nawet boję z nią spotykać
          • nati1011 Re: P.S. partner 28.01.09, 10:42
            no co ty - to jest ktoś bardziej moherowy od nas ? smile))
      • nati1011 Re: P.S. partner 28.01.09, 10:27
        smile))))

        No i czy to nie dowód, ze coś jest nie tak????
        • mamalgosia kto zna francuski? 28.01.09, 10:33
          jak w tym języku jest "mąż"?
          • capriglione Re: kto zna francuski? 28.01.09, 10:38
            Mari. (Mon mari). A co?
            • mamalgosia Re: kto zna francuski? 28.01.09, 10:53
              A, sprawdzam jak brzmi Peugeot Mari. I całkiem ładniesmile
              • franula Re: kto zna francuski? 28.01.09, 11:05
                przestańcie z tym peugotemsmile
                przeciez samochód nie moze byc mężem. A może partnerem może być? w
                interesach, to zdaje sie półciężarówka jest- partner w interesachsmile
                • mamalgosia Re: kto zna francuski? 28.01.09, 13:32
                  Ale wiesz, jej chodziło o to, że jeżdżąc tym samochodem jest jakby
                  żywą reklamą konkubinatów
                  • minerwamcg Re: kto zna francuski? 28.01.09, 15:22
                    Phi. A może właśnie ten samochód jest reklamą zdrowego stosunku do
                    sprawy? "Partner" czyli pomocnik w interesach, współpracownik, ktoś,
                    z kim się razem robi coś na gruncie zawodowym czy w grze. Przy
                    odrobinie antropomorfizacji można te cechy przypisać ciężarówce czy
                    furgonetce smile W każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach nie
                    skojarzy furgonetki z żoną czy mężem smile))

                    Tak więc u koleżanki odium złego skojarzenia niesłusznie spadło na
                    określenie jak najbardziej trafne...
                    • katriel Re: kto zna francuski? 28.01.09, 16:57
                      Kilka miesięcy temu zapragnęłam pojechać na kolejne zawody na orientację
                      wyjątkowo bez męża, który akurat miał jakiś służbowy wyjazd. W zawodach
                      startują dwuosobowe drużyny, więc potrzebowałam kogoś, kto pojedzie ze mną.
                      Potrzebowałam - no właśnie! - partnera. I z takim, zupełnie niewinnym tekstem
                      "słuchaj, szukam partnera..." zwróciłam się do kolegi z pracy.
                      Kolega spiekł raka i bąknął "no wiesz?..." z lekkim oburzeniem w głosie.
                      Cóż - jemu to się skojarzyło jednoznacznie. Tylko że on akurat gej jest.
                      • madziaq Re: kto zna francuski? 29.01.09, 14:15
                        smile))) No to nie rozumiem, czego się przestraszył. Jako gej materiałem na TAKIEGO
                        partnera jest chyba niespecjalnym wink Tzn dla kobiety, bo dla mężczycny to ja się
                        nie wyznaję smile
    • madziaq Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 11:23
      Osobiście nigdy nie słyszałam, żeby w markecie wołali, że dziecko czeka na
      opiekunów. Zawsze mówią, że "Sześcioletni Stas Kowalski czeka na rodziców przy
      punkcie obsługi klienta". Ale to akurat moim zdaniem ma sens - dziecko mogło
      przyjść do sklepu z babcią, ciocią, nianią, kolegą i jego rodzicami itd...

      Co do "niemęża" itp. Nikt mnie nigdy nie określił przyjaciółką mojego męża tongue_out
      Kiedy swego czasu żyliśmy na kocią łapę, nie wstydziłam się nigdy, że określano
      mnie jego dziewczyną. Tak było i tyle. Nikt mnie nigdy nie nazwał konkubiną,
      chyba bym wtedy padła ze śmiechu, na pewno bym się nie obraziła smile))

      Ja to w ogóle dziwna jestem, bo myślę, że to, że JA mam męża i uważam, że
      małżeństwo z róznych powodów, w tym czysto pratykcznych, jest fajniejszym
      statusem niż konkubinat to nie znaczy, że KAŻDY musi tak myśleć i że ja jestem
      przez bycie mężatką częścią świata "normalnego" a ci, którzy żyją w związkach
      nieformalnych są częścią świata "nienormalnego", "zagubionego" itp. A
      pomyłkowego stwierdzenia, że mój mąż nie jest mężem tylko partnerem, nie uważam
      za obraźliwe. Tak samo jak nikt sie nie obraża za to, że powiem per "twoja żona"
      o jego dziewczynie, która żoną nie jest.
      • capriglione Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 11:29
        > Ja to w ogóle dziwna jestem, bo myślę, że to, że JA mam męża i uważam, że
        > małżeństwo z róznych powodów, w tym czysto pratykcznych, jest fajniejszym
        > statusem niż konkubinat to nie znaczy, że KAŻDY musi tak myśleć i że ja jestem
        > przez bycie mężatką częścią świata "normalnego" a ci, którzy żyją w związkach
        > nieformalnych są częścią świata "nienormalnego", "zagubionego" itp. A
        > pomyłkowego stwierdzenia, że mój mąż nie jest mężem tylko partnerem, nie uważam
        > za obraźliwe. Tak samo jak nikt sie nie obraża za to, że powiem per "twoja żona
        > "
        > o jego dziewczynie, która żoną nie jest.
        U mnie podobnie. Miałam wybór - wyszłam za mąż (oczywiście wybór: ślub lub jego brak, a nie wybór spośród wieeelu kandydatów, jak mogło to wyniknąć z tego zdaniasmile). Ktoś inny miał wybór - żyje bez ślubu. Ktoś jeszcze inny wyboru nie ma. Rożne są losy, różne wybory.
        • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:17
          Capriglione napisała:

          > U mnie podobnie. Miałam wybór - wyszłam
          > za mąż (oczywiście wybór: ślub lub jego
          > brak, a nie wybór spośród wieeelu
          > kandydatów, jak mogło to wyniknąć z
          > tego zdaniasmile). Ktoś inny miał wybór
          > - żyje bez ślubu. Ktoś jeszcze inny wyboru
          > nie ma.

          Każdy ma. Jeśli z daną osobą nie może wziąć ślubu (np. dlatego, że choćby jedno
          z nich wcześniej poślubiło osobę trzecią), to też ma wybór - żyć z nią bez ślubu
          albo z nią nie żyć.

          > Rożne są losy, różne wybory.

          Różne. Jedne dobre, inne złe, jeszcze inne moralnie obojętne.
      • maika7 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 12:30
        madziaq napisała:


        > Ja to w ogóle dziwna jestem, bo myślę, że to, że JA mam męża i uważam, że
        > małżeństwo z róznych powodów, w tym czysto pratykcznych, jest fajniejszym
        > statusem niż konkubinat to nie znaczy, że KAŻDY musi tak myśleć i że ja jestem
        > przez bycie mężatką częścią świata "normalnego" a ci, którzy żyją w związkach
        > nieformalnych są częścią świata "nienormalnego", "zagubionego" itp. A
        > pomyłkowego stwierdzenia, że mój mąż nie jest mężem tylko partnerem, nie uważam
        > za obraźliwe. Tak samo jak nikt sie nie obraża za to, że powiem per "twoja żona
        > "
        > o jego dziewczynie, która żoną nie jest.


        smile) myslałam, że bardziej odstaję w poglądach od "tego forum" smile))
        uff wink)

      • mamalgosia wybór wyborem 28.01.09, 13:37
        Oczywiście, ze każdy ma prawo wyboru i niech korzysta z niego jak
        chce, mi nic do tego. Ale nie muszę nazywać szarego białym. Co
        więcej: ja również mogę wybrać szare, być w szarym zadowolona i
        szczęśliwa. Tylko, że to nadal szarości nie wybieli
    • minerwamcg A my truskawki cukrem :) 28.01.09, 13:08
      Facet, z którym się mieszka, żyje, ma dzieci - to jest mąż. W nosie
      mam, czy Kaśka i Jasiek zawarli ślub w parafii, magistracie czy w
      tureckim kościele, czy też może nie zawarli go wcale, mówiąc do
      Kaśki o Jaśku mówię "twój mąż" i żadna ze znajomych mi Kasiek nigdy
      nie zaprotestowała. Miałam nawet wrażenie, że jest im miło, jak
      docentowi, kiedy go z rozpędu nazwą profesorem smile
      Nikt nigdy nie powiedział do mnie o Arthurze per "pani partner".
      Gdyby, sprostowałabym "a nie, nie, to mój ze wszechmiar ślubny mąż" -
      ale raczej w tonie żartu niż oburzenia.
      Raz natomiast nie sprostowałam... kiedy gospodyni w mazurskiej wsi,
      gdzie byliśmy u mechanika samochodowego, powiedziała odruchowo i
      naturalnie "niech pani poprosi męża na obiad" - mimo, że Arthur
      jeszcze wówczas nie był moim mężem ani nawet narzeczonym. Obojgu nam
      zrobiło się miło.
    • mirellka74 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:12
      Cieżarna kobieta z ząłożenia rodziła czy chodziła do lekarza
      > z "mezem" - teraz nagle każdy boi się tego słowa jak diabeł
      > świeconej wody. Słychać: partner, pan itp dziwolągi.

      Bo co sie dzieje, kazdy widzi...i bezpieczniej jest powiedziec
      partner, bo to uniewersalny zwrot pod ktorym rozumie sie i meza i
      partnerawink
      A przeciez mnostwo dzieci rodzi sie wlasnie partnerom, a nie
      malzonkom.

      >Z zagranicy dochodza wieści o zakazie używania słów: mama i tata.

      Z jakiej zagranicy?? Skad dochodza?
      Zakaz????

      U
      > nas może jeszcze nie tak drastycznie,a le też niewesoło.

      Tzn.?? Mozesz jasniej?

      Mnie to okropnie irytuje. I - wg mnie - jeszcze nasila patologię.
      > Tak jakby to cały normalny świat musiał sie dostosować do tej
      > garstki ludzi, kóra się pogubiła na ścieżkach życia.

      Nic nie rozumiem z tego zdania, no nic.
      Jaka patologie?
      Jaka garstka ludzi?

      Reagujecie? Ja zawsze dobitnie powtarzam, ze jestem żona, a nie
      > przyjaciółką, i mamą a nie opiekunką.

      Nie reaguje, bo naprawde nie zdarzaja mi sie takie sytuacje.
      Zawsze mama, zona, albo raz do meza "Twoja Pani", ale to zartem, bo
      mowil to przeciez kolega, ktory zna nasz sytuacjewink

      A na forach czesto jest faktycznie nazwa "niemaz", jak dla mnie oksmile
      "Ojciec moich dzieci, zyje ze mna, ale nie jest mezem".
      Jest jeszcze okreslenie "TŻ"- towarzysz zycia.Tez fajniewink Tak
      troche z przymruzeniem okawink
      Troche dystansu zycze oburzonymwink
      Pozdrawiam
      Mirellka, zona, jego Pani i tżwink


      • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:28
        mirellka74 napisała:
        > A przeciez mnostwo dzieci rodzi sie wlasnie partnerom, a nie
        > malzonkom.

        I taki stan rzeczy właśnie, jako chrześcijanie, uważamy za zły.

        > Z jakiej zagranicy?? Skad dochodza?
        > Zakaz????

        Poszukaj na forum, była o tym mowa. W hiszpańskich kwestionariuszach
        dla uczniów nie ma już pozycji "ojciec" i "matka", tylko "rodzic
        A", "rodzic B". W brytyjskich szkołach natomiast nie zaleca się
        dzieciom mówienia "mama, tata", tylko "moi opiekunowie".

        > Nic nie rozumiem z tego zdania, no nic.
        > Jaka patologie?
        > Jaka garstka ludzi?

        Bo widzisz, dla nas ludzi wierzących sytuacja, kiedy żyją ze sobą,
        prowadzą wspólny dom i mają dzieci ludzie, których nie łączy związek
        małżeński, to JEST patologia. I tym smutniejsze jest, jeżeli czyni
        tak więcej niż garstka ludzi... Nie jest to jednak powód, by taki
        stan rzeczy mieli narzucać nam jako normę.

        > Troche dystansu zycze oburzonymwink

        A dziękuję, dziękuję. U nas w świecie prostych wartości to się
        nazywa indyferentyzm i nie jest zbyt wysoko cenione, ale rozumiem,
        że to miało być dobre życzenie smile
        • capriglione Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:32
          >Bo widzisz, dla nas ludzi wierzących sytuacja, kiedy żyją ze sobą,
          >prowadzą wspólny dom i mają dzieci ludzie, których nie łączy związek
          >małżeński, to JEST patologia.

          Dla mnie (wierzącej) patologia to zbyt ostre sformułowanie. Nie chciałabym
          postrzegać sporą część moich koleżanek jako osoby patologiczne. Nie są nimi.
          • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:42
            Capriglione napisała wskutek pomieszania oceny sytuacji z oceną osób:

            >> sytuacja, kiedy żyją ze sobą, prowadzą
            >> wspólny dom i mają dzieci ludzie,
            >> których nie łączy związek małżeński,
            >> to JEST patologia.

            > Nie chciałabym postrzegać sporą część
            > moich koleżanek jako osoby patologiczne.
            > Nie są nimi.

            Ja nie wiem, jakimi one są osobami. Wiem, że sytuacja, w której żyją, jest
            patologiczna.
            Jestem przy tym skłonny odróżniać konkubinat przedmałżeński (pobierzemy się albo
            rozstaniemy) od konkubinatu pozamałżeńskiego.
            • minerwamcg Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 15:34
              Aczkolwiek pamiętać należy, że grzechem jest i to i to.
    • justyna.ada Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:21
      Jak rozumiem, kwestia o ludziach co się pogubili w świecie,
      dotyczyła robienia wody z mózgu pt. rodzic A i rodzic B zamiast
      naturalny porządek rzeczy pt mama i tata (rany, jak to w ogóle
      można, czy kazać dzieciom mówić tak do rodziców?????? dziwoląg)

      Bo to de facto jest jak zmuszanie wszystkich co nie mają połamanych
      kończyn, zeby przepraszali za to, że mają je w całości.

      A mężowie vs. niemężowie to faktycznie kwestia wyboru pewnych
      wartości czy pomysłów na zycie.
    • mamalgosia "mój chłop" 28.01.09, 13:38
      a tak się mówi u Was?
    • magdalaena1977 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 13:55
      Dla mnie słowo konkubinat nie jest obraźliwe - ot oficjalne i prawne wyjaśnienie
      sytuacji. Może niezbyt pieszczotliwe, ale to tak jak pisanie np. ojciec i matka
      o mamusi i tatusiu.
      Ale jeśli ludzie żyją ze sobą bez ślubu, to dla mnie nie są małżeństwem i nie
      mówię o nich mąż i żona. Zresztą mam problemy jak ich określać, bo mówienie moja
      dziewczyna / chłopak jest trochę śmieszne, jeśli ludzie są po trzydziestce i
      żyją w konkubinacie.

      Przeszkadza mi natomiast jakieś takie ogólne założenie powszechności tego
      konkubinatu. Tak jak pisałam w temacie o kolędzie, nie podoba mi się jeśli ktoś
      zakłada, że na pewno mam jakiegoś faceta na boku. Współżycie przedmałżeńskie to
      grzech i to jest trochę tak jakby ktoś brał po uwagę, że mój samochód jest
      kradziony.
      Szczególnie przeszkadza mi to u ginekologów - nie podoba mi się, że muszę się
      tłumaczyć z życia "po Bożemu".
      • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:00
        A ja się musiałam tłumaczyć pani w sklepie z sukniami ślubnymi, że
        choć ślub dopiero za 4 miesiące, to nie trzeba w talii sukienki
        zostawiać miejsca na brzuszek
        • madziaq Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:15
          smile))) To pani chyba jakas nadgorliwa się trafiła. Ja wręcz przeciwnie, musiałam
          obiecać, że zgubię trochę brzuszka, bo inaczej sukienka się w talii nie dopnie
          (była z wyprzedaży, jeden rozmiar, akurat prawie mój i tylko w bardzo
          ograniczonym zakresie można było przerabiać). Nawet się udało wink
          • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:55
            ojej, jej nie o tycie chodziło przecież!
            • madziaq Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 15:29
              No wiem smile)) I dlatego tym bardziej wydaje mi się, że nadgorliwa smile Bo jednak
              chyba domyślnie panna młoda nie jest w ciąży smile
              • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:46
                TERAZ nie jest, ale skoro suknię kupuje w lipcu, a ślub ma w
                październiku, to chyba oczywiste, ze do tego czasu zajdzie
        • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:19
          Mamałgosia napisała:

          > musiałam tłumaczyć pani w sklepie z
          > sukniami ślubnymi, że choć ślub dopiero
          > za 4 miesiące, to nie trzeba w talii
          > sukienki zostawiać miejsca na brzuszek

          Hacóż, pojechała oczywiście stereotypem, ale skądś jej się to musiało wziąć...
          • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 16:50
            a_weasley napisał:


            >
            > ale skądś jej się to musiało wziąć...
            ja tam nie wiem, skąd: poprzednie dwa śluby też brałam nie będąc w
            ciążysmile
      • nati1011 Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:37
        magdalaena1977 napisała:

        > Dla mnie słowo konkubinat nie jest obraźliwe - ot oficjalne i
        prawne wyjaśnieni
        > e
        > sytuacji.

        Nie chodzi o to czy obraźliwe - pytanie dlaczego przyjmowane jako
        dominujące i na pierwszym miejscu?

        > Przeszkadza mi natomiast jakieś takie ogólne założenie
        powszechności tego
        > konkubinatu. Tak jak pisałam w temacie o kolędzie, nie podoba mi
        się jeśli ktoś
        > zakłada, że na pewno mam jakiegoś faceta na boku. Współżycie
        przedmałżeńskie to
        > grzech i to jest trochę tak jakby ktoś brał po uwagę, że mój
        samochód jest
        > kradziony.
        > Szczególnie przeszkadza mi to u ginekologów - nie podoba mi się,
        że muszę się
        > tłumaczyć z życia "po Bożemu".

        Ja musiałam zmienic ginekolog, bo moja pani doktor nie potrafiła
        zrozumieć mojej niechęci do środków antykoncepcyjnych - a tylko tak
        potrafiła mnie leczyć sad

        Czyli znowu patologia dominuje.
      • a_weasley Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 15:56
        Magdalaena1977 napisała:

        > Dla mnie słowo konkubinat nie jest
        > obraźliwe - ot oficjalne

        Idiota i debil (w niczym nie obrażając konkubentów) są, a przynajmniej były,
        terminami medycznymi - co nie przeszkadza im być wyrazami powszechnie uważanymi
        za obelżywe. Konkubent nie jest obelżywy, ale ma konotację ujemną - zapewne
        dlatego, że wśród obywateli maltretujących, w porywach mordujących, osoby, z
        którymi pozostają we wspólnym gospodarstwie domowym, i znęcających się, w
        porywach bijących ze skutkiem śmiertelnym ich dzieci, jest nadreprezentacja
        konkubentów.
        Niemąż zresztą zdaje mi się być pojęciem węższym od konkubenta. Jeśli dobrze
        rozumiem, oznacza to osobę pozostającą w związku nieformalnym, ale z jednej
        strony zamierzonym jako trwały, z drugiej zaś bez zamiaru - w każdym razie bez
        zamiaru bezpośredniego - jego sformalizowania.

        > Może niezbyt pieszczotliwe

        Ano, może i nie wstyd już być konkubentem, ale zaszczyt wielki to też nie jest.

        > Ale jeśli ludzie żyją ze sobą bez ślubu,
        > to dla mnie nie są małżeństwem i nie
        > mówię o nich mąż i żona.

        Aczkolwiek kiedyś tak było. Mówiło się mąż i żona, oni o sobie mówili "mąż,
        żona" i tylko za oczy ktoś komuś wyjaśnił, że oni nie mają ślubu. Bywało to
        nawet wstydliwą tajemnicą rodzinną.
    • mamalgosia Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:04
      A ja uważam za słuszne pewne sposoby postępowania, bez względu na to
      czy ja tak robię.
      I nie można relatywizować w imię poprawności
    • anndelumester Re: "mąż" - "niemąż" - nowomowa laicka 28.01.09, 14:23
      Czasem warto zastosowac okreslenie opiekun jako bezpieczniejsze wink
      Ja sie o tym przekonalam kiedys w parku, gdy tlumaczac cos synowi
      bawiacemu sie z małym chłopcem powiedzialam "chlopiec musi juz isc ,
      babcia czeka". Tym samym malo nie spowodowalam zejscia z oburzenia
      owej 'babci', która okazala sie byc mamusią o babciowym wizualu.
      Mea culp, mooje fopa smile) nie pierwszy nie ostatni raz.
    • otryt Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 11:13
      Mąż albo żona – te słowa dla mnie brzmią pięknie. W hierarchii
      przeróżnych typów związków pomiędzy kobietą a mężczyzną, małżeństwo
      sakramentalne stoi najwyżej. (To mój osobisty pogląd, nie oczekuję,
      że inni będą go podzielać). Życie w małżeństwie można porównać do
      jedzenia na pięknej zastawie stołowej. Coraz więcej jednak ludzi
      jada ostatnio na tekturowych tackach posługując się plastikowymi
      sztućcami, jak w Mc Donaldzie. Można powiedzieć: ich sprawa, nic mi
      do tego, skoro tak lubią. Tylko dlaczego oni chcą, abym ja również
      jadł w ten sposób? Dlaczego drażni ich moja piękna zastawa? Dlaczego
      chcą, bym jadł z metalowej miski i popijał z musztardówki na obrusie
      z gazety? Jest w tym jakaś schizofrenia, bo z jednej strony
      zachwalają lurę z plastikowego kubka i udają szczęśliwych, a z
      drugiej strony chcą, aby wszyscy zrezygnowali z porcelanowych
      filiżanek, tłumacząc, że tym co piją lurę może być przykro, gdy
      patrzą na porcelanę sąsiada.

      Omyłkowe nazwanie mężem bądź żoną, kogoś, kto nim nie jest, w jakiś
      sposób nobilituje. Nikt nie powinien się obruszyć. Odwrotna
      sytuacja, gdy mąż nazywany jest partnerem ma prawo się nie podobać.
      Gdybym znalazł się w takiej sytuacji, na pewno bym prostował. W moim
      słowniku Kopalińskiego z lat 80-tych słowo partner ma zastosowanie
      jedynie w tańcu i biznesie. Współczesna nowomowa zawłaszczyła nam
      kolejne słowo, zmieniając jego znaczenie.

      Pozdrawiam wszystkich i życzę najpiękniejszych filiżanek.smile)))
      • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 12:04
        otryt napisał:

        > Omyłkowe nazwanie mężem bądź żoną, kogoś, kto nim nie jest, w
        > jakiś sposób nobilituje. Nikt nie powinien się obruszyć.

        Toteż nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by się obruszył.
        • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:56
          minerwamcg napisała:

          >Toteż nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by się obruszył.

          Dlatego, jeśli nie wiemy, lepiej już niemęża nazwać mężem, dziadka
          ojcem a babcię mamą niż odwrotnie, jak to się przydarzyło pewnemu
          księdzu na kolędzie.

          Słowo niemąż po raz pierwszy chyba usłyszałem w piosence
          Atrakcyjnego Kazimierza 15 lat temu. Dla mnie ma wydźwięk
          żartobliwy, oddaje precyzyjnie istotę związku, nie zniekształca
          dotychczasowych znaczeń (przyjaciel, partner, narzeczony, chłopak)

          "On wciąż był sprawcą wielu ciąż
          Jako mąż i nie mąż, Jako mąż i nie mąż"

          Dla mnie, tak jak dla wielu z Was, ortografia jest bardzo ważna.
          Zupełnie jednak nie wiem, czy pisać: "niemąż" czy "nie mąż" jak
          proponuje Atrakcyjny Kazimierz?
          • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 14:09
            Otryt dicit:

            > Dlatego, jeśli nie wiemy, lepiej już niemęża nazwać mężem, dziadka
            > ojcem a babcię mamą niż odwrotnie, jak to się przydarzyło pewnemu
            > księdzu na kolędzie.

            Voila! smile

            > Dla mnie, tak jak dla wielu z Was, ortografia jest bardzo ważna.
            > Zupełnie jednak nie wiem, czy pisać: "niemąż" czy "nie mąż" jak
            > proponuje Atrakcyjny Kazimierz?

            Kazimierz jest, jak piszesz, sprzed piętnastu lat. Zastosowałabym
            się zdecydowanie do pisowni współczesnej, łącznej. "Niemąż" przez te
            lata stał się odrębnym rzeczownikiem, oznaczającym coś innego
            niż "facet nie będący mężem", a zatem innego niż "nie mąż".
            A zatem: "Widziałaś męża Kaśki? To nie mąż, idiotko, to jej brat"
            ale: "Pozwól, że ci przedstawię, to Jasiek, mój niemąż".
      • pawlinka Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:03
        Swojego czasu, kilka lat temu, była moda (w kręgach studenckich) na
        nazywanie swojej dziewczyny/swojego chłopaka żoną/mężem. Zresztą, to
        nadal trwa, nastoletnie panny i kawalerowie z mlekiem na ledwie
        pojawiających się wąsach tak się tytułują na "nasza klasa pl".
        • a_weasley Musztardówka z ambicjami na przynajmniej szklankę 29.01.09, 13:15
          Pawlinka napisała:

          > nastoletnie panny i kawalerowie
          > z mlekiem na ledwie pojawiających
          > się wąsach tak się tytułują na
          > "nasza klasa pl".

          Tego nie wiem, w realu natomiast spotkałem wielokrotnie coś innego: o ile
          chłopak nie nazywał swojej dziewczyny żoną, ani ona jego mężem, ani nikt inny
          tak o nich nie mówił, o tyle o relacjach między chłopakiem/dziewczyną a rodziną
          strony przeciwnej mówiło się tak, jakby już byli małżeństwem (szwagier, teść,
          bratowa itp.).
          • madziaq Re: Musztardówka z ambicjami na przynajmniej szkl 29.01.09, 14:27
            A tak smile Też to przerabiałam smile Wydaje mi się, że są dwa powody. pierwszy - żeby
            pożartować, trochę się ponabijać z kiełkującego związku nastolatków. Np kiedy
            mój brat zaczynał spotykać się ze swoją dziewczyną, radziliśmy, żeby dla
            teściowej był miły, bo inaczej na samym starcie sobie nagrabi wink Drugi powód -
            praktyczny. Ja o rodzicach męża zaczęłam mówić "teściowie" (w rozmowach z nim i
            ewentualnie z moimi rodzicami) jeszcze na dłuższy czas przed ślubem, bo
            ułatwiało to komunikację. Zmiast "moja mama, twoja mama" mówiłam "mama i
            teściowa", tak samo w drugą stronę. Teściowie o tym wiedzieli, nie obrazili się,
            nie zauważyłam też, żeby im jakoś szczególnie miło było z tego tytułu. Ot,
            nazewnictwo smile
        • mamalgosia Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:45
          A dzieci w przedszkolu? Mój Sym miał narzeczoną, a nie konkubinę.
          Narzeczoną - z nadzieją na małżeństwo w przyszłości.
          Dzieci chcą najlepszegosmile
          • pawlinka Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:50
            tak, ale w ciągu tygodnia (przed feriami) mamy już drugiego
            narzeczonegowink Jedynie pociesza mnie fakt, że to moją córkę
            wybierają sobie tacy chłopięta, a nie odwrotnie wink
            • mamalgosia Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 15:54
              Ale mój Starszy oprócz narzeconej ma też partnerkęsmile Taką do tańca,
              w zespole ludowymsmile
              • pawlinka Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 16:43
                otóż to! Zawsze wierzyłam, że dzieci potrafią dobrze dobierać słowa
                smile W czasie moich praktyk w szkole postawowej dziewczynka z Iv
                klasy tak ładnie zdefiniowała wyrazenie "drzemka". Otóż to
                jest "kawałek snu"wink
        • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:59
          Myślę, ze takie wzajemne nazywanie się mężem, żoną to całkiem inne
          zjawisko niż to, o którym rozmawiamy. To element młodzieńczego
          flirtu, droczenia się, marzeń. Dodaje pewnego uroku relacji między
          chłopakiem a dziewczyną.

          Mój przyjaciel wymyślił sobie kiedyś, że wyswata mnie z siostrą
          swojej żony. On i jego żona robili sporo, aby między nami coś
          zaiskrzyło. Spotkaliśmy się nawet parę razy...no, ale tak się nie
          da. Byliśmy z różnych bajek. Przez jakiś czas przyjaciel żartobliwie
          nazywał mnie szwagrem. Sąsiadce z kolei podobał się mój brat, jako
          przyszły mąż dla swojej córki. Przez parę lat nazywała go
          zięciem.smile))

          • pawlinka Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 14:02
            Nie do końca się zgodzę. Studenci czasem już mieszkali ze
            swoimi "żonami" lub "mężami". To inny rodzaj zwiazku niż nastoletnia
            miłość.
      • mamalgosia Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 13:44
        otryt napisał:

        > Mąż albo żona – te słowa dla mnie brzmią pięknie. W hierarchii
        > przeróżnych typów związków pomiędzy kobietą a mężczyzną,
        małżeństwo
        > sakramentalne stoi najwyżej. (To mój osobisty pogląd, nie
        oczekuję,
        > że inni będą go podzielać). Życie w małżeństwie można porównać do
        > jedzenia na pięknej zastawie stołowej. Coraz więcej jednak ludzi
        > jada ostatnio na tekturowych tackach posługując się plastikowymi
        > sztućcami, jak w Mc Donaldzie. Można powiedzieć: ich sprawa, nic
        mi
        > do tego, skoro tak lubią. Tylko dlaczego oni chcą, abym ja również
        > jadł w ten sposób? Dlaczego drażni ich moja piękna zastawa?

        Nie, nie, otrycie, myślę, że chodzi o coś innego. Oni nie chcą byś
        Ty jadł z tacek tekturowych, lecz chcą, byś uznał, że to to samo:
        talerz, czy tacka, filiżanka, czy plastikowy jednorazowy kubek.
        I właśnie w tym sedno.
        Ja też uważam, że każdy może pić z czego chce i jeść na czym chce. I
        może mu z tym być dobrze.
        Tylko nie nazywajmy tacek talerzami i nie mówmy, że to to samo
        • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 14:24
          mamalgosia napisała:

          >Oni nie chcą byś Ty jadł z tacek tekturowych,
          >lecz chcą, byś uznał, że to to samo: talerz, czy tacka,
          >filiżanka, czy plastikowy jednorazowy kubek.

          Myślę Mamalgosiu, że mamy cale spektrum postaw. Są tacy, o których
          Ty piszesz, są jednak też tacy, jak ja opisałem. Są jeszcze inni, co
          uważają, że osoba pijąca z filiżanki się wywyższa i w imię
          proletariackiej równości zmusza się kogoś takiego do wypicia z
          musztardówki. Zdecydowana odmowa najczęściej kwitowana jest
          komentarzem typu: "Inteligencik, k.... jego mać, wersalu mu się
          zachciało!". Wielu grzeszników chce innych ściągnąć do swojego
          poziomu. Im większy grzesznik, tym bardziej. Nie wiem, czy znasz
          obraz Memlinga "Sąd Ostateczny"?. Są tam postacie jedną nogą
          siedzące w piekle, które już diabeł ciągnie do kotła. Osoby te
          rzutem na taśmę próbują jeszcze kogoś żyjącego na ziemi złapać za
          piętę i wciągnąć przemocą do piekła. Jak się smażyć, to wspólnie.
          • nati1011 Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 15:37
            otryt napisał:

            > obraz Memlinga "Sąd Ostateczny"?. Są tam postacie jedną nogą
            > siedzące w piekle, które już diabeł ciągnie do kotła. Osoby te
            > rzutem na taśmę próbują jeszcze kogoś żyjącego na ziemi złapać za
            > piętę i wciągnąć przemocą do piekła. Jak się smażyć, to wspólnie.


            W tym sedno - wielu osobom wydaje sie, ze jak grzech stanie sie
            powszedni, to jest mniejszym grzechem. Że im wiecej wspólników tym
            wina mniejsza i łątwiej zagłuszyć sumienie - ale to tak nie działa.
            • mamalgosia Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 15:58
              Trochę jednak działa. Może nie dla nich samych, ale dla następnych
              pokoleń, lub dla tych, którym oni kształtują - nawet bezwiednie -
              sumienia: tak. Warunkiem grzechu jest świadomość - a jeśli komuś od
              dziecka rodzice mówią, że coś jest dobre, potem w społeczeństwie
              widzi tego potwierdzenie - to jego świadomość będzie mniejsza
          • mamalgosia Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 15:53
            Pewnie masz rację. Ja osobiście nie spotkałam się z jakimś
            namawianiem do życia w konkubinatach. Natomiast bardzo często
            spotykam się z tolerancją posuniętą do zrównania różnych sposóbów
            zycia.
            Nawet w tym wątku. Jest to w społeczeństwie postrzegane i lansowane
            jako pozytywne i mądre: każdy ma prawo do wyboru, a każda wybrana
            ścieżka jest równie dobra.
            Otóż nie jest równie dobra.
            I podoba mi się porównanie do tych plastikowych kubków i filiżanek.
            Lubię czasem zjeść w McDonaldsie, lubię kawę na wynos w papierowym
            wręcz kubku. No lubię. Ale nie uważam, że jestem w tym momencie
            równie elegancka jak osoba pijąca w kawiarni kawę z filiżanki.

            A co do Memlinga, to pisałyśmy z koleżanką pracę semestralną nt "Sąd
            Ostateczny w malarstwie"smile Ale live w Gdańsku nie widziałam. Może w
            tym roku zobaczę...
      • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 16:42
        otryt napisał:

        > Mąż albo żona – te słowa dla mnie brzmią pięknie. W hierarchii
        > przeróżnych typów związków pomiędzy kobietą a mężczyzną,
        małżeństwo
        > sakramentalne stoi najwyżej. (To mój osobisty pogląd, nie
        oczekuję,
        > że inni będą go podzielać). Życie w małżeństwie można porównać do
        > jedzenia na pięknej zastawie stołowej. Coraz więcej jednak ludzi
        > jada ostatnio na tekturowych tackach posługując się plastikowymi
        > sztućcami, jak w Mc Donaldzie. Można powiedzieć: ich sprawa, nic
        mi
        > do tego, skoro tak lubią. Tylko dlaczego oni chcą, abym ja również
        > jadł w ten sposób? Dlaczego drażni ich moja piękna zastawa?
        Dlaczego
        > chcą, bym jadł z metalowej miski i popijał z musztardówki na
        obrusie
        > z gazety?

        A chcą? Ktoś chce, zebyś sie rozwodził? jednych stac na porcelanę ,
        innych na fajans, a jeszcze innych na musztradówki - ktoś jest
        gorszy albo lepszy?

        > Jest w tym jakaś schizofrenia, bo z jednej strony
        > zachwalają lurę z plastikowego kubka i udają szczęśliwych, a z
        > drugiej strony chcą, aby wszyscy zrezygnowali z porcelanowych
        > filiżanek, tłumacząc, że tym co piją lurę może być przykro, gdy
        > patrzą na porcelanę sąsiada.

        Otrycie, jacy "wszyscy zrezygnowali"?

        Wspomnienie z dzieciństwa wywołane hasłem "musztardówka". Mama
        pracowała, tato pracowal i studiował, ja chorowita, nie nadawałam
        sie do żłobka. Opiekowały sie mną rózne "nianie" czyli znajome Mamy.
        Wśród nich byli państwo X. Dobrze sytuowani, bogaci, jak na tamte
        czasy. Piło sie nie z musztardówek. Druga rodzina - biedna -
        musztardówki - autentycznie. Serdeczniej było tam, gdzie
        musztardówki. Herbata w musztardóce + chleb z cukrem smakowal
        wybornie. Nie lubiłam "niemusztardówkowych".

        Jestem za nie dzieleniem na musztardówki i niemusztardówki.
        Autentyczną miłośc można znaleźć w różnych "konfiguracjach
        miedzyludzkich".
        • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 29.01.09, 18:40
          Pomijając jednak porównanie z filiżanką i musztardówką, które
          osobiście bardzo mi się podoba, byłabym zobowiązana, gdyby nikt na
          chrześcijańskim forum nie próbował mnie przekonywać, że małżeństwo
          jest czymś równie dobrym jak inne jak to nazywasz "konfiguracje
          międzyludzkie", bo na to jako chrześcijanka zgodzić się nie mogę.
          Nie jest czymś równie dobrym i nigdy nie będzie. Niezależnie od tego
          jak autentyczną miłość tam można znaleźć, zabrakło tam już na
          starcie miłości do Boga, a więc istnieje jakiś zasadniczy brak. I
          tego braku nie wyrówna nic - żadna akceptacja (czy jak w moim
          wypadku współczucie) jaką moglibyśmy tym ludziom zaoferować.
          • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 08:15
            minerwamcg napisała:

            > Pomijając jednak porównanie z filiżanką i musztardówką, które
            > osobiście bardzo mi się podoba, byłabym zobowiązana, gdyby nikt na
            > chrześcijańskim forum nie próbował mnie przekonywać, że małżeństwo
            > jest czymś równie dobrym jak inne jak to nazywasz "konfiguracje
            > międzyludzkie", bo na to jako chrześcijanka zgodzić się nie mogę.
            > Nie jest czymś równie dobrym i nigdy nie będzie. Niezależnie od tego
            > jak autentyczną miłość tam można znaleźć, zabrakło tam już na
            > starcie miłości do Boga, a więc istnieje jakiś zasadniczy brak. I
            > tego braku nie wyrówna nic - żadna akceptacja (czy jak w moim
            > wypadku współczucie) jaką moglibyśmy tym ludziom zaoferować.


            Minerwo i Arturze, przepraszam, ale nie mam juz siły na rozmowę z Wami.
            • a_weasley Re: Filiżanka czy musztardówka? 11.02.09, 14:20
              Maika7, zacytowawszy nie wiem po co w całości notkę Minerwy sprzed
              dwóch tygodni, napisała:

              > Minerwo i Arturze, przepraszam, ale nie mam juz siły
              > na rozmowę z Wami.

              Łamiesz mi serce, ale po co ta notka? Jeśli Minerwa co źle napisała,
              wykaż, w czym źle, a jeśli dobrze, to po co publice głowę zawracasz?
              • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 11.02.09, 16:39
                a_weasley napisał:

                > Maika7, zacytowawszy nie wiem po co w całości notkę Minerwy sprzed
                > dwóch tygodni, napisała:
                >
                > > Minerwo i Arturze, przepraszam, ale nie mam juz siły
                > > na rozmowę z Wami.
                >
                > Łamiesz mi serce, ale po co ta notka? Jeśli Minerwa co źle
                napisała,
                > wykaż, w czym źle, a jeśli dobrze, to po co publice głowę
                zawracasz?

                To jedynie informacja dla Was. Być może niepotrzebna.

                • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 11.02.09, 16:57
                  Przepraszam, czy ktoś może skasować tę konwersację? Do rozmów
                  prywatnych służą maile a do nierozmawiania z kimś opcja "nie pokazuj
                  wątków i postów nieprzyjaciół".
                  • mader1 Szanowni Państwo 11.02.09, 18:25

                    > Przepraszam, czy ktoś może skasować tę konwersację?

                    Daleko skuteczniejszą metodą na zakończenie konwersacji, jest po prostu nie
                    podtrzymywanie jej. Słowa zostają napisane i docierają do adresata, samo
                    "kasowanie" przez osobę trzecią,( która ma niby być bardziej odpowiedzialna ???)
                    nie załatwia sprawy.
                    • a_weasley Re: Szanowni Państwo 11.02.09, 18:41
                      Mader1, dzięki za kazanie, a teraz czy jest tu jakiś moderator, żeby
                      skasować tę konwersację?
                      Prosiłem już o to na priw. Nie byłoby całej rozmowy.
                      • mader1 Re: Szanowni Państwo 11.02.09, 23:28
                        > Mader1, dzięki za kazanie,

                        Nie śmiałabym, jako zwykła, świecka kobieta takiegoż prawić dobrym,ROZMAWIAJĄCYM
                        ZE SOBĄ OD LAT,dorosłym i kulturalnym użytkownikom forum. Znacie się i lubicie
                        równie dobrze, jak ja Was wink
                        To tylko taka luźna sugestia była wink)))))
        • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 02.02.09, 18:15
          maika7 napisała:

          >A chcą? Ktoś chce, zebyś sie rozwodził? jednych stac na porcelanę ,
          >innych na fajans, a jeszcze innych na musztardówki - ktoś jest
          >gorszy albo lepszy?

          Porcelana to metafora, to Dekalog, sakramenty, przyjęcie nauki
          Kościoła na temat świętości małżeństwa. Myślę, że każdy ma podstawy,
          aby to spełnić. Każdego na to stać. Nie o pieniądze chodzi, lecz o
          postawę. Można to odrzucić, wtedy mamy fajans. Na fajansie też
          można jeść wykwintne potrawy, czyli to wszystko, co stanowi treść
          życia. Smakuje chyba jednak nieco inaczej.

          Mój światopogląd zakłada, ze związek sakramentalny jest lepszy od
          małżeństwa cywilnego, zaś małżeństwo cywilne jest lepsze od związku
          nieformalnego kobiety i mężczyzny. Tylko tyle. Zrozum, ja nie
          osądzam ludzi, tylko rodzaje związków. Widzę za to dramat, w jaki
          uwikłani są ludzie i ich cierpienie oraz samooszukiwanie się, aby
          zredukować ból. Bardzo często bywa tak (przynajmniej dawniej
          bywało), że pierwsze małżeństwo zawierane było przed ołtarzem, to
          drugie, przeważnie ze względów formalnych, tylko w USC. Gdy był
          drugi i trzeci rozwód ludzie są już mocno poranieni, podchodzą
          nieufnie, zbyt ostrożnie, aby kolejny raz się nie sparzyć. Nie chcą
          często nawet ślubu w USC. Pozostaje nieformalny, coraz mniej
          zobowiązujący związek. Taka jest zazwyczaj ewolucja postaw ludzi
          wielokrotnie rozwodzących się. Czy uważasz, że tego rodzaju ewolucja
          idzie we właściwym kierunku, że człowiek się rozwija moralnie,
          duchowo, uczuciowo, czy wręcz przeciwnie? Bardzo często tacy ludzi,
          jako główny walor takich związków przedstawiają wolność, a więc z
          góry dopuszczają taką sytuację, że gdy i tym razem się nie uda, bez
          żadnych problemów spakują walizki i zakończą ten etap życia. Z
          każdym kolejnym związkiem jest coraz łatwiej odejść. A więc, który
          związek jest najlepszy?

          Rozumiem Twoje dobre wspomnienia związane z musztardówką. Jakiś
          podróżnik, po wyprawie dookoła świata opowiadał, że łatwiej mu było
          wyżywić się, przenocować i podróżować po azjatyckiej części Rosji,
          gdzie pijał samogon z musztardówek i jeździł rozklekotanymi
          pojazdami, gdzie był przyjmowany z dużą gościnnością niż w bogatej
          Kanadzie i USA. Jestem jednak pewien, że gdybyś miała wybór
          wolałabyś jednak pić z filiżanki. Musztardówka to tylko metafora, w
          żaden sposób nie umniejszająca ludzi, którzy z niej korzystają, czy
          to w sensie dosłownym czy przenośnym.

          Pozdrawiam serdecznie

          • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 02.02.09, 19:06
            Bo to jest, drogi Otrycie, taki chwyt erystyczny. Jeżeli Twój
            przykład odwołuje sie do jakiegoś dobra materialnego dostępnego
            ludziom zamożnym, to cóż prostszego, jak zapytać "a co jak kogoś nie
            stać" i w ten prosty sposób zrobić z Ciebie snoba pogardzającego
            tymi, którzy mają mniej pieniędzy. I nagle dobro duchowe, do którego
            odnosi się Twoje porównanie jawi się jako paskudny powód do
            wywyższania się nad ubogimi, których wszak winą nie jest, że są
            ubodzy, a Ty ze swoim porównaniem prezentujesz się jako obrzydliwy
            materialista, dla którego liczy się wyłącznie marka i wysoka cena
            posiadanych przedmiotów.
            To, że tak naprawdę cała sprawa odbywa się na płaszczyźnie duchowej,
            zostaje w dyskusji zręcznie pominięte, a ludzie postępujący
            ewidentnie źle awansują na biednych, z którymi Twój adwersarz,
            szlachetny obrońca pokrzywdzonych, właśnie się solidaryzuje.
          • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 02.02.09, 19:10
            a do mnie bardzo przemawia to porównanie. Dopiero dziś czytam cały ten wątek
            dokładnie i myślę sobie właśnie, że to , co napisałeś jest bardzo trafne...
            Bo tak jest... Jeżeli ktoś myśli o swoim związku jak o porcelanowym serwisie,
            dba o niego,traktuje go z dużą uwagą... Ale co ważniejsze... jak się taka
            filiżanka stłucze, stara się ją skleić. Jeden po amatorsku, drugi idzie do
            profesjonalisty... często, gdy potłucze się na niewiele kawałków, udaje się.
            Z musztardówką, kubkami... ich nie opłaca się sklejać. Z góry zakładano, że nie
            są na długo, nie są na całe życie..... Kupuje się je " na trochę". Niektóre
            wytrzymują równie długo, jak serwisy.
            Znam także długie związki cywilne czy pary, ale zawsze w trakcie rozmowy
            przebija motyw " jak się nie uda, trudno" ( mówiony różnymi słowami)

            no i jeszcze jeden aspekt... niektórym ta filiżanka powszednieje. Albo przestaje
            się podobać - bo stara,a oni chcą zmienić coś w życiu...
          • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 08:14
            otryt napisał:

            > Porcelana to metafora, to Dekalog, sakramenty, przyjęcie nauki
            > Kościoła na temat świętości małżeństwa. Myślę, że każdy ma podstawy,
            > aby to spełnić. Każdego na to stać. Nie o pieniądze chodzi, lecz o
            > postawę. Można to odrzucić, wtedy mamy fajans. Na fajansie też
            > można jeść wykwintne potrawy, czyli to wszystko, co stanowi treść
            > życia. Smakuje chyba jednak nieco inaczej.

            Wiem, Otrycie, że według Ciebie związek sakramentalny jest najlepszy. Ale
            alternatywą do niego nie są tylko związki nietrwałe, pozbawione miłości. Brak
            miłości wystepuje zarówno w związkach sakramentalnych jak i niesakramentalnych.
            Dlatego tak mi "zgrzyta" ta porcelana jako metafora związku sakramentalnego.
            Osobiście bardziej pasuje mi jako metafora związku dwojga kochających się ludzi,
            niezaleznie od tego czy sa w związku sakramentalnym, cywilnym czy "na kocią łapę".

            Co do związków jeszcze. Łatwiej budować dobry związek tym, którzy wyrośli w
            domach, w ktorych nie raniono, w ktorych otrzymali miłość, w których nauczono
            ich kochać. Ale nie kazdy miał takie szczęście. Trudno sie zatem dziwić, że
            zdarza sie, ze samo pragnienie miłości nie idzie w parze z umiejetnościa jej
            doświadczania (kochania i odwzajemniania). Myśle, że i ten aspekt warto
            zauważyć, jak patrzymy na ludzkie związki i relacje.


            > Bardzo często bywa tak (przynajmniej dawniej
            > bywało), że pierwsze małżeństwo zawierane było przed ołtarzem, to
            > drugie, przeważnie ze względów formalnych, tylko w USC. Gdy był
            > drugi i trzeci rozwód ludzie są już mocno poranieni, podchodzą
            > nieufnie, zbyt ostrożnie, aby kolejny raz się nie sparzyć. Nie chcą
            > często nawet ślubu w USC. Pozostaje nieformalny, coraz mniej
            > zobowiązujący związek. Taka jest zazwyczaj ewolucja postaw ludzi
            > wielokrotnie rozwodzących się. Czy uważasz, że tego rodzaju ewolucja
            > idzie we właściwym kierunku, że człowiek się rozwija moralnie,
            > duchowo, uczuciowo, czy wręcz przeciwnie? Bardzo często tacy ludzi,
            > jako główny walor takich związków przedstawiają wolność, a więc z
            > góry dopuszczają taką sytuację, że gdy i tym razem się nie uda, bez
            > żadnych problemów spakują walizki i zakończą ten etap życia. Z
            > każdym kolejnym związkiem jest coraz łatwiej odejść. A więc, który
            > związek jest najlepszy?

            Według mnie ten związek jest najlepszy, w którym dany człowiek czuje się
            najbezpieczniej. To, jak on wygląda formalnie - nie jest dla mnie istotne. Masz
            szczeście Otrycie żyć szczęśliwie w związku, jaki uważasz za najlepszy.
            Niektórzy nie mają tego szcześcia i nie zawsze jest to ich wina.


            > Rozumiem Twoje dobre wspomnienia związane z musztardówką. Jakiś
            > podróżnik, po wyprawie dookoła świata opowiadał, że łatwiej mu było
            > wyżywić się, przenocować i podróżować po azjatyckiej części Rosji,
            > gdzie pijał samogon z musztardówek i jeździł rozklekotanymi
            > pojazdami, gdzie był przyjmowany z dużą gościnnością niż w bogatej
            > Kanadzie i USA. Jestem jednak pewien, że gdybyś miała wybór
            > wolałabyś jednak pić z filiżanki. Musztardówka to tylko metafora, w
            > żaden sposób nie umniejszająca ludzi, którzy z niej korzystają, czy
            > to w sensie dosłownym czy przenośnym.

            Gdybym była spragniona, byłoby wszystko jedno z czego piję. Ludzie czasem
            rozpaczliwie poszukują miłości.
            Kiedyś - może juz o tym pisałam - rozmawiałysmy z koleżanką na temat urządzania
            mieszkania. Poszło o stół. Jaki ma być -
            duży/mały/prostokątny/okrągły/debowy/sosnowy itd... Mnie jest wszystko jedno
            jaki - może byc deska przykryta byle czym - bo najwazniejsze jest to, CO się
            przy tym stole dzieje. Jeśli ta deska skupia rodzinę i jest miejscem
            ogniskowania się bliskich relacji, to jest najbardziej fajnym stołem pod słońcem smile

            innymi słowy - porcelana dla mnie to miłośc, a nie sakrament.

            smile
            M.
            • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 09:23

              > innymi słowy - porcelana dla mnie to miłośc, a nie sakrament.

              Rzecz w tym, że sakrament to miłość - i to trzech Osób. To to samo.
              • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 09:34
                mader1 napisała:

                >
                > > innymi słowy - porcelana dla mnie to miłośc, a nie sakrament.
                >
                > Rzecz w tym, że sakrament to miłość - i to trzech Osób. To to samo.

                Nie bardzo rozumiem.
                Tam gdzie jest sakrament tam ZAWSZE jest miłość?
                czy może:
                Tam, gdzie jest miłośc tam ZAWSZE jest sakrament?
                czy jeszcze inaczej?
                • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 09:46
                  Maiko, rozmawiamy o sakramencie i niesakramencie. Nie o poszczególnych
                  przypadkach, kolejach losu, grzechach.
                  Tam gdzie jest sakrament jest Miłość. Tak jest. Znasz przecież treść przysięgi
                  małżeńskiej i wiesz, jak doniosłe słowa się mówi. Wiesz, że uczestniczy w tym ze
                  swoją Miłością sam Bóg. ( znasz naszą wiarę, nawet jej nie podzielając)

                  Oczywiście, masz rację, poszczególny porcelanowy serwis może być paskudny, może
                  zostać odstawiony na półkę... może się okazać, ze przestał się podobać i zwykły
                  arcoroc jest bardziej funkcjonalny, bardziej pasuje i to wielu osobom.
                  Może się też okazać, że na porcelanę kogoś nie stać i nie chce odkładać ,
                  zbierać ( pieniędzy) , by go mieć.
                  A bywa, że tak jak dla Ciebie, nie ma dla kogoś znaczenia z czego pije,
                  interesuje go tylko płyn , bo jest spragniony.
                  Nie zabieramy z rynku ani szklanek, ani fajansu wink))
                  Niech i staromodna porcelana, która ma dla nas swoją wartość, pozostanie. Nawet
                  jak się komuś konkretnemu potłucze.
                  • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 10:02
                    mader1 napisała:

                    > Maiko, rozmawiamy o sakramencie i niesakramencie. Nie o poszczególnych
                    > przypadkach, kolejach losu, grzechach.
                    > Tam gdzie jest sakrament jest Miłość. Tak jest. Znasz przecież treść przysięgi
                    > małżeńskiej i wiesz, jak doniosłe słowa się mówi. Wiesz, że uczestniczy w tym z
                    > e
                    > swoją Miłością sam Bóg. ( znasz naszą wiarę, nawet jej nie podzielając)
                    >
                    > Oczywiście, masz rację, poszczególny porcelanowy serwis może być paskudny, może
                    > zostać odstawiony na półkę... może się okazać, ze przestał się podobać i zwykły
                    > arcoroc jest bardziej funkcjonalny, bardziej pasuje i to wielu osobom.
                    > Może się też okazać, że na porcelanę kogoś nie stać i nie chce odkładać ,
                    > zbierać ( pieniędzy) , by go mieć.
                    > A bywa, że tak jak dla Ciebie, nie ma dla kogoś znaczenia z czego pije,
                    > interesuje go tylko płyn , bo jest spragniony.
                    > Nie zabieramy z rynku ani szklanek, ani fajansu wink))
                    > Niech i staromodna porcelana, która ma dla nas swoją wartość, pozostanie. Nawet
                    > jak się komuś konkretnemu potłucze.

                    Jesli sakrament = miłość, to dlaczego tyle wnioskow o uznanie niewazności
                    zawarcia tegoz sakramentu?

                    Tak sobie myślę a propos tych porównań - jednak o życiu. Przywołam jeszcze raz
                    przywoływanego wczesniej rozwiedzionego Pana. Jeszcze raz w skrócie, ale z
                    zakończeniem tym razem. Ślub kościelny. Po dwóch latach (albo roku - już nie
                    pamiętam dokładnie) rozwód. Ślub z druga kobietą. 35 lat razem. Po tych 35
                    latach, gdy umiera pierwsza (kościelna) zona, ślub kościelny z ta drugą. Gdzie
                    ta porcelana? własciwie? Nie było jej w ogole? Który związek byl tym
                    porcelanowym, ten zaczęty sakramentem czy ten zakończony sakramentem (Pan
                    wkrotce zmarł).
                    • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 10:23
                      Maiko, porównanie z porcelaną jest dla mnie niezwykle trafne smile
                      Także dlatego, ze wartościując, oczywiście, bo dla osoby wierzącej Sakrament ma
                      szczególną wartość, nie ubliżamy nikomu. Otryt nie twierdził, że w innych
                      naczyniach nie ma płynu, nawet bardzo dobrego.
                      I niestety, samo kupno serwisu, choćby najdroższego, nie załatwia wszystkiego.
                      Trzeba o niego dbać. Trzeba go używać.
                      Z czasem może przestać się podobać, albo przeciwnie, nawet stary, niemodny, może
                      gromadzić na herbatce całą rodzinę, a nawet coraz wiecej osób wokół. To zależy
                      od właścicieli smile)))

                      > Jesli sakrament = miłość, to dlaczego tyle wnioskow o uznanie niewazności
                      > zawarcia tegoz sakramentu?

                      Myślę, że sporo rozmawialiśmy tu o nieważności sakramentu, chyba brałaś też w
                      tym udział. Czasem sakramentu nie ma. Jak nie ma... no to o tym nie pisałam.

                      Tak, jest różnica i to niebagatelna -i czułam to zawsze - między " będziemy
                      razem ze sobą, dopóki będę Cię kochać i będę starać się kochać Cię, jak
                      najmocniej i jak najdłużej" a " Przyrzekam Ci miłość,wierność i uczciwość
                      małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże
                      Wszechmogący i wszyscy święci".
                      O ile ktoś woje słowa traktuje poważnie w każdej chwili swojego życia.

                      Który związek byl tym
                      > porcelanowym, ten zaczęty sakramentem czy ten zakończony sakramentem (Pan
                      > wkrotce zmarł).

                      Myślę, że Bóg sobie z tym pytaniem poradzi. Dla osoby niewierzącej nie ma to
                      chyba znaczenia. Kochał.
                      • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 10:48
                        mader1 napisała:

                        > Maiko, porównanie z porcelaną jest dla mnie niezwykle trafne smile
                        > Także dlatego, ze wartościując, oczywiście, bo dla osoby wierzącej Sakrament ma
                        > szczególną wartość, nie ubliżamy nikomu. Otryt nie twierdził, że w innych
                        > naczyniach nie ma płynu, nawet bardzo dobrego.
                        > I niestety, samo kupno serwisu, choćby najdroższego, nie załatwia wszystkiego.
                        > Trzeba o niego dbać. Trzeba go używać.
                        > Z czasem może przestać się podobać, albo przeciwnie, nawet stary, niemodny, moż
                        > e
                        > gromadzić na herbatce całą rodzinę, a nawet coraz wiecej osób wokół. To zależy
                        > od właścicieli smile)))

                        No chyba własnie mam problem z zaakceptowaniem skupiania sie na naczyniu a nie
                        na zawartości smile


                        > Myślę, że sporo rozmawialiśmy tu o nieważności sakramentu, chyba brałaś też w
                        > tym udział. Czasem sakramentu nie ma. Jak nie ma... no to o tym nie pisałam.

                        Chyba bralam, bo to sprawa, która jest dla mnie nie do pojęcia smile W pewnym
                        sensie nie ma sprawy, jesli jest uznana niewazność, ale czy o "niebyciu
                        sakramentu" świadczy tylko orzeczenie "odpowiednich uprawnionych"? bardzo zawiłe
                        to jest.

                        > Tak, jest różnica i to niebagatelna -i czułam to zawsze - między " będziemy
                        > razem ze sobą, dopóki będę Cię kochać i będę starać się kochać Cię, jak
                        > najmocniej i jak najdłużej" a " Przyrzekam Ci miłość,wierność i uczciwość
                        > małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże
                        > Wszechmogący i wszyscy święci".
                        > O ile ktoś woje słowa traktuje poważnie w każdej chwili swojego życia.

                        Jest róznica.

                        > Myślę, że Bóg sobie z tym pytaniem poradzi. Dla osoby niewierzącej nie ma to
                        > chyba znaczenia. Kochał.

                        Dla mnie osobiście ma znaczenie. W zrozumieniu gdzie ta porcelna.
                        Ale ja wszędzie widzę nieczarno-białość.

                        • kim5 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:18
                          Między "moje lepsze" a pogardą jest tylko jeden krok. I tego obawiam
                          się w jednoznacznym mówieniu "tak jak ja postępuję, jest dobrze". Bo
                          czasem bardzo trudno nie przenosić krytyki czynu na osobę (choćby w
                          wątku o homoseksualizmie padały słowa adresowane do osób, a nie
                          tylko oceniające czyn). Moje życie sakramentalne układało się
                          różnie. Ja poważnie traktowałam przysięgę, ale to było za mało...
                          Mój eks "załatwił" stwierdzenie nieważności i po pół roku był już
                          ponownie po ślubie. Jaką wartość ma taka porcelana? Czy taki ślub
                          kościelny jest faktycznie porcelaną, która jest lepsza niż fajans.
                          Z popękanej porcelany człowiek się nie napije...
                          Może warto pamiętać "nie sądźcie, żebyście nie byli sądzeni"?
                          Jestem daleka od krytyki takiego czy innego sposobu życia. Bo życie
                          się różnie układa i warto by było, żebyśmy nie obciążali bliźnich
                          poczuciem winy, jeśli ich sposób życia jest inny niż NASZ wzorzec.
                          • mama_kasia Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:42
                            > Może warto pamiętać "nie sądźcie, żebyście nie byli sądzeni"?
                            > Jestem daleka od krytyki takiego czy innego sposobu życia. Bo życie
                            > się różnie układa i warto by było, żebyśmy nie obciążali bliźnich
                            > poczuciem winy, jeśli ich sposób życia jest inny niż NASZ wzorzec.

                            Tylko że to nie jest NASZ wzorzec. Nie chcę tu pisać za innych,
                            ale ja - mówiąc o sakramencie mówię nie o swoim wzorcu, a o
                            Bożym - tak jak to wynika z mojej wiary. Nie mogę się od
                            tego oderwać. Jeżeli ktoś ma poczucie winy to przecież nie
                            dlatego, że ja sakrament małżeństwa stawiam ponad ślub cywilny, że
                            mówię o wartości tego sakramentu - prawdziwej, osiągalnej, choć
                            niektórzy z różnych przyczyn jej nie doświadczyli.
                            • kim5 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:48
                              Pisząc NASZ nie mam na myśli tego, że jest to wzorzec wyznawany
                              przez określoną osobę. To jest TWÓJ wzorzec postępowania, taki,
                              który Ty przyjęłaś jako obowiązujący w Twoim życiu.
                              Przepraszam, jeśli wyraziłam się niejasno.
                              • mama_kasia Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:54
                                Ale to nadal nie zmienia tego, co napisałam wyżej.
                          • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:43
                            . Jaką wartość ma taka porcelana? Czy taki ślub
                            > kościelny jest faktycznie porcelaną, która jest lepsza niż fajans.
                            > Z popękanej porcelany człowiek się nie napije...

                            Właśnie dlatego to porównanie tak mi odpowiada. Bo czasem człowiek tak
                            potraktuje tę porcelanę, że nie ma się z czego napić, niestety.
                            I każdy fajans czy nawet zwykły metalowy kubek u sąsiada lepiej spełnia swoją
                            funkcję.

                            Czasem też jest tak, że zwykły kubek traktowany jest z więksa miłością i uwagą
                            niż piękny serwis.

                            Nie, nie wynoszę się i nie oceniam nikogo. To porównanie jest trafne, ale
                            niejedno już widziałam i mój podziw dla niego jakoś przesiąknięty jest goryczą
                            tego, co widziałam... Jak można z tą piękną ślubną porcelaną postąpić...
                          • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:08
                            kim5 napisała:

                            >Między "moje lepsze" a pogardą jest tylko jeden krok.

                            I tu jest chyba problem. Łatwo o zdryfowanie w tym kierunku, jest
                            wiele przypadków bezsensownego dokuczania. W sąsiednim wątku
                            pisałem, jak to musiałem bronić osób w związku cywilnym
                            przed „prawdziwymi katolikami”, których w naszym społeczeństwie jest
                            niestety sporo. Mam jednak prawo mówić wyraźnie, że związek
                            sakramentalny jest lepszy od cywilnego, ten z kolei lepszy od
                            nieformalnego. Nie pogardzam ludźmi, którzy żyją w takich związkach,
                            szanuję, nie uważam ich za winnych, raczej widzę ich większe
                            borykanie się, poranienie, nieufność, czasem formalne przeszkody,
                            nawet w moim odczuciu odbieram jako niesprawiedliwe. Jednak twarde
                            prawo jest prawem. Musi być punkt stały, który nie ulegnie erozji
                            czasu, mody, obyczaju. Wprowadzanie przez Ciebie tematu
                            homoseksualnego w tym wątku jest jakimś nieporozumieniem,
                            zaciemnianiem dyskusji. To całkiem inne zagadnienie. Takiego związku
                            nie można porównać ze związkiem nieformalnym kobiety i mężczyzny,
                            który w perspektywie może mieć szanse na sakrament małżeństwa (lub
                            akt cywilny). KK wyraźnie mówi, że akty homoseksualne są
                            wynaturzeniem i ciężkim grzechem, natomiast osoby dotknięte tą
                            przypadłością są godne szacunku, jak wszyscy inni.
                            • kim5 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:44
                              Otrycie, ja nie wprowadzam tematu homoseksualizmu w tym związku,
                              nawiązuję jedynie do stylu dyskusji.
                              Chodzi mi właśnie o to, żeby nie pogardzać tymi, którzy żyją inaczej
                              niż ja. Najlepszą rzeczą, którą mogę zrobić dla promocji dobrego
                              stylu życia jest takie właśnie życie i świadczenie swoim
                              postępowaniem, a nie krytykowanie kogoś, kto 'ośmiela' się żyć
                              inaczej. Ja nie uważam się za mądrzejszą niż inni. Oni pewnie mają
                              swoje racje.
                              • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:47
                                kim5 napisała:

                                > Otrycie, ja nie wprowadzam tematu homoseksualizmu w tym związku,
                                > nawiązuję jedynie do stylu dyskusji.
                                > Chodzi mi właśnie o to, żeby nie pogardzać tymi, którzy żyją inaczej
                                > niż ja. Najlepszą rzeczą, którą mogę zrobić dla promocji dobrego
                                > stylu życia jest takie właśnie życie i świadczenie swoim
                                > postępowaniem, a nie krytykowanie kogoś, kto 'ośmiela' się żyć
                                > inaczej. Ja nie uważam się za mądrzejszą niż inni. Oni pewnie mają
                                > swoje racje.

                                Myślę, ze niepotrzebnie podgrzewasz atmosferę. Nie widzę w słowach Otryta
                                pogardy. Ja też jestem od niej daleka. Mam ciepłe stosunki z ludźmi w związkach
                                niesakramentalnych.
                                • kim5 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 14:20
                                  Ależ nigdzie nie napisałam, że w słowach Otryta jest pogarda, w
                                  żadnym wypadku. Natomiast Otryt pisał, że niemiłe traktowanie
                                  spotkało jego mamę.
                                  • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 14:48
                                    o.k., rozumiem
                                    • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 15:17
                                      Od siebie dodam, że ani przez chwilę nie odczułem, że Kim zarzuca mi
                                      pogardę. Zgodziłem się, że problem pogardy jednak istnieje, co rodzi
                                      reakcję z drugiej strony.
                        • isma W przerwie na kawe 10.02.09, 11:36
                          Nie, nie skupiamy sie na naczyniu ZAMIAST na plynie. Ale ciecz ma to do siebie,
                          że forme nadaje jej naczynie. Trudno pic w ogole bez naczynia. Jesli milosc
                          (rozumiana jako uczucie) jest plynem, to forme nadaje jej wola. Wola
                          „razembycia” - ewidentnie odmienna u tych, ktorzy „dopoki bede cie kochal” i u
                          tych, ktorzy „dopoki smierc nas nie rozlaczy”.

                          Zwiazek dwojga ludzi nie jest wylacznie ich wlasnoscia, i nie jest wylacznie
                          kwestia laczacych ich emocji. Chocby przez samo to, ze z tego zwiazku rodza sie
                          dzieci, ze dochodzi do nawiazania jakichs wiezi miedzy ich rodzinami, chocby z
                          tego powodu, ze „razembycie” dwojga jest jakos postrzegane przez wspolnote,
                          spoleznosc, ze na ich umiejscowienie w tej spolecznosci wplywa. Dla wierzacego
                          ta wiez ma jeszcze – przede wszystkim – zakorzenienie w Bogu, ale o tym moze
                          pozniej.
                          W kazdym razie, to nie jest tylko suma emocji dwoch elementow, nigdy. Nawet dla
                          niewierzacego.

                          No i o tym sakramencie.
                          Kann kiedys mowil o malzenstwie, ze jest z tym tak, jak z powstaniem jakiegos
                          stopu.
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=80395301&a=80545882
                          Albo porcelany wink)): nie wystarczy tylko kaolin, ale trzeba tez skalenia i
                          kwarcu. I odpowiedniej temperatury pieca. Jesli tej temperatury nie ma, jesli
                          skladniki sa felerne, porcelana po prostu nie powstaje, albo jest tak krucha, ze
                          rozpada sie po kilku uzyciach. Mowimy wtedy, ze malzenstwa nie bylo (mimo, iz
                          wydawalo sie, ze dopelniono wszystkiego, co potrzebne).

                          Ale to nie to samo, co stluczenie porcelany w gniewie, albo wyrzucenie na smietnik.

                          „Orzeczenie uprawnionych” ma wiec za zadanie dociec (na tyle, na ile to mozliwe
                          - tak, zdarza sie, ze popelniany jest blad czy naduzycie, ale to nie zmienia
                          zasady) przyczyny – czy to stluczenie pelnowartosciowej porcelany bylo umyslne,
                          czy tez byla jakas wada procesu (lub skladnikow), ktora na powstanie porcelany
                          o wlasciwych jej cechach nie pozwolila, i stad skorupy. A ze ciecz sie tak czy
                          tak przy tej okazji rozlewa, to odrebna sprawa ;-(((.
                        • magdalaena1977 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:40
                          maika7 napisała:
                          > to sprawa, która jest dla mnie nie do pojęcia smile W pewnym
                          > sensie nie ma sprawy, jesli jest uznana niewazność, ale czy o "niebyciu
                          > sakramentu" świadczy tylko orzeczenie "odpowiednich uprawnionych"?
                          Orzeczenie sądu kościelnego jest deklaratywne, a nie konstytutywne (jak np. rozwód).
                          To stwierdzenie po fakcie, że mimo pewnych pozorów (biała suknia, goście itp.)
                          do małżeństwa nie doszło (a ludzie cały czas żyli ze sobą w konkubinacie).
                          To instytucja znana także państwowemu prawu rodzinnemu. Tak samo można dochodzić
                          np. ustalenia nieważności uchwały zgromadzenia wspólników, kiedy np. dokument
                          jest, ale nie było kworum (nie chce mi się dokładnie sprawdzać).
                          • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 13.02.09, 08:41
                            magdalaena1977 napisała:

                            > Orzeczenie sądu kościelnego jest deklaratywne, a nie konstytutywne (jak np. roz
                            > wód).
                            > To stwierdzenie po fakcie, że mimo pewnych pozorów (biała suknia, goście itp.)
                            > do małżeństwa nie doszło (a ludzie cały czas żyli ze sobą w konkubinacie).
                            > To instytucja znana także państwowemu prawu rodzinnemu. Tak samo można dochodzi
                            > ć
                            > np. ustalenia nieważności uchwały zgromadzenia wspólników, kiedy np. dokument
                            > jest, ale nie było kworum (nie chce mi się dokładnie sprawdzać).

                            smile zawsze interesowalo mnie ile ze ślubow koscielnych jest zawartych niewaznie
                            (tylko np. sami zainteresowani nie chcą tego dociekac)
                            Czyli - jaka jest liczba konkubinatów z pozorami niekonkubinatów smile
                            • mamalgosia maiko, zero 13.02.09, 09:13

                              >
                              > smile zawsze interesowalo mnie ile ze ślubow koscielnych jest
                              zawartych niewaznie
                              > (tylko np. sami zainteresowani nie chcą tego dociekac)
                              > Czyli - jaka jest liczba konkubinatów z pozorami niekonkubinatów :-
                              )
                              Nie raz pisaliśmy, że małżeństwo cieszy się przychylnnością prawa -
                              czyli jest ważne, dopóki nie orzecze się czegoś przeciwnego
                              • maika7 Re: maiko, zero 13.02.09, 10:16
                                mamalgosia napisała:


                                > Nie raz pisaliśmy, że małżeństwo cieszy się przychylnnością prawa -
                                > czyli jest ważne, dopóki nie orzecze się czegoś przeciwnego

                                nie o prawo mi idzie smile tylko o fakt "nie bycia" sakramentu zawartego niewaznie
                                smile
                                Może uda mi sie jaśniej sformułować pytanie.
                                Para dostaje orzeczenie oficjalne o tym, że ślub byl zawarty niewaznie. Czyli
                                para żyła iles tam, w związku niesakramentalnym - tak? tylko nie wiedziala o
                                tym. Czy znowu czegoś nie rozumiem?



                                • mader1 Re: maiko, zero 13.02.09, 10:29
                                  > Może uda mi sie jaśniej sformułować pytanie.
                                  > Para dostaje orzeczenie oficjalne o tym, że ślub byl zawarty niewaznie. Czyli
                                  > para żyła iles tam, w związku niesakramentalnym - tak? tylko nie wiedziala o
                                  > tym. Czy znowu czegoś nie rozumiem?

                                  No... skoro nie wiedziała o tym, to tak jakby żyła w sakramentalnym.Bóg widzi
                                  serce człowieka. w pewnym momencie któreś zaczyna mieć podejrzenie " że coś jest
                                  nie tak". Więc proszą o sprawdzenie, każde opowiada... Do czasu obiektywizacji (
                                  ?) i potwierdzenia " że to nie to", przyjmuje się , że to " jest to".
                                • kim5 Re: maiko, zero 13.02.09, 10:30
                                  Albo taki przypadek jak mój - nieważność orzeczona na podstawie
                                  nieprawdziwych zeznań (wyraźnie sprzecznych, a obrońca węzła nie
                                  wnosił o ich wyjaśnienie). Był sakrament czy go nie było?
                                  Obiektywnie, a nie deklaratywnie.
                                  • mader1 Re: maiko, zero 13.02.09, 10:46
                                    noo... nie chcę się tu wgłębiać w konkretny przypadek, którego nie roztrzygniemy
                                    wirtualnie słysząc tylko jedną stronę i ponadto nie będąc kompetentni... Ale tak
                                    ogólnie
                                    1. jeżeli widzi się, że strona kłamie, warto jest to na bieżąco lub nawet
                                    później zgłosić i uzasadnić swoje podejrzenia ( lub pewność)
                                    2.jeżeli mimo to sąd uzna kłamstwo za wiarygodne, to mam wrażenie, że jeżeli
                                    samemu się nie kłamało i dołożyło wszelkich starań, by została wyświetlona
                                    prawda, należy przyjąć wyrok sądu jako obowiązujący i prawdziwy. Nic więcej nie
                                    można zrobić w tej sprawie. Jest się w dobrej wierze.
                                    3. Jeżeli mimo wszystko ma się wątpliwości, należy naradzić się ze spowiednikiem
                                    To tyle może zrobić strona, która jest " w porządku". I mam wrażenie, że Bóg to wie.
                                • mamalgosia a, rozumiem 13.02.09, 15:38
                                  No tak, na to wygląda - i nie wiem, jaki tu dać znaczek: smile czy sad
                                  Ciekawa sprawa!

                                  A ciekawe też jest uważnienie małzeństwa
            • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 11:24
              maika7 napisała:

              >Wiem, Otrycie, że według Ciebie związek sakramentalny jest
              >najlepszy. Ale alternatywą do niego nie są tylko związki nietrwałe,
              >pozbawione miłości..

              A ja wiem, że skoro nie wierzysz w Boga, to również nie wierzysz w
              łaski, jakie płyną z sakramentu małżeństwa. To logiczna
              konsekwencja. O czym jest więc ta rozmowa? Czy chcesz, abym przestał
              uważać związek sakramentalny za najlepszy z możliwych? A może nie
              powinienem o tym mówić, aby tym, którzy żyją w innych związkach nie
              było przykro? Myślę, że powinny być Tobie dokładnie obojętne poglądy
              katolika, lecz obojętne z jakiegoś powodu nie są. Wypowiadam się
              jako katolik, na chrześcijańskim forum, aby utwierdzić tych
              wątpiących katolików (nie niewierzących!), że sakrament ma jednak
              sens, aby przekazać swoje świadectwo, aby stanowić przeciwwagę dla
              przekazu, jaki wciąż płynie ze świata.

              >Brak miłości wystepuje zarówno w związkach
              >sakramentalnych jak i niesakramentalnych

              Ależ to oczywiste! To nie jest jednak dowód na to, że związek
              niesakramentalny jest tak samo dobry jak sakramentalny. (dla
              katolika). Ja bym swoją metaforę rozszerzył. Miłość, treść wspólnego
              życia stanowi zawartość naczynia. Nasze obserwacje potwierdzają
              oczywiście, że istnieją wszystkie możliwości: w filiżance może być
              nawet spleśniała kawa ze zjełczałą śmietanką a w musztardówce
              najwyższej jakości i wspaniałego aromatu kawa. Nawet jeśli
              znajdziemy takie przypadki, to i tak filiżanka będzie lepszym
              naczyniem niż musztardówka. Możnaby rozmawiać o statystyce, które
              związki są statystycznie trwalsze, w których jest więcej miłości?
              Jednak i tu chyba nie będzie zgody, bo żyjemy w różnych
              środowiskach.

              >Co do związków jeszcze. Łatwiej budować dobry związek tym, którzy
              >wyrośli w domach, w ktorych nie raniono, w ktorych otrzymali
              >miłość, w których nauczono ich kochać. Ale nie kazdy miał takie
              >szczęście. Trudno sie zatem dziwić, że zdarza sie, ze samo
              >pragnienie miłości nie idzie w parze z umiejetnościa jej
              >doświadczania (kochania i odwzajemniania). Myśle, że i ten aspekt
              >warto zauważyć, jak patrzymy na ludzkie związki i relacje.

              Ależ to oczywiste! Jednym jest łatwiej, drugim trudniej budować
              szczęśliwy związek. Z moim trudnym charakterem oraz niedobrym
              doświadczeniem jestem doskonałym materiałem na wielokrotnego
              rozwodnika. Cały czas dziękuję Bogu, ze jest jednak inaczej i proszę
              o nowe łaski.

              Moja mama po zakończonym rozwodem piekle pierwszego małżeństwa 4
              lata żyła samotnie z trójką dorastających dzieci. Potem 4 lata żyła
              w związku nieformalnym. Następne 16 lat z związku cywilnym i
              ostatnie 17 lat w związku sakramentalnym. Doskonale znam ból tych
              wszystkich sytuacji, co nie zmienia faktu, że każdy z tych kolejnych
              związków mamy (z tym samym mężczyzną) był lepszy od poprzedniego.
              Miłość była zawsze, dziś w starości i chorobie widać to najlepiej. Z
              przyjemnością na nich patrzę.

              Obserwowałem również brak akceptacji otoczenia i ból z tym związany.
              Przyznam, że ja sam jako dorastający nastolatek nie akceptowałem
              nieformalnego związku mojej mamy, ledwo tolerowałem nowego mężczyznę
              w naszym domu. Nie pamiętam jednak nigdy, abym z jego strony
              jakikolwiek gest niechęci odebrał, jakiekolwiek słowo. Potem był
              ślub cywilny (rok wcześniej wyjechałem z domu na studia i nigdy tam
              nie powróciłem), moja akceptacja skokowo wzrosła. Jednak przeróżne
              ciotki dewotki, bardzo katolickie, z najbliższej rodziny mamy nadal
              nie akceptowały ich związku: ignorowały, dokuczały, nawet nie
              pozwalały mi mówić o nim „mąż mamy” wywołując tym ostrą moją
              reakcję, ze jest jednak mężem i tak będę o nim mówił.
              Potem umarł mój ojciec. Pojawiła się możliwość zawarcia związku
              sakramentalnego. Wtedy właśnie objawiło się istnienie, szczególnie w
              mamie, tak wielkiej bariery psychicznej; tak wiele było krzywd i
              upokorzeń doznanych od „prawdziwych katolików”, ze nie chciała
              dołączać do tego towarzystwa. Te trwające całymi latami docinki o
              kociej łapie i karcie rowerowej, kontrakcie, także ze strony wielu
              księży na kolędzie. Sam próbowałem załatwiać im formalności, jednak
              nie chcieli. Minęło wiele lat aż przyszedł na kolędę (której zawsze
              się bali, lecz jednak przyjmowali) ksiądz Zbyszek, dojrzał ich
              wzajemną miłość, sam pochylił się nad nimi z miłością, załatwił
              wszystkie formalności i dał im cichy ślub po ostatniej mszy w zwykły
              powszedni dzień. Tylko oni i dwaj świadkowie, żadnej imprezy,
              żadnych zawiadomień. Mnie też tam nie było. Do dziś dnia jestem
              ogromnie wdzięczny temu kapłanowi, że potrafił rozpuścić tę barierę
              w psychice i otworzył im drogę do życia sakramentalnego. Bardzo
              przykre musiało być dla mamy, gdy nie mogła na moim i moich braci
              ślubach przystąpić do komunii, podczas gdy wszyscy przystępowali.

              >Masz szczeście Otrycie żyć szczęśliwie w związku,
              >jaki uważasz za najlepszy. Niektórzy nie mają tego szcześcia
              >i nie zawsze jest to ich wina.

              Widzisz, tutaj nikt nie mówi o żadnej winie. Przynajmniej ja nigdy w
              takich kategoriach tego nie rozważałem. Ani nie czuję się lepszy od
              innych tylko dlatego, że żyję w związku sakramentalnym. Co nie
              zmienia faktu, że istnieje pewna hierarchia związków. Czy musimy się
              oszukiwać, aby poprawić swoje samopoczucie?

              >Mnie jest wszystko jedno jaki - może byc deska przykryta byle czym
              >- bo najwazniejsze jest to, CO się przy tym stole dzieje. Jeśli ta
              >deska skupia rodzinę i jest miejscem ogniskowania się bliskich
              >relacji

              Stół też jest dobrą metaforą. Dla mnie porządny stół jest
              najważniejszym meblem w domu.
              Co byś powiedziała jednak, gdyby stół się chybotał, noga co rusz
              odpadała od blatu, a postawiona na nim kawa wylewała się na Twoją
              sukienkę? Nastrój tych ważnych rozmów trochę by ucierpiał. Stół to
              jedno, a treść rozmów przy tym stole to drugie. Sakrament to jedno,
              a treść życia ludzi, którzy zaprosili Boga do swojego związku, to
              drugie.

              >innymi słowy - porcelana dla mnie to miłośc, a nie sakrament.

              Innymi słowy – porcelana to sakrament, kawa to miłość. Sakrament to
              forma, struktura, fundament, podstawa. Czym wypełnisz tę formę to
              już od ciebie zależy. Gotowa forma lub struktura ułatwia jednak
              napełnianie jej właściwą treścią.smile))





              • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 12:08
                otryt napisał:


                > A ja wiem, że skoro nie wierzysz w Boga, to również nie wierzysz w
                > łaski, jakie płyną z sakramentu małżeństwa. To logiczna
                > konsekwencja. O czym jest więc ta rozmowa? Czy chcesz, abym przestał
                > uważać związek sakramentalny za najlepszy z możliwych? A może nie
                > powinienem o tym mówić, aby tym, którzy żyją w innych związkach nie
                > było przykro? Myślę, że powinny być Tobie dokładnie obojętne poglądy
                > katolika, lecz obojętne z jakiegoś powodu nie są. Wypowiadam się
                > jako katolik, na chrześcijańskim forum, aby utwierdzić tych
                > wątpiących katolików (nie niewierzących!), że sakrament ma jednak
                > sens, aby przekazać swoje świadectwo, aby stanowić przeciwwagę dla
                > przekazu, jaki wciąż płynie ze świata.

                Nie. Myślę, że ująłeś sedno moich obaw (i mojej obecności w tym wątku) w opisie
                reakcji na związek Twojej Mamy. Ja sie po prostu boję takiego patrzenia na
                ludzi, jaki prezentowały Panie wokół Twojej Mamy.



                > Ani nie czuję się lepszy od
                > innych tylko dlatego, że żyję w związku sakramentalnym. Co nie
                > zmienia faktu, że istnieje pewna hierarchia związków. Czy musimy się
                > oszukiwać, aby poprawić swoje samopoczucie?

                Nie o oszukiwanie się idzie, tylko o powiedzenie sobie "pewna hierarchia
                związków według mnie".

                > Stół też jest dobrą metaforą. Dla mnie porządny stół jest
                > najważniejszym meblem w domu.
                > Co byś powiedziała jednak, gdyby stół się chybotał, noga co rusz
                > odpadała od blatu, a postawiona na nim kawa wylewała się na Twoją
                > sukienkę? Nastrój tych ważnych rozmów trochę by ucierpiał.

                Roizłozyłabym serwete na ziemi smile

                > Stół to
                > jedno, a treść rozmów przy tym stole to drugie.

                No toz piszę o tym, ze ogniskowanie relacji najwazniejsze, a nie mebel.
                > Innymi słowy – porcelana to sakrament, kawa to miłość. Sakrament to
                > forma, struktura, fundament, podstawa. Czym wypełnisz tę formę to
                > już od ciebie zależy. Gotowa forma lub struktura ułatwia jednak
                > napełnianie jej właściwą treścią.smile))

                Tak, dla tych, dla których sakrament jest ważny. Z pewnoscia.

                • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:00
                  maika7 napisała:

                  >Nie. Myślę, że ująłeś sedno moich obaw
                  >cryingi mojej obecności w tym wątku) w opisie
                  >reakcji na związek Twojej Mamy.
                  >Ja sie po prostu boję takiego patrzenia na
                  >ludzi, jaki prezentowały Panie wokół Twojej Mamy.

                  Widzisz jednak obawy grają u Ciebie dużą rolę.
                  Myślę, że odchylenia od właściwej postawy mogą być dwojakie:

                  1) z jednej strony pogardzanie, brak szacunku, dokuczanie tym
                  katolikom, którzy żyją bez ślubu kościelnego. Będę się temu
                  sprzeciwiał. (I myślę, że większość uczestników tego forum nie
                  popiera takiej postawy) Niewierzącym z tego powodu chyba nikt nie
                  dokucza? Bo to dla wszystkich oczywiste, że będą mieli ślub w USC.
                  Dziwiliby się, gdyby był ślub w kościele osoby niewierzącej.

                  2) Z drugiej umniejszanie znaczenia ślubu kościelnego i cywilnego,
                  zarówno w głoszonych poglądach, jak i w praktycznym działaniu, co
                  burzy ład moralny w społeczeństwie i rykoszetem uderza w prawdziwe z
                  katolickiego punktu widzenia rodziny. Temu też się sprzeciwiam.

                  Jestem człowiekiem środka. Może boisz się wprowadzenia państwa
                  wyznaniowego? Tym niektóre media i niektórzy politycy straszyli
                  przez całe lata. Nie widzę takiego zagrożenia w tej chwili.


                  >Nie o oszukiwanie się idzie, tylko o powiedzenie sobie
                  >"pewna hierarchia związków według mnie".

                  W tym poście chyba z dziesięć razy zaznaczałem, że to wszystko o
                  czym piszę, to są moje poglądy, człowieka wierzącego. Jedenasty raz
                  gdzieś mi umknął i nie napisałem "pewna hierarchia związków według
                  mnie", lecz „hierarchia związków”. I od razu Twoja reakcja. To
                  jakieś przesadne uwrażliwienie, przyznasz? Poza tym przecież nawet
                  teoretycznie, skoro wiesz, że jestem katolikiem, to będę wyznawcą
                  przedstawionej hierarchii związków To łatwo przewidzieć. Nie
                  wypowiadam się na forum muzułmańskim, czy młodych aktywistów SLD,
                  abym miał się przy każdym słowie miarkować. Jestem wśród swoich,
                  którym nie trzeba tłumaczyć spraw oczywistych. Wtedy można się
                  zagłębiać w sprawy mniej oczywiste.smile))



                  • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 13.02.09, 09:17
                    otryt napisał:


                    > Widzisz jednak obawy grają u Ciebie dużą rolę.

                    Otrycie, znasz osobe, ktora nie obawia sie "bezinteresownej zawiści" wobec siebie
                    i swoich bliskich?

                    > Myślę, że odchylenia od właściwej postawy mogą być dwojakie:
                    >
                    > 1) z jednej strony pogardzanie, brak szacunku, dokuczanie tym
                    > katolikom, którzy żyją bez ślubu kościelnego. Będę się temu
                    > sprzeciwiał. (I myślę, że większość uczestników tego forum nie
                    > popiera takiej postawy) Niewierzącym z tego powodu chyba nikt nie
                    > dokucza? Bo to dla wszystkich oczywiste, że będą mieli ślub w USC.
                    > Dziwiliby się, gdyby był ślub w kościele osoby niewierzącej.

                    Myśle, ze ocena grzeszności związku i nakaz kilku "uczynków miłosiernych co do
                    duszy" może być czasem furtką dla postawy oceniajaco-napominajacej, której nie
                    popierasz.
                    A niewierzący? Niejako "z automatu" są oceniani negatywnie ("grzech - odejście
                    od Boga - grzeszny związek, grzeszne zycie"). Wszystko grzechy ciężkiego
                    kalibru. Efekt - ta postępująca laicyzacja, o której pisze Nati i ktorej sie
                    sprzeciwa.

                    > 2) Z drugiej umniejszanie znaczenia ślubu kościelnego i cywilnego,
                    > zarówno w głoszonych poglądach, jak i w praktycznym działaniu, co
                    > burzy ład moralny w społeczeństwie i rykoszetem uderza w prawdziwe z
                    > katolickiego punktu widzenia rodziny. Temu też się sprzeciwiam.

                    Trochę tego nie rozumiem. Moze dlatego, ze przy moim podejściu "papier i inne
                    otoczki nie sa wazne wobec tego, co sie tak naprawde dzieje pomiędzy dwójka
                    ludzi" i jednoczesnie silnym poczuciu, ze wzajemna bliskoś rodzinna jest
                    wartością bardzo dużą, trudno mi zrozumieć, jak podejście kogoś innego miałoby
                    umniejszyć znaczenie rodziny.
                    Natomiast rozumiem, że inaczej rozumiemy "ład moralny w społeczeństwie".

                    > Jestem człowiekiem środka. Może boisz się wprowadzenia państwa
                    > wyznaniowego? Tym niektóre media i niektórzy politycy straszyli
                    > przez całe lata. Nie widzę takiego zagrożenia w tej chwili.

                    Nie. Tego się nie boję. Boje sie polaryzacji poglądów w każdą strone, bo według
                    mnie to jest największe zagrożenie dla współistnienia w państwie róznych opcji
                    światopoglądowych. Niechętnie patrze na głoszenie "jedynie słusznej wizji
                    świata" - poza wizją "świat jest na tyle pojemny, ze pomiescimy sie na nim wszysy"

                    > W tym poście chyba z dziesięć razy zaznaczałem, że to wszystko o
                    > czym piszę, to są moje poglądy, człowieka wierzącego. Jedenasty raz
                    > gdzieś mi umknął i nie napisałem "pewna hierarchia związków według
                    > mnie", lecz „hierarchia związków”. I od razu Twoja reakcja. To
                    > jakieś przesadne uwrażliwienie, przyznasz?

                    smile tak, jestem na to wyczulona smile) Najczęsciej odczytuję taki komunikat "to
                    jest moja wizja hierarchii związkow i ona jest najlepsza dla wszystkich"

                    > Poza tym przecież nawet
                    > teoretycznie, skoro wiesz, że jestem katolikiem, to będę wyznawcą
                    > przedstawionej hierarchii związków To łatwo przewidzieć. Nie
                    > wypowiadam się na forum muzułmańskim, czy młodych aktywistów SLD,
                    > abym miał się przy każdym słowie miarkować. Jestem wśród swoich,
                    > którym nie trzeba tłumaczyć spraw oczywistych. Wtedy można się
                    > zagłębiać w sprawy mniej oczywiste.smile))

                    No z tym "zagłębianiem sie w sprawy mniej oczywiste" idzie mi w tym wątku
                    wyjątkowo trudno, bo własnie na nich chce się skupić, a wychodzi, ze skupiam się
                    na czym innym. Oczywiste jest dla mnie to, ze dla ludzi wierzacych bedzie
                    istniala hierarchia związków i beda dożyły do realizacji swoich związków zgodnie
                    z tą hierarchią. Nati zakładajac ten watek dała wyraz niechęci "zlaicyzowania"
                    obyczajowości. Ja z kolei stoję na stanowisku, że hierarchii nie ma. Albo
                    inaczej - mozemy mówic o rodzinach zapewniającym komfort psychiczny ludziom,
                    którzy je tworzą lub o rodzinach nie zapewniających takiego poczucia bliskości,
                    przynalezności i bezpieczeństwa. To, czy te podstawowe własciwości rodziny
                    realizuja sie w związku sakramentalnym, czy niesakramentalnym dla mnie ma
                    znaczenie drugorzedne. I myśle, ze takie patrzenie jest bliskie i osobom
                    niewierzącym, ale tez wielu wierzacym.


                • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 13:44
                  maika7 napisała:
                  >
                  > Nie. Myślę, że ująłeś sedno moich obaw (i mojej obecności w tym wątku) w opisie
                  > reakcji na związek Twojej Mamy. Ja sie po prostu boję takiego patrzenia na
                  > ludzi, jaki prezentowały Panie wokół Twojej Mamy.

                  No tak, bo są ludzie i dobrzy i źli. Tego się nie dostaje w prezencie wraz ze
                  chrztem.
                  Myślę, że masz Maiko przed oczami sytuację w jakiś sposób idealną. Piękna, młoda
                  para dostaje w prezencie ślubnym drogocenny serwis. Ma wspaniały kredens,
                  odziedziczone mieszkanie, pochodzi z bogatej , dobrej rodziny, która ją
                  obchodzenia się z drogocennymi rzeczami nauczyła... Pozostaje tylko sama duma i
                  radość ( "i żyli długo i szczęśliwie") Tylko coś państwu młodym tej miłości ( do
                  bliźniego) zabrakło, skoro pogardzają innymi, których na serwis nie stać ani go
                  nie dostali... Nawet Ci, którzy dostali go w prezencie razem z domem, którzy nie
                  mają pojęcia, że można z musztardówek pić ( nie dla zabawy, ale na co dzień)
                  muszą poczuć żal i współczucie, a jeśli są serdecznie ugoszczeni dobrą kawą i ze
                  szklanki - zwykłą sympatię, jeśli mają serce.
                  To nie samo posiadanie lub nieposiadanie porcelany czyni sympatię między ludźmi
                  niemożliwą. To brak miłości, a według chrześcijan nieprzestrzeganie
                  najważniejszego z przykazań.

                  Sytuacja z porcelaną rzadko bywa idealna. Dlatego to porównanie tak mi odpowiada
                  ( genialne, Otrycie)- ale bić się o nie nie będę, bo to nie dogmat, tylko zabawa
                  z wyobraźnią.
                  Czasem nie można dostać w prezencie takiego serwisu... Trzeba na niego
                  zapracować. Trochę się człowiek boi, czy starczy mu cierpliwości i sił...
                  Wreszcie go ma. Ale... co z nim zrobić ? Nie ma pięknego kredensu i z jednej
                  strony cieszy się bardzo, a z drugiej wie, jaka to odpowiedzialność. Ile pracy.
                  A kawę i tak trzeba doń zaparzyć. Wypija się ją codziennie i następnego dnia
                  trzeba podjąć ten sam trud.I może się nie udać. A na koniec padnie pytanie, co
                  się z nim, tym serwisem, zrobiło...


                  > Nie o oszukiwanie się idzie, tylko o powiedzenie sobie "pewna hierarchia
                  > związków według mnie".

                  Każdy pisze pod swoim nickiem. Jednocześnie jednak Bóg to nie jest Ktoś, kto
                  istnieje tylko w nas, " we mnie". Jest On rzeczywistością obiektywną, jak nieraz
                  pisaliśmy smile Dla wierzącego, więc hierarchia czegokolwiek, która od Niego
                  pochodzi, nie istnieje tylko "w nim" czy " dla niego". Nie musi więc za każdym
                  razem tego zaznaczać, jeżeli wiadome jest, że jest wierzący ( tak się tu Otryt
                  przedstawiał). Natomiast oczywiście Ty, jako niewierząca, nie uznajesz tego za
                  rzeczywistość obiektywną i rozumiemy, że " hierarchia według Ciebie" może
                  wyglądać inaczej.Zapewne myślisz też za każdym razem" hierarcha związków według
                  Otryta czy Mader wygląda tak i tak" ( lub szerzej " według katolika").
                  Prawda jest taka, że jeżeli porozumiewamy się między sobą, mając ,
                  zakładając,wspólną hierarchię, pewne porównania mogą nam to porozumienie
                  uprościć, rozjaśnić naszą sytuację, wesprzeć w trudnych chwilach smile
                  Nie niepokój się, ono nie jest oficjalnie uznane w żadnym kościele smile
                  • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 15:09
                    >No tak, bo są ludzie i dobrzy i źli.

                    To nawet niekoniecznie muszą być źli ludzie, którzy dokuczają,
                    pogardzają. Oni nie potrafią się wczuć w trudną sytuację drugiej
                    osoby, nawet bliskiej. Czasem nawet wtedy, gdy sami kiedyś
                    doświadczyli podobnych rzeczy. Pogardzają ludzie z kompleksami,
                    słabi, często bez żadnych dokonań. Choć przez moment mogą czuć się
                    dobrze, gdy widzą, że są „lepszymi katolikami” niż ich bliźni,
                    którzy się rozwodzą albo żyją bez ślubu. Chociaż w tym są „lepsi” od
                    innych, więc się tego kurczowo trzymają. Jeśli ich dowartościować,
                    łagodzą ten kurczowy uścisk. A to przecież miłość jest
                    najważniejszym miernikiem. Jeśli w otoczeniu Majki jest sporo takich
                    osób, nie dziwią jej obawy.

                    >Tylko coś państwu młodym tej miłości ( do bliźniego)
                    >zabrakło, skoro pogardzają innymi, których na serwis
                    >nie stać ani go nie dostali.

                    Różne są domy. Ciepłe i zimne, z filiżankami i musztardówkami.
                    Wszystkie możliwe kombinacje. Szczególnie odrażający jest zimny
                    model z filiżankami. Być może na taki model jest uczulona Majka. W
                    moim odczuciu, znacznie gorszy od zimnego modelu z musztardówkami,
                    bo obłudą czuć na kilometr. Filiżanki pieczołowicie kolekcjonowane
                    od pokoleń, ważniejsze od człowieka z którym dzieli się życie. Chłód
                    muzeum z portretami przodków na ścianach. Gdy goście przychodzą,
                    niby razem, ale osobno, fałszywe uśmiechy i uprzejmości. Rozmowa się
                    nie klei.

                    >cryingnie dla zabawy, ale na co dzień)

                    Widzisz takie zabawy. Cóż one mogą znaczyć? Mnie to w jakiś sposób
                    irytuje, jako szczególnie wyrafinowana forma fałszu. Praktykowana
                    przez ludzi uważających się za elity.
                  • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 13.02.09, 09:30
                    mader1 napisała:


                    > No tak, bo są ludzie i dobrzy i źli. Tego się nie dostaje w prezencie wraz ze
                    > chrztem.
                    > Myślę, że masz Maiko przed oczami sytuację w jakiś sposób idealną [.....] To
                    nie samo posiadanie lub nieposiadanie porcelany czyni sympatię między ludźmi
                    > niemożliwą. To brak miłości, a według chrześcijan nieprzestrzeganie
                    > najważniejszego z przykazań.

                    Raczej odczytywalam, że to "porcelanowcy" prezentują pewien ideał, ktory dość
                    słabo przystaje do życia smile) Ze dożanie do "zsakramentalizowania" przysłania
                    przykazanie o miłosci. Chyba dobrze, ze Otryt podal ten życiowy przykład. Po
                    prostu myśle, ze postawa osób wtrącających się w nieformalny związek Mamy Otryta
                    mogła wręcz zburzyć, to, co było miedzy Mamą Otryta, a Jej nowym Partnerem.
                    To, co było okazało się silniejsze. Na szczęscie. Tak samo, jak te 35 lat w
                    związku cywilnym Pana i Pani z mojego przykładu. Gdyby pierwsza żona Pana nie
                    zmarła wczesniej od niego, gdyby nie znaleźli pomocy w załatwieniu formalności
                    ślubnych, pewnie nie zdązyliby być już ze soba w związku sakramentalnym. Co by
                    to zmieniło?

                    [...] Natomiast oczywiście Ty, jako niewierząca, nie uznajesz tego za
                    > rzeczywistość obiektywną i rozumiemy, że " hierarchia według Ciebie" może
                    > wyglądać inaczej.Zapewne myślisz też za każdym razem" hierarcha związków według
                    > Otryta czy Mader wygląda tak i tak" ( lub szerzej " według katolika").
                    > Prawda jest taka, że jeżeli porozumiewamy się między sobą, mając ,
                    > zakładając,wspólną hierarchię, pewne porównania mogą nam to porozumienie
                    > uprościć, rozjaśnić naszą sytuację, wesprzeć w trudnych chwilach smile
                    > Nie niepokój się, ono nie jest oficjalnie uznane w żadnym kościele smile


                    smile) może nieco jasniej napisałam o sposobie patrzenia na hierarichię w poście
                    do Otryta. Trudno sie nie niepokoic czytając to, co pisze Nati czasami smile
                    • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 13.02.09, 11:09
                      To jednak bardzo dziwne, że rozmawiamy tak bardzo długo na temat porównania,
                      które w rzeczywistości o niczym nie przesądza, nie uważasz ?
                      Zwłaszcza, że jak napisałaś, nie jest ważne dla Ciebie z czego pijesz ? Aby
                      tylko była w tym naczyniu dobra kawa.
                      Dla mnie porównanie Otryta jest świetne i bardzo przystające, ale może nie
                      rozumiem tego poruszenia właśnie dlatego, że najlepszą kawę piję w sobotę rano ,
                      jeszcze w łóżku, zrobioną przez męża z niedrogich filiżanek, ale dla nas
                      najdroższych , bo kupionych przez córkę właśnie w tym celu ( są tylko dwie)...
                      Może dlatego to porównanie , choć mi "pasuje", nie budzi we mnie aż takich
                      emocji, bo wiem, że kawa potrafi smakować z różnych filiżanek wink)))))
                      Mój mąż usłyszawszy, jaka to rozmowa pochłania mi tyle czasu, zaśmiał się i
                      zapytał " A pamiętasz, jak smakowała Ci kawa z plastikowego kubka na Szczelińcu
                      ?" wink))))

                      Wiesz , każdy ma swoje obawy. Każdy związek spotyka na swojej drodze różne
                      niebezpieczeństwa. Ty masz obawy o swoich bliskich, ja mogę mieć swoje obawy.
                      Żyjemy nie tylko obok siebie, żyjemy razem.

                      . Chyba dobrze, ze Otryt podal ten życiowy przykład. Po
                      > prostu myśle, ze postawa osób wtrącających się w nieformalny związek Mamy Otryt
                      > a
                      > mogła wręcz zburzyć, to, co było miedzy Mamą Otryta, a Jej nowym Partnerem.

                      To było skandaliczne. Ale równie skandaliczne było, rozumiem , w specyficznym
                      dość środowisku, nabijanie się przez kolegów w średnim wieku z naszego
                      znajomego, że ciągle trwa w związku z kobietą, która im nie wydawała się
                      atrakcyjna. Nie byli gołosłowni, oni już wymienili partnerki na "
                      atrakcyjniejsze".Ustalanie tak spotkań, żeby ona nie mogła sie zjawić,
                      zabieranie męża na męskie imprezy i podsyłanie mu zainteresowanych nim
                      koleżanek... To tez się dzieje.

                      Wiesz, Maiko, ja myślę, ze nie ma sensu długo się nad porównaniami zatrzymywać.

                      >
                      > Raczej odczytywalam, że to "porcelanowcy" prezentują pewien ideał, ktory dość
                      > słabo przystaje do życia smile) Ze dożanie do "zsakramentalizowania" przysłania
                      > przykazanie o miłosci.
                      • maika7 Re: Filiżanka czy musztardówka? 13.02.09, 11:46
                        mader1 napisała:

                        > To jednak bardzo dziwne, że rozmawiamy tak bardzo długo na temat porównania,
                        > które w rzeczywistości o niczym nie przesądza, nie uważasz ?
                        > Zwłaszcza, że jak napisałaś, nie jest ważne dla Ciebie z czego pijesz ? Aby
                        > tylko była w tym naczyniu dobra kawa.

                        No pewnie dlatego, ze zrozumialam, ze filizanka wazniejsza jest od kawy, jak
                        Otryt po raz pierwszy napisal o tych... naczyniach.


                        > Dla mnie porównanie Otryta jest świetne i bardzo przystające, ale może nie
                        > rozumiem tego poruszenia właśnie dlatego, że najlepszą kawę piję w sobotę rano
                        > ,
                        > jeszcze w łóżku, zrobioną przez męża z niedrogich filiżanek, ale dla nas
                        > najdroższych , bo kupionych przez córkę właśnie w tym celu ( są tylko dwie)...
                        > Może dlatego to porównanie , choć mi "pasuje", nie budzi we mnie aż takich
                        > emocji, bo wiem, że kawa potrafi smakować z różnych filiżanek wink)))))
                        > Mój mąż usłyszawszy, jaka to rozmowa pochłania mi tyle czasu, zaśmiał się i
                        > zapytał " A pamiętasz, jak smakowała Ci kawa z plastikowego kubka na Szczelińcu
                        > ?" wink))))

                        smile)

                        > Wiesz , każdy ma swoje obawy. Każdy związek spotyka na swojej drodze różne
                        > niebezpieczeństwa. Ty masz obawy o swoich bliskich, ja mogę mieć swoje obawy.
                        > Żyjemy nie tylko obok siebie, żyjemy razem.

                        O tym za moment niżej smile


                        > To było skandaliczne. Ale równie skandaliczne było, rozumiem , w specyficznym
                        > dość środowisku, nabijanie się przez kolegów w średnim wieku z naszego
                        > znajomego, że ciągle trwa w związku z kobietą, która im nie wydawała się
                        > atrakcyjna. Nie byli gołosłowni, oni już wymienili partnerki na "
                        > atrakcyjniejsze".Ustalanie tak spotkań, żeby ona nie mogła sie zjawić,
                        > zabieranie męża na męskie imprezy i podsyłanie mu zainteresowanych nim
                        > koleżanek... To tez się dzieje.

                        No własnie o to mi idzie - żeby szanować ludzkie wybory, nawet jesli nie
                        przystają do naszych. Do naszych wartości i hierarchii też.
                        A swoją drogą "zabieranie męża na męskie imprezy" - pakunek jakiś z tego męża
                        czy co??? smile))
                        A propos... jednej z moich koleżanek sporo czasu zajęła akceptacja.... szwagra.
                        Według Koleżanki absolutnie nie nadawal się na męża Siostry. Siostra miala z
                        Koleżanką trzy światy. Szwagier też. Kolezanka kochająca Siostre bardzo. Po
                        latach dojrzała do wniosku, ze nie jest wazne, jak Ona widzi związaek Siostry,
                        tylko, jak sama Siostra go widzi i czy chce byc z tym "burakiem" (określenie
                        Kolezanki). Odetchneli wszyscy z ulga smile))


                        > Wiesz, Maiko, ja myślę, ze nie ma sensu długo się nad porównaniami zatrzymywać.

                        smile no to zabieram się powazniej do pracy smile

              • verdana Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 15:38
                Biorac pod uwage, ze uwazasz zwiazek sakramentalny zawsze za lepszy,
                czy moglbys mi wytlumaczyć wobec tego pewna sprzeczność.
                mój mąż zyje ze mna w zwiazku sakramentalny, Ja z mężem - w
                niesakramentalnym. Jego związek zatem jest lepszy niż moj, z czego
                wynkia jednoznacznie, ze ja jestem dla niego lepszą żona, niz on dla
                mnie mężem. Bo ja jestem niewierzaca, a on wierzacy...
                Jak mozesz mi to wytlumaczyc?
                • otryt Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 16:02
                  Rozłożyłaś mnie na łopatki, Verdanosmile Serce mi podpowiada, że
                  zarówno Twój, jak i Twojego męża związek są identyczne, bo to
                  przecież jeden związek. Jesteście wyjątkowi. Wyjątek jednak nie może
                  stanowić o regule. Zajrzę do Księgi Ruth, może tam znajdę jakąś
                  odpowiedź.smile))
                  • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 16:10

                    > Rozłożyłaś mnie na łopatki, Verdanosmile

                    Otrycie smile)))))
                • mader1 Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 16:17
                  verdana napisała:

                  > Biorac pod uwage, ze uwazasz zwiazek sakramentalny zawsze za lepszy,
                  > czy moglbys mi wytlumaczyć wobec tego pewna sprzeczność.
                  > mój mąż zyje ze mna w zwiazku sakramentalny, Ja z mężem - w
                  > niesakramentalnym. Jego związek zatem jest lepszy niż moj, z czego
                  > wynkia jednoznacznie, ze ja jestem dla niego lepszą żona, niz on dla
                  > mnie mężem. Bo ja jestem niewierzaca, a on wierzacy...
                  > Jak mozesz mi to wytlumaczyc?

                  A ja, ja mogę ? A... smile))) to proste Verdano smile)))))
                  Twój mąż ma to, co najlepsze dla niego - najlepszą żonę i najlepszy z możliwych
                  związek smile))) Ty też masz to, co najlepsze, bo dla Ciebie ( " według Twojej
                  hierarchii") nie stanowi to problemu - każdy związek, jeżeli jest wypełniony
                  miłością jest taki sam, najlepszy smile))) a mąż Cię bardzo kocha smile
                • isma Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 18:22
                  Yyyh, nie mam pewnosci, czy akurat w sakramentalnym, bos Ty jest nieochrzczona.
                  Ale niewatpliwie zakladajacym wylacznosc i nierozerwalnosc (no, to ostatnie
                  przynajmniej ze strony meza - nie wiem, jak z Twojej wink)).
                  Co sluszne i zbawienne ze wszech miar jest, a co Mader juz detalicznie wylozyla
                  wink)).
                  • verdana Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 23:06
                    No zaraz - bralismy slub za dyspensą, w Kosciele. Jesli dla mego
                    męża zatem nie był to sakrament, to co????
                    Nie mowąc juz o tym, ze znajoma mi para przeprowadzała uniewaznienie
                    takiego małżenstwa koscielnego, a jesli nie było sakramentu, to co
                    uniewazniac ma Kosciół?
                    • a_weasley Re: Filiżanka czy musztardówka? 11.02.09, 14:22
                      Verdana napisała:

                      > jesli nie było sakramentu, to co
                      > uniewazniac ma Kosciół?

                      Na pewno nie sakrament, bo nie ma czegoś takiego jak unieważnienie
                      sakramentu. Było to na tym forum wielokrotnie tłumaczone.
                      • verdana Re: Filiżanka czy musztardówka? 11.02.09, 19:01
                        No tak - bo jak uniewaniono, to znaczy, ze sakrament nie został
                        udzielony... Ale jak go zwał, tak go zwał - co zatem uniewaznia w
                        takim wypadku kosciół?
                        • mader1 Powtórka... 12.02.09, 09:31
                          Już zastanawialiśmy się zbiorowo nad Twoim małżeństwem, Verdano smile
                          To bardzo interesujący przypadek, ale Ty mądra jesteś i jak sobie przypomnisz,
                          wszystko stanie się dla Ciebie jaśniejsze wink
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=36157377&a=36157377
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=36157377&a=36159461
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=36157377&a=36167996
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=36157377&a=36205096
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=36157377&a=36209019

                          Ale jak go zwał, tak go zwał - co zatem uniewaznia w
                          > takim wypadku kosciół?

                          no widzisz, jednak jest ważne," jak go zwał", bo to od razu porządkuje myślenie.
                          Jeżeli małżeństwo zawarte jest z zachowaniem wszystkich form, w obecności
                          świadków - zewnętrznie nie różni się od sakramentalnego. Dla zwykłego porządku
                          prawnego sąd stwierdza, że małżeństwo nie było sakramentem.( Nie unieważnia, bo
                          nie mógłby unieważnić coś, czego od początku w tej sytuacji nie było) Stwierdza
                          czy potwierdza na piśmie, że to nie był sakrament. by można było dalej działać.
                • minerwamcg Re: Filiżanka czy musztardówka? 10.02.09, 18:45
                  No cóż, lepszy o tyle, że generalnie lepiej jest być człowiekiem
                  wierzącym, niż niewierzącym. Między innymi dlatego, że w swoim
                  związku można odwoływać się do Boga, co zawsze jest pożyteczne a
                  nawet bardzo pożyteczne.
        • a_weasley Re: Filiżanka czy musztardówka? 02.02.09, 19:18
          Maika7 napisała:

          > jednych stac na porcelanę, innych
          > na fajans, a jeszcze innych na
          > musztradówki -

          Piękne. Tylko niskosensowne, zważywszy, że tutaj nie koszty stoją na przeszkodzie.

          > ktoś jest gorszy albo lepszy?

          No nie, skąd.
          Nikt nie jest lepszy od nikogo, a tylko Najwyższa Rada Najwyższego Związku
          Najwyższych Społeczeństw jest lepsza od wszystkich.
          Chyba, że NR NZNS postanowi, że ktoś jest lepszy od kogoś innego do odwołania.

          > Autentyczną miłośc można znaleźć w różnych
          > "konfiguracjach miedzyludzkich".

          Tutaj jednak to, czy jeden plus jeden to dwa, czy też, jak pisze x. Twardowski,
          "trzy, bo gdzie dwoje, tam musi być i Pan Jezus", niektórym robi różnicę.
    • ewa_anna2 narzeczony 29.01.09, 16:36
      tak znajoma mówi na swojego faceta, mieszka w jednym z krajów unii.
      Mniejsza z tym, w jakim. Na ślub się nie zanosi, bo to 100 euro od
      osoby mniej więcej. Kiedyś, w Polsce gorliwa katoliczka. spólnota.
      Rekolekcje. Nie wiem, na ile zmieniłoby mnie mieszkanie w UK,
      Francji, Niemczech, czy Holandii... Mam nadzieję, że wytrwałabym,
      choć to pewnie b. trudne.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka