Dodaj do ulubionych

Autor - pracownik FSB

27.10.25, 19:20
W dzisiejszym Onecie zamieszczony jest niezwykle ciekawy artykuł spisany ręką byłęgo pracownika rosyjskiej FSB
W wielu punktach opowieść ta obala rosyjską narrację prezentowaną także w naszym gronie .A tu -wszystko od środka , z pierwszej ręki.

<<Struktura Służby Drugiej wygląda następująco: na czele stoi generał armii Aleksiej Siemionowicz Siedow, ma pierwszego zastępcę w randze generał pułkownika. Niższy szczebel to cztery kluczowe zarządy: Zarząd Ochrony Ładu Konstytucyjnego (UZKS), Zarząd Operacyjno-Śledczy (ORU), Zarząd Organizacyjno-Operacyjny (OOU) oraz Zarząd Zwalczania Terroryzmu (UBT). Oprócz tego istnieje filia "Dwójki" w Piatigorsku (tzw. obiekt Maszuk) — tam odpowiednikami urzędów są wydziały. Ponadto jest służba administracyjna z sekretariatem zapewniająca obieg dokumentów, czyli to co stanowi podstawę codziennego działania.
Siedow miał gabinet na Łubiance [w dawnej siedzibie FSB], ale w praktyce prawie z niego nie korzystał. Tylko to łączyło nas z budynkiem głównym. Pracowaliśmy w całkiem innym miejscu, w wieżowcu przy Prospekcie Wiernadskiego 12, budynek nr 4. Budynek ma 24 piętra plus kondygnacje techniczne. Niższe piętra należą do jednostki specjalnej FSB "Alfa", ponad nimi znalazły się sekretariat i rozproszone poszczególne urzędy.
Ja pracowałem na 20. piętrze. Ze znanych osób w pobliżu mnie był Igor Girkin (Striełkow). Pracował w dziale zajmującym się sprawami czeczeńskimi i ekstremizmem islamskim. Jego gabinet znajdował się o jeden lub dwa pokoje od mojego. Oczywiście spotykaliśmy się na korytarzach. To człowiek dość specyficzny. Na ścianie gabinetu zawiesił szablę kozacką. Początkowo trafiłem do czwartego wydziału UZKS do Siergieja Szarawanjanca. Zgodnie z wstępnymi ustaleniami miałem zostać agentem przypisanym do Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. Łomonosowa.
Tej największej uczelni, kształcącej tysiące studentów, służby bezpieczeństwa poświęcają szczególną uwagę. Są tam zatrudnieni oficerowie kadrowi Służby Drugiej. Zajmują stanowiska w strukturze uniwersyteckiej, zazwyczaj jako prorektorzy ds. współpracy ze studentami zagranicznymi lub pełnią funkcje administracyjne, w zależności od specyfiki miejsca. Ich zadaniem jest zbieranie informacji wewnątrz uczelni, wyszukiwanie studentów rokujących możliwość późniejszego werbunku, pilnowanie, aby wyniki badań naukowych nie wyciekały za granicę.
W zasadzie jest to cały zakres pracy operacyjnej — od kontrwywiadu po rekrutację, przy założeniu, że niektórzy ze studentów z czasem zostaną przywódcami politycznymi lub osobami prominentnymi w kraju. Obecnie główny nacisk kładzie się na uniemożliwienie dostępu do edukacji na uczelni ludziom zorientowanym na "wartości europejskie".
Przykładowo podczas przeszukania przy Prospekcie Nachimowskim 27, w budynku nr 4. FSB znalazła u dwóch kobiet jakieś broszury. Pracownicy rozcięli drzwi do ich mieszkania piłą łańcuchową, wybuchł pożar. Kiedy jedna z nich próbowała otworzyć drzwi, pracownik FSB z piłą wrzasnął: "odp*****l się, babsztylu! Trzeba było wcześniej otwierać!". Wszędzie dym, krzyki, chaos. Spodziewałem się zobaczyć bojowników lub przynajmniej silnych, wysportowanych facetów, ale były tam tylko dwie przerażone kobiety. To było dla mnie szokujące.

Dlatego decyzja o odejściu od Szamenkowa nie była związana z nim osobiście, ale z charakterem pracy. Chociaż z nim też nie układało mi się dobrze. Czytałem o nim, że to "państwowiec", człowiek o wysokich zasadach moralnych. Nie zgadzam się z tym. On nie lubił mnie i ja też go nie lubiłem, ponieważ wielokrotnie zlecał mi, żebym woził jego krewnych do szpitali i do przychodni przeciwgruźliczych. Uważałem, że powinienem zajmować się pracą, a nie przewozami osób prywatnych. Myślę, że wyznaczał mi takie obowiązki dlatego, że w 2009 r. jeździłem autem Infiniti FX. W tamtym czasie nie był to jakoś szczególnie drogi samochód, ale spośród pojazdów należących do pracowników wydziału był chyba najlepszy
Szef Dwójki Aleksiej Siedow ma, o ile mi wiadomo, bezpośredni kontakt telefoniczny z Władimirem Putinem. Kiedy Siedow objął kierownictwo w 2006 r., miał stopień generał majora. Niezwykle szybko piął się po szczeblach kariery — w ciągu zaledwie kilku lat został generałem armii. To rzadkość nawet wśród dyrektorów FSB, a Siedow formalnie nie był nawet wicedyrektorem.

Zawsze przychodził do pracy koło godziny 10.00 i wychodził dopiero po dyrektorze, około 21.00 lub 22.00. Dosłownie żył pracą, rodzina to dla niego sprawa raczej drugorzędna. Ale bardzo lubił tenis i pływanie. Jak na siedemdziesięciolatka miał imponującą kondycję fizyczną
Moje kontakty z nim ograniczały się do składania raportów dotyczących informacji bieżących. W gabinecie miałem na biurku osobny telefon bez klawiatury, linię do kontaktów tylko z generałem. Kiedy dzwonił, nigdy się nie witał. Zawsze rzucał tylko: "tu Siedow". Miał niski, dudniący głos. Mówił bardzo oschle. Jest bardzo surowym człowiekiem. Kiedyś była taka sytuacja: w Dagestanie zastrzelono bojownika, więc próbowałem dodzwonić się do generała do domu, by przekazać mu informacje. Bezskutecznie. Napisałem więc notatkę i zostawiłem w recepcji Siedowa, aby przekazano ją szefowi. Ale jej pracownicy bali się go i zatrzymali dokument. Po pewnym czasie dzwoni u mnie telefon i słyszę: "po jakiego ch**a ty tam siedzisz?". Generał nigdy nie obraził mnie osobiście, ale jego sposób komunikowania się był nieodpowiedni dla oficera, a tym bardziej generała.
Próbowałem wyjaśnić, powiedziałem, że telefonowałem domu, a potem przekazałem informację. W odpowiedzi usłyszałem: "dlaczego, ku**a, zasłaniasz się papierkiem?". Nie byłem przyzwyczajony do takiego stylu. Jedyne, co mogłem zrobić, to odpowiedzieć powściągliwie. "Aleksieju Siemionowiczu, to nie moja wina, że recepcja pana generała boi się przekazywać panu dokumenty" — powiedziałem. W odpowiedzi usłyszałem krzyki, więc odłożyłem słuchawkę. Po pięciu minutach wpadł do mnie szef służby administracyjnej, mimo że pracowałem na 14. piętrze, a on na 9. Ale w końcu wszystko się wyjaśniło. Nie spotkała mnie żadna kara, ale Siedow nie uznał też za stosowne przeprosić.
Słyszałem także, że kiedyś podczas posiedzenia komitetu wyzywał wulgarnie wiceministra. Groził, że "wsadzi go do więzienia", przypominał mu o domu za granicą. Tak, bez wątpienia Siedow, potrafi zachowywać się po chamsku. Generał jest bardzo bogatym człowiekiem. Przynajmniej w tamtym okresie było to widoczne na każdym kroku. Często przyjeżdżał do pracy prywatnym luksusowym samochodem terenowym, nowym Mercedesem-Benz Klasy G. Jego pojazdem służbowym był opancerzony Mercedes-Benz Klasy S W222, w owym czasie najnowszy model. Miał też kierowcę, uzbrojonego oficera FSB
Pamiętam, że to my, pracownicy, składaliśmy się na umeblowanie nowego gabinetu Siedowa — wypłacano nam premie, które natychmiast zwracaliśmy, formalnie dobrowolnie. O ile mi wiadomo, praktyka ta utrzymała się również po moim odejściu w 2015 r.

Mając świadomość jego wpływów, wielu pracowników Służby Drugiej starało się mu przypodobać. Pamiętam, że kiedy Siedow złamał nogę w wypadku samochodowym, gdy spieszył się na koncert Eltona Johna w Moskwie, zastępca szefa służby administracyjnej (a później jej szef) Igor Czurubrow osobiście witał go przy wejściu i odśnieżał chodnik, aby nie poślizgnął się na śniegu.
Samochód z migającym "kogutem" na dachu, przypisany do Czurubrowa jako pracownika służby administracyjnej, woził w sprawach prywatnych również żonę Siedowa, co było, delikatnie mówiąc, niezgodne z przepisami. Potem, kiedy Czurubrow zdefraudował pieniądze, Siedow nie pozwolił go wsadzić do więzienia. Obecnie pracuje w centrum sportowym i oświatowym Sambo-70.
Protesty na Placu Błotnym [w latach 2011-2012] nie tyle przestraszyły władzę, ile wywołały raczej jej zdziwienie tym, że tak wiele osób było gotowych wyjść na ulice i otwarcie wyrazić swój sprzeciw. To było nieoczekiwane. Niektórzy pracownicy sympatyzowali z protestującymi. Ja też
Obserwuj wątek
    • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 27.10.25, 19:27
      do nich należąłem.
      W samej Służbie przeprowadzono reorganizację. W miejsce sześciu wydziałów powstało 13. Pracownikom przydzielono węższe obszary odpowiedzialności, aby mogli głębiej zająć się swoją częścią pracy. Po protestach nasilono inwigilację opozycjonistów i obserwacją operacyjną objęto większą liczbę osób. Starano się wykrywać te, które były w stanie szybko zorganizować masowe zgromadzenie ludzi.
      Śledzono wszystkich, którzy mają związek z działalnością opozycyjną, nawet Ksenię Sobczak. Sam przyjmowałem raporty jej dotyczące. Ja nie uważam Kseni Sobczak za opozycjonistkę, bo "nie może złe drzewo wydać dobrych owoców". Nasze służby obserwowały, jak się przemieszcza. Jeśli kupiła bilet na pociąg lub samolot, Dwójka od razu o tym wiedziała. Najprawdopodobniej jej telefony były podsłuchiwane, ale wątpię, żeby agenci śledzili ją przez całą dobę. W przypadku Sobczak sytuacja jest szczególna, bo ma ona bezpośrednie powiązania z władzą, nie jest szeregową działaczką opozycyjną. Dlatego materiały zebrane na jej temat były raczej "archiwizowane" niż wykorzystywane.

      Inaczej wygląda sytuacja w przypadku liderów opozycyjnych będących poza kontrolą Kremla. Ludzie tacy jak Aleksiej Nawalny, Władimir Kara-Murza byli poddani naprawdę ścisłej obserwacji, co oznaczało między innymi stałą fizyczną obecność agentów w pobliżu nich i ich ciągłe śledzenie. Bo telefon osoby obserwowanej ujawni tylko punkt na mapie, ale nie pokaże szczegółów. Widać wprawdzie, że osoba obserwowana weszła do budynku, ale już nie wiadomo, na które piętro i z kim się spotkała. Telefon pokaże, że zatrzymała się na dwie minuty — ale co się wtedy wydarzyło?
      Może przekazano jej dokumenty lub pieniądze, a może to ona coś przekazała. Myślę, że Borys Niemcow również był pod ścisła obserwacją. Ale, jak widać, nie przeszkodziło to w usunięciu go. Osobiście jestem przekonany, że funkcjonariusze Dwójki nie mieli nic wspólnego z jego zabójstwem. Zasadniczo FSB stara się działać innymi metodami. Kiedy ktoś ma dziurę w głowie, to oczywiste, że został zastrzelony, nie ma innych opcji. A kiedy mowa o otruciu, zwłaszcza jeśli nie znaleziono trucizny, to powstaje miejsce na wątpliwości. Niektórzy wierzą, że człowiek został otruty, inni uważają, że zmarł bez udziału osób trzecich. Pojawia się pole do interpretacji
      W dniu zabójstwa Niemcowa kilkakrotnie informowałem o tym Siedowa. Wieczorem zadzwoniłem do niego na daczę. Gdy podniósł słuchawkę, powiedziałem: "Aleksieju Siemionowiczu, na Dużym Moście Moskworieckim zabito Niemcowa". W słuchawce usłyszałem: "jesteś pewien?". "Tak, jestem. Sprawdziłem w zarządzie moskiewskim. Potwierdzają. Otrzymałem raport dyżurnego FSB: Niemcow został zabity" — powiedziałem. Jeszcze kilka razy zapytał, czy na pewno.

      Sądzę, że gdyby wiedział o planowanym zabójstwie, zachowałby się inaczej. Zazwyczaj każdy mój raport, nawet ten szczególnie ważny, kwitował krótkim: "rozumiem, dziękuję". I odkładał słuchawkę. A tutaj wyraźnie był zaskoczony. Czy daje to gwarancję, że nic nie wiedział o zamierzanym morderstwie? Nie. Ale uważam, że istniało bardzo małe prawdopodobieństwo, by był o tym uprzedzony.
      FSB preferuje eliminowanie przeciwników politycznych tak, aby wyglądało to na śmierć naturalną. Zabójstwo przez uderzenie kogoś w głowę cegłą w bramie pozostawia ślady. Natomiast trucizny często nie da się wykryć.

      Otrucia należą do zakresu działań zajmującego się opozycją wydziału drugiego Zarządu Ochrony Ładu Konstytucyjnego (UZKS) współdziałającego z NII-2 (Instytutem Kryminalistyki w Centrum Techniki Specjalnej FSB). Aby dokonać otrucia, trzeba wiedzieć, jak wybrana trucizna działa na organizm człowieka, z uwzględnieniem miejsca w którym jest stosowana (np. na świeżym powietrzu szybciej się ulatnia), gdzie ją podać, (czy do napoju, czy na skórę lub na ubranie), w jakiej dawce i jak ją obliczyć. Agenci operacyjni nie mają takiej wiedzy, dlatego angażowani są do tego specjaliści z odpowiednich jednostek.
      Decyzje o otruciu są na 100 proc. uzgadniane z Putinem, ponieważ nieuchronnie wywołują międzynarodowy oddźwięk i bez jego zgody nikt nie podejmuje takich kroków. Istnieją dwie możliwe ścieżki. Pierwsza — decyzję podejmuje osobiście Putin i przekazuje ją w dół. Druga inicjatywa wychodzi oddolnie, jako rekomendacje i sugestie, że jeśli nie wyeliminuje się kogoś przez otrucie teraz, to w przyszłości mogą nasilić się protesty lub pojawią się problemy na arenie międzynarodowej.

      W każdym razie ostatnie słowo należy do Putina, który albo wydaje rozkaz, albo wyraża zgodę. Natomiast wybór sposobu i czasu przeprowadzenia akcji należy do jej wykonawców. Wszystkim zajmuje się nawet nie dyrektor FSB Aleksandr Bortnikow, ale Siedow, ponieważ obaj należą do grupy z Sankt Petersburga (ludzi związanych z Putinem, gdy w latach 90. był zastępcą mera metropolii nad Newą). Kiedy zobaczyłem tekst serwisu The Insider o otruciach, natychmiast rozpoznałem niektóre twarze i wiedziałem już, że to "nasi ludzie". Widziałem ich. Ale jest pewien niuans.W wieżowcu "Priboj" są 24 piętra. Ja pracowałem na piętrze 20., a osoby ze zdjęć mogły mieć swoje pokoje np. na piętrze 18. Jeśli więc nie zna się kogoś osobiście, to można go spotkać tylko przypadkowo, w windzie, na korytarzu, kiedy przychodzi do pomieszczenia administracyjnego po dokumenty. W ten sposób powstaje dysonans, bo w spisie pracowników i ich telefonów jest nazwisko i stanowisko, ale nie znasz twarzy. Lub odwrotnie, pamiętasz twarz, ale nie potrafisz skojarzyć jej z nazwiskiem w spisie.
      Kiedy pod koniec 2013 r. w Kijowie zaczęły się rozruchy, wysłano tam pracowników Służby Drugiej FSB. Kluczową rolę odegrał wtedy generał porucznik Aleksandr Tatko, pierwszy zastępca szefa Służby. Pod względem uprawnień Tatko miał pozycję wyższą niż Aleksiej Żało, zastępca szefa Służby i szef UZKS. Z tego, co mi wiadomo, nie było tam nikogo, kto miał większe kompetencje. W rzeczywistości to właśnie on kierował wszystkimi działaniami.

      Początkowo zadaniem FSB było pomóc Wiktorowi Janukowyczowi utrzymać się przy władzy i uporać z Majdanem, między innymi z pomocą bojówkarzy z charkowskiej organizacji "Opłot". Wydano zalecenia jak powinien postępować, ale Janukowycz okazał się człowiekiem tchórzliwym. A to rozkazywał rozpędzić protestujących, a to zaraz potem wycofywał oddziały specjalne. W rezultacie nie zdołał opanować sytuacji.
      Kiedy stało się jasne, że Janukowycz nie utrzyma się przy władzy, podjęto decyzję dotyczącą Krymu. Od listopada 2013 r. Tatko odbył tam trzy długie podróże służbowe. Każda trwała około miesiąca, z krótkimi powrotami do Rosji, na przykład na Nowy Rok. Po ostatniej podróży służbowej przeprowadzono na Krymie "referendum" i Tatko wrócił do Moskwy na stałe.
      • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 27.10.25, 19:38
        Godne uwagi jest to, w jaki sposób zorganizowano delegację Tatko. Zazwyczaj gdy osoba na szczeblu pierwszego zastępcy jest nieobecna w miejscu pracy, informację o tym przekazuje się do służby dyżurnej FSB, a następnie trafia ona na biurko Bortnikowa. W ten sposób wiadomo kto jest chory, kto jest na urlopie, a kto w delegacji. W przypadku Tatko obowiązywał surowy zakaz odnotowywania jego nieobecności. Co więcej, stworzono pozory jego obecności w pracy. Wożący go służbowy samochód z migającym "kogutem" przyjeżdżał jak zawsze rano, parkował przy budynku, na tym samym miejscu co zawsze i odjeżdżał wieczorem, około godziny dziewiątej, kiedy to zwykle Tatko opuszczał pracę. W biurze cały czas przebywali jego asystent i sekretarz. Pozorowali, że szef jest w swoim gabinecie. W rzeczywistości Tatko w tym czasie kierował działaniami na terytorium Ukrainy.
        Na Krymie wszystko odbywało się z udziałem Janukowycza, ale głównie korzystano ze wsparcia osób miejscowych, takich jak Siergiej Aksionow. Dlaczego właśnie on? Ponieważ na Krymie był znaną postacią z przeszłością kryminalną. Nie można było stawiać na "obcego", taka osoba nie mogłaby zapanować nad sytuacją. Skuteczność działań zależała od autorytetów lokalnych.
        Referendum zorganizowano rękami urzędników administracji miejskiej i powiatowej. Wszystko odbywało się mniej więcej tak samo, jak w Rosji. Ludzie mieli w zasadzie tylko dwie możliwości: albo opuścić Krym i wyjechać do centralnej Ukrainy, albo zrozumieć, że aneksja jest już przesądzona i podporządkować się nowym władzom.
        Tatko organizował i kontrolował te działania. Sam mechanizm był prosty i łatwy do wdrożenia. Wykonawcami byli skorumpowani pracownicy lokalnych organów administracyjnych. Ukraina w tamtych latach była krajem bardzo przeżartym korupcją. Myślę, że nadal tak jest.

        Ludzi na głosowanie popędzały grupy "obrońców Krymu". Byli to lokalni mieszkańcy wraz z najemnikami (nie byli w mundurach Sił Zbrojnych Rosji). Większość ludzi chciała trzymać się z dala od polityki i po prostu zostać w domu, ponieważ nikt nie wiedział, co będzie jutro. I z całą pewnością większość z nich nie chciała zmian tego rodzaju. Dlatego też nieprawdą jest twierdzenie, że cały Krym "chciał powrócić do macierzy". Powiedziano ludziom, że Krym i tak stanie się częścią Rosji, a ci, którzy nie przyjdą do lokalu wyborczego, trafią do specjalnego rejestru.

        W tamtym okresie w Służbie nie było normalnego obiegu dokumentów. Z jednego prostego powodu — nikt nie chciał, aby w przyszłości jakieś ewentualnie ujawnione dokumenty stały się podstawą do uznania referendum za nielegalne. Z tego, co pamiętam, krążyły wtedy koperty z adnotacją "tylko do rąk własnych". Nikt nie wiedział, co było w środku. Nikt poza adresatem nie miał prawa otworzyć takiej koperty. Można sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ktoś wyciągnął na światło dzienne dokumenty dotyczące organizacji referendum na Krymie. Dla Putina byłaby to całkowita klęska. Dlatego sporządzanie jakichkolwiek dokumentów było absolutnie zabronione, uzgodnienia były wyłącznie ustne, rozmowy odbywały się przez bezpieczną linię telefoniczną i osobiście.

        Zanim Tatko został pierwszym zastępcą szefa Służby, kierował Zarządem Zwalczania Terroryzmu (UBT). To właśnie ta służba ściśle współpracowała z reżimem Baszszara al-Asada. Funkcjonariusze UBT w ramach zewnętrznych grup operacyjnych (WOG) pracowali w Syrii, wspierając dyktatora. Tatko był prawdziwym "czarnym koniem". W przeciwieństwie do niego Aleksiej Żało, szef UZKS, jest dobrze znany. Wystarczy wejść do internetu, gdzie wszystko jest szczegółowo opisane, nawet śmierć jego syna, który zginął w Berlinie. Żało jest osobą publiczną.
        A kim jest człowiek, który udowodnił swoją lojalność w Syrii? W otwartych źródłach prawie nic o nim nie ma. Był odpowiedni do tych zadań właśnie dlatego, że pozostawał w cieniu. Mało znany, ale jednocześnie zajmował wysokie stanowisko. Znał wszystkich, rozumiał sytuację i miał realne możliwości działania.

        W zwykłym życiu Tatko sprawia wrażenie zupełnie inne, niż można by się spodziewać. Sympatyczny, kulturalny, umiejący się wypowiedzieć, zawsze schludny. Mimo, że pochodzi z prowincji, ma silny charakter, jest surowy, ale w przeciwieństwie do Siedowa, zawsze uprzejmy. Zwraca się do rozmówców po imieniu, ma poprawne maniery. Powiedziałbym, że był prawdziwym funkcjonariuszem FSB. Krążyły plotki, że później wyjechał na Białoruś i jest związany z Rosatomem.
        Około pół roku przed wydarzeniami na Krymie z FSB odszedł Igor Girkin (Striełkow). Wersji, że było to zaplanowane, ja nie kupuję. W tym okresie współpracował on z biznesmenem Konstantinem Małofiejewem. Girkin jest człowiekiem, który dołoży wszelkich starań, aby wykonać powierzone mu zadanie. Oczywiście już na Krymie i w Donbasie Girkin współpracował z FSB.

        Myślę, że ułatwiło to kontakty z kierownictwem reprezentowanym przez Tatko. Kiedy sytuacja na Krymie i sprawa "referendum" były "załatwione", natychmiast pojawiło się pytanie, jak chronić nowe terytorium. Logika była taka — należy stworzyć na terytorium Ukrainy ognisko napięcia, które nie pozwoli nowemu rządowi natychmiast zająć się odzyskaniem Krymu. Być może Kijów próbowałby odzyskać półwysep zaraz po aneksji, ale nie miał do tego wystarczających możliwości. Aby wykluczyć taką próbę, utworzono "Ługańską Republikę Ludową" i "Doniecką Republikę Ludową".
        Stworzyli je ci sami ludzie, którzy wcześniej brali udział w stłumieniu Majdanu, w szczególności Jewgienij Żilin i jego organizacja "Opłot". Oprócz nich zaangażowany był w tę sprawę jeszcze jeden człowiek — Roman Michajłowicz Maculewicz. Jest w bazie danych ukraińskiej organizacji pozarządowej Centrum "Mirotworiec" [monitorującej przestępstwa przeciw bezpieczeństwu narodowemu, pokojowi, prawu międzynarodowemu i porządkowi], ale bez zdjęcia.
        Znałem go bardzo dobrze i uważałem za przyjaciela. Bywał u mnie w domu, znał moją rodzinę. Później odwrócił się ode mnie, ale to już inna historia. Maculewicz przybył na Krym z organizacją senatora Franza Klincewicza, był jego oficjalnym asystentem. Ci ludzie uczestniczyli później w walkach w Donbasie. Podczas jednej z naszych rozmów Maculewicz mówił wprost o dostarczaniu najemników do bitwy o lotnisko w Doniecku, w której uczestniczył także "Opłot".

        Najemnicy to w Rosji osobna branża. Bardzo wiele osób z doświadczeniem bojowym jest gotowych za niemałe pieniądze uczestniczyć w działaniach wojennych. Pieniądze te były oczywiście w 100 proc. państwowe. Klincewicz był w tych działaniach swego rodzaju operatorem, przez niego przechodziły zarówno środki, jak i organizacja całego procederu. Z reguły najemnicy otrzymują wynagrodzenie w gotówce, pieniądze przywozi się w walizkach i przekazuje z ręki do ręki.
        Jeśli chodzi o działania Służby Drugiej wobec opozycji, to jest to praca agenturalna. Osobę będącą w polu zainteresowania nieustannie wzywa się na przesłuchania i przeprowadza u niej przeszukania. Ma to sprawić, że się załamie i pójdzie na współpracę.

        Kontrolowanie aktywistów wygląda tak, że w przypadku planowanych dużych i głośnych demonstracji pracę nad nimi zaczyna się z wyprzedzeniem. Funkcjonariusze przychodzą do nich do domów, wręczają ostrzeżenia prokuratorskie, prowadzą rozmowy profilaktyczne. Jeśli służby mają informacje, że ktoś jest niezrównoważony lub zdolny do zrobienia na wiecu czegoś, czego władze nie chciałyby widzieć, to można sfabrykować przeciw takiemu człowiekowi sprawę karną, pod zarzutem chuligaństwa lub jakimś innym. Wówczas można zatrzymać go na kilka dni w areszcie.
        Podam przykład: Anastasia Wasiliewa, lekarka Nawalnego. Nałożono na nią ograniczenie swobody poruszania, więc musiała przebywać w domu w określonych godzinach, powiedzmy od 22.00 do rana. W 2021 r. polecono sprawić, by naruszyła to ograniczenie. Zdarzało się więc, że gdy wracała do mieszkania i pozostawało jej jeszcze około 40 minut drogi, na jej trasie zatrzymywał ją patrol drogówki. "Pani samochód jest poszukiwany, proszę pokazać dokumenty, gaśnicę, apteczkę" — mówili. Zwykła dwuminuto
        • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 27.10.25, 19:48
          kontrola trwała 10-15 minut. Gdy tylko ruszyła w dalszą drogę, zatrzymywano ją po raz kolejny. Znowu te same pytania, znowu opóźnienie. W rezultacie wracała do domu spóźniona, po 22.00. I odnotowywano, że naruszyła nałożone na nią restrykcje.
          Po 2020 r. w Moskwie rozpoczęto testowanie systemu rozpoznawania twarzy. Wystarczy wejść do jakiegoś budynku, aby zostać zidentyfikowanym. W rezultacie nie było już potrzeby, aby agenci osobiście śledzili ludzi i ustalali ich nazwiska. Podczas demonstracji nie tylko nagrywano wideo, ale też rejestrowano numery telefonów komórkowych, co znacznie ułatwiło poznanie tożsamości jej uczestników. Uwagę skupiano na aktywistach. Nie na ludziach po prostu stojących w tłumie, ale na osobach wygłaszających przemówienia, wykrzykujących hasła, gromadzących wokół siebie słuchaczy.
          Według moich informacji tworzono teczki takich osób. Było ich bardzo dużo, ale nie potrafię podać dokładnej liczby. Zajmowało się tym OOU. To właśnie tam znajduje się bank danych, który UZKS stale powiększa. Tam też trafiają dokumenty przekazywane przez Centra Przeciwdziałania Ekstremizmowi (CPE). Identyfikacja konkretnych osób nie jest więc zadaniem wyłącznie UZKS. Główny ciężar rutynowych zadań spoczywa na jednostkach ministerstwa spraw wewnętrznych.
          Na podstawie analizy nagrań dokonywanych podczas demonstracji ustalono tożsamość osób, które wzbudziły zainteresowanie służb. Następnie nagrania przeanalizowano. Zidentyfikowano absolutnie wszystkich. Potem sprawy biegły już według sprawdzonego schematu. Przed kolejnymi manifestacjami funkcjonariusze Centrum Zwalczania Ekstremizmu (CPE), należącego do struktur MSW, odwiedzali wyselekcjonowane osoby, prowadzili z nimi rozmowy profilaktyczne, wręczali ostrzeżenia.
          W rzeczywistości ofiar tego systemu, osób, które znalazły się w rejestrach organów spraw wewnętrznych, było znacznie więcej, niż się powszechnie uważa. Do baz danych automatycznie trafiali bowiem wszyscy, którzy napisali listy do opozycjonistów.
          Po represjach wobec uczestników masowych protestów w Rosji w latach 2011-2013 i po "referendum" na Krymie, widząc pogorszenie relacji między pracownikami w moim wydziale, a także z powodu szerzącego się tam chamstwa, podjąłem decyzję o odejściu z pracy. Zamierzałem zrobić to po wygaśnięciu mojej umowy, 31 lipca 2015 r. Nie doczekałem do emerytury. Informację, że nie przedłużę umowy, napisałem trzy-cztery miesiące wcześniej.
          Na miesiąc przed zakończeniem służby, gdy byłem w pracy, nagle źle się poczułem. Miałem zawroty głowy, nie mogłem się ruszyć. Zabrała mnie karetka pogotowia. Następnie w prywatnym centrum medycznym Guta Klinik i w Centralnej Wojskowej Komisji Lekarskiej (CWWK) zdiagnozowano u mnie chorobę Meniere'a. Nie słyszę na lewe ucho i miewam zawroty głowy.
          Już po oficjalnym odejściu z pracy przeszedłem badania, otrzymałem opinię i napisałem do dyrektora FSB Bortnikowa podanie z prośbą o ponowne rozpatrzenie podstawy mojego wypowiedzenia pracy w FSB. Chciałem, aby zmienić jego tryb, z "na własne żądanie" na "z powodu choroby". W opinii czarno na białym napisano, że nabawiłem się jej w okresie służby. Ale otrzymałem odmowę. Wezwano mnie na rozmowę do wieżowca "Priboj" do radcy prawnej Ałły Sosnickiej. Powiedziała mi wprost: "nie będziemy niczego zmieniać. Odszedłeś, to odszedłeś. Nie dostaniesz żadnych pieniędzy". Nie zdecydowałem się na proces sądowy.
          Do dziś utrzymuję kontakty z wieloma pracownikami różnych służb. Wybuch wojny w Ukrainie była dla wszystkich zaskoczeniem. Nawet Maculewicz, ten sam, który uczestniczył w wydarzeniach w Donbasie i miał bliskie kontakty w różnych grupach najemników, był bardzo zaskoczony. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że część pracowników była przeciwna wojnie. Ale będąc wewnątrz systemu, nie masz na nic wpływu. Masz wybór: albo zdjąć mundur i odejść — co prawdopodobnie nie jest najgorszym wyborem — albo zostać i wykonywać rozkazy. Ludzie byli przeciwni, ale nie mogli nic zrobić.

          Prawdziwych patriotów praktycznie nie spotkałem. Jest pewien rodzaj wypaczonej miłości do ojczyzny. Ktoś mówi, "tak, kocham ojczyznę, wiem, że korupcja jest zła, ale mam rodzinę i muszę ją wyżywić". Czy to jest miłość do ojczyzny? Wątpię. Wielu ludzi chce uchodzić za uczciwych patriotów, ale nimi nie są. Może to, co powiem, będzie budzić zdziwienie, ale zaliczyłbym do patriotów kogoś takiego jak Girkin, z pewnymi zastrzeżeniami. Rodzaj jego pracy nie pozwalał mu na tym zarabiać, nie nadzorował banków ani przedsiębiorców. Zajmował się ekstremistami, terrorystami, radykalnymi islamistami. W tym środowisku "kokosów się nie zarabia". To brudna robota. I jeśli się ją wykonuje, to raczej z przekonania, z jakiegoś rodzaju miłości do ojczyzny.
          W sierpniu 2021 r. wyjechałem z Rosji, ponieważ nabrałem przekonania, że sytuacja nie ulegnie poprawie, a wręcz przeciwnie, wszystko zmierza w kierunku zaostrzenia restrykcji i ograniczenia swobód. Miałem pieniądze odłożone na dom i wraz z żoną rozważaliśmy możliwość osiedlenia się w innym kraju. Dużo podróżowaliśmy. Byliśmy w Azji, w Kambodży, a potem znaleźliśmy się na Cyprze. W 2022 r. dowiedziałem się, że w moim domu w Rosji przeprowadzono rewizję i wszczęto przeciw mnie postępowanie karne pod zarzutem rabunku. Ta historia ciągnie się od dawna.
          Mam kolegę, Piotra Kaprałowa, który był współzałożycielem firmy Chrom w obwodzie włodzimierskim produkującej gazy przemysłowe. Dostarcza ona ksenon na zamówienia państwowe do przedsiębiorstw w sektorze zbrojeniowym, w tym do firmy Satelitarne Systemy Informacyjne, Biura Budowy Maszym "Fakeł" i Korporacji WNIEM, instytutu badawczego opracowującego i produkującego systemy elektromechaniczne m.in. dla przemysłu kosmicznego. W 2019 r. Piotr pokłócił się ze swoim partnerem biznesowym Michaiłem Sawinowem. Ten ostatni chciał wykupić udziały Kaprałowa za minimalną cenę, zaledwie 7 mln rubli (320 tys. 977 zł) czyli jedną trzecią kapitału zakładowego, podczas gdy sama wartość gazu znajdującego się w magazynach firmy szacowana była na setki milionów rubli.

          Wtedy mój kolega po prostu wywiózł ze składu część gazu w butlach. Myślał, że wówczas będzie mógł dogadać się z Sawinowem. Ten jednak uruchomił "swoje kontakty" w obwodzie włodzimierskim, "zmotywował" je pieniędzmi. W rezultacie doprowadził do wszczęcia postępowania karnego z paragrafu rabunek. Tylko jak można okraść samego siebie? Piotr był właścicielem. Jedyne, co można było zarzucić Kaprałowowi, to działanie samowolne.
          A potem ze strony Sawinowa do sprawy włączyli się członkowie LDPR [Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, skrajnie prawicowej, nacjonalistycznej i populistycznej]. Poprosiłem mojego byłego przyjaciela Romana Maculewicza, który organizował wyjazdy najemników do Donbasu, aby pomógł Piotrowi znaleźć adwokata. Wtedy polecił mu prawnika mającego astronomiczne stawki i zaproponował "rozwiązanie" sprawy poprzez swoich ludzi w LDPR i gubernatora obwodu włodzimierskiego.
    • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 28.10.25, 18:04
      Najbardziej zaskakująca teza jaką wysuwa Fiedotow, to twierdzenie, że atak na Donbas był próbą odwrócenia uwagi od zaboru Krymu. Wydaje mi się to dosyć wątpliwa teza, bo agresor musiał zdawać sobie sprawę, że to posunięcie rozpocznie długotrwały kryzys i zakotwiczenie sił rosyjskich w tym rejonie na miesiące czy lata. Bardziej stawiałbym na "autonomiczny" motyw związany z samym Donbasem - pełzające pożeranie najbardziej uprzemysłowionego rejonu Ukrainy i - przy okazji- systematyczne wykrwawianie tego kraju.
      • extramuralruraoccasional Re: Autor - pracownik FSB 29.10.25, 13:10
        Jakiego zaboru Krymu? Krym się sam odłączył od Ukrainy, zupełnie legalnie, bo miał takie prawo, był autonomiczny !

        To, że za chwilę poprosił Rosje o przyłączenie, to zupełlnie inna sprawa.
        • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 29.10.25, 19:04
          <<Kiedy stało się jasne, że Janukowycz nie utrzyma się przy władzy, podjęto decyzję dotyczącą Krymu. Od listopada 2013 r. Tatko odbył tam trzy długie podróże służbowe. Każda trwała około miesiąca, z krótkimi powrotami do Rosji, na przykład na Nowy Rok. Po ostatniej podróży służbowej przeprowadzono na Krymie "referendum" i Tatko wrócił do Moskwy na stałe. >>
          Co to znaczy podjęto decyzję?
          Kto podejmował decyzję i odnośnie czego ?

          <<W rzeczywistości Tatko w tym czasie kierował działaniami na terytorium Ukrainy.
          Na Krymie wszystko odbywało się z udziałem Janukowycza, ale głównie korzystano ze wsparcia osób miejscowych, takich jak Siergiej Aksionow. Dlaczego właśnie on? Ponieważ na Krymie był znaną postacią z przeszłością kryminalną. Nie można było stawiać na "obcego", taka osoba nie mogłaby zapanować nad sytuacją. Skuteczność działań zależała od autorytetów lokalnych.
          Referendum zorganizowano rękami urzędników administracji miejskiej i powiatowej. Wszystko odbywało się mniej więcej tak samo, jak w Rosji. Ludzie mieli w zasadzie tylko dwie możliwości: albo opuścić Krym i wyjechać do centralnej Ukrainy, albo zrozumieć, że aneksja jest już przesądzona i podporządkować się nowym władzom.
          Tatko organizował i kontrolował te działania. Sam mechanizm był prosty i łatwy do wdrożenia. Wykonawcami byli skorumpowani pracownicy lokalnych organów administracyjnych. Ukraina w tamtych latach była krajem bardzo przeżartym korupcją. Myślę, że nadal tak jest.

          Ludzi na głosowanie popędzały grupy "obrońców Krymu". Byli to lokalni mieszkańcy wraz z najemnikami (nie byli w mundurach Sił Zbrojnych Rosji). Większość ludzi chciała trzymać się z dala od polityki i po prostu zostać w domu, ponieważ nikt nie wiedział, co będzie jutro. I z całą pewnością większość z nich nie chciała zmian tego rodzaju. Dlatego też nieprawdą jest twierdzenie, że cały Krym "chciał powrócić do macierzy".

          Co znaczy , że ważny urzędnik służby specjalnej jednego państwa "działał " na terenie innego państwa ?

          <<W tamtym okresie w Służbie nie było normalnego obiegu dokumentów. Z jednego prostego powodu — nikt nie chciał, aby w przyszłości jakieś ewentualnie ujawnione dokumenty stały się podstawą do uznania referendum za nielegalne. Z tego, co pamiętam, krążyły wtedy koperty z adnotacją "tylko do rąk własnych". Nikt nie wiedział, co było w środku. Nikt poza adresatem nie miał prawa otworzyć takiej koperty. Można sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby ktoś wyciągnął na światło dzienne dokumenty dotyczące organizacji referendum na Krymie. Dla Putina byłaby to całkowita klęska. Dlatego sporządzanie jakichkolwiek dokumentów było absolutnie zabronione, uzgodnienia były wyłącznie ustne, rozmowy odbywały się przez bezpieczną linię telefoniczną i osobiście.

          Co zawierały koperty, których zawartość była ściśle tajna ? Do tego stopnia , że gdyby ujrzały światło dzienne cała prawda nt przejęcia Krymu zostałaby skompromitowana .
          Dalej :
          Czy "popędzanie" mieszkańców do lokali wyborczych nie jest formą przemocy ?
          W pewnym momencie Fiedotow pisze ,że rosyjscy aktywiści mówili mieszkańcom Krymu, że przejęcie Krymu przez Rosję jest przesądzone i jeśli nie pójdą głosować to trafią do rejestru służb.Mieszkańcom Rosji nie należy tłumaczyć , co to znaczy.
          Cały kontekst tamtych wydarzeń, zaangażowanie "zielonych ludzików" na Krymie, będących członkami rosyjskich służb specjalnych, wywieranie presji psychologicznej i siłowej (np wjazd Rosjan do garnizonu ukraińskiego na Krymie, który pokazywały wtedy wszystkie agencje telewizyjne)- to uważasz za drugorzędne ? To pogratulować umiejętności oceny sytuacji
          • krytyk2 Re: Autor - pracownik FSB 29.10.25, 19:18
            Nie wiem czy pamiętasz, że to właśnie wtedy zaczęto mówić pierwszy raz o hybrydowych metodach walki zastosowanych przez Putina. Wykombinował on , że Ukraina jest słaba i skorumpowana, żle uzbrojona, w zasadzie - bezbronna.Z kolei wiedział też , że Zachód całkowicie został kupiony przez tani gaz i ropę a także współudział wszystkich chętnych do dzielenia łupów ( np Herr Schroeder jako prezio Nord Streamu...). Wyszło mu ,że nie musi wjeżdżać czołgami na Krym, wystarczy ,że zastosuje wszystkie możliwe "miękkie " metody przejęcia i tak też zrobił.
            Myślę , że gdybyś szedł wieczorową porą ciemną uliczką i grupa napakowanych gości idąca tą sama ulicą poprosiłaby Cię o oddanie portfela czy komórki , nie musiałbyś doświadczyć użycia siły przez nich i sam grzecznie byś spełnił ich prośbę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka