• madohora Re: Legendy 29.12.14, 13:02
      Historia powstania Lubszy ginie w pomroce wieków. Podanie mówi, że kiedy Kraków budowano, to to do Lubszy jeździli po piwo. A to piwo lubszońskie słynęło w tych czasach na całą okolicę. Znali je Krakowianie, rozkoszowali się niem Łęczycanie, szło w gąsiorach do Chędu, a Sieradzanie i Kaliszanie też niem nie gardzili, Stał tu niegdyś na górze Grójec wspaniały i potężny warowny zamek z czterema wieżami. Szczątki zamku przetrwały
      nie wiedzieć z jakiego powodu aż do XIX wieku, zostały rozebrane przez właściciela.
      Podanie mówi, że w zamku tym, przed wiekami mieszkał w raz z żoną r córką rycerz bogaty i potężny. Jedynaczka córka, której na imię było Lubsza, zakochała się w pewnym dorodnym parobku, który również pokochał piękną córkę rycerza. Rodzice panny wyjeżdżali co niedziela na nabożeństwo do Częstochowy. Pod nieobecność rodziców, Lubsza opuszczała dom
      i dążyła w stronę wioski Kamiennej i tu pod starożytną kapliczką, która do dziś stoi spotykała się z pokochanym parobczakiem. Razu pewnego, ojciec wracając z Częstochowy przydybał ich na schadzce. Rozgniewany krzyknął; "bodajbyście zapadli się w ziemię, jeszcze raz tu się zejdziecie" Od tej chwili jeden ze sług został przydany pannie za stróża. W kilka niedziel później, rodzice panny wyjechali na Mszę św. do Częstochowy. Gdy tylko znaleźli się za bramą
      zamku, panna zaczęła błagać ze łzami w oczach swego dozorcę, by jej pozwolił na schadzkę. Stary sługa ulitował się nad panną, którą bardzo lubił i zezwolił parobczakowi wejść do zamku. Ledwo znaleźli się razem, aż tu zamek się zatrząsł i zapadł się w ziemię wraz
      z panną i parobkiem. Nad ziemią pozostały tylko resztki murów z wieżami. Przekleństwo ojca spełniło się. Gdy rodzice wrócili z Częstochowy, zastali tylko ruiny zamku. Ojciec przypomniał sobie przekleństwo wypowiedziane w złą godzinę, ale żal był już zbyteczny. To się stało, odstać się nie mogło. Z smutku wielkiego i na pamiątkę córki, zbudował rycerz u stóp góry Grójec wieś, którą nazwał Lubszą.
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 13:05
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/E0683Gvk0JsmA8Zq9B.jpg
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 14:10
      Legenda opowiada, że przed wiekami mieszkały w okolicach Żor, trzy siostry bardzo piękne i bogate. Ponieważ okolica była niespokojna, bo na drogach zdarzały się częste napady zbójników, postanowiły coś zrobić dobrego dla ludzi. Po długim namyśle postanowiły wybudować ogromne miasto. Jedna zbudowała domy, druga mury grube i wysokie dookoła miasta a w środku zamek, trzecia zaś piękny kościół. Gdy już wszystko było gotowe otoczyły miasto wałem z ziemi i nazwały je Żorami.
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 14:11
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/cUYccp6U9rnAZCBYBB.jpg
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 15:38
      Z Syrynią wiąże się wiele legend. Jedna z nich mówi o grobie Zofii Eleonory von Bodenhausen ("Bordenowskiej pani"). Była ona jedyną kobietą rządzącą dobrami Grabówka. Według legendy Zofia Eleonora zażyczyła sobie, by po śmierci włożono jej ziemskie szczątki do prostej drewnianej trumny, a wóz zaprzęgnięty w białe woły miał wieźć trumnę i tam, gdzie woły trzeci raz same się zatrzymają – ma być pochowana. W polu między Syrynią i Grabówką znajduje się "Pomnik Bordenowskiej Pani" - powstały prawdopodobnie w miejscu grobowca Zofii Eleonory, zmarłej 12 kwietnia 1751 roku
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 15:48
      Liszka i wilk

      Jechał chłop z rybami. No i ten chłop napotkał lisa. Lis doźrou, jak ten chłop rybu wióz i obleciał tam w koło i zdech zupełnie na dródze. Chłop jedzie i powiada:
      - No, Panie, dziękujez Ci, kiem cie też naloz zdechłego!
      Bierze go za ogón, wrzuciuł na wóz, no i jedzie. Siedział se ta na przodku, na tych rybach, a lisa ciepnoł ta za siebie, no i dobrze. Ten lis brał po jedny rybie i zerzucoł z woza w tył. Jednem razem ten chłop obeźry się: ani lisa, ani ryb!? Więc powiada:
      - Jezus, Maryjo! co sie stało!? Przecie zdechnięty był!?
      A lis znosi te ryby pod jałowiec i zakopuje. Napad go wilk.
      - O, - powiado - bracie, dzieześ tez tyla ryb uchytoł?
      - A nie wies to, dzie staw? Idź wyrąbane ducolo, wraź ogen i trzymaj - powiada - najmni 24 godzin: tam sie duzo naschodzi do tego ogena. Jak wyciągnies to bez moc ledwie wyciągnies te ryby.
      Wilk posed, jak wraziuł, tak i trzymał. Jednem razem zamarz ze wszyćkiem ogon i ciągnie peźni, ani rus. Opiera sie, cuduje nic nie możno. Ludzie uźreli, chłop powiada:
      - Wilk na stawie siedzi.
      Z kołami lecom, obstompieli. Widzi wilk, ze jest śmierć jego, jak skocuł, ogon se urwał i uciek przez ogona. Zaleciał do tego lisa, dzie te ryby były, powiada:
      - Coześ mi dobrego zrobieł?
      - A to - powiada - dobrzem ci zrobieł. Pamiętas - powiada - jak cie kowal chycieł za ogon; a teraz cie juz nie chyci, bo nie bedzie miał za co.
      Bo on wilk raz potkał kowala i powiada:
      Zjem cie i zjem cie.
      - Jakze ty mie zjes, kiedym bardzo corny. Cekojze umyje sie.
      Jak sie umył pada:
      - Dejze mi sie cego otrzyć.
      Ten mu narzucieł ogona, pada.
      - Utrzyj sie.
      Ten wtensos, jak okręci ten ogon koło ręki, jak zacnie rznonć dembcokiem. Tak mu sie wyprzysięg, jak świat światem, kowala jeś nie bedzie.
    • madohora Re: Legendy 29.12.14, 15:50
      Jastrząb

      Sowa, jak napotkała jastrzębia, ano takiego, co to wyjada te dzieci, tak go prosi straśnie, zeby jej) dziecie nie podusił. Ale on pedo:
      - Wiem to chtóre twoje dzieci?
      - Ale odpowiada:
      - Chtóre najładnijse, te moje.
      No tak on ji przyrzek, co ji nie podusi. Co kaj napotka gniozdecko, napotka pisklęta, zagląda, ony tam ozdziewały dzióbki do niego, no, on odleci nie zrobi skody zodny. Prec tak latał po gniazdach. Skoro napotkał te sowy, ony jak wyłupieły ślipie na niego, wziun, podusiuł wszystkie. Sowa się z niem potyka, pedo.
      - O, mój braciszku, prosiułam cie tez, zebyś mi dzieci nie podusił. Tyś mi przyrzek, a potemeś podusiuł.
      Ano peda:
      - Pedziałaś, ze chtóre najładnijse, to twoje. Co kań zojde, to takie ładne ptoski, to odlece, odlece. A tamok to najbrzydse były, ślepie na mnie powywalały: ja tez podusiuł.
      - O mój bracisIru, a dyć to najładnijse!.
      Zawdy każdemu wszyćko jes nojładnijse swoje.
    • madohora Re: Legendy 01.01.15, 14:24
      Legenda o ziemi

      Ojców naszych ziemio święta
      Ziemio wielkich cnót i czynów
      Tyś na wskroś jest przesiąknięta
      Krwią ofiarnych twoich synów

      I nie darmo w twoje rano
      O puścizno przodków droga
      Ziemią święto ciebie zwano
      Boś najbliżej stała Boga

      Byłaś ziemią poświęcenia
      Przytuliskiem licznych gości
      Dziwny ciebie opromienia
      Czar męczeństwa i świętości

      niegdyś ze stron tych pątnicy
      Z wiarą w sercu niewymowną
      Do Piotrowej szli stolicy
      Po relikwii kość cudowną

      I gdy o ten dar nieśmiało
      Dla ojczyzny swej prosili
      Papież schylił głowę białą
      tak odrzekł im po chwili

      O Polacy! O Pielgrzymi!
      Na cóż wam relikwia nowa
      Wasza ziemia krwią się dymi
      I dość świętych kości chowa

      Wszakże jeszcze do tej pory
      W bitwach z Turki i Tatary
      Męczenników waszych wzory
      Są świadectwem waszej wiary

      I wziął w ręce swą sędziwą
      Polskiej ziemi grudkę małą
      I na dłoń mu się o dziwo
      Kilka kropli krwi polało

      Weźcie rzecze proch ten z sobą
      I cud Boży głoście wszędzie
      Niech ta ziemia wam ozdobą
      I relikwią świątyń będzie

      Niechaj proch ten z waszych progów
      Wciąż wam świadczy przed oczyma
      Jak nad Boga - nie ma Bogów
      Nad tę ziemię świętszej nie ma

      Władysław Bełza
    • madohora Re: Legendy 10.01.15, 23:30
      Legenda o zaginionym klasztorze

      Dużo jest legend o zaginionych klasztorach, kościołach i innych budowlach. Jedną z tych opowiadają sobie starzy ludzie w Tychach (pow. pszczyński). Przed laty, kiedy w naszym kraju nie było jeszcze kolei i szos, kiedy powierzchnia pokryta była duże mi lasami a w nich
      przodkowie nasi uganiali za zwierzyną stał w Tychach klasztor. Położony był w pobliżu lasu, w odległości około 500 m. od dzisiejszego kościoła. Codziennie chodziły pobożne służebnice Boga, do których klasztor ten należał, do kościoła, by modlitwą uprosić łaski Pana. Drogi były złe, tem bardziej, że klasztor i kościół dzieliła dolina z stawem. Chcąc skrócić sobie drogę, w czasie niepogody rozmokłą i błotnistą, postanowiły wybudować most ponad doliną i stawem, któryby łączył klasztor z kościołem. Most ten miał być także ochroną od deszczów i zimnych wiatrów, dlatego wzniesiono nad nim dach, a boki obito deskami. Odtąd bez przeszkód mogły chodzić do kościoła, chronione nawet przed spojrzeniami ciekawych ludzi. Pewnego razu klasztor ten stał się miejscem ponurej zbrodni, która ludziom do dziś została w pamięci.
      Otóż, na klasztor napadli zbójcy, spodziewając się bogatego łupu. Herszt bandy stanął przed bramą i wrzasnął: "Otworzyć!" Cisza - tylko na korytarzach śpiącego klasztoru zaczęło się życie. Przestraszone zakonnice zaczęły biegać bez zastanowienia, nie wiedząc co począć. Po chwili ten sam głos zawołał jeszcze groźniej: "Otworzyć! - Natychmiast otworzyć!"
      Biedne zakonnice drżały ze strachu i usiłowały zatarasować drzwi i okna, by zbójcom uniemożliwić wejście do klasztoru. Daremno! Kiedy zbójcy nie otrzymali odpowiedzi, zniecierpliwieni zaczęli rąbać drzwi. Po pewnym czasie runęły z wielkim łoskotem wiekowe, dębowe drzwi a zbójcy wpadli do mieszkania służebnic Bożych. Żaden klejnot, żadna kosztowniejsza rzecz nie uszła ich spoirzeniom, a co tylko warte było trudu, zabrano. Sponiewierane zakonnice zostały jeszcze krótki czas w tym klasztorze, później przeniosły się jednak do Krakowa. Klasztor z biegiem czasu uległ zniszszeniu, most rozwalił się, ale nikt dotąd nie wie, do którego zakonu owe zakonnice należały. W kilkadziesiąt lat później zaczęto
      przekopywać miejsce gdzie miał stać klasztor i napotkano na grube mury. Były to resztki po budynku klasztornym, zaś w stawie widzieli starzy ludzie słupy, jako pozostałość po moście.
      Dziś stawu tego już niema, słupów nigdzie nie znaleziono i nikt stwierdzić nie może, gdzie kiedyś klasztor stał.
    • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:07
      Towarzyska wizyta

      Gdy Aleksander Mieroszewski został ordynatem Mysłowickim obaj panowie dość często się spotykali z sobą. Raz w niedzielę po południu jednocześnie wybrali się do siebie w odwiedziny. Aleksander jechał z Mysłowic do Gzichowa. Stangret Józefa z daleka ujrzał powóz Aleksandra i mówi do Józefa:
      - Pan ordynat do nas jedzie
      - A skoro tak, to zawróćże zaraz, bo bym go chciał godnie w domu przyjąć i ugościć - odpowiedział na to Józef
      W tym samym czasie stangret Aleksandra zauważył powóz stryja Józefa i zwrócił się do niego:
      - Pan hrabia do nas jedzie
      - A skoro tak, to zawróć że natychmiast bym godnie przygotował się na przyjęcie stryja
      I w taki sposób żaden z wizytą do drugiego nie dojechał. Dość długi czas minął zanim to porozumienie się wyjaśniło.
      • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:07
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/25PEt3bnTyVaroLAJA.jpg
    • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:07
      Innym znów razem podczas spotkania obu panów rzekł Józef do Aleksandra:
      - Opowiadaj mopan a ja będę spał
      - O nie stryju - odpowiedział Aleksander - wówczas byśmy się za dobrze obaj bawili
    • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:09
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/Ipax4AsBAFViHHYlaA.jpg
    • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:10
      Dzisiaj już może tylko starsi mieszkańcy pamiętają, że wokół Janowa, Wilhelminy i Mysłowic rozciągały się olbrzymie stawy. A jak to w stawach nie brakowało w nich Utopców, które wabiły zwłaszcza młode, niedoświadczone dziewczyny by je pochwycić w swoje łapska i wciągnąć do stawu.
    • madohora Re: Legendy 05.02.15, 22:10
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
    • madohora Re: Legendy 13.03.15, 21:28
      STARY CZŁOWIEK W MALINOWEJ CISZY

      W utopcowej czerwieni z starczą czerstwą twarzą
      już o świcie z kogutem który pieje słońcem
      rusza pod stok Czantorii w malinowej ciszy
      i chwyta czas zbierania za dwa złudne końce
      Tu nic się dziać nie może bez magicznej chęci
      aby liść zmienić w orła orła w ducha smreków
      trzymać w palcach talizman z oślepłej paproci
      co wyrosła z gwiazd nocą z płonącego grzechu
      Czasem śpiew się unosi ze ścieżki w mgły czerni
      co się cieniem nakłada na korowód duchów
      w partyzanckich kaszkietach z krwawym karabinem
      kiedy las się pochyla i zawodzi głucho

      Anna Werner
    • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:05
      Mora jest to człowiek o dwóch duszach. Dziecko, kiere sie narodzi z dwoma zębami, bydzie morą. Gdy przychodzi do swego wieku, upatrzy sobie jakąś ofiarę, którą dusi, ssie z niej we śnie krew tak długo, póki ofiara nie znajdzie sposobu odegnania jej od siebie. W pewnej wiosece żył se biedny chłopek. Żył tylko z tego, co zarobił na sprawowaniu butów. I prawie tego chłopka nachodziła nocami mora. Przychodziła do niego, nim jeszcze zasnął, i dusiła go, męczyła do utraty tchu, a oni ni móg się odegnać od nij. Wyglądoł już, jak śmierć w cywilu. Tela już się naprzeklinol, nafiksowol, nawet wszystkich świętych wzywol na ratunek, a mora jak dusiła, tak dusi. Ani sie poruszyć, ani bronić, ani krzyczeć nie był w stanie. Różnych sposobów używoł: kłod nóż pod głowe, sikiyre, ale wszystko na nic. Już myśloł, że taki jego przeklęty los. Aż mu jedna baba poradziła, aby te more zaprosił na śniodani. I na drugi dziyń, a raczej jak go w nocy zaś cyckała, powiedziol ji: "Przyjdź jutro na śniodani". Jak rano zaczął jeść, przyszła blisko sąsiadka po obiecane śniodani. Wtedy zerwoł się z ławy, porwoł oszkrabek mietły z kąta i zaczął sąsiadke prać po pysku i wołać:
      - Ty pieróńsko moro, to ty chodzisz mie w nocy doić i mordować!
      I proł aż iskry leciały z oszkrabka i aż babe wyproł za dwiyrze. I myślicie, że to pómógło? Katać tam. Mora od tego czasu dusiła go z tym większą zawziętością, że biedny szewc ze strachem kłod się do łóżka. Aż roz mioł moc roboty ze starymi butami i do późnej nocy ich sprawowoł. Naroz słyszy, że kole dwiyrzi cosi szuści. Dziwo sie i nadsłuchuje, co by to mógło
      być. Naroz widzi, jak źdźeb słómy ciśnie się kluczową dziurką do izby. Nie namyślo sie chłopina dłógo, biere nożyce, po cichu podchodzi ku dwiyrzóm i przecino słóme na poły. W tej samej chwili słóma się zamiynio w głowe sąsiadki. Krzyknął przeraźliwie, że zbiegli się domownicy, zaś na drugi dziyń przyszła policja, ale szewcowi niczego nie udowodnili. Od tego czasu miywoł noce spokojne. A żyjąc dlugo, opowiadoł to zdarzenie dziecióm. Dzieci jego znowu swoim dziecióm tak, że to doszło do mnie. I jo to powtarzóm na prośbe moich dzieci
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:10
        Mory to były baby ze sinymi wargami. Z gęby wychodziły im o północy myszy i dziurką kluczową wchodziły, gdzie chciały. U siedloka Buchcioka w Barujcu słóżyła staro dziywka Hana. Roz poszła spać; po chwili poczuła na piersi wielki ciężar, chciała wołać, ale tchu ji brakło. To mora ją przyszła dusić. Jak rano wstała, poszła zaroz do sąsiadki po porade.
        Sąsiadka ji prawi, żeby se dała nóż pod zogłówek, a jak poczuje more, niech ji go pokoże. Hana, uradowano, obiecała tak zrobić. Już przed wieczorym dała se wielki bodok pod zogłówek, a jak leżała, to se myślała: Chwała Bogu, przeca sie dzisio wyspię. Nakryła się pierzyną i hnet zaczęła chrapać. W pewnej chwili uczuła, że ją cosi przysiadło i cycko. Chciała
        siągnąć po bodok i zawołać na gazde, ale ni miała siły. Rano wstała, jak ożrało. Pokozała gazdowi czorny flek pod karkym, co ji zostawiła mora. A stary Buchciok sie jyny roześmiol i prawi: - Hano., Hano., sóm nóż ci niewiela pómoże. Jak pójdziesz dzisio spać, to sie
        też przeżegnej trzy razy i porzykej, a mora nie bydzie miala do ciebie dostępu.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:16
        Chłop lygowoł w kuchni na ławie. Każdą noc przychodziła go mora cyckać. Przeniós sie do szopy na siano, ale mora i tam go naszła. Tyn chłop mioł wielki i twarde piersi. Jak legła na niego ta mora, to sie ni móg ani poruszyć, ani zawołać, ani nawet dychać. Ale poruszoł wielkim palcem w nodze i mora z niego zlazla. A że świycił tej nocy miesiączek, tak ją widzioł. Miała wielki czorne oczy i czorne włosy, zaś lajbiczek miała czerwony i wielki piersi. Coło była hrubego. ciała. Wtedy chłop zaczął ją przeklinać: "Ty pieróńsko. moro, uciekosz ody mnie?"
        Więcej już na niego nie przyszła.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:29
        Mora to człowiek o dwu duszach. Jak przyjdzie na niego ta godzina, to łupnie nim o ziym i zostanie leżeć jak trup, a wychodzi z niego dusza mory i męczy ludzi. Tako mora chodziła dycki do Jewki. Przedropoła sie dziurką od klucza i siodała Jewce na piersi, i to tak ciężko., że ni mógła oddychać. Jak już sie dobrze krwi napiła, odchodziła. Jewka poszła na porade do
        sąsiada. Tyn ji poradził, aby se pod zogłówek doła masarski nóż, a jak przyjdzie mora, aby ji go pokozała Jak go mora uwidzioła, krzykła, cofła się i uciykła kluczową dziurką. Od tego
        czasu miała Jewka spokój.


        opow.
        • madohora Re: Legendy - Mora 06.03.22, 20:40
          Babia Góra leży w Paśmie Babiogórskim, które należy do Beskidu Żywieckiego. Jest to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w Beskidach Zachodnich. Nic dziwnego, że od wielu lat wokół tego masywu górskiego urosło wiele magicznych opowieści. Oto najbardziej znane legendy związane z Babią Górą.
        • madohora Re: Legendy - Mora 24.09.25, 19:17
          Powszechnie wierzono też, że wodniki zamieszkiwały w pobliżu młynów. Według wierzeń wodnik poszukuje małżonka dla swojego dziecka, najczęściej typując młode córki właśnie młynarzy na swoje synowe (ale też swoją żonę), a potencjalnych ludzkich zięciów-topiąc.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:32
        Na Klimczoku jest w jednym miejscu wielko dziura w lesie, prowadzi do ni malutki okiynko. Tym okiynkym wychodzą mory na łowy. Chodzowały też cyckać jednego krawca. Po niedłógim czasie mioł już całe piersi sine. Nie wiedzioł, jak sie przed nimi obrónić. Jednego dnia pozatykoł wszystkie dziurki od izby. O północy budzi sie, słyszy, że cosi jęczy, jakby wołało o pomoc. Stanął, rozglądo sie, a tu widzi, jak spod progu dwiyrzi wylazuje diobołek z trzema różkami i ni może sie przeciść. Krawiec drap sikiyrke i zaczół rąbać tego diobołka, ale że se ni móg dać rady, zawołoł babe, aby mu pómógła. Baba ni mógła przyść z pomocą, bo ją też morzysko cyckało. Ale jakosi sie wymotała, wstała i porąbali te more, co jako diobołek wciskała sie do izby chlopa. Żeby zaś więcej nie wróciła, namazali sie miesiąc starą śmietónkq, a pod głowe dali do łóżka dwie siekiyrki na krzyż. I mory naozaist już nie przyszły.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:34
        Downo, downo tymu, opowiadoł mi starzyk, że na Błatnym, kole potoczka, kaj miyszko teraz Szczepón, leżała wielko hołda skolo, a pod tym skolim miyszkały mory. Prawił mi, że mora wyglądo, jak małe światełko, i mo dwie dusze. Przed północą sie oblykają do biało-czornych koszul i idą na tego, na kogo mają złość. Jak idą, to ino pytają: " spisz, spisz, spisz?" Jak kiery spi, to go ściągają z prycza (bo downij nie było łóżek, ino prycza). Do moigo starzyka zawsze przychodziła jedna. Wyskoczyła na pryczo, pierzyne zerwała i ściepała na deliny, przysiadła boroka i cyckała. Starzyk chcioł sie wymotać od tego pieróństwa, ale nie poradził. Jak wybiła piyrszo godzina, to go same puściły, ale na starzykowych piersiach zostały wielki sine fleki. Na drugą noc starzyk schowoł sie do słómy i też go tam naszły. Choć każdą noc chowoł kaj indzi, zawsze go ty pieróny naszłym. Tak roz sie schowoł do beczki, a starka go przykryła wiekym, a na to wieko położyła kamiyń ze żarym. I myślicie, że to pómógło? Tej nocy prawie przyszły
        aż trzy, beczke przewróciły i wszystki naroz zaczły cyckać boroka, że sie potym ani opamiętać ni móg. Jak przyszeł do siebie, napił sie ze szkopca, co stoł wedla, mlyka. Ale to nie było mlyko, ino jscochy od tych mór. Jak mu starka powiedziała, czego sie napił, poszeł na te złość do gospody w Jaworzu, bo bliżyj gospody nie było. Ożroł sie, jak bela. Jak wracoł kole północy, mory go zaś przedeszły, przewróciły i zaczły cyckać. A że starzyk miołjuż krew pomiyszaną z gorzołkq, to wszycki tak się upiły, że zostały leżeć i na drugi dziyń pozdychały.
        Ale starzyk też niedługo umrzył.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:37
        Było to w Brynnej, pod Lipowskim Gróniym. U jednego gazdy słóżyła dziywka, co sie ni mógła wydać. Roz była w gospodzie na Spolónej jakosi wiesielawo muzyka. Dziywka w pytani, żeby ją gazdowie puścili i ci sie zgodzili. Ale ji przykozali, żeby o północy była nazoć. Przez całą muzyke tańcowała z pachołkym od gazdy Skrzyżale. O północy, jak to było wtedy we zwyczaju, każdy pachołek odkludzoł swoją dziywke. Jak szli przez las, dziywka sie naroz pachołkowi straciła. Pachołek, wystraszóny, łowił ją po lesie (bo była widno noc), aż ją naszeł pod świyrkowym drzewym, jak cyckała sok z korzyni. Nie wiedzioł jeszcze, co to znaczy, czymu óna to robi, i jak wrócił do dómu, zaroz sie pytoł gaździnej, co to mo znaczyć. Ona mu dopiyro powiedziała, że dziywka od sąsiada jest morą i tymu sie ni może wydać.
      • madohora Re: Legendy - Mora 13.03.15, 22:39
        Nieboszczyk praprastarzyk jechol kóńmi do Biylska na torg. Wióz na wozie ciele i praprastarke. Do Biylska było daleko i wyjechol z dómujuż o trzecij rano. Jak już był za Grojcym i wjyżdżol w las, to sie już kapke szarzało. Uwidziol w lesie na piyńku jakąsi stwore. A była to mora. Jak uwidziała starzyka z wozym, zaroz nóń wyskoczyła. Tu widzi, że pod kożuchami chrapie se jakosi baba (a była to prastarka). Ściepała śni wszycko i zaczła ją cyckać. Jak to prastarzyk spozorowol, starka już była sino i smerdziało od ni, jak od tchórza.
        Mora uciykła, ale od tego czasu przychodziła na prastarzyka w nocy. Dziepro jak całą chałupę okadzili diablim zielim, to sie więcej nie pokazała.
    • madohora Re: Legendy 13.03.15, 22:20
      Była sirota. Miyszkoła na gróniu w drzewiónce. I mora na nią chodzowała. Ona ją roz chyciła do ręki, a był to taki miyszek bez kości. Doła to do rąk bratu. Tyn poszeł do pola i rżnął tam miyszkym o kamienny mur. Ledwo wrócił do izby, a siostra już zaś krzyczola, że ją mora dusi. Tak brat chodził cołą noc do pola i proł tym miyszkym o mur, ale mory nie zabił. Dopiyro jak siostra zaszła do biyrzmowanio, mora przestoła na nią w nocy chodzić.
      • madohora Re: Legendy 25.02.16, 23:17
        -2-
        Gdy w północ zegar zadzwoni z wieży
        W starej świątyni gdzie posła grób
        Gdzie leżą kości dawnych rycerzy
        Z posadzki rośnie ognisty słup

        I wraz z tym słupem wężów gromada
        Jak powój szary oplata mur
        A z grobu zdrajcy kamień opada
        I nad nim krąży szatański chór

        Książę tej zgrai z dumą na czole
        Co nosi ognia wiecznego szlak
        Staje milczący z berłem w ich kole
        Skinieniem ręki daje im znak

        Więc trąb i fletów odgłos wrzaskliwy
        Odbiły echa sklepów i ścian
        I świst się rozległ długi, straszliwy
        Dziki jak wichru wirowy tan

        Ten co pochodnię w dłoń chwycił prawą
        W lewicy czarną tablicę miał
        Ona olśniła się łuną krwawą
        A napis "veto" wyryty stał

        W gronie tem była młoda dziewica
        Pierś jej podnosi namiętna gra
        Gdy sine zdrajcy ujrzała lica
        Puchar rozkoszy spełnia do dna

        I lecą duchy w szalonym tanie
        Z tryumfem z grobu unoszą łup
        Ich śpiewem wiatru wtóruje granie
        A księżyc patrzy zimno jak trup

        Lecą na dzikie bagna, bezdroża
        I rośnie w liczbę ich groźny chór
        Ale wschód nieba płonie jak zorza
        I wielki dźwięczny głos spływa z gór

        Postać Anioła na w pół w obłoku
        Wyciąga rękę i woła - tam!
        Niechaj wysłucha swego wyroku
        Na miejscu zdrady, u piekła bram

        Kiedy już stanął poseł z Upity
        Gdzie spełnił zbrodni nieznanej czyn
        Potok krwi z ziemi trysnął obfity
        Świadectwo bratnich ofiar i win

        A głos jak trąba grzmiał Archanioła
        Na miejscu zdrady zbrodniarzu stój
        Patrz na zburzone zamki i sioła
        Na karłowaty nędzny ród twój

        Na grobach ojców w duchów tych tłumie
        Tańcz wśród rozstajnych na wieki dróg
        Kto miłość braci poświęcił danie
        Nad tym już nie ma litości Bóg
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 10:27
          Wedle legendy Twardowski był szlachcicem, zamieszkującym Kraków w XVI wieku. Zaprzedał duszę diabłu w zamian za wielką wiedzę i znajomość magii. Chciał jednakże przechytrzyć diabła, więc do podpisanego z nim cyrografu dodał paragraf mówiący o tym, że diabeł może zabrać jego duszę do piekła jedynie w Rzymie, do którego wcale nie planował się udawać.
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 10:32
          Postać Pana Twardowskiego wzorowana jest prawdopodobnie na jednym z czarnoksiężników króla Zygmunta Augusta, Janie Twardowskim. Tenże miał rzeczywiście istnieć i przypisywane by mu było wywołanie ducha zmarłej Barbary Radziwiłłówny. Z kolei niektórzy badacze za pierwszą historyczną wzmiankę o Twardowskim uznają dokument znaleziony w Archiwum Diecezjalnym w Płocku z 1495 roku wspominający o czarnoksiężniku nazwiskiem Twardosky
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 10:47
          W Krakowie niedaleko Wisły koło Pychowic znajdują się skałki zwane dziś Skałkami Twardowskiego, gdzie jakoby Twardowski miał mieć swoją pracownię w Jaskini Twardowskiego. W rzeczywistości pracownia Twardowskiego, zwana Katedrą Twardowskiego mieściła się w skałkach Krzemionek Podgórskich na Podgórzu. Istniejącemu tam dawniej kamieniołomowi nadano nazwę Szkoła Twardowskiego. Jaskinia, która zawierała ślady prac alchemicznych została odkryta i niestety zniszczona w czasie budowy Kościoła św. Józefa pod koniec XIX w.
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 10:53
          W okolicach Nekli znajduje się tzw. grobla Twardowskiego, którą według legendy usypał diabeł na żądanie czarnoksiężnika, by umożliwić mu przejazd przez podmokły obszar. Grobla, w istocie będąca ozem polodowcowym, jest obecnie elementem Szlaku Osadnictwa Olęderskiego i biegnie nią granica między gminami Nekla i Kostrzyn. Cztery morenowe pagórki w gminie Kostrzyn nazywane są Diablimi Sakiewkami, a zgodnie z legendą powstały, gdy diabeł nie zdążył przed pierwszym pianiem kura zrzucić ich na groblę.
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 11:23
          Jedyne wystawiane na widok publiczny lustro Twardowskiego pochodzące z Węgrowa jest pęknięte na trzy części i zmatowiałe. Wykonane zostało z białego metalu, stopu srebra, złota, cynku i cyny. Jest to przedmiot o wymiarach 56 na 46,5 cm, oprawiony w czarną drewnianą ramę, na której widnieje napis w języku łacińskim Luserat hoc speculo magicas Twardovius artes, lusus at iste Dei versus in obseqvium est (Bawił się tym lustrem Twardowski, magiczne sztuki czyniąc, teraz przeznaczone jest na służbę Bogu)
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 11:27
          Legenda opowiadana przez miejscowych, mówi że ksiądz spojrzawszy w lustro zobaczył diabła i rzucił w nie kluczami, stąd pęknięcia.
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 14:21
          ZWIERCIADŁO STRACHU - Onet
        • madohora Re: Legendy 15.07.25, 14:29
          Historia ta nie jest bardzo stara, została wymyślona w latach 20. XX wieku. Jej autorką jest Aniela Pruszyńska, która – podczas kolacji z Erikiem P. Kellym – w odpowiedzi na pytanie swojego gościa dlaczego melodia hejnału tak nagle się urywa – naprędce skonfabulowała historię o tatarskiej strzale. W formie pisanej legenda po raz pierwszy jest wzmiankowana w powieści Erica P. Kelly’ego Trębacz z Krakowa z 1928.
        • madohora Re: Legendy 18.07.25, 17:15
          Wierzono, że głos dzwonu Zygmunt w Boże Narodzenie, w Wielkanoc i w noc świętojańską budzi polskich królów, którzy potem zbierają się w jednej z sal na Wawelu. Podobnie brzmienie dzwonu miało moc budzenia śpiących pod Giewontem rycerzy
        • madohora Re: Legendy 18.07.25, 19:32
          Na Wawelu jęczą dzwony,
          Głośno nasz się Zygmunt żali,
          A z wichrami smutne tony,
          Po Wiślanej płyną fali...

          Stary Zygmunt łka jak dziecię...
          Jęki niosą wiatry chyże...
          A z Zygmuntem wszystkich w świecie,
          Zajęczały dzwonów spiże...

          I po ziemi naszej całej,
          Huczą dzwony jak zaklęte...
          Nawet ów, z Loretu mały,
          Cicho roni łezki święte.

          Hej! kto płaci za podzwonne,
          Że tak kazał grzmieć sowicie?
          Hej! Litewskie i Koronne,
          Komu, komu wy dzwonicie?


          O! nie pytaj, dziatwo miła,
          Jeno słuchaj, słuchaj szczerzej!
          Oto jedna, patrz! mogiła,
          A w mogile Polska leży!

          Rozbujane serce w dzwonie,
          Wstrząsa duszę dziwną mocą;
          A tam drugie — w ludu łonie,
          O pierś bije, o sierocą...

          Dzwon w niebieskie grzmi podwoje,
          Głośniej ludu serce szlocha!
          I tak serc się ściera dwoje,
          Które silniej Polskę kocha?

          Na przemiany: ciszej, śpiewniej,
          Dzwoni żałość ich pobożna,
          Że niewiedzieć, czy już rzewniej,
          Nad ojczyzną płakać można?

          Jęczą dzwony... Dzwonom śmiechem
          Odkrzykują wtór morderce;
          Aż z ostatniem dzwonów echem,
          Zygmuntowi pękło serce.
        • madohora Re: Legendy 18.07.25, 19:37
          Nad omszałym grobu głazem,
          Z grzmotem wielkim pęka płyta,
          I mąż cały za żelazem,
          Stróż Wawelu — wstaje Kmita.

          Echo dalej grzmot podaje,
          Bije w kratę mogił rdzawą:
          Jan Tarnowski z grobu wstaje
          I potrząsa swą buławą.

          Na to hasło, do swych znamion,
          Wstają z mogił czujne straże,
          Skrzydła wieją im u ramion:
          Ach! to nasi są husarze!

          Niegdyś — lot tych orłów dumny,
          Pruł słoneczne nieba szlaki:

          A dziś oni u tej trumny,
          Idą kruszyć swoje znaki!

          Idą łamać oręż rdzawy,
          Cienie mężów tajemnicze:
          Tu składają swe buławy,
          Jabłonowscy, Chodkiewicze...

          Tu strzaskany kord w prawicy,
          Dąży złożyć kalek paru:
          To ostatni wojownicy,
          Z pod Racławic i z pod Baru...

          I ci tutaj, co w swej drodze,
          Los zawistny mieli służką:
          Dwaj ostani dążą wodze,
          Książę Józef i Kościuszko.

          A nad głową ich sztandary,
          Wieją dumnie, wrogów straszą,
          Hasłem dawnej, polskiej wiary:
          „Nasza wolność jest i waszą!“
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 19:27
          Turyści, którzy odważyli się przekroczyć próg najstraszniejszego zamku, opisują aurę niepokoju, która spowija to miejsce. Wspominają o nagłym ucisku w klatce piersiowej, chłodzie, który przenika kości, mimo ciepłego letniego dnia, czy o cieniach, które zdają się poruszać w kącie oka. Najbardziej wstrząsające są opowieści o złocistowłosej zjawie - kobiecej postaci, której spojrzenie wywołuje ciarki na plecach. Czy to Umina, strażniczka tajemnic, wciąż błąka się po komnatach, nie mogąc zaznać spokoju?
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 19:32
          https://img20.dmty.pl//uploads/202205/1653325073_dxjgub_600.jpg
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 19:38
          Na Szlaku Orlich Gniazd, wśród wapiennych skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej, zamek w Bobolicach wznosi się niczym strażnik dawnych dni. Choć częściowo został odbudowany, wciąż emanuje aurą ruin, które pamiętają zdrady i cierpienie. Tutaj Biała Dama to duch królewny, której imię zaginęło w mrokach historii, ale której tragedia wciąż żyje w opowieściach. Według legendy została uwięziona przez zazdrosnych braci - Bobola i Mira - którzy nie chcieli pozwolić, by ich siostra związała się z nieodpowiednim wybrankiem. Zamknięta w wieży, miała umrzeć z tęsknoty, a jej duch, pełen gniewu i żalu, błąka się teraz między murami, szukając zemsty.
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 19:46
          Najbardziej przerażające miejsce w zamku Czocha to most, pod którym w 1719 roku, według legendy, utonęli żałobnicy podczas tragicznego pochówku. W bezksiężycowe noce podobno można usłyszeć ich płacz, dobiegający z głębin. Inni wspominają o zimnym powiewie, który zdaje się szeptać ich imię, i o białej postaci, która pojawia się na skraju mostu, by zniknąć w mroku. Gertruda, uwięziona w swoim wiecznym pokucie, zdaje się strzec zamku, przypominając o cenie zdrady.
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 19:54
          Łagów - ten malowniczy zamek, to dziś ekskluzywny hotel, który wciąż skrywa mroczne sekrety z przeszłości. Duch siostry rycerza, nieszczęśliwie zakochanej w wrogim księciu, błąka się po korytarzach i nad jeziorem. W wieży i pokoju tortur pojawia się także zjawa dowódcy Andreasa von Schliebena, którego tragiczny los wciąż odbija się echem;
        • madohora Re: Legendy 20.07.25, 20:03
          Kórnik - tu Teofila Działyńska, zwana Białą Damą, opuszcza ramę swego portretu, by wędrować po zamku nocą. Jej obecność, związana z historią rodu, przyciąga tych, którzy szukają paranormalnych wrażeń.
        • madohora Re: Legendy 04.08.25, 14:36
          Na Górnym Śląsku dawniej, zwłaszcza na wioskach, w przypadku choroby nie zwracano się o pomoc do lekarza, lecz udawano się do pasterza. Pasterze cieszyli się większym zaufaniem wśród ludu niż wykształceni lekarze i dlatego mieli więcej pacjentów. Pod koniec lat 70. XIX wieku w Bierawie w powiecie kozielskim mieszkał taki "cudotwórca”, którego sława wykraczała daleko poza granice Górnego Śląska, a do którego pielgrzymowali pacjenci nawet z Moraw, Polski i Austriackiego Śląska.
          Osobiste stawienie się chorego nie było jednak u niego konieczne, gdyż rozpoznawał on rodzaj choroby z moczu i przepisywał odpowiednie środki lecznicze. Mocz przynoszono mu w małych szklanych buteleczkach, a w rowie przed jego domem gromadził się znaczny stos wyrzuconych butelek.
        • madohora Re: Legendy 04.08.25, 17:10
          Słynny pasterz praktykował też w Jemielnicy, wsi w powiecie Strzelce Opolskie, znanej z klasztoru cystersów. Stosował również metodę rozpoznawania chorób z moczu, jednak sam nie przygotowywał leków, lecz wystawiał recepty i wysyłał pacjentów do apteki.
        • madohora Re: Legendy 04.08.25, 17:15
          Nieprawdziwe i niesprawiedliwe byłoby nazywanie tych mężczyzn świadomymi szarlatanami. Nic bardziej mylnego. Działali w najlepszej wierze, aby pomóc swoim cierpiącym bliźnim, każdy na swój sposób.
      • madohora Re: Legendy 26.02.16, 06:32
        Z zamku do zamku, z grodu do grodu
        Jeździł król stary dobry i lud zgromadzał
        Jak miłościwy ojciec narodu
        On winnych karał, dobrych nagradzał

        Do Sieciechowic dążył lud mnogi
        A w zamku tłumnie rycerstwo gwarzy
        Sam król zawitał w Toporów progi
        Bo wielka w sądzie sprawa się waży

        Rycerz Żegota wrócił z niewoli
        Gdy do serc bratnich próżno kołacze
        Błaga o litość króla w niedoli
        I opowiada dzieje tułacze

        Król go wysłuchał wyrok wydaje
        By mu zabrane wrócili mienie
        Pokrzywdzonemu prawo przyznaje
        Braciom wyrzuca ich przewinienie

        Sądy skończone, Żegota woła
        Dzięki wam panie mój miłościwy
        Za powrócenie zamku i sioła
        Ale żal w sercu mam sprawiedliwy

        Jak pamięć moich naddziałów czysta
        Drogą mi zawsze ma tarcza była
        Strzegli ją miłość i cześć ojczysta
        Jeno tak niecnie dziś się splamiła

        Gdy koń był wierny, bracia rodzeni
        Wyprzeć mię chcieli z Toporów gniazda
        Więc niechaj moja tarcza się zmieni
        Jak losu mego zmienia się gwiazda

        Co Topór stracił niech koń odbierze
        Niech w tarczy królu będzie koń stary
        A niech tak w cnocie żyją rycerze
        Jak on mi stale dochował wiary

        Na to król odrzekł słuszne żądanie
        Niechaj koń godłem rodu zostanie

        Los też się zmienił z tarczą Żegoty
        Pojął on cudną dziewkę za żonę
        Miał synów mężnych wielkiemi cnoty
        A było imię Starżów sławione.
      • madohora Re: Legendy 26.02.16, 22:15
        Jan III Sobieski pod Lwowem

        Zachwiał się zadrżał nasz kościół stary
        Pękły flary jego olbrzymie
        Mąż jeden schwycił za sztandar wiary
        Jan III było jemu na imię

        Chorągiew jego jako śnieg biała
        Skrzydłami kościół zakryła cały
        Rycerzem mleczną drogą jaśniała
        I do przybytku wiodła ich chwały

        Pomiędzy Bogiem a jego ludem
        Mąż ów jak arka stawał przymierza
        Silny był wiarą i woli cudem
        Urągł groomom jak szczytna wieżą

        Patrzcie już chmura ciągnie ze wschodu
        Za nią słup idzie ognia i dymu
        Za morzem jęk się odbił narodu
        I aż na wzgórza zaleciał Rzymu

        Lud patrzy z trwogą na krwawe znaki
        Co mu niewolę i mordy wróżą
        Na niebie czarne krążą już ptaki
        I cicho, groźnie jakby przed burzą
        A Lwowskie dzwony żałośnie dzwonią
        Bo czarna chmura ku nim się zbliża
        Tam huf rycerzy stoi pod bronią
        Z nim król chorągiew i znamię krzyża

        W orszaku króla polska królowa
        W świątyni pańskiej klęczą z nią dzieci
        A pochylona piękna jej głowa
        I łza srebrzysta w oczach jej świeci

        Bo wódz co nigdy przysiąg nie łamie
        Przed wielką bitwą rzekł do rycerzy
        Niechaj w bój każdy ochoczo bieży
        Bóg wspiera bracia odważne ramię

        Gorsza od śmierci niemocy zdrada
        Bo gdy się matka w całun oblecze
        Klątwa tej ziemi dzieciom jej biada
        Jeśli na grobach rdzewieją miecze

        Taką rzecz czynił przed walną sprawą
        Gdy jak szarańcza pogaństwo płynie
        Więc okrzyk rozległ się po dolinie
        Mamy iść ginąć gońmy ze sławą

        I wita wrogów Rusi stolica
        W porannej zorzy i w mgle się bieli
        Niby półsenna jeszcze dziewice
        Kiedy rumiana wstaje z pościeli

        W mieście płacz wielki i biją dzwony
        A na stepowym koniu jak burza
        Król leci w pole, jak lew zburzony
        Lotem błyskawic przebiega wzgórza

        Stoją sprawione do bitwy szyki
        Chorągwie białe jak ptaki bieżą
        A Jezus, Maria biją okrzyki
        Lasami włóczni wzgórza się jeżą

        Już hasłem boju działa zagrzmiały
        Zatem janczarów hufiec się zbliża
        Jak śmierć okrutny, jak grom zuchwały
        I na wyznawców uderza krzyża

        Chwieją się polskie, cofają roty
        Król ich wstrzymuje i wznosi dłonie
        A na sam widok bratniej sromoty
        Jego twarz żalem i gniewem płonie

        I woła bracie pojrzyjcie w górę
        Ufajcie Bogu on waszą mocą
        Patrzą się w niebo i widzą chmury
        Co błękit czarną zasnuwa nocą

        Więc znów szeleszczą chorągwie białe
        Lecą jak łodzie na wielkie morze
        I król jak żeglarz, ludom na chwałę
        W imię ojczyzny i w imię Boże

        Lecą i nic ich w biegu nie wstrzyma
        Bo wielki cel jest i święta sprawa
        I każdy rycerz urósł w olbrzyma
        A w każdej dłoni miecz Bolesława

        Nagle z chmur czarnych błyskawic wstęgi
        Olśniły oczy wrogów tej ziemi
        Słuchają groźne niebios potęgi
        W huku gromowym dzwonią nad niemi

        Chwieją się, łamią niewiernych roty
        Okrzyk ich Allach w burzy zaginął
        Gdy z ognistemi pioruny groty
        Z chmur ołowianych deszcz gradu spłynął

        Stało Się Boża była w tym wola
        Śnieg na lipcowe wonne spadł łany
        I gdy wróg z klątwą uchodził z pola
        Cały kraj drzemał w bieli ubrany
      • madohora Re: Legendy 27.02.16, 14:23
        -4-
        Noc zawiesiła swój całun ciemny
        Nad żyjącemi, nad umarłemi
        I książyc blady, cichy, tajemny
        Z chmurą na czole pływał nad niemi

        W obozie wrogów, w okrąg ogniska
        Jak duchy snują się nocne czaty
        Miecz u każdego boku połyska
        A różnobarwne mienią się szaty

        Pod strażą groźnych janczarów w zbroi
        Ibrahim Basza leż w namiocie
        I chwale przyszłych podbojów roi
        W Giaurów krwi się kąpię i złocie

        Ale myśl wroga czoło mu mroczy
        Kiedyś na dzielną wspomni obronę
        Król mu Jan III staje przed oczy
        I Samuela widzi on żonę

        A więc się rzuca z sromu i gniewy
        Żę z nim niewiasta do walki staje
        I że zabrania zebrać posiewu
        Co wraz z Trembowlą los mu oddaje

        Nagle jak tygrys z łoża wyskoczył
        I na naradę Baszów swych woła
        Liczny brodaczów rząd go otoczył
        A wszystkie kornie chylą się czoła

        W tem szpieg wysłany w nocy na zwiady
        Doniósł że król Jan na odsiecz bieży
        Ta wieść przecięła węzeł narady
        Drżą muzułmańskich serca rycerzy

        Więc wódz ich na to ze wschodem słońca
        Jutro Trembowli muszę być panem
        Napiszę układ i wyślę gońca
        Bo trudna sprawa z polskim hetmanem
      • madohora Re: Legendy 27.02.16, 15:39
        -9-
        Znowu rok mija i ranek dnieje
        Hukiem dział ziemia zadrżała święta
        Z dymem uchodzą wrogów nadzieje
        Bo twierdzę broni moc niepojęta

        I znów jak wczoraj tam u wyłomu
        Śnieżną chorągwią suknia powiewa
        Jak groźna wieszczba pogan pogromu
        Co serce Baszy trwogą przeszywa

        Nigdy rad polską pono dzielnicą
        W cudnejszej krasie słońce nie wstało
        Miecz w każdym ręku lśnił błyskawicą
        A czoła zorzy świtały chwałą

        Nagle rycerze z Trembwoli szczytów
        Widzą z podziwem w obozie wroga
        Jakby grom wypadł z czystych błękitów
        Powstaje wrzawa i rośnie trwoga

        Toczą się działa, chorągwie lecą
        Jako śnieg w słońcu znikły namioty
        Jeszcze księżyce nad niemi świecą
        Ale w tumanie giną już roty

        W tem z dala ziemia jęknęła gromem
        Jakby świat cały z posad się walił
        Niewiasta stojąc ponad wyłomem
        Woła - o bracie Bóg nas ocalił

        Słyszę głos jego to mściciel Boży
        To nasz Jan III przybył na sławę
        Nim słońce głowę do snu położy
        On skosi mieczem wrogów jak trawę
      • madohora Re: Legendy 30.04.16, 18:41
        Wody na pierwszą kąpiel nie wolno pod żadnym pozorem zagotowywać, gdyż dziecko wykąpane w takiej wodzie ściągnęłoby na się wszelakie biedy złośliwego i gwałtownego usposobienia. Kąpie się więc dzieci w nowych drewnianych nieckach w wodzie lekko zagrzanej i aż gęstej od ziół rozmaitych. Głowy niemowlęcia nie myje się z zasady nigdy. Po pierwszej kąpieli pociąga się noworodka trzykrotnie za nos, by kichnął samemu sobie na zdrowie, i smaruje się całe ciałko dziecka ciepłem masłem solonem.
      • madohora Re: Legendy 30.04.16, 18:45
        Do chrztu podaje matka dziecko rodzicom chrzestnym przez okno, chrzestni zaś nie powinni nigdy zbaczać w drodze do kościoła i z powrotem do domu, to znaczy, iż wszystkie swe czysto intymne sprawy załatwić powinni przed chrztem, lub wstrzymać je do powrotu do domu, gdyż w przeciwnym razie, dziecko obficie i uparcie moczyć będzie pościel i pieluszki, nawet wówczas, gdy pieluszek
        już używać nie będzie, gdyż do siedmiu lat włącznie.
      • madohora Re: Legendy 29.11.16, 16:51
        O Utopcach

        Kiedy utopcy do naszej Olzy przyszli, a w ogóle skąd przyszli, różnie mówiono. Najprawdopodobniej z Kozłem, wracającym z Lwowa. Bo kiedyś nasi furmani jeździli daleko. Za Krakowem miał się przysiąąć do niego jakiś pan w czarnym ubraniu, siadł sobie w tyle wozu 1 tyłem do Kozła. Kozieł go zostawił i tak je cha ł aż do domu. Pod Niemcem było trzeba przez Olzę przejeżdżać, a tu Olza prawie powodzią
        wezbrała. Kozieł zmęczony długą furmanką i stęskniony za domem, nie zważając na niebezpieczeństwo, wjechał bez namysłu we wzburzoną rzekę. I dziwna rzecz, choć fale szły wysoko,
        choć konie po szyje w wodę wpadły, szły jednak łatwo, wóz się nie przewrócił i Kozieł bez szwanku na
        drugą stronę przejechał. Tedy mu rzekł ów obcy: „Żeś mię* wziął uprzejmie, pomogłem ci przejechać, inaczej byłbyś się utopił. Po drugi raz nie jedź w wzburzoną rzekę!" To rzekłszy, skoczył
        w wodę i zniknął. Na Kozła padł strach. Jednego razu parobek Gorewoda przeprowadzał na
        drabiniastym wozie całą rodzinę utopców z Olzy do Ostrawicy pod Racimowem. Utopiec obiecał mu wysoką sumę pieniędzy, tylko stawił mu warunek, że nie wolno mu się nazad oglądać. Jechali
        wodą aż pod ławę. Noc była księżycowa, konie bluzgały w wodzie, ale szły tak lekko i raźno jak po najlepszej drodze. Skręcili pod ławą koło Kajzarówki na kopiec i kopcem na frydecką cesarską drogę. A zawsze, gdy mijali jakiś potok, konie dziwnie wystraszone parskały, bo na wodzie działy się Jakieś dziwy, strachy. Gorewoda znajdował się nie tyle w strasznym, ile w niebezpiecznym położeniu. Nie
        bał się tyle tych utopców, ile swej ciekawości, aby go nie uniosła i nie zgubiła, Jak dzikie konie unieść mogą woźnicę i wtrącił w przepaść. Trzymał je tedy na wodzy i ani chwilki nie popuścił cugli. Przytem rozmyślał ciągle nad fortelem, co go sobie już w domu obmyślił, jakby go wykonać, mianowicie,
        zobaczyć swoich kochanych gości, a nie obejrzeć się. A jakże to zrobił? Oto podniósł się nagle z
        siedzenia, stanął na śnicach wozu, rozkroczył nogi i głowę wsunął między kolana i patrzy: Na każdym siedzeniu, a były trzy, ściskają się utopcy, na każdym szczeblu zwisają ich postacie. W okamgnieniu
        obejrzał wszystko, wyprostował się, kocem niby od zimna się owinął, usiadł i był kontent i wesół, bo mu już teraz nic nie groziło. Konie zaczęły parskać, znać, że na wozie się coś działo, ale on sobie z tego nic nie robił, bo mężne serce biło mu w piersi. Zaciął konie i zaśpiewał wesoło:
        Nie ma śród k oń s z c z a fis k ic h c h ło p c ów
        N ad e m nie w ięk sz eg o zucha:
        Wiozę k o c h a n y c h utopców
        Do R a cim ow a z Zaducha!
        Wio, k o n ic z k i, a n a jp ro śc iej,
        Ostrawicy g łę b ie sine,
        P rzyjm ą c h ę tn ie z a cn y ch
        g o śc i,
        Całą u to p c ów rod z in ęI
        Hu! Ha!W Racimowie dostał sutą zapłatę ze słowami: „Po drugi nie igraj sobie, bo może
        być źle!“ Parobek przeżegnał się i pojechał.
      • balzack Re: Legendy 07.03.17, 17:10
        Gdy Pan Bóg stworzył świat, kazał ptakom lecieć i zapełnić łąki, lasy, ogrody i wody. A było to wiosną, kiedy wszystko było umajone — rozwijały się liście, kwitły kwiaty, a promienie słoneczne wpadały w każdy zakątek. Widząc to, ptaszki zaczęły śpiewać, który jak mógł. Ale był to raczej wrzask, niż śpiew — nie znać było w ich piosnkach ani melodji, ani taktu, ani cieniowania— jeden gwizdał, drugi przeraźliwie ciągnął jedną nutę — inny usiłował wszystkich przekrzyczeć jakiemś dzikiem bełkotaniem. Cieszyły się, jak który umiał, patrząc na ten piękny świat; latały to tu, to tam, przeskakiwały z jednej gałązki na drugą i wykrzykiwały na całe gardło, jak umiały. Naraz nad murawą zadźwięczała cudna muzyka. Zdziwione
        ptaszki przykucnęły na miejscu, oglądają się dokoła i cóż widzą? W obłokach siedzą aniołowie i przecudnie śpiewają —
        a głos ich wokoło się rozlega. — Uważajcie, ptaszki — powiada jeden anioł — przyszliśmy was nauczyć śpiewać.
        Wtedy ptaszki zbliżyły się do aniołów i porozmieszczały się, gdzie które mogło: jedne na gałązkach drzew, inne na
        łące, przysłuchiwały się i usiłowały naśladować, a aniołowie im dopomagali. Ale nie wszystkie ptaszki nauczyć się chciały ładnego śpiewu — były takie, dla których nauka śpiewu wydała się za trudną, inne nie miały cierpliwości wysiedzieć długo na jednem miejscu, jeszcze inne zamało zdolne były i te poodlatywały. Niektóre znowu ptaszki były tak dumne ze swego
        pięknego upierzenia, iż sądziły, że śpiew nie jest im potrzebny. Takie ptaszki mało, albo wcale się nie nauczyły śpiewać: krakały dzień cały lub szczebiotały. Zato niektóre inne ptaszki tak bardzo śpiew pokochały, że nie odstępowały aniołów, ćwiczyły się od rana do nocy i doszły do takiej doskonałości, że umiały wyśpiewać i radość, i smutek, i zachwyt, i wdzięczność. Najpilniejszym i najzdolniejszym ptaszkiem był słowik. To, czego się ptaszki wtedy nauczyły od aniołów, uczyły swoje dzieci, a te znowu — swoje dzieci. I tak idzie przez świat
      • madohora Re: Legendy 07.03.17, 18:17
        Szło niegdyś przez las dwóch studentów.
        I stało się, że jeden drugiego postanowił
        zabić. Kzucił się więc z nożem na
        towarzysza i zaczął mu zadawać ciosy śmiertelne.
        Napadnięty prosił o zmiłowanie, ale
        czułe jego prośby nie zmiękczyły zakamit:-
        niałego serca. — Po wielu ciosach rzekł
        umierający słabym głosem: „Bóg jest sprats
        wiedliwym; — oto ta paproć C1C wyda."
        To rzekłszy wyzionął ducha.
        Rosło w tym lesie wiele paproci. Zabójca
        pochował głęboko w ziemi ciało nieszczęsnego
        towarzysza, a spojrzawszy na
        paproć, zaśmiał się tylko, nie obawiając się,
        aby paproć zbrodnię jego wydała.
        Jakoś w rok zobaczył ów morderca
        wielu ludzi, niosących wianki z paproci.
        Wspomniał na słowa umierającego towarzysza,
        mówiąc: „Jakże mnie ta paproć ma
        wydać." 1 zaczął się śmiać z tego. Śmiech
        atoli nie ustawał, morderca wciąż się śmiał
        i to coraz bardziej. Wzbudziło to podejrzenie,
        tak iż przytrzymano zbrodniarza i
        tak długo nań nalegano, aż się przyznał do
        zbrodni. — Tak oto paproć go wydała. —
        Pamiętajcie więc sobie, że żadna zbrodnia
        się nie utai, a choćby się utaiła przed ludźmi,
        to nie ukryje się przed Bogiem
        wszystko wiedzącym.
      • madohora Re: Legendy 07.03.17, 18:35
        Miała Basia
        Płowąkrowę,
        Pognała ją
        Na dąbrowę.
        Jak pognała,
        Tak pognała,
        Złoty wianek
        Przewijała;
        Przewijała w cichy ranek
        Komu wianek? sobie wianek.
        A czy ją też dziewczę młode!
        Kiedy krowa poszła w szkodę.
        Podeptała dwa zagony,
        Od tej strony do tej strony.
        Albo za nią albo w nogi.
        Jeno co jej widać rogi,
        Krowa płowa, płowe zboże,
        To się w zbożu skryje może.
        — Bodajże cię, cóż ja zrobię?
        Ot i ludzie — maszci tobie...
        Bodajże cię wianku złoty,
        Narobiłeś Baśce psoty.
        Oj! wyleciał dziad za krową,
        Pogonił mi krówkę płową,
        Aleć moja płowa skora,
        Będziesz latał do wieczora.
        Nim ją chwycisz za dwa rogi,
        Połamiesz se dziadu nogi.
        Oj! wybiegła matka z chaty,
        Co skakała przed stu laty.
        Nie chodź matko, miła Ewo,
        Stare nogi, stare drzewo;
        Zostań babuś w chaty progu
        Oddaj żytko Panu B igu.
        — Oj wyleciał chłopiec sokół,
        Pogonił się za nią w okół;
        Już tu ona, już tu ony,
        Wiedzie krówkę przez zagony;
        A ja cicho, ani słówka?
        Czyja krówka? Baśki krówka.
        Zapłać że mi za tę szkodę,
        Albo płową sobie wiodę.
        Krowa patrzy mokronosa,
        Nadeptała tego kłosa,
        Cóż ja pocznę nieszczęśliwa!
        — Mój Wawrzynie dam ci płatek,
        Albo płatek albo kwiatek.
        — A ja niechcę to ni owo,
        Jeno daj mi jedno słowo:
        Będziesz moją? — A matula?
        — Jak nie zechce to do króla.
        Zawołamy: Królu Mości,
        Kochamy się od dawności !
        — A jak król ci nieuwierzy,
        Jeszcze złapie do żołnierzy...
        To pójdziemy do plebana,
        Niechże będzie dana, dana,
        Moje słowo, twoja krowa,
        Baśka biała, krówka płowa
      • madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:17
        Jacek, zabrawszy z kościoła Najświętszy Sakrament i posąg Matki Bożej, przeprawił się suchą nogą przez Dniepr w czasie napadu Tatarów w 1240 roku. Z tej legendy wywodzi się tradycja Matki Bożej Jackowej, której najstarsza rzeźba jest przechowywana dzisiaj w Krakowie
      • madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:18
        Jacek, zabrawszy z kościoła Najświętszy Sakrament i posąg Matki Bożej, przeprawił się suchą nogą przez Dniepr w czasie napadu Tatarów w 1240 roku. Z tej legendy wywodzi się tradycja Matki Bożej Jackowej, której najstarsza rzeźba jest przechowywana dzisiaj w Krakowie.
      • madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:24
        Na prośbę Prandoty z Kościelca (być może członka rodu Odrowążów), Jacek, wezwawszy imienia Chrystusa, uzdrowił z niemoty jego matkę, Juttę
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 10:49
          Najazd Tatarów - zniszczenie Psar - założenie Woźnik
          Kiedy za czasów św. Jadwigi Tatarzy do Szląska wtargnęli, stał na
          Grójcu pyszny gród, a na miejscu teraźniejszej wioski Psary istniało miasto
          Psary, przez dzikie hordy spustoszone. Większa część mieszkańców Psar,
          którzy się ucieczką podziemnymi chodnikami przed okrucieństwem
          barbarzyńców uchronili, udała się w tę stronę, gdzie teraz kościół św.
          Walentego przy Woźnikach stoi. Już to na tym miejscu wały zakładali,
          zamierzając nowe miasto założyć i należycie obwarować; z powodu jednak,
          że im się miejsce bagnistym wydawało, puścili się cokolwiek dalej
          i założyli miasteczko, a iż się tam przewozili, nadali mu imię Woźniki.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 10:57
          Jak mieszkańcy Psar zbudowali Gliwice
          Psary wspomina również legenda „O założeniu Gliwic”:
          „Miasto Gliwice zbudowane zostało w czasie wojen husyckich. Wtedy
          to z czeskich krajów przez Górny Śląsk wyprawiły się wojska husytów
          w kierunku Częstochowy, by klasztor na Jasnej Górze obrabować,
          splądrować i zniszczyć. Po drodze zniszczyły miasteczko Psary w powiecie
          lublinieckim. Husyci uczynili to tak dokładnie, że po tej osadzie nie zostało
          nawet śladu. Mieszkańców zaś tego miasteczka uprowadzono i osadzono
          nad rzeką Kłodnicą. Ci zwrócili się z prośbą do jednego z książąt, który
          przewodził Husytom, aby zgodził się na budowę przez nich nowego miasta.
          Ten wyraził zgodę, przez co stał się założycielem Gliwic.
          Po zakończeniu wojen husyckich, wielu z Czechów nie powróciło do
          swojej Ojczyzny. Ci, którzy pozostali, osiedlili się w Gliwicach jak i w jego
          dalszej lub bliższej okolicy.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:02
          Pierwotne położenie Lubszy
          Stare podanie głosi, że pierwotnie Lubsza, jak i jej pierwszy kościółek
          zbudowana była zupełnie w innym miejscu. Kościółek miał stać w miejscu
          w miejscu wybudowanej później kapliczki św. Krzyża na Ślęzkowym.
          Dawna wieś Lubsza położona miała być przy drodze prowadzącej od
          Bytomia, na północ w kierunku Częstochowy, po zachodniej stronie Grójca.
          Liczne wojny, jakie miały miejsce w przeszłości na śląsko - małopolskim
          pograniczu, spowodowały zniszczenie osady w tym stopniu, że mieszkańcy
          wybrali nowe miejsce w pobliżu obronnego zamku na wschodnim stoku
          Lubszeckiej Góry, tam gdzie dzisiaj wieś Lubsza się znajduje, a nowy
          drewniany kościółek zbudowano na drugiej górce, gdzie dzisiaj stoi kościół
          św. Jakuba Starszego Apostoła.
          Natomiast na miejscu starego kościółka, na terenie powstałego później
          Ślęzkowego, powstała murowana z kamienia kaplica pod wezwaniem św.
          Krzyża, która w XIX wieku oceniana była, że liczy sobie aż 600 lat.
          W okresie panowania protestantów w Lubszy, w tej to kaplicy odbywały się
          nabożeństwa dla mieszkańców Psar i katolików innych wiosek.
          W przeszłości, wokół kaplicy grzebano zmarłych na cholerę mieszkańców
          okolicznych miejscowości. Kilkadziesiąt lat temu, stara, kamienna kaplica uległa zburzeniu, zaś na jej miejscu wzniesiono nową, ceglaną, lecz
          niewielkich rozmiarów kapliczkę.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:10
          https://media.tenor.com/2kmslF2N67YAAAAM/bird-cute.gif
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:22
          Nadolany
          Dawna jeszcze w drugiej połowie osiemnastego wieku zaginiona dziś
          nazwa osady nad Małą Panwią. Położona była w miejscu obecnego
          Zawodzia, dzielnicy dzisiejszych Kalet. Wzmiankowana w lubszeckich
          księgach metrykalnych już w 1707 roku, lecz prawdopodobnie jej rodowód
          jest znacznie starszy. Dokładne położenie Nadolan - Nadolin, określa mapa
          Wielanda - Romana z 1736 roku.
          Nazwa nawiązuje do określenia położenia osady względem Kuczowa.
          Ponieważ miejscowość leżała w dolnym biegu rzeki Małej Panwi, dlatego
          zwano ją i jej mieszkańców Nadolany (Nadolanie).
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:43
          https://media.tenor.com/Dp00aejRu3UAAAAM/whiskey-drink.gif
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:48
          Grabarze
          Nieopodal Drutami, w lesie, po północnej stronie wioski, znajduje się teren zwany Grabarze. Miejscowa ludność zwie to miejsce również Śmiercigórką. Kiedyś stał tam stary przydrożny krzyż. Istnieje
          przekazywane z pokolenie na pokolenie podanie o tym miejscu jakoby
          jeszcze w okresie wojny trzydziestoletniej grzebano tam zmarłych na różne
          zarazy mieszkańców Kuźnicy Plaplińskiej i późniejszej Drutarni.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 11:59
          W rejencji opolskiej, w powiecie lublinieckim, w bliskości wsi Lubszy
          (Lubschau), wśród dolin powolnie wznosi się góra kręglowatej postaci
          zwana Grójec; wysokość jej dochodzi 1187 stóp paryskich, a gdy rynek
          w pobliskim miasteczku Woźnikach (Woischnik) wznosi się 1043 stóp nad
          poziom, góry Tarnowskimi zwane 1005, a więc góra Grójec niższą jest
          tylko od Chełma (Św. Anny), którego wysokość 1290 stóp przenosi. Nazwa
          tej góry Grójec pochodzi od słowiańskiego miana: gród, grodce, hrad, co
          znaczy miejsce warowne (Burg)
          Widok z tej góry jest nader daleki, a piękniejszego w całej okolicy nie
          znajdzie. Tym milszym on jest dla mieszkańca dolin szląskich, gdy rzadko
          może się cieszyć podobnie obszernym widokiem, jakiego z wierzchołka tej
          góry używać może. Pokład tej góry jest kamień wapienny, powierzchnia
          miejscami naga, a miejscami zarosła drzewem. Na wierzchołku nie da się
          znaleźć żadnych śladów ni szczątków budowli lub warowni, o której
          podanie wspomina, można tylko dostrzec małe wydrążenie, które jest
          zapewne szczątkiem studni, która jeszcze przed czterdziestu laty istnieć tu
          miała. Stań na wierzchołku tej góry, a dziwne uczucie wielkości Boga
          owładnie twą duszą. Kilkanaście mil wokół jak gdyby na dłoni ukaże ci się
          przed oczy. Najpierw uderzą cię wspaniałe wieże jasnogórskiego klasztoru,
          sławnego w dziejach Polski przybytku Marii, dalej sterczą ruiny zamku
          olsztyńskiego, sławne bohaterstwem i męczeństwem Karlińskiego, który
          tych murów z dziwną odwagą bronił przed nieprzyjacielem, to znów
          wyżyny pięknych okolic od pagórka Łyściec i Żarek szeroko aż pod Pilcą
          oczy twe powiodą. To znów uderzą cię dymy butów i cynkowni, wieżyce
          kościołów Woźnika, Żyglina, Gór Tarnowskich, Lubią, Piekar i Lublińca.
          U spodu góry Grójca, w cieniu lip rozłożystych, stoi murowana kapliczka
          Św. Krzyża. Podanie o przeszłości i dziejach tych miejsc tkwi w ustach
          ludu, jako wspomnienie minionej świetności ojczyzny naszej.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 12:27
          GÓRA GROJEC NA MAPIE
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 12:33
          Czapka pełna złota
          Na Górze Grójeckiej dawno temu stał duży zamek, w którym
          zamieszkiwali bardzo bogaci ludzie. W rodzinie tej były dwie córki, ale
          tylko jedna z nich była krnąbrnym dziewczęciem, nigdy nie chciała słuchać
          rodziców, nawet nie chciała z rodzicami jeździć do kościoła. Matka była
          bardzo tym faktem zrozpaczona. Pewnego razu, gdy córka kolejny raz
          odmówiła matce uczestnictwa w nabożeństwie, ta rzuciła na nią klątwę
          mówiąc:
          - Lepiej byś się pod ziemię zapadła.
          Gdy po niedzielnej mszy powrócono, zamku już nie było. Została tylko
          góra i w środku niej duża dziura.
          W późniejszych czasach, pewnego razu w tym samym miejscu na Górze
          Grójeckiej bawiły się dzieci. Pośród nich była także mała dziewczynka,
          biedna sierotka, z której niektóre z dzieci naigrywały i wyśmiewały się.
          W pewnym momencie ktoś zerwał jej z głowy starą wysłużoną czapeczkę
          i wrzucił w czeluść dziury zapadłego zamczyska. I nagle, po pewnej chwili,
          “ktoś” lub “coś” wyrzuciło na powrót czapkę z dołu. Jakie było zdziwienie,
          gdy okazało się, że czapka wypełniona jest po brzegi złotem. W jednej
          chwili uboga sierotka stała się bardzo bogatym dzieckiem.
          Widząc to inni, licząc na to, że i oni zostaną obdarowani, poczęli
          wrzucać w czeluście góry swoje nakrycia głowy. Ale co to ? Oto wnętrze
          góry wypluło na powrót ich, ale podarte w strzępy czapki i chusty Ludzie w Starczy powiadali, że ciąży na tej górze klątwa i gdyby
          znalazł się śmiałek, który o północy obejdzie tę górę na kolanach trzy razy
          dookoła to wybawi zamek od klątwy i wtedy on ponownie wyłoni się
          z podziemi.
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 12:40
          °°°°°
        • madohora Re: Legendy 23.09.25, 12:47
          Było to bardzo dawno temu. Pod wieczór letnią porą, Tatarzy chmarą
          i z nagła obskoczyli koziegłowski zamek. Zawrzał pod murami zacięty bój,
          który jednak nie dał zwycięstwa hordzie. Nie mogąc zamku zdobyć,
          postanowili Tatarzy dotąd trzymać go w oblężeniu, aż załoga jego z głodu,
          sama otworzy bramy. I tak się stało! Otworzyły się bramy grodziska. Horda
          runęła do wnętrza, mordując część załogi, resztę zabierając w jasyr.
          Dziedzica zamku jednak nie pojmali, gdyż ten pod osłoną nocy opuścił się
          na linie z murów i wraz z żoną schronił się w lasach pod Wylągami,
          a potem uszedł do krewnych, co siedzieli na zamku w Grójcu pod Lubszą.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 00:12
          Skarb pod kapliczką na Florianku

          Na wzniesieniu w stronę Ligoty Woźnickiej wystawił około 1770 roku
          dziedziczny pan na Woźnikach, Antoni hrabia Gaszyn masywną, murowaną
          kapliczkę z rzeźbioną figurą św. Floriana.
          Według ludowej legendy miał pod kapliczką spoczywać skarb, który się
          objawiał ludziom w nocy przez niebieski płomyk. Kiedy po pożarze miasta
          w sierpniu 1798 roku stacjonował był tu oddział pruskiego wojska, jeden
          z tych żołnierzy zauważył jak się w miejscu tym wynurzyła kadź
          z pieniędzmi. Kiedy jednak bezbożny żołnierz zawezwał diabła do pomocy,
          skarb się znowu zapadł pod ziemię.
          ▪️▪️▪️
          Przy kaplicy św. Floriana ma być zakopany duży skarb pieniężny, który
          objawiony został przez niebieskie płomienie wcześniej, często w porze
          nocnego czuwania. Niedługo później pruskie dowództwo wojskowe rozbiło
          się na wzgórzu, i jeden z żołnierzy przyznał się do tego widzenia. Skarb
          podnosił się do pewnej wysokości w dużej kadzi. Zawołał on swych
          kolegów i chcieli go zgodnie wydobyć, lecz nagle mówi on do swych
          pomocników: "Zostawmy go. Słyszę z głębokości głos." Skarb wyznaczył
          termin swego wydobycia. "Gdyby wasza monarchia wypłacała wam
          odpowiedni żołd nie pragnęlibyście tak bardzo tego skarbu. Nadejdzie
          jeszcze taki czas, gdy miasto to drugi raz doszczętnie zostanie spalone.
          W tym czasie wokół Woźnik nie będą już istniały lasy, wtedy skarb ten
          pojawi się znów, aby mieszkańcy mieli wystarczające środki do odbudowy
          miasta.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:19
          Ofiarnik pogański na Lubszeckiej Górze
          Ponad tysiąc lat minęło, jak runęły
          zabudowania chramu, pogańskiej
          świątyni stojącej na Lubszeckiej Górze. Stało się to na wiele lat przed
          przybyciem tutaj świętego Wojciecha, który przybył tutaj z Opola w drodze
          do Krakowa, w jego wyprawie do Prusów, gdzie poniósł śmierć męczeńską.
          Niektórzy mówili, że to było wtedy, kiedy na te ziemie przybyli dwaj
          słowiańscy apostołowie, święci Cyryl i Metody. Lecz dokładnie tego nie
          wiadomo.
          Nasi praprzodkowie uważali Lubszecką Górę, i sąsiedni Grójec, za
          siedzibę bogów, ponieważ w dni dżdżyste, chmury okrywały ich porosłe
          lasem szczyty a chmury burzowe nadciągające od zachodu, tutaj wylewały
          obfite strugi deszczu. Grozę potęgowały pioruny bijące w wierzchołki
          wzniesień, tak, że przodkowie nasi nie mogąc wyjaśnić tych zjawisk
          przyrodniczych składali bogate ofiary bóstwom, w które wierzyli.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:30
          ▪️▪️▪️
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:33
          •••••
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:41
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/1a/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Bw._Jakuba_Starszego_Aposto%C5%82a_w_Lubszy%2C_powiat_lubliniecki_346.jpg/500px-Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Bw._Jakuba_Starszego_Aposto%C5%82a_w_Lubszy%2C_powiat_lubliniecki_346.jpg
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:48
          „Koci stok” - niezamarzające źródło
          Nigdy niezamarzające źródło, „Kocim stokiem ” zwane, znajduje się
          w parafii lubszeckiej, w powiecie lublinieckim, w bliskości osady Pakuły
          nad granicą polską, nader smaczną wodę wydawające. Powiada lud, gdy
          chory tej wody zażąda, już nie ozdrowieje.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 09:56
          Skradziony dzwon z kościoła w Lubszy
          Kościół w Lubszy miał piękny dzwon, który pewnej nocy skradli
          złodzieje. Gdy oddalali się z nim od wsi, dzwon nagle zaczął dzwonić.
          Przestraszeni uciekli, zostawiając wóz i dzwon. Usłyszawszy znajomy im
          głos mieszkańcy Lubszy przybiegli doń w nocy. Słychać było jeszcze
          cichnące jego tony.
          🔔
          Sto lat temu kościół w Lubszy nie miał wieży. Duży, piękny dzwon
          wisiał w niskiej dzwonnicy. Polscy Żydzi zza pobliskiej granicy ściągnęli
          dzwon w nocy i uciekli. Kiedy byli zaledwie tysiąc kroków na północ od
          wsi, dzwon zaczął dzwonić. Złodzieje uciekli przerażeni. Mieszkańcy
          wioski szli za dźwiękiem dzwonu i przynieśli go z powrotem.
          Kiedy w początkach XVIII wieku załamała się wewnątrz prastara
          kamienna wieża kościoła w Lubszy, nieopodal świątyni wybudowano
          wolno stojącą campanillę, na której zawieszono cudnej roboty dzwony.
          Złakomiły one przygranicznych rabusiów, którzy w nocy, letnią porą, kiedy Lubszanie zmęczeni pracami potowymi spali, podjechali do wioski konnym
          wozem, by dokonać niecnego czynu. Niezauważeni przez wieśniaków,
          ściągnęli z drewnianej wieży dzwon największy i najładniejszy. Już od
          wioski zaczęli się oddalać, gdy nagle drewniane koła wozu zaryły się
          w kamienistym gruncie! Nie dość jednak tego. Dzwon zaczął wydawać
          głośne i żałosne dźwięki, które obudziły mieszkańców wioski. Spłoszeni
          rabusie porzucili łup i uciekając przed pogonią, zniknęli w mroku.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 10:05
          https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/5/5f/Boron%C3%B3w_ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_276.jpg/500px-Boron%C3%B3w_ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_276.jpg
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 10:19
          Przy onej dolinie, w judzkiej krainie
          Paśliśmy owce w gęstej krzewinie
          Alić z prędka aniołowie krzyczą
          Bieżcie, pastuszkowie, do Betlehem!
          (...)
          I ja też przychodzę, szewiec ubogi
          Przynosę trzewicki na twoje nogi
          Józef mówi: idź precz szewce!
          Twych trzewicków Jezus nie chce,
          Bo śmierdzą dziegciem.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 10:27
          Krzyż hrabiego Gaszyna w Ligocie Woźnickiej
          Pośrodku Ligoty, pomiędzy zabudowaniami, stoi ciekawy zabytek
          architektury, to jest drewniany krzyż z postawioną obok także drewnianą
          dzwonnicą słupową z charakterystycznym zadaszeniem. Jak utrzymuje
          tradycja, zespól ten zbudować kazał w 1777 roku hrabia Gaszyn (von
          Gaschin), właściciel woźnickich dóbr oraz wchodzącej w ich skład Ligoty.
          Legenda głosi, że odlany w Opatowie dzwon, miał moc odpędzania
          nawałnic i innych klęsk żywiołowych. Inne podanie informuje natomiast
          o tym, jak dzwon ten utracił wspomnianą wyżej moc. Otóż stać się to miało,
          gdy pewien urzędnik polecił, aby dzwon zadzwonił w czasie pogrzebu jego
          córki.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 10:33
          Miotek (niem. Miottek) – część miasta Kalet w województwie śląskim, w powiecie tarnogórskim
      • madohora Re: Legendy 04.10.17, 13:43
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/wd/qa/jcow/rggd2sdAKfWdnFaJBB.jpg

        ZAMEK W TOSZKU W TLE "ZŁOTA KACZKA"
      • madohora Re: Legendy 05.10.17, 12:10
        Lubliński zomeczek
        Świeci się jak zarza,
        Jeszcze ci tu mój Jasinek
        Zakuty w żelaza.
        Oj, siedzi tam, siedzi
        I siedzieć tam bydzie,
        Aż go jego kochaneczka
        Wykupić nie przydzie.
        Nie wykupi z biedy
        Ani talarami,
        Ale ona go opłacze
        Sierocymi łzami.
        Dali mu tam chleba
        Jak dębowy listek
        I jeszcze się pytali.
        Czy aby zje wszystek.
        Podej mi Jasinku
        Ostatni roz rączka,
        Bali czeko już na ciebie
        Złoto szubieniczka.
        Wielach wycierpiała
        Skiż ciebie jankora,
        Nie trza było ci się jeżyć
        Na pana ze dwora.
      • madohora Re: Legendy 15.11.17, 22:55
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/L4CJvnHHfiQ7AxbZUA.jpg
      • madohora Re: Legendy 15.11.17, 23:01
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/25PEt3bnTyVaroLAJA.jpg
      • madohora Re: Legendy 22.12.17, 16:14
        A ja wtedy swoim dębem
        Łup! cup! po bestyi,
        To po karku, to po łbisku,
        To po grubej szyi.
        Smok paskudny zdechł nareszcie,
        Btysnąwszy ślepiami,
        A król zato nas pożenił
        Ze swemi córkami!
      • madohora Re: Legendy 31.01.18, 22:52
        Na to podają przykłady następujące: Ołexa Hawryluk w Ispasie przyjął był przed kikudziesięciu laty na swój grunt
        i do własnej chałupy Mytra Pibulaka jako zięcia. Później gdy się o coś pogniewali, chciał go teść wypędzić; ten jednakże ani
        myślał ustąpić, i wszelkie środki prawne wyrzucenia go z chaty były daremne. Hawryluk umyślił tedy pozbyć się swego zięcia za pomocą czarta, a dowiedziawszy się, że jest w Łańczynie taki człowiek, który czartami handluje, dosiadł swej siwej kobyły, pojechał do Łańczyna cichaczem i tam za 2 złr. upragnionego czarta kupił, a przywiózłszy go do domu, ulokował i utrzymywał w stodole. Za wikt tj. wszelkie nie so lone potrawy jakie mu gazda dawał, przyrzekł czart szkodzić i istotnie szkodził Pihulakowi ile tylko mógł i w sposób z życzeniami Hawryluka zupełnie zgodny — a mianowicie: nie dal mu nigdy nic zjeść spokojnie, rzucając w niego, gdy zasiadł do stołu, garnkami, miskami, polanami z pod pieca, odzieżą z żerdzi itp.; nie dał mu spać, przylegając doń i męcząc, a czasem mu też w usta i mocz puszczał. Mytro Pihulak znosił wszystkie te psoty cierpliwie, i z czasem przyzwyczaił się do figlów czarta tak, że one mu się mniej nieznośnemi stały jak z początku, tembardziej że i czartowi samemu dokuczanie to cokolwiek się już naprzykrzyło. Przyszła nareszcie na Oleksa Hawryluka godzina zgonu; lecz teraz czart obrócił się ku niemu i umrzeć mu nie dawał; cztery dni biedak konał a skonać nie mógł. Wśród tych mąk toczył jednak rozmowę z czartem, którego naturalnie — prócz niego samego — nikt inny nie widział, i błagał go, by mu spokojną śmierć pozwolił mówiąc: „Widczepysi wże raz wid mene, dosyt' wżem tobi doliadżiev — daw'jem za ki hroszi, hoduwav i dozyraw'jem ki, chot' ty myni niczo takoho duże dobrolio ny robyv — teper daj my wże pokij." Obecni a między nimi i Pihulak słysząc te konającego prośby, dziwili się do kogo on się odzywa i nalegali nań, by im to wyjaśnił. Ten jednak nie chciat im zrazu odpowiadać. Wreszcie przyzna! się mówiąc: „To ja synu Mytre, na tebe kupyv; czerez neho ty biduwav, a teper ja biduju — ny daje win my wmerty " — i prosit obecnych, ażeby który z nich przyjął do siebie tego czarta, gdyż inaczej, spokojnie mu umrzeć uie da. Wszelako nikt sobie tego licha na kark sprowadzać nie życzył. Długo jeszcze męczył i kłócił się Hawrylnk z czartem, nim w końcu wyzionął ducha. Czart kupiony, którego żaden z jego sukcesorów przyjąć nie chciał, trzyma się skutkiem tego i teraz jeszcze na gruncie, co się pokazuje z tego. że grunt ten ciągle zostaje w procesach a właściciel jego jest człowiekiem we wsi najuboższym, pomimo, że grunt ów jest pod względem obszaru i dobroci ziemi, największym i najlepszym w całej wsi.
      • madohora Re: Legendy 31.01.18, 23:18
        Gazda jeden z Piadyk opowiadał fakt, iż gdy mając lat siedm wracał pewnego wieczora wraz z ojcem z pola do wsi,
        i przy świetle księżyca zaszli obaj w szeroką ulicę, przy której byt wygrodzony „sutycz" zarzucony kamieniami, o którym
        powiadano że jest siedzibą czarta, — syn rzuciwszy okiem od p ł o t u k u o w e m u s u t y c z o w i , z o b a c z y } t a m j a k i e g o ś p a n i c z a j a d ą c e g o n a b i a t y m k o n i u , z n o z d r z k t ó r e g o p a r s k a ł y iskry. Panicz palił fajkę na długim cybuchu i spluwał ciągle jadąc po pod płot z przeciwnej położony strony. Gdy syn spytał ojca: kto to jest ten pan? nie odebrał żadnej odpowiedzi, tylko mu ojciec kazał zrobić na sobie znak krzyża. A wtedy ujrzeli, jak nagle panicz ten, z przerażeniem obudwu, znikł wraz z koniem i jego złowrogiemi iskrami.
      • madohora Re: Legendy 31.01.18, 23:57
        „Morową zarazę i powietrze personifikują, wyobrażając je sobie w postaci niewiasty, która każe się nosić. Temu który ją dźwiga, nic nie szkodzi, choć wsie cate i miasta trupami zalegają. Przed ośmią laty (r. 1832), gdy cholera grassowata. Hucuły widzieli ją w postaci niewiasty, i przybyło stąd w ich narzeczu przekleństwo nowe: Szob tebe cholera ne minuta!"
      • madohora Re: Legendy 23.04.19, 19:54
        SM. O czterech głupich kobietach. (Jedna miała się za ptaka, druga nie umiała szyć, trzecia nie wiedziała zkąd brać światła, czwarta chciała nieboszczykowi do nieba posłać bieliznę.) Mąż z żoną, mieli na wsi nie wielkie gospodarstwo. Mąż posłał żonę na jarmark z krową i kurą do sprzedania. Tu zbliżył się do niśj rzeżnik i pyta: „Wiele chcecie za krowę?*—Ona odpo wiada mu: „Krowę sprzedaję razem z kurą; krowę za 2 złote, a kurę za 25 złotych*.—Kzeźnik pomyślał: jedno przy drugióm nie jest tak drogie; więc zapłaciwszy ile żądała, spojił ją według zwy czaju wódką. Pijanej i bezprzytomnćj zabrał następnie pieniądze, poczśm wsadził ją najprzód do beczki smoły, a potem utarzał w pierzu, że baba wyglądała jak straszydło. Na drugi dzień, baba przespawszy się, nie może rozpoznać samej siebie i mówi: „Czy ja zwierz czy nie zwierz? pójdę do domu, jeżeli psy nie będą na mnie szczekać, a cielęta ryczeć, to będę człowiek; jakby psy szczekały, cielęta ryczały, to będę ptak.* — Przychodzi do domu, nie zastaje męża, tylko psy szczekają i cielęta ryczą 1 ). „Więc jestem ptakiem* mówi i wyszła na drzewo; tu ręce wznosi i chce latać. Mąż tymczasem nadbiegłszy, widzi, że coś się tłucze dziwnego na drzewie; bierze kija i chce ją bić. — „Nie bij mnie mężu, bom twoja żona*, wołała baba.—„Jak-eś moja żona*, odpowiada chłop, „to zchodź z drzewa, żebym ci się przypatrzył*. — Dopieroż ona zeszła i wyznaje, za ile krowę i kurę sprzedała, ale ją rzeźnik spojii obrał z pieniędzy, poczem taką z niój zrobił maszkarę.„Trudno”, rzekł chłop, „byłaś głupia i będziesz głupia; więc żebym mógł żyć dalej z tobą, muszę iść w świat, i wyszukać trzy podobnie tobie głupie baby”. Wybierając się w drogę, wziął chłop z sobą siekierę, młotek, i dłutko. Długi czas wędrując, przychodzi on do jednój baby, która mężowi sz) r ła koszulę, ale w tej koszuli nie było wyciętych dziur ani na szyję ani na ręce. Mając mężowi swemu wdziać uszytą już koszulę, baba ta chciała przekłuć dziurę patykiem, i mówi po dróżnemu: „Mój przyjacielu, żebyście wy co poradzili na włożenie koszuli, zapłaciłabym wam ile byście chcieli.”—Ów podróżny wziął siekierę i na pniaku wyciął w koszuli dziury na szyję i ręce, ale sobie za tę sztukę kazał dać 300 złotych. Zabrawszy. dane przez głupią babę pieniądze, poszedł dalej. Po niejakim czasie dostał się znowu do jednej wsi, w której inna baba, że w jej chałupie bez okien widoku nie było, wnosiła słońce wiadrem wody do chałupy (że się woda we wiadrze od słońca lśniła). Zdziwiony chłop pytał się baby: „po co ona się męczy, próżna to robota”.—Odpowiedziała mu: „że skoro pomimo wnosze nia słońca wiadrem, i tak widoku w izbie niema, przeto niechby jej co doradził, a za radę hojnie mu ona zapłaci”. — Chłop wyrąbał w ścianie okna i zaraz był widok, ale za tę sztukę kazał zapłacić sobie 300 złotych. Niemądra baba dała żądane pieniądze, z któremi podróżny poszedł w dalszą drogę. Gdy przybył znowu do innej wsi, wyszła z jednej chałupy baba, pytając go: „Zkąd jest rodem i gdzie idzie?” — Chłop odpo wiedział, że przychodzi z królestwa Judzkiego”. — Baba sądziła, że mówił: z Niebieskiego, a więc niecierpliwie zapytuje: „Kiedy idziecie z Królestwa Niebieskiego, to powiedzcie: czyście nie widzieli tam albo nie poznali mego pierwszego męża Piotrusia, zmarłego przed kilku laty”.— „A cobym nie znał”, odpowie chłop, „nie dobrze mu się powodzi, Chodzi bez butów i w jednej koszuli, co mu się już zdarła, żebyście-no co posłali przezemnie, tobym wracając zaniósł”. „Mój dziadku”, rzekła baba, „dam wam dla niego skrzynkę z bie lizną i przyodziewą”. — „Ho, ho, ho, gosposiu”, mówi chłop, „na plećach nie uniosę tego w tak daleką drogę, dajcież wózek i konia, co się pasie na łące”. — Baba dała skrzynkę z rzeczami, konia i wózek podróżnemu, który zabrał to i odjechał do swego Judzkiego kraWkrótce nadszedł mąż tej kobiety i zdziwił się, że nie ma w domu konia, wózka ani skrzynki. Gdy mu całą rzecz opowie działa, rozgniewał się srogo i rzecze: „Dałaś się okpić oszustowi, szukajże teraz głupia konia, wozu i skrzynki". Wziął drugiego konia ze stajenki i pojechał za podróżnym. Ten zaś jadąc a widząc że go mąż baby goni, ukrył konia z wózkiem w krzakach, i siadłszy nad wąwozem przy drzewie na którego gałęzi zaczepił kawałek końskiego ogona, patrzy się do góry. Nadjechał goniący konno i pyta podróżnego: „Kumoterku, nie widzieliście drugiego siwego konia jak ten na któiym jadę?" — „Oj widziałem", odpowie podróżny, „bo jeżdżą na nim po niebie; patrzcie, oto włósie, jak wjeżdżał w niebo, kawałek mu się ogona o drzewo zaczepił; jeżeli się chcecie o tern przekonaó, to połóżcie się na ziemi i patrzcie z boku do góry, a z pewnością zobaczycie waszego konia w niebie". — Chłop goniący zsiadł z konia, położył się na ziemi i wlepił oczy w niebo; ale że tego konia na którym przyjechał uwiązał u płotu, więc podróżny duchem go odwiązał, wskoczył nań i w nogi. Zamiast jednego, miał tedy podróżny już dwa konie z wózkiem i temi szczęśliwie zajechał do domu. Stanąwszy przed chałupą, zastał swoją głupią żonę niezmiernie zatrudnioną. „Co ty robisz?" pyta jej się.— Ona odpowiada: „Pod czas twej niebytności nie próżnowałam wcale, i zasiałam całą beczkę soli; jak będzie rok suchy, to ona pewnie zejdzie; a jak mokry, to chyba przepadnie".—„Oj ty głupcze!" rzecze mąż, „chcąc dosiedzióć z tobą resztę żywota, musiałem wyszukaó przynajmniej trzy jeszcze baby równie jak ty głupie, bo mądry człowiek nie wyżyłby na świecie, gdyby się nie starał otoczyć towarzystwem głupców, z któ rych korzyści ciągnąć dla siebie może.
      • madohora Re: Legendy 01.07.19, 12:46
        Z odciętymi głowami chowano bowiem w przeszłości również skazańców.

        Niektóre szkielety miały czaszki na ramieniu, niektóre trzymały je w rękach, ale najwięcej miało je umieszczone między nogami. Ta nietypowa forma pochówku określana jest w archeologii mianem „antywampirycznej". Dodatkową przesłanką do takiej klasyfikacji był szkielet kobiety ze śladami celowego nadpalania na kościach. Było ono typowym zabiegiem antywampirycznym, stosowanym w dawnych wiekach, dlatego odkrycie to podważyło hipotezę o skazańcach.
        Badania znaleziska wciąż trwają, lecz archeolodzy nie mają już wątpliwości – to cmentarz osób uznanych przed setkami lat za wampiry. Pochówki pochodzą prawdopodobnie z połowy XVI wieku. Jednak w tym miejscu grzebano zmarłych w różnych okresach. W niektórych grobach szczątki znaleziono nawet na trzech poziomach.
      • madohora Re: Legendy 06.10.19, 23:53
        O złodzieju.
        Od Opola. Teraz wezniemy: o złodzieju; to tóz jest coś smiósnego, i sy- kownego i cudownego. S(ł)uzył we dworze za parobka chłop od swoich młodych lat az do starych, tam się zestarzał i tam umar. Jak umar, tak pan posłał po tę kobitę, po tę gdowę tego ch(ł)opa, i powiada ij: S(ł)uchaj moja kochana, ja ci dam chleb az do śmierci i utrzymanie we dworze, ponieważ twój chłop tu służył bez wsyśkie swoje lata przy mnie, a daj tego syna ucyó za (na) co będzie miał chęć, a ja od nauki zapłacę, a przydź mi powiedzieć, za co ma chęć, jeżeli mi się będzie podobało te jego rzemiosło I ona się bardzo ciesyła w tem, i przysła do izby i powiada: Mój synaucku, jak tez to ten nas pan dziedzic nam dobrze daje, mnie obiecał, ze mi da chlib i utrzymanie do śmierci we dworze, a ty się mas u eve za jakigo rzemieśnika chces, a ón od nauki zapłaci. Ale mi mas powiedzieć, za co mas chęć i ja mam przyńść i odpowiedzieć panu nazad, jeżeli mu się będzie podobało te rzemiosło. A on (syn) ij odpowiedział: Moja matuekno, możecie mu iść powiedzieć, ze ja się nie będę za nic ucył ino za złodzieja. A ona mu na to: Mój synacku, wićs dobrze, ze nas dziedzic złodzieja nie lej duje (nie cierpi); nie uc się za złodzieja, ino za co insego dobrego się wyuc, bo jak się będzies za złodzieja ucył, to mnie pan wyzenie i ciebie wyzenie. I on odpowiedział: Nie będę za insego, ino za złodzieja. I ona nie posła z odpowieścią do tego pana powiedzieć, bo się bała. Ale ten pan posłał swego lokaja po nią, ze ma przyńśc z tą odpo wieścią. I ona posła do pana, i pan do nij: Cemuś mi nie przysła powiedzieć, za co ma chęć ten twój syn?- A ona: Kiedy się boję powiedzieć wielmożnemu panu. On: Cóz się mas bać? — Ona: Wiel możny panie, on się niechce za nic ucyć, ino za złodzieja. I pan: Idź do kopy diabłów! kiedy twój syn chce być złodziejem, to i ty idź za nim. I tak ona posła i płace. Przysła do izby i powiada: Mój synacku, coś ty narobił? Terazki nas dziedzic wyzenie obu- dwócli. kiedy chces być złodziejem. A on: Moja matulu, mnie nie trza wygoniać, bo ja pódę sam. I zabrał się i posed i nie przysed, az za trzy lata. — Jak się pan dowiedział, ze przysed. tak posłał lokaja po niego. I on się oblek w piekne ubranie, w piękny płasc, i posed do pana. Pan go się zapytał: Jakoż ty złodzieju, juześ się wyucył dobrze za złodzieja? — A ón mu odpowiedział: Wielmożny Panie, juz-ech się wyucył. I pan narachował sto talarów na stół i pistulę (pistolet) nabi(u)ł i położył na stóle przy tych piniądzach i powiada mu: S(ł)uchaj z(ł)odzieju, co ci powiem; dzisiajsćj nocy to mi ukradnies mego wierzchowca a na rano mi go tu przed okno, przed pałac przyprowadzis; to mas te sto talarów za to, a jak o nie poradzis ukraść i nie przyprowadzis, to wezmę pisculę (pi stolet) i zastrzelę cię. A on mu: A dobrze wielmożny panie, ukradnę. No i posed. Przysed do izby, oblek się za taką starą dziadówkę i posed do miasta i kupił dwie putelki wódki; jedną putelkę dobrej wódki a drugą putelkę ślaftrunku. I tam fornale robili na polu; w(ł)óćyli tam koniami. I w ten dzień desc bardzo padał, cały dzień. I ta dziadówka idzie z tego miasta, i usiadła na drodze w rowie, i woda pod nią ciece. Juz się mrok robił na wiecór i ci fornale wyprzągają i do dom jadą z pola. A ta dziadówka im powiada: Moi chłopakowie, weźcie mnie do wsi, bom bardzo słaba jest. — I jeden powiada: Eh, będziemy ta babę zabierać z sobą. A drugi powiada: Eh, trza wziąć stareckę, trza się ś-miłować nad starką, bo juz woda pod nią ciece, to by zmarzła tu. A dziadówka: Na(u)cie moi chłopakowie, mam troseckę wódki w putelce, napijcie się. I óni bardzo byli radzi, wzieni i napili się. I wzićni starkę na wóz i przywieźli az do wsi i powiadają: No źliźcie tu teraz babko, i idźcie kandy na nocleg. A ona im powiada: Moi chłopiątka. weźcie mnie do dworu ze sobą, bo lepsćj mi będzie we stajni kandy w kątecku leżeć, jak u ch(ł)opa na ławie się eiść (uciskać). I tak oni: Weźma ją. weźma, nie bedzie nic. I stareckę do dwora przywieźli i do stajnie zaprowadzili i słomą przykryli, coby ij pan nie zobacył. I na wiecór przyseł dziedzic do stajnie i z okomonem. Powiada ten pan swoim fornalom: Moje fornale, przyńdzie dzisiaj- sej nocy złodziej po mego wierzchowca, będzie mi go chciał ukraść, to wy, jeden trzymajcie go za cugle, a drugi siednij na niego (konia) a trzeci za ogon trzymaj, a dwa przy drzwiach, kozdy z jednej strony drzwi, z dobremi pałkami; i jak mi nie dacie ukraść tego konia, złodziejowi, to cały tydzień nie będziecie nic robić, ino dobrze jeść a pić; a jak mi złodziej tego konia ukradnie, to wam baty wyrżnę, wszyśkich powygóniam. I posed do dom. A óni se przynieśli związkę słomy, posiadali se w kupie i gadali, zeć przecie ten złodziej nie poradzi ukraść, kiedy się lampa świeci i óni spać nie będą. I ta starecka tam kuca(u), kaśle w tej słomie. A óni się odzywają: A co starecko, zywi-ście tam jesce są cv nie? — A ona: To-ć ech jesce zywa(u) jes(t) moje chłopiątka, pódźcie se ino do mnie. I óni zaśli do ni, a óna im: Na(u)cie. macie jesce troskę wódki, napijcie się, cobyście byli rzeźwiejsi, cobyście nie- dali temu złodziejowi tego konia ukraść. Oni pośli i ponapijali się po trose tego ślaftrunku. I posnuni (posnęli) wsyścy. Jak posnuni, ona wziena tego. co za cugle konia trzymał, to go postawiła przy żłobie i dała mu do garzci (garści) pas trzymać miasto cugli, a tego. co siedział na koniu, to go posadziła na ten drąg, co są konie przegrodzone, a on śpi. A ten trzeci, co trzymał za ogón, to mu dała mietłę do garzci trzymać. A ten scwarty i piąty, co przydrzwiach stali, to im dala widły do garzci trzymać. I wziena konia i wyjechała na nim. I ten dziedzic całą noc niespał. ino kieby jak najprędzej rano bvło, cy tćz jego wierzchowiec we stajni stoi, abo ni. Posed do okomona: Pódź do stajnie, pódziema zobacyó, je-li mój wierzcho wiec jes't) we stajni, abo ni. I okomon się zabrał i pośli oboje do stajnie. Przydą, a tu ci wsyścy śpią i wiórzchowca nima. złodziej ukrad. I pan razem wzion batem rznąć, ocucili, i powygoniał wsyśkich. — Jak się dzień dobry zrobiuł. jedzie ten złodziej na tóm koniu przed pałac, w pieknem odzianiu, w pięknym płascu. i zawołał: Niech wielmożny pan idzie kónia odebrać odemnie. A pan otworzył okno i powiedział: Złodzieju, zawiedź go tam przed stajnie i oddaj go karbowemu, a jak go oddas, to przyjdź nazad do pokoju mego. I ón oddał i wrócił się nazad. Jak przysed do pokoju jego, powiedział mu pan: Toś mnie ty poradził ukraść wierzchowca. Złodziej: Toć-ecli poradził. Pan: To mas sto talarów, coś ich sobie zarobił, weź. A potem pan: Słuchaj no ty złodzieju, jednę mam córkę na rodzie (z rodziny) to mi ją dzisiejsy nocy przvdzies ukraść, a jeżeli mi ją poradzis ukraść, to dostanies trzy sta talarów, a jak mi nie poradzis. to cię zastrzelę. A ón mu po wiedział: Wielemozny panie, poradzę i ukradnę. I posed. A ten pan powiedział swoij córce: Moja córko, dzisiajsej nocy przyńdzie cię złodziej ukraść. A ona mu powiada: Mój ojce, ja się bardzo boję. A ón: Córko moja, niebój się, bo ja cię sam będę stróżował. I on pan wlo(u)z na piąty śtók (piętro) z tą córką do osobnej izby i tam się zamkli w ty izbie i światło im się świciło i on powie dział: Widzis, moja córko, nie poradzi cię ten złodziej ukraść tak wysoko. I w tćj wsi był kościół i w ten dzień chowali prawie jednego ch(ł)opa; i ten złodziej zaseł na ten smentarz w nocy i wy kopał tego ch(ł)opa i wyjon go z tej skrzynie (trumny) i, oblek go w portki i w sukmanę, i wzión go i niesie do tego dwora. I przy- niós go i porzucił pod stodołą. I wzion ze stodoły z dachu drabinę i zaniós i postawił pod to okno, gdzie ten pan z tą córką siedział. I ón (złodziej) się wrócił i wzion tego ch(ł)opa umarłego i niesie go po drabinie do góry do okna. I jak wlaz ś nim pod te okno. tak go wzion za nogi i dźwignon go do góry i tym umarłym klupnon (chłupnął) jesce głową w okno. A ten pan powiada: Dzis-go, idzis-go (widzisz go), juz lezie ten złodziej po cię: podaj mi prędko fuzyję. zastrzelę go. I ona mu podała, i ón strzelił w
      • madohora Re: Legendy 07.10.19, 00:18
        Była to jedna taka juz stara dziwka, leciwa (letnia), i bar- dzoby się rada ożeniła, a żaden ij nie chciał. A na miano ij było: Giera. I przyseł ten diabeł do tój Giery i ożenił się śnią. I ten diabeł był bardzo carny, i óńej się bardzo nie udał. I óna go ka żdy dzień myła i cegłą tarła, coby obielał. I jeść bardzo mało dała. I ten diabeł juz był taki chudy, suchy jak drzazga od tego głodu i od tego kąpania. I jeden owcarz bardzo ze swoją żoną źle zył i bardzo ją bił, i nareście ją wcale odeseł. I idzie drogą ; przysed przed tę Gierę, i ten diabeł siedzi pod ścianą, i -grzeje się na (ł)ońcu, susy się. I ten diabeł go się pyta: Owcarzu, a gdzie ty idzies? A owcarz mu odpowiedział: Prec we świat idę. bo się nie mogę z kobitą zgodzić, tak-ech ją odsed. A diabeł powiada : A cyii tez to można zony odejńść? — A owcarz powiada: A może: A ten diabeł: Oto ja tez swojej Giery odejńdę, bo juz przy nij wytrwać ni mogę, bo mnie każdy dzień kąpie i cegłą trze i jeść mało daje: I diabeł się zabrał i posed z owearzym. I na drodze, jak śli, tak go się ten diabeł zapytał, gdzie to pójdą? — A owcarz: Pódziemy ta do jednego króla; temu królowi córka choruje, tak ja będę dok torem a ty będzies felcerem, i tę córkę będziem uzdrowiać. I juz bardzo kupa doktorów u ty córki było, a żaden ij nie móg uzdro wić. I óni się meldowali, ze są ci, co chcą tę córkę zdrową zrobić; do dnia trzeciego zdrową będzie. Tak im ten król dał osobną stan- cyją i z tą córką, co ją tam uzdrowiali, coby im żaden nie prze- skodził. I tak ją lekowali, i na drugi dzień juz zdrowa była, ale ij nie oddali, az na trzeci dzień. Trzeci dzień przysed; król do tej stancyje wejźrzał i widzi córkę po izbie biegać i śmiać się i zdrowa jes(t). I bardzo się w tćm ciesył i powiedział. Cóz moi doktorzy chcecie za to, coście mi moją córkę uzdrowili? — A oni se tam powiedzieli parę set talarów ; i król im dał, i pośli se zaś. I owcarz się tego diabła na drodze zapytał: kandy teraz pójdą? — A dia beł powiada : Pódziemy do drugiego króla, co i jemu córka cbora, pódziemy ją dochtorować. Jak tam zaśli i meldowali się, źe oni są ci doktorzy, co tę córkę chcą uzdrowić. A król powie: Juz tele tu było dochtorów u nij, a żaden nie poradzi uzdrowić, ani wy nie pora dzicie. A ten diabeł powiada: Królu, do jutrzejsego dnia zdrowa będzie. Król powie : Jeżeli zdrowa będzie, to wam dam, co będziecie chcieli, a jak nie uzdrowicie, to was głowy pościnać dam. I nazajutrz juz przysła córka, zdrowa jes(t). I król do stancyi włazi, a córka po wiada i śmieje się: Juzek zdrowa jes(t). I tak im dał bardzo kupa piniędzy. I óni se potem kolasę kupili i konie; juz na piechotę nie chodzili, ino się wozili. Tak się dowiedział jeden hrabia o tych do ktorach, i ze tak poradzą uzdrawiać. I onemu się córka (Rozcho rowała, i znów pisał do nich, coby do niego przyjechali, zeby tez jego córkę uzdrowić. I ten diabeł powiada : Słuchaj owcarzu. jak tam zajedziemy, to ja do tej córki wlazę i ty stoń przy głowie, i będzies mnie śnij wyganiał, tak ja ś nij wylazę i zdrowa będzie i ty doktorem wielkim zostanies. I jak tam zajechali i meldowali się, tak ten diabeł do nij wlaz, i ona bardzo dokazowała, krzycała, śpi wała i tańcowała, i znów się na łóżko położyła. I ten owcarz stanon przy łóżku, przy jei głowie, i powiada : Djable wyłać, a ty córko wstoń i zdrową będzies. I ten hrabia stał przy nicli i dziwał im się, jak ten owcarz tę córkę doktorował. I diabeł śnij wyłaz i córka zdrową została. I hrabia go się pyta.: Cóz teraz panie do- chtorze za to chces, coś mi córkę uzdrowił? I on (ten owcarz)tam wyzwolał parę talarów, ale nie wiele. A ten diabeł mu powiada: O, toś se tez mało wyzwolił (a hrabia diabła nie widział, ino ten owcarz). I powiada diabeł: Pojedziemy jesce do jednego hrabi, co mu córka choruje; i ja do nij wlazę, ale juz ś nij nie wylazę, juz mnie nie wyganiaj. I tak mu jesce diabeł powiada: Jedź se teraz gdzie chces mas konie i kolasę, bo ja juz z tobą nie pojadę. I tak diabeł poleciał i do tćj córki hrabiego wlaz. I ten owcarz do tej samej wsi zajechał, gdzie ten hrabia mieskał. do ka(r)cmy. I co który przysed. to mu dał dobrze jeść i pić. I tak parę dni w ty kacmie siedział, a muzykantów po świecie zbierał, kaj się 0 którym dowiedział. I wielką zapłatę tym muzykantom objatował. 1 jak się tych muzykantów nazbićrała bardzo wielka kompanija, tak im powiedział: Terazki pódziemy wsyscy do tego dwora; ja pódę przody, a wy pódzieeie za mną, a będziecie grać jakoz-takoz, jak sie komu uda. ino aby głośno. I śli, i tak grali, i taki głos był, co jeden drugiego nie rozumiał. Jak zaśli przed ten pałac, tak wsyscy stanoni, a bardzo głośno grali. I ón wsed do pałacu i po wiada : Panie hrabia, ja ci twoją córkę zdrową zrobię. I hrabia odpowiedział: Jeżeli mnie ty córkę uzdrowis, to ty do śmierci przy mnie będzies i ja ci za to dam jednę wieś i dwór i panym sobie będzies. I on do tej córki przyseł i powiada : Diable, słuchaj, z jaką to wielką muzyką twoja Giera po cię idzie. A diabeł mu odpo wiada : A prawda, ona idzie. A owcarz : A bo nie słysys z jak wielką muzyką idzie po cię, co się dowiedziała, (g)dzieś ty jes(t). Diabeł powiada: A to ja wolę wyleźć a iść do piekła, niżby ja miał do swoji Giery nazad iść. I diabeł wyłaz i poleciał do piekła i córka zdrowa została
      • madohora Re: Legendy 07.10.19, 00:31
        k to syn rzeźnicki został królem. Od Opola. Był tez to jeden król, a miał upodobanie w earnycli krowach. Pastyrza miał do tych krów, co je opatrywał. I było takie krzewie (drzewko) na tę pastwę (paswisko) i taka góra. Z tej góry była taka dziura, a nią właziła carna piękna krowa do tego pastyrza. I ón chciał tę krowę przygnać do dom i królowi se zakiełzać (przy- chlebić, pochlebić), ale jak on te krowy spędzał do dom, tak mu mu ta uciekła nazad. Tak on przygnał do dom i powiedział kró lowi o tej krowie. Król mówi : Dobrze, to ja poślę wojsko, obtocy stado i przypędzi z tą krową do dom. I on posłał te wojsko na po- łednie, jak pastyrz miał gnać do dom. Wojsko obtocyło krowy i gnało je — a ta krowa poradziła i uciekła nazad do tej skały, do tej dziury. Król (r)ozpisał po swoji ziemi, zeby się kto zna- la(u)z(ł) i wizytę zrobił, gdzie ta krowa jes(t) w tej dziurze. Tak się ich obrało dvvano(u)ście, takich kawalerów, pijaków, karta(u)rzy — i on im (król) dał piniędzy i tam ich zaprowadzono w tę dziurę, zkąd ońa wychodziła. Król mówi : Jeźli się będziecie mieć dobrze, to wspomnijcie na mnie, a jeźli źle, to nie. Onych tam zaprowa dzono i się otworzyły drzwi ; tam była izba. i tak jak oni wleźli do ty izby, tak im pourywało głowy. I seść po jednę stronę i seść porzuciło po drugą stronę. I tak ta krowa juz nie wychodziła. I ten król znów dał (r)ozpisać po swoim, zeby się kto znala,(u)z(łj i zre widował kań ta krowa jes(t) I tak się obrał jeden rzeźnicki syn, było mu na miano Hadom, a był bardzo wielki, wojskowy. I on się zmeldował królowi, ze on jes(t) ten. co chce zrewidować tę dziurę. Król powiedział: Ciebie jes(t) skoda, boś wojskowy i chłop wielki, a juz ich tam posło dwana(u)ście, a nie słychać ich. A jak ty zginies, to cię będzie skoda. Ale on powiedział: Pójdę, niech się dzieje wola boska, zrewiduję tę dziurę, co to za krowa jes(t). I za wiedli go tam, drzwi mu się otwarły i wsed do ty stancyi, tu seść lezy i tu seść. a głowy pourywane. A znów drugie drzwi prost i on tam wla(u)z. Tam była pełna izba oblecenia wojańskiego, ko- sul, portek ; a dalej trzeci drzwi, i on tam wla(u)z, a tam zaś same pałasy poukładane we stosy, ino taki ganek przez środek. Tak były scwarte drzwi i on tam wla(u)z, a tam były same karabiny pou kładane tez we stósy, tak znowu piąte drzwi, a tam same siodła na konie -— tak do sóstej, a tam same buty — do siódmej stan- cyje, a tam stał na środku stół a przy stole krzesło a przy ścianie łóżko, a na ścianie wisiało blusterko, a przy blustrze fuzyja. I on se powiada: To ja tu keń pozostanę w tej izbie, juz dalej nie pójdę. I usiad sć na tym krześle i bardzo lubił tabakę palić (ty toń). Tego mu zabrakło a on powiada: Co ja tu będę palił, kie[199] GÓRNY SZLĄSK 61 tytuniu nima. Tak mu się skrzynka znalazła z tytuniem i we śklonce fidibus, i świeca się świeciła, i fajkę sobie zapala. I za chciało mu się spać. Układ się na łóżko, i przysła carna pani (w carnym obleceniu) i przywitała go: 0 witajze, mój miły Hada- raie, a keńześ się ty tu wzion do nas? Jeżeli mi ty to wytrzymas, 0 co cię będę prosić, to ty będzies zbawiony i ja będę zbawiona. A on: Jeżeli można wytrzymać, to wytrzymom. I ona mu powiada: Jesce mój miły Hadamie o dwanastej godzinie tu przyjdą z wielką muzyką do tej stancyje. Jak przyjdą, to będę tańcować, dobre dobre trunki pić, dobre jadła jeść, ale ty zapal fajkę, i legnij na łóżko i do nich się ani odezwij. Przysło wele dwunasty godziny w nocy i stał się ża tymi drzwiami, gdzie jesce nie był. gruch wielki i otworzyły się te drzwi, i lejźe .'państwo bardzo wspaniałe, ładne panny, i tak stół odjeni na bok ‘i tak muzykanci grali. 1 wielką mieli zabawę, tańcyli. I jeden zaleciał do tego łóżka i po wiedział mu (Hadamowi): Ty co tu lezys? Wstań, nie lez, ja ci twoję pannę zawiedę i idź do tańca. Ale on nic, ani słowa nie po wiedział, ani nie posed. I tak zrobili bitwę wsyscy w kupę i zbili się i zapyrtali się, az do tego łóżka, i wzieni go, wysmycyli z łóżka i (r)oztarpali, oztargali na kawałki, i ozciepali te kawałki ś niego po izbie, i polecieli fórt. Przysła ta carna pani. poskładała te ka wałki i poskładała do kupy i posła. Tak on ocucił potem, zdawało mu się, ze juz to będzie dzień, i tak wstał i tak: Trzeba by się myć, a nima wody. I zaraz mu się miska znalazła z wodą i prze ścieradło na ręcnik. On się umył i pa(u)cierz zmówił, tak mu się znalazła sklanka kawy i bułka na stole na śnia(u)danie. I on śnia(u)dał, a tu za temi drzwiami, gdzie jesce nie był, grucha, bu rzy tam. A on zawołał: Pódź, jeśli-ś dobre! — I lezie ta pani do izby, juz pod pach była biała. I ona go się pyta: Jako ci się spało, mój Hadamie? A on ij powiada. Bardzo dobrze się spało. A ona: Wiem ja lepiej, jak ci spało. A on jej prosi: Moja miła pani: pódź ze mną do śnia(u)dania. Ona: Dziś jesce nie, ale jutro juz pójdę śnia(u)dać; mój miły Hadamie, jesce cię będę prosić o jednę noc; jeśli mi to wytrzymas. to ty będzies zbawiony i ja będę zbawiona. A chces wiedzieć, co to tu byli dzisiejsej nocy za muzyka? — A on: A toćby ja rad wiedział. — A ona: To byli sami djabli, żebyś był ś niemi sed do tańca, tó by cię byli zabrali ze sobą do piekła. Ale cię prosę jesce o jednę noc. Oni przyjdą tukej o dwu nastej godzinie w nocy. będą se w kręgle grać i będą mieć kupa piniędzy i będą cię namawiać, cobyś ś niemi posed w te kręgle grać. Będą chcieli ci dać kupa piniędzy, ale ty nie chodź ś nimi grać. — I posła. Onemu się zdawało, ze juz to je noc. zeby trza iść spać. On se zapalił fajkę i układ się na łóżko. I za temi drzwiami wielki się zaś gruch zrobił. I lazą do izby, stół na bok odjeni i te kręgle stawiają i grają w nie, a na stół piniądze w62 KOLBERG-UDZIKLA [200] sypają z kieseniów. Tak jeden zased do niego, do tego łóżka i po wiada: Co tu leżys? Chodź z nami grać, kupa piniędzy z na(w)s. Ale on wejźdrzał na niego, ani mu nic nie powiedział, ani nie po sed. I oni go wysmycyli z łóżka i zabili i na kawałki (r)oztargali i rozciepali po izbie i polecieli fórt. Ta carna pani przysła, ka wałki pozbiórała i poskładała go na łóżku i posła. I tak onemu się zdawało, ze to juz jes(t) dzień i wstał i miał juz wodę, umył się, pa(u)cierz zmówił i kawę salkę wypił.i zjad bułkę. On sobie usiad(ł) na krześle i śnia(u)dał. I za temi drzwiami, gdzie jesce nie był, tam gruchało zaś coś. I on powiada: Pódź, jeśliś dobre ! I tak lej- zie pani do połowy bia(u)ła a do połowy jesce carna i pyta się go: Jakoż, mój miły Hadamie, smakuje ci śnia(u)danie. Ona: A on: A toć, moja miła pani, smakuje. I on ij odpowiedział. Prosę ze sobą na śnia(u)danie. Ona: Dziś jesce nie będę z tobą śnia(u)dać, az jutro; ale jesce cię uprasam o trzecią noc, jeli ty wytrzymas, to i ty bedzies zbawion i ja będę zbawiona. A chces wiedzieć, co to tu byli za jedni, co to tu w te kregle grali? -— On: Toć bych rad wiedział. Ona powiada: To byli diabli, te kręgle były c(ł)o- wiece (człowiecze) nogi, a kula była c(ł)owieca głowa grzysna. I posła prec od niego. I ón se zapalił fajkę i posed do tych drzwi, gdzie jesce nie był, wzion sobie fuzyją ze ściany i posed z tej stancyje. A tam był wielki sa(u)d (sad) a wseckie stromy (owoce, scypki, jabka, gruski) były suche i kwiaty i liście suche; a na środku sa(u)du był stół okrągły, bardzo pićkny, a na stole leżał wąz bardzo wielki. I on powiada tej giździe (gliździe) paskudny: Co ty na taki pićkny stole lezys? I on eylował w niego, co go chciał zastrzelić, ale ón ten wąz podniós głowy: Nie strzćlaj, bo będzies niescęśliwy! A on sam do siebie myśli: Na ścierpliwości kupa znalezy — i fuzyją na dół spuścił i nie strzelił. I on się za brał i posed nazad do tej stancyje zaś i tam se fajkę zapalił i układ na łóżko i lezy. Ta carna pani przysła do niego zaś i prosiła go, coby ij jesce tę noc wytrzymał, ze będzie scęśliwy i ona. Mój miły Hadamie, nie będzies miał żadnego strachu dzisiaj w nocy, kładź sie na łóżko z gębą ku ścianie, ani się nie obejrzyj, ani się nie przewróć zasię. I ón se powiada: Mój Boże, ja mogę usnąć i mogę się przewrócić we śpiku na drugą stronę. Zeby tak
      • madohora Re: Legendy 13.10.19, 21:39
        III.Noc smutna, głucha; a księżyc nieśmiałe Zpośród chmur czarnych na ziemię spoziera I blade światło wkoło rozpościera Jak drżąca lampa w samotnym kościele.Na baszcie słychać jednostajne kroki Straży, co czuwa, gdy wszystko spoczywa. Pogasły światła i ciemność zakrywa Zamek pogrążon w sen cichy, głęboki.
        W głębi warowni jest błonie zielone, Korytem wody dokoła owite,Z zamku doń wiodą dwa mosty zwodzone : Tam w cieniu świerków i topol ukryte Skupione razem, niby owiec stado,Jeńców Tatarskich bieleją namioty;Tam wśród namiotów ogień świeci blado,A między dymu srebrzystemi sploty
        Nad ogniem stoją dwie ciemne postacie: Starzec na kiju oparty o ziemię I piękny młodzian w jeńca wschodniej szacie. Na licach obu znać Kirgizów plemię —Na licach obu żal swe ślady ryje,Lecz dość raz spojrzeć na młodziana skronie, liaz widzieć wielkość co mu z oczu bije,B y poznać duszę, co mu gore w łonie;I by odgadnąć, że pojman za młodu,Miał być przewódzcą dzielnego narodu.Starzec doń ze czcią przemawia głęboką,I w twarz schyloną lepiąc bystre oko Zda się pocieszać, to znów napomina Z czułością ojca i pokorą syna.Młodzian stał milcząc nieruchomy, blady, Oblany ognia czerwonym połyskiem;Nagle się ocknął i dłoni uściskiem Wiernemu słudze dziękując za rady:„Starcze, zawołał, w żadnej ludzkićj mowie Niema wyrazu, co mój żal w ypow ie!W zbolałćj głowie w-ije się powoli j Myśl — ta nić czarna wysnuta z całuna; Chwilami zadrży jak pęknięta struna!W tedy się budzę... i jak serce boli! Namiętność życia targa śmierci szałem,Dusza się miota i spocząć nie m o
        86Długo pomocy Allaha błagałem —Dzisiaj zapóżno — mnie piekło wspomoże! Dzisiaj zapóżno! W y duchy podziemne Lejcie żar piekła, duszę spalcie — strujcie — A serce z piersi stłumionej w yzujcie,Bo jeszcze kocha to serce nikczemne!Kocha — choć ogniem nienawiści gore;Wre żądzę zemsty — to znów słabe, drżące, Za jeden uśmiech, jeden uścisk, skore Pod stopy lubćj rzucić serc tysiące\ ...Gdybym jak ojciec był księciem narodu,I na bój wodził wojowników krocie,Dawnoby gwiazda Koniecpolskich grodu Jaśniała w białym Kirgiza namiocie!Lecz jam niewolnik — spętany, zgnębiony, Mnie wić się podle — i gniewać się skrycie,I żuć wędzidło — i rwać się szalony,A jam tak młody i tak długie ży c ie !...O gdzieżeś! gdzieżeś mój koniu bułany,Me jasne niebo, mój stepie bez końca,Mnie duszą mury, krępują kajdany,Mnie brak powietrza, przestrzeni i słońca!“Umilknął. Rękę przycisnął do czoła, Chcąc siłą stłumić uczucia wezbranie; Lecz wpośród ciszy drzemiącej dokoła Tak dzikie z piersi dobyło się łkanie
        Iż skrzydłem wiatru niesione przez wody Trąciło groźnie w okno Wojewody,I coraz słabsze płynęło pow oli,Jak cicha skarga miłosnćj niedoli,A ż przez okienko, sunąc między kwiaty, Wbiegło do jasnćj dziewiczej komnaty.A starzec dumał — i śledząc u góry Jasne gwiazd roje, na ziemi z pośpiechem Kreślił dziwaczne cyfry i figury.Wreszcie się podniósł z proroczym uśmiechem, A rzadko, uśmiech sine krasił u sta,Spojrzał dokoła, czy kto nie podsłucha?Lecz nie — noc ciemna, wszędzie cichość głucha, Drzemią namioty i równina pusta__„Synu, rzekł zwolna, nie rozpaczać tobie!Łzom nie przystało na twarzy Selima.Nam trzeba działać; bo spoczynek w grobie Temu należy — kto końca dotrzyma.Czy widzisz synu ten obłoczek biały Wśród niebios wielkiej zgubiony przestrzeni? Chmury go czarne długo zakrywały,Mdlał, księżycowych pozbawion promieni.A teraz — patrzaj! znikły chmur zasłony, Księżyc go blaski srebrzystemi pieści!
        I ty mój synu, bez chwały, bez części Wpośród chmur czarnych nieszczęścia rzucony, Niedługo ujrzysz twą smutną niewolę Zmienioną w hołdy pokornego ludu,I w stepie skrzydła rozwiniesz sokole: Czytałem w gwiazdach — spodziewaj się cudu ! Nim błyśnie zorza, wodze chrześcian pilni Zbiorą swe wojska w odzieźach ze stali,I Wojewoda z grodu się oddali,A my zostaniem przebiegli i silni.Broni nie braknie — gdy zapłacim w złocie, Dziewczyna lekka — a koń bystry w locie! Kozumiesz synu?"Śniada twarz młodziana Błysnęła, żywym rumieńcem oblana.Chciał coś przemówić, lecz wargi blednące Silne wzruszenia zawierało drżenie;A starzec Pana szanując milczenie,Patrzał ja k w słońca w oczy pałające,I snać w nich dobrą odpowiedź w yczytał,Gdyż dłoń Selima biorąc w obie dłonie,W iódł go jak dziecię i więcćj nie pytał,Aż znikli razem w namiotu zasłonie,A gorejące ogniska ostatkiI fale, wiatru toczone oddechem,Dzikićj rozmowy pozostałe świadki Szeptały długiem i przeciągłóm echem_
      • madohora Re: Legendy 13.10.19, 21:50
        Już mrok zapada... wodza giermek miody Służbie pochodnie pozapalać każe,I wszyscy biegną w ślady Wojewody,I wszyscy spieszą__Na wybladłe twarzeSmutnych żołnierzy czerwony blask pada; Zda się, że pędzi upiorów gromada.Biegną na schody, na posadzce białej Jakieś rudawe plamy pozostały;Lecz nikt nie zważa, ani plam nie bada,Bo Wojewodzie trudno dostać kroku.U niego straszna błyszczy światłość w oku, I znać, że dusza natężona włada Jakąś nadludzką silą; źe w tćj chwili W szali przedwiecznej jego los się waży,A śmierć i życie czyhają na straży,Na którą stronę waga się przechyli
        Stanął... za wodzem dookoła staje Nieliczny orszak sług i towarzyszy,I tak głębokie milczenie nastaje,Iż się pochodni tylko szelest słyszy I serc zbolałych bicie przyspieszone.Pan Wojewoda skronie pochylonePodniósł, i zwolna, zwolna dłoń wyciąga__Czemu się teraz waha i ociąga,On, co przed chwilą tak spieszył gorąco?Dłoń do ciężkiego przywykła oręża,A teraz — aby osłabioną, drżącą Podźwignąć w górę wszystkich sił natęża!Stoi i słucha, i mur zblizka bada__Patrzcie! już palce do ściany przykłada,Porusza zwolna i lekko przyciska...Przebóg! pod ręką mur kamienny pryska,I loch wśród nmru otwiera się ciemny!...Pan Wojewoda pochodnię porywa I pierwszy w otwór rzuca się tajemny;Lecz jakże straszny widok się odkrywa Struchlałym oczom ?... Zkąd te ciche skargi?... Patrzcie!... pochodnia jaskrawy blask szerzy W głębię kryjó w ki!... O, patrzcie! tam leży Postać dziew icy... jakże blade wargi,
        Jakże wwychudłe i ściągnięte lica!Zda się umarła, gdyby nie źrenica,Która ku światłu obraca się zwolna I znów się kryje, znieść blasku niezdolna...Starzec przy córce upadł na kolana,Na twardem ręku zawisła jej gło w a, Bledsza niż grobu płyta marmurowa, Dokoła sploty czarnemi owiana,Do których ojciec lgnie drżącemi usty,I wzrok badawczy wlepiając w jćj skronie, Bece Nawojki rozgrzewa na łonie.Nagle — nadziei błysnął promyk pusty... Ruszyła ręką — i otwiera oczy. —„Bracia na pomoc, ona żyje, żyje!Widzicie światłość, co z jćj oczu bije? Widzicie uśmiech i Izę, co się toczy?“Łza się powoli stoczyła i spadła,Uśmiech pozostał, twarz jeszcze pobladła: „Ojcze!" westchnęła cicho i w westchnieniu Wolnćm, ostatniein dusza uleciała!...A rycerz długo patrzał w osłupieniu, Grzejąc na sercu rączkę, co kostniała I ziębła, ziębła na piersi gorącej,Aż chłód straszliwy, śmiertelny, mrożący
        132Tę pierś ogarnął i nawskróś przeniknął... Wtedy się starzec zerwał przebudzony I stał przez chwilę milczący — nie krzyknął, Lecz jak dąb stary, piorunem zwalony,Upadł w omdleniu przy Nawojki zwłokach!...O, niechaj złoty Archanioł pociechy,Który łzy liczy a nie ludzkie grzechy, Spiesznie na ziemię spłynie po obłokach,On niechaj serce skrwawione ukoi,On niech je słodko do życia przywoła.A my — ■wybaczcie mi słuchacze moi — Zostawim starca w objęciach A nioła!...i** *Już od tój chwili dwa wieki ubiegły,Upadły mury, które zamku strzegły,I jedna tylko smutna baszta stoi,Wkoło niój bluszczu liść wije się hojny,Kul liczne ślady zakrywa i stroi,A zamek znowu wesoły, spokojny,Brzmi pieśnią starców i śmiechem młodzieży. Ale wieść głucha wpośród gminu bieży,Iż w jasne noce przy pełni księżyca,Gdy wszyscy drzemią na miękkiej pościeli
        133Po schodach stąpa żałosna dziewica; Skroń piękną kryje pod zasłoną z bieli, Z pośpiechem zamku komnaty przebiega I płacząc, żebrze o kawałek chleba.Czy ów duch jasny, co cierpiał przed laty, Jeszcze zbłąkany nie trafił do nieba I wpośród ludzi błąka się zaklęty?Bóg sam wie zdawna. — My z litości bratniej Dla Koniecpolskich dziedziczki ostatniej Zmówmy „Ojcze nasz“ o spoczynek święty
      • madohora Re: Legendy 04.12.19, 15:26
        ZAMEK W BOBOLICACH

        Piękny, kilka lat temu przywrócony do dawnej świetności imponujący Zamek w Bobolicach - również posiada swoje legendy. Ponoć śmiałkom w zamku pojawia się "Blada Kobieta". Jest to duch 18-letniej dziewczyny, którą wydano za 60-letniego hrabiego. Mąż wkrótce zmarł, a w testamencie cały majątek zapisał trójce ich dzieci. Gdyby one zmarły, dobra miała przejąć żona. Niestety, wkrótce dwójka starszych dzieci podzieliła los ojca i rodzina męża oskarżyła wdowę o przyczynienie się do tej śmierci z powodu owego majątku. Odebrali jej trzecie, najmłodsze dziecko, synka. Pozostała sama w wielkim, pustym domu i wciąż myślami była przy nim. Posiadła dar jasnowidzenia, więc widziała, jak rośnie, kiedy się bawi i śpi. Pewnego razu zobaczyła, że chłopiec tonie w głębokim stawie. Z żalu pękło jej serce i odtąd błąka się po Bobolicach.
      • madohora Re: Legendy 16.09.20, 00:06
        W Krakowie w rynku głównym stoi pałac zwany "Pod Krzysztoforami" . Jest to ogromna narożna kamienica zbudowana a raczej powstała na skutek połączenia kilku kamienic w XVII wieku. Nazwa jej pochodzi od postaci Świętego Krzysztofa która miała niegdyś dom ten ozdabiać. Wrażenie wnętrza jest ponure, zwłaszcza wieczorową porą. Wówczas stare mury w świetle księżyca nabierają dziwnej tajemniczości. Rzadko dobiegają tutaj odgłosy z ulicy gdyż potężne mury zatrzymują wszelkie hałasy. Ciszę przerywa tylko hejnał z wieży Mariackiej. O pałacu krążą liczne legendy. W jego podziemiach, przechodzących przez rynek a kończących się w Kościele Mariackim ukryte są liczne skarby strzeżone przez diabła. Diabeł miał odebrać te skarby niejakiej Szęskiej, która pałac zamieszkiwała. Szęska podobno podstępem skrzywdziła siostrę przy podziale majątku. Siostra ta zamarła w całkowitej nędzy i opuszczeniu. Po śmierci siostry Szęska odczuwając wyrzuty sumienia zapisała część majątku jednemu klasztorowi w Krakowie. Drugą zaś część ukryła w piwnicach swojego domu. Duch jej podobno po dziś dzień pokutuje w komnatach pałacu jako widmo "Białej Damy" pilnującej swoich skarbów.
      • madohora Re: Legendy 16.09.20, 00:46
        http://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/6eHzqjCT5B7nZCyvjB.jpg
      • madohora Re: Legendy 17.09.20, 16:29
        Dusza hrabiny do dzisiaj nie zaznała spokoju. Podobno miała na sumieniu śmierć swojej służącej, lecz jako osoba wyższego, stanu uniknęła kary

        Województwo śląskie to nie tylko kopalnie. Nie brakuje tam również pięknych zamków i pałaców. Chyba najbardziej znanym i najpopularniejszym wśród turystów jest zamek Ogrodzieniec. Można w nim napotkać zjawę – czarnego psa. Pod tą postacią kryje się okrutny i pazerny właściciel Ogrodzieńca – Stanisław Warszycki. Podobno już za życia został porwany przez diabła do piekła. Powraca nocami pod postacią czworonoga, aby bronić swych skarbów.

        Równie nietypowe zjawy można spotkać w jednym ze śląskich pałaców, który mieści się w malowniczej wsi Krowiarki. Pałac należał niegdyś do rodów Strachwitzów, Gaschinów oraz Donnersmarcków. Budowla została wzniesiona w 1826 roku w miejscu dawnego drewnianego dworu, pochodzącego z XVII wieku. W latach 1852-1896 majątek kilka razy przebudowywano. Od 1939 roku należał do Hansa II Grafa von Henckel-Gaschina. Właściciel uciekł stamtąd na rowerze, gdy zbliżały się oddziały Armii Czerwonej. Po wojnie, którą pałac przetrwał w nienaruszonym stanie, mieściły się w nim kolejno: Szkoła Aktywu Politycznego, Państwowy Dom Dziecka oraz przedszkole. Od 1963 roku przez 7 lat funkcjonował w pałacu Szpital Rehabilitacyjno-Ortopedyczny. Później budynek trafił w prywatne ręce i rozpoczęły się prace remontowe.

        Pałac w Krowiarkach został zbudowany z rozmachem, o czym świadczy chociażby fakt, że jego podziemia składają się z 30 piwnic, a na parterze i piętrach jest łącznie 115 sal! Wyjątkowo okazale prezentuje się pełna przepychu sala balowa czy Sala Mauretańska, której wystrój nawiązuje do tradycji islamu.

        Wyjątkowość tego miejsca ma także związek z nietuzinkowymi postaciami, które niegdyś zamieszkiwały pałacowe komnaty. Jedną z nich była hrabina Wanda von Goschin, słynąca z nieokiełznanego i okrutnego charakteru. Owa dama uwielbiała galopować przez pola w towarzystwie psiej sfory składającej się z 200 psów. Skąd tyle czworonogów? Otóż pewnego razu hrabia von Goschin został poproszony przez cesarza o przyjęcie i zakwaterowanie w pałacu oddziału żołnierzy. Za namową swej żony odmówił jednak monarsze. Kobieta stwierdziła, że woli mieć na utrzymaniu 200 psów niż oddział pruskich żołdaków. Słowa te dotarły do cesarza.

        Oburzony nakazał kupić Wandzie von Goschin taką liczbę zwierząt. Hrabina była zachwycona. Chętnie w psim towarzystwie wyruszała na polowania. Podczas jednego z nich odstrzeliła sobie dwa palce. Mimo tej przykrej przygody wcale nie zraziła się do krwawego hobby. Natychmiast kazała sobie wykonać protezy z czystego złota. Po nieszczęśliwym wypadku wydawała się jeszcze bardziej żądna wrażeń i bez oporów galopowała po okolicznych kniejach w poszukiwaniu dzikiego zwierza. Hrabina daje o sobie znać nawet po śmierci. Jej dusza do dzisiaj nie zaznała spokoju. Podobno miała na sumieniu śmierć swojej służącej, lecz jako osoba wyższego stanu uniknęła kary.

        Miejscowi mówią, że nocą w pobliżu pałacu można spotkać jej ducha galopującego na koniu. Czasami snuje się także po przepięknej pałacowej Sali Mauretańskiej. Podobno kiedy tylko pojawia się w Krowiarkach, wszystkie psy w okolicy zaczynają wyć. Skąd pewność, że to zjawa Wandy von Goschin? Zdradzają ją dwa połyskujące w ciemnościach palce, wykonane z cennego kruszcu.

        Niedowiarki mogą nie wierzyć w legendę o duchu hrabiny von Goschin. Faktem jest, że w małym kościółku na skraju Pietrowic Wielkich, gminy w której usytuowany jest pałac w Krowiarkach, zachowało się wotum dziękczynne hrabiny złożone pod cudownym wizerunkiem Jezusa. Ks. Jan Jureczka, który spisał historię tej świątyni wspominał, że był to żyrandol szlifowany kryształami w kształcie graniastosłupów, zawieszony w prezbiterium jako dowód łaski nawrócenia na czynienie dobra, jakiej dzięki modlitwie doznała zła i zgorzkniała szlachcianka. Ksiądz opisał też historię śmierci służki, do której miała się przyczynić hrabina.
      • madohora Re: Legendy 17.09.20, 20:03
        http://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/kDBFZeIC4mhXeHpMX.jpg

        KRAKÓW KOŚCIÓŁ NA SKAŁCE - GRÓB ZASŁUŻONYCH
      • madohora Re: Legendy 17.09.20, 23:19
        We wnętrzu kościoła znajduje się obraz przedstawiający św. Stanisława z mieczem tkwiącym w głowie. Według legendy mensa na ołtarzu jest zrobiona z drzewa na którym zginął Święty Stanisław. W zaszklonej gablocie znajdują się kawałki drzewa z krwią świętego. Wokół kościoła i klasztoru krąży legenda jakoby miało się tam pojawiać widmo Bolesława Śmiałego, który zabił Świętego Stanisława.
      • madohora Re: Legendy 18.09.20, 00:02
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/ec/Church_of_St._Benedict_of_Nursia%2C_Stawarza_street%2C_Podgorze%2C_Krakow%2C_Poland.jpg/240px-Church_of_St._Benedict_of_Nursia%2C_Stawarza_street%2C_Podgorze%2C_Krakow%2C_Poland.jpg
      • madohora Re: Legendy 03.06.21, 16:58


        ...mieszkał w tym zamku dziedzic onego, a nazywał się P a l o c h; gdy się już zestarzał, a ciężką złożony chorobą, czuł śmierć zbliżającą się, opadły go jak liście z drzewa zimowym szronem sparzone wszystkie dawne nadzieje, żądze i myśli, i zapragnął widzieć raz jeszcze brata mieszkającego na Węgrzech. Godziny i dnie uchodziły unosząc z sobą ostatki sił chorego; brat nie przybywał, bo przybyć czy nie chciał czy nie mógł. I chory urażony obojętnością rodzonego brata, podniósł się z łoża, kazał zawieść do Krakowa, i tam zajechał w gościnę godną jego wieku i słabości, do klasztoru. Nie mogąc ostatniej znaleźć pociechy w uczuciach rodzinnych szukał jej w uczuciach religijnych; co mu ziemia odmawiała, tego szukał w niebie; a umierając zapisał ów zamek rodzinny klasztorowi. A później biskup jakiś krakowski zwiedzając to miejsce tak sobie je upodobał, te wszedł w ugodę z klasztorem, i inną włość dał mu w zamianę, a sam stał się panem zamku i włości. Takim to sposobem wedle podania stała się Muszyna częścią dóbr należących do dawniejszego biskupstwa krakowskiego.

        Maciej Bogusz Stęczyński, Okolice Galicji, Lwów 1847
      • madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:24
        Obszary rudonośne, w chęcińskim ośrodku górniczym, rozmieszczone były na obrzeżach, Doliny Chęcińskiej i Doliny Zelejowskiej, natomiast centralny ośrodek górnictwa- miasto Chęciny, położone było zasadniczo pośrodku. Mimo to z miasta do niektórych pól górniczych było stosunkowo daleko. Do Góry Miedzianki 10 km., do Góry Szewskiej i Gałęzickiej po 6 km. Oczywistą rzeczą jest to, że górnicy pracujący na tak rozległym terenie widywali się stosunkowo rzadko. Rolę łącznika między nimi skupiającego razem wszystkich pracujących w Chęcińskim ośrodku górniczym stanowił odrębny, wspólny dla wszystkich górników, kościół górniczy. W kościele tym w każdą niedzielę górnicy spotykali się na swoim nabożeństwie. Takie zebranie się wszystkich górników razem było bardzo wygodne dla władz górniczych i dawało możność załatwiania również innych spraw urzędowych. Chęciński kościół górniczy spełniał, więc podwójną rolę. Był nie tylko miejscem sakralnym, gdzie wszyscy górnicy spełniali swoje obowiązki religijne, ale stał się również salą zebrań, gdzie przekazywano zarządzenia władz górniczych, urządzano narady górnicze i przechowywano archiwum górnicze.
        Kiedy Jan Płaza redagował swoją ordynację, zamieścił w niej liczne wzmianki o roli w życiu górniczym, elitarnego kościoła górniczego. Wiemy, że pełne informacje o tym uzyskał z miejscowego archiwum górniczego, którego początki związane były z powstaniem chęcińskiego ośrodka górniczego. Jemu właśnie jako żupnikowi i prawodawcy przypadło w udziale przekazanie potomnym, czyli żyjącym w XVII wieku górnikom, starych tradycji, aby nowe pokolenie górnicze, które sprowadził tu z różnych stron Polski, weszło na stałe w zwyczaje swoich poprzedników.
        Ordynacja Płazy w kilku wzmiankach wspomina, że dniem załatwiania różnych spraw była niedziela, a miejscem, w którym to czyniono był kościół górniczy:
        "Tedy po wyjściu czterech niedziel ma podżupek wespół z Prawem Górniczym obwieścić przez sługę przysięgłego Prawa Górnego (woźnego), u kościoła, kiedy odprawują Gwarkowie swoje nabożeństwa". "...i dać obwieszczać przez cztery niedziele u kościoła, kędy bywają Gwarkowie, na każdą niedzielę".
        O tym, że zwyczaje te związane z niedzielnym gromadzeniem się górników w swoim kościele na nabożeństwa były bardzo stare - mówi ósmy artykuł starożytnej uchwały gwarków wszystkich gór chęcińskich, którą w całości przejął Płaza i umieścił w swojej ordynacji jako artykuł 18.
        "A jeśliby, który gwarek nie opłacił zamkostów I opłat (do czterech niedziel z tych, którzy się wpisali i zapisali za obwieszczeniem czwartej niedziele, a najwięcej piątej), przez sługę przysięgłego Prawa Górnego, u kościoła kędy Gwarkowie odprawują swoje nabożeństwa, a zwłaszcza w Klasztorze Bractwa św. Franciszka".
        Kościół górniczy istniał w obrębie klasztoru franciszkanów konwentualnych, stąd też nie był ujmowany w zapisach Liber Beneficiorum Łaskiego, gdyż nie stanowił własności diecezjalnej. Informację o istnieniu tego kościoła na terenie klasztoru chęcińskiego, przekazał franciszkanin Goski, prowincjał z Krakowa, wizytujący konwikt Chęciński w 1612 r., a więc współcześnie z wydaną przez Płazę Ordynację Górniczą.
        W księdze: Yisitatio personalis, przechowywanej w Archiwum Franciszkańskim w Krakowie, tak o tym kościele pisze prowincjał Goski: "Oprócz tego kościoła murowanego, ten konwent posiada inny kościół drewniany, starożytny, położony w obrębie murów klasztornych, wzniesiony pod wezwaniem św. Jakuba, w którym jest jeden ołtarz ze starożytną figurą drewnianą".
        Wizytujący klasztor Chęciński prowincjał, nazywa kościół św. Jakuba kościołem starożytnym, a więc istniejącym bardzo dawno. Równocześnie, według jego świadectwa, jest to kościół bardzo prosty, bez bocznych ołtarzy, posiadający tylko jedyny ołtarz i poza tym żadnych specjalnych ozdób. Mimo skromnego wystroju i niewielkiego rozmiaru, wizytujący prowincjał zakonny, nie nazywa go jednak kaplicą. Patronem tego kościoła nie jest żaden święty franciszkański, ale jeden z apostołów. Wszystko to przemawia za tym, że kościół ten nie był od początku swego istnienia związany z klasztorem franciszkańskim. Powstał znacznie wcześniej przed fundacją klasztoru w Chęcinach. Wzniesiono go jako kościół elitarny- górniczy. Jego budowa związana jest z lokacją miasta i musiała mieć miejsce przed 1325 rokiem. Kiedy w 1368 roku sprowadzeni zostali do Chęcin, przez Króla Kazimierza Wielkiego, franciszkanie konwentualni, zamieszkali oni przy tym kościele i kierowali budową swego kościoła murowanego, klasztornego jak również klasztoru. Obydwie te budowle wznoszone były z funduszów królewskich. Kościół franciszkański otrzymał wówczas wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Drewniany kościół św. Jakuba, mimo iż stał w pobliżu kościoła klasztornego, nie został rozebrany, a to dlatego, iż stanowił on własność Chęcińskich górników kruszcowych. Miejscowi franciszkanie od swego przybycia spełniali przy nim funkcje kapelanów.
        Ten to kościół górniczy, po nabożeństwach, stawał się salą zebrań i narad górników w czasie których przekazywano najnowsze zarządzenia władz górniczych. W tym też kościele spełniającym poza normalną funkcję sakralną, specyficzną rolę sali zebrań górniczych, przechowywane było, w specjalnym pomieszczeniu (zakrystii) chęcińskie archiwum górnicze.
        Narady i zebrania niedzielne, górników w swoim kościele, były pierwowzorem późniejszych sejmików, które również odbywały się w kościołach polskich.
        Kiedy Płaza, piszący ordynację górniczą, zastał takie zwyczaje lokalne w Chęcinach, dostosował do nich swoją ordynację. W ten sposób zachowała ona w swych artykułach niezmiernie ciekawy rys życia górników Chęcińskich.
        Ostateczny upadek górnictwa Chęcińskiego- owocem najazdu węgiersko- kozackiego.
        W marcu 1657 roku z południowego wschodu Rzeczypospolitej do naszej ojczyzny wkroczyły oddziały węgiersko- kozackie pod dowództwem księcia Rakoczego, aby wesprzeć Szwedów, którzy za wszelką cenę chcieli opanować całą Polskę. Oddziały te posuwały przez Małopolskę w kierunku Krakowa. Kiedy dotarły pod Sandomierz do księcia Rakoczego dotarła wieść o bardzo trudnym położeniu króla szwedzkiego, który ze swymi wojskami zamknął się w Krakowie otoczony polskimi oddziałami. W tej sytuacji oddziały Rakoczego udały się do Krakowa, a oddziały zbuntowanych Kozaków, które wystąpiły przeciw Polsce, pod wodzą Zdanowicza przekroczyły Wisłę pod Sandomierzem i zdobyły Sandomierz. Następnie udały się po Pińczów, który również zdobyły, a stąd prosta droga do Chęcin. Dotarli tutaj 1 kwietnia 1657 roku w pierwszy dzień wielkanocy i natychmiast przystąpili do zajęcia miasta i zamku.
        Było ich dużo. Doświadczeni w walkach z Turkami łatwo pokonali opór Polaków i zdobyli Chęciny. Plądrowali i rabowali miasto. Dotarli do klasztoru franciszkanów konwentualnych. Mieli doskonały wywiad i wiedzieli, że istnieje tu górnictwo kruszcowe i że kościół św. Jakuba jest kościołem górniczym. Górnicy noszący broń walczyli zapewne z Kozakami, ale po upadku miasta rozproszyli się. Ilu ich poległo nie wiemy. Najeźdźcy kozaccy wkroczyli do klasztoru i dokonali mordu trzech zakonników. Byli to kapłani zakonni O. Walenty i Kościerski z Halicza, którego porąbali szablami w celi, O. Florian Zieliński, spowiednik sióstr klarysek w Chęcinach i O. Andrzej Cybulski, młody kapłan zakrystian, który nie wskazał gdzie zostały ukryte srebrne naczynia liturgiczne.
        Ciała pomordowanych zakonników pochowano w kaplicy św. Leonarda a w 1720 roku umieszczono w tej kaplicy epitafium z napisem: "Potrójne nowo narodzonemu Chrystusowi złożono dary królewskie, gdyż i on potrójnym będąc, potrójnych żądał ofiar. Potrójny i Pan Bóg także, jednakże jest potrójny i jeden, a który był potrójnym zawsze będzie jednym. Potrójna także jest tutaj ofiara skrępowana powrozem Franciszka, ale w potrójnym ciele duch jeden tryumfuje".
        Kozacy spalili również drewniany kościół św. Jakuba. Pożar tego kościoła zniszczył archiwum górnicze. Następstwem najazdu kozackiego była za
      • madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:31
        U historyka Jana Długosza, który żył i działał w XV w. czytamy, że: "Chęciny, góra z zamkiem od miasteczka przyległego tak nazwana, w niej i około niej obfite kopalnie marmurów"... Zapis oznacza, że około 1450 roku surowiec ten był już tam wykorzystywany. Najstarszym zachowanym zabytkiem z marmuru bolechowickiego jest portal katedry kieleckiej wykonany w 1635 roku. S. Kowalczewski /1972/ pisze o marmurach chęcińskich, że: "początki przypadają prawdopodobnie na XIV w., a więc zbiegają się w czasie z rozwojem górnictwa miedzi na tym terenie".
        Stefan Bidziński, starosta Chęcin podarował papieżowi Inocentemu XI stolik z białego marmuru użylonego niebieskim azurytem, wykonany ze złoża różanki na Miedziance. dziś w rejonie Chęcin znajduje się osiemnaście historycznych marmurołomów.
        Według J. Czarnockiego /1952/ marmury chęcińskie dzielą się na pokładowe, żyłowe i tektoniczne. W świetle nomenklatury technicznej są to za wyjątkiem marmurów żyłowych, wapienie twarde dające się polerować i mają symbol Wt. Współczesna mineralogia zakłada, że marmur powinien mieć budowę krystaliczną i w okolicy Chęcin warunek ten spełnia jedynie marmur żyłowy różanka, zwany niekiedy różem. Jest to jedyny, prawdziwy i najpiękniejszy marmur chęciński. Był eksploatowany na Miedziance, w Gościńcu, Gałęzicach, Skibach i Chęcinach, poza tym występuje w Zbrzy, Łabędziowie, Skrzelczycach i Jaworzni. Różanka ze Skrzelcyc jest uboga w barwnik czerwony.
        Nazwa pochodzi od faktury skały gdzie na biały tle widnieje czerwony ornament w postaci różyczek. Najstarsze renesansowe wyroby z tego marmuru żyłowego znajdują się w wystroju katedry wawelskiej.
        Różanka składa się z kalcytu. Jest to krystaliczny węglan wapnia pochodzący z rozpuszczonych skał wapiennych przez roztwory hydrotermalne, czyli wody o podwyższonej temperaturze. Mechanizm powstania różanki jest skomplikowany.
        Pomiędzy dolnym karbonem i permem nastąpiła faza górotwórcza, która wypiętrzyła skały paleozoiczne Chęcin. Ruchy miały charakter zrębowy, bo nie fałdowały sztywnych bloków skały, ale wypiętrzały a nawet obalały masywy skalne. U schyłku ruchów nastąpiło odprężenie górotworu i powstały spękania poprzeczne, czyli prostopadłe do rozciągłości warstw skalnych. W utworze szczeliny wdarły się z głębi ciepłe wody i stygnąc osadziły biały kalcyt budujący żyły.
        Odnowienie spękań spowodowało, że biały kalcyt został w żyłach zmiażdżony i wody termalne osadziły czerwony tlenek żelaza zwany hematytem. Na okruchach białego kalcytu powstały wiśniowe otoczki, a nawet blaszkowe kryształki kruszcu żelaza. Puste miejsca wypełnił czerwony kalcyt.
        Znacznie później w alpejskim cyklu górotwórczym, żyły różanki znów popękały i w szczeliny wdarł się kalcyt żółtawy wraz z kruszcami metali kolorowych: ołowiu i miedzi. Te były przedmiotem eksploatacji górniczej. Mówiono, że różanka jest okruszcowana. Złoża nazwano ubogimi, nie z powodu małych zasobów, ale z uwagi na uciążliwe wydobycia i konieczność wzbogacania urobku metodą flotacyjną, a więc płukano go w korytach, by oddzielić ciężki kruszec od lekkiej skały płonnej.
        Człowiek jest istotą ciekawską. Nasunęło się pytanie: kiedy powstały żyły różanki? Najsławniejszy geolog od gór Świętokrzyskich J. Czarnocki /1932/ podał, że żyły marmuru są młodsze od dewonu, bo przecinają te skały a starsze od permu. Dowodów na to nie miał, ale był naukowcem wyczuwającym intuicyjnie budowę regionu.
        W 1957 roku zjawiły w Chęcinach magistrantki z krakowskiej Akademii Górniczo- Hutniczej: J. Wrzosek i L. Wróbel. Zbierały dane do wspólnej pracy dyplomowej i odnalazły na Górze Zelejowej odkrywkę, gdzie na pionowej żyle różanki spoczywał poziomo zlepieniec permski i miał w sobie ziarna wymienionego marmuru, a więc był wiekowo młodszy i zgarnął zwietrzałe okruchy żyły. Odkrycie opublikowano w czwartkowym zeszycie AGH z 1916 roku dając tytuł: "Uwagi o występowaniu żył kalcytowych na Górze Zelejowej koło Chęcin". Okruszcowanie różanki okazało się być młodsze od niej, bo żyły kruszcowe przecinają zarówno samą różankę i jak leżący nad nią permski zlepieniec.
        Różanka jest marmurem o wysokich walorach dekoracyjnych. Żyły przecinają poprzecznie, a więc z północy na południe okoliczne góry wapienne i dolomitowe. Są ustawione stromo i wykazują pochylenie, czyli upad ku zachodowi. Grubość żył sięga 20 metrów.
        W okresie Polski przedrozbiorowej wydobywano bloki różanki na Miedziance i Zelejowej. Marmur był trudny do obróbki bo kruchy, ale po wypolerowaniu dawał wspaniały efekt dekoracyjny. Drugim mankamentem był brak wymaganej bloczności złóż, bo kras kopalny, czyli rozmywanie skały przez wodę, sięgało do kilkudziesięciu metrów w głąb.
        W okresie międzywojennym eksploatowano różankę nadal w Miedziance i Zelejowej.
        Po drugiej wojnie światowej spółdzielnia "Grys" z siedzibą w Kielcach, podjęła masowe wydobycie tego marmuru do produkcji kruszywa łamanego na tynki ozdobne. Uruchomiono kamieniołom na Stokówce w Gałęzicach, na Górze Wsiowej w Skibach, w trzech miejscach na Zelejowej, na Rzepce, w Sosnówce w Chęcinach i przeznaczono dla budownictwa krajowego, głównie dla dźwigającej się ze zniszczeń wojennych Warszawy.
        W tym też czasie inna kielecka spółdzielnia "Kopaliny Mineralne" podjęła wydobycie różanki w Zbrzy i Skrzelczycach. Tamtejszy kalcyt kruszono przy stacji kolejowej Dębska Wola.
        W kamieniołomach używano górniczych materiałów wybuchowych, przez co zniszczono bloczność marmuru. Od roku 1960 wydobycia różanki zaniechano ze względu na ochronę środowiska i brak zbytu na ten rodzaj surowca. Kamieniołomy pozostały nie zrekultywowane i z biegiem czasu przyroda wkomponowała je w górski krajobraz regionu.
      • madohora Re: Legendy 13.04.22, 10:13
        W jednym domu chowało się dwoje dziewcząt, a jedna z nich była sierotą. Ma cocha, jak to zwykle bywa, straszną pasier bicy swej czyniła krzywdę. A w tejże samej wsi stał murowany nowy domek, w którym nikt mieszkać nie mógł, bo tam pokazywały się strachy. Owa niedobra macocha, chcąc się przekonać, co i jak w tym domku stra szy, umyślnie w tym celu wysłała tam na noc swoją pasierbicę z przędziwem. Biedna dziewczyna nie opierała się temu rozkazowi swej niedobrej macochy, wzięła przędziwo, poszła do owego murowanego domku, usiad ła, a modląc się, przędła sobie spokojnie. Aliści o godz. 11 słychać brzęk łańcuchów, czuć smród siarki i smoły, wreszcie komi nem wchodzi szatan z pańska ubrany, staje przed spokojną dziewoję, kłania się pięknie i mówi: — Pójdź panno do tańca, — Kiedym nieubrana, odpowiada sierota. — Cóź ci do ubrania potrzeba? — Nie mam gorsetu, wstążek, korali, kryzy i żadnych łachów (łachy=ubranie). Szatan znikł na chwilę, poczem wrócił i przyniósł wszystko, czego tylko sierota żą dała. Ona powoli bardzo ubierała się, a gdy toaletę ukończyła, szatan znowu do tańca ją prosił, mówiąc: — Chodź, panno, do tańca! — Kiedym jeszcze nie umyta, odparła dziewczyna. — Daj naczynie na wodę! Ona podała mu przetak. Djabeł poszedł do rzeki, czerpie, czerpie, ale w żaden sposób nabrać wody nie może. Kracze mu wrona: zalep! zalep!—ale on tego uczynić nie umiał; wtem uderzyła godzina 12, kogut zapiał, sza tan porzucił przetak i pannę i zniknął. O godzinie 12 w nocy, gdy kur po raz pierwszy zapieje, djabły i czarownice tracą moc swoją i znikają zawsze. Sierota podziękowawszy Bogu za ocalenie życia, w paradnym stroju udała się do domu. Macocha ledwie nie umarła z zazdrości, źe to nie jej córkę takie szczęście spotkało. Na drugą noc kazała własnej córce pójść do mu rowanego domu i tam czekać na szatana. Djabeł przybył i temi samemi słowy ową pannę do tańca zapraszał. A gdy przyniósł i jej takie same jak tamtej stroje, ona zno wu odpowiedziała, że nie umyta. Szatan rzekł: „Daj jakiego naczynia na wodę!” Ona uszczęśliwiona, źe tak jej się wszystko dobrze składa, w zapomnieniu podaje szatanowi na wodę garczek zamiast przetaka! Djabeł przy niósł wody, kazał się umyć, a potem wziął ją rzeczywiście do tańca. Ale piekielny to był taniec, bo w nim djabeł urwał dziewczy nie głowę, a postawiwszy tę głowę w oknie, między szczęki wetknął jej patyczek, aby przechodniom się zdawało, źe panna w oknie z radości się śmieje. Z duszą poleciał do piekła, Raniutko dzi wi się matka, dla czego córki nie widać; nie mogąc się jej doczekać, idzie sama po nią i widzi, źe córka wygląda oknem i do matki serdecznie się śmieje. Co prędzej wchodzi do izby i.... mdleje; na podłodze tułów leży, a na oknie urwana głowa! Taką karę zesłał Bóg na niedobrą maco chę za jej zazdrość i chęc unieszczęsliwienia pasierbicy.
      • madohora Re: Legendy 13.04.22, 10:48
        Pewnego dnia chodził Pan Jezus w to warzystwie św. Piotra po ziemi, a źe długą mieli przed sobą drogę, zakupili siedm du żych serów i najęli żyda, któryby owe sery niósł za niemi. Żyd zarzucił worek z serami na ramię i puścił się za niemi w drogę. Uszli ziemi kawał; żyd głodny, coraz częściej wo rek z ramion zdejmuje, niby nie mogąc po dążyć. Atoli gdy już duży uszli kawał, Pan Jezus ogląda się na żyda i mówi: Pokaźno, żydzie, te sery i porachuj, czy jest ich siedm? Żyd dosyć niechętnie rachuje i oświadcza, źe ani mniej ani więcej serów w worku niema, jak siedm. Polecił Pan Jezus policzyć te sery św. Piotrowi, bo nie dowierzał żydowi i po kazało się, źe jednego sera brakuje. — Żydzie, gdzie ser? pyta Pan Jezus. —■ Nie wiem, panie, odparł żyd. A no przecie je niosłeś! moźeś zjadł jeden? — Ja nie! Jak Boga kocham. — A któż? — Nie wiem. Pan Jezus, widząc, źe żyd się nie chce przyznać, w dalszą puścił się drogę. Wypa dało teraz przechodzić im przez głęboką rze kę. Święci przeszli po powierzchni wody suchą nogą; żyd z początku szedł w bród, lecz na środku rzeki zaczął tonąć. — Panie jasny, ratuj! wołał. — A kto ser zjadł? pyta Pan Jezus. — Ja nie! odpowiada żyd. Pan Jezus odwrócił się, a żyd tonie, tylko jeszcze widać mu głowę. — Jasny panie, ratuj! woła znowu. — A kto ser zjadł? pyta Pan Jezus. — Ja nie, odpowiada żyd. Pan Jezus po raz drugi się odwrócił, a żyd tonie, ręką tylko daje znaki, aby go ratowano. Pan Jezus znowu pyta: „A kto, żydzie, ser zjadł, ty?” Żyd machnął ręką na znak, źe nie on. Pan Jezus, widząc, źe i ta próba nie zmusi żyda do wyznania prawdy, wyra tował tonącego żyda i w dalszą puścili się drogę. Uszli daleki ziemi kawał i napotkali na drodze wielki kamień. — Bierz, żydzie, kilof, mówi Pan Jezus i rozbijaj ten kamień. Żyd w nadziei zysku wziął kilof i kilkoma uderzeniami rozbił kamień, w którym wszyscy ujrzeli cztery kupki dukatów. Żydowi za świeciły się oczy, ale Pan Jezus rzekł: — Te cztery kupki złota podzielimy między sobą w ten sposób, źe ja, św. Piotr i ty, ży dzie, weźmiemy sobie po jednej kupce złota. — A ta pozostała kupka dla kogo będzie? podchwycił żyd. — Ta kupka, rzekł Pan Jezus, będzie dla tego, kto zjadł ser. Żyd pogłaskał brodę i rzekł: Panie jasny, jak Boga kocham, ja zjadłem ser. Uśmiechnął się Pan Jezus z politowaniem i rzekł: „Iżeś wolał tonąć, a nie przyznać się do winy, a dla marnego złota to uczyniłeś, będziesz do końca świata o ten grosz się sta rał i nigdy się nim nie nasycisz”. Tak się też do dnia dzisiejszego dzieje
      • madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:21
        Tajemnica djabelska. Było dwóch braci: starszy był powszech nie nielubiany, młodszy, pełen zdolności, ulubieńcem był całego miasta. Niechętnie patrzył na to zazdrosny brat starszy, a wy wiódłszy młodszego za miasto, wydłubał mu oczy. Wtedy rzekł okaleczony: „Mój bracie, zrobiłeś mię na całe życie kale ką, cóż zrobię, aby rodziców nie zmartwić? Powiedz im, żem utonął, mnie zaś wy prowadź pod figurę przy drodze: będę że brał chleba, aby z głodu nie zginąć”. Ży czeniu kaleki stało się zadość; usłużny bra ciszek wyprowadził go wprawdzie i usado- dowił, ale pod szubienicą, zamiast pod figu rą. Siedział też tam w dobrej wierze kale ka i ręce wyciągał i zgłodniały o chleba odrobinę prosił. Ale upłynął dzień jeden i drugi, a nikt nawet na biednego kalekę nie spojrzał. Trzeciej nocy tuż przed północą zleciał się pod szubienicę rój djabłów, z Lu cyferem na czele. — Jakie macie tajemnice? zapytał naj starszy. — Ja, rzekł pierwszy djabeł, odnalazłem pod tą oto szubienicą trawę, która ma moc przywracania wzroku ślepym. — Ja, rzekł drugi, odnalazłem miasto, w którem zabrakło wody. Z tego powodu panuje tam ogromne przygnębienie; ludzie, z pragnienia umierając, Bogu złorzeczą; bę dziemy znowu kilka duszyczek w piekle mieli więcej. — A czy miałbyś sposób zaradzenia złe mu? zapytał Lucyfer. — Nic łatwiejszego, odparł zapytany: na środku rynku tego miasta znajduje się ka mień; gdyby go odwalono, trysnęłoby źródło. — A ja, wtrącił trzeci, czyham na duszę córki królewskiej; będzie ona z pewnością nasza. Przed laty siedmiu, gdy po odpra wionej spowiedzi komunję św. spożyła, za moim podszeptem wypluła ją z powrotem; połknęła to żaba, która w komnacie królew skiej żyje dotąd pod kominkiem. Gdyby kto wpadł na ten szczęśliwy pomysł, a wynalazł szy żabę, rozpłatał ją i wnętrzności dał spo żyć królewnie, która dotąd z tego powodu choruje, natychmiastby wyzdrowiała. Ale tego zupełnie się nie obawiam. — Dobrze się sprawujesz, odparł Lucyfer; każę ci za to szafarzowi wydać hektolitr smoły. A ty, Biseniu, cóż przynosisz? — Ja, zaczął czwarty, ja czyham.... Nie dokończył czwarty, bo uderzyła go dzina dwunasta i rój djabłów rozpłynął się w szarą mgłę. Rozmowę djabłów słyszał kaleka i bardzo się z tego ucieszył, posiadał bowiem trzy ważne tajemnice, których roz wiązanie zapewniało mu byt spokojny do śmierci. Urwał tedy natychmiast kilka ździe- bełek trawy, a spożywszy je, przejrzał. Udał się do miasta, w którem mieszkańcy ginęli z braku wody, a odwaliwszy ogromny w ryn ku kamień, wydobył z ziemi obfity zdrój czystej wody. Naród ocalony obdarował wybawcę złotem, srebrem i drogiemi kamie niami. Nie przyjął jednak tego podróżny, ale udał się w dalszą drogę do miasta, gdzie mieszkał król, chorą od lat 7 mający córkę. Miasto przystrojone było w żałobne flagi, bo młoda królewna dogorywała prawie. Dok torzy nie mogli już jej dopomóc. Podróżny dobił się do komnat królewskich i oświad czył stroskanemu ojcu, źe córkę uzdrowi. Otrzymawszy pozwolenie, bezzwłocznie udał się do komnaty chorej, a rozbiwszy kominek, wyjął znajdującą się pod nim żabę, rozciął ją na dwie części, a wyjąwszy z niej wnętrz ności, dał spożyć je chorej. Chora naturalnie natychmiast została uzdrowiona. Ojciec ura dowany, nie wiedząc, jak wywdzięczyć się wybawcy, ofiarował mu rękę uzdrowionej córki. Podróżny, bardzo dorodny zresztą młodzieniec, chętnie ofiarowaną mu rękę do stojnej królewny przyjął. Wkrótce też od było się huczne wesele na dworze królew skim, zięć króla otrzymał miano królewicza i połowę królestwa w posagu. Pewnego dnia młode małżeństwo wyje chało obejrzeć dobra swoje, a wyjechali w złocistej karecie, do której zaprzężono sześć ślicznych koni w srebrnych chomątach i djamentowych podkowach. Nagle kró lewicz spostrzegł starszego brata swojego; kazał stanąć. — Jak się masz, bracie, któryś mi wydłu bał oczy? zapytał. Przestraszony brat stanął jak wryty i słów ka ze strachu i osłupienia przemówić nie mógł. Dowiedziawszy się wreszcie, jakim sposobem unieszczęśliwiony przez niego brat takiego w życiu dostąpił szczęścia, chciał tego samego spróbować. Wydłubawszy tedy so bie oczy, usiadł pod tą samą szubienicą.
      • madohora Re: Legendy 21.06.22, 14:50
        Wierzono, że potrafi przybierać postać kota. Czarownice w zaklęciach ludowych prosiły go szczególnie o obfitość krów, aby dawały więcej mleka. Byłą to sprawa niezwykle ważna dla ludu, ponieważ w obliczu nieustannie grożącego głodu brak mleka urastał do rangi ludowej obsesji. Dlatego też powstał cały zakres wierzeń w tym temacie. Były to zaklęcia, modły kierowane do Rokity, jako patrona nabiału i mleczności, a także funkcjonowały jako przysłowia kuchenne. Wiadomo, iż w Zielone Świątki, w trakcie obrzędu zbierania rosy, czarownice napotkawszy krzaczastą wierzbę-rokitę targały nią mówiąc do Rokity: „Rokita, daj mleka, oddaję ci duszę i ciało, bo mi się mleka zachciało”. Wskutek zaklęcia powstał wierszyk powtarzany przez gospodynie w kuchni: „Był sobie raz diabeł Rokita i przyszła do niego kobita. Oddaje mu duszę i ciało. Bo jej się mleka zachciało”. Gdy Rokita zaakceptował ofiarę składającą się z duszy kobiety, wychodził z bagna pod postacią kota i zaczynał mruczeć zadowolony.
      • madohora Re: Legendy 21.06.22, 15:12
        PIĄTKOWSKA MAJÓWKA

        Trzynastego w piątek wybrał się diabeł Boruta na majówkę do Piątku.
        Piwa i jadła było tam dosyć, więc czart dobrze sobie podpiwszy, postanowił
        zabawić się z jakąś piękną panną. Przedtem jednak schował swój ogon pod
        długą marynarką, a widły wcisnął do rękawa, bo nie chciał urodziwej panny
        diabelskimi atrybutami zbyt szybko przestraszyć. Kapela jednak skocznie gra-
        ła, Borucie w tańcu ogon się opuścił, a widły na podłogę upadły. Panna zoba-
        czywszy co się stało, nie straciła rezonu, tylko sztachetę z płota wyrwała i
        okładając nią Borucie boki, pogoniła aż pod samą Łęczycę. Długo jeszcze
        pamiętał Boruta tę piątkowską majówkę.
        Panna zaś, jak wieść niesie, nigdy za mąż nie wyszła. Kawalerowie w
        całej okolicy choć podziwiali jej urodę, bali się jej silnej ręki.
      • madohora Re: Legendy 15.11.22, 00:57
        Zgodnie z jej wersją z IX wieku, młody Mikołaj, jeszcze przed wyborem na biskupa, miał chciwego i bogatego sąsiada, który drwił z pobożności świętego. Bóg ukarał sąsiada i sprawił, że stracił majątek oraz popadł w skrajną biedę. Gdy nie miał już z czego utrzymać rodziny, postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego, ponieważ nikt nie chciał ich poślubić bez otrzymania stosownego posagu. Mikołaj, po długich rozważaniach tekstów Pisma Świętego i modlitwie, postanowił uratować cnotę dziewcząt. Trzykrotnie, pod osłoną nocy, wrzucał przez okno pieniądze przeznaczone na posag dla każdej kolejnej siostry. Gdy sąsiad wyprawił już dwa wesela, postanowił dowiedzieć się, skąd biorą się tajemnicze pieniądze. Czuwał całą noc i ze zdumieniem odkrył, że to pogardzany przez niego Mikołaj wrzuca po raz trzeci pieniądze przez okno. Podziękował mu zawstydzony i postanowił zmienić swoje życie na zgodne z przykazaniami
      • madohora Re: Legendy 08.01.23, 16:57
        Mogiła. Kościół w Mogile miał fundować kruk. który na tem miejscu, gdzie teraz kościół stoi, składał złoto, za co ten dom boży wybudowano.
      • madohora Re: Legendy 08.01.23, 20:29
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/0/wa/qa/uuil/N6QaYQC1FKC3NxEjOB.jpg
      • madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:36
        Na skraju pól gmin Zawiszyce i Królowe
        w dawnych czasach zakopywane były ciała sa
        mobójców. łam też urządzały sobie schadzki ich
        umęczone dusze. Zapraszały też inne duchy. Ich
        przeraźliwe wycie oraz pianie niewidzialnych
        kogutów, które zawiszyczanie kiedyś zjedli, sły
        chać było na wiele mil. Nikt przy zdrowych zmy
        słach z żywych nie chodził tam w nocy. Często
        można było usłyszeć niewidzialne psy, ryczące
        krowy, chrząkajace świnie. Po takich "orgiach"
        na zabagnionych łąkach zjawiał się wodnik, któ
        ry najpierw wabił, potem wciągał do wody nie
        winne dzieciątka
      • madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:40
        Na trasie Głubczyce-Racibórz leży mała
        wioska Dzielów, która sąsiaduje z miasteczkiem
        Baborów. Blisko Dziełowa na starym gościńcu
        rosia piękna lipa, a na tej lipie wisiał obraz św.
        Mikołaja. Nikt nie wie skąd się tani wziął. Kie
        dyśjednak lipa spróchniała i gorliwi czciciele św.
        Mikołaja zbudowali drewnianą kapliczkę i umie
        ścili w niej obraz. Wierni z Dziełowa i okolicz
        nych wsi często odwiedzali tę okolicę. Wchodzi
        li do kapliczki wszyscy podróżni, którzy prze
        jeżdżali obok, dlatego.że słyszeli głos, który wzy
        wał ich do środka. Doznawali pokrzepienia i szli
        dalej służyć Bogu i pomagać innym. Obok kapli
        cy stał maleńki skromny domek. a mieszkał w
        nim pustelnik, który opiekował się kaplicą i pil
        nował. aby nikt nie zabrał obrazu. Obraz św.
        Mikołaja zasłynął z łask i zaczęły przybywać piel
        grzymki. których z roku na rok przybywało. Po
        śmierci pustelnika w 1780 roku kaplica uległa
        zniszczeniu i była bliska zawalenia się. Wówczas
        baborowianie chcieli zabrać obraz do swo
        jego kościoła. Jednakże ludzie z Dziełowa
        nie zgodzili się na to. W obawie przed za
        braniem obrazu postawili warty. Czuwali
        przy kaplicy całymi dobami. Wówczas
        mieszkańcy Dziełowa podjęli decyzję o zbu
        dowaniu kościoła, aby umieścić tam cudow
        ny obraz, żeby nikt go już nie zabrał. W 1824
        roku w Dzielowie wybudowano kościół, w
        którym umieszczono XV-wieczny obraz św.
        Mikołaja, który jest tam jeszcze dziś, a ko
        ściół jest pod wezwaniem św. Mikołaja.
        Prawdopodobnie obraz me stracił swojej cu
        downej mocy. Mikołaj widząc modlących się
        ludzi przemaw ia do nich głosem, który sły
        szą jedynie ci, którzy w swoim życiu nie
        popełnili żadnego grzechu.
      • madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:45
        W Klisinie stoi duży zamek z kwadratowym
        dziedzińcem wewnętrznym. Mieszkało w nim od
        wieków wielu dziedziców. Od tego zamku do
        Klisina Małego wiodła tzw. “droga krzyżowa”.
        Nazwa pochodziła od stojących tam dawniej sta
        cji Drogi Krzyżowej. Dziedzicami Klisina byli
        ludzie nie zawsze dobrzy, lecz wierzący. Ale zda
        rzył się wyjątek. Pewnego dnia w Klisinie poja
        wił się pan, którego w kościele zobaczyć nie było
        można, choć kościół stoi blisko zamku. Otóż ten
        pan kazał zburzyć stacje Drogi Krzyżowej, a z
        pozostałych z nich drewnianych części zbudować
        owczarnię. Gdy zmarł, jego dusza nie zaznała
        spokoju i duch dziedzica musiał się błąkać w
        godzinie duchów wzdłuż “drogi krzyżowej”.
        Przybierał postać bezgłowego, czarnego psa, któ
        ry ział ogniem z karku, biegał i przeraźliwie wył.
        Razu pewnego chłop wysłany jako goniec mu
        siał przejść tę drogę do zamku o północy. Z dale
        ka usłyszał wycie. Czarny pies biegł w jego kie
        runku. Chłopu ze strachu ciarki przeszły po ple
        cach, ale zawrócić nie mógł. Nagle coś z łosko
        tem wskoczyło mu na plecy. Był to czarny pies.
        Żołądek chłopa skurczył się z przerażenia, a ser
        ce na moment zamarło.
        - “Posłuchaj”, wychrypiał upiór. Masz ju
        tro na moim grobie zmówić trzy razy Ojcze Nasz
        i trzy Zdrowaśki. Jak to uczynisz to nie będę wię
        cej straszyć". Czarny pies zeskoczył z pleców nie
        szczęśnika przy krzyżu przydrożnym i wyjąć po
        biegł dalej. Chłop załatwiwszy w zamku sprawę
        nie spał do samego rana i gdy zaświtało pobiegł
        na cmentarz i zrobił to co upiór kazał. Odtąd na
        “drodze krzyżowej" nic więcej me straszyło.
      • madohora Re: Legendy 04.05.23, 17:58
        Legenda – z zamkiem w Bezławkach związana jest ciekawa legenda o Świętym Graalu. Słynny kielich Jezusa Chrystusa miał w XI wieku znajdować się w Anglii jako własność króla Harolda Godwinsona, który zginął w bitwie z Normanami pod Hastings. Jego synowie w obawie przed prześladowaniami uciekli z kraju i osiedli na Litwie. Po 300 latach Św. Graal trafił do księcia litewskiego Świdrygiełły, który w 1402 roku przybył z nim do Bezławek. Kronikarze potwierdzają, że przywiózł ze sobą dwa kielichy, nazywane greckim i angielskim…… Podobno zostawił je w zamku, a gdy w 1520 roku podeszli tam Tatarzy, Święty Graal został zamurowany gdzieś w zamienionej już na kościół budowli……..
      • madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:21
        Niektórzy twierdzą, że owa karczmarka była przewodnikiem Tatarów, którzy wprowadzeni przez Polaków na teren Prus Książęcych w ramach represji nad elektorem za pomoc Szwedom. Ci jednak najbardziej wyniszczyli Mazurów.
      • madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:47
        Ponadto mówi się o wielu tajemniczych postaciach, duchach czy zjawach spacerujących, głównie nocami, po pałacu i jego otoczeniu. Wiadomo o Krzyżaku chodzącym z psem bez głowy, innym Krzyżaku, którego można czasami zobaczyć w starej studni przy dębie, czarnej karocy zaprzężonej w cztery kare konie bez woźnicy, która nocami zajeżdża na podjazd czy czarnej damie spacerującej po holu
      • madohora Re: Legendy 04.05.23, 22:59
        Istnieje legenda o tym, że w świątyni dumania (dawnej kaplicy) spotykali się sataniści, co skłoniło miejscowych chłopów do wybicia w jednej ze ścian dziury, którą chcieli wpuścić do środka Boga. Inne podanie mówi, że w jasną, księżycową noc na wyspie pojawia się wór pełen złota.
      • madohora Re: Legendy 04.05.23, 23:54
        Potwór z Kierszówki – legenda

        Na początku opowiadał o tym pastuch, który szukał zagubionego cielaka. Później potwierdzili to także inni śmiałkowie, którzy ryzykując wiele, widzieli to z wysokiego nadjeziornego brzegu. Wokół jeziora Kierszówka pływał szkaradny potwór. Jego widok przerażał. Długie na około sześć metrów cielsko pokrywał zielony, łuskowaty pancerz, z którego sterczały kolczaste płetwy. Zapewne to ten potwór pożarł zagubione ciele, a pewnie też i owce, które ginęły tu wcześniej. Być może wkrótce zacznie zapadać na wsie i ludzi. Trzeba było się bronić.
        Pierwsze straże wystawiły wsie położone najbliżej jeziora. Tymczasem potwór pływał sobie spokojnie, to tu, to tam, jakby pędzony wiatrem. Na polowaniu musiał wyruszać nocą, kiedy strażnicy mogli niczego nie zauważyć. Spokój potwora napawał grozą. W końcu zwołano wszystkich mężczyzn z okolicznych wiosek. Długo radzono, co dalej począć, przy czym wypito wiele szklanic wypełnionych kornusem i meschkinnesem. Pokrzepieni napitkami zebrani nabrali odwagi i zdecydowali, iż zaryzykują atak na potwora.
        Nazajutrz wszyscy mężczyźni stawili się nad jeziorem uzbrojeni w kosy, cepy, widły, żerdzie i postronki. Dostarczono też łódź z sieciami. Czterej młodzieńcy, którzy nie mieli jeszcze na utrzymaniu własnych rodzin, wypłynęli na jezioro. Zarzucili na potwora sieć, przyciągnęli go do czółna i przyholowali do brzegu. Tu wszyscy rzucili się bijąc go i kłując, tak że cielsko stwora zaczęło się rozpadać. Gdy napastnikom wokół głów zaczęły przelatywać drzazgi, zaprzestali rzezi i spojrzeli zdziwieni. Zapadła cisza. Powoli, nawet ci stojący najdalej zrozumieli że upolowali … stary pień drzewa. Ułamane konary wzięli za kolczaste płetwy, a pancerz z łusek okazał się mieszaniną zielonych porostów i mchów, które porosły pień.
        Ludzi ogarnęła wesołość i ulga. Strach ustąpił. Zagadka potwora, który tak długo zagrażał okolicy, została rozwiązana. Młodsi, którzy z daleka przyglądali się walce, podchodzili bliżej. Niektórzy jako posłańcy ruszyli do swoich rodzinnych wsi, aby zanieść kobietom dobrą wiadomość. Butelki z wódką zaczęły krążyć z rąk do rąk, a każdy pił szerokimi na cal łykami. Zaczęto zbierać chrust i rozpalać ogniska. Przyszły kobiety z przygotowanymi naprędce potrawami. Wszyscy jedli z apetytem, pośród krążących stale butelek z krupnikiem i aromatycznym piwem. Gdy pojawił się grajek ze skrzypcami i zaczął grać, świąteczny nastrój sięgnął zenitu. Rychło zaczęto przytupywać i wiele par ruszyło do tańca. Długo jeszcze przekazywano sobie wieść o walce z potworem z Kierszówki, który okazał się tylko starym, zbutwiałym pniem.
      • madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:13
        Skrzynia z jeziora …..
        Przed wielu laty pływała po Jeziorze Cichym (gm. Banie Mazurskie) wielka skrzynia, ale nikt nie mógł się do niej zbliżyć, siedział na niej bowiem olbrzymi czarny rak i wszyscy się go bali. W tamtych czasach w Klewinach mieszkał bogaty pan, który dowiedział się o skrzyni pełnej pieniędzy i postanowił ją wyłowić. Znał on wielkiego czarnoksiężnika i zwrócił się do niego o pomoc. Ten zgodził się. Poszli nad jezioro i tam najpierw uzgodnili zapłatę. Czarnoksiężnik chciał wziąć tylko to, co znajduje się w bocznej przegródce. Przybysz zgodnie z umową, natychmiast wziął się do pracy. Przy pomocy sześciu koni udało mu się wyciągnąć skrzynię z jeziora na wysoką górę. Gdy mężczyźni otworzyli ją, okazało się, iż w bocznej przegródce jest złoto i szlachetne kamienie, a w pozostałej części – tylko srebro. Teraz każdy chciał zostać posiadaczem złota i klejnotów. Gdy mężczyźni spierali się, że ze skrzyni dał się słyszeć groźny pomruk, rozległy się jęki i krzyki.
        Wtem czary czarnoksiężnika zaczęły tracić moc i tak, jak ciężko było wciągnąć skrzynię na górę, tak teraz ona sama z lekkością zsunęła się z powrotem do jeziora. Ledwie zdążono wyprząść konie. Skrzynia ześlizgując się wyryła głęboki rów od szczytu wzgórza aż po Jezioro Ciche, który widoczny jest do dnia dzisiejszego. Skrzynia pokonała chciwych ludzi. Od tej pory nikt już nie zaryzykował jej wydobycia.
      • madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:20
        O poranku na wzgórzu znaleziono martwego Mazura, ale żadnych skarbów nikt nie widział. Kosztowności powróciły do diabła, wraz z duszą rybaka….
      • madohora Re: Legendy 27.05.23, 14:38
        Inna wersja legendy pochodzi z gawędy szlacheckiej Henryka Rzewuskiego Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, publikowanej (w częściach) w Paryżu w latach 1839–1841. Tę samą wersję przytoczył również Lucjan Siemieński w swojej książce Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie z roku 1845:
      • madohora Re: Legendy 27.05.23, 19:46
        Budynek Trybunału Koronnego (dawny ratusz) w Lublinie to miejsce, w którym według legendy odbył się diabelski sąd. Wspominało o tym już samo podanie zanotowane w 1810 przez Kamieńskiego. Jednak według tekstu staropolskiego raptularza (notatnika) spisanego przez żyjącego w XVII wieku szlachcica Zbigniewa Borowskiego, wydarzenie to miało mieć miejsce na ratuszu w Piotrkowie Trybunalskim.
      • madohora Re: Legendy 27.05.23, 19:58
        Jan Sas-Zubrzycki w wydanej w 1928 pracy Dwa podania lubelskie pisał, że do diabelskiego sądu doszło w roku 1727. Wskazał tę datę, łącząc legendę z informacjami o domniemanym cudzie, mającym miejsce w lubelskim Trybunale dnia 9 maja 1727. Na obliczu ukrzyżowanego Chrystusa, wiszącego w przedsionku izby sądowej, pojawiły się wtedy łzy. Świadkami tego zdarzenia było kilkadziesiąt osób, m.in. obecny na miejscu ówczesny Marszałek Trybunału Franciszek Salezy Potocki. Krucyfiks przeniesiono wkrótce do kościoła pw. św. Michała Archanioła (obecnie nieistniejący), a 26 sierpnia 1832 do archikatedry lubelskiej, gdzie do dziś się znajduje.
      • madohora Re: Legendy 27.05.23, 20:19
        Legenda o Czarciej Łapie

        Miejscem legendy jest Trybunał Koronny. Był to rodzaj sądu wyższej instancji dla szlachciców, który działał w Lublinie w XVI i XVII wieku. Jeśli ktoś nie był zadowolony z wyroku sądów grodzkich, mógł złożyć apelację do Trybunału i liczyć na pomyślny wynik rozprawy.
        Na to właśnie liczyła pewna wdowa, która 1637 roku odwołała się od wyroku sądu grodzkiego. Sprawa jej nie wydawała się być trudna do osądzenia. Bogaty szlachcic najechał jej domostwo, zagrabił to, co miała cennego i spalił zabudowania. Kobieta domagała się odszkodowania.
        Jednak bogaty szlachcic przekupił sędziów i wyrok zastał wydany na jego korzyść. Kobieta nie poddała się jednak. Złożyła apelację do Trybunału Koronnego. Przyjechała do Lublina pełna nadziei na sprawiedliwy wyrok.
      • madohora Re: Legendy 28.05.23, 00:08
        Ogłoszono wyrok:

        - Szlachcic jest niewinny, wdowa ma przeprosić szlachcica za fałszywe oskarżenia i zapłacić za koszty procesu.

        - Co my teraz zrobimy,- zapłakała wdowa tuląc dzieci do siebie. – Gdzie my się podziejemy. Nawet diabeł sprawiedliwiej by sprawę osądził!

        Ledwo wypowiedziała te słowa, a w trybunale zahuczało, zaszumiało i pojawił się diabeł.

        - Takiej niesprawiedliwości to nawet ja nie mogę znieść. Rozpoczynamy sprawę od nowa – powiedział.

        Przerażeni sędziowie nie śmieli się sprzeciwiać i odbył się proces drugi, jakże inny od pierwszego. Sędziowie z uwagą wdowy wysłuchali, a świadkowie prawdę powiedzieli. Diabeł ogłosił wyrok:

        - Szlachcic jest winien, dom wdowie ma odbudować i wyposażyć. Fałszywych świdtków publicznie wychłostać należy, aby więcej nie kłamali.

        Sędziowie podpisali się pod wyrokiem, a diabeł przypieczętował go własną łapą. Zrobił to z taką siłą, że ślad czarciej łapy, który odcisnął się na sędziowskim stole, do dziś jest widocznym świadectwem tego procesu i przestrzega wszystkich sędziów przed wydawaniem niesprawiedliwych wyroków.
      • madohora Re: Legendy 28.05.23, 01:20
        Stare księgi lubelskiego sądu zawierają opisy kilkunastu procesów o czary. Bohaterką jednego z nich była Zofia Filipowiczowa - dziewka czeladna u pana Jana Podlodowskiego w Kozicach.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 19:06
        Każda twa wola odpowie spełniona, I twoje myśli są i dla mnie rozkazem.—. , Bravtr ° ! wykrzyknie wpośród uniesienia, Więc się wyrzekłaś po wszystkie twe lata’ Wiecznego szczęścia czystego sumienia, Oraz samego zbawiciela świata. Brawo! powtórzy, więc mi się udało, Nad nią , ne prawo i wszech władna siła’ Juz teraz wszystko mogę robić śmiało, I y\ tćm jey oczy czarna mgła zaćmiła, Aon ją wkoło obiegłszy trzy razy, Takie wśród wrźasku odmawiał wyrazy.
        Naystarszemu w cienmey sferze, Chwała tobie Lucyferze, I mnie rados'c w każdym względzie, Ona na mem mieyscu będzie, A ma cząstka co dziedziczy Jey obecne członki drżące, Mocą sztuki tajemniczey, Niech się dzieli na tysiące. — Ona wzięła pierwsze wiano Ma zachować tajemnice , I wszystkie co z niey powstaną Suche wróżki, Czarowuice.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:41
        Oprócz handlu świniami, cielętami, wołami i owcami rozwinął się w Mysłowicach od lat 80. XIX w. handel drobiem. W latach 1880 - 1895 liczba gęsi i kaczek zakupionych w Rosji wynosiła sześć milionów sztuk. Drób sprowadzono do Mysłowic na dwa sposoby: koleją z Galicji lub pędzono pieszo drogami z terenów Królestwa Polskiego. W drugim wariancie gęsi i kaczki docierały do Modrzejowa, tam grupowano je w stada. Następnie przechodziły do Mysłowic przez drewniany most na Przemszy. Od tego miejsca przemieszczały się głównymi ulicami miasta, Krakowską i Oświęcimską w kierunku zbudowanych na początku XX w. w rejonie dworca osobowego zabudowań gospodarczych do kwarantanny, karmienia i załadunku.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:48
        Moja babka mi uosprowiała, że uod downa ludzie boli sie tych uognikôw. I wiedzieli, co trza robić, coby niy być bes nie pokorany. Nojprzôd trza było bocyć, coby skôńcyć robota z wiecornymi zwônami. Jak zwôniły zwôny, to wôl niy wôl, trza było kôńcyć robota i brać sie do dôm. Abo jak sie wrocało po cimoku z roboty, ale tysz gościny, to trza bocyć, coby być cichućko. Iś i nic niy godać, abo godać po cichu. Bo jak sie godało gośno, abo niy dej Boże jeszcze sie śpiywało, to tako nocnica poradziła nawyrobiać! Nô, ale tak sie robiło, coby nocnice niy trefić. Abo coby niy dała pozôr na cowieka jak szeł po nocach. Ale côs zrobić, jak sie jôm trefiło? Babka zowdy godali, że noleży sie lygnôńć na ziymi i to gymbôm ku nij! Trza niy dychać i zawrić uocy. Bo tako nocnica to był żywy uogyń i môgła cowiekowi uocy wyporzić! Abo wydropać. Bo tysz tak poradziła! A jak sie tak leżało gymbôm do ziymie z zawartymi uocami i bes dychanio, a nocnica takigo dognała, to ino uobleciała go i uobwôniała. A jak go wôniała, to wydowała take gosy: psii, psii. Uoznocało to, że sie pyto, cy taki cowiek śpi. Ale jak sie taki niy ruszoł, to uznowała, że je umarty i dowało mu pokôj. Ale jak uodlatowała, to mu jeszcze najscała do ucha. Taki to gizd diosecki był ś`nij!
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:24
        Jerzina, jak to mierziło jejich sztajgra! Tyn widzioł, jak chopy jedzôm i pijôm, a potym do tasiôw chowiôm ino swoje sznitki, a gorcki uostowiajôm! Godoł chopôm ros i drugi, coby te gorcki uodkłodali na swôj plac, ale chopy nigdy tego niy robili. Aże jednego razu tak sie na tych chopôw z Dzieckowic znerwowoł, że kozoł prziniyś kety i na tych ketach kozoł gorcki powiesić a do ściany przikotwić. I tak chopy z Dzieckowic môgli pić tyjka z gorckôw, ale ino blisko ściany. Tak sztajger załatwił, że Dzieckowioki, co robili u niego na grubie, przestali rozciepować gorcki. Ale to prziniysło jeszcze jedno.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:36
        Besto ludzie radzi lotali do lasa, abo posyłali swoje bajtle i te brały kônie i krowy a śli do lasa je wyposać. A bajtle rade to robiły, bo przi tym wyposaniu szło se pogodać z kamratami, abo pozolycić z dziouchami, poleżeć w ciyniu pod drzewym abo pośpiywać jake śpiywki i pouosprowiać, co się komu trefiło. Ino trza było wachować, coby krowa kaj niy uciykła. A niy tak, jak na miedzach, że trza jeszcze zaglôndać, coby krowa niy wlazła w szkoda sômsiadowi na polu, bo z tego było ino kupa uostudy.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:41
        A Erwin jim pedzioł, że jak sie uobalił i widzioł, że noga leci prosto na niego, to jusz sie zacôn z żywotym żegnać. Ino, że noga do niego doleciała i sztopła pora cyntôw za nim. Pokryńciła sie i mu pedziała taki wierszyk: „Jak niy bydziesz jod w niydziela rano, to cie niy bydzie gôniło kôńske kolano!”. I poszła, a nic mu niy zrobiła! Besto Erwin wstoł i poszeł wachować krôw.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:54
        Bes sôm postrzodek wsi płynie fajnisto struga. Godajôm na nia Prziwra. I na tyj Prziwrze stowiali zapory a sypali stowy. Po co jim to było? Niy! Niy skuli hicy na dworze bes lato. W tych stowach howali ryby a raki. Jak trza było pościć w kożdy piôntek, a bes Wiely Post i Jadwynt to niy dało sie jes miysa, trza było ryby jodać. Take stowy były fes przidatne. Niy trza było fes drogich ryb solônych kupować. Wszyjscy mieli swoje. Świyże i ławecke. To uoznoco, że nojlepsze.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 23:20
        A za pora dni do gospodyniu prziszła sômsiadka, ale niy ta, co dorodziła wander do heksy, ino drugo. I miała na gymbie take corne znaki, jakby ftosik jom dziuboł siyrpym! Gospodyni jusz wiedziała, fto na jeji krowy ciepnył taki urok, że mało mlyka dowały!
      • madohora Re: Legendy 31.05.23, 21:54
        Jak sie Ymil trocha uoturoł, to pocuł, jakby go ftosik wziôn na rynce, uobrôciył gowôm ku chodnikowi i położył na spôngu. Potym widzioł, jak sie wôngel usypuje. Normalnie, jakby go ftosik wybiyroł abo wygarnioł. Ymil niy poradziył sie ruszyć, ale umioł sie tymu prziglôndać. Jak jusz tyn, fto mu pômogoł, wybroł wôngel aże ku Ymilowi, tyn uobocył, że trzimie w rynce lampa. Ale dowała take dziwne światło, bo za słabe uod byrny na sztrôm, a za mocne na uogyń. Dziynka tyj klarze Ymil ujrzoł jakoś postać, a tak richtig uod szyje w gôra. To była jakoś baba. Jak uobocyła, że Ymil na nia zaglôndo, zacła sie cofać, a potym uobrôciyła sie i zacła iś przed sia. Ymil dojrzoł, że w rynce mo jakoś lampa, ftoro była dwustrônno, bo jak sie uobrôciyła, to lampa tysz świyciyła! Jak ino uodeszła trocha uod zasutego chodnika, to Ymil uobocył, że ta postać mo dugo jasno szata, a na gowie jasne wosy abo jakisik welôn. Widzioł to dobrze. Był przeca cołki cos przi rozumie, bo bes rozgarniynty wôngel szło dużo cystego luftu, chocioż był uôn jeszcze pomiyszany z pyłym.
      • madohora Re: Legendy 31.05.23, 22:02
        Ros sie trefiyło, że w lesie zaszczelili starego fyśtra, co to go Palka wołali. A nowy fyśter, co prziszeł za niego, to był mody synek. Dopiyro co sie pora lot nazot uożynił. Mioł fajno baba i małego synecka, ftory jim sie dobrze chowoł.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 17:02
        W smoczych głowach znajdować się miały wedle legend białe, twarde, drogocenne i czarodziejskie kamienie zwane draconce lub karbunkułami. Nosili je ponoć często królowie na Dalekim Wschodzie. By je zdobyć, odważni myśliwi lub magowie usypiali smoki odpowiednimi ziołami.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:21
        Jak Zefel prziszeł do dôm z roboty, nojprzôd poszeł do śranku, uobocyć, cy mo richtig pijôndze w kapsach. I sie pokozało, że nic tam ni mo. Potym poszeł do macochy i ji pedzioł, że straciyły mu sie pijôndze. Ale macocha sie ino zdziwiyła a udała, że to na pewno niy uôna je ukradła. Na dodatek pedziała, że to możno bracio uod Zefla wziyni se te pijôndze. Ale Zeflik pedzioł macosze, że wiy co to uôna je zebrała i na dodatek wiy, uo ftoryj godzinie to było! Zeflik pedzioł, że wiy, że jak było trzi ćwierci na jedna, to uôna poszła do śranku, wziyna te pijôndze, przerachowała na stole i kaj je schowała! Jak to macocha posyszała, tak sie przeraziyła na całego, poszła do kuchnie i prziniysła te pijôndze. Zaros bes sowa je uoddała.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:27
        I tak tyn istny chop rod śpiywoł te mamulkowe śpiywki, a nojlepij mu to szło, jak se popił. Aże blisko uod karcmy miyszkoł, to zowdy lotoł na skrôty bes babcyne, jak to godajôm. Inoś normalnie to szeł ćwierć godziny, a jak bes babcyne to i ze dwie godziny mu zeszło! Ale rod tak lotoł po weselskich polach, bo i pośpiywać se môg i gorzoła trocha uleciała z gowy, to i baba jakby myni po nim fucała, że uożyrok!
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:30
        Chop wszyskim pokazywoł tyn kamyń, co robił za dźwiyrza do chałpy utopca, ale żodyn sie niy powożył go nawet ruszać. Dopiyro jednego dnia, jak se nasz istny chop popił z kamratami, to wszyjscy pośli uobocyć tyn wiely kamyń. I tak chopy po gorzole byli fes uodwożni, to dali sie, coby tyn kamyń uodwalić i uobocyć, kaj sie wlazowało do chałpy uod utopca. Ale jak kamyń uodwalili, to się pokozało, że nic sam niy było ino ziymia...
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 19:39
        Uod jakigoś casu synkowi po nocach cosik spować niy dowało. Tak wele dwanosty w nocy synek sie budził, bo dychać niy poradził! Normalnie cosik go prziciło tak fes, że dychać niy szło! Ale to jeszcze nic, bo jak synek dojrzoł, że go przicisko tako przeźrocysto baba, to go zacła gryź! A to jusz go bolało. A potym to jeszcze go cyckała. Synka przerażynie take wziyno, że chcioł wreszczeć uo pômoc, ale ani luftu niy dało sie chycić ani uo retunek wołać! A ta go gryzła a cyckała wiela wlazło. A jak sie uopiła krwiôm, to se poszła. I dopiero wtyncos modziok môg spać spokojnie.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 20:13
        Na byfyju leżały nożycki. Uojciec cosik szczig, ale pociep je na byfyju i niy doł jich do szuflody, kaj normalnie leżôm. Tôż chycił tyn synek za nożycki a przeszczig słômka przi samych dźwiyrzach! Jak ino słômka przeszczig, tak zaros zamiyniła sie w pôł baby, ftoro prasła z cołkôm siłôm na delina. Uokozało się, że druge pôł baby było za dźwiyrzami. Synek z uojcym na tyn widok stanyli jak wryci, bo żodyn sie tego niy spodziywoł, że przestrziżôno słômka zamiyni sie w pôł baby! Ale zanim sie chopy uoturali z tego szoku, to baba znikła! Ani śladu po nij niy uostało.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 21:38
        Skiż tego matka zowdy rano, jeszcze przed szkołôm, a potym po połedniu, jusz po szkole posyłała Ernesta i Rudzika z kozami, coby je posali bele kaj. Wele drôgi na rantach, wele bany, abo nad rzykôm. Besto nikaj niy rôsły żodne krzoki, jak to teros mômy. Wszysko wyszczigły kozy.
      • madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:13
        Dynkowskij fes sie sam podobało. I rada przistoła na to, jak ji cera pedziała, coby u nij miyszkała. Dostała swoja izba, a i môgła cerze pômôc przy warzyniu abo przôntaniu. Nô i miała z kim pogodać, bo na Brzezince cołkiymi godzinami siedziała w izbie sama i do nikogo sie niy dało gymby uotwrić... A jak było wolne uode warzynio, to szła se nad rzyka. Filowała jak rybki se pluskajôm we wodzie, wyglôndała galarôw, ftore płynyły z wônglym, patrzała, jak płynôm parowe statki, ftore niymożebnie fucały a bes kômin wyciepowały masa dymu, a niyros i flama było widać. Poradziyła niyros i godzina posiedzieć nad rzykôm a zaglôndać, a dumać uo starych casach. Rada tysz godała ze swojymi wnukami, a i niyros pobawiyła się z prawnukami, ftore sam miyszkały, bo w tyj wielkij chałpie niyszkała niy ino jeji cera Waleska, ale jeszcze potym jeji wnucka Marta, ftoryj po ślubie z Kônradym, porodziyły sie same cery.
      • madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:22
        Ale zowdy miyso było i co do gorka szło cosik wrazić, a bajtle nafutrować, coby godne niy lotały. Nô i znoł sie na szczelbach a giwerach jak żodyn na cołkij Wesołyj i w cołkij uokolicy! Besto nimi handlowoł, abo je naprowioł, jak sie kômu co popsuło. A naucył się tego jak piyrwyj był przi wojsku. W tamtym casie wojsko pruske było fes wiele, a same Prusy wojowały to a Austryjôm, to z Francyjôm. Bestôż byli wojoki do wojowanio i byli wojoki do naprowianio giwerôw a kanônôw. I w tym casie Borcek naucył sie jak noleży naprowiać giwery. Aże u niego nigdy nauka niy szła w las, to tysz poradził zrobić ze swoji wojskowyj wiedzy użytek. Tela, że jusz na Wesołyj wojokôw niy było, ale byli tacy, ftorzi po kryjômu lotali do lasa ksiôży pszczyńskigo na gôn. Taki, wiycie, bes pozwolyństwa!
      • madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:29
        Jak sie zrobiła cima, chopy trefili sie na kroju lasa, na drôdze, ftoro wiydła ze Śklarnie na Murcki. Borcek ruszył uodwożnie, bo wiedzioł kaj iś. Przeca te lasy znoł jako włosno kapsa! A na dodatek pogoda była fajnisto, a miesiôncek piyknie świycił, to i drôga było widać. Jak dośli ku gôrce z wielym dymbym, to uobocyli psa. Ale takigo srogigo, że cheba jeszcze takigo niy widzieli! Normalnie aże strach było na niego patrzeć! Pies był cołki corny i leżoł gynau na placu, kaj mieli kopać. Wejrzoł na nich, pokozoł wiele zymbiska, nastroszył szkuty na puklu, a zacôn gośno na nich szczekać. Ale tak fes szczekoł, że sie niysło po cołkim lesie. Chopy prôbowali go zegnać spod drzewa. Gwizdali na niego, ciepali patykami. Jedyn nawet mioł sznitka chleba z tustym, to ciepnył ku psowi, coby tyn zezar a poszeł se kasik. Ale i to nic niy dało. Wszyjscy zrozumieli, ze wiely, corny pies wachuje skarbu i za nic niy do sie wygônić. Uradzili, co majôm zrobić. Pośli do dôm, ale mieli sam prziś zaś jutro. Ale pies dali leżoł pod dymbym i wachowoł skarbu a szczekoł na chopôw wiela wlazło. Tak Borcek z kamratami musieli dać se pokôj z kopaniym skarbu. I do dzisiej w lesie na Hubertusie leży zakopany pod wielym dymbym na gôrce starodowny skarb. Ale... jak pudziecie go kopać, to dejcie pozôr na wielego, cornego psa. Bo na pewno bydzie tego skarbu wachowoł.
      • madohora Re: Legendy 03.06.23, 18:37
        Według botaników i etnografów (Zygmunt Gloger, Henryk Łowmiański) podanie o kwiecie paproci wywodzi się ze zwyczaju smarowania się przez kobiety liśćmi nasięźrzału w trakcie obchodów święta, co miało w magiczny sposób podnieść ich atrakcyjność. A takim wierszowanym zaklęciem należało wzmocnić magiczne działanie
      • madohora Re: Legendy 03.06.23, 18:43
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/2e/Pruszkowski_Fern_flower.jpg/440px-Pruszkowski_Fern_flower.jpg
      • madohora Re: Legendy 05.06.23, 00:22
        BIcędlr&y ogmK.
        Tłumy publiczności falą nieustanną prze-
        walały się po ogrodzie miejskim. Ku wieczoro-
        wi ciżba wzrastała. Orkiestry grzmiały na zmia-
        nę w różnych punktach. Tak zwane zabawy zbio-
        rowe, które usiłowało urochomić szerokie koło
        gospodyń i gospodarzy, nie udawały się zupeł-
        nie. file ożywienie i zadowolenie panowały nie-
        zmiennie: oczekiwano na „Wianki“ ognie sztucz-
        ne, żywe obrazy i wreszcie „Sobótki“, lecz do
        tego potrzeba było cieniów nocy, po dniu prze-
        pięknym, ciepłym i rozmarzającym.
        Dekoracja z wspaniałych gór, wijącej się
        wstęgi wodnej i przebogatej zieleni drzew i krze-
        wów były wpiost niesłychane. Natura, jako re-
        żyser, była bajkowo szczodrą i niewzruszenie
        piękno siejącą.
        Batorówki studenckie, dzięki niezwykłej
        ruchliwości swych posiadaczy, zdawały się wy-
        pełniać ogród. Szczęśliwcy, którzy zasiadali ław-
        ki, nie opuszczali swych miejsc ani na chwilę,
        pełniąc jednocześnie obowiązki orjentacji i łącz-
        ności dla młodszych członków rodziny, przyja-
        ciół i znajomych.
        Właśnie do eieganckiej i ładnej kobiety
        podchodzi dwóch panów.
        — Irenko, mówi starszy, już dobrze siwy
        i jeszcze lepiej otyły—przyprowadzam ci kolegę
        \V zawodzie i miłego towarzysza—doktór Zyg
        munt X
        D-r Zygmunt skłonił się wytwornie i uca-
        łował podaną sobie rękę żony kolegi. Był wszak-
        że jeszcze o wiele młodszym od swego towa-
        rzysza i, jako wojskowy, zachował ruchy nieo-
        mal młodzieńca.
        — Czy nie widziałeś Heli?—zagadnęła mę-
        ża po wymianie kilku zdań z nowoprzybyłym.
        — Mawet kilka razy. Bądź spokojna—nie
        przepadła, powinna tu być wkrótce, gdyż uprze-
        dziłem ją, że wkrótce opuścimy ogród.
        — Ty sam chyba, gdyż ja muszę dla Heli..-
        — O nic z tego nie będzie! Wieczory tu
        nad rzeką bywają chłodne i musisz wrócić do
        domu, co zaś do Heli, o ile zechce tu zostać,
        może zostać z kolegami i przyjaciółkami, którzy
        ją odprowadzą do domu.
        Po chwili przypadł „kłopot" rodziny. Ślicz-
        na, zgrabna szatynka, wykapana mamusia. Śmia-
        ły się jej oczy, cała figura jakby tańczyła bezu-
        stanku, a z ust leciały wykrzykniki.
        — Mamusia już idzie... szkoda .. teraz bę-
        dzie najładniej.. Jak się ściemni, machniemy
        sobie w kółku swojem kilka turów walca na
        boisku tennisowym... a może i mazura Muzykę
        już pozyskaliśmy.., Mamusiu, a potem chlaśnie-
        my sobie przez ogień...
        — Heluniu, jak mnie kochasz...
        — Matuniu, to juz postanowione—rezolut
        nie zaprotestowała panienka.
        Siwy doktór ze śmiechem ucałował rękę
        żony i zwrócił śię do towarzysza:
        — Ze mną, czy tu zostaje kolega?
        — Tu, jeśli panna Hela weźmie mię pod
        swą protekcję i pozwoli „machnąć" z sobą wal-
        czyka i mazura, a potem „chlasnąć" kilkanaś-
        cie razy przez ogień.
        — Złoty, kochany mój panie!—wybuchnę-
        ło dziewczę ze szczerą radością. I już jej nie
        było.
        — Miech pan daruje mojej córeczce te
        wybuchowe projekty, wywołane dzisiejszą zabawą.
        — Zachowam je, jako wyjątkowy dar no-
        cy Świętojańskiej.
        — Czy pan widział kiedy nasze „Wianki"
        na Wilji?—zapytała pani Irena z uśmiechem.
        — Niestety, pani. Brałem w nich udział
        przed laty i dostałem postrzał, który... no, który
        mię dość grubo kosztował.
        Panią Irenę jakby targnęło w tej chwili,
        a po twarzy przemkną* żywy rumieniec, czego
        zresztą pan doktór nie zauważył.
        — Mie chcę być niedyskretną, lecz wiele
        bym dała...
        — Ciekawość pani zaspokoję bezintere-
        sownie...
        Oto przed laty szukaliśmy świetlików w
        ślicznym pochodzie na Dolinę „Sobótek“ wespół
        z przygodnie poznaną osobą, której zawdzięczam
        przepiękny czar paru godzin w noc Świętojań-
        ską i bolesne następstwa na czas dłuższy, sko-
        ro się później dowiedziałem, że była już narze-
        czoną i rychło wyszła za mąż za jakiegoś już
        wziętego lekarza, gdy ja byłem tylko studen-
        tem drugiego kursu.
        Pan doktór teraz jakby drżał tiochę, a mo-
        że tylko się jąkał. Pani Irena powstała i oparła
        się na jego ramieniu.
        — Odprowadź mię pan do bramy ogrodu,
        poczem o ile pan tu jeszcze naprawdę myśli
        pozostać z zaufaniem powierzam panu moją
        Helę i oczekuję obojga w domu z herbatą.
        W pół godziny później, gdyż już się ściem-
        niło doktór Zygmunt przepychał się przez tłumy,
        troskliwie czuwając nad śliczną panną Helą,
        która niosła w ręku swą batorówkę.
        — Panie, pójdziemy poszukać świetlików,
        Mamusia tak lubi opowiadać o tern, jak nieg-
        dyś znalazła, idąc z kimś bardzo miłym i we-
        sołym, kilka takich świetlików, które stały się
        dla niej dobrą wróżbą...
        — Czy równie dobrą i dla tego „bardzo
        miłego i
        — No, nie wiem, bo mamusia nigdy już
        tego pana nie spotkała, ale go zawsze z przyjem-
        nością wspomina.
        — fl on jak wspomina pani mamusią?
        — Czy pan się na mnie za co gniewa?
        to już nie pójdziemy szukać świetlików, a mo-
        że za to pomyślimy o walczyku, mazurze i ska-
        kaniu przez ogień. No, dobrze! niech się pan
        rozchmurzy, dziś nie można być w złym humo-
        rze lub smutnym...
        Prosiła tak serdecznie i tkliwie, dotykając
        ramienia jego swą rączką.
        Pan doktór się wstrząsnął, jakby w inną
        skórę włażąc. Przystanął pcd drzewem, w mro-
        ku zupełnym i ujął tę rączkę swawolną.
        — Na wszystko zgoda! pójdziemy szukać
        świetlików, lecz jeśli je znajdziemy, co wza-
        mian od pani otrzymam?
        — Wszystko, co pan tylko zechce...— przy-
        rzekła bez wahania.
        I poszli. I znalazł doktór Zygmunt w po-
        wrotnej fali po latach dwudziestu ów zagubio-
        ny czar nocy Świętojańskiej i zaczął znowu ma-
        rzyć o... szczęściu...
        fl wszak samo nawet marzenie o szczęś-
        ciu bywa już przedsmakiem szczęścia.
        Napoleon Rouba.
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 00:24
        W ten sposób minęło prawie dwieście pięćdziesiąt lat. Ze zjawą u dominikanów zżyły się pokolenia. Każdy wiedział, nikt się nie dziwił. Zjawia się... Mszę odprawia... Na organach gra... Po korytarzach chodzi... Nikomu z tego powodu nie stała się żadna krzywda...
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 20:17
        I tu Bóg w sposób jasny prosty objawił swoją wolę: konie za nic nie chciały ruszyć z miejsca w dalszą drogę, dopóki nie zdjęto z wozu skrzyni z relikwią. A gdy biskup, zrozumiawszy sens nadprzyrodzony tego zdarzenia, postanowił zostawić Drzewo Św. w Lublinie, ująwszy tylko małą cząsteczkę dla innego kościoła, dłuto przy tej robocie przebiło mu dłoń. Wówczas zrezygnował całkowicie i złożył przyrzeczenie Bogu, że relikwie św. staną się niepodzielną własnością i pociechą oo. Dominikanów lubelskich.
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 20:37
        Gdy w roku 1649 Bohdan Chmielnicki stanął na czele wojska pod Lublinem, strwożeni mieszkańcy przypadli do stóp ołtarza w dominikańskim kościele. Przeor zgromadzenia zarządził procesję z Drzewem Św. Krzyża po Ratuszu. I oto gdy procesja dobiegała końca, na ściemniałym nagle firmamencie ukazał się potężny i groźny w przedziwnej jasności miecz i zaczął płynąć nad miastem, ciskając promienie jak błyskawice. A z każdego z nich tworzył się miecz nowy, aż niebo całe okryło się znamionami walki, jakby hufce anielskie wyległy przeciwko wrogowi pokoju. I ujrzał znaki na niebie Chmielnicki, a zabobonnym strachem zdjęty, dał hasło odwrotu i uciekł w popłochu
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:31
        Jest lato roku pańskiego 1282. Litwini i Jadźwingowie panoszą się na Lubelszczyźnie. Leszek Czarny, książę krakowski rusza naszemu miastu na pomoc. Droga z Krakowa jest długa. Gdy wojska w końcu docierają nad Bystrzycę, wroga już nie ma - odjechał na wieść o potężnym władcy. Znużony Leszek zasypia pod dębem
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:34
        Gdy pachołkowie ciężko dysząc, wnieśli ją do wnętrza i odbili skobel, aż odskoczyli z wrażenia. Po brzegi wypełniona była złotem i kosztownościami. Na wierzchu leżał list adresowany do Jakuba Kwanty. Tego samego, który wraz z Mikołajem, synem Krystyna i Maciejem Kuminogą podarowali bernardynom ziemię pod murowany kościół. Natychmiast jeden z mieszczan wybiegł przed ratusz sprawdzić, czy coś jeszcze na wozie nie zostało. Nie zobaczył ani wozu, ani wołów. A bramy miasta nadal były zamknięte.
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:40
        https://media.tenor.com/PuycEKPNSjYAAAAM/excited-jump.gif
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:43
        Bo chyba tylko tatulek nie wiedział, że nocami do pięknej panienki przemykają starsi i młodsi panowie. Zaś młoda dama miała tak wielu adoratorów, ponieważ każdemu z nich zapewniała pełną dyskrecję. Wchodzili jedną bramą, a wychodzili drugą, nigdy się nie spotykając. Jedynym świadkiem nocnych schadzek w pokoju na piętrze Domu Złotnika był złoty kogucik na Wieży Trynitarskiej, który do dziś dnia pieje tylko wówczas, gdy przez bramę przechodzi jakiś wierny mąż
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:48
        Dusza nieszczęsnej samobójczyni zamieniła się w rusałkę, skąd nazwa całej dzielnicy się wzięła. A do dziś w tutejszych zakamarkach słychać pojękiwania i westchnienia.
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:52
        https://media.tenor.com/7Xj4HTP-W84AAAAM/blue-line.gif.
      • madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:57
        Piękna Tamara

        W dzienniku "Ziemia Lubelska" z 20 marca 1906 roku, w rubryce "kronika miejska", zamieszczono niepokojącą notatkę zatytułowaną "Morderstwo w pociągu". Autor informował: "Do mieszkańców miasta Lublina doszły wieści, jakoby córka byłego Podpułkownika pułku Rjazańskiego pana Mensena, pani Kondratiewowa, zamieszkała od dosyć dawna w naszym mieście, w drodze na jednej z kolei w kraju zachodnim została zamordowana i ciało jej znaleziono obok plantu".
      • madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:01
        Niemożliwe by podróżowała sama. Damy z jej sfery udawały się w podróż za służbą. Nożownik odnalazł ją jednak w kolejowym przedziale samą, uśmiercił i zamordowaną zdołał wynieść z wagonu. Czyżby miał wspólnika? I to pytanie pozostaje bez odpowiedzi. W plotkach pojawiało się nazwisko lubelskiego zbira Mariana Marczyka, to on - wedle wielu lublinian - miał zostać wynajęty do uśmiercenia Tamary. Kilka lat później, już podczas wojennej zawieruchy, zginął Marczyk. Nieznany sprawca oddał do niego trzy celne strzały. A nagrobna fotografia pięknej kobiety wisiała jeszcze na nagrobnej kolumnie w latach sześćdziesiątych, w roku 1966, w sześćdziesiątą rocznicę śmierci Tamary Kondratiewowej w lubelskiej cerkwi dzwoniły dzwony.
      • madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:28
        Wizerunek diabła, umieszczony w kościele pod amboną, miał zapewne dyscyplinować wiernych, by nie plotkowali i skupiali się na kazaniach. Przypominał, że wszystkie grzechy i grzeszki są skrupulatnie notowane przez mroczne siły.
      • madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:36
        Czarownice śpiące pod wzgórzem

        Na wzgórzu Borusz między Tuligłowami i Wolą Węgierską można znaleźć w lesie stare grodzisko z IV w. n.e. Miejsca tak stare i odosobnione, owiane mgłą tajemnicy i niewiedzy, szybko obrosło legendami.
        Jedna z nich mówi, że to wzgórze czarownic, w którego trzewiach spoczywają uśpione wiedźmy z dawnych czasów. Nie wiadomo, kiedy się przebudzą, ale moment może być bliski, bo niektóre osoby, uchodzące za szczególnie wrażliwe na nietypowe aury, twierdzą, że w grodzisku wyczuwają jakąś tajemniczą energię. Być może mamy do czynienia z kolejnym polskim miejscem mocy.
      • madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:43
        Największa podkarpacka piramida

        Przykościelny cmentarz w Międzybrodziu zwraca uwagę za sprawą nietypowego grobowca: wysokiej na 3 m piramidy. To grób rodu Kulczyckich herbu Sas, z proporcjami wzorowanymi na słynnej piramidzie Cheopsa w Gizie, w skali 1:50.
        Budowlę zaprojektowała w latach 30. XX w. Iryna Dobriańska. Nie wiadomo, dlaczego Kulczyccy zdecydowali się na grobowiec w kształcie piramidy. W Polsce podobnych konstrukcji jest bardzo niewiele (na Podkarpaciu jeszcze tylko trzy, i to dużo mniejsze: w Sanoku, Burdzach i Jankowicach).
        Być może o nietypowym kształcie zdecydował przelotny wzrost popularności stylu egiptyzującego w architekturze, który dało się zaobserwować w Europie i USA po odkryciu grobowca Tutanchamona w 1922 r.
        Z międzybrodzką piramidą nie wiążą się opowieści o duchach, ale warto ją odwiedzić dla niej samej i niezwykłego widoku, jaki prezentuje.
      • madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:50
        Duchy obozu pracy

        Najsmutniejsze historie o duchach dotyczą zjaw dzieci, które zbyt wcześnie dołączyły do widmowej społeczności. Właśnie duch dziewczynki nawiedza podobno Przyłęk koło Mielca.
        Ducha nie trzeba nawet szukać - widmowa dziewczynka sama wychodzi na drogę, jakby szukała pomocy u kierowców. Niektórzy świadkowie twierdzą, że duch krwawi. Możliwe, że to widmo jednej z ofiar nazistowskiego karnego obozu pracy, który w czasie II wojny światowej działał w Przyłęku.
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 13:46
        Słowo ryū / tatsu oznaczające smoka pojawiło się po raz pierwszy w kronikach z rejonu Dazaifu na Kiusiu, gdzie znajdował się niezwykły staw. Nigdy nie przybywało w nim wody, ani nigdy jej z niego nie ubywało za sprawą lokalnego bóstwa zwanego Takeiwa-no-Tatsu ( Smokiem z Masywnej Skały), które go zamieszkiwało
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:02
        Grakch rządził Polską sprawiedliwie a wdzięczni poddani zamierzali przekazać tron jego męskiemu potomstwu. Tak się jednak nie stało, gdyż jeden z jego synów zabił drugiego. Aby wyjaśnić, w jakich okolicznościach do tego doszło, kronikarz wprowadził postać smoka[1]: był bowiem w załomach pewnej skały okrutnie srogi potwór, którego niektórzy zwać zwykli całożercą. Żarłoczności jego każdego tygodnia według wyliczenia dni należała się określona liczba bydła. Jeśliby go mieszkańcy nie dostarczyli, niby jakichś ofiar, to byliby przez potwora pokarani utratą tyluż głów ludzkich. Grakch, nie mogąc znieść tej klęski, jako że był względem ojczyzny tkliwszym synem niż ojcem względem synów, skrycie synów wezwawszy, przedstawił [im swój] zamiar, radę przedłożył
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:08
        Jako pierwszy zabicie smoka przypisał Krakowi, piszący u schyłku XIV wieku na Śląsku autor Kroniki książąt polskich. Według jego wersji bratobójstwo między synami Kraka wydarzyło się już po zabiciu smoka. Natomiast spisana w końcu XIII lub pierwszej połowie XIV wieku w Poznaniu Kronika wielkopolska, mimo że zawiera najstarszy zapis nazwy Wawel, pomija zupełnie opowiadanie o smoku, wspominając jedynie o bratobójstwie wśród synów Kraka
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:14
        W połowie XVI wieku krakowska legenda była znana w Europie. W ogromnym dziele Cosmographia („Opis świata”), w rozdziale De Polonia, Sebastian Münster przytoczył opowiadanie o smoku wawelskim, prawdopodobnie za Miechowitą. W wydaniu dzieła Münstera z 1550 roku (Bazylea) zamieszczono najstarsze przedstawienie plastyczne smoka na tle wiernie oddanego krajobrazu Krakowa
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:20
        Zwolennikiem ludowej genezy legendy był Aleksander Brückner, który sądził, że krążyło najpospolitsze podanie o smoku, co ludzi i bydło pożerał, aż go szewczyk Skuba sztuką szewską zgładził. To podanie znane w formie pierwotnej jeszcze Bielskiemu z XVI w., Wincenty oszlachcił
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:26
        Legendę o smoku wawelskim spopularyzowały podręczniki szkolne oraz zbiory legend i baśni polskich wydawane od XIX wieku. Niemałą rolę odegrała literatura piękna – w XIX wieku powieści Józefa Kraszewskiego, w wieku XX Stanisława Pagaczewskiego. Postać smoka inspirowała także malarzy i rzeźbiarzy, m.in. Mariana Walentynowicza, Witolda Pruszkowskiego, Konstantego Górskiego, Franciszka Kalfasa i Bronisława Chromego, autora rzeźby spod krakowskiej jaskini[21]. Rzeźba Chromego umieszczona została w 1972 roku przed „materialnym zabytkiem”, Smoczą Jamą, odwiedzaną przez tysiące wycieczek i turystów. Jedna z ulic dobiegających do Wawelu nazywa się Smoczą.
      • madohora Re: Legendy 03.07.23, 15:47
        Jej warkocz był podobno przechowywany do XVIII w. w tzw. Zielonej Sali zamku kłodzkiego jako talizman chroniący miasto. Zabrał go dopiero Fryderyk II Wielki, który zdobył Kłodzko i przyłączył całą ziemię kłodzką do Prus. Przy okazji miał też zabrać legendarny bęben obciągnięty skórą przywódcy husytów – Jana Žižki
      • madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:03
        Zamieszkuje ruiny największej niegdyś warowni na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Włóczy się nocami także po polach podzamcza. To ogromny czarny pies z czerwonymi, jarzącymi się ślepiami, pobrzękujący ciągniętym za sobą długim łańcuchem. Czasami dobiega jego przeciągłe wycie. Choć są i tacy, którzy słyszą w tym pojękiwania wiatru w podziemiach.
      • madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:07
        Mieszkańcy Ogrodzieńca nie mają wątpliwości, czym jest zjawa czarnego psa. Uważają, że w tej właśnie postaci powraca do świata żywych XVII-wieczny właściciel tego zamku, Stanisław Warszycki, kasztelan krakowski, wielki bogacz i dostojnik Rzeczpospolitej z czasów potopu szwedzkiego. W 1669 r. kupił zamek w Ogrodzieńcu wraz z okolicznymi włościami od wojewody lubelskiego Mikołaja Firleja i mieszkał tu aż do śmierci w 1681 r.
      • madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:16
        Ale chociaż czarne psy nawiedzają Wielką Brytanię od stuleci, wciąż nie wiadomo, czym są i dlaczego są powszechne właśnie w tym kraju. Jedna z legend mówi nawet, że to tak naprawdę jedna tajemnicza bestia, zwana Black Shuck. Spotkanie takiej zjawy przeważnie zwiastuje śmierć osoby, która go widziała lub kogoś z jej bliskich. Z relacji wynika, że w większości przypadków nie robią nikomu krzywdy, poza – rzecz jasna – nastraszeniem świadka.
      • madohora Re: Legendy 11.10.23, 12:26
        Turystyczna wieś na pograniczu Beskidu Sądeckiego i Niskiego, kilka kilometrów od Krynicy-Zdroju, ma niezwykle bogatą historię. Przez setki lat Tylicz, jako miasteczko z przywilejami królewskimi, wraz Muszyną i czterdziestoma siedmioma wioskami tworzył Państwo Muszyńskie, należące do biskupów krakowskich. Kraina na strategicznym trakcie węgierskim miała własną administrację i sądownictwo. Rosła w siłę słynna z kontaktów handlowych z kupcami z całego świata. Porządku strzegli słynni harnicy i surowe prawo. Sąd kryminalny bez litości orzekał wyroki śmierci, poprzedzone wymyślnymi torturami. Po tamtych czasach zostały dziś mroczne legendy. Niejeden mieszkaniec Tylicza słyszał ponoć piekielne zawodzenie potępionych dusz: zbójców, rzezimieszków i bałwochwalców, którzy zakończyli swój żywot na posępnym wzgórzu Szubienica. Galerię skazańców dokumentuje "Księga Zapisów i Spraw Miasteczka Tylicza"- skarbnica kryminalnych dziejów. Jedną z jej bohaterek jest piękna mieszczka parająca się czarną magią.
      • madohora Re: Legendy 11.10.23, 15:38
        Osiemdziesiąt lat po tych wydarzeniach w Państwie Muszyńskim toczy się kolejny proces o czary. Oryna Pawliszanka staje przed obliczem sądu kryminalnego. Na świadka zostaje wezwany Jan Chowaniec - były burmistrz Tylicza. Na dowód, że mieszczka konszachtuje z ciemnymi mocami opowiada, że podał niegdyś owcom święcone drzewko zmieszane z solą – miksturę przywołującą czarownice - i wkrótce po tym zobaczył Orynę. Przypomniał też, że przed laty mieszczka została oskarżona o "różne czarostwa", ale udało się jej wówczas uniknąć kary. Kolejny świadek zeznaje, że idąc bladym świtem na targ widział, jak zbiera rosę do konewki. W toku przesłuchania padają kolejne dowody: ktoś widział kobietę nago w oborze, inny pamiętał, jak złorzeczyła i rzucała uroki.
      • madohora Re: Legendy 11.10.23, 15:57
        Działo się to pewnego roku w okresie Wielkiego Piątku przed Wielkanocą. W prastarej osadzie był, od wielu pokoleń przestrzegany zakaz - kiedy nastanie dzień, gdy Zbawiciel umiera na krzyżu za grzechy ludzi, nie wolno pracować, kobiety mają się modlić. Jeżeli która z kobiet pójdzie do rzeki i wypierze białe chusty, wówczas na osadę spadnie straszliwa kara. Przez wiele lat nikt nie ośmielił się złamać świętego dla mieszkańców zakazu, bano się bowiem kary. W jednym czasie nikt tego nie umie powiedzieć, słonecznym porankiem w wielkopiątkowym dniu kobieta poszła prać białe chusty. Gdy je zamoczyła w rwącym potoku, ziemia zatrzęsła się, dzwon w małej Świątyni zadzwonił na trwogę, co się dzieje ?. Powoli z wielkim hukiem osada zapadła się pod ziemię.
      • madohora Re: Legendy 11.10.23, 16:04
        Rycerz złamany bezsilnością, ostatni tak wielki w Rzeczpospolitej opuszcza ziemię ojczystą, na zawsze, by walczyć o wolność innych narodów. Na pamiątkę bitwy górę Czerteż mieszkańcy nazwali Huzary, a wzgórze w Muszynce na którym był obóz Konfederatką.
      • madohora Re: Legendy 31.10.23, 23:26
        Jeszcze inna legenda pochodzi ze wsi Błędowy, należącej do parafii wsi Chmielnika, znajdującej się półtorej mili od Rzeszowa. W owej wsi żył sobie ubogi wieśniak, który chciał ukryć swoją rozpacz przed żoną, więc wybiegł z chaty i pobiegł na urwistą skałę. Stanąwszy na niej zaczął na głos mówić, jakie jego życie jest marne i nieszczęsne. Gdy tak zawodził i płakał, stanął przed nim Rokita. Z początku wieśniak przestraszył się jego postaci, ale po chwili uznał, że nie jest aż tak straszna. Rokita ofiarował mu dużo pieniędzy, bez żadnego oprocentowania. Z warunkiem, że w ustalonym dniu oraz godzinie odda mu sumę co do grosza, w innym wypadku zabierze jego duszę. Wieśniak przyjął ofertę oraz uprzejmie podziękował, po czym diabeł zniknął. Po pewnym czasie dorobił się znacznej sumy pieniędzy. Gdy nastał czas spłacenia długu, udał się w to samo miejsce, gdzie spotkał Rokitę za pierwszym razem, i zaczął go wołać. W odzewie inny diabeł odpowiedział mu, że Rokity już nie ma. Został zabity przez Najświętszą Pannę. Więc wieśniak wrócił do domu, nie mając komu oddać pieniędzy, gdyż Rokita już nie żył. Od tamtego czasu ludzie zaczęli wołać na rodzinę wieśniaka Rokita i przydomka tego używa kilka rodzin wywodzących się z jego rodu
      • madohora Re: Legendy 31.10.23, 23:37
        Diabeł Boruta jest znany na ziemi łęczyckiej od bardzo dawna. Wywodzi się go od słowiańskiego demona, boruty (leszego, borowego), który miał mieszkać w zalesionych i bagnistych okolicach dzisiejszej Łęczycy. Borowy był strażnikiem lasów i opiekunem zwierząt leśnych oraz patronem myśliwych. Samo imię Boruta pochodzi od przeniesienia ludzkiego nazwiska na nazwę bór, w momencie ludyzacji postaci borowego. Uważa się też, że imię Boruta pochodzi od lasu sosnowego – po staropolsku sosna to właśnie boruta.
      • madohora Re: Legendy 16.01.24, 22:05
        Na drugi dzień około wieczora przyszedł do zamku z pobliskiej wsi pewien poddany, który przyniósł mię dzy ienemi i owoce; kazano mu je więc zanieść na górę, gdyż jeszcze nie były zupełnie dojrzałe Wie śniak będąc świadomy zamku, i ponieważ już nieraz owoce tam zanosił, udał się po schodach na przezna czone miejsce; lecz straszydło wskoczywszy z tyłu na jego w płachcie zawiązane jabłka, podobnie jak stró żowi twarz mu podrapało. Przerażony ty* nagłym na padem, upuścił wszystko, i z gwałtownym krzykiem pędzi na dół jak szalony i rozgłasza przed wszystkimi, źe żywy djabeł na górze się znajduje, który obszedł się z nim tak niemiłosiernie, dodając, iżby już więcej tam nie poszedł, choćby mu nawet cały zamek daro wano. Gdy nazajutrz odważyło się kilku pójść po ów owoc, nie znaleziono nic więcej, jak parę małych kwa śnych jabłek, które straszydło po schodach porozrzu cało, reszta razem z płachtą zniknęła. Osobliwszy ten przypadek wszystkich tem bardziej zadziwił. Gdy się więc tym sposobem postrach przed stra szydłem coraz bardziej rozszerzał, i gdy już nikt ani krokiem za drzwi wyjść się nie ważył, przemyśliwała hrabina nad sposobem zapobieżenia złemu; dla tego przyobiecała temu, ktoby ją od tego straszydła uwol nił, znaczną sumę pieniędzy. Propozycyą tę przyjął pewien kuglarz, o jakich w owych czasach nie było trudno, i za sto dukatów podjął się ze wy mi dwoma pomocnikami wypędzić straszydło. Udał się więc na górę, pomruczawszy coś tajemnego; jego towarzysze udali się za nim, czyniąc podobne kuglarstwa jak ich mistrz; tym sposobem przybyli, gdzie straszydło zwy kło miewać swą rezydencyą. Kuglarz wszedłszy naj przód, oglądał się na wszystkie strony, lecz nic nigdzie nie mógł zobaczyć, wszędzie panowała posępna cisza i ponurość. Zbliżywszy się nakoniec w róg dachu, spo strzegł coś białego, które podnosząc się coraz wyżej, zgrzytało zębami, i wreszcie raptem ku niemu sko czyło, wydawszy przeraźliwy łoskot swym łańcuchem. Przerażony kuglarz stracił całą ochotę do zaklinania straszydła, upuściwszy z ręku wszystkie swoje kuglar- skie narzędzia, zmykał czemprędzej do drzwi. Jego pomocnicy starali się jeszcze uprzedzić w ucieczce swego pryncypała, i wypadłszy z wielkim pędem na schody, razem się z nim na dół zwalili. Ta zbyt nagła podróż kosztowała ich nie mało, gdyż kuglarz rozbił sobie głowę, jeden jego pomocnik wytrącił sobie rękę, a drugi złamał nogę. Krzyk i narzekanie było tak wielkie, że nie wiedziano, komu wprzód dać pomoc. Hrabina posłała zaraz po chirurga dla poratowania tych nieszczęśliwych. Jak wielkim strachem nabawił ten straszny przypadek hrabinę i wszystkich zamku tego mieszkańców łatwo sobie wystawić można. Od te go momentu nikt się w zamku nie czuł bezpiecznym, dla tego przedsięwzięła hrabina wynieść się z niego zupełnie, dopóki strachy te nie ustaną. Gdy wieść o tem ostatniem zdarzeniu rozeszła się po całej okolicy, pewien w sąsiedztwie mieszkający szlachcic usłyszawszy także o tem, udał się do zam ku, a dowiedziawszy się dokładnie o wszystkich oko licznościach, jako to: o zgrzytaniu zębów, o łoskocie łańcucha, o owocach, poszedł do hrabiny przyrzekając uwolnić ją od owego straszydła. Ta lękając się o jego życie, odradzała mu od tak śmiałego czynu, mówiąc, że nie będzie jej wina, gdy mu się tak jak kuglarzo wi powiedzie. Szlachcic uśmiechnąwszy się na to, pro sił, aby mu pokazano miejsce pobytu straszydła. Gdy go na górę zaprowadzono, nie ważył się nikt dalej postąpić; on zaś mając tylko kij w ręce, otworzywszy drzwi wszedł na górę, wołając ustawicznie: Mignon, Mignon! i wkrótce potem powrócił prowadząc za łań cuch straszydło. Wszyscy, którzy czekali na niego na schodach, zaczęli uciekać, i opowiedzieli hrabinie, że ów szlachcic potężnym musi być djabłów eksorcystą, kiedy jednem słowem * Mignon* potrafił przymusić straszydło do pójścia za nim. Hrabina wybiega z swy mi ludźmi dla zobaczenia owego przez szlachcica po skromionego szatana, który mając łeb owinięty w bia łą ową od owoców płachtę, rozmaite wyrabiał skoki. Gdy się szlachcic zbliżył, przekonano się, że owo mniemane straszydło była wielka małpa, która już od niejakiego czasu urwawszy się temuż samemu szla chcicowi z łańcucha, gdzieś zniknęła, a znalazłszy w zamku na górze przed ludźmi bezpieczne schronie nie i w nocy pokarm w kuchni, to miejsce tak dogo dne na swoją obrała rezydencyą. Hrabina była bardzo kontenta, widząc się uwolnioną od tego okropnego straszydła, podziękowała szlachcicowi uprzejmie, uczę stowawszy go przytem hojnie, ponieważ nie chciał przyjąć żadnej pieniężnej nagrody.
      • madohora Re: Legendy 16.01.24, 22:13
        Nie powinni dorośli ludzie straszliwemi a jak pospolicie bywa, głupiemi baśniami lub straszydłami umysły młodych dzieci napawać, gdyż ta z młodu na brana a potem coraz bardziej wzmagająca się truci zna może ich na całe życie bojaźliwymi i nieszczęśli wymi uczynić
      • madohora Re: Legendy 16.01.24, 22:32
        Skutki straszenia drugich. W jednej z wiosek w Lubelskiem położonych, w kuchni szlacheckiego dworu, po skończonych dzien nych zatrudnieniach, dziewki zasiadły do kądzieli, a parobcy do plecenia rogóżek łyczanycłr Wieczór był jesienny słotny, ogień gorzał na kominie; ażeby czas prędzej uchodził, dziewczęta chychocząc się między sobą, dogadywały parobkom, oni się im gracko odci nali, i w izbie było gwaru i śmiechu dosyć, a pomi mo tego robota szła żywo i składnie. Najprzystojniejszą i najzgrabniejszą z dziewcząt była Jagusia sierota. Pani wzięła ją do dworu dzie wczynką dwunastoletnią, bo ojciec jej, parobek w go rzelni poparzony przy pęknięciu kotła, w kilka dni po tym wypadku w ciężkich cierpieniach życie zakoń czył, a matka dotknięta tą bolesną stratą, ze zgry zoty' wkrótce przeniosła się za nim. Jagusia jasna blondynka, z niebieskiemi pełnemi oczyma, smukła i zgrabna, najczęściej była smutna, a o łzy u niej ła twiej było, jak o uśmiech. Pani ją lubiła, bo była cicha potulna i pracowita, a i parobcy najwięcej koło niei sie uwijali; bo oprócz przystojuości, nęciła ich jeszcze obietnica poczciwej pani, że Jagusi sieroty me wyda za mąż bez wiana. Jagusia me wiele zw»żała na te ich zaloty, bo kończyła zaledwie rok ośmnasty; a jednak kiedy jeden z nich »Ladajakim Kubusiem« od innych zwany, psotnik, zawadyjak, do mej prze mówił to nie odwracała od niego jasnej główki, a nieraz’ za dobre słowo i uśmiechem zapłaciła. Kubu- 28 - si owi także ona nieraz była na myśli, ale tuż obok niej roiła się jakaś psota, i zarazem o wszystkiem zapominał. Z kolei rozmowy przyszło nareszcie do strachów, bo w długi jesienny wieczór jakże o nich nie wspom nieć? Stara Katarzyna kucharka opowiadała, jak u nie- boźki jej kumy Piotrowej siedział djabeł na strychu, a ona mu codzień nosiła kaszę jaglaną bez soli. — To się djabeł musiał dopiero upaść, wtrącił któryś z parobków. — Niby nasz Kubuś, któremu kaszy nie nastarcz. — Rychtyk taki jak on, ciągnęła dalej kucharka, bo jemu tylko rogi przypraw, tak istny z niego dja beł. Ale tamten u nieboźki kumy kaszy nie jadł dar mo; w całej wsi krowy nie dawały mleka, wszędzie len i konopie przepadły, a u niej jak las; u innych na przednówku była bieda, u niej zawsze chleb rumiany w piecu się dopiekał. Wszyscy się strasznie temu dzi wowali, a jak raz parobek Jacek chciał obaczyć tego djabła i wsadził łeb na górę, djabeł jak go uciął w pyzę, to aż sześć niedziel nosił ją spuchniętą. . — Ba, żebyć to tyle było!... ale widzicie, jak się tej Piotrowej djabeł sprzykrzył, to w nieckach pod podwijką wyniosła go na gościniec pod most, i posa dziła go tam, aby luiziom psoty wyrabiał. ^ — A zbytaa to bestyja, odezwał się parobek; ja łońskiego roku jechałem z Żółkiewki i w Ganach w karczmie spotkałem się z Matysiakiem. Zabawi liśmy się trochę, i już dobrze było w noc, jak wje chałem w las. Jadę koło mostu, patrzę, aż coś leży na drodze, słucham, a to beczy. O daj go tu, pomy ślałem, ktoś jechał i zgubił barana. Ściągnąłem lejce, konie stanęły, a ja dalej z wozu po znaleźne. Patrzę, istny baran, a taki wielki jak źrebak; ruszam, żeby wstał, ale gdzietam!... nogi ma związane. Biorę siaz żebym panie wór złota znalazł, to anibym pomy ślał ukradkiem go schować. — Ej gadki, odezwał się Kubuś Ladajaki, albo to baran był?... wyśta tylko bez wódkę widzieli barana. Ot ja, to po trzeźwemu widziałem stracha. — Gdzie, gdzie? powtórzyło kilka głosów. — Gdzie? koło lamusa, bąknął Kubuś, i znów umilkł, spuściwszy oczy na rogóźkę. Lamus położony był zaraz za dworem i mieścił w sobie skład nietylko nabiału, ale i przeróżnych marynat, wódek, likieru, win i miodu i t. p. rzeczy, i pani nieraz, zwłaszcza gdy byli goście, wysyłała którą z zaufańszych sług po rozmaite potrzeby do stołu. Najczęściej Jadwisia odbierała ten dowód za ufania, i ona też naj pierwsza obróciła oczy na Kubu sia; ale on nie podniósł swoich, tylko jakby naumyśl nie plótł zawzięcie rogóźkę — Cóż to był za strach? zapytało kilka kobiecych i męzkich głosów. — Ot już radzibyśta wiedzieć, żeby potem rozpleść po całej wsi. — Podnieśno łeb i gadaj, coś widział, odezwała się kucharka, ośmielona stopniem jaki zajmowała, a który mimo woli jednał jej uległość wszystkich stołowników. — Ha, kiedy już wam t*k się żąda, to powiem; tylko na miły Bóg nie gadajta ani pani ani ekonomo wi, bo pewnikiem oberwałbym za uszy. Wczoraj po wieczerzy poleciałem na wieś do Stacha; wracam, już się w kuchni nie świeciło, a wiater wygwizdywsł, kieby Franek na fujarze. Idę koło lamusa, a tu coś zaszu- mi*ło; oglądam się, jakieś czarne wielkie psisko hyc przez furtkę i do lamusa. Ani chybi, bryś, pomyśla łem sobie; szkodna bestya, chce się dobrać do saga nów... i poszedłem za nim. Patrzta, ledwie skoczy łem ze dwóch schodów, a tu bestya jak nie roztworzpyska, jak nie bryźnie na mnie iskrami. 01 Święty Boże nogi się podemną zatrzęsły; jak drapnę na górę, to nie oparłem się aż w stajni. Żebyśta wiedzieli, to już kury piały, a ja jeszcze dzwoniłem zębami i mó wiłem pacierz, bo to pewnikiem jakieś złe mnie na- — Ty nicponiu, pewnie ze strachem łyknąłeś ze trzy pólkwaterki, i tak ci się w ślipiach iskrzyło! — Gadajcie sobie zdrowi; ja i mucha tabaki me widziałem, a dopieroź półkwaterka. — To zmyślasz ladaco, żeby nas straszyć, ode rwała się jedna z dziewek. — Miałbym też kogo straszyć, a cóż dopiero cie bie, kiedy ciebie toby s:ę i sam djabeł przestraszył, odrzekł spokojnie Kubuś. . . Wszyscy się zaśmieli, jedna tylko Jadwisia poglą- dała na mówiącego ze strachem. Dano wieczerzę, kłótnia o skwarki i smaczniejsze kąski zmieniała tok rozmowy; po wieczerzy paiobcy wynieśli się do stajen, a dziewki długo jeszcze gwa rzyły o owym strachu z lamusa. Po kilku dniach, w taki sam wieczór słotny i wietrzny, do pani zajechali goście. Krzątaniny było dosyć do późnej nocy, i już parobcy zabierali się do stajen, gdy pani zawołała Jadwisię, dała jej klucze, i kazała coprędzoj skoczyć do lamusa, i przynieść butelkę starego miodu z trzema pieczątkami, ram tak kazała się spieszyć, aby goście od stołu me wstali że dziewczęciu wyszedł zupełnie z głowy strach’ pokutujący w lamusie; jakoż zapaliwszy świecę w latarce, która dwie szyby miała wybite, wybiegła a kuchni ... , , , , . W kilka minut krzyk przeraźliwy, bolesny dał się słyszeć w stronie lamusa; wybiegli wszyscy i znaleźli Jagusię leżącą bez zmysłów na schodach, z pot- 32 - czoną na drobne kawałki latarką. Nikogo więcej nie było, a jednak gdy przenieśli światło, znaleźli przed lamusem kilka rozżarzonych węgli i płachtę, którą nie wiedzieć na co z kuchni zabrał Kubuś. Biedną dziewczynę zaniesiono do izby, zlano wodą i nareszcie docucono się — ale cóż z tego, kiedy zaraz nazajutrz pokazały się ślady gwałtownego tyfusu. Sprowadzony lekarz nie Wiele robił nadziei. Jagusia konała powoli, a łotr Kubuś nie chciał się przyznać do winy, choć wszelkie poszlaki naprowadzały na ślad, że to jego była sprawka. Spokojny i obojętny jak zawsze, na. wszystko miał gotową wymówkę, a choć ekonom prze konany sumiennie o jego wiaie, kazał mu wyliczyć szesnaście odlewanych, karę zniósł, a nie przyznał się do występku. Tymczasem, życie sieroty gasło z każdą chwilą; na godzinę przed zgonem odzyskała przytomność, poże gnała czule swoją dohrą panią, która o niej prawdzi wie macierzyńskie miała staranie, a kiedy jej wspom- niono, że to pewno Kubuś przez psotę postraszył ją, nic nie odpowiedziała, tylko dwie łzy potoczyły się po wybladłej twarzy. Na drugi dzień po pogrzebie Jagusi łotra Kubusia wypędzono ze dworu. Nie okazał on żadnego żalu po sierocie, nawet gdy trumnę wynoszono i kładziono na wozie, to on bronując pod samym dworem ogród po wykopanych kartoflach, gwizdał jakąś piosneczkę. Wszyscy na niego wymyślali, nazywali zabójcą, a on wszystkich zbywał pół na prawdę, pół żartem i ka mienną obojętność do ostatka zachował
      • madohora Re: Legendy 11.05.24, 18:54
        Nie bądź taki zajadły
        W każdej z nich jest trochę prawdy
      • madohora Re: Legendy 26.05.24, 19:30
        — »A dla czegoby W. Pan nie miał stanąć ?« — »No, proszę uniżenie, a mnie powiedziano, że to gdzieś w górach wielkich; nigdy tam nie byłem, chociaż to w Lipinkach proboszczem jest ks. Wieścin- ski, mój rodzony wujaszek.« — » Kłaniam Wielmożnemu Panu! ks. proboszcz nie przejeżdża tędy nigdy, żeby do mnie nie wstąpił.« — »To znacie tedy wuja mojego?« — »Czegożby 11 go nie miał znać?* — »A cóż tam słychać o nim?* — »A coby było słychać? wszystko dobrze.« — »Pięknie mi dobrze! Ksiądz Wieściński prze cież rozniemógł się bardzo, jak mi pisano, niebezpie cznie nawet chory; może i skończy.* — »No, to W. Pan sukcesyję po mm weźmie; a ludzie mówią, że ks. proboszcz ma gotówkę.* — »Nie wiem o tem.« _ ... — »Ale ja wiem; winszuję W. Panu jak najwięcej.« — »Dajmy temu pokój, raczej zobacz mój żydku, czy koń gotów, i powiedz co się należy.«_ Poszedł żyd do stajni, wybiegła za nim żydówka, i z Markiem coś gadali długo, ale cicho. Po długiej chwili, gdy gospodnik do izby wrócił, szlachcic przy pomniał mu rachunek: — »Nic nie nagli,« rzekł żyd, »W. Pan powracać będzie, to zaołaci, a będzie wtedy czem płacić.* — »Dobry jesteś mój żydku, nie lubię długów, ale jeśli mam wiarę u ciebie, a zechcesz mi poczekac, przyznam się tobie, że w trzosie moim nie mam jeno kilka złotych, ale teraz czasy,., oj złe!« — »Będą lepsze, niechno W. Pan weźmie po wuju tę gotówkę. W. Pan raczy jeno z powrotem do nas, będzie miał wszelką wygodę i usługę, mam stary mio dek lewocki...* — »Co do tego bądź spokojny, mój żydku, dług ażdy jest i bywał u mnie świętym, nikogom jak żyję nie skrzywdził. Boże zachowaj! zapłacę wszystko co do grosza i za poczekanie się odwdzięczę.
      • madohora Re: Legendy 26.05.24, 19:45
        Bodajem był i grosza nie widział, a mój sy- naczek mi się uchował; pieniądze nie pocieszą w utra pieniu, co mi po nich, jeżeli synka mego jedynaczka utracę. Jak mi Bóg miły, w błoto je rzucę. Słyszysz źydku, nie chcę ani miodu, ani wieczerzy. Wołaj Mar ka, niech mi posłanie zrobi; zmówię pacierz i spać pójdę.« Zyd gospodnik zaszwargotał coś do żydówki, po stał chwilkę, wreszcie, życząc gościowi dobrej nocy, wyszedł z żoną do przyległego alkierzyka, gdzie ich sypialnia była. Marek przyniósłszy kilka słomy okło- tów, rozwiązał je i roztrząsywał, ścieląc posłanie dla szlachcica. Tymczasem szlachcic, klęknąwszy na ziemi, ucałował szkaplerz i zaczął śpiewać:
      • madohora Re: Legendy 26.05.24, 20:21
        Posłyszawszy te słowa żydówka, niepokoić się za częła i odmawiać męża od wykonania morderstwa, czyniąc uwagę, że Marek, kiedy nie chciał należeć do zabójstwa, gotów potem wydać, zdradzić. Ale żydowi zdawało się, źe już za późno i choćby zaniedbał zbrodniczego zamiaru, Marek wiedząc o wszystkiem, oskar żyć go zawsze może. Lepiej tedy, myślał żyd, zabić szlachcica, a pieniędzmi podzielić się z Markiem, to milczeć będzie. Te uwagi nastręczały znowu inne i przedłużały do północy tajemną naradę. Północ była, kiedy żyd, rzekłszy »teraz czas,« po chwycił nóż, odchylił drzwiczki i wstąpił do izby, w której spał szlachcic. Żydówka szła za nim. Po niedługiej chwili ciszę północną przerwał nagle wrzask okropny i słowa: »Ratujcie, ratujcie! Żyd zdraj ca, zabił mię, ratujcie!« Głos ten cichnął, zachrypnął i zamilkł. * * * Dnia następnego o porannej porze, a pora była to dżdżysta i chłodna, wielkie było zbiegowisko ludu na rynku bieckim koło ratusza. Przywieziono tam bowiem zabitego w nocj człowieka. Mieszczanie, niewiasty i dzieci ciekawe, wóz ota czający, podnosili płachtę, którą był nakryty, i pa- trzali zgrozą przejęci i litością na leżącego trupa, który kilka głębokich miał ran w piersiach i krwią był cały oblany i obryzgany. Po małej chwili postrzeżono drugą ludzi gromadę, ulicą od fary biegła za strażą grodową, prowadzącą na ratusz żyda gospodnika w karczmie za miastem i żydówkę; okuci byli w ciężkie kajdany. Żyd z od krytą głową szedł, oczy miał spuszczone do ziemi, żydówka załamywała ręce, szlochała i jęczała po swo jemu. A niewiasty i dzieci biegli za mmi, wykrzykując na żydów i radując się, że mordercy złapani pójdą na szubienicę albo na koło, za niesłychanie okropne morderstwo. W niejakiem za niemi oddaleniu dwóch panów je chało konno; jeden w kontuszu przy karabeli, drugi z podróżna ubrany
      • madohora Re: Legendy 19.06.24, 00:13
        Przepowiednie Jaśka spełniły się – dwa krzyże na jego grobie trafnie zapowiedziały obie wojny światowe. Kiedy będzie trzecia, najgorsza wojna, nie wiadomo, bo pamięć o lokalizacji grobu Jaśka zaginęła, a może już wcale go nie ma.
      • madohora Re: Legendy 19.06.24, 11:38
        Co skrywa się pod Giewontem?
        W Tatrach nie brakuje jaskiń, z których wiele mogą łączyć skomplikowane systemy tuneli. Mieszkańcy Podhala od wieków opowiadali sobie historie o tym, co może się kryć w najgłębszych jaskiniach. O dziwo zamiast opowiadać o diabłach i demonach, najchętniej mówili o królu i jego zaklętym wojsku
      • madohora Re: Legendy 19.06.24, 12:01
        https://media.tenor.com/a6ONvXKgImAAAAAM/awkditya-reacting-to-aditya-memes.gif
      • madohora Re: Legendy 19.06.24, 12:09
        kaczka z Jaskini Wodnej pod Pisaną

        Jedna z najdziwniejszych opowieści ludowych Podhala wiąże się z popularną wśród turystów Doliną Kościeliską. Dolina słynie z jaskiń. W jednej z nich – Jaskini Wodnej pod Pisaną – ma mieszkać złota kaczka, która raz w roku znosi bezcenne złote jajo.
      • madohora Re: Legendy 28.07.24, 22:49
        Legenda opowiadana przez miejscowych, mówi że ksiądz spojrzawszy w lustro zobaczył diabła i rzucił w nie kluczami, stąd pęknięcia.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:11
        Legenda o Czarnej Damie

        Na Krzemionkach, tam gdzie wznosi się kopiec Krakusa, jest też wzgórze nazywane „Na Zbóju”. Ta dziwna nazwa, kryjąca w sobie coś tajemniczego i groźnego, wzięła się stąd, że zawsze było tu pełno przeróżnych rozbójników. Wiódł bowiem tędy szlak handlowy z Węgier do Krakowa. Bogaci kupcy wozili w obie strony cenne towary, które często padały łupem rabusiów, przyczajonych na wzgórzu. Stała tu ponura karczma, w której zbójcy zbierali się, jedli, pili i niecnie się zabawiali. Żyła w tej okolicy piękna księżniczka. Miała wspaniały dwór, piękne ogrody, liczną służbę, szkatuły pełne klejnotów, naczynia ze szczerego złota. Jednym słowem wszystko miała najlepsze — oprócz… serca. Bo serce miała złe i przewrotne. Mało jej było własnych skarbów. Wszystko, co w pocie czoła zarobili okoliczni chłopi, zabierała bezwzględna i chciwa księżniczka — potrafiła odebrać ostatni grosz. I choć życie upływało jej w dostatku, nie mogło przecież trwać wiecznie. Pewnej nocy niebo pokryło się czarnymi chmurami, zagrzmiały pioruny i rozszalała się burza. W taką pełną grozy noc zmarła nagle zła księżniczka.

        Wkrótce też zaczęły rozchodzić się wśród ludu dziwne wieści, że w opusto-szałym dworze złej księżniczki straszy i dziwne jakieś rzeczy się dzieją. Zburzono więc dwór, a na jego miejscu postawiono mały kościółek. Nic to jednak nie pomogło. Każdej nocy słychać było w kościółku jakieś jęki, płacze, szlochy. Niektórzy nawet widzieli tajemniczą Czarną Damę, snującą się nocami po okolicy. Gdy dowiedział się o tym mieszkający w pobliżu pustelnik, przyszedł pewnej nocy pod kościółek i spotkał Czarną Damę, która powiedziała mu:

        — Jestem księżniczką, miałam tu piękny dwór, żyłam bogato. Zostałam jednak przeklęta, bo miałam złe serce, serce z kamienia i teraz, po śmierci, cierpię niewypowiedziane męki. Moje cierpienia skończą się dopiero wówczas, gdy znajdzie się człowiek, który przez rok i sześć niedziel potrafi każdego dnia przetrwonić – ale sam jeden, bez niczyjej pomocy – po sto srebrnych talarów. Pomóż mi, ojcze pustelniku, bo inaczej cierpieć będę bez końca.

        Ulitował się pustelnik nad Czarną Damą i postanowił jej pomóc. Właśnie wrócił z wojny pewien dzielny wiarus, samotny i biedny. I jego to poprosił pustelnik, aby ulżył cierpieniom Czarnej Damy. Wiarus zgodził się i odtąd codziennie spod progu kościółka zabierał kolejną sakiewkę zawierającą sto srebrnych talarów. Ucztował w najlepszych gospodach, pijał najdroższe wina, jadał pasztety z języków słowiczych, drogie owoce z najdalszych krajów i najróżniejsze inne smakołyki. Tak przetrwał cały długi rok i sześć niedziel w smutku wielkim, bo nie cieszy biesiada w samotności, bez przyjaciół. Ostatniego dnia, po sutej wieczerzy, wracał do domu zadowolony i wielce szczęśliwy, że jutro już będzie wolny. I wówczas napotkał na moście na Wiśle straszliwie wynędzniałego, starego, skulonego od zimnego wiatru żebraka w łachmanach. Zal mu się zrobiło nędzarza, znalazł w kieszeni ostatni grosik i dał go biedakowi. Był to jednak sam diabeł-kusiciel. W tej chwili zawył wicher, zakręcił się, porwał wiarusa i poniósł go tak daleko, że do dzisiejszego dnia nie wrócił na Krzemionki. A księżniczka – Czarna Dama – dalej nocami pokutuje na Krzemionkach „Na Zbóju” i czeka na swojego kolejnego wybawcę.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:32
        Legenda o hejnale Mariackim

        W czasach średniowiecznych na wyższej wieży kościoła Mariackiego strażak dawał sygnał od otwarcia do zamknięcia bram krakowskich. Był on także stróżem Krakowa, który wypatrywał pożarów i wrogów zbliżających się do miasta.
        Pewnego razu zauważył wrogów. Tatarzy zaatakowali Kraków. W związku z tym czuwający strażak zaczął trąbić, ostrzegając przy tym mieszkańców. Prawdopodobnie w trakcie trąbienia strzały tatarskie przeszyły jego gardło, i hejnał nagle się urwał. Trębacz zginął od strzały, a pamięć o nim pozostała na zawsze właśnie w granym hejnale, takim samym, gdy przestał grać ją strażnik.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:59
        Utwór łączy wątki z rycerskiej tradycji zachodnioeuropejskiej z rodzimymi polskimi podaniami.
        W IX wieku pojawiły się 2 wersje eposu o Walterze. Pierwotnie utwór opisywał ucieczkę Waltera i Helgundy z kraju Hunów i pojedynek w lesie waskońskim o wiezione przez zbiegów skarby króla Attyli. Późniejsze wersje eposu skupiły się na dalszych losach głównych bohaterów, przekształcając stopniowo topografię głównych wątków opowieści: punkt wyjścia przesunął się z Panonii do Saksonii, a jej kresem, którym początkowo była Akwitania, stał się Paryż.
        Opowieść zawarta w Kronice wielkopolskiej z podstawowego tworzywa eposu zachowała imiona głównych bohaterów i motyw ich ucieczki. Jej kierunek został jednak odwrócony: Walgierz i Helgunda uciekają na wschód, z Paryża do Polski. Nowy jest również motyw zalotnika do ręki Helgundy. Z opowieści znikli Hunowie i dwór króla Attyli, pojawiły się zaś elementy charakterystyczne dla XII i XIII wiecznej poezji dworskiej: walka o miłość i uznanie kobiety. Bohater zdobywa względy oblubienicy śpiewając pod jej oknem. Pojedynek, który pierwotnie dotyczył broni i skarbów uwiezionych z dworu króla Hunów, stał się pojedynkiem o prawo do ręki Helgundy. Zupełnie nowy jest też motyw wiarołomnej żony.
        Wersja eposu, która trafiła do Polski, połączona została z podaniami wiślickimi. Jedno z nich prawdopodobnie związane było z nagrobkiem nieznanej kobiety (być może był to pogański kamień kultowy), istniejącym ówcześnie w Wiślicy, drugie – z niepotwierdzoną historycznie postacią Wisława Pięknego.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:06
        Jedno z podań głosi, że w Psarce, wschodnim przysiółku Woli zabierzowskiej, król wystawił nad Wisłą dębowy zameczek, przeznaczony dla hodowli psów myśliwskich pod okiem wytrawnych myśliwych i że do zameczku tego często zaglądał. Dotąd jednak ani tu, ani nigdzie w okolicy, nie odnaleziono śladów żadnej budowli, podobnej do dawnej psiarni. Zresztą, jak świadczy historia Woli Zabierzowskiej, wieś ta nigdy nie należała do królów, tylko do biskupów krakowskich. Ale od wschodu do Woli Zabierzowskiej przylega wieś Ispina, którą w XIX w. również nazywano Psarką. Wieś tak stanowiła dawniej przysiółek
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:11
        Wedle słów kronikarza, „kmiecie i osadnicy zależni od rycerzy i szlachty, ilekroć byli uciskani przez swoich panów i dziedziców, znajdowali u króla pewną opiekę. Wstawiał się za nimi i surowo zabraniał ich krzywdzić, tak, że nikt, nawet wpływowy i bogaty możnowładca nie miał odwagi być okrutnym, przykrym i niesprawiedliwym wobec swoich kmieci, bo król każdemu za jego występny czyn i przewinienie wymierzał odpowiednią karę”.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:44
        Miejsce niezwykłe, owiane legendami od czasów słowańskich.

        "Są na wzgórzu św. Bronisławy dwa szczególne miejsca. Jedno naznaczone dawnym kultem świętości, drugie -diabelskim śladem.
        Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu, zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic – Gontyna, przypomina o dawnych pogańskich świątyniach.
        Idąc wyżej, przechodzimy przez kamienny most, łączący ul. Malczewskiego z ul. Zaścianek. Mostek wtopił się w krajobraz wzgórza św. Bronisławy i mało kto pamięta o nim legendę.
        Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły wykraść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku.
        Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub - jak się mówi na Salwatorze - diabelskim mostkiem."
        Koniecznie musicie odwiedzić to mniej znane miejsce w Krakowie, gdzie niedaleko siebie położone są trzy świątynie: św. Małgorzaty-na miejscu gontyny, Norbertanek i Najświętszego Salwatora (najstarszej budowli sakralnej na terenie Krakowa).
      • madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:26
        Gmach ten nie cieszy się dobrą sławą. Pałac Wielopolskich zapisał sobie f a c i n u s szkaradne - pisze w swych Miscellaneach biskup Łętowski - Tu Samuel Zborowski zabił Wapowskiego, a później i sam został na Zamku ścięty. Z tego też pałacu Andrzej Tęczyński kasztelan wojnicki, uchodząc przed wzburzonym pospólstwem, doścignięty u Franciszkanów, tam w okrutny sposób na schodach przy zakrystii został zamordowany, a w ślad za tym mordercy śmiercią ukarani byli (...)
        Ale to nic w porównaniu z tym, czego o Pałacu Wielopolskich dowiedzieć się można od starych pracowników magistrackich.
      • madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:35
        A zatem nie ulega wątpliwości - w Pałacu Wielopolskich straszy. I to nie bez powodu. Zachowane przekazy i źródła wskazują dowodnie, że opowieści o zamordowaniu panny Wielopolskiej nie są bynajmniej wyssane z palca. Pałac Wielopolskich był widownią straszliwej zbrodni.
        Oto co przeczytać można w wydanej w roku 1896 we Lwowie anonimowej rozprawie, zatytułowanej Panowie Wielopolscy w Krakowie:
      • madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:42
        Wszystkie te dowody jednak bledną w porównaniu z tym, co opowiedział, około osiemdziesięciu lat liczący, były archiwista magistracki. Otóż gdy w roku 1903 w gmachu magistratu zakładano centralne ogrzewanie, w jednej z piwnic przy przebijaniu ścian odkryto zamurowane kości młodej kobiety! O odkryciu tym jednak zabroniono komukolwiek wspominać, kości wywieziono gdzieś nocą, a całą piwnicę powtórnie zamurowano.
        Słowem, zbrodnia zawsze wyjdzie na jaw, i nie tylko ukazująca się nocami Czarna Dama przypomina o ponurych wypadkach, które rozegrały się w pałacu przy placu Wiosny Ludów (Wszystkich Świętych) przed przeszło dwustoma laty.
      • madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:41
        Jak wieść niesie, córka ówczesnego właściciela zamku, Helena, nieszczęśliwie zakochała się w rybaku – służącym swego ojca. Gdy w chwili szczerości wyznała wszystko matce, została natychmiast zamknięta w jednej z komnat wschodniego skrzydła (owa komnata zachowała się do dnia dzisiejszego). Wytrzymała tam pół roku, odmawiając zgody zarówno na wyrzeczenie się swej miłości, jak i na planowane przez rodziców zrękowiny. Ostatecznie rzuciła się z okna komnaty na dziedziniec. Zabalsamowane ciało, ubrane w czarną balową suknię i złożone w szklanej (a może raczej przeszklonej?) trumnie, rodzice wywieźli pospiesznie do Kazimierza, ale kiedy duch Heleny przez sześć tygodni co noc nawiedzał ich sypialnię, w tajemnicy przewieźli zwłoki z powrotem do Janowca i złożyli w podziemiach miejscowego kościoła.
      • madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:45
        Biała Dama z Weryni

        We wsi Werynia w kolbuszowskiem wznosił się ongiś modrzewiowy dworek, należący do Jerzego Tyszkiewicza (1768 – 1831), rotmistrza petyhorskiego i posła na Sejm Wielki, oraz jego żony Łucji Franciszki z Lubomirskich (1770 – 1811). W końcu XIX stulecia na miejscu tej rozebranej budowli wzniesiono secesyjny pałac, lecz duch tragicznie zmarłej Łucji Franciszki ukazywał się nawet i w nowej siedzibie.
      • madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:48
        Mieszkańcy Weryni utrzymują, że fantoma hrabiny można także spotkać w bezksiężycowe noce w parku, otaczającym pałac.
      • madohora Re: Legendy 14.09.24, 14:00
        Srebrnej trumny ze szczątkami Uminy ani legendarnego skarbu nie odnaleziono dotychczas, pomimo usilnych poszukiwań archeologicznych.
      • madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:20
        O blisko wiek późniejszym potomkiem tegoż Szafrańca był Stanisław z Pieskowej Skały (1525/1530–1598), gorący kalwin, kasztelan biecki (1569), sandomierski (1576), wojewoda sandomierski (1581–1587) i wojski krakowski (1589). Po śmierci ojca (też Piotra) wychowywał się na dworze Jana Tęczyńskiego, a potem u stryja, Hieronima Szafrańca w Pieskowej Skale – stałego bywalca na zamku wawelskim, sekretarza i ulubieńca Zygmunta I Starego, który dał mu za żonę swoją naturalną córkę Reginę. Stanisław, ożeniony z bogatą Anną Dembińską (wniosła mu w posagu tysiąc florenów), mógł zadbać o rozwój majątku, co nastąpiło w latach 1550–1570. Skupił w swoich rękach nie tylko posiadłości rodowe (klucz Pieskowa Skała i miasteczko Włoszczowa z przyległymi wsiami), lecz także nabył dobra nowe. W okresie 1570–1580 dokonał wielkiej przebudowy i rozbudowy zamku w Pieskowej Skale, odziedziczonego po stryju Hieronimie, co zanotowano w źródłach: „we wszystkich dobrach swoich dwory, a w Pieskowej skale zamek ozdobny nie małym kosztem wymurował „(Niesiecki); „dom był tak sprzętami wytwornymi ozdobiony, iż go z królewskim równano...” (ks. Franciszek Siarczyński). Obok zamku Stanisław Szafraniec założył wspaniały ogród, stawy, a nawet zwierzyniec; chlubił się też bogatą biblioteką (rozdaną po jego śmierci przez spadkobierców).
      • madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:24
        Sokola Skała lub Sokolica – na szczycie wieży ojcowskiego zamku siedział niesprawiedliwie osadzony kmieć z pobliskiej Skały. Oskarżono go o zaniechanie pańszczyzny, której odrobić nie mógł wobec ciężkiego zranienia nogi sochą. Zmartwiony losem rodziny prosił strażników, aby go puścili wolno. Włodarz zamkowy, wskazując mu na niemożność realizacji tej prośby, powiedział, że jeżeli dostarczy mu pisklę sokole ze szczytu Maczugi Kraka to puści go wolno. Warunek był niemożliwy do zrealizowania. Więzień jednak myślał o tym przez kilka kolejnych dni, aż wreszcie zrezygnowany zasnął. Wtedy właśnie przez okno w wieży wleciał tuzin sokołów, które więźnia chwyciwszy w szpony zaniosły na szczyt skały, ofiarowując mu pisklę. Włodarz oczom swym nie wierzył, ale obietnicę spełnił
      • madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:28
        Opisany stan zanieczyszczenia ulic i posesji pozostawał w związku z bezceremonialnym gospodarstwem podwórzowym : na miejscu chowano nie tylko konie i drób, lecz także bydło rogate i nierogaciznę, która swobodnie grasowała po mieście. Mówi o tym dobitnie rozporządzenie marszałka Bielińskiego z 1766 r., zakazujące m. in. wyrzucania padliny na ulicę: „że zaś nad rozkaz dany ludzie tu, w Warszawie, świnie chowają (...), przeto takowe chowanie świń powtórnie pod wolnym od kogośkolwiek na ulicy samopas chodzących świń i błoto rozkopujących zabiciem i sobie zabraniem zakazuje się (...). Nadto ... zaleca się i rozkazuje, aby nikt takowych zdechlin psów, kotów i innych z kamienic i pałaców na ulicę wyrzucać się nie ważył pod karą....”.
      • madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:34
        W latach 20. tych XX w. księżna opisała bez upiększeń swoje wspomnienia zatytułowane Taniec na wulkanie, opublikowane w 1929 r. w języku angielskim i przełożone następnie na francuski i niemiecki. Miała jeszcze przeżyć tragiczną i niewyjaśnioną śmierć aresztowanego przez Gestapo syna Bolka (1936), tego samego, który kilka lat wcześniej ożenił się z własną macochą.
      • madohora Re: Legendy 22.09.24, 13:24
        Wieść o tym niecodziennym znalezisku kolportowali na zachód Europy m.in. Antoine de Grammont, obecny w Warszawie w 1663 r., Holender Braude de Cleverkerk w 1668 r., a także Pierre Des Noyers. Ten ostatni relacjonował, że jakiś szlachcic zaopiekował się dorastającym chłopcem – niedźwiedziem, lecz trzeba mu było nałożyć kajdanki, ponieważ stał się niebezpieczny dla otoczenia. Choć nigdy nie nauczył się dobrze mówić, podobno wszystko rozumiał. Informacje o nim przekazali potomności jeszcze Philippe Avril, jezuita francuski przebywający w Polsce w latach 1687–1689, i François Paulin Dalerac, francuski dworzanin króla Jana III i Marii Kazimiery.
      • madohora Re: Legendy 22.09.24, 20:31
        Dzisiaj nie ma już śladu po warowni Skrzyńskich; również nie odnaleziono podziemnego korytarza, łączącego podobno Grójec z zamkiem w Żywcu (wzniesionego w 1467 r. przez ród Komorowskich).
      • madohora Re: Legendy 22.09.24, 22:57
        https://media.tenor.com/QVHT9yzUNWIAAAAM/sleepy-hollow-headless-horseman.gif
      • madohora Re: Legendy 22.09.24, 23:02
        Skąd zatem wziął się złoty trzonowiec pośród zdrowych, naturalnych zębów Krzysztofa Muellera? Przez chwilę Horst podejrzewał, że ząb powstał wskutek zapatrzenia się matki podczas ciąży. Szybko jednak odrzucił ten pomysł, ponieważ trzonowiec pojawił się dopiero w siódmym roku życia chłopca. Następnie uczony rozważał, czy aby ząb nie był przypadkiem wynikiem nagminnego spożywania wody z górskich potoków na Śląsku – w tym czasie wierzono bowiem, że występuje w nich pewna ilość rozpuszczonego złotego kruszcu, który mógłby wytrącić się w ciele człowieka – zarówno dorosłego, jak i dziecka. Wreszcie Horst brał pod uwagę możliwość wpływu planet i nieba na to cudowne zdarzenie. W końcu jednak uznał, że ząb należy traktować po części jako zjawisko naturalne, a po części jako... prawdziwy cud boży.
      • madohora Re: Legendy 22.09.24, 23:06
        Tak czy inaczej, złoty trzonowiec Krzysztofa Muellera rzeczywiście okazał się oszustwem, które wykryto w przypadkowy sposób. Pewnego dnia pijany szlachcic śląski zażądał oględzin cudownego zęba. Gdy chłopiec odmówił otwarcia buzi, szlachcic ubódł go sztyletem w lewy policzek tak, że trzeba było zawołać chirurga, aby ten opatrzył ranę. W trakcie szycia okaleczonego ciała okazało się, że złota powłoka zęba się wytarła, a spod niej prześwituje biały jak śnieg... zdrowy trzonowiec.
      • madohora Re: Legendy 23.09.24, 21:07
        Tajemniczy chłopczyk z dworu w Mnichach
        Obecny dwór we wsi Mnichy (położonej w głębokiej dolinie rzeczki Kamionki koło Międzychodu), zbudowany na skraju parku krajobrazowego z początku XIX w., wzniesiono w 1908 r., na miejscu starego budynku, z którym wiążą się niezwykłe wydarzenia, opowiadane przez służbę i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
      • madohora Re: Legendy 23.09.24, 21:38
        Wśród mieszkańców wsi Babice od niepamiętnych czasów krążyły opowieści o tym tajemniczym zjawisku. Widziała je podróżująca autostopem para małżeńska z Wrocławia, Joanna i Stanisław Michalikowie, którzy w lipcu 1972 r. rozbili swój namiot na łące, w pobliżu bukowego lasu. Oto ich relacja: „Noc była ciepła, pogodna, chyba była pełnia. Postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda zamek w świetle księżyca. Szliśmy drogą wśród lasu, ale nawet i tu nie było ciemno... Blask księżyca przesączał się przez liście. Byliśmy już prawie na szczycie wzgórza, kiedy zerwał się wiatr, las zaszumiał, a na drodze, chyba ze sto metrów za nami pojawił się jakiś ciemny kształt, który szybko posuwał się w naszym kierunku. Po chwili można już było poznać, że jest to jakby duża bryczka ciągniona przez trzy pary koni. To spotkanie późnym wieczorem w miejscu przecież odludnym, z niezwykłym zaprzęgiem, było tak nieoczekiwane, że ogarnęło nas zdziwienie. Zeszliśmy na pobocze drogi, a obok nas przesunęła się kareta.
      • madohora Re: Legendy 13.01.25, 13:39
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/ObvdnXxa4J4v4DzXWX.jpg
      • madohora Re: Legendy 13.02.25, 12:17
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/62/Zumpy_chata.jpg/600px-Zumpy_chata.jpg
      • madohora Re: Legendy 19.02.25, 10:42
        Faktycznie postać karkonoskiego Ducha Gór pozostaje nadal tajemnicza, a kolejne badania rodzą tak naprawdę więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Tu zaryzykujmy tezę (nieco rozwiniętą poniżej), że mamy do czynienia z dawnym bogiem śląskim i karkonoskim, na którego postać mogły nałożyć się spokrewnione przecież w wymowie wierzenia kolejnych ludów indoeuropejskich, a przebywających na terenie Śląska i Bohemii.
      • madohora Re: Legendy 24.04.25, 18:40
        Sandomierz po raz kolejny został zaatakowany przez Tatarów. Podczas
        bitwy zginął ukochany mąż Haliny. W 1287 roku miasto ponownie oblegali
        Tatarzy. Szanse na ocalenie Sandomierza z każdym dniem malały. Wówczas
        kasztelanka postanowiła zemścić się na hordzie Tatarów, knując spisek przeciw
        odwiecznym wrogom. Wieczorem udała się do obozu tatarskiego  i zaproponowała
        pomoc w zdobyciu Sandomierza. Obiecała wprowadzić wojska tatarskie
        tajemniczym, podziemnym przejściem aż do samego centrum miasta. Swoją
        decyzję tłumaczyła chęcią zemsty na mieszkańcach Sandomierza, którzy
        wyrządzili jej krzywdę w okresie dzieciństwa. Chan Tatarów zgodził się na
        propozycję Haliny. Zachęceni Tatarzy jeszcze tej samej nocy wysłali niewielki
        oddział, który prowadzony przez Halinę dotarł podziemnym labiryntem do miejsca,
        skąd widać było sandomierski rynek. Po powrocie dowódca zwiadu opowiedział
        dokładnie chanowi wszystko co zobaczył. Następnego dnia całe wojsko tatarskie
        zostało wprowadzone przez Halinę do sandomierskich podziemi.  Kobieta schodząc
        do lochów wzięła ze sobą białego gołębia, który miał być oznaką, iż Tatarzy
        znajdują się w sandomierskich lochach.
        W momencie, gdy gołąb pojawił
        się na sandomierskim niebie wejście do podziemi zostało zasypane.
        Tym sposobem Halina
        i Tatarzy stracili szansę wyjścia z podziemi. Chan - po zorientowaniu się, że padł
        ofiarą podstępu - wpadł w straszny gniew
        Rozgoryczony poganin przebił dziewczynę oszczepem,
        wybawiając ją tym samym od śmierci głodowej
      • madohora Re: Legendy 14.05.25, 09:58
        Mogiła. Kościół‎ ‎w‎ ‎Mogile‎ ‎miał‎ ‎fundować‎ ‎kruk.‎ ‎który‎ ‎na‎ ‎tem‎ ‎miejscu, gdzie‎ ‎teraz‎ ‎kościół‎ ‎stoi,‎ ‎składał‎ ‎złoto,‎ ‎za‎ ‎co‎ ‎ten‎ ‎dom‎ ‎boży‎ ‎wybu dowano. ,,Otrząsa‎ ‎się,‎ ‎jak‎ ‎Piętrowa‎ ‎mać“. Matka‎ ‎św.‎ ‎„Pietra‎u‎ ‎była‎ ‎bardzo‎ ‎skąpą‎ ‎i‎ ‎nieuczynną.‎ ‎Przez‎ ‎całe życie‎ ‎żadnemu‎ ‎biedakowi‎ ‎nic‎ ‎nie‎ ‎dała.‎ ‎Raz‎ ‎tylko‎ ‎jednemu‎ ‎bieda kowi,‎ ‎który‎ ‎ją‎ ‎natrętnie‎ ‎prosił,‎ ‎dała‎ ‎„bączek‎ ‎cebuli‎ ‎“‎ ‎(nać‎ ‎z‎ ‎ce buli).‎ ‎Po‎ ‎śmierci‎ ‎poszła‎ ‎do‎ ‎piekła,‎ ‎a‎ ‎syn‎ ‎jej‎ ‎tymczasem‎ ‎zasługiwał sobie‎ ‎na‎ ‎ziemi‎ ‎na‎ ‎niebo.‎ ‎Gdy‎ ‎umarł‎ ‎św.‎ ‎Piotr,‎ ‎prosił‎ ‎Pana‎ ‎Boga, widząc‎ ‎męki‎ ‎swej‎ ‎matki‎ ‎w‎ ‎piekle,‎ ‎ażeby‎ ‎też‎ ‎Pan‎ ‎Bóg‎ ‎wyprowa dził‎ ‎duszę‎ ‎matki‎ ‎z‎ ‎piekła‎ ‎do‎ ‎nieba. Poczęli‎ ‎święci‎ ‎szukać,‎ ‎co‎ ‎ona‎ ‎też‎ ‎dobrego‎ ‎zrobiła,‎ ‎żyjąc‎ ‎na ziemi‎ ‎i‎ ‎nic‎ ‎nie‎ ‎znaleźli.‎ ‎Św.‎ ‎Pietr‎ ‎kazał‎ ‎im‎ ‎drugi‎ ‎raz‎ ‎patrzyć‎ ‎do tych‎ ‎ksiąg,‎ ‎co‎ ‎ona‎ ‎dobrego‎ ‎zrobiła‎ ‎i‎ ‎znaleźli‎ ‎o‎ ‎tym‎ ‎bączku‎ ‎cebuli zapisane. Spuścili‎ ‎ten‎ ‎bączek‎ ‎do‎ ‎piekła,‎ ‎Piętrowa‎ ‎mać‎ ‎uchwyciła‎ ‎się bączka,‎ ‎inne‎ ‎dusze‎ ‎z‎ ‎lamentem‎ ‎pochwytały‎ ‎się‎ ‎jej,‎ ‎wołając‎ ‎„Weź mnie‎ ‎też‎ ‎z‎ ‎sobą‎u‎.‎ ‎Ale‎ ‎ona‎ ‎dumna,‎ ‎otrzęsła‎ ‎się,‎ ‎wołając‎ ‎„Nie‎ ‎we- zme!‎ ‎nie‎ ‎wezme!‎11‎ ‎Kiedy‎ ‎sie‎ ‎zaczęła‎ ‎otrzepować,‎ ‎bączek‎ ‎sie‎ ‎zerwał a‎ ‎ona‎ ‎wpadła‎ ‎do‎ ‎piekła‎ ‎i‎ ‎tam‎ ‎już‎ ‎na‎ ‎wieki‎ ‎została. Zaklęte‎ ‎skarby. Pewna‎ ‎kobieta‎ ‎wyszedłszy‎ ‎z‎ ‎dzieckiem‎ ‎w‎ ‎pole,‎ ‎w‎ ‎kwietną niedzielę,‎ ‎ujrzała‎ ‎piwnicę‎ ‎w‎ ‎ziemi,‎ ‎otwartą,‎ ‎pełną‎ ‎złota;‎ ‎było‎ ‎to w‎ ‎chwili‎ ‎czytania‎ ‎ewangielii‎ ‎w‎ ‎kościele,‎ ‎na‎ ‎której‎ ‎muszą‎ ‎się‎ ‎znaj dować‎ ‎duchy‎ ‎zmarłych,‎ ‎dyabły‎ ‎i‎ ‎pokuśniki.‎ ‎Zobaczywszy‎ ‎skarb, zostawiła‎ ‎dziecko,‎ ‎a‎ ‎sama‎ ‎wyniesła‎ ‎w‎ ‎zapasce‎ ‎dwa‎ ‎razy‎ ‎złota,‎ ‎gdy trzeci‎ ‎raz‎ ‎z‎ ‎napełnioną‎ ‎zapaską‎ ‎uchodziła,‎ ‎przylecieli‎ ‎dyabli,‎ ‎po rwali‎ ‎jej‎ ‎dziecko‎ ‎i‎ ‎znikli‎ ‎w‎ ‎piwnicy.‎ ‎Kobieta‎ ‎napróżno‎ ‎starała‎ ‎się dobyć‎ ‎do‎ ‎piwnicy,‎ ‎ślad‎ ‎jej‎ ‎nawet‎ ‎wraz‎ ‎z‎ ‎dzieckiem‎ ‎zaginął.‎ ‎Stra piona‎ ‎poszła‎ ‎do‎ ‎księdza‎ ‎poradzić‎ ‎się,‎ ‎co‎ ‎ma‎ ‎uczynić,‎ ‎ażeby‎ ‎dziecko powróciło‎ ‎się‎ ‎jej‎ ‎napo‎ ‎wrót.‎ ‎Ksiądz‎ ‎poradził‎ ‎jej‎ ‎ażeby‎ ‎czekała‎ ‎rok a‎ ‎dziecko‎ ‎znowu‎ ‎w‎ ‎czasie‎ ‎czytania‎ ‎ewangelii‎ ‎niezawodnie‎ ‎odzy ska.‎ ‎Kobieta‎ ‎tak‎ ‎uczyniła,‎ ‎czekała‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎dniu‎ ‎na‎ ‎otwarcie‎ ‎pi wnicy,‎ ‎a‎ ‎gdy‎ ‎to‎ ‎nastąpiło,‎ ‎zobaczyła‎ ‎swe‎ ‎dziecko‎ ‎zdrowe‎ ‎i‎ ‎wesoło bawiące‎ ‎się‎ ‎złotą‎ ‎kulą.‎ ‎Pochwyciła‎ ‎co‎ ‎żywo‎ ‎dziecko‎ ‎i‎ ‎kulę‎ ‎złotą i‎ ‎co‎ ‎mogła‎ ‎nabrała‎ ‎złota,‎ ‎tym‎ ‎razem‎ ‎szczęśliwie‎ ‎uniknąwszy‎ ‎przy padku.
      • madohora Re: Legendy 14.05.25, 10:19
        Wierzenia. Gdy‎ ‎kogo‎ ‎dreszcz‎ ‎przechodzi,‎ ‎to‎ ‎go‎ ‎śmierć‎ ‎przeskoczyła. Jak‎ ‎się‎ ‎komu‎ ‎„chepie“,‎ ‎odbija,‎ ‎to‎ ‎go‎ ‎wspominają. Przypadkowe‎ ‎uderzenie‎ ‎się‎ ‎w‎ ‎łokieć,‎ ‎znaczy,‎ ‎wspomnienie przez‎ ‎szwagra. Jak‎ ‎komu‎ ‎w‎ ‎uchu‎ ‎„ciurczy‎a‎ ‎(dzwoni),‎ ‎to‎ ‎go‎ ‎wspominają. Gdy‎ ‎komu‎ ‎utworzy‎ ‎się‎ ‎chrosta‎ ‎na‎ ‎języku,‎ ‎mówi,‎ ‎że‎ ‎na‎ ‎niego ktos‎ ‎klnie;‎ ‎lekarstwem‎ ‎na‎ ‎to,‎ ‎zawiązanie‎ ‎lewą‎ ‎ręką‎ ‎węzełka‎ ‎pod stołem. Spotkanie‎ ‎w‎ ‎drodze‎ ‎pierwszego‎ ‎księdza,‎ ‎źle‎ ‎wróży,‎ ‎przeciwnie spotkanie‎ ‎żyda,‎ ‎przynosi‎ ‎szczęście.‎ ‎Spotkanie‎ ‎baby‎ ‎wyjątkowo‎ ‎w‎ ‎wi gilię‎ ‎dobrze‎ ‎wróży. Gdy‎ ‎kto‎ ‎„wykrzywi‎ ‎pyskiem‎w‎,‎ ‎patrząc‎ ‎na‎ ‎wypalanie‎ ‎garn ków,‎ ‎garnki‎ ‎się‎ ‎pokrzywią‎ ‎garncarzowi. Gdy‎ ‎kto‎ ‎psie‎ ‎łajno‎ ‎wrzucił‎ ‎mydlarzowi‎ ‎warzącemu‎ ‎mydło, mydło‎ ‎się‎ ‎nie‎ ‎zsiadło. Powróz‎ ‎z‎ ‎wisielca‎ ‎albo‎ ‎część‎ ‎ubrania‎ ‎tegoż,‎ ‎przynosi‎ ‎szczę ście.‎ ‎Śmiali‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎szynkarzy,‎ ‎że‎ ‎ci‎ ‎do‎ ‎wódki‎ ‎powróz‎ ‎taki‎ ‎wkładali, żeby‎ ‎prędzej‎ ‎wódkę‎ ‎wyprzedać. Wrozby‎ ‎z‎ ‎gry‎ ‎dzieci.‎ ‎Różnie‎ ‎wróżą‎ ‎sobie‎ ‎z‎ ‎gry‎ ‎małych‎ ‎dzieci, które‎ ‎opiece‎ ‎jedynie‎ ‎boskiej‎ ‎zawdzięczają‎ ‎swe‎ ‎życie,‎ ‎bo‎ ‎rodzice mało‎ ‎o‎ ‎nie‎ ‎dbają.‎ ‎Rozmaite‎ ‎też‎ ‎zabawy‎ ‎wymyślają‎ ‎sobie‎ ‎dzieci, a‎ ‎niektóre‎ ‎z‎ ‎nich‎ ‎mają‎ ‎mieć‎ ‎znaczenie‎ ‎i‎ ‎tak,‎ ‎gdy‎ ‎się‎ ‎bawią‎ ‎„kro wami^‎ ‎t.‎ ‎j.‎ ‎uchami‎ ‎garnków‎ ‎rozbitych,‎ ‎to‎ ‎rok‎ ‎będzie‎ ‎zły,‎ ‎jeżeli robią‎ ‎bochenki‎ ‎chleba‎ ‎z‎ ‎gliny‎ ‎lub‎ ‎piasku,‎ ‎to‎ ‎rok‎ ‎będzie‎ ‎urodzajny, gdy‎ ‎urządzają‎ ‎procesyę,‎ ‎t.‎ ‎j.‎ ‎rozpiętą‎ ‎chustkę‎ ‎na‎ ‎kiju‎ ‎noszą‎ ‎i‎ ‎śpie- wają,‎ ‎to‎ ‎zapowiadają‎ ‎albo‎ ‎wojnę,‎ ‎albo‎ ‎też‎ ‎kogoś‎ ‎wyprowadzą‎ ‎na tamten‎ ‎świat. Dziecko‎ ‎odsądzone‎ ‎od‎ ‎piersi‎ ‎i‎ ‎okadzone‎ ‎i‎ ‎znowu‎ ‎przysądzone powtórnie,‎ ‎ma‎ ‎moc‎ ‎urzekania. Jak‎ ‎wojna,‎ ‎to‎ ‎niebo‎ ‎otwarte‎ ‎i‎ ‎dusza‎ ‎każdego‎ ‎poległego‎ ‎może się‎ ‎tam‎ ‎dostać. Kto‎ ‎umrze‎ ‎w‎ ‎dzień‎ ‎Wniebowstąpienia‎ ‎Pańskiego,‎ ‎idzie‎ ‎prosto do‎ ‎nieba,‎ ‎które‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎dniu‎ ‎stoi‎ ‎otworem. Dyabeł‎ ‎na‎ ‎pokucie.‎ ‎Gdy‎ ‎się‎ ‎dyabłu‎ ‎jaka‎ ‎sprawa‎ ‎nie‎ ‎uda, Lucyper‎ ‎skazuje‎ ‎go‎ ‎na‎ ‎pokutę.‎ ‎Najczęściej‎ ‎musi‎ ‎on‎ ‎pracowitemu
      • madohora Re: Legendy 14.05.25, 11:04
        A‎ ‎na‎ ‎zadzie‎ ‎garbata, Prawą‎ ‎nóżką‎ ‎zamiata. 3‎. Nie‎ ‎chciała‎ ‎pisarza,‎ ‎nie‎ ‎chciała‎ ‎rejenta, Wolała‎ ‎rzeźnika,‎ ‎co‎ ‎bije‎ ‎cielęta. 4‎. Ja‎ ‎człowiek‎ ‎krakoski Z‎ ‎oddalony‎ ‎strony, Pójdę‎ ‎do‎ ‎Warszawy, Będę‎ ‎szukał‎ ‎żony. 5‎. „Pójdziesz‎ ‎do‎ ‎Warszawy, Cóż‎ ‎będę‎ ‎robiła?‎a „Masz‎ ‎nitkę‎ ‎korali, Będziesz‎ ‎nawłóczyla‎w‎. 6‎. Jechał‎ ‎chłopiec‎ ‎od‎ ‎Torunia, Czarny‎ ‎wąsik‎ ‎miał, Miły‎ ‎ojcze,‎ ‎miła‎ ‎matko, Ten‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎udał. 7‎. Poszed‎ ‎na‎ ‎zaloty, Wzioł‎ ‎czerwony‎ ‎złoty, Zapomniał‎ ‎se‎ ‎flaszki, Nie‎ ‎uzyskał‎ ‎łaski‎ ‎(lub‎ ‎Kaśki). Żartobliwe. 1‎. Ojciec‎ ‎umar,‎ ‎a‎ ‎syn‎ ‎został, Syn‎ ‎po‎ ‎ojcu‎ ‎fajkę‎ ‎dostał. Ojciec‎ ‎umar,‎ ‎w‎ ‎grobie‎ ‎leży, A‎ ‎syn‎ ‎sobie‎ ‎fajkę‎ ‎kurzy. „Bede‎ ‎kurzył,‎ ‎bede‎ ‎palił, Bede‎ ‎sobie‎ ‎ojca‎ ‎chwalił‎w‎. 2‎. Poszed‎ ‎Jacek, Na‎ ‎jarmacek, Kupih‎ ‎sobie‎ ‎bic.
      • madohora Re: Legendy 14.05.25, 11:09
        „Czyście‎ ‎wy‎ ‎głupi‎ ‎?‎w „Kupi‎ ‎kto,‎ ‎to‎ ‎kupi“. „Ja‎ ‎sie‎ ‎z‎ ‎wami‎ ‎niedogadam‎u‎. „Jak‎ ‎nie‎ ‎sprzedam,‎ ‎to‎ ‎wezme‎ ‎do‎ ‎dom“. Z‎ ‎wędrujących‎ ‎rzemieślników. „A‎ ‎skąd‎ ‎pan?“‎ ‎„Z‎ ‎Krakowa“. „A‎ ‎pan‎ ‎skąd?“‎ ‎„Ze‎ ‎Lwowa“. „A‎ ‎co‎ ‎po‎ ‎panu‎ ‎lezie?‎u‎ ‎„Pchła“. „A‎ ‎czemu‎ ‎nie‎ ‎skacze?“‎ ‎„Bo‎ ‎słaba‎u‎. „A‎ ‎czemu‎ ‎taka‎ ‎biała?‎a‎ ‎„Bom‎ ‎ją‎ ‎prał“. „A‎ ‎czemu‎ ‎taka‎ ‎płaska?‎u‎ ‎„Bom‎ ‎na‎ ‎ni(ej)‎ ‎spał‎u‎. „A‎ ‎na‎ ‎czem‎ ‎pan‎ ‎przyjechał?‎w‎ ‎„Na‎ ‎taczkach^. „A‎ ‎pan‎ ‎na‎ ‎czem?“‎ ‎„Na‎ ‎tragaczuN Z‎ ‎żołnierzy. „Ka‎ ‎ty‎ ‎stois?“‎ ‎„Na‎ ‎Kościuszku“‎ ‎*). „A‎ ‎ty‎ ‎ka?‎u‎ ‎„Na‎ ‎Benedyku^‎ ‎2‎). Z‎ ‎faryniarki. Robotnik‎ ‎biedny‎ ‎przyszedł‎ ‎do‎ ‎faryniarki‎ ‎i‎ ‎prosił,‎ ‎żeby‎ ‎mu dała‎ ‎za‎ ‎2‎ ‎centy‎ ‎flaków.‎ ‎Faryniarka‎ ‎zaczerpnęła‎ ‎łyżką‎ ‎i‎ ‎nalała‎ ‎Da miseczkę.‎ ‎Robotnik‎ ‎znalazł‎ ‎wśród‎ ‎flaków‎ ‎kawałek‎ ‎szmaty,‎ ‎nie‎ ‎zra ził‎ ‎się‎ ‎tern‎ ‎jednak,‎ ‎zjadł‎ ‎flaki‎ ‎a‎ ‎szmatę‎ ‎zostawił‎ ‎na‎ ‎boku‎ ‎miseczki i‎ ‎z‎ ‎nią‎ ‎poszedł‎ ‎do‎ ‎faryniarki,‎ ‎mówiąc,‎ ‎żeby‎ ‎mu‎ ‎dodała‎ ‎jeszcze,‎ ‎bo szmata‎ ‎przecie‎ ‎miejsce‎ ‎flaków‎ ‎zajęła.‎ ‎Oburzona‎ ‎faryniarka‎ ‎krzy knęła‎ ‎na‎ ‎niego:‎ ‎„Cóż‎ ‎to,‎ ‎za‎ ‎dwa‎ ‎centy‎ ‎mam‎ ‎ci‎ ‎dodać‎ ‎aksamitu?" Toż‎ ‎samo‎ ‎żartują‎ ‎sobie‎ ‎z‎ ‎kiszki,‎ ‎nadziewanej‎ ‎atłasem,‎ ‎z‎ ‎bar szczu‎ ‎na‎ ‎kiju,‎ ‎z‎ ‎kawy‎ ‎z‎ ‎węzłami,‎ ‎czyli‎ ‎ze‎ ‎zwarzonem‎ ‎„mlikiem‎u i‎ ‎kreplach‎ ‎na‎ ‎tranie,‎ ‎raczej‎ ‎oleju‎ ‎smażonych.‎ ‎Ciasto‎ ‎rzadkie‎ ‎rzu cone‎ ‎na‎ ‎gorący‎ ‎olej,‎ ‎nazywano‎ ‎w‎ ‎ten‎ ‎sposób,‎ ‎a‎ ‎jeżeli‎ ‎w‎ ‎nim‎ ‎za winięto‎ ‎maleńką,‎ ‎niewypaproszoną‎ ‎rybkę‎ ‎i‎ ‎usmarzono,‎ ‎jadano‎ ‎je jako‎ ‎„rybkę“. O‎ ‎rumfortskiej‎ ‎zupie,‎ ‎kartoflanej,‎ ‎ziemniaczanej,‎ ‎dziady‎ ‎miały śpiewać: W‎ ‎kozie‎ ‎mu‎ ‎dali‎ ‎rumforcką‎ ‎zupę I‎ ‎bili‎ ‎w‎ ‎d... Z‎ ‎zawodów. Szewc‎ ‎ma‎ ‎podarte‎ ‎buty. Blacharz‎ ‎dziurawe‎ ‎garnki.
        1)‎ ‎Na‎ ‎kopcu‎ ‎Kościuszki. 2‎)‎ ‎Na‎ ‎kopcu‎ ‎Krakusa,‎ ‎czyli‎ ‎na‎ ‎górze‎ ‎św.‎ ‎Benedykta.
      • madohora Re: Legendy 04.08.25, 17:22
        Tłuszcz z zająca jest od dawna znanym i popularnym domowym środkiem na wrzody, stosuje się go na rany ropiejące, służy także do usuwania wbitych pod skórę drzazg i kolców. Kłusownicy i myśliwi używali go do leczenia ran postrzałowych, które często doznawali podczas wykonywania swojego nocnego rzemiosła od strażników leśnych.
      • madohora Re: Legendy 04.08.25, 18:53
        Z grzybów jedynie sromotnik smrodliwy ceniony jest jako niezrównany środek leczniczy na dnę moczanową i reumatyzm. Półpasiec leczony jest przez okadzanie dymem z łupin orzecha włoskiego i suszonych płatków kwiatu róży stulistnej
      • madohora Re: Legendy 04.08.25, 19:02
        W zależności od pory roku wszystko, co dostępne w lesie i na łące, zbiera się i przynosi na sprzedaż. Wczesną wiosną pojawiają się najpierw zioła do zup. Są to zwykle pierwsze delikatne pędy bluszczyka kurdybanka (Glechoma hederacea L.), który najbujniej i najmięsistszy rośnie przy płocie wiejskim, gdzie wiejskie psy zwykle zostawiają swoje wizytówki, a także podagrycznik pospolity (Aegopodium Podagraria), różne gatunki jasnoty, takie jak Lamium album, L purpureum, L. amplexicaule i L. maculatum. W większych ilościach na rynku pojawiają się żółte kwiaty podbiału pospolitego (Tussilago Farfara L.), znanego środka ludowego na kaszel i ból w klatce piersiowej. Całe sterty skrzypu polnego (Equisetum arvense i E. silvaticum) składane są tutaj i polecane jako niezrównany środek na choroby pęcherza.
      • madohora Re: Legendy 04.08.25, 20:42
        https://media.tenor.com/dukRYOnsuqUAAAAM/ra5571-w-ra575.gif
      • madohora Re: Legendy 04.08.25, 23:30
        Być może szukać sprawiedliwości, wrócił również duch Elżbiety.
        ,,Na miejsce swoich pośmiertnych przechadzek wybrała zamek ojca w Strzelcach Opolskich. Widywano ją tam wędrującą po komnatach i dziedzińcu”.
        Zmiany właścicieli strzeleckiego zamku, prowadzone remonty, odbywające się w nim uroczystości, smutki i tragedie zamieszkujących tam na przestrzeni setek lat osób, oglądała zjawa Elżbieta.
        Aby ukoić zbłąkaną duszę księżniczki, żona hrabiego Andrzeja Renarda – Eufemia von Rudno Rudzińska poleciła zbudować jej pomnik.
        Nie znając wizerunku księżnej Elżbiety, nadano jej postać rzymskiej bogini Ceres, której odpowiednikiem w Grecji była mityczna Demeter. Bogini Ceres (Cerera) była mityczną boginią ziarna, zasiewów i ziemi. Z kultu bogini Ceres związanego z odradzaniem się ziarna wyłoniła się idea nieśmiertelności duszy i szczęśliwego życia po śmierci.
      • madohora Re: Legendy 30.08.25, 09:29
        Legenda o utopcu i jego córkach – najbardziej znana legenda związana z Boronowem, stosunkowo często pojawiająca się w prasie i opracowaniach. Według legendy w stawie, który do II wojny światowej znajdował się przy kościele, miał zamieszkiwać utopiec wraz ze swoimi córkami. W legendzie jest mowa o tym, że dwie młode panny przychodziły do położonej też w pobliżu stawu karczmy (knajpy), lecz przed północą musiały ją opuszczać. Jednak, jak dalej opisuje to legenda, obie panny pewnego razu pozostały dłużej i następnego dnia na powierzchni stawu widoczna była tylko krwawa piana.
      • madohora Re: Legendy 30.08.25, 23:39
        Miejsce budowy dawnego kościoła zostało – jak przekazują stare zapisy kronikarskie – objawione córce miejscowego młynarza Wiktorii. Ksiądz Jeziorski, proboszcz Sadowa, tak opisuje w 1721 roku historię kościoła na podstawie starych kronik: ...Dla ludzi tam mieszkających jest to miejsce cudow­nego objawienia. Białogłowa Wiktoria modląc się tam, oglądała koło dębu, gdzie dziś jest ołtarz główny, troje dzieci, które obja­wiały się wiele razy. W czasie Wielkanocnym lud tam zgromadzo­ny słyszał bicie dzwonów i widział z dala nadchodzące procesje z chorągwiami i śpiewami.... Wiązane jest to z legendarną księżniczką Przesławą – panującą wraz z ojcem księciem Gosławem na Koszęcinie w czasach pogańskich. Według tej legendy Przesława miała zostać ochrzczona przez misjonarzy z Czech w początkach wprowadzania chrześcijaństwa na ziemię śląską.
      • madohora Re: Legendy 30.08.25, 23:49
        Był piękny wiosenny wieczór 1564 roku. Nad Koszęcinem, gdzieś za lasem na Sroczej Górze zachodziło ogromne, czerwone słońce. Spracowani ludzie wracali tego dnia trochę wcześniej z pól, do swoich nędznych zagród. Chcieli się godnie przygotować do nadchodzących Świąt Wielkanocnych. Koszęcin nie miał jeszcze własnego kościoła, ale wszyscy wiedzieli, że stanie on na święta, w objawionym miejscu, tam gdzie białogłowie Wiktorii pokazywały się trzy boskie dziecięce postacie. Wieczorem tego dania zatrzymała się na nocleg w Koszęcinie karawana kupiecka. Kupcy wieźli na swych wozach mnóstwo różnych towarów, jechali z daleka i czekała ich daleka droga. Pachołkowie wyprzęgali zmęczone długą drogą konie i prowadzili je do pachnącej świeżą słomą stajni. Także zmęczeni wędrowcy po posiłku udawali się na zasłużony wypoczynek. Wiedzieli wszyscy, że jutro Wielkanoc, że wczesnym rankiem pójdą na cudowne miejsce do Świętej Trójcy. Już od kilku lat koszęcinianie modlili się pod dębem obok źródła. Także wędrujący utartym szklakiem handlowym kupcy zawsze zatrzymywali się tu, gdzie Boskie dzieci ukazywały się córce miejscowego młynarza, aby pomodlić się o dalszą szczęśliwą podróż. Noc była cudowna. Na koszęcińskim niebie zapaliły się tysiące gwiazd, a blady księżyc przetaczał się ze wschodu na zachód. Nieprzebrane lasy szumiały cichutko swą odwieczną leśną pieśń. Wszyscy byli pogrążeni w głębokim śnie. Tylko kilku ludzi grzało się przy rozpalonym ognisku, oczekując wielkanocnego poranka. Powoli jaśniało. Najpierw śpiewem ptaków budził się las.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:14
        Niedaleko Toszka wznosił się kiedyś wiatrak, do którego wszyscy przyjeżdżali po mąkę na żur. Ale młynarz nie miał łatwego życia. Nocami wciąż przychodził do niego pewien diabeł i płatał mu różne figle: a to rozdmuchał mąkę, a to worki przedziurawił, zawsze coś napsocił. Pewnego razu koło młyna przechodził Cygan z niedźwiedziem na łańcuchu. Cygan poprosił młynarza, żeby mógł przespać u niego jedną noc. Młynarz pozwolił, a Cygan zabrał ze sobą do izby również niedźwiedzia. Traf chciał, że właśnie tej nocy znowu zjawił się diabeł. Jak tylko otwarł okno, leżący pod nim niedźwiedź zaczął ryczeć i nagle ukazał się diabłu w oknie. Diabeł tak się przeląkł, że uciekł i nie pokazywał się przez calutki rok. Dopiero po tym czasie wrócił i zaraz na wstępie spytał młynarza, czy ma jeszcze tego strasznego kota. Sprytny młynarz powiedział, że owszem. Właśnie ostatnio kot okocił się i ma kilka młodych, które są jeszcze gorsze od tego starego. Od tego czasu diabeł już nigdy nie zjawiał się koło starego wiatraka, a ludzie długo jeszcze przychodzili do młynarza po mąkę na dobry śląski żur.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:40
        Utopce w Rudnie straszą pijanych mężczyzn

        Za starego piyrwy mama opowiadała, że były utopce. Mieszkali pod mostkami. Taki jedyn utoplec zawsze siedzioł i czekoł, aż pudom chopy ze gospody, a jak byli już bardzo pijani, to ich straszoł, tak że więcej już tam nie szli.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:50
        https://media.tenor.com/PFVIxY3nDS0AAAAM/devil-coy.gif
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 13:56
        Rak

        Pomiędzy mieszkańcami wsi Chechło i Łany toczył się nieustanny spór o to, gdzie ma stanąć kościół. Żadna z wiosek nie chciała ustąpić, toteż w końcu uradzono, że kościół powstanie między wsiami.
        Zebrano materiały budowlane i postanowiono rozpocząć budowę, ale po przyjściu na miejsce okazało się, że wszystkie zgromadzone cegły, cement, wapno i kamienie zniknęły. Na placu przyszłej budowy pozostał tylko jeden wielki głaz. Wtem zgromadzeni ujrzeli małego raka, który wszedł pod kamień i zaczął go nieść w stronę Chechła. Zdziwieni mieszkańcy obu wiosek poszli za nim i zobaczyli, że rak przeniósł w ciągu jednej nocy cały zgromadzony przez nich materiał budowlany.
        Był to niechybnie znak, że to właśnie w Chechle powinni wybudować świątynię. Tak się też stało i do dziś w Chechle stoi przepiękny kościół pw. św. Walentego, patrona wszystkich zakochanych.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 14:27
        https://media.tenor.com/IXCc3U2NHAkAAAAM/vinesauce-da-burbs.gif
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 14:37
        O diable co się z księdzem zakładał

        W Olszynie ciemną nocą, gdy księżyc złowrogie rzuca cienie, koło Diabelskiego Kamienia usłyszeć można łańcuchów brzęczenie. Niech tam się uda, kto odważny i ciekawy, ale przestrzegam – diabelskie tam się dzieją sprawy! Głaz ten od lat w Olszynie się znajduje. Wielki, jakich mało. I wiele legend przez ten czas o nim powstało. Jedną z nich opowiedzieć wam koniecznie muszę. Mówi ona o zakładzie księdza z samym diabłem o duszę.
        Otóż diabeł z księdzem się założył, tak dawna wieść niesie, że nim ksiądz mszę świętą uroczyście odprawi, to on kamień z Góry Świętej Anny na Jasną Górę przeniesie. Diabeł już ręce zacierał, wierząc w swą czarcią sztuczkę, ale ksiądz go przechytrzył. Odprawił tylko trzy podstawowe części mszy i wygrał, dając diabłu dobrą nauczkę. Tak diabeł zakład przegrał. Wściekł się – ze złości diabeł słynie – i podrzucił wielki kamień właśnie tu w Olszynie. Sprawka to nieczysta samego czarta – złego ducha, podobno zobaczyć można na kamieniu wciąż ślady łańcucha. Bo diabeł kamień obwiązał mocnym łańcuchem, nie sznurem, aby go przenieść szybko z Góry Świętej Anny na Jasną Górę.
        Ponoć w bardzo ciemną noc, gdy księżyc chowa się za lasem, można, stojąc przy kamieniu, usłyszeć czasem chrzęst łańcuchów i diabła zębów zgrzytanie. Może lepiej wtedy tam nie chodzić! Nikt nie wie, co się stanie! Diabeł ze złości czarciej mocy woła, bo chce dotrzeć z kamieniem do pobliskiego kościoła. To tylko legenda, ale jak to w legendzie bywa, podobno każda z nich małą cząstkę prawdy skrywa.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 14:51
        https://media.tenor.com/r-2X37fdEmwAAAAM/sino-a-fazenda.gif
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:03
        Wierny pies
        Przed wiekami dzisiejsze tereny Toszka porastały gęste i bogate w zwierzynę knieje. Wybrał się tam na łowy jeden z książąt opolskich. Polowanie było udane, służba już znosiła upolowane sztuki zwierząt, ciesząc się, że zapasów mięsnych wystarczy na długie miesiące. Zmęczony łowami książę przysiadł na polanie wśród paproci i już po chwili zmorzył go sen. Czuwał przy nim wierny pies.

        Nagle zakołysał się zagajnik i wprost na śpiącego księcia zaczęły biec dwa olbrzymie odyńce. Służba zamarła. Tylko pies stanął bohatersko w obronie swego pana i stoczył nierówną walkę z dzikami. Szamotanina obudziła księcia.

        Tymczasem ranne odyńce uciekły do lasu, a wycieńczony pies podpełznął do stóp swego pana i kilka minut później na jego rękach zakończył żywot. Pan gorzko zapłakał nad losem swojego czworonożnego przyjaciela, z którym bawił się od najmłodszych lat. Pochował go na polance, gdzie rozegrało się całe to dramatyczne zdarzenie. Książę, powróciwszy z udanych, ale jakże smutnych łowów, rozkazał na miejscu walki psa z dzikami postawić zamek i utworzyć osadę, którą nazwał Toszek, takie bowiem imię nosił jego wierny pies.
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:11
        Pies z czerwonymi oczami

        W lasach sierakowickich biegał pies z czerwonymi jarzącymi oczyma. Ludzie się go bali. Szedł on przy nich tak długo, póki nie wyszli z lasu. Potem ludzie mówili:
        – Dziękuję ci psie, że wyprowadziłeś mnie z lasu... Bóg zapłać!
      • madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:20
        https://media.tenor.com/9T3aS_Jj_PcAAAAM/bell-sao-bell.gif
      • madohora Re: Legendy 19.09.25, 13:38
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/cf/POL_Babienica_COA.svg/250px-POL_Babienica_COA.svg.png
      • madohora Re: Legendy 19.09.25, 23:48
        Krzyż z dzwonnicą. Legenda mówi, że zaraz po poświęceniu dzwon zyskał cudowną moc odpędzania nawałnic i klęsk żywiołowych. Pewien urzędnik chciał, by dzwon zadzwonił przy pogrzebie jego córki i prawdopodobnie od tego czasu dzwon stracił swą moc.
      • madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:31
        Także inna, starsza pieczęć gminna Babienicy powiązana jest
        z prastarym lokalnym podaniem. Godło pieczęci ukazuje stojącą postać
        kobiecą, która w rękach trzyma kłębek nici. Właśnie tenże kłębek przędzy,
        tak zwana babia nić nawiązuje do legendy, która głosi o tym, że:
        „Bardzo dawno temu Babienica słynęła z wyrobu przecudnych tkanin,
        a wszystko za sprawą przędzy i nici, które wyrabiała jedna z miejscowych
        kobiet. Pewnego dnia kobieta ta opuściła z niewiadomej przyczyny wioskę
        i nikt już nie potrafił wytwarzać tak barwnej i delikatnej nitki. Rzemiosło
        upadło, a o świetności Babienicy i słynących jej tkanin świadczyła tylko
        pamięć o kobiecie umieszczonej na starym tłoku gminnej pieczęci.
      • madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:38
        Pierwotnie był to przysiółek powstały w XIX wieku na gruntach Ligoty.
        Nazwa nawiązuje do nazwiska pierwszych, zamieszkałych tu osadników,
        rodziny Goralów. W żadnym wypadku nazwa Górale, nie ma związku
        z nazewniczym określeniem ludności, pochodzącej z terenu dawnej Galicji,
        tak zwanymi potocznie góralami, czyli ludnością zza wschodniej granicy
        Śląska. Obecna, urzędowa nazwa osady to Górale, niemająca jednak
        historycznego uzasadnienia.
      • madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:45
        LUBSZA
        Ta góra jest mi lubsza, czyli jak powstała Lubsza
        Po lewej stronie szosy prowadzącej z Piasku do Lubszy w powiecie
        lublinieckim, widać dość wyniosły pagórek, prawie zupełnie pokryty
        wysokim i bardzo starym, przeważ nie liściastym lasem. Pagórek ten, przez
        okoliczną ludność pospolicie zwany jest Grójcem lub Górą Grójecką
        z daleka na przechodzącego tędy wędrowca ponure czyni wrażenie. Nazwa
        pagórka prawdopodobnie wywodzi się od „grodu - grodzice”, co
        w narzeczu okolicznej ludności z czasem przekształcone zostało na Grójec.
        Na wierzchołku Grójca znajduje się głęboki na 20 metrów parów -
        jama, którego długość wynosi mniej więcej 100 a szerokości 50 metrów. Na
        dnie i po bokach jamy widać ogromne głazy granitowe. Głazy mchem
        obrosłe i zupełnie sczerniałe dowodzą ze przed bardzo dawnymi laty
        musiało tam istnieć jakieś stare zamczysko, które później
        z niewytłumaczonych i niestwierdzonych w żadnych dokumentach
        powodów zniknęło z powierzchni, pozostawiając po sobie jedynie gruzy.
        Ową wyżej opisana jamę oraz bardzo piękne podanie ludowe, po dziś dzień zachowane wśród ludności całego powiatu lublinieckiego, mówiące nam
        o nader smutnej tragedii miłosnej, która rozegrać sie miała kiedyś na
        Grójcu.
        Podanie to podajemy poniżej według autentycznych opowiadań starych
        ludzi z Lubszy, Kamieńskich Młynów i położonej tuż koło Grójca
        Babienicy.
        W niepamiętnych czasach znajdowała się na Grójcu wspaniały zamek
        obronny, którego pan i dziedzic zaliczał się do najbogatszych a zarazem
        najwaleczniejszych rycerzy Ziemi Śląskiej. Bogactw swych i licznych
        folwarków dorobił się orężem na służbie u obcych monarchów. Niestety
        jego małżonka, przecudnej urody kobieta, dopiero po dwudziestoletnim
        pożyciu małżeńskim porodziła mu jedyną córkę, która po dojściu do
        odpowiednich lat, jak jej matka, na daleka okolicę zasłynęła urodą,
        wdziękami i wszelkimi cnotami. To też nie dziwi, że o każdej porze roku
        z dalekich stron na zamek zjeżdżały się mnogie i świetne orszaki rycerskie,
        aby podczas urządzanych turniejów oddać pokłon przez wszystkich
        uwielbianej młodej dziedziczce. Ona jednak na wszystkie starania
        szlachetnych rycerzy odpowiadała smutnym uśmiechem i jeszcze
        smutniejszym spojrzeniem pięknych a często załzawionych oczu. Nie
        pomogły groźby, ni namowy i prośby rodziców, aby wieniec i serce oddała
        jednemu z rycerzy - bohaterów. Dziedziczka pozostawała twardo przy
        swoim, tylko skryte łzy zdradzały, ze gryzie ją jakiś serdeczny ból.
        Pewnego dnia przydybała ją matka w odległej altance ogrodu
        zamkowego w objęciach młodego koniucha - dziedzica. Parobczaka psami
        wyszczuto z zamku; córkę zamknąć kazał ojciec do turmy. Jednak przy
        pomocy starej powiernicy schadzki odbywały się nadal. Aż pewnego razu,
        kiedy rycerz z całym dworem i małżonką wyjeżdżał do pobliskiego
        Koszęcina, na jakąś uroczystość kościelną, niespodziewanie wróciwszy na
        zamek, po raz drugi przydybał oboje kochanków. W niemej wściekłości
        przebił koniucha mieczem, na córkę zaś rzucił straszne przekleństwo, aby
        z zamkiem zapadła się na dno piekieł, poczym w dzikim galopie puścił się
        za oddalającym się orszakiem. Wróciwszy po kilku dniach ujrzał już tylko
        głazy i otchłanną przepaść. I wówczas to pełen rozpaczy, zwracając się
        w stronę dzisiejszej Góry Luboszyckiej miał wyrzec słowa:
        - Ta góra jest mi lubsza!
        Tak ziściło się przekleństwo ojcowskie i stąd miała powstać na początku
        niniejszego opowiadania wymieniona wioska Lubsza.
      • madohora Re: Legendy 22.09.25, 20:13
        W powiecie lublinieckim, niedaleko Lubszy, wznosi się dość wysokie
        wzgórze. To Grójec. Przed wielu wiekami stał tam zamek zamożnego
        rycerza. Miał on prześliczną córkę. Na próżno jednak pragnął rycerz, by
        córka wyszła za mąż, za potężnego magnata, ona kochała biednego
        wieśniaka i jemu pragnęła być wierną.
        Obawiając się gniewu ojca widywali się młodzi jedynie w niedzielę i to
        w czasie, gdy rodzice dziewczyny i wszyscy domownicy byli na sumie
        w pobliskim kościele. Kiedy więc w pewną niedzielę córka znowu chciała
        się wymówić od pójścia do kościoła na mszę św., ojciec po bezskutecznych
        namowach wpadł w straszny gniew i w uniesi eniu rzucił klątwę:
        Jeśli nie pójdziesz do kościoła, niech cię ziemia pochłonie!
        A rozzłoszczona matka dorzuciła:
        - Mijasz kościół, do którego nigdy z nami jechać nie chcesz, bo
        z diabłem trzymasz. A jeśli tak, to lepiej żebyś z całym zamkiem się
        zapadła, żeby cię już moje oczy oglądać nie musiały.
        Dziewczyna, przestraszona tym przekleństwem, z miejsca ruszyć się nie
        mogła, a gdy rodzice jej do kościoła odjechali, stała się rzecz okropna:
        zamek wraz z dziewczyną zapadł się pod ziemię.
        Spełniły się słowa klątwy rodzicielskiej dosłownie. Duża jama na
        wzgórzu świadczyła jedynie o tym, że istniał w tym miejscy zamek. Odtąd
        rycerz unikał tego miejsca. Osiedlił się na innym wzgórzu, widocznym
        z Grójca. A gdy wybudował sobie nowy dwór powiedział takie słowa:
        - Ta góra jest mi Lubsza!
        Od tego momentu mamy wieś i parafię, która zwie się Lubsza.
      • madohora Re: Legendy 23.09.25, 12:20
        Zapadły zamek na Grójcu
        Mieszkał na Grójcu majętny pan, ojciec córki jedynaczki nadzwyczajnej
        urody. Ubiegało się o nią wielu młodzianów, którym równość stanu na
        przeszkodzie nie stała, atoli ona dumnie wszystkich od siebie oddalać
        potrafiła. Ta okoliczność, a że dziewica nigdy do kościoła lubszyckiego
        chodzić nie chciała i podczas gdy rodzice jej na nabożeństwie przebywali,
        ona haftowaniem pasów rycerskich się trudziła, to dziwiło wielce rodziców.
        Jednej niedzieli postanowili rodzice wziąć koniecznie córkę swoją do
        kościoła, do czego ją jednak wszelkimi namowami skłonić nie zdołali,
        albowiem się różnymi wybiegami opierała. Krnąbrnością córki
        zniecierpliwiona i największym gniewem zapalona matka rzekła tedy:
        - Otóż już widzę, że z piekłem w przymierzu stoisz i dlatego nie chcesz
        do domu bożego chodzić. Przeklinam cię, przeto! Bądź na wieki potępiona!
        Zapadnij się na przepaść z całym zamkiem, nim się powrócę, abym cię już
        nigdy nie oglądała.
        Ciężką klątwą niby błyskawicą rażona, stała panna jakby skamieniała,
        nie mogąc ust otworzyć, aby usprawiedliwieniem swoim zagniewaną matkę
        ułagodzić, która się spiesznie oddaliła. Rodzice szli do kościoła podsieniem
        drewnianym. Dziewica walczyła ze sobą w niewypowiedzianym żalu
        i zbierała się iść za rodzicami. Wprawdzie nie zapisała się ona książęciu
        piekielnemu, węzły miłości krępowały ją tylko do grodu, zaczem się
        rodzice do kościoła oddalili.
        Dawno już żyła ona w przyjaźni z pięknym i walecznym młodzianem,
        synem zubożałego właściciela w wioskę zamienionego miasta Psary,
        z domu Psarskich. Tego jednak nie śmiała kochankiem swym mianować,
        albowiem rodzice je nigdy by nie chcieli zezwolić na małżeństwo syna,
        którego ojca nienawidzili. Z tej przyczyny, korzystając z niebytności
        rodziców, schodziła się dziewica w kaplicy powyżej mianowanej na gruncie
        psarskim, aby tamże w przyjemnych rozmowach młodziana nadzieją
        pokrzepiać, że niebo zaiste ich najgorętsze życzenia złączeniem serc ich
        uiści. Tą rażą nie oglądała już dziewica swego kochanka, albowiem zaledwie
        co rodzice do kościoła wstąpili, powstał pod grodem ogromny łoskot,
        a w oka mgnieniu zapadły się wszystkie gmachy. Rodzice powracając
        i widząc ze drżeniem otwór przestraszający, płakali rzewliwie; ojciec zaś
        przemówił w niewypowiedzianej boleści:
        - Tu na grobie mojego jedynego dziecka nie chcę już nigdy nowego
        mieszkania stawiać - a wskazując naprzeciwległą górę, mówił:
        - Lubsza mi owa góra będzie - po czym się tam przesiedlił.
        Od tego czasu duch nieszczęśliwej dziewicy około północy w postaci
        biało otulonej osoby koło Grójca pokazywać i chmury deszczowe nad jego
        czołem się unoszące rozganiać, ażeby górze potrzebnej wilgoci nie
        udzielały
        Tak klechda opiewa, a treść jej się w tym sprawdza, że
        błogosławieństwo rodziców dziatkom domy buduje, zaczem takie
        przekleństwo niweczy.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 10:50
        Krzyż obok szkoły w Kamieńskich Młynach
        „Starzy ludzie twierdzą, że Bóg pokierował sprawą tak, że w miejscu
        zwycięstwa Polaków nad bandą stanął w 1864 roku drewniany krzyż.
        Fundował go niejaki Jan Klyta z Kamieńskich Młynów na pamiątkę, że Bóg
        nie pozwolił mu zabić dziecięcia, kiedy był polował. Krzyż ten poświęcić
        miał lubszecki ksiądz proboszcz Broi.
        Pewna dziewczyna - o imieniu Józefa, wyrobnica u państwa Lipińskich
        - okopywała kartofle (to mogło więc być w czerwcu) i swoje dziecię
        położyła w miejscu zwycięstwa Polaków nad bandą w miejscu stojącego
        krzyża. Wymieniony już Jan Klyta polował w tej okolicy na zające. Na
        dziecię wyrobnicy Józefy myślał, że to siedzi sobie zając. To też zaczął
        strzelać, ale naboje mu nie oddały. W tym dziecko zapłakało a wystraszony
        Jan uciekł do domu, nie mogąc długo jeszcze nabyć tchu.
        Krzyż Jana przetrwał do około 1946 / 1947 roku. W 1947 roku w tym
        samym miejscu Wincenty Matyi, rolnik z Kamieńskich Młynów, razem
        z swym synem Alojzym i Józefem Osadnikiem ufundował krzyż tyrasowy
        na pamiątkę tragicznej śmierci swego syna Stefana Matyla, który zginął
        z rąk gestapo w 1944 roku razem z Janem Matusikiem z Kamieńskich
        Młyn. Krzyż tyrasowy poświecił ks. proboszcz Michał Brzoza w tym samym roku.
        Miejscowa ludność oczyma swej wyobraźni widziała wykonanie
        wyroku w inny sposób. Opowiadano, że sprawca umierał w niesamowitych
        męczarniach, gdy kropla po kropli, jak młot spadając, drążyła jego unieruchomiona głowę.
        •••
        „Hrabiowie, uciekający z Polski, - bo prześladowani byli przez
        rosyjskich carów - ukryli się niegdyś, w tym miejscu, gdzie dziś stoi krzyż
        obok dzisiejszej szkoły w Kamieńskich Młynach. W tym samym czasie
        w okolicy Kamieńskich Młynów grasowała banda i mordowała
        uciekających z Kongresówki Polaków bez wyjątku. Taż sama to banda
        wykryła wspomnianych ukrytych w miejscu krzyża trzech hrabiów. Doszło
        do walki. Zwycięstwo odnieśli hrabiowie nad trzyosobową bandą i odtąd
        znikło to straszne mordowanie.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 11:05
        Miejscowość położona około 7 km na północ od Woźnik. Graniczy od wschodu z Rudnikiem Małym, od północy ze Starczą, od południa z Ligotą Woźnicką a od zachodu z Kamieńskimi Młynami. Przez miejscowość przepływa rzeka Kamieniczanka.
        W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa częstochowskiego.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 11:57
        „(...) funkcjonujące w polskiej kulturze ludowej XIX w. wyobrażenia demonów wodnych cechowała zarówno wielowątkowość, jak też i silne zróżnicowanie regionalne. Dotyczyło to zwłaszcza kwestii rodowodu danych istot demonicznych, przypisywanej im postaci i nazewnictwa oraz w znacznie mniejszym stopniu zakresu ich „działania". W kwestii rodowodu najczęściej ujawniało się zjawisko łączenia demona wodnego z postacią diabelską, co wyrażało się w poglądach, iż topielec to diabeł wodny, człowiek utopiony, ale ożywiony przez diabła, dusza samobójcy (człowieka, który utopił się za podszeptem szatana), będąca we wszechwładnym władaniu mocy piekielnych, czy istota diabelska zrodzona z płodu utopionej brzemiennej kobiety. Dzielono demony wodne na męskie (mali chłopcy, karły o odstraszającej postaci bądź też przystojni mężczyźni małego wzrostu) i żeńskie (urodziwe i powabne młode dziewczęta), przy czym demony rodzaju męskiego uważane były za bardziej groźne dla ludzi niż demony rodzaju żeńskiego. Niekiedy też istotom tym nadawano także postacie zwierzęce (np. barana). Różnorodnie też je nazywano: utopce i wasermany (na Śląsku), rusałki wodne i bogunki (na Podlasiu), wodnicy i wodnice, potopielce, pływniki, wirniki itd. Ta różnorodność poglądów na demonologię wodną znalazła także swoje odbicie w ówczesnym folklorze ludowym (zwłaszcza z regionów Małopolski i Śląska). W niektórych opowieściach ludowych topielcy szukają kontaktów z ludźmi, zawierają z nimi przyjaźnie i niekiedy przestrzegają ich przed różnego rodzaju niebezpieczeństwami (dotyczy to zwłaszcza śląskich utopców)”
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:09
        https://media.tenor.com/rXqJm7XQ-qsAAAAM/water-fish.gif
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:25
        Córki utopca
        W Boronowie w przeszłości znajdowało się wiele stawów, strumieni
        i innych otwartych zbiorników wodnych. Były one dodatkowym źródłem
        bogacenia się miejscowej ludności, pozyskującej z głębin wód niezliczone
        ilości ryb, raków, a z przybrzeżnych płycin, spore ilości sitowia
        wykorzystywanego w budownictwie.
        Po całotygodniowej, ciężkiej pracy, kiedy starsi wiekiem mieszkańcy
        wypoczywali, młodzież spotykała się w boronowskiej gospodzie. Doba
        muzyka i ładne dziewczyny ściągały nie tylko miejscowych. Na
        coniedzielnych zabawach spotykali się młodzi z Boronowa i okolicznych
        wiosek hen aż od Koszęcina i Lubszy.
        Wśród wielu gości, od pewnego czasu, stałymi bywalczyniami były
        dwie bardzo urodziwe, około dwudziestoletnie dziewczyny. Nikt nie
        wiedział, kim były, skąd przybywały, a nawet jak się nazywały. Jedynie
        znany powszechnie był fakt, że krótko przed północą znikały z Sali
        tanecznej. Intrygowało to wszystkich tym bardziej, ze niejednemu
        kawalerowi serce biło żywiej na widok nieznajomych.
        Przez kilka kolejnych niedziel grupa chłopaków obserwowała każdy
        krok dziewczyn, chcąc się czegoś bliżej o nich dowiedzieć. Pewnej
        niedzieli, kiedy to jak zwykle krótko przed północą panny niepostrzeżenie
        opuściły gospodę, zostały na podwórzu pochwycone przez czatujących
        w krzakach chłopców.
        Chwila nieuwagi wystarczyła, by starsza wymknęła się i przepadła
        w ciemnościach. Młodszej, mimo wysiłków, nie udała się ta sztuka. Ta, po
        długich naleganiach i wielu prośbach zrezygnowana rzekła: „Jestem córką
        utopca od lat mieszkającego ze mną i moją starszą siostrą w głębinach
        największego z boronowskich stawów. Ojciec jest strasznym tyranem
        i jeżeli nie pojawię się w domu przed północą, na pewno mnie zabije. To
        był powód, że zawsze z siostrą musiałyśmy opuszczać zabawę, kiedy się
        ona na dobre rozkręcała i wracać w głębię boronowskiego stawu. Jeżeli
        choć trochę mnie lubicie, dajcie mi odejść. Zwróćcie jednak uwagę na
        barwę piany, która pokryje staw po moim skoku. Gdy biała będzie, wrócę
        znowu do was, bo żyć będę. Gdy czerwień staw pokryje, los mój się
        dokona”.
        Po tych słowach dziewczyna skoczyła do stawu, którego powierzchnia
        szkarłatu barwę przybrała. A chłopcy mimo jej słów czekali. Czekali jedną,
        drugą i wiele kolejnych niedziel, lecz nigdy już śliczne córki Boronowskiego utopca nie pojawiły się więcej.
        • madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:27
          https://media.tenor.com/2pEZ2M1w_OQAAAAM/sigmund-and-the-sea-monsters-sigmund.gif
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:39
        Młyn zwany Utopielec w Sapocie
        W lesie pomiędzy Woźnikami a Dyrdami nad Potokiem Ligockim przed
        laty była Sapota, niewielki przysiółek Woźnik. Nad wspomnianym potokiem znajdował się dużych rozmiarów staw a także pobudowany młyn.wodny, wzmiankowany w źródłach już w XVII wieku. W jego to pobliżu,
        z biegiem czasu wzniesiono kilka domów. Okoliczna ludność korzystająca
        z usług młynarza, zabudowania młyńskie zwała Utopielcem. Krążyła
        bowiem wieść, że staw, jak i młyn, odwiedzany był przez utoplca, którego
        często widywano w stawach nieodległej Zielonej. Niesamowitości dopełniał
        pobliski, leżący poniżej młyna las, zwany „Diabliną ”.
        Obecnie po Utopielcu jak i przysiółku Sapota nie ma już śladu.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:06
        Kappy są tematem anime, literatury dziecięcej, gier komputerowych (np. Final Fantasy) i zabawek.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:11
        Scott Westerfeld do powieści Goliat z trylogii Lewiatan wprowadził bojowe stwory o nazwie kappa.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:24
        Zranienie wodnika igłą lub nożem (najlepiej, by narzędzia te były nowe) na jakiś czas osłabiało jego energię w napadaniu na ludzi, zmieniało go także w niższego rangą demona. Obawiał się także broni palnej, uznając ją za wcześniej poświęconą - wystarczyło więc strzelić w jego kierunku chociażby metalowym guzikiem. Wodnika w postaci konia można było złapać na pętlę i uzdę wykonane z wikliny lub lipy.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:33
        Wodnik Szuwarek (oryg. Rákosníček; także: Wodnik Szuwarek i gwiazdy, cz. Rákosníček a hvězdy, słow. Trsteniarik a hviezdy; Wodnik Szuwarek i jego staw, cz. Rákosníček a jeho rybník, słow. Trsteniarik a jeho rybník; Wodnik Szuwarek i pogoda, cz. Rákosníček a povětří, słow. Trsteniarik a počasie) – czechosłowacki serial animowany dla dzieci z 1976 i 1983 roku, w reżyserii Zdenka Smetany.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:42
        W literaturze naukowej istnieje kilka poglądów na temat pochodzenia słowa „anczutka”, które łączono etymologicznie z antin (jeleń) w języku mansyjskim i szarvas w węgierskim, antus (czart, bies lub flejtuch) w języku komi, a nawet jako pochodne od słowa „antychryst”
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:53
        Według Toporowa badania nad kontekstem – na bazie materiałów językowych zebranych w obwodzie tereckim – pozwalają zdefiniować klasę anczutek jako sił nadprzyrodzonych powiązanych z wodą, które jednocześnie potrafią latać. Anczutka jest etymologicznie pochodzi od wyrazów, w których występują sufiksy -bał, -bił, -buł, np. ros. ancybał czy ukr. ancyboł. W słownikach te słowa są objaśniane jako wodne i błotne siły nieczyste lub diabeł i szatan. Powiązanie anczutki z wodą najbardziej widoczna jest w gwarach peryferyjnych, gdzie stworzenie nazywane wodnikiem (wodianoj) straszyło dzieci. Z innych wodnych atrybutów anczutki występują: biespiatyj (bezpięty), biespałyj (bez palców) oraz rogowoj (r.ż. rogowaja) i rogastyj (rogaty). Związek tych epitetów z kaczką (także z gęsią), która kojarzy się ze środowiskiem wodnym, mają z jednej strony potwierdzenie w zebranych materiałach językowych: określenia „bezpięty” i „bezpalcy” odnoszą się do charakterystycznego chodu kaczego lub odgryzienia pięt i palców przez naszczute na biesa psy, rogatość – do dziobu (np. w zagadkach), z drugiej zaś wszystkie te atrybuty są charakterystyczne dla opisu czorta w folklorze rosyjskim: wodne środowisko zamieszkania, kacze lub gęsie łapy, pióra, umiejętność latania
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 20:41
        W kontekście współczesnej teorii architektury genius loci ma głębokie implikacje dla tworzenia miejsc, mieszcząc się w filozoficznej gałęzi fenomenologii. Tę dziedzinę dyskursu architektonicznego badał przede wszystkim norweski teoretyk Christian Norberg-Schulz w swojej książce Genius Loci: Towards a Phenomenology of Architecture.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 23:35
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/8/82/Domovoi.jpg/500px-Domovoi.jpg
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 23:43
        Kikimora, sziszimora – w wierzeniach słowiańskich szkodliwy duch domowy.
      • madohora Re: Legendy 24.09.25, 23:50
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/bc/Kikimora.jpg/400px-Kikimora.jpg
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 10:14
        Dziewczyna wychodzi za diabla
        Córka bogatego młynarza gardziła konkurentami wiejskimi, aż wreszcie
        oświadczyła gotowość poślubienia diabła. Niedługo przybył on na dwór we
        wspaniałej kolasie w postaci kawalera i został przyjęty. Po racicach
        końskich dziewczyna poznała w nim diabła.
        Pewnego dnia podczas burzy uprowadził on żonę karetą, ciągnioną
        przez cztery karę konie. Za radą dobrego woźnicy dziewczyna uratowała się
        ucieczką w krzak bzu. Po pianiu kura poznała, że znajduje się kilka mil od
        swego domu.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 10:27
        Jak bies w lipcu 1861 roku stare drzewa połamał
        Dnia 16 lipca 1861 roku wieczorem o godzinie 11 -tej byliśmy tu niemało
        przestraszeni. Po całodziennym skwarze powstała nagła burza, którą by
        właściwie oberwaniem się chmury nazwać można. Gwałtowna nawałnica
        szumiąca coraz rzęsistszym deszczem, trwała blisko godzinę. Cała atmosfera
        wśród okropnej ciemności, w ogniu elektryczne drganie, lecz nie błyskawice,
        bez grzmotu przedstawiała. Huk w powietrzu przytłumiony trwał
        nieprzestanie. Mieszkańcy wybiegali na ulice z latarniami. Obok mego domu,
        gdzie się cztery ulice krzyżują powstał ryczący strumień, którego fale do
        domów się garnęły. Strumień ten do 30 stóp wysoki i w pośrodku do 6 stóp
        głęboki toczył ze sobą drzewa budulcowe i zatarasował mój dom. Było to
        niebezpieczeństwo, że nurt poboczny chlew i przejazd mego domu z drzewa,
        ze sobą do pobliskiej rzeki, tu się poczynającej Małej Panwie, ze sobą
        zabierze. Następnego poranku widzieliśmy okropne spustoszenia.
        W pobliskim młynie zerwała woda grobel stawu i zabrała wszystkie ryby,
        obaliła część murowanego gmachu i uniosła ze sobą na kilkadziesiąt stajen wał
        dębowy, do którego by cztery konie w zaprzęg potrzeba. Wicher poobalał
        najwyższe topole. Gwałtowne fale pozbierały mosty. Poniżej rzeki, niedaleko
        mego mieszkania tamą po naszemu upusta, w okamgnieniu została
        przerwana. Na naszym smętarzu złamał wiatr krzyż i grubą lipę, która według
        tradycji pięć wieków przetrwała. Na polach wielkie szkody. Zboża leżąjak na
        pokosach, łąki zamulone, siana spławione. Po dwóch ogniowych pożarach,
        ciężka nowa klęską którą się na długo da odczuwać, a razem i mnie dokuczać
        będzie. W lesie miejskim i dominialnym leży kilkaset najgrubszych dębów
        i budulcowego drzewa złamanego i z korzeniami powalonego.
        O milę dalej ku zachodowi w wsi Zielona, obalił wicher przy drodze nad
        stawem dwadzieścia wysokich lombardzkich topoli i zrzucił z dwóch domów
        dachy, obalił też doszczętnie jeden nowy dom.
        Najstarsi ludzie nie pamiętają podobnej burzy w tutejszej okolicy. Szła ona
        na pół mili szeroko, a dotknęła w Polsce i Koziegłowy. Tam połamała wiele
        drzewa owocowego. W wsi Gniazdów złamała ozdobę całej okolice, wysoką
        przeszło 500 lat baczącą lipę, na pniu 3 łokcie w przecięciu, a 10 łokci
        w objęciu mającą
        W Miasteczku (Georgenberg) o dwie mile stąd połamał wiatr przy
        kościółku drewnianym trzystuletnie lipy. Wiek ich liczono od założenia tu
        grodu i nadania miejscu przywileju miejskiego roku 1561.
        Lipy, co u dawnych Słowian, szczególnie w Polsce, jako drzewa
        uświęcone, wielce poważane były, zwłaszcza, że diabeł w powrozy święcone
        z łyka lipowego skręcone, spętane, takich potargać nie zdołał, lipy musiał
        mściwy bies w tej burzy łamać, tak lud nasz uważa.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 10:37
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/28/Humenn%C3%A9_skansen_utopek_19.08.08_p.jpg/500px-Humenn%C3%A9_skansen_utopek_19.08.08_p.jpg
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 12:53
        Krasnoludki
        My jesteśmy krasnoludki,
        hopsa sa, hopsa sa,
        pod grzybkami nasze budki,
        hopsa sa, hopsa sa,
        jemy mrówki, żabki łapki,
        oj tak tak, oj tak tak,
        a na głowach krasne czapki,
        to nasz, to nasz znak.
        Gdy ktoś zbłądzi, to trąbimy,
        trutu tu, trutu tu,
        gdy ktoś senny, to uśpimy,
        lulu lulu lu,
        gdy ktoś skrzywdzi krasnoludka,
        ajajaj, ajajaj,
        to zapłacze niezabudka,
        uuuuu.
        My jesteśmy krasnoludki,
        hopsa sa, hopsa sa,
        pod grzybkami nasze budki,
        hopsa sa, hopsa sa,
        jemy mrówki, żabki łapki,
        oj tak tak, oj tak tak,
        a na głowach krasne czapki,
        to nasz, to nasz znak.
        gdy ktoś zbłądzi, to trąbimy,
        trutu tu, trutu tu,
        gdy ktoś senny, to uśpimy,
        lulu lulu lu,
        gdy ktoś skrzywdzi krasnoludka,
        ajajaj, ajajaj,
        to zapłacze niezabudka,
        uuuuu.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:09
        Wampir – istota demoniczna, zazwyczaj pijąca krew ludzi, obecna w wierzeniach ludowych w wielu kulturach oraz współcześnie w kulturze popularnej.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:19
        Potworny (Nosferatu, Buffy: Postrach wampirów, Od zmierzchu do świtu),
        Przeciętny – niezbyt albo w ogóle nie różniący się od ludzi (Blade, Kaznodzieja, Czysta krew, Dracula, Wiedźmin),
        Przystojny (Kroniki wampirów, Dracula 2000, BloodRayne, Pamiętniki wampirów, Świat nocy, Zmierzch).
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:25
        Podobnie jak w niektórych innych utworach o wampirach (np. Wywiad z wampirem) osoba stająca się wampirem od momentu inicjacji przestaje się starzeć. Jeśli wampirem staje się dziecko lub nastolatek, zachowuje ono niedojrzały wygląd (Kroniki wampirze, Co robimy w ukryciu). W cyklu „Nekroskop” wampiry przybyły z wszechświata równoległego. W serialu „Pamiętniki Wampirów”, pierwsze wampiry powstały poprzez zaklęcie czarownicy, pragnącej chronić swoje dzieci przed śmiercią.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:32
        Nadwrażliwość na światło jest cechą wspólną wszystkich legend o wampirach, jednak w różnych dziełach jest ona w różnym stopniu nasilona, np.:
        strach przed każdym jaśniejszym oświetleniem (Lestat w Wywiadzie z Wampirem boi się światła elektrycznego),
        śmierć/oparzenia od bezpośredniego kontaktu ze światłem słonecznym (Kroniki wampirze, Buffy: Postrach wampirów, Wampir: Maskarada, Black Blood Brothers, Mroczne Cienie, Kaznodzieja),
        osłabienie przez światło słoneczne (Wiedźmin, Pod osłoną nocy, Drakula),
        zwiększona wrażliwość na słońce (Wampirzyca Karin),
        zupełna niewrażliwość na słońce (Księżniczka, Legacy of Kain)
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:55
        We współczesnych tekstach kultury wampiry często występują w wielu odmianach, zhierarchizowanych lub nie. W cyklu Patrole poza zwykłymi wampirami występują wampiry wyższe. W świecie sagi o wiedźminie występują: wampir wyższy, alp, katakan, mula, bruxa, nosferat, fleder, ekimma;
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:01
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/a/a2/Edvard_Munch_-_Vampire_%281895%29_-_Google_Art_Project.jpg/500px-Edvard_Munch_-_Vampire_%281895%29_-_Google_Art_Project.jpg
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:07
        Następnego dnia Hutter budzi się z raną na szyi, której powstanie przypisuje komarom. W nocy hrabia Orlok podpisuje dokumenty zakupu posiadłości niedaleko domu Huttera. W łóżku Hutter znajduje Księgę wampirów i czyta ją. Zaczyna podejrzewać, że Orlok jest wampirem. Wtem w drzwiach pojawia się sam hrabia, którego prawdziwa natura zwyciężyła.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:12
        W 1897 roku ukazała się powieść Brama Stokera, zatytułowana Drakula. Jej tytułowym bohaterem był hrabia, transylwański arystokrata mieszkający na swoim zamku, będący jednocześnie wampirem. Nie był to pierwszy krwiopijca w literaturze, w roku 1819 bowiem powstało opowiadanie o wampirach autorstwa Johna Polidoriego, The Vampyre (Wampir) zainspirowana ideą George’a Byrona. Jej głównym bohaterem jest lord Ruthven – wampir.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:18
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/3/3b/Vlad_Tepes_coloured_drawing.png/380px-Vlad_Tepes_coloured_drawing.png
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:08
        Dużo z tych wyobrażeń powiela się w podaniach i etnograficznych zapisach na temat strzyg, często więc w opisach upiora pojawia się cecha posiadania dwóch serc i dwóch dusz tak jak u strzygoni
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:25
        W niektórych częściach Polski (Wielkopolska) sam wzrok upiora powodował śmierć.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:33
        Z kolei by upiór miał zajęcie i nie nękał żywych, stosowano różne metody: wkładano węzełki lub sieci do rozplątywania (Pomorze), obsypywano dom makiem do wyzbierania (Podgórze wschodnio-małopolskie), wkładano do trumny drobne przedmioty.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:42
        We wsi Liszki (Małopolska) podawano historię o upiorze, którego nocą w jednej z trzech trumien znalazła pewna gospodyni. Wycięła mu wątrobę na posiłek dla męża. Upiór nękał potem rodzinę tak, że zachorowali i umarli.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:00
        W okolicach miejscowości Gradiška, w Serbii, do końca XIX wieku krążyła opowieść o zmarłym ojcu nawiedzającym po śmierci swojego syna z prośbą o jedzenie. Po którejś wizycie, zachorowało i umarło kolejnych sześć osób z rodziny. Po komisyjnym stwierdzeniu nietypowego wyglądu ojca w czasie ekshumacji, uznano go za upiora: kat przebił mu serce, a ciało zmarłego spalono
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 23:52
        KIM BYŁY WAMPIRY Z GLIWIC - www tvn.pl(archiwum)
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 00:17
        WAMPIRY Z ŁEMKOWSZCZYZNY - Onet
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 07:23
        W lipcu 2013 roku archeolodzy odkryli na cmentarzu w Gliwicach znaczną liczbę grobów z praktykami antywampirycznymi.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 07:28
        Do 1956 roku stał tu drewniany kościół św. Wacława.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 12:07
        Ołtarz główny wykonano z granitu. Ołtarz soborowy powstał z granitu strzegomskiego i szwedzkiego. Umieszczono w nim relikwie św. Aurelii, św. Tymoteusza oraz św. Wacława. Tabernakulum umocowano w centralnej części ołtarza głównego, nad którym zawieszono wieczną lampkę. W nawie zawieszono gipsową Drogę Krzyżową.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 18:48
        Wampira miał zatrzymać w grobie specjalny rodzaj pochówku - najczęściej z przebitym sercem, odciętą głową czy narzędziami krępującymi ciało. Na grobie nierzadko kładziono głaz
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 18:54
        Tego typu pochówek odkryto kilkanaście lat temu w Gliwicach, nie był od jednak odosobniony. Strach przed wampirami był bardzo silny w Bieszczadach i na Podkarpaciu — obszarach zamieszkałych przez Łemków i Bojków. Wiara w wampiry była elementem ich kultury. Pierwsze wzmianki o takich pochówkach pochodzą z 1529 r. ze wsi Lalin. W Jaworniku nad Osławicą wampiry chowano jeszcze przed II wojną światową, a ostatniego nawet po II wojnie światowej — podobno jego serce przebite zostało zębem brony. Według niektórych źródeł większość grobów na tamtejszym cmentarzu zawiera cała z obciętymi głowami i sercami lub głowami przebitymi drewnianym kołkiem.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:05
        W Sanoku podczas badań archeologicznych na cmentarzu przy cerkwi odnaleziono grób wampiryczny. Był on umiejscowiony na skraju cmentarza, z dala od innych grobów. Wykopanemu szkieletowi brakowało kości strzałkowych, skokowych oraz kości jednej ręki. Głowa znajdowała się między nogami. Człowiek ten był hermafrodytą — miał cechy obu płci. To prawdopodobnie było powodem uznania go za wampira.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:14
        https://media.tenor.com/oa06PIXr4BYAAAAM/nosferatu-horror.gif
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:19
        Chociaż Vlad Tepes (w źródłach nazywany Drakulą) był postacią historyczną, jego historie są mocno podkoloryzowane, a wampiryzm jako koncepcja jest dziełem wyobraźni pisarza i opowieści.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:24
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/b/bc/Burne-Jones-le-Vampire.jpg/500px-Burne-Jones-le-Vampire.jpg
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:36
        🧛
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:49
        *****🧛
        ***🧛🧛🧛
        🧛🧛🧛🧛🧛
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 20:07
        WAMPIREK

        Ledwie dmuchnął poranny zefirek,
        Wylazł z norki nieduży wampirek.
        Miał spiczaste dwa ząbki,
        Do ssania rodzaj trąbki,
        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok
        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Zaraz skrzydła jak gacek rozepnie
        I śniadanie czym prędzej gdzieś chłepnie.
        Tak się spieszy nieludzko,
        Że aż rzęzi mu płucko,
        Bo się boi, że zupka mu skrzepnie.

        Sysu, sysu ...

        Często potem dostaje on czkawki,
        Siada nagle bezradnie wśród trawki
        I słychać głos biedaczka:
        Znów wyssałem pijaczka...
        I to jest popijawka pijawki.

        Sysu, sysu ...

        Nasz wampirek to smakosz i znawca,
        Przy tym wcale nie żaden oprawca,
        Za wyssanie kolacji
        Płaci jak w restauracji,
        Chyba, że honorowy krwiodawca...

        Sysu, sysu ...

        Często mówi się źle o wampirze:
        Że kaleczy, że wkręca się w pirze,
        Lecz ty nie wierz w te plotki,
        Nie wyganiaj sierotki,
        Niech se czasem chudzinka poliże.

        Andrzej Waligórski
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 20:17
        Gdy zmarły puka w okno
        Jeżeli ktoś umrze, puka w noc po swym pogrzebie w okno. Wtedy nie
        można otwierać okna, bo pewnym jest, że na zewnątrz będzie stał zmarły.
        Jeżeli się okno otworzy, wtedy zmarły zabierze innego z członków rodziny
        za sobą do grobu
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:00
        Strzygami zostawali ludzie, którzy urodzili się z dwiema duszami (dwoma sercami), czego oznaką mogły być zrośnięte brwi czy podwójny szereg zębów, z czego ten drugi był słabo zauważalny. O bycie strzygą posądzano również lunatyków i osoby bez włosów pod pachami[6]. Uważano także, iż strzygą jest noworodek, który urodził się z wykształconymi zębami, za strzygi mogli też być uznani starcy mówiący do siebie.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:07
        Na Górnym Śląsku zapisano historię powstałej z martwych kobiety, która zamieniła się w strzygę i rzuciła się na obecnych w pokoju żywych ludzi. Wbiła się zębami w brodę najstarszej mieszkanki, ale obecni mężczyźni pomogli za pomocą brony staruszce. Następnie mąż zmarłej nałożył jej na głowę swoją baranią czapkę, a do ust włożył jej kawałek krzemienia. Wtedy strzyga uklękła, po czym upadła nieżywa.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:15
        Strzygi były skrzydlatymi demonami, które często przypominały hybrydy kobiety i ptaka o ostrych pazurach. Wierzono, że żywiły się krwią i ludzkimi wnętrznościami, szczególnie noworodków
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:34
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/05/Strzyga_Strix.jpg/500px-Strzyga_Strix.jpg
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:37
        Najczęściej wymienianą w opracowaniach etnograficznych cechą, pozwalającą już przy narodzinach określić, czy dany człowiek zostanie po śmierci wieszczym, miało być urodzenie się w tzw. "czapce" (najprawdopodobniej był to fragment łożyska). W Słowniku Języka Polskiego z początku XX wieku pod hasłem "wieszcz" czytamy między innymi: "Człowiek, który po śmierci ma zostać upiorem, człowiek w czepku ś. rodzący. Wieżba, tak zwana czapka, z którą ś. niekiedy dziecko rodzi; nazywa ś. ono wieszczem, a gdy ma dwa zęby, jest upiorem". Podobnie pisał Dr Nadmorski notując opinię ludu z powiatu wejerowskiego: "Niektóre dziecy przyniosą na świat dwa zębie, to są upiorze, a które sobie wieżbę przyniosą, to są wieszcze" i ludu z okolic Skarszew: "U nas na takiego człowieka mówią wieszcz i tak sobie opowiadają, że taki człowiek urodzi się w czepku, a gdy się ten czepek wysuszy i schowa, a dzieciak dorośnie 7 lat, trzeba ten suchy czepek zetrzeć na proszek i dać mu to z czem wypić, to wtenczas wszystko dobrze, ale gdy się to nie stanie, taki człowiek po śmierci nie zesztywnieje, ale jest gibki, jak za życia (...). Według Wojciecha Łysiaka z informacji zebranych na Kujawach wynika, że takiego człowieka nazywano tam po prostu upiorem[6]. Stanisław Ciszewski podobne wierzenie zanotował odnośnie do mieszkańców okolic Krotoszyna i Ostrzeszowa, którzy sądzili, że wieszczy powstaje wtedy, gdy umrze jeden z dwojga przyjaciół, pobratymców albo rówieśników.
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:44
        Leszy często bywał kapryśny, dlatego składano mu ofiary w postaci zwierząt domowych oraz plonów. Zasad tych przestrzegali przede wszystkim myśliwi i drwale, wobec których leszy był nieprzychylny. W ten sposób prosili demona o możliwość ingerencji w lesie
      • madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:51
        Lud z Ropczyc i okolicy wyobraża sobie gnieciucha jako małego chłopca, który zawsze zimny i milczący mlaszcze ustami, gdy zbliża się do człowieka, żeby go zgnieść. Nosi czerwoną czapeczkę. Jeśli komuś udało się ową czapeczkę zabrać gnieciuchowi, ten prosił o jej zwrot i ofiarował za nią tyle pieniędzy, ile się zmieściło w tej czapeczce, bądź mścił się za wydarcie mu jej
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 00:21
        Porońcem stawała się dusza dziecka poronionego lub spędzonego płodu, a także dziecko urodzone martwe, zmarłe lub zabite przez matkę wkrótce po urodzeniu, niepochowane zgodnie z obyczajem. Porońce były uważane za niezwykle potężne demony, w związku z obecnym w nich potencjałem niezrealizowanego życia
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 00:26
        Kłobuka można było sprowadzić do domu, kusząc go jedzeniem lub przygarniając kurczaka. Można także było go sobie „wyhodować”, zakopując pod progiem domu poroniony płód, który po siedmiu dniach (według innych podań: miesiącach lub latach) zamieniał się w kłobuka.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:32
        Mara „demon śmierci” – poświadczone w folklorze ukraińskim, bułgarskim, czeskim i polskim. Ukraińskie Мара/Mára, bułgarskie Мара/Mará, polskie Marzanna, czeskie Mařena itd., staroindyjskie mara (rodzaj męski) „śmierć, zaraza”, Mara – uosobienie śmierci, demon ciemności; diabeł, „zły, wspólny ario-słowiański derywat” z vṛddhi od *moro- „śmierć”. Czasami zmorę nazywano strzygoniem lub strzygą. W etnograficznych zapisach spotyka się też w odniesieniu do mary/zmory nazwę kikimora lub kukumora, a także nocnica, dusiołek, gnieciuch, macek, siodełko.
        • madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:35
          Według ludowych podań[6] zmorami zostawały dusze grzesznych kobiet, dusze ludzi skrzywdzonych, zmarłych bez spowiedzi, potępionych. Zmorami często bywały siódme córki danego małżeństwa lub osoby, którym przy chrzcie przeinaczono imię. „Zmorowatość” dotykać też mogła osoby mające zrośnięte nad oczyma brwi (w Polsce w okolicach Kalisza, poza tym w Czechach i na Łużycach) lub różnokolorowe oczy. Zmorą mogła być sąsiadka/żona – działająca jako zmora nocami. Zmorą mogła być też panna, która miała zostać czyjąś żoną, a chłopak poślubił jednak inną (przychodzi wtedy dręczyć nocami niedoszłego małżonka). Zmorą mogło zostać też dziecko kobiety, która w ciąży spotkała się z dwiema ciężarnymi znajomymi i przypadkowo przeszła pomiędzy nimi.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:41
        W wielu podaniach zmora pojawia się jako znana we wsi osoba, na przykład czyjaś żona, która skutecznie latami ukrywa swoją prawdziwą naturę[4]. W jej wyglądzie uderzała wtedy siność ust, obwisła dolna warga oraz podpuchnięte lub zapadłe oczy. Zmora-mieszkanka wsi może być zarówno zmorą duszącą ludzi lub zwierzęta, jak i taka duszącą rośliny (np. poprzez conocne wypijanie soku z osiki)
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:46
        Najedzona zmora udaje się do stajni, gdzie dosiada konia i zmusza go do galopu, dbając, by zawsze być oświetloną promieniami księżyca. Kiedy koń osłabnie, zawraca i zostawia zwierzę w stajni. Niektóre zmory męczyły zwierzęta gospodarskie i sprowadzały na nie pomór.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:56
        wypić przed snem fusy z kawy (wieś Wojciechowo)
        zabrać zmorze czapkę, którą zwykle zostawia na żarnach w sieni (wieś Czarna)
        rzucić w zmorę pasek z wisielca (wieś Lipnica Dolna)
        spać w ślubnym, skórzanym pasie lub z kosą przy boku (Krakowskie)
        zaprosić zmorę na śniadanie
        położyć na progu skrzyżowane siekierę i miotłę
        zatknąć w drzwiach szydło
        spać z gwoździem i młotkiem, by ubić zmorę
        wysmarować drzwi kałem lub jeść podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych (Górny Śląsk i inne)
        powiedzieć do zmory - przyjdź jutro,dam ci chleba z masłem -Górny Śląsk
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:15
        Konik polny tak długo piłował jabłoń, aż zakuł
        drgający sześcian powietrza w ciągły skrzyp.
        Jest to noc torquemady, pełna mistycznych znaków,
        bo widzę krzyźe i koła ogniste u szyb.
        Musiałem za długo patrzeć, za długo słuchać,
        bo widok wpadł przez okno jak ryba śliska
        i jakby szept nagle przytknięty do ucha
        tłumaczył mi śmierć zupełnie z bliska.
        Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę
        ukrytą na samym dnie źrenic?
        Nawet wieczór i miesiąc ten sam,
        nawet zapach włosów się nie zmienił.
        Znów przebiłaś ściany czarny taran
        eliptycznym lotem trwogi.
        Niosłaś w oczach zielony ogień,
        zamyślona, niedorzeczna mara.
        Ręce smukłe jak błyski nożyc
        obcy cień twój na gardło mi włożył.
        Mocno wrastał wyrwanym korzeniem
        w zabliżnione rany oczu,
        aż do serca kamieniem się toczył
        i jak gałąż zrastałem się z cieniem.
        Niewidzialny promień pajęczyn
        jak łodygi trwogi - rwałem w lęku.
        Kto przypomniał wtedy tę piosenkę?
        Kto zaśpiewał wtedy tę piosenkę?
        Sucho sypał się trzask meteorów,
        gdy chwyciłem za ciszy krawędż
        i księżycem płaskim jak toporem
        rozrąbałem twoją straszną zjawę.
        2
        Właśnie z jabłoni wraz z rosą zerwały się ptaki
        jak liście płoche,
        za oknem stał świeży świt
        jak rozkrojony, dymiący jeszcze bochen.
        Pies przebudzony nagle węszył ślady krwi.

        Krzysztof Kamil Baczyński
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:35
        Bobo – nadprzyrodzona istota z polskiego folkloru, prawdopodobnie demon z wierzeń słowiańskich. Innymi nazwami tej istoty są: bobok (Wielkopolska, Małopolska), babok (Kujawy), bebok (Śląsk), bobek, bobik (Kraj morawsko-śląski).
        • madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:39
          W polskich wierzeniach ludowych bobo był małą, brzydką i złośliwą istotą, którą straszono dzieci w celu ich zdyscyplinowania. Wzmianka o bobie znajduje się w pochodzącej z początku XVII wieku Peregrynacji dziadowskiej – według niej bobo miał bić dzieci i czynić w domu różne szkody. Można go było przebłagać ofiarą z żywności.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:45
        BEBOKI I NOWOCZESNA APLIKACJA ŚCIĄGAJĄ TURYSTÓW DO KATOWIC - Onet
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:58
        Południcami stawały się dusze kobiet zmarłych tuż przed lub w trakcie ślubu, bądź wkrótce po weselu. Zadawały napotkanym na polu ludziom zagadki, od odpowiedzi na które zależał los pytanego. Zabijały lub okaleczały swoje ofiary, dusiły śpiących na polu żniwiarzy i porywały dzieci bawiące się na skraju pola.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 12:04
        Południca to także tytuł powieści kryminalnej Jiřego Březiny (II tom z serii Tomáš Volf). Tym mianem określono mordercę, który zabijał młode kobiety upalnym latem w samo południe.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 12:22
        Meluzyna – według legend i folkloru to rusałka wodna o postaci węża, która zamieniła się w kobiecą postać. Według jednej z wersji legend literackich z XIV wieku Meluzyna była czarodziejką. Taka wersja została spisana w latach 1387–1393 przez Jehana (Jeana) d’Arras, dworzanina księcia Jana de Berry.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 18:43
        Meluzynę i jej męża uznawano za założycieli rodu Lusignan. Legenda o nadprzyrodzonej genealogii Lusignanów znana była o wiele wcześniej niż jej wersja literacka, bo już w XII wieku, za czasów Gwidona de Lusignan, króla Jerozolimy i Cypru. W XIV-wiecznej opowieści Jeana d’Arras ów król Cypru występuje, pod zmienionym imieniem Uriens, jako pierworodny syn Meluzyny.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 18:51
        Piękna Meluzyna i jej dwie siostry
        „Pewien pochodzący z Górnego Śląska kolega opowiedział mi
        następująco o Meluzynie: Na Górnym Śląsku imię Meluzyny jest nierzadko
        wspominane. Szczególnie wtedy, gdy silny wiatr gwałtownie owiewał
        budynki a przez dziury i szczeliny dało się słyszeć dobywające się jakby
        szlochy i gwizdy. Opowiadano nam wtedy, w przerażeniu przysłuchującym
        się dzieciom, że to Meluzyna wybucha skargami, ponieważ jej dzieci w tej
        chwili głodowały, a ona nie miała niczego, czym mogłaby je nakarmić.
        Należało zatem sypać mąkę oraz oczywiście kłaść chleb na zewnętrzny
        okienny parapet, tak, aby Meluzyna mogła to sobie zabrać.
        Meluzyna posiadała dwie siostry, z których jedna na imię miała Subella.
        Imię drugiej z sióstr opowiadającemu niestety wypadło z pamięci.
        Wspomniana Subella szyje od początku czasów koszulę, której jednak nie
        może ukończyć. Dlatego też, do kogoś, kto nie od razu potrafił być gotów
        z szyciem, zwykło się mówić: „Robisz to jak Subella”. Trzecia z sióstr
        natomiast niezmiennie przędzie. ”
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 19:06
        „Chodzenie z maikiem/gaikiem” (na Śląsku: „z goikiem”) to obrzęd polegający na obnoszeniu po domach gałęzi sosnowej lub całej choinki ozdobionej wstążkami, własnoręcznie wykonanymi ozdobami, skorupkami jajek czy kwiatami. W niektórych odmianach tego obrzędu do szczytu przywiązuje się lalkę lub obchodowi towarzyszy oprowadzanie żywej dziewczyny (stąd „chodzenie z królewną”). Gaik przeważnie obnoszony jest przez dziewczęta, które w odwiedzanych domach składają życzenia, śpiewają i tańczą. Według przekazów, dawniej gaikowi towarzyszyło również zbieranie datków.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 19:36
        O tym jak dawniej grunta chłopi nabywać mogli
        W cieszyńskim rękopisie „ Rozmaitości śląskich” z marca 1844 roku,
        Lompa odnotował podanie o zaistniałym wydarzeniu w ligockim przysiółku
        zwanym Skrzesówką jak to miejscowy chłop nabył od hrabiego [Gaszyna]
        kawał roli:
        „Przy osadzie Skrzesówka w państwie woźnickim był kawał dobrej roli,
        obejmujący morgów jedenaście.
        Hrabia rzekł jednemu polubionemu gospodarzowi:
        - Trzymaj tę rolę; dasz mi od niej na rok jeden talarek płatu.
        Minęło lat dziesięć, a chłop płatu nie dawał ani go on nie napomina. Dał
        tedy hrabia chłopa zawołać i rzekł mu:
        - Dłużeneś mi dziesięć talarów, daj jeszcze jedenaście, a ja ci dam
        prawo na tą rolę na wieczne czasy.
        I stało się tak.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:16
        Uważano je za szkodliwe wobec ludzi - miały przychodzić nocą do chałup i nękać małe dzieci, czego skutkiem był ich płacz i brak snu. W kazaniach polskiego husyty czytamy: „odwiedzając położnicę, pytają, co się narodziło, czy chłopiec, czy dziewczyna; a czynią to, aby uchronić dziecko od nocnic, to jest od zmór, które dzieci szczypią i straszą i nie dają im usnąć”. Na Mazowszu i Lubelszczyźnie jeszcze na przełomie XIX i XX wieku mówiono, że płacz dziecka nocą powodowany jest przez nocnice, zwane czasem także noclicami. Bohdan Baranowski podał ponadto, że przypisywano im zwodzenie ludzi, wyprowadzanie ich na bezdroża, na których musieli długo błądzić, uniemożliwiając lub utrudniając im odnalezienie drogi
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:23
        Mamuna w ludowych opowieściach znana jest także pod imionami Boginka, Czarcicha, Dekla, Dziwożona, Łanucha, Oćwiara, Odmienica, Osinauczycha, Pałuba, Paniuńcia, Płaczka, Siubiela, Zamianica
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:41
        Mamuny na Słowacji kradły drwalom żywność, a góralom pienińskim (w wersji: boginki) zielony groch z pól. W Łęczyckiem zanotowano wierzenie, że mamuny porywają z pola dzieci w samo południe. Górale pienińscy wierzyli, że mamuny pojawiają się w czasie nowiu i zimą. Łapią wtedy kogoś, kto danego dnia zgrzeszył i włóczą go po cmentarzach i jarach aż zamarznie na śmierć.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:50
        Mamuna, znana również jako «dziwożona» lub «boginka», to żeński demon z wierzeń dawnych Słowian, który dokuczał kobietom ciężarnym i rodzącym, a także porywał noworodki, podmieniając je na swoje, brzydkie dzieci. Uważano, że mamuny stawały się z dusz kobiet, które zmarły podczas ciąży lub porodu.
      • madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:58
        Folklor Europy Zachodniej zawiera wierzenia w odmieńce jako dzieci podrzucone przez wróżki lub diabła. W folklorze słowiańskim natomiast odmieniec był podmienionym dzieckiem boginek, mamun lub dziwożon, które zabierały ludzkie dziecko, zostawiając młodym matkom swoje. Tym samym odmieniec sam był postacią demoniczną, której należało się pozbyć. Dziecko uznane za odmieńca głodzono, pozostawiano na rozstajach dróg lub wysypiskach, pojono wodą ze skorupki jajka lub obijano je np. brzozowymi rózgami. Liczono na to, że przywołane płaczem boginki zwrócą ludzkie dziecko, a zabiorą swoje.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:06
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/68/83_b_bartol_2_wick.JPG/500px-83_b_bartol_2_wick.JPG
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:26
        Od dziwożon można było się uwolnić albo je odstraszyć, używając kwiatu dziurawca (popul. „dzwonek”, reg. „zwonka”). Ten opis zachowań dziwożon i metod ochrony przed nimi jest tożsamy z zapisami wierzeń z różnych terenów odnoszącymi się do boginek
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 10:49
        Boginki napadały na kobiety po porodzie i podmieniały im dzieci. Istniały różne warianty tego wierzenia, m.in.:

        boginki przychodzą podmienić dziecko w południe w domu (gdy matka wychodzi w pole zanieść jedzenie starszym domownikom) lub o północy, gdy wszyscy śpią
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:00
        ▪️górale tatrzańscy i beskidzcy, a także mieszkańcy dawnej Galicji zachodniej znali opowieść o ochronnym działaniu „dzwonka”, czyli dziurawca (łac. Hyperium perforatum). Gdy boginki (w Tatrach – dziwożony) niosły porwaną położnicę, mogła ona chwycić się właśnie tego kwiatu – boginki bojąc jego mocy, ze złością upuszczały porwaną młodą matkę
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:08
        Pod Krakowem znana była opowieść o młynarzu, któremu ciągle psuł się słup przy moście. Tajemniczy nieznajomy poradził mu na jarmarku, żeby przesunął słup, bo pod mostem mieszkają boginki, którym słup przeszkadza. Kiedy młynarz wykonał polecenie, most przestał się psuć.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:37
        Rusałki mogły być leśne lub wodne. Ukazywały się zazwyczaj jako piękne, nagie dziewczęta z rozpuszczonymi, długimi włosami. Rzadziej objawiały się jako stare i odrażające kobiety – np. kozytki/kazytki na Podlasiu, czyli dusze utopionych starych kobiet, które jednak nie zwabiały ludzi, a jedynie prały chusty na brzegu zbiorników wodnych, która to czynność była charakterystyczna dla opisów boginek. Według wierzeń z zapisów etnograficznych, rusałki zwykle były nagie (wschodnia i południowa Białoruś, czasem Małopolska) lub ubrane (Małopolska, część Bułgarii)
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:47
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/8/85/Malczewski_Jacek_Rusalki_3.jpg/960px-Malczewski_Jacek_Rusalki_3.jpg
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:58
        Do roku 2018 obchody odbywały się we współpracy z Grodziskiem Owidz, mając charakter publicznego festiwalu obejmującego oprócz obrzędów także wykłady, warsztaty i inne formy rozrywki. Kluczowym elementem święta jest wstąpienie pary bóstw Łado i Leli w ciała dwóch dziewcząt, pod których postacią wędrują one w orszaku pomiędzy ludźmi, otrzymując od nich różne dary w ofierze. Ów zwyczaj został zrekonstruowany przez rodzimowierców w oparciu o zachowany w Chorwacji rytualny pochód dziewcząt z mieczami lub szablami, noszący nazwę ljelje/kraljice i wpisany w 2009 roku na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 12:09
        Znana jest historia o dziewczynce, która zabłądziła na polu i zaplątała się w zaroślach kolczastych jeżyn. Chabernica, reagując na płacz dziewczynki, uwolniła ją rozgarniając jeżyny i zaprowadziła ją pod jej dom
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:16
        •••
        • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:17
          °°°
          • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:20
            Przyjmij‎ ‎ten‎ ‎dar,‎ ‎o‎ ‎mia‎ ‎donna! Od‎ ‎pierwszej‎ ‎chwili‎ ‎ujrzenia‎ ‎Cię Dusza‎ ‎ma‎ ‎bóstwo‎ ‎uwielbiać‎ ‎skłonna I‎ ‎potwarz‎ ‎ludzka‎ ‎nie‎ ‎straszy‎ ‎mnie! Takiej‎ ‎miłości‎ ‎wierzyć‎ ‎potrzeba! Wzroku‎ ‎nie‎ ‎kryje‎ ‎tajemnic‎ ‎mgła, Tobie‎ ‎fałsz‎ ‎obcy,‎ ‎zesłanko‎ ‎Nieba, Za‎ ‎świętą‎ ‎na‎ ‎to‎ ‎jest‎ ‎dusza‎ ‎Twą. Wyznać‎ ‎Ci?‎ ‎Słuchaj!‎ ‎Mój‎ ‎los‎ ‎surowy I‎ ‎dola‎ ‎ciężka‎ ‎po‎ ‎wszystkie‎ ‎dni. Pierwszy‎ ‎brzask‎ ‎szczęścia,‎ ‎ten‎ ‎dar‎ ‎Jehowy Miłością‎ ‎swoją‎ ‎dałaś‎ ‎mi‎ ‎Ty!

            Zimny‎ ‎jak‎ ‎demon,‎ ‎wiecznie‎ ‎szydzący, Poiłem‎ ‎ducha‎ ‎goryczy‎ ‎złem, Obłudą‎ ‎żyłem—a‎ ‎w‎ ‎piersi‎ ‎wrzącej, Jad‎ ‎ukrywałem‎ ‎na‎ ‎sercu‎ ‎swem. Dziś,‎ ‎jako‎ ‎Demon‎ ‎wdziękiem‎ ‎Tamary Olśniony,‎ ‎sercem‎ ‎odżyłem‎ ‎znów, Dla‎ ‎świętych‎ ‎uczuć‎ ‎miłości,‎ ‎wiary, I‎ ‎dla‎ ‎nadziei‎ ‎jasnych‎ ‎snów.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:29
        I‎ ‎niemej‎ ‎duszy‎ ‎jego‎ ‎drgnienia, Dały‎ ‎mu‎ ‎odczuć‎ ‎wzniosły‎ ‎czar: W‎ ‎myśli‎ ‎zjawiły‎ ‎się‎ ‎wspomnienia Pierwszych‎ ‎dni‎ ‎bytu‎ ‎—‎ ‎piekła‎ ‎kar! Miłości‎ ‎—‎ ‎wiary‎ ‎i‎ ‎nadziei.... I‎ ‎długo‎ ‎Demon‎ ‎wzrokiem‎ ‎pił Ponętne‎ ‎wdzięki,‎ ‎lilii‎ ‎młodej Serce‎ ‎mu‎ ‎biło‎ ‎z‎ ‎całych‎ ‎sił!‎ I‎ ‎zachwycony,‎ ‎snuł‎ ‎wspomnienia O‎ ‎dawnem‎ ‎szczęściu‎ ‎jasnych‎ ‎dni, Gdy‎ ‎z‎ ‎Archanioły‎ ‎głosił‎ ‎pienia.,.. Dziś‎ ‎wszystko‎ ‎przeszło‎ ‎jako‎ ‎sny! Jakieś‎ ‎uczucie‎ ‎niezgłębione Zabiło‎ ‎w‎ ‎piersi. —‎ ‎Z‎ ‎górnych‎ ‎stref Nadbiegły‎ ‎dźwięki‎ ‎mu‎ ‎znajome‎ ‎— To‎ ‎cherubinów‎ ‎zabrzmiał‎ ‎śpiew! Lecz‎ ‎mimo‎ ‎całej‎ ‎swojej‎ ‎mocy Bał‎ ‎się‎ ‎przestąpić‎ ‎raju‎ ‎próg. Zapomnieć‎ ‎nie‎ ‎mógł‎ ‎wiecznej‎ ‎nocy, Bo‎ ‎mu‎ ‎zapomnieć‎ ‎nie‎ ‎dał‎ ‎Bóg! X. Kurzem‎ ‎i‎ ‎pianą‎ ‎koń‎ ‎okryty, Kopytem‎ ‎granit‎ ‎górski‎ ‎rwie.‎ ‎—
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:47
        A‎ ‎tylko‎ ‎zemną‎ ‎—‎ ‎tylko‎ ‎przezemnie, Spokój‎ ‎zawita‎ ‎w‎ ‎serduszku‎ ‎twym! Twa‎ ‎łza‎ ‎gorąca‎ ‎pali‎ ‎powieki, Cudownych‎ ‎źrenic‎ ‎przygasa‎ ‎żar! On‎ ‎już‎ ‎daleko‎ ‎—‎ ‎odszedł‎ ‎na‎ ‎wieki, Więc‎ ‎przyjmij‎ ‎serca‎ ‎mojego‎ ‎dar. On‎ ‎w‎ ‎lepsze‎ ‎strony,‎ ‎w‎ ‎nieznane‎ ‎światy Poszedł,‎ ‎wezwany‎ ‎do‎ ‎Boga‎ ‎stóp. Niczem‎ ‎dlań‎ ‎ocząt‎ ‎twoich‎ ‎bławaty, Ziemską‎ ‎powłokę‎ ‎jego,‎ ‎skrył‎ ‎grób! Wierz‎ ‎ukochana‎ ‎—‎ ‎życie‎ ‎człowieka, Nie‎ ‎warte‎ ‎twojej‎ ‎jedynej‎ ‎łzy. Spiesz‎ ‎w‎ ‎me‎ ‎objęcia‎ ‎bo‎ ‎czas‎ ‎ucieka, W‎ ‎rajskie‎ ‎rozkosze‎ ‎zmienię‎ ‎twe‎ ‎sny! Cicho‎ ‎płyną‎ ‎w‎ ‎dal‎ ‎bez‎ ‎końca, W‎ ‎nieobjętą‎ ‎myślą‎ ‎dal‎ ‎— Gwiazd‎ ‎miljardy,‎ ‎jasne‎ ‎słońca‎ ‎— Wśród‎ ‎eteru‎ ‎czystych‎ ‎fal! Chmur‎ ‎legjony‎ ‎nieuchwytne, Nieprzerwanym‎ ‎pasmem‎ ‎mkną, Ńiczem‎ ‎dla‎ ‎nich‎ ‎ból‎ ‎i‎ ‎troski, Gardzą‎ ‎szczęściem,‎ ‎gardzą‎ ‎łzą. Niczem‎ ‎ludzie‎ ‎z‎ ‎dzieły‎ ‎swemi, Wspomnień,‎ ‎marzeń,‎ ‎zwodne‎ ‎sny: Taką‎ ‎samą,‎ ‎dla‎ ‎tej‎ ‎ziemi Obojętną,‎ ‎stań‎ ‎się‎ ‎ty!
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:56
        tam‎ ‎stromą‎ ‎ścieżką,‎ ‎codzień‎ ‎zrana, Spieszą‎ ‎Gruzinki,‎ ‎czerpać‎ ‎z‎ ‎fal Czystych‎ ‎strumyka,‎ ‎tam‎ ‎źródlana Wytryska‎ ‎woda,‎ ‎płynie‎ ‎wdał, A‎ ‎het‎ ‎na‎ ‎skraju,‎ ‎jak‎ ‎na‎ ‎straży, Okryty‎ ‎płaszczem‎ ‎śnieżnych‎ ‎chmur‎ ‎—• W‎ ‎promieniach‎ ‎słońca,‎ ‎wciąż‎ ‎się‎ ‎żarzy‎ ‎— Kazbek‎ ‎olbrzymi,‎ ‎—‎ ‎król‎ ‎tych‎ ‎gór! y. Ale‎ ‎przepięknych‎ ‎dzieł‎ ‎przyrody, Już‎ ‎dla‎ ‎Tamary‎ ‎niczem‎ ‎czar. Umysł‎ ‎jej,‎ ‎łaknie‎ ‎tej‎ ‎swobody, Co‎ ‎jest‎ ‎występną‎ ‎ze‎ ‎wszechmiar. Wszystko‎ ‎ją‎ ‎męczy,‎ ‎drażni,‎ ‎nudzi, Wszystko‎ ‎serdeczny‎ ‎zwiększa‎ ‎ból.‎ ‎— Unika‎ ‎słońca,‎ ‎światła,‎ ‎ludzi, Śpiewu‎ ‎słowika,‎ ‎woni‎ ‎pól! Gdy‎ ‎przed‎ ‎ołtarzem‎ ‎zamodlona‎ ‎-— W‎ ‎zbolałej‎ ‎piersi‎ ‎tłumi‎ ‎łzy. Gdy‎ ‎kornie‎ ‎chwyta‎ ‎krzyż‎ ‎w‎ ‎ramiona. I‎ ‎szepcze:‎ ‎Chryste,‎ ‎ratuj‎ ‎Ty! Jej‎ ‎głos‎ ‎jęczący,‎ ‎z‎ ‎ścian‎ ‎świątyni Echo‎ ‎roznosi‎ ‎nocą‎ ‎tak: Ze‎ ‎zabobonny‎ ‎góral,‎ ‎czyni W‎ ‎około‎ ‎siebie,‎ ‎krzyża‎ ‎znak‎ ‎!
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:25
        Miłości‎ ‎pragnę,‎ ‎ty‎ ‎ją‎ ‎daj!‎ ‎— T‎ ‎amara. —‎ ‎Lecz‎ ‎kto‎ ‎ty‎ ‎jesteś? Demon. —‎ ‎Słuchaj‎ ‎droga: Pamiętasz‎ ‎owej‎ ‎nocy‎ ‎czar, Gdy‎ ‎serce‎ ‎zdjęła‎ ‎jakaś‎ ‎trwoga, A‎ ‎w‎ ‎piersiach‎ ‎płonął‎ ‎ognia‎ ‎żar‎ ‎? Duszy‎ ‎twej‎ ‎—myśl‎ ‎moja‎ ‎szeptała‎ ‎— Sen‎ ‎miły‎ ‎dawał‎ ‎obraz‎ ‎mój‎ ‎— Tyś‎ ‎mą‎ ‎tęsknotę‎ ‎odczuwała‎ ‎— Jam‎ ‎zsyłał‎ ‎marzeń‎ ‎cudnych‎ ‎rój!‎ ‎— Jam‎ ‎ten,‎ ‎którego‎ ‎świat‎ ‎ów‎ ‎cały, Lęka‎ ‎się‎ ‎—‎ ‎brzydzi‎ ‎—‎ ‎z‎ ‎gniewem‎ ‎klnie. Jam‎ ‎wróg‎ ‎miłości‎ ‎—‎ ‎piękna‎ ‎—‎ ‎chwały, Mnie‎ ‎nienawidzą!‎ ‎Kocham‎ ‎Cię! Jam‎ ‎Król‎ ‎występku‎ ‎i‎ ‎swobody‎ ‎— Jam‎ ‎kat‎ ‎cierpiących‎ ‎—‎ ‎cnoty‎ ‎wróg‎ ‎— Jam‎ ‎pan‎ ‎ciemności‎ ‎—‎ ‎zło‎ ‎przyrody:‎ ‎— A‎ ‎oto,‎ ‎klęczę‎ ‎u‎ ‎Twych‎ ‎nóg! Dla‎ ‎mnie‎ ‎czas,‎ ‎przestrzeń,‎ ‎nie‎ ‎istnieje‎ ‎— Jam‎ ‎wszechpotężny‎ ‎grozą‎ ‎sił‎ ‎— Gdy‎ ‎ludzkość‎ ‎płacze—ja‎ ‎się‎ ‎śmieję‎ ‎— Jam‎ ‎dawniej‎ ‎Bóstwu‎ ‎równym‎ ‎był! Do‎ ‎ciebie‎ ‎ślę‎ ‎ja‎ ‎w‎ ‎upojeniu Pierwszej‎ ‎modlitwy‎ ‎słowa‎ ‎me!
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:34
        Czyż‎ ‎dla‎ ‎stwierdzenia‎ ‎twej‎ ‎miłości, Świętej‎ ‎przysięgi‎ ‎niemasz‎ ‎słów? Demon. Klnę‎ ‎Ci‎ ‎się‎ ‎pierwszym‎ ‎dniem‎ ‎stworzenia, Klnę‎ ‎się‎ ‎ostatnim‎ ‎jego‎ ‎dniem, Na‎ ‎hańbę‎ ‎błędu‎ ‎i‎ ‎zwątpienia, Na‎ ‎czystą‎ ‎prawdę‎ ‎w‎ ‎sercu‎ ‎Twem! Klnę‎ ‎się‎ ‎upadku‎ ‎mego‎ ‎dobą, Gdy‎ ‎grom‎ ‎uderzył‎ ‎w‎ ‎czoło‎ ‎me, Klnę‎ ‎się‎ ‎widzeniem‎ ‎pier‎ ‎wszem‎ ‎z‎ ‎Tobą, Rozstania‎ ‎gorzką‎ ‎chwilą‎ ‎klnę! Na‎ ‎blask‎ ‎Twojego‎ ‎klnę‎ ‎spojrzenia, Na‎ ‎nieskalane‎ ‎serce‎ ‎twe,‎ ‎— Na‎ ‎słodką‎ ‎chwilę‎ ‎upojenia, Na‎ ‎Twoich‎ ‎ocząt‎ ‎pierwszą‎ ‎łzę‎ ‎— Klnę‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎Niebios‎ ‎strop‎ ‎złocisty, Na‎ ‎Wszechmocnego‎ ‎straszny‎ ‎głos, Na‎ ‎Archaniołów‎ ‎miecz‎ ‎ognisty, Na‎ ‎mych‎ ‎współbraci‎ ‎ciężki‎ ‎los, Na‎ ‎ust‎ ‎Twych‎ ‎karmin,‎ ‎włosów‎ ‎zwoje‎ ‎— Na‎ ‎ból‎ ‎i‎ ‎rozkosz‎ ‎ziemi‎ ‎tej, Na‎ ‎oddech‎ ‎wonny‎ ‎—‎ ‎wdzięki‎ ‎twoje, Na‎ ‎szał‎ ‎miłości‎ ‎w‎ ‎piersi‎ ‎mej!— Wyrzekłem‎ ‎się‎ ‎już‎ ‎zemsty‎ ‎starej, Wyrzekłem‎ ‎hardych‎ ‎chęci,‎ ‎—‎ ‎już Odtąd,‎ ‎jad‎ ‎złości‎ ‎i‎ ‎niewiary, Nie‎ ‎wyzwie‎ ‎w‎ ‎sercu‎ ‎ludzkiem‎ ‎burz!
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:43
        Łiije‎ ‎się‎ ‎kryją‎ ‎w‎ ‎czarne‎ ‎sploty I‎ ‎róże‎ ‎kłonią‎ ‎główki‎ ‎swe. A‎ ‎ona‎ ‎piękna,‎ ‎jak‎ ‎marzenie, Martwa,‎ ‎jak‎ ‎grobu‎ ‎zimny‎ ‎głaz. Grobowy‎ ‎spokój‎ ‎i‎ ‎milczenie Już‎ ‎niepodzielnie‎ ‎rządzą‎ ‎wraz! XV. Liczny‎ ‎był‎ ‎orszak‎ ‎pogrzebowy A‎ ‎każdy‎ ‎szczerą‎ ‎ronił‎ ‎łzę. Gdy‎ ‎stary‎ ‎Gudal‎ ‎z‎ ‎siwej‎ ‎głowy Rozpaczą‎ ‎zdjęty‎ ‎—włosy‎ ‎rwie. Tu‎ ‎gdzie‎ ‎Kazbeku‎ ‎szczyt‎ ‎ponury Czasem‎ ‎ozłoci‎ ‎słońca‎ ‎świt, Gdzie‎ ‎wieczne‎ ‎burze,‎ ‎czarne‎ ‎chmury I‎ ‎huraganu‎ ‎słyszysz‎ ‎zgrzyt, Na‎ ‎kamienistej‎ ‎hen,‎ ‎opoce Gdzie‎ ‎tylko‎ ‎mech‎ ‎pod‎ ‎śniegiem‎ ‎rósł, Gdzie‎ ‎tylko‎ ‎sęp‎ ‎przepędza‎ ‎noce: Na‎ ‎chwałę‎ ‎Bogu‎ ‎kościół‎ ‎wzniósł Pradziad‎ ‎Tamary,‎ ‎rycerz‎ ‎sławny, Pan‎ ‎mnogich‎ ‎zamków,‎ ‎turków‎ ‎wróg— Pragnąc‎ ‎wykonać‎ ‎ślub‎ ‎swój‎ ‎dawny, By‎ ‎mu‎ ‎darował‎ ‎grzechy‎ ‎Bóg. Obok‎ ‎kościoła,‎ ‎w‎ ‎łonie‎ ‎skały Wykuto‎ ‎grobów‎ ‎cały‎ ‎rząd, Jakby‎ ‎do‎ ‎Niebios‎ ‎wiecznej‎ ‎chwały Łatwiej‎ ‎się‎ ‎było‎ ‎dostać‎ ‎ztąd!
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:55
        Wiła, samowiła, samodiwa – południowosłowiański i ruski odpowiednik południcy, mamuny i rusałki. Na zachodniej Słowiańszczyźnie znana w zdegradowanej formie jako straszydło lub demon sprowadzający na ludzi obłęd
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:17
        Brodarica, brodawica – serbsko-chorwacki i bułgarski demon słowiański; rodzaj wił.
        Posiadała kobiecą postać, zamieszkiwała zbiorniki wodne – głównie brody i płycizny. Strzegła te miejsca przed człowiekiem.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:30
        Polewik lub polewoj – słowiański demon polny, żyjący w zbożu i opiekujący się nim. Męski odpowiednik południcy. Polewiki wyobrażano sobie jako niskich ludzi o ziemistej cerze i kłosami zbóż zamiast zarostu.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:38
        Grad – demon słowiański uosabiający groźne zjawiska meteorologiczne, wyobrażany jako mężczyzna sprowadzający gradobicie.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:46
        Występował w postaci małego kudłatego ludzika, przyodzianego w czerwony strój i kapelusz z szerokim rondem, pod którym ukrywał trzy sterczące z głowy rogi
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:55
        Spor, sporysz – demon z mitologii słowiańskiej, będący personifikacją płodności i plenności.
        Traktowany jako abstrakcyjna siła sprawcza powodzenia, wzrostu i obfitości, na Białorusi występuje w formie upersonifikowanej[2], przedstawiany jako mężczyzna o białych, kędzierzawych włosach. Na Lubelszczyźnie występował w postaci zoomorficznej jako chomik lub szczur z woreczkiem, a także w formie węża, psa, kota lub żaby. Wiązany z pasożytniczym grzybem sporyszem, który lokalnie nazywany był „matką zboża” i uznawany za wróżbę dobrych plonów.
        Teonim wywodzi się znaczeniowo ze wspólnych dla wszystkich Słowian słów spory, sporo, przysparzać
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:04
        Nawie, nawki, czasem zwane również lalkami – w wierzeniach słowiańskich określenie dusz zmarłych. Według niektórych uczonych (m.in. S. Urbańczyka) termin ten był ogólnym określeniem demonów wywodzących się z dusz tragicznie i przedwcześnie zmarłych, zbójców, czarowników, zamordowanych i topielców. Miały być wrogie i nieprzychylne ludziom, zazdroszcząc im życia. W folklorze bułgarskim występuje postać dwunastu nawii, wysysających krew z położnic, natomiast w ruskiej Powieści dorocznej nawie występują jako demoniczna personifikacja zarazy w Połocku w 1092 roku. Według przekazów folklorystycznych objawiały się najczęściej jako ptaki.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:11
        W wierzeniach Słowian wschodnich Żmij był postacią przychylną ludziom, uznawany niekiedy za jedno z wcieleń Welesa. Opiekował się wodami i zasiewami, toczył walkę ze smokami powietrznymi. Postać Żmija kojarzono z ognistymi zjawiskami na niebie (kometami i meteorami). Żmij pojawiał się pod postacią ptaka (najczęściej koguta, żurawia lub orła), bądź jako człowiek z małymi skrzydełkami pod ramionami, wężowym ogonem lub ciałem pokrytym łuskami. W południowosłowiańskim folklorze Żmij wchodził w związki z kobietami, z których rodzili się synowie o nadzwyczajnej sile i zdolnościach, walczący z potworami zagrażającymi ojczystej ziemi.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:23
        W języku staropolskim występował zarówno wyraz „smok” (w języku prasłowiańskim wyraz miał postać *smokъ i oznaczał „jakąś istotę mityczną”), jak i „żmij/żmija”. Początkowo wyraz ten występował w dwu formach rodzajowych, tzn. obok rodzaju żeńskiego żmija, występował także rodzaj męski żmij. Warto dodać, że zarówno w języku prasłowiańskim, jak i w pozostałych językach słowiańskich, na początku tych wyrazów występowało „z”, a nie „ż” jak obecnie. Zmiana zmij(a) > żmij(a) dokonała się na zasadzie hiperpoprawności, ponieważ wymowę zmij(a) traktowano jako niepoprawną, mazurzącą (jak np. zaba), poprawiono ją na żmij(a), czyli jak żaba. Wyrazy prasłowiańskie *zmьjь i *zmьja są etymologicznie pokrewne słowu ziemia (i stąd nagłosowe z-); można je zatem odczytywać jako stworzenia, istoty, gady ziemne, żyjące na ziemi. Podobnie, jak w języku polskim tak i w prasłowiańskim, różnicom znaczeniowym towarzyszyły różnice formalne: *zmьjь to „mityczny stwór w postaci skrzydlatego węża, smok”, a *zmьja to „wąż, żmija”. W języku polskim forma rodzaju męskiego wyszła z użycia i została zastąpiona słowem „smok” (podobnie jak w czeskim, gdzie jednak ostatecznie „smoka/zmoka” wyparła forma „drak” pochodząca od greckiego drakon/δράκων i następnie łacińskiego Draco) a forma rodzaju żeńskiego zachowała się dla gatunku gada z rodziny żmijowatych, w podrzędzie węży. W części języków słowiańskich stara forma została jednak zachowana, „smok” to w chorwackim zmaj, rosyjskim змей [zmiej] (również w znaczeniu „wąż”, a smok to też дракон [drakon]), w serbskim змај, w słoweńskim zmaj, w ukraińskim змій [zmij]. W tradycji bułgarskiej natomiast zmej i smok (змей, смок) to spokrewnione, ale jednak dwie różne istoty (смок/smok i смокообразни/smokowate to w bułgarskim również nazwa węży z rodziny połozowatych).
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:01
        O karczmie i tańcującym dioble
        Było to downo, jak moja praōma chodziyła na zabawy do karczmy w Kotulinie. Mode frele tańcowały, a stare baby siodały
        dookoła i klachały. Jednego wieczora, żodyn nie wie skōnd, na tancdili znod się szwarny synek. Kożdo dziołcha chciała
        śnim zatańcować, a on raźno wywijoł. Kedy tak tańcowoł, naroz pod nogami zaczło mu sie iskrzyć. Stare kobiyty zarozki
        to spostrzegły i zaczły mu się jeszcze lepi przyglōndać. Patrzōm i nie wierzōm swojym ôczom, bo spod galot wyłażōm mu
        kopyta. Narobiyły kupa larma, a po modym, szumnym synku zostoł yno ôgyń, smōnd i zapach siarki, bo to bōł dioboł. Ta
        karczma bōła przeklynto, bo tam tyż ludzie przegrywali w karty całe swoje majōntki. Dzisiej niy ma już ty karczmy, bo tak
        jak inksze zapadła sie pod ziymia.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:10
        Kole Toszka je srogi kamiyń. Furgoł śnim dioboł, bo chcioł go ściepać na zōmek w Olsztynie kole Czynstochowy. Jak bōł już
        nad Toszkym, to usłyszoł pionie kokota. Wol – niy wol musioł pociepnōńć kamiyń i nazod wrōcić do sia.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:43
        Wierzono, że nocą strzygi wypijają krew — głównie z ludzi, ale czasem również ze zwierząt. Wspólną cechą strzyg jest
        posiadanie dwóch serc lub dwóch dusz... Toteż stwory te umierają dwa razy. Po pierwszej śmierci stają się jeszcze bardziej
        łakome krwi, wychodzą z grobu i chcą ssać krew swoich bliskich, dopiero druga śmierć powoduje całkowite unicestwie-
        nie ciała i oswobodzenie zatraconej duszy. Strzygą mogło stać się po śmierci dziecko, które na chrzcie otrzymało tylko
        jedno imię lub to, któremu matka odmówiła piersi. Mógł nią zostać też wyjątkowo skąpy człowiek, samobójca lub dziec-
        ko, które urodziło się z dwoma rzędami zębów albo posiadało znamię na plecach w kształcie nożyc.
      • madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:51
        Downo, downo tymu, a możno i jeszcze downi, handlyrze ze Wrocławio, jak jechali do Krakowa, musieli przejyżdżać bez
        Pyskowice. Po drōdze przeprawiali sie bez rzyka Drama. Niy bōło tela mostōw jak terozki, a jeszcze rzyka czynsto na-
        biyrała wody i beztōż tako przeprawa niy bōła leko. Łowdy kedy słyszało sie, że taki a taki handlyrz sie utopiōł razym ze
        swoim dobytkym i majōntkym. Przi tych niyszczyńściach niedaleko rzyki zaczyny się pokazować tak ôkropiczne straszki,
        że nikerzy ôd tego dostowali do gowy. Żodyn niy wiedzioł, jak sie tych duchōw niyczystych pozbyć i roztomańte wymy-
        ślali konsztiki, coby ich wyżyńć ze wsi. Jedyn duch człowieka, kery sie utopiōł we Dramie, kożdo noc nawiedzoł młyn kole
        Zawady. Straszydło prziłaziyło zarozki, jak zrobiyło się ćma i ramplowało do rana. Gospodorz i jego familijo już tego niy
        umieli strzimać. Musieli przed tōm marōm uciekać kożdo nocka do somsiadōw. Jedyn roz prziszoł do młynorza cudzy
        chop. Bōł to mody synek, co chcioł terminować i praktykować we młynie. Młynorz wōl — niywōl musioł mu ôdkozać, bo
        niy powodziyło mu sie nojlepi, a roboty zaś ledwie do niego stykło. Gospodorz jednak widzioł, że synek jest umynczōny
        i głodny, to go ugościył. Jak młynarczyk pojod, spytoł sie gospodorza ô noclyg — ino na jedna noc. Bōło już niyskoro, na
        dworze robiyło sie ćma, a z rana musioł iść dali szukać roboty. Gospodorz pedzioł mu ô duchach, co nawiedzajōm kożdo
        noc młyn. Młynarczyk sie tym niy przejōn i ôstoł na noc. Gospodorz trocha sie staroł ô synka, ale pożegnoł sie śnim i ze
        familijōm poszli spać do sōmsiadōw.
        Jak sie zrobiło blank ćma, młynarczyk wyciōng swoje krzipki i zaczōn piyknie na nich grać. Naroz usłyszoł wielkie larmo
        i ujrzoł ducha, co szoł ku niymu. Duch jednak sztopnōł i zaczōn prziglōndać sie grajkowi. Musiała ta muzyka bardzo spaso-
        wać duchowi, bo spytoł grajka, czy tyż może zagrać na krzipkach. Młynarczyk zgodził sie, ale postawiōł warunek duchowi
        — coby niy zniszczyć krzipek, musi mu sfajlować jego szpony. Duch przistoł na to i sōm wraziōł rynczyska do szrałbsztoka.
        Szprytny synek mocno zakrynciył szrałbsztok i zaczōn fajlować niy yno pazury, ale i palce. Maszkara ôszkliwo zaczła sie
        ciepać i wyć z bōlu, ale młynarczyk niy popuściōł — fajlowoł dali. Duch tego niy strzimoł — wyrwoł łapska ze szrałbsztoka
        i uciyk!
        Ôd tego dnia żodyn już niy słyszoł ô duchu, a młynorza zwali ludzie Skrzipek.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:21
        https://media.tenor.com/YLo7fIC3N_4AAAAM/the-cure-robert-smith.gif
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:46
        Do młynarza w Leboszowicach często przychodził utopek. Był to mężczyzna niskiego wzrostu, miał czerwone buty i czap-
        kę. Młynarz dawał utopkowi coś do zjedzenia, czasem porozmawiali. Jednak jeżeli młynarz był zajęty i nic mu nie dał, to
        utopek z zemsty robił różne psikusy: blokował koło młyńskie, podnosił lub opuszczał śluzę i na koło młyńskie szło za dużo
        lub za mało wody.
        Pewnego razu utopek nie zastał młynarza, a młynarzowa zamiast go ugościć, pogoniła szmatą. Utopek uciekł. Kiedy mły-
        narz wrócił do domu, młynarzowa powiedziała, że przegoniła utopka na cztery wiatry. Młynarz złapał się za głowę, po-
        wiedział, że czeka ich nieszczęście, bo utopek na pewno się zemści. Nie czekali długo. W Bierawce utopiła się im córka.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:53
        Sto lot tymu ludzie ze Niyborowic musieli chodzić na pańskie trzi abo sztyry dni we tydniu. Krowy, kōnie, kozy i ôwieczki
        ôstowali na łōnkach. Dowali na nie pozōr inksze niyborowiczany. Ci zaś kożdy wieczōr robiyli fojerka. Przichodziōł do nich
        mały chopek-utopek. Ôsprowioł bele jakie bojki, szył i sztopowoł ôblyczki tym, co dowali pozōr na gowiydź. Jak yno chopy
        znerwowali czymś utopka, rozgōnioł gowiydź fōrt daleko, a potym musieli ji nazod skludzać.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:53
        Kiedy po raz pierwszy zjechałem na dół, pewien starszy górnik powiedział mi: „Yno synek dej se pozór, coby nie gwizdać
        przi robocie, bo skarbnik tego nie lubi”. Roześmiałem się, bo pomyślałem, że to takie „starzikowe bojki”. Ale tak na wszel-
        ki wypadek nie gwizdałem. I dobrze, bo pewnego dnia usłyszeliśmy w chodniku jakieś krzyki. Patrzymy, a tu taki jeden
        młody karlus zwija się z bólu. Jakaś ręka niewidzialna biła go, a on nie wiedział, przed kim się bronić. Potem się przyznał,
        że senność go brała, więc, żeby nie przysnąć, zaczął… gwizdać przy robocie. Ale starzy górnicy opowiadali też, że groźny
        duch kopalni był sprawiedliwy — pracowitym, uczciwym górnikom pomagał, ostrzegał przed katastrofą. Zdarzało się, że
        pojawiał się ubrany jak sztygar z górniczą lampką i kilofem i nakazywał uciekać z chodnika, a chwilę potem chodnik się
        walił albo metan wybuchał. Słyszałem też, że Skarbnik wie, gdzie są sztolnie ze złotem. Jednemu górnikowi pokazał kiedyś te swoje skarby. To był bardzo porządny i robotny chłop. Każdemu pomógł, poradził, młodszych przyuczał, a robota
        paliła mu się w rękach. No i wreszcie przyszedł czas na ostatnią szychtę przed emeryturą. Górnik szedł ciemnym chod-
        nikiem, wspominał wszystkie lata spędzone w kopalni i tych wszystkich górników, którzy z nim pracowali, a teraz część
        z nich już leży na cmentarzu. I zastanawiał się, co teraz zrobi z wolnym czasem w domu. Nagle zastanowiła go dziwna
        cisza. Zawsze słychać było odgłosy pracy, rozmowy kolegów, a tu nic. I chodnik jakby inny. Znienacka wyłonił się przed
        nim jakiś nieznany mu sztygar z długą białą brodą i dziwnymi świecącymi oczami. „Chodź” — skinął na starego górnika
        i poprowadził jakimś długim, krętym chodnikiem. „To przecież Skarbnik” — pomyślał górnik i zadrżał ze strachu. Nagle
        Skarbnik zatrzymał się i podniósł karbidkę. W jej świetle ściany chodnika zalśniły czystym zlotem. „Bierz stary kamracie
        — odezwał się duch kopalni. — Byłeś dobrym górnikiem i uczciwym człowiekiem. Pamiętasz tę małą myszkę, z którą
        dzieliłeś się okruchami chleba, nawet kiedy sam byłeś głodny? To byłem ja. Teraz pora na zapłatę. Bierz tyle złota, ile
        zmieści ci się w kieszeni i torbie”. I Skarbnik zniknął. Oszołomiony górnik napełnił złotem torbę i kieszenie, a potem nagle
        w oddali usłyszał ciche stukanie. Idąc za nim dotarł do głównego szybu kopalni. Górnik uznał, że jemu samemu nie trzeba
        takiego bogactwa, podzielił więc złoto na części i rozdał tym, którzy najbardziej pomocy potrzebowali. A za resztę złota
        kupił sobie piękną fajkę i pykając z niej opowiadał dzieciom o kopalni, o górniczej braci i o sprawiedliwym Skarbniku.
        I ja też od niego tę historię usłyszałem.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:08
        Śląskie Demony
        • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:09
          -2-
          • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:11
            -3-
            • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:12
              -4-
              • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:19
                Demony, Strzygi i Widma
                • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:22
                  Przed wiekami rycerz Pilch otrzymał od księcia ziemię za swoją waleczność i odwagę. Osiedlił się na niej. Ponieważ
                  w okolicznych lasach było bardzo dużo zwierzyny i pola dawały dobre plony, szybko pojawili się nowi osadnicy. Powstała
                  wioska, którą od imienia założyciela nazwano — Pilchowicami.
                  Mówiło się też, że nazwa ta pochodzi od rozbójnika Pilcha, który z okolicznych wzniesień wraz ze swą bandą wypatrywał
                  kupców przemierzających pobliski szlak handlowy, a potem napadał na nich rabując pieniądze i różne towary. Tym sposo-
                  bem Pilch wzbogacił się, wykupił tutejszą ziemię i wybudował zamek, w którego lochach chował zrabowany towar. Nigdy
                  nie dał się przyłapać na tym zbójeckim procederze, nigdy też nie odnaleziono skarbów kryjących się w lochach. Dookoła
                  zamku powstała osada zwana Pilchowicami.
                  Inne podanie głosi, że w miejscu tym mieszkało wiele myszy, zwanych pilchami i stąd właśnie wywodzi się nazwa wsi.
                  Za starego piyrwy rycerz Pilch dostoł ôd swego ksiyńcia za waleczność i ôpowoga ziymia. Ôsiedlōł się na ni. Naobkoło
                  w lasach bōło mocka zwierzyny, a pola bōły urodzajne, beztōż chneda prziszli osadnicy. Dziedzina kero powstała miano-
                  wała sie — ôd tego rycerza — Pilchowice.
                  Godajōm tyż starzi ludzie, że Pilchowice bezto sie tak nazywajōm, bo bōł taki zbōjnik - Pilch. Do kupy ze swojimi kam-
                  ratami dowoł pozōr, z kery strōny jadōm handlyrze i rabowoł ich dobytek. Tak to sie Pilch zbogaciōł, kupiōł dużo ziymi
                  i wybudowoł zōmek. We głymbokich pywnicach zōmka krył swoje bogactwo. Nigdy niy doł sie chycić ani tyż nigdy żodyn
                  niy znod jego skarbu. Kole zōmku powstała ôsada o nazwie Pilchowice.
                  Inksi starzi ludzie godajōm, że w tym miejscu była mocka myszów. Ludzie nazwali ich pilchami. I stōnd nazwa. I kto mo
                  recht? Wto to wiy...?
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 19:35
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/qaVag832CHYyIYYkX.jpg
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 20:08
        zōmek, ze jego podziemi wyłazi duch pani we biołych ôblyczkach. Duch łazi po dziedzińcu, wszyndy zaglōndo, łowdy kedy
        dziwo się do studnie, a potym zniko, traci sie za basztōm. Jak powiado bojka, tym zōmkym, co mioł tela łokyn, wiela jest
        dni, tela izbōw, wiela nocy, tela baszt i wieżyczek, wiela miesiyncy w roku, rzōndziōł ôszkliwy grof. To bōł ôkropiczny strup
        z niego. Boli sie go poddani, bo tyż koroł ludzi za bele co. Musieli go suchać na kożdym kroku. Wto go niy suchoł szed do do lochōw, a stamtōnd niy bōło już retōnku. Grof mioł wiernego sużōncego. Tyn zasik mioł przepiykno cera. Bōła gryfno
        i miyło. Łojciec przoł ji nad życi. Z tym zaś nie umioł sie pogodzić grof. Niy mōg spokopić, czamu sużōncy niy ônego, ale
        swoja cera tak kochoł. Prziszły Świynta Wielkanocne. Grof posłoł sużōncego do Glywic, a som zaś na siyła wloz do izby
        jego cery. Dziołszka akuratnie ôblykała bioło koszula i rychtowała sie do spanio. Pomstliwy grof chyciōł jōm za wosy,
        ôwinōł gowa biołōm płachtōm i zasmyczōł na plac. Tam poczaskano udusiōł i wciepoł do studnie. Jak przijechoł nazod
        sużōncy ze Glywic, to dugo szukoł swoja cera. Dopiyro ludzie mu pedzieli, co sie stało na dziedzińcu. Ze wielkigo jankoru
        za cerom ciynszko zachorowoł. Na łożu śmiyrci, jak już ta śmiertka po niego prziszła, przeklōn zōmek: „Zgiń, przepadni,
        zamiyń sie we kupa cegłōwek i gruzu”. Niydugo trza bōło czekać — grof umrzył we ciynżkich mynczarniach, a zōmek się
        spolył. Bezmała Bioło Dama chodzi we wielkanocno noc po zōmku i szuko boroka ôjca. Pokazuje sie yno tym, kerzy w to
        wierzōm. Aby trocha.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:36
        Dawno, dawno temu, na końcu Przyszowic, na drodze prowadzącej do sąsiedniego Szywołda ugrzązł w błocie wóz chłop-
        ski ciągniony wołami. Mimo wielu starań woźnicy wóz nie mógł wyjechać z ciężkiej gliny. A tu wkoło ciemna noc. Biedny
        chłop wpadł w rozpacz. Rzucił się na kolana, zaczął lamentować, płakać i prosić Boga o pomoc. W tym momencie ukazał
        mu się na niebie biały krzyż i cesarz Konstantyn. Chłop uderzył w pokłonie czołem o ziemię i dalej żarliwie się modlił. Gdy
        po chwili podniósł głowę, krzyża już nie było. Uspokojony spróbował raz jeszcze wydostać wóz z błota. I o dziwo, woły
        bez najmniejszego trudu wyciągnęły wóz. Jako zadośćuczynienie postawił w tym miejscu krzyż, a później postawiono
        w tym miejscu kościołek pod wezwaniem Świętego Krzyża.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:44
        Zaginiony dzwon
        Legenda głosi, że kilkaset lat temu Nieborowice miały własny kościół, który został zniszczony przez żołnierzy w trakcie po-
        topu szwedzkiego. Dzwon ze świątyni zniknął, a okoliczni mieszkańcy opowiadali, że zapadł się w pobliskim grzęzawisku.
        Po latach pewna dziewczyna spostrzegła, że stado świń wygrzebuje na podmokłych polach fragment jakiegoś dużego
        przedmiotu. Opowiedziała o tym dziadkowi, który przypomniał sobie, że kiedyś w tym miejscu stał kościół. Okazało się,
        że zwierzęta znalazły zaginiony dzwon. Ponieważ w Nieborowicach nie było już kościoła, ludzie postanowili podarować
        znalezisko parafii w Schönwaldzie (dzisiejszy Bojków). Zaprzęgnięto woły, które miały wyciągnąć dzwon na powierzchnię
        i zawieźć do miejsca przeznaczenia. Jednak żadna z wielu prób nie zakończyła się sukcesem. Dzwon nawet nie drgnął.
        Wreszcie zdecydowano, że z takim obciążeniem, zamiast do Bojkowa, łatwiej będzie dotrzeć do Żernicy. Ku zdziwieniu
        wszystkich zwierzęta natychmiast wyciągnęły dzwon z grzęzawiska… Podobno przez długie lata bił w żernickim kościele,
        ku radości mieszkańców.
        Piyrwy i jeszcze downi we Niyborowicach bōł kościōł. Ale prziszły Szwedy i go zniszczyły. Zwōn ze ty świōntyni sie straciōł.
        Ludzie ze Niyborowic godajōm, że utopiōł się na barzołach, co som tam konszczyczek dali.
        Moc rokōw przeszło i kiedyś jedna frelka uwidziała, że wieprzki, co sie pasły na łōnce, wygrzebujōm cosik z marasu.
        Pedziała o tym starzikowi, kery sie spomnioł o kościele. To bōł zwōn, a gowiydź, go znojdła. Co zrobić ze tym zwōnym?
        Kościoła już w Niyborowicach niy było, ale kapka dali, na Szywołdzie niy bōło zwōna. Tam się przido. Zaprzyngli woły
        i zaczło sie wyciōnganie zwōnōw. Fest sie zaparli, ale zwōny ani nie ruszyły. Ludzie prziszli po rozum do gowy — przeca
        lepi bydzie darować tyn zwōn sōmsiedni parafiji we Żernicy, bo niy wiadomo, jak go zasmyczyć do Szywołda. Jak yno to
        postanowiyli, zarozki woły ruszyły i wyciōngły zwōn ze barzołów. Bezmała zwōn w Żernicy zwōnił dugo, a żerniczany mieli
        z tego uciechy dwa miechy.
      • madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:57
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/wb/qa/5ixj/bO6RKe05tt5ROugGsX.jpg
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:03
        Duchy domowe – według dawnych wierzeń ludowych istoty nadprzyrodzone zamieszkujące w każdym domu.
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:07
        W Polsce dobre duchy nazywane były różnie w zależności od regionu: na Warmii i Mazurach były to koboldy zwane też kłobukami, na Pomorzu karzełki i skrzaty, w Wielkopolsce skrzaki, smoki, na terenie Mazowsza – latawce, w Kaliskiem – płonki, a na ziemi rzeszowskiej – żmije.
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:11
        W Polsce duchy domowe to duszyczki, bożęta domowi, domownicy, gospodarze, sąsiedzi, dobrochoty, żyrownicy.
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:38
        W wielu krajach europejskich występuje lub występowała wiara w podobne istoty, np. gobliny, gnomy czy krasnale.
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 12:25
        Strzygi
        • madohora Re: Legendy 30.09.25, 18:55
          Wiara w demony
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 18:13
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/4fGach4CnjmzCGAnX.jpg
        • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:35
          ▪️▪️▪️
          • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:38
            UFO A MITOLOGIA SŁOWIAŃSKA
            • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:40
              Demony w Dąbrowie
              • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:45
                Z tego ognia wyszły demony
                • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:48
                  Demon (stgr. δαίμων daimon, nadprzyrodzona potęga, dola; łac. daemon) – istota występująca w wielu wierzeniach ludowych, mitologiach i religiach, która zajmuje pozycję pośrednią między bogami a ludźmi, między sferą ziemsko-ludzką, materialną a sferą boską, czysto duchową; istota o cechach na wpół ludzkich, na wpół boskich; najczęściej nieprzyjazny człowiekowi duch, związany pierwotnie z pojęciem nieczystości sakralnej
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:52
        Demony niejednokrotnie w ludzkich wyobrażeniach pełnią funkcję strażników, chroniących określone terytorium w imieniu jego „pana”. Takie demony często przedstawiano w postaci pół ludzkiej, pół zwierzęcej. Początkowo tak przedstawiano sobie cherubiny, strażników raju. Wiele wyobrażeń demonicznych odwołuje się do postaci, które ogólnie mają być człowiekowi życzliwe a szkodzić jedynie w słusznym gniewie. Demony wiążą się niejednokrotnie z postaciami zmarłych, niebezpiecznymi duchami przodków.
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:58
        https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/7c/Nimfa_wodna_%281905%29.jpg/500px-Nimfa_wodna_%281905%29.jpg
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 20:05
        Mianem płanetników określano też ludzi przepowiadających jak również kontrolujących pogodę
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 23:39
        Przed demonami mają chronić m.in. amulety, specjalne zaklęcia, ofiary błagalne
      • madohora Re: Legendy 30.09.25, 23:57
        Bełt, błąd, błęd, błądzeń, błądzón, błędnik, błud, błudón, obłęd (staropol. bełtać – mącić, błądzić) – złośliwy polny lub leśny demon, występujący w tradycji Małopolski wschodniej; mylił podróżnym drogę i sprowadzał na błędne szlaki.
      • madohora Re: Legendy 01.10.25, 00:03
        Biesy mogły wnikać w poszczególne osoby i kierować ich działaniami (stąd określenie „zbiesiony”), przypisywano im też pilnowanie skarbów ukrytych w ziemi. Bytowały w lasach, bagnach i w głębinach wodnych
    • madohora Re: Legendy 13.03.15, 22:24
      Na moigo. starzyka chodziły też mory. Wtedy przychodził na niego ciężki sen, że ni móg sie ani obrócić na łóżku. Jednej nocy, a było już kansi po północy, śniło się mu, że po placu chodzi taki straszny diabeł. Starzyk chcioł wrzeszczeć, ale nie poradził, bo go cosi dusiło, jakby mu kiery na piersi doł strasznie ciężki kamiyń. Ni móg ani oddychać. Ale se spómnioł, że przed dwoma rokami przychodziły na niego. mory. I naroz mu zelżoło. i zaczął sie obracać na łóżku. Aż tu go cosik uszczypiło, że zaklął. Ni mógł doczekać rana i zaczął opowiadać babie, co mu sie tej nocy przydarziło. Naroz sie dziwo (już sie szarzoło.), a tu przez okno. ciśnie sie do chałupy jakisi sznórek. Starzyk go. chycił, starka podała mu nożyce i przestrzygli sznórek. Za chwile przyleciała sąsiadka-gaździno. i opowiado. z bekym, że dziywce urwało rękę w maszynie. Ta dziywka to była mora, co przychodziła na moigo starzyka, ale od tego czasu już był spokój.
      • madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:15

        Byli tam dwa razy. W obu przypadkach sprowadzał ich stan wojenny. Byli zaborcami, wrogami Polski i Polaków. Potrzebowali miedzi jako surowca strategicznego i koszt jej wydobycia nie był istotny.
        Po trzecim rozbiorze Polski, w 1806 r., prowadzili w obrębie góry Miedzianki kilkanaście miesięcy trwające penetracje górnicze. Przedłużyli staropolską sztolnię "Zofia", położoną w środku góry, gdzie występował czerwony łupek marglisty z zielonymi przemazami malachitu, czyli rudy miedzi. Złoża tam nie znaleziono.
        Niezależnie od tego weszli do gwareckiej sztolni "Antoni", ciągnącej się wzdłuż południowego zbocza góry i drążyli ją, pracując na głębokości 15 sążni, czyli 35 metrów. Tam kruszono otworami strzałowymi zwięzły marmurowy wapień użylony kalcytem i natrafiano szpary okruszcowane, których szerokość wynosiła 1-12 cali, a wiec 2,5 do 30 centymetrów. Sztolnie przemianowano na "Teresa", bo kalendarzowo w dniu tej patronki miało miejsce pierwsze uderzenie kilofa. Wyniki były negatywne i zainteresowanie Austriaków Miedzianką przerwała wojna napoleońska.
        Później podczas pierwszej wojny światowej działania, frontowe spowodowały, że Austriacy przyszli tu w 1915 r. I pozostali do kapitulacji. Natychmiast przypomniano sobie o legendarnym złożu góry Miedzianki. Okupant odebrał czynną kopalnię braciom Łaszczyńskim i kontynuował wydobycie pod nadzorem wojskowym, mianując zawiadowcą oficera V. F. Hrenkranza.
        Z Zawiercia i Sosnowca sprowadzono sześciuset górników, podjęto eksploatację w jednym z szybów Łaszczyńskich i przemianowano go na "Austriacki I". Na terenie zakładu przebywali komendanci wojenni. Poprzedni inwestorzy nie byli szykanowani przez okupanta i Austriacy starali się zachowywać wręcz serdecznie, utrzymując przyjacielskie stosunki towarzyskie. Tłumaczyli całą sytuację stanem wojennym, z powodu którego cierpieli również oni.
        Broń i ekwipunek wojskowy przechowywano u Łaszczyńskich w domu, a opodal w dolince "Trzcianiec" położono podłogę z desek na niedzielne potańcówki górników mających własną orkiestrę. Tam też w dni upalne komendanci opalali się, leżąc i popijając piwo. Roboty górnicze prowadzono z dokładną znajomością geologii i z niemiecką systematycznością. Do odwodnienia wyrobisk użyto pomp napędzanych sprowadzoną lokomobilą. wysokoprężny silnik Łaszczyńskich poruszał u okupanta sprężarkę do głębienia otworów strzałowych.
        Nad szybem Austriacy postawili własną wieżę wyciągową - bębnową. Kopalnię połączyli trzykilometrowym odcinkiem kolejki wąskotorowej z przystankiem kolei częstochowskiej, cztery lata wcześniej zbudowanej. Tam wybudowali rampę przeładunkową, sprawną dotąd. Stosowali wózki wywrotki i lokomotywki parowe oraz spalinową.
        Urobek wywożono do Salzburga, gdzie dokonywano rafinacji elektrolitycznej. Zawiadowca sporządzał dzienny raport i pobierał z przodka próbki odsyłane do laboratoryjnych badań wskaźnikowych na zawartość miedzi i srebra. Próbki pakowano w pudełeczka z pobielanej angielskiej blachy. Były one po spłonkach górniczych produkowanych w Pradze przez znaną wówczas firmę petrochemiczną "Selier and Bellow". Próbki owijano papierowymi metkami z symbolem wyrobiska i miejscem pobrania. Napisy wykonywano piórem maczanym w atramencie. Były one zgodne z planem kopalni, który bieżące wykreślał mierniczy górniczy z Niemiec. Kantor dysponował maszyną do pisania.
        Od początku 1917 r. badania wskaźnikowe próbek wykonywano już w Miedziance i bryłki kruszcu z tego okresu wraz z opakowaniami zostały po wojnie u Łaszczyńskich. Maria, wdowa po Bolesławie, sprzedała je w 1950 r., wyprowadzając się do Sierszy.
        Poza wspomnianym szybem okupant wykonał także szyb "AustriackiII" u północno- zachodniego podnóża góry. Oba szyby połączono chodnikiem, który biegł wzdłuż kontaktu wapieni z piaskowcami. Kontakt był zmineralizowany miedzią i objęty krasem.
        Większość urobku pochodziła ze złoża przy szybie pierwszym, tam też napotkano wcześniejsze staropolskie roboty. Poza tym Austriacy przecięli całą górę, przedłużając staropolską sztolnię "Zofia", gdzie penetrację przed nimi prowadził zaborca w 1806 r., a następnie S. Staszic Łaszczyńscy. Było to wyrobisko poszukiwawcze negatywne. W sumie okupant austriacki w okresie pierwszej wojny światowej wykonał na Miedziance 4 km chodników. Wydobyto łącznie 1200 t urobku o zawartości 8 procent miedzi. W najkorzystniejszym roku 1917 uzyskano 1042, 97 tony. W Salzburgu otrzymano 65,952 t miedzi i 90,7 kg srebra, co daje 85 gramów szlachetnego metalu na tonę kruszcu.
        Z raportów kopalni wiemy, że kruszec o zawartości 40 procent miedzi miał 2300 gramów srebra na tonę. Górnicy w żargonie kopalnianym wyróżniali rudę "szarą", "czarną" i "zieloną". Według poprawnej nomenklatury był to sulfoarsenian miedzi zwany miedziankitem, siarczek miedzi- chalkozyn i dwuwęglan miedzi- malachit.
        Gdy nastąpił rozkład cesarstwa austrowęgierskiego, 11 listopada 1918 r. dwaj komendanci wojenni obecni wtedy w Miedziance wraz z zawiadowcą kopalni zwrócili zakład z wyposażeniem byłym właścicielom Łaszczyńskim, spisując protokół zdawczo- odbiorczy i akt przekazania na 15 stronach maszynopisu. Szybko odjechali do swych domów pozostawiając kufer z umundurowaniem i bronią, który potem Łaszczyńscy musieli odwieźć swą bryczką do Piekoszowa, gdy tylko powstał tam polski postarunek policji.
        Poprzedni inwestorzy natychmiast uruchomili zakład, ale złoże miedzi było już całkowicie wyczerpane.
      • madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:39
        Materiały źródłowe podają, że kiedy rodak miasta Chęciny, ksiądz Jan Śmiech pełnił funkcję plebana uległ prośbie swej matki Anny i erygował 2 marca 1481 roku, przy szpitalnym kościółku św. Ducha proboszcza. Aby ta osobliwa parafia mogła istnieć, znaleziono osoby chętne, które darowały pole, łąki i stawy, za co nowy proboszcz zobowiązał się odprawiać msze w intencji dobrodziejów oraz fundatorów.
        Mieszkańcy pokazują miejsce przy obecnej ulicy Ogrodowej, gdzie na piaszczystym terenie znajdowało się miejsce grzebalne zmarłych w znajdującym się tam niegdyś szpitalu św. Ducha.
        Kościółek i szpital graniczyły od południa z gruntami zamkowej wsi służebnej Górki i sięgała ona do połowy obecnej ulicy Jędrzejowskiej.
        Szpital i kościółek św. Ducha znajdowały się poza murami miasta po stronie zachodniej w pobliżu późniejszego klasztoru klarysek, użytkowanego dziś przez siostry bernardynki, czyli mniszki trzeciego Zakonu Świętego Franciszka z Asyżu.
        Czasookres działalności szpitala nie jest znany. Przypuszczalnie obiekt wraz z kościołkiem popadł w ruinę na przestrzeni XVII w. na skutek niedofinansowania owej parafii, której grunt przejęło miasto w wyniku zadłużenia podatkowego prebendy.
        Nie mniej zachowała się legenda, która mówi, że pewnego razu przywieziono do szpitala na furmance o skrzypiących, nie okutych kołach pobitego wieśniaka, z pobliskiej wsi królewskiej Gałęzie, leżącej między górami kruszcowymi. Wóz przyciągnęły dwa woły. Kmieć miał poprzetrącane obie noki i liczne rany. Cierpiał straszliwie. Poskładano go troskliwie, owinięto i leżał.
        Mówił, że poza robotą na swoim polu, obsługiwał w ramach pańszczyzny wapiennik znajdujący się w jego wsi. Wypalał wapno dostarczane z tamtejszych gór, i korzystał z miejscowego drewna.
        Nocą wtargnęli mu na robotę rozbójnicy i żądali wydania posiadanego srebra. Gdy tłumaczył, że jest biedakiem i srebra nie widział na oczy, zaczęli bić go bez litości polanami drewna. Powtarzali, że dobrze wiedzą, po co tu przybyli. Kiedy stracił on na długo przytomność, stwierdzili iż umarł i odeszli.
        W szpitalu nie następowała poprawa, gdyż wdała się gangrena. Amputowano obie nogi. Wtedy ranny czując zbliżający się koniec, poprosił księdza. Przybył proboszcz od szpitalnego kościółka św. Ducha. Bardzo długo rozmawiali szeptem, a potem ksiądz odwiedzał jeszcze kilkakrotnie umierającą osobę.
        W jakiś czas po pogrzebie, ksiądz opowiedział swoim bliskim o zbójcach, pobiciu i srebrze. Otóż wspomniany kmieć wykorzystywał piec wapienniczy do otrzymywania szlachetnego metalu z miejscowego kruszcu ołowiu. Polepa paleniska była gam celowo wykonana z zaprawy na mączce kostnej. Wypalając wapno, podrzucano ukradkiem w ogień bryłki kruszcu wykopywane we wsi na górze Gałęzkiej. Kruszec topił się i wsiąkał w polepę. Tam żar spalał ołów na żółty proszek, a srebro metaliczne zostało.
        Co pewien czas polepę usuwano, jako "starą" i dawano nową. Rzecz całą trzymano w sekrecie. Usuwano polepę, kruszono i przemywano uzyskany z niej proszek w korycie z bieżącą wodą, która zabierała miał kostny. Ciężkie srebro zostawało na dnie koryta.
        Kmieć skarb swój trzymał w garnku, zakopany pod sosną w lesie i drzewo oznakował wbitym w pień ćwiekiem na wysokości trzech łokci. Powiedział o tym księdzu, aby po pogrzebie wykopał i zużył na poprawę kościoła szpitalnego.
        Proboszcz był w Gałęziach, wykorzystał czas niedzielny, gdy w piecu wapienniczym nie palono i pobrał stamtąd próbkę polepy. Kropelki srebra były, ale nie znalazł oznakowanej sosny. Sprawa podlegała ścisłej tajemnicy, bo kruszec należał do Króla Jego Mości, i srebro w nim drzemiące stanowiło rzecz gardłową.
      • madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:09
        Świat między światami, czyli tajemnice Diablaka

        Zwana także Wielką Magurą lub Królową Beskidów. Babia Góra rozciąga się na paśmie górskim na granicy polsko - słowackiej, między przełęczą Glinne nad Korbielowem a doliną Skawy. Masyw Babiej Góry zaczyna się na Przełęczy Jałowieckiej, biegnie przez wierzchołek Cyl na Diablak - główny wierzchołek Babiej Góry, nieco niższy Główniak, Sokolicę i kończy się na Przełęczy Lipnickiej zwanej Krowiarki. Środowisko przyrodnicze Babiej Góry chronione jest Babiogórskim Parkiem Narodowym.
      • madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:56
        LEGENDA O KOŚCIELE NA BABIEJ GÓRZE
      • madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:14
        Proces o gąsięta. Między dwoma sąsiadami powstała sprzecz ka o gąsięta. Rzecz się tak miała. Jeden z nich, nazwiskiem Kula, miał gąsiąt dwa naście. Drugi, Biłaj, miał chytrego kota. Rzecz naturalna, iż między chytrym kotem a tłustemi gąsiętami powstała tego rodzaju znajomość, iż gąsiąt z każdym dniem ubywa ło, a kot tuczył się doskonale. Dziwił się i martwił właściciel piskląt gęsich, a dociec nie mógł, gdzie mu się podziewają. Wreszcie, przycupnąwszy pewnego dnia za węgłem, spostrzegł, źe kot sąsiada wypadł nagle z ukry cia i przedostatnie gąsię porwał. Kula, skłon ny bardzo do procesów, skarży natychmiast Biłaja do sądu powiatowego i żąda wyna grodzenia szkody. Przyszedł pozew; skarżą cy, oskarżony i świadkowie zebrali się w kom plecie; sprawa przyszła na stół. Po ogłosze niu oskarżenia, sędzia zapytał, gdzie jest głów ny sprawca szkody i nieszczęścia Kuli, t. j. kot? Biłaj oświadczył, źe kot wprawdzie pozwu nie dostał, ale źe może go przyprowa dzić. Sędzia odłożył rozprawę do dnia na stępnego, na którą kazał przyprowadzić i kota. Drugiego dnia, po przeprowadzonej roz prawie, sędzia najformalniejszy ogłosił wy rok: Kot za rozmyślne morderstwo skazany zostaje na 14 dni aresztu i zwrot kosztów do chodzenia sądowego. Rozumie się, źe koszta ponieść musiał słuźbodawca Biłaj. Kluczny natychmiast kota zamknął; ale na tem naj gorzej wyszedł Biłaj, który obowiązany byem szynki, kiełbasy, słoninę i sadło. Gospo dyni, ucieszona, że niewinność jej na wierzch jak oliwa wypłynie, krzyknęła: O chwała Bogu, żem was na gorącym przydybała uczyn ku; teraz będzie ksiądz proboszcz wiedział, kto jest sprawcą kradzieży! Złodzieje struch leli, a zobaczywszy tak wymownego świad ka swego czynu, postanowili go usunąć. Za bili więc gospodynię, a zabrawszy skradzione przedmioty, znowu spiżarnię zamknęli. Przy był ks. proboszcz, otwiera więzienie, słucha, nikt nie mówi; przychodzi bliżej, struchlał! Gospodyni nieżywa! Pewno ze strachu umar ła, pomyślał ks. proboszcz i zmartwił się bar dzo, bo obawiał się, aby go nie posądzono o morderstwo. Kazał więc zawołać orga nistę i polecił mu uprzątnąć trupa, ale tak, aby nikt o nagłej, u niego zaszłej śmierci gospodyni nie wiedział. Organista, wziąwszy trupa w nocy na barki, postawił go w ka puście u sąsiada. Sąsiad wstaje o świcie, a sądząc, że ma w kapuście złodzieja, pobiegł z kijem i tak nim silnie mniemanego szkod nika uderzył, że go na miejscu zabił. Po znawszy w zabitym szkodniku trupa gospody ni księdza proboszcza, oniemiał prawie z prze strachu. Przyszedłszy do siebie, zaczął na myślać się nad tem, jakby trupa ukryć lub wynieść. Po namyśle ukrył ciało gospodyni
      • madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:28
        V. 0 dwóch siostrach. Jeden król miał dwie córki, a posagu dla nich mało. Rzekł tedy do nich pewnego dnia: „Idźcie obie do lasu i zbierajcie kwiat ki; która z was więcej uzbiera, cały mój majątek dostanie”. Poszły więc dziewice obie do lasu; młodsza więcej uzbierała kwiatecz- ków, o co starsza tak się rozgniewała, źe zabiła ją i pod lipą pochowała. Wzięła po tem siostrzyne kwiateczki i zaniosła ojcu. —Gdzież siostra? spytał król przybyłej.—Po szła daleko w las i nie wróciła dotąd, odpo wiedziała morderczyni. Król polecił więc pasterzowi iść w las i szukać zgubionej cór ki. Ale pasterz długo szukał i nikogo nie znalazł, padł więc na niego strach ogromny; z onej lipy, pod którą zamordowana leżała,
        ukręcił fujarkę, która mu bardzo smutnie grała. Wrócił tedy do króla, opowiedział wszystko i zagrał na fujarce, która żałośnie śpiewała: Graj, pastuszku, graj, Sercu memu żal: Starsza siostra mnie zabiła O koszyczek mój. Król, usłyszawszy tę piosnkę, przeląkł się niezmiernie, zapłakał, fujarkę z rąk pastuszka wziął, zagrał, a ona śpiewała: Graj, tatuńciu, graj, Sercu memu żal i t. d. j. w. Wzięła fujarkę królowa, zagrała, a fujarka śpiewała smutnie: Graj, matusiu, graj, Sercu memu żal i t. d. j. w. Król kazał teraz przywołać córkę, dał jej fujarkę, a ona śpiewała smutnie: Graj, fujarko, graj, Memu sercu żal; Tyś, siostruniu, mnie zabiła O koszyczek mój, O koszyczek mój. Tajemnica została tedy odkrytą. Morder czynię wtrącono do głębokiego lochu, gdzie z żalu i głodu umarła
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 18:59
        « Tylko jnk wsiadał na konia karego, Skończywszy ciche szeptanie, Z uśmiechem rzekła dziewczyna do niego Dob rze, za tydzień móy panie ! Juz się chowały słoneczka ostatki, I na około spadał cień grobowy, Gdy ona szybko wróciła do chatki, A on złoskolem do swojey dąbrowy. ’’Ach matko rzecze, zbierając jagody, Tu niedaleko w krzewinie pod skałą, Na ładnym koniu jakiś panicz młody, Spotkał się zemną, serc mi zadrżało.
        I on rozmawiał z tóbą pokryjomu, I cózci mówił wyznay mi niecnoto? lego niemogę wyjawić nikomu, Bo mi zakazał i prosił mnie oto. I jeśli wszyslko spełnię wswoim czasie Za to obiecał na uczciwe słowo, Kupie mi zaraz na pierwszym kiermasie. Śliczną chusteczkę i sukienkę noyyą. i Ach dziewczyno! matka powie, łAiesz ty zkim to je§Ł poznanie, To z szatanem co w dąbrowie, Zdawiia ina swoje mięszkanic.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:49
        Ros grof wybroł sie na dugo rajza na kôniu. Wiedzioł, że bydzie wrocoł po cimoku do dwora, besto na karku kônia zawiesił tako lampka, ftoro miała mu świycić po cimoku, coby widzioł, kaj jechać. Ja, kôń drôga znoł przeca, ale tedy uowdy jechoł pod drzewami, i môg grof gowôm zahacyc uo jako asta i uojla se nabić. I jakby to wyglôndoł? Taki wywołany grof z uojlôm? Nô jeszcze by tego brakowało.
      • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:59
        Ludzie zacli świyńcić niy ino pola. Pomyśleli tysz, coby świyńcić stowy. Przeca woda świyncôno poli skôra rogatego! Przi tymu świyncyniu na jakiś cos pogônili tysz pora utopkôw. Postawili tysz pora krziżôw wele gościńca. Postawili tysz tako wielo kolumna, a na nij figura Matki Boskij. Coby wachowała Ławcan przed wszyskim złym! A co było najważniyjsze, to ludzie zacli być dobrzi. Przestali sie wadzić, pić gorzoła a zacli chodzować do kościoła i wiyncyj rzykać. A na Ławkach zamias złego luftu uostudy i picio, prziszeł dobry luft rzykanio a dobroci. A tego diobeł szczimać niy poradził! I tak sie stracił a przestoł ludzi straszować uo pôłnocku. Noreście Ławcany mieli świynty spokôj.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:09
        A jedyn kôncek polo zowdy niy był uorany. Haf posali krowy. Trowa na tyj łônce była fes dobro. Niy, jo tego niy jod, ale moja babka uosprowiała, że zowdy zaglôndała, jak przepadzicie ta trowa jodajôm krowy. A potym sie je dojyło. A mlyko było take masne, że sie w gowie niy mieści. I z tego mlyka wyrobiali masło a i nojlepsze syry gospodyni poradziyła zrobić. Take dobre były, że pôł Brzynskowic chodzowało do nij, coby je kupić. Lepszego syra niy było nikaj. Polokowe pole było nojlepsze. Ale miało jedyn feler. Żyło na niym cosik dziwnego.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:17
        Francek prziszeł do dôm ledwo żywy. Jusz tyj radości, a chyńci do śpiywu ni mioł! Cołki uobolały a uobwolany w marasie niy wiedzioł, co mo swoji babie pedzieć, bo jak tu sie przyznać, że trefiył na polokowym polu nocnica?
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:44
        Jak utopek mioł wielo siła, tak mi babka godali, to wciôngnył pod woda nawet dorosłego chopa. A môg to robić uod jesiyni, bes zima a wiosna. Padocie, że w zima żodyn sie niy kômpie? A dyć niy! Za to jak stow zamorz to brali szlyje i lotali na stow sie kyjzać. Ino tedy uowdy lôd był myńszy, a jak sie załômoł to niyjedyn wpod do wody i jusz był uod utopka! Ale jak prziszło świyntego Jôna, to utopek traciył moce. Godali, że dzieje sie tak, bo świynty Jôn świyńci woda i wszysko złe traci swoje moce. Wtyncos utopek ino topił małe bajtle. Taki był tyn gizd słaby! Besto babki godały dzieciom, coby niy chodziyli na stow sie kômpać, bo to może sie skôńcyć źle. Ale fto by tam suchoł starych, jak je hica na dworze, a woda tako fajno. Ale potym był płacz. Jak to babka godali, że z igrackôw przidôm płacki. I richtig niyros tak było.
      • madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:53
        Tak se synek dumoł, co to może być? I spômnioł se, jak jego babka godali, że haf miyszko taki diobeł, ftory tedy uowdy, do swoji uciechy, wodzi ludzi po lesie, że niy poradzôm do dôm trefić! I wodzi jich cołko nocka, aże dopiero rano widzom, kaj sôm. A skiż tego, że łazili po marasie i krzokach, to niyros mieli cołke łachy uobwolane ciaplytôm abo nawet potargane! I wrocali do dôm umyncyni. I niyros za sobôm syszeli gupi śmiych tego rogatego, że tak jich poradził wodzić po lesie.
      • madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:12
        Po śmierci kasztelana krakowskiego pojawiła się legenda, że wcale nie umarł śmiercią naturalną, tylko za życia został porwany przez diabły do piekła. A jego duch powraca nocami na zamek pod postacią czarnego olbrzymiego psa.
      • madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:21
        Legenda o żydowskim weselu

        Pewnego dnia bogaty Żyd, mimo sprzeciwu rabina z pobliskiej synagogi Remuh postanowił hucznie wydać córkę za mąż i urządzić wesele.
        Zabawa trwała do późnego wieczora w piątek, kiedy już nastał szabas i czas modlitwy. Zamiast skończyć zabawę, weselnicy bawili się dalej. I za to spotkała ich sroga kara - wszyscy umarli tego samego wieczora. Ta historia była na tyle dobrą przestrogą, że od tamtej pory nie urządza się w piątki żydowskich wesel.
        Chodzą też słuchy, że nawet dziś, przechodząc koło synagogi można usłyszeć szepty i jęki przeklętych weselników.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:14
        Upiory przede wszystkim wypijały ludziom krew, ale też – mając nadludzką siłę – rozrywały ofiary na strzępy. Mogły też samym oddechem albo głosem zabijać ludzi[8]. Męczyły nocami, nie dawały oddychać, zmuszały do chodzenia po nocy. Często pojawiał się motyw upiora męża/żony, który po śmierci odwiedzał owdowiałego członka rodziny. Wykonywał on wtedy czynności, które znał za życia, męczył też fizycznie rodzinę.
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:17
        Drugim aspektem są «groby wampiryczne» – starożytne pochówki odkryte podczas budowy Drogowej Trasy Średnicowej w Gliwicach, zawierające szkielety zakopane ze sposobami mającymi zapobiegać ich powrotowi zza grobu, co jest odniesieniem do dawnych wierzeń o nieumarłych
      • madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:25
        Królowa miała zniekształconą szczękę. Zwyrodnienia te tłumaczy się genetycznymi obciążeniami Habsburgów, którzy zwykli zawierać związki matrymonialne wyłącznie w wąskim kręgu spokrewnionych rodów. To również wymowne - cesarski ród przeświadczony był o wyjątkowej szlachetności swej krwi, w związku z czym unikał mieszania jej z krwią prostaków (czyli niemal wszystkich). Mało tego. Habsburgowie przejawiali niezdrową fascynację śmiercią, okultyzmem i czarną magią. Diabolicznego cesarza Rudolfa II posądzano o satanistyczne praktyki, zaś jego syn, markiz Julius d'Austria, był zbrodniczym psychopatą.
    • madohora Re: Legendy - Zaginiony Klasztor II 13.03.15, 22:53
      W Pruchnej - tam kaj chodnikiem sie idzie do Zebrzydowic - to starzi ludzie powiadajóm, że kiesi jeszcze w downych czasach, co sie każde złorzeczyni, a każde przeklyństwo pełniło, stoł tam klosztór, a przi nim kaplica. A w tym klosztorze były siostry taki, co ty zioła tam zbiyrały i jak ludzie prziszli do nich po porade, z chorobami rozmańtymi, to ich lyczyły. Nó i do tego klosztoru też roz tam jak zabłądził w lesie, prziszeł pón, co tam niedaleko mioł zómek. A był młody, a piekny, szykowny. Siostry rade były, że prziszeł taki możny człowiek. A jedna tako piekno szwamo siostra sie mu spodobała. A óna, jako że była młodo, to sie ji też młody spodoboł. Nó i tak to jakosi zrobili, że sie tam spotykali na łące. Nó i ta pani, ta małżónka od tego bogatego pana sie o tym dowiedziała. Kie miała dzieci i młodo była, bardzo ji to było przikro. Jak mógła, sie starała, żeby tego małżónka odciągnyć, żeby ji tam nie zdradzoł, żeby tam nie chodził, ale ni mógła se dać rady. Zebrała sie roz i na kóniu pojechała tam do tego klosztora podziwać sie, co tam jest. I miała akurat to szczęści czy nieszczęści spotkać te szwarną zakonnice, te panne, co tam w tym klasztorze była. Jak ją uwidziała, toż se zaroz pomyślała: "To już je marne. Jo już nic nie zrobiym." I straszne przeklyństwo nuciła. Mówiła:
      - Niech sie tyn klosztór zapadnie, pospołu z tóm kaplicóm.
      Ledwo to powiedziała, zagrzmiało. Ziymia sie odewrziła i tyn klosztór i te kaplice i te panióm pochłónyła. Pozostało tam jyny źrzódełko, kiere miało wode takóm, co lyczy, i to źrzódełko tam je po dzisio. Jak kogo co boli, a najbarzi to na oczy, to bieróm te wode i oczy se nióm przemywają i prawią, że pómogo. Tam, na tej łące, kaj sie schodzili, to prawióru, że tam jest taki zieli, co kwitnie bioło, a je trujące, że to też tam od tego czasu rośnie i zwiyrzęta go nie żeróm, pszczółki, owady go omijajóm. I tak to jakosi kiesi na tym świecie być musiało, że to ty przeklyństwa sie spełniały, kie ta legynda je aż po dzisio. Dzisio sie już to nie pełni.
    • madohora Re: Legendy - Nocznice 13.03.15, 23:17
      Jeszcze dzisiaj starzi ludzie wierzą w nocznice. Nocznice - mówią - chodzą w adwyncie. Unoszą się polami jako światełka, a kto idzie i śpiywo albo gwiżdże, to go napadajóm i smykajóm tak długo, aż zupełnie osłabnie, a niektórzy - jak jest słabszy - to i skóno. I kiesi też jedna dziewczyna - było to już późno wieczorym przijechała pociągym do naszej wsi, a wiadomo, że u nas w Pruchnej dworzec kolejowy jest od wsi daleko i trzeba iść przez pola. Ale tóż dziołcha była młodo i szpasowito, chnet sie tam jakiś znajomy kawaler ku ni przyczepił
      byli dwa. A wyjdóm kąsek na chodnik, tu idzie rechtór. Mówi:
      - Każ to idziecie?
      - Ku dziedzinie.
      - To jo też pój dym z wami. Pójdzie sie nóm we trójke dobrze.
      Nó i tak se we trójke idóm i jak to w adwencie, śniyg już troszeczka prószy, tak mgławo było i tak idóm, szpasują se tam rozmaicie, opowiadajóm i nagle w dziedzinie widzóm światełko tak przez ty pola, tóm miedzóm idóm prosto na to światełko. I tak idóm, idóm, światełko fórt widać, już im to było dziwne, zaczyni sie zastanawiać, co oni tak długo do tej dziedziny idóm. Już powinni być downo przi farze, bo to liczyli, że to światełko jest z fary i tyn rechtór - ón sie Bakar nazywoł powiado:
      - Na jakosi to je dziwne. Jakoś to długo do tej chałpy idymy
      "Ale - myśli se - opowiadómy i to tak sie ciągnie". Aż nagle widzóm z przeciwka, że idzie jakisi ciyi. Bo to całkiym dymno nie było. Było tak szarawo i ten rechtór woło:
      - Hej, kto tu idzie?
      - To jo - odzywo sie mu chłop.
      - A co za jo?
      - Na Krygierek.
      - A kiery Krygierek?
      - Na tyn hawiyrz.
      - A każ to idziecie, Krygierku? - Już wiedzioł tyn rechtór, kto to jest.
      A tyn mówi:
      - Ku cugu idym. Do pociągu. Bo przeca do roboty jadym.
      - Ale, nie mówcie. Dyć my są przi farze, a każ wy to idziecie? Tu jest fara, a me kierchów.
      - Ale katać też tam, panie rechtór. Na dyć tu jest krziż, a tu oto jest staw tu w tej dolinie, to my są przi tym stawie akurat.
      - Na, ni ma możne. Dyć my już powinni downo być w chałupie.
      A Krygierek prawi:
      - Ja, ja panie rechtór. Smyko was tu, smyko. Bo to przeca jest adwynt, nocznice chodzóm, a wy sie śmiejecie i łazicie po polu z tóm oto porką młodych i nocznice was tak smykajóm.
      Nó i tak to jest z tymi nocznicami. Starzi ludzie jeszcze dzisio w ty nocznice wierzóm
      i młodym przikazujóm, jak nocami wychodzóm:
      - Nie gwizdejcie. A anie śpiywejcie. A nie śmiyjcie sie polami, bo nocznice sie bardzo mszczóm. Jak dopadnóm człowieka, depcóm nogami, a zmoczóm tak, że tyn człowiek
      już potym ani ni ma zdolny do życio, a że cały taki otumanióny pozóstanie.
    • madohora Re: Legendy - Pokuta Hołoty 13.03.15, 23:25
      Jak jeszcze dzisio starzi ludzie powiadajóm, był roz jedyn taki bardzo nieużyty siedlok, bogaty, co sie nazywoł Hołota. Nie zaznoł, co to biyda, nigdy za żodnóm usługe żodnymu nie podziękowoł, wszystko od ludzi za darmo chcioł wyciągnyć, a nikómu nie pomógł. Tak
      że już potem ludzie ani do niego po pómoc nie szli. r tak żył chłopisko, wykorzystywoł, kogo sie dało. Aż jedna biydno baba miała chłopa, co sie mu przi robocie stało nieszczęści i wziyli
      go na wóz i wiyźli go do chałpy. Ale chłopisko już ducha po chodniku wypuścił. Przijechali też tam pod tyn kopiec, a że to było przi roztokach wiosynnych, cesta grząsko, i zaś wozym nie mogli wyjechać na tyn kopiec. Baba w pytke do siedloka: - Na dyć, gazdoszku, bydźcie tak dobrzi, pómóżcie nóm wyciągnyć wóz. Ale ten nieuczyniiwy człowiek, jak zwyczajnie, skrziczoł babe, tóż ona mówi: - Jak już nóm nie chcecie pómóc wyciągnyć tego wozu, bo ta nasza szkapa se niy może dać rady, ale chociaż nóm światełka jakiego pojczejcie. - Co? Jeszcze latarnie być ody mnie chciała? Czy jo dlo ciebie nafte kupujym albo świyczki? Co se ty niy myślisz?! Nó, baba poszła. Mówi: - Bodejżeś ty nigdy zaznoł spokoju. Bodejżeś sie tłukł po tym świecie. Tak tam jeszcze taki przeklyństwa, jako to downij bywało, powiedziała i poszła.
      Jakosi już tego nieboszczyka do tej chałpy dosmyczyli, a siedlok już tam potym długo nie żył. Hnet umrził. Nó i nie minyło wiela czasu, zaczyny słuchy chodzić, że tam pod tym kopcym chodzi tyn siedlok kole tej swoji chałpy ze świyczkami i czeko, aż go kto o światełko popy to, żeby poświycił i przi tym żeby mu podziękował. Bo tako sie wiadomość rozniósła, że tak długo bydzie pokutować, aż mu ktoś za to światełko podziękuje. Tak to długi, długi roki trwało. Tak że sie ludzie przizwyczaili, że jak kto pod kopcym ugrząz, to jyny zawołali: - Hołota spod płota, pódź poświycić, bo jest ćma. I hnet sie światełko zjawiało. To nie jyny na tej drodze. Ale i jak kto w nocy zabłąkoł polami, niech to było, kiedy chciało. Czy w lesie, jak jyny go wezwali, przichodził w nocy ze światłym i każdego na prowodziwom droge wyprowadzoł.
      Ale ludzie myśleli se: "Ha, co tam! Jak żeś ty ni mioł takigo serca żodnego ku ludzióm, ku biydokóm, trop sie. Bo ludzie też umióm być mściwi. Pamiętajóm dobre, albo złe jeszcze dłużyj. I tak sie potem przizwyczaili, że żodyn tymu światełku nie dziękowoł. I już tak długo,
      długo trwało. Roz też jedyn siedlok szeł i zabłądził. Bo to w adwyncie mgły bywajóm, duchy rozmaite - jak to ludzie prawióm - chodzóm a tamtyn chłop pociągnył kapke za moc z butelki i potem do chałpy ni móg trefić. Tóż też zawołał: - Holota, spod płota, pódź poświycić, bo jest ćma! Zjawiło sie światełko i Pieknie, pieknie wykludziło go aż ku chałpie. Aż ku samymu
      progu. Jak już tyn chłop wloz do siyni, to światełko stoi fórt. Tóż on prawi tymu światełku:
      - Teraz cie już nie potrzebujym. Idź se spadki, skądeś wyloz, aby mi świycić. Zaś nie podziękowoł. I tyn Hołota, tyn duch tego Hołoty sie tak zemścił na tym chłopie, że kiedy ón już był isty, że już sie mu nic nie stanie, to akurat wtedy wiater dmuchnył, trzasło dżwiyrzami i przibiło pięty. I tak od tych pięt sie mu ciało zaczyło psuć, chorowoł, chorowoł, aż umrził. Jednak i duchy sie też zemścić umióm. I musiał już kiesik ktosi tymu Hołocie podziękować, bo dzisio tam już nie słychać, żeby sie tam ze swym światełkym Hołota zjawiał, bo starzi ludzie już wymarli, co to wszystko, ty bojtki opowiadali i mało nas już zóstało, co to jeszcze od dziecinnych roków pamiętómy. Może to już jest pomiynióne, ale tela, co jeszcze pamiętómy, to jeszcze opowiadómy, żeby ludzie wiedzieli, jak to kiesi, kiesi, hań downi bywało.
    • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:10
      Śmierci lęka się każde stworzenie, lecz największy strach ogarnia człowieka, gdy sobie pomyśli, że go może spotkać śmierć pozorna, to jest, że nas za życia mogą pochować do grobu okropnego. Żadne zdarzenie na świecie nie uderza w nasze serca tak strasznie, jak opowiadanie o nieszczęśliwych, których dla pozornej śmierci pochowano za żywa.
      Podajemy następujące opowiadania o kilku zdarzeniach na Górnym Szlązku.
      Stary pułkownik w Ornontowicach. Nigdy nie zapomnę zdarzenia tego z młodości mojej:
      W Ornontowicach, wiosce położonej w Pszczyńskim powiecie, żył przed 40 laty stary pułkownik, który niespodzianie umarł, będąc w 70 roku wieku swego. Ponieważ sam był wszystko przygotował na pogrzeb swój, więc za parę godzin, jeszcze tego samego dnia po śmierci, ubrali go słudzy w ubiór żołnierski, położyli w trumnie i zanieśli do kościoła, gdzie po kolei chłopi po - czterech odbywali straż we dnie i w nocy, przyczem liczne świece przyświecały. Czwartego dnia pochowano zmarłego w murowanym grobie a nad sklepieniem położono wielki kamień z stosownym napisem. Trzeciego dnia usłyszał dzwonnik jakieś jęczenie na cmentarzu i doniósł o tem nauczycielowi, który przekonawszy się, że narzekanie z ziemi na cmentarzu pochodzi, kazał ostatnie dwa groby prędko odkopać i trumny otworzyć. Lecz w obóch trumnach spoczywali umarli spokojnie. Zagrzebano znowu umarłych, jęczenie na cmentarzu też ustało i różnie ludzie sądzili, skąd mogło pochodzić. Nikt nie przypuszczał, ani nawet nie pomyślał, żeby 70 letni pułkownik mógł jeszcze raz ożyć i dlatego jego grobu nie otworzono. Kilka lat później kazał nowy dziedzic wymurować wspaniałe i obszerne mauzoleum (sklep grobowy) dla dziedziców Ornontowskich i ich rodzin, i uznał za stosowne
      zmarłego pułkownika przenieść do nowego mauzoleum. Nadeszło pozwolenie biskupa;
      ks. dziekan, organista, nowy dziedzic i mnóstwo ludzi zebrało się około starego grobu;
      mularze odwalili kamień, przełamali mocne sklepienie, lecz gdy deski znajdujące się pod sklepieniem usnęli, odskoczyli ze strachem od grobu. Zaglądamy w grób i sami przelękliśmy
      się nie mało ujrzawszy trumnę otwartą a ciało zmarłego w poprzek na trumnie leżące.
      Dziedzic zawołał: "Okradli go złodzieje!" Można to było przypuszczać, bo stary pułkownik kazał się w wspaniałym ubiorze pochować; na palcach były złote pierścienie, na boku kosztowny miecz, z pozłacaną rękojeścią, na ramionach śrebrne szlify, na bótach śrebrne a nadto pozłacane ostrogi. Ks, dziekan, przypatrując się całemu położeniu umarłego, zauważał: "Złodzieje go nie złupili, bo byliby zabrali z sobą klejnoty, a tu je wszystkie widzimy!" "Złodzieje nie byli w grobie," odezwał się mularz, "bo sklepienie grobu zostało nie
      ruszone tak, jak sam je dokończyłem, a nawet mój nóż, który na desce pod sklepie zapomniawszy o nim, zostawiłem, znalazłem dziś. Gdyby byli złodzieje, musiałbym to poznać, a ściany grobowe są także nienaruszone. " "Mój Boze, więc ożył w grobie!" - "Śmierć pozorna!" - To była wykrzyki które się boleśnie z piersi obecnych dobywały. Teraz przypomniano sobie owe jęki, które dzwonnik, organista i ludzie słyszeli, gdy dwa groby daremnie odkopywali. Pochodziło to podziemne narzekanie z murowanego grobu starego pułkownika, lecz głos jego na trzeci dzień po pogrzebie a na szósty po mniemanej śmierci, już był tak słaby, że nikt zrozumieć nie mógł, skąd jęki pochodzą. Pewnie okropne chwile przepędził ożyły w grobie; rozpacz dodała starcowi nadzwyczajnych sił, kiedy mocno zabitą trumnę zdołał otworzyć, i długo żył w grobowem więzieniu, bo wszędzie po ścianach były
      znaki, jak mieczem dłubał między cegłami i rąbał po ścianach, aby się wybawić. Nareszcie upadł omdlały w poprzek na trumnę, i któż odgadnie, jak długo się męczył, niżeli prawdziwa śmierć go wybawiła. Mógł pułkownik mimo to być ocalonym, gdyby nie nieszczęśliwy zabobon głupiego chłopa. Wydało się później, że jeden ze stróżów widział, jak pułkownik." leżący w
      kościele w otwartej trumnie, ruszył dwa razy wskazującym palcem prawej ręki. Lecz chłop zamiast to ogłosić, uciekł z kościoła, myśląc, że umarły mu grozi za to - iż mu był na gruszkach w sadzie. Nieszczęśliwy los starego pułkownika zasmucił całą okolicę.
    • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:21
      O powiadała mi także pewna pani o pozornej śmierci, która w jej rodzinie się zdarzyła. "Mój ojciec," mówiła owa pani, "był nauczycielem w Byczynie i było nas pięcioro dziatek, dwóch synów i trzy córki. Cudowna nagła choroba zabierała dzieci, jedno po drugiem, skoro 11 lat dożyły. Została nas dwoje najmłodszych, brat i ja, a rodzice strzegli nas, jak źrenicy w własnym oku, osobliwie, gdy brat przekroczył 80-ty rok życia swego. Pewnego dnia uskarżał się brat na ból głowy. Przelęknieni rodzice pędzili go do łóżka. Myślicie, żartował sobie chłopczyk, "że jest bardzo chory? Oto pokażę wam, że mi nie wiele brakuje. l z temi słowy
      rozebrawszy się, tańczył przed naszemi oczyma po izbie, a potem skoczył do łóźka. Ból głowy i gorączka powiększały się z każdą minutą, a wszystkie rady i środki trzech lekarzy, zwołanych ku łożu chorego, były bezskuteczne, bo o północy nastąpiła śmierć z temi samemi oznakami, jak przy pierwszych trojgu dziatek. Wszyscy trzej lekarze osądzili zgodnie że paraliż nerwowy nitkę życia chłopcu przeciął. Jakże wam opisać boleść rodziców, którzy już czwarte dziecię, a każde w najpiękniejszej porze życia utracili. Matka mdlała raz po razu, lekarze na pół żywą
      zanieśli do łóżka i trzeżwili róźnemi esencjami. Tymczasem radzili lekarze ojcu, aby pozwolił sekcję zmarłego, przedstawiając mu, że w wnętrznościach pewnie odkryją zagadkę nagłej śmierci, i przynajmniej będą mogli ocalić ostatnie dziecię jego, jeżeliby podobna nadeszła choroba. Nakłonili nareszcie rozpaczającego ojca, że na ich żądanie zezwolił. Umówiono się do zachowania tajemnicy przed matką, któraby żadnym sposobem nie była zezwoliła na rozbieranie kochanego ciała. Drugiego dnia wieczór zebrali się lekarze i wraz z ojcem zamknęli się w komórce i położyli umarłego na wielkim stole, i prawie chcieli pierś rozpłatać, gdy matka jakimś przeczuciem niepsokojna, chciała zmarłe dziecię odwiedzić, a nie znalazłszy go w
      sjypialni, przypadła do drzwi komórki i rozpaczliwie niemi kołatając, na rany Boskie
      prosiła, aby ją puścili do kochanego Józefka. Gdy się lekarze wahali, i nie widzieli co robić, porwała matka siekierę i z rozpaczą uderzała do drzwi, aż je otworzyli. Jak lwica, gdy jej kto chce zabrać młode lwiątko, skoczyła matka do stołu, porwała zmarłe ciało i przytulając je do siebie, uciekła z niem do swej izby, gdzie je na łóżku swojem położywszy, ciałem swem zasłaniała. Lekarze naradzili się, że o 1godzinie w nocy, jak matka zaśnie, powtórnie przyjdą do sekcyi, gdy w tem nagle dziki krzyk matki rozległ się po całym domie i wszystkich domowników zwołał do izby, w której matka z zmarłym się ukrywała. Tu widzą matkę klęczącą przed łózkiem i pieszczącą się z ręką syneczka, który z zadziwieniem ogląda się po izbie. Ożył - Ojcze twój syn żyje! były radośne okrzyki szczęśliwej matki. Nie o-pisuję radości naszej. Mój brat Józef żyje do dziś dnia i jest złotnikiem w Wrocławiu. Co go obudziło? Któż odgadnie? - Może, że, szybkie porwanie Jego ciała, które matka jak worek z zbożem przerzuciła przez ramię swoje. Za dwa lata i mnie napadła ta sama choroba, lecz pomocą belladony, a gdy kurcze nastąpiły, kamfory, które mi z homeopatycznej apteki podali, wybawiono mię z paszczeki śmierci. Rodzice żyją i cieszą się z naszego zdrowia, a tylko wtenczas smutnieją, gdy sobie przypominają troje dziatek, które może tylko przez potworną śmierć poszły do grobu.
    • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:31
      Prawdziwie okropna jest śmierć pozorna, lecz nic okropniejszego nie może sobie wymyślić wyobraźnia nasza, jak zdarzenie, które przedstawia olejny obraz w filijalnym kościele w Wielkiej Grudyni, wiosce pod Głupczycami. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie mię wskróś przeszyło, gdy stałem przed obrazem, przedstawiającym matkę bladą, siedzącą w pustym sklepie na trumnie i piastującą na łonie pokąsane swe niemowlę. Staruszek dzwonnik tak mi ten obraz tłumaczył: "Już temu blisko 90 lat, jak tutejsza dziedziczka hrabina P.... w ciężkiem połogu umarła. Pochowano nierozwiązaną w grobowym sklepie pod kościołem, w którym
      tylko co dwa tygodnie raz odprawiało się, nabożeństwo. W sześciu tygodniach po śmierci matki umarła czteroletnia córeczka a gdy otworzono sklep pod kościołem, aby córkę pochować obok matki, oto znaleziono położnicę i na jej łonie nowonarodzone dziecię, jak to ten obraz przedstawia. Hrabina była tylko na pozór umarłą, w trumnie ocuciła się, odwaliła wieko trumny, powiła dziecię bez obcej pomocy, którego ciało, gdyż pewnie dziecię wprzód niż hrabina umarło, własna matka z głodu lub z rozpaczy ogryzała. Tak opowiadał statruszek, a mnie jeżyły się włosy na głowie, gdy sobie okropne zdarzenie w myśli przedstawiałem. Słabowita i delikatna hrabina - dziecię bez wszelkiej pomocy i sługi, w zimnym sklepie pod kościołem - rozpacz matki, gdy piersi zgłodniałej brakło mleka dla używienia nowo - narodzonego aniołka - również i boleść nad dziecięciem z głodu umierającem - potem głód tak okropnie dokuczający, że matka trupa własnego dziecka pożywała. Któż może sobie okropniejszy przedstawić obraz?
      • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:33
        Grudynia Wielka (Magna Grudina, Grosz Grudny, od 1845 niem Gross Grauden) – wieś w Polsce położona w województwie opolskim, w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim, w gminie Pawłowiczki.
        • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:34
          Grudynia Wielka istniała na początku XIII wieku. W dokumencie biskupa wrocławskiego Wawrzyńca znajduje się wzmianka, że 25 maja 1223 r. wioska Grudynia została przekazana w posiadanie sióstr norbertanek z Rybnika. Nazwa "Grudynia" (w języku niemieckim "Grauden", w łacińskim "Graudina" ) wywodzi się od słowa gruda – bryła ziemi. W 1416 roku występuje nazwa Magna Grudina, a w 1532 Grosz Grudny. W 1783 roku właścicielem majątku w Grudyni Wielkiej była rodzina von Görz. W 1802 r. majątek został nabyty przez hrabinę Knobelsdorff. W 1811 r. majątek sprzedano radcy Trusnowi, a w 1850 r. nabył go Józef Neumann z żoną Emilią. Potem został przekazany ich córce, która wyszła za mąż za barona von Reibnitz.
          W latach 1859–1870 został wybudowany pałac. Majątek pozostał w rękach rodziny von Reibnitz do roku 1939. W latach 90. XX w. mieściło się w nim przedszkole. Pałac został odrestaurowany i przerobiony na hotel z restauracją
        • madohora Re: Legendy 14.03.15, 21:35
          Według rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa na listę zabytków wpisany jest:
          park pałacowy, z drugiej poł. XIX w., lata 1905–1915,
          kościół parafialny pw. Nawiedzenia NMP,
          zespół dworski: pałac, spichlerz, wozownia oraz kuźnia.
    • madohora Re: Legendy 14.03.15, 22:37
      Człowieka, który z przyczyny pozornej śmierci trzy dni leżał na marach lecz znów ożył i jeszcze 9 lat potem żył na świecie. Mój znajomy był stolarzem, który w wolnych od rzemiosła chwilach nic tak nie lubił, jak czytanie różnych książek, jakie mu się pod rękę nawinęły.
      Lecz milej wam słuchać będzie jego własnego. opowiadania, które ile pamięć moja potrafi, chcę wam dosłownie podać. Tak mi opowiadał: "Było to w wiośnie r. 1846, gdy robiłem
      trumnę dla mego najlepszego przyjaciela, który nagłą umarł śmiercią. żyliśmy w ścisłej przyjaźni od lat młodości naszej i zgoła każdy wieczór przepędzaliśmy społem. Chociaż mało
      był uczonym" jednak od natury obdarzony był zdrowym rozumem, a dowcip jego zadziwiał nieraz i księdza proboszcza. Ponieważ lubił przysłuchiwać się mojemu czytaniu, więc co wieczór czytałem jemu różne książki i pisma." "Ostatniej zimy bardzo nas zajmowały
      pisma religijnej treści, bo jak światu wiadomo, właśnie wtedy powstał Johannes Ronge. Przez ekonoma poznałem pisma jego, a ks. proboszcz dostarczał nam różnych książek i broszurek, które błędne nauki Rongiego zbijały. Jednak przyznać się muszę, że nauki Rongiego nietylko mnie lecz także i mojemu przyjacielowi głowę zbałamuciły; oziębliśmy w wierze tak bardzo.
      -żeśmy nawet w czasie wielkanocnym opuścili komunię, którąśmy od młodości społem każdorocznie sumiennie odprawiali. Byłem z żoną zmarłego przyjaciela na plebanii dla zamówienia pogrzebu. Ksiądz proboszcz narzekał ze łzami nad niespodziewaną śmiercią parafianina, który już od roku nie był na komunii św., a teraz bez pojednania się z Panem Bogiem poszedł na sąd Boży. Nie złorzeczył zmarłemu, lecz uskarżał się na zwodzicieli jego, co mnie do żywego poruszyło, bo sumienie mi zarzucało, że i ja przez czytanie książek rongiańskich przyczyniłem się do wiecznego nieszczęścia zmarłego. Powróciwszy do domu, mimo wielkiego bólu głowy pracowałem z natężeniem, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia i pozbyć się nadzwyczajnego drgania serca, które mi czasem i dech odbierało. Wieczorem dokończywszy trumnę, właśnie chciałem wyjść z domu, aby w karczmie w kompanii szukać rozerwania i pozbycia się przykrych myśli, gdy nadeszło dwóch sąsiadów, którzy wieczór u mnie przepędzić chcieli. Chcąc niechcąc musiałem zostać w domu i na proźbę sąsiadów czytać im co z książki. Właśnie otrzymałem książkę od nauczyciela, a wejrzawszy do niej, ujrzałem
      rozprawę: ,,O szalonych i na pomięszanie zmysłów cierpiących. et"- Treść była bardzo zajmująca, opowiadała o różnych chorych tego rodzaju ciekawe. Zapomniałem o wszystkiem, myśli moje były jedynie czytaniem zajęte, aż nagle mi tchu nie stało. "Wody" zawołałem na żonę lecz gdy podniosłem oczy od książki, oto któż opisze moje przerażenie, gdy około
      siebie ujrzałem szereg tych szalonyoh, w różnych postaciach, jakie książka opisywała. Jakieś żółte światło zajęło całą moją izbę, napełnioną różnemi ludźmi, którzy z szyderczym śmiechem języki mi pokazywali. Zdało mi się, że się dom mój przewraca i że upadam z ławy na ziemię. "Nie wiem, jak długo leżałem bez przytomności, tylko tyle pamiętam, że gdym się
      ocucił, jakiś biały ciężar przygniatał mnie, a zima nieznośnie ziębiła moje członki. Chciałem przejrzeć, lecz nie mogłem powieki otworzyć; chciałem biały ciężar odsunąć z siebie, lecz ręce moje były jakby przykute do piersi, na której na krzyż złożone spoczywały; chciałem się przynajmniej ruszyć, aby jednostajność położenia swego odmienić, lecz daremne były usiłowania i cóż to za ciężar mnie przygniata i ziębi? Powieki ócz nie były zupełnie zawarte, a
      więc jak przez szparę poznałem, że coś białego na mnie leży. Zapomniałem, że na dworze wiosna panuje, i rozumiałem, że gdzieś leżę pod śniegiem, który przymarzł do ciała mojego i członki moje umroził. Ale jakóż się to stało? Jakim sposobem dostałem się do zaspy śniega '? Daremnie natężałem pamięć, aby sobię przypomnieć ostitnie przypadki życia mojego.
      W tern usłyszałem głos mojej żony i płacz działek moich jakieś światło przebijało się przez śnieg mnie otacząjący. "Dzięka Bogu"- pomyślałem sBobie, szukają i wybawią mnie z zamętu i ocalą od zmarznięcia! I dlaczego nie odsuwają śniega? - Czy mnie nie widzą." lub nie wiedzą,
      o mnie? - Więc zawołam, aby dać znak o sobie." "Natężyłem wszystkie siły, aby choć
      jeden okrzyk wydać, lecz bez skutku. Czułem, że od gwałcenia się pot wystapił mi na czoło, lecz pierś zmarzła, gardło ostygnione, usta zacięte, nie były posłuszne rozkazowi duszy mojej.
      Zawitała nowa nadzieja, gdy żona odsunęła biały ciężar z twarzy mojej. "Mój drogi mężu" narzekała z rozpłaczliwem płaczem, "więc tak rychło opuściłeś mnie i dziateczki twoje. Pójdźcie sieroty, oto wasz tatuś, który was nade wszystko kochał. Nastąpił znowu płacz, przeplatany narzekaniami i najczulszemi wyrazami miłości. Ja nie rozumiałem jednak, co to ma znaczyć. W tem zbliżył się lekarz, którego poznałem przez szpary mych powiek. Macał moją pierś, ruszał rękami mojemi, co mi nieznośny ból sprawiało j zdawało mi się, że się ręce moje jak szkło połamią. Schylił się do twarzy mojej, poczułem ciepły oddech jego, który najprzyjemniej mnie ogrzewał. Przypatrując się ciekawie oczom moim, rzekł do ony; "Przynieś
      mi pani lekkie piórko, najlepiej puch i zwierciadło; oko jeszcze nie zapadło. Chociaż ciało ostygło, jak zwykle po śmierci, jednak dla zupełnego doświadczenia położymy piórko na usta jego otwarte. I jakże śmierć nastąpiła. Dopiero z opowiadania żony dowiedziałem się, że umarłem nagle, a lekarz dodał: "Jest paraliżem tknięty, albo jak to mówią szlag go uderzył. To drugie w tym tygodniu zdarzenie, bo cieśla Patroń na tę samę umarł chorobę. Nie mogę panu opowiedzieć, jak mnie uderzyła wiadomość, że jestem umarły. Nie wierzyłem temu z początku, i aby lekarza i żonę przekonać, że jeszcze żyje, chciałem piórko na moich ustach położone oddechem przynajmniej poruszyć. Lecz bezskutecznie były moje usiłowania. Zęby były zaciśnięte, skamieniałe usta, gardło i pierś. Daremnie obserwował lekarz piórko, i bezskutecznie trzymał także dłuższy czas nad ustami mojemi, bo nie zdobyłem się na oddech. Odchodząc obiecał lekarz, że mnie jeszcze jutro nawiedzi i - opuścili mnie wszyscy.
      Nieopowiedziany żal ścisnął serce moje słabość zaćmiła mi oczy, zdawało mi się że się potok spuszcza do uszu i zalewa mi pustą głowę. - Opuściła mnie przytomność. Nie wiem jak długo leżałem bez wszelkiej wiadomości o sobie. Obudziły mnie znowu głosy ludzkie. Choć zaćmione oko nie widziało nikogo, ucho jeszcze było, bo poznałem po głosie sąsiadów, i nauczyciela.
      Żałowali mnie, póki żona obecna była, lecz gdy odeszła, nastąpiły surowe sądy. Szkoda go, bo miał dobrą głowę i zabawnie umiał opowiadać - Lecz talentu swego źle używał na dobre, bo w swej przemądrzałości szydził z wiary św. i Kościoła Bożego. I cóż mu teraz pomoże Ronge, którego tak uwielbiał?" - "Oj nie da Pan Bóg z siebie szydzić bo wątpił Pana Boga, i gardził sakramentami świętemi, bo nawet nie odprawił wielkanocnej spowiedzi, więc go Pan Bóg
      opuścił, zawołał go nagle z tego świata bez spowiedzi, bez pojednania. się z Sędzią
      sprawiedliwym. I na cóż się przydała przemądrzałość jego? Oby to człowiek zawsze pamiętał
      Póki żyje na świecie, mądruje nie jeden o wierze, lecz gdy śmierć nadchodzi, to śmiertelny najlepiej poznaje, że sam rozum nie zbawi człowieka i nie da żadnej pewności, co się z
      nim stanie po śmierci" - "Niech mu Pan Bóg- będzie miłościw i nie karze go za zgorszenia, które rozszerzał między parafianami, boć niejeden go słuchał i oziąbł w pobożności!" -
      • madohora Re: Legendy 14.03.15, 22:39
        O umarłych odezwał się nauczyciel, nie wolno nic złego mówić. Nie sądźmy abyśmy nie byli sądzeni! Byłem u księdza proboszcza, który nad niczem nie narzeka, jak tylko nad tem nieszczęściem, ze w dwóch dni dwie owieczki poszły z tego świata bez zaopatrzenia świętemi Sakramentami. Chcę na, pogrzebie przemówić do ludu zgromadzonego aby Pan Bóg raczył błogosławić słowom moim. Naszą zaś powinnością jest, modlić się za zmarłych, aby im Pan Bóg był miłościw'" - "Więc pomódlmy się za zmarłego! Opuścili mnie sąsiedzi,
        • madohora Re: Legendy 14.03.15, 22:41
          Opuścili mnie sąsiedzi, lecz znów
          przyszedł ktoś. Poznałem po głosie kolegę L., którego uważałem za największego nieprzyjaciela mego na świecie. "Mój Janie'" - odezwał się L. przyszedłem się z tobą pogodzić i odpuścić ci wszystko złe, coś mi w życiu wyrządził, chciałeś mnie zniszczyć, rzucając na mnie
          różne potwarze, obmawiałeś moją robotę, aby mi odebrać chleb i zarobek. Bóg inaczej zrządził ciebie zabrał a mnie nie od-jął chleba codziennego. Lecz odpuszczam ci wszystko i życzę z całego serca, aby ci Sędzia był miłościw" - Odszedł. "Nikt nie może pojąć moich cierpień. Okropna zima dokuczała ciału; lecz za nic były cierpienia cielesne w porównaniu z
          mękami, która dusza ponosiła. Jeżeli narzekanie zony i dziatek krajały serce, więcej raniły mnie surowe sądy sąsiadów; lecz ostatnie zarzuty mego kolegi przenikły mnie wskroś, koląc boleśniej jak miecz zabójczy. Przypomniało mi się, jak zuchwale nieraz szydziłem z nieśmiertelności i piekła. Oto teraz poznałem tego robaka, który według pisma św. gryzie nieustannie grzesznika. A co naj gorsza, myśl o Bogu nie przyniosła mi ulgi, owszem
          powiększała moje cierpienia. Nigdy mi się nie przypominało, ze Pan Bóg jest Ojcem miłosiernym, lecz nieustannie męczyła mnie myśl, ze wpadłem w ręce Sędziego sprawiedliwego, przed którym miałem tak wielki strach, że ani się poważyłem, modlić do niego o zmiłowanie. Teraz poznałem naukę kościoła, że umarli sami sobie pomódz nie mogą, a ze tylko modły żyjących mogą przebłagać sprawiedliwość Bozą i przynieść ulg dla dusz cierpiących. Sumienie robiło mi surowe wyrzuty, że tak lekkomyślnie żyłem na świecie, a
          nieopowiedziany żal napawał serce goryczą najprzykrzejszą. Przyszedł znów lekarz, oglądał ciało moje, wydał wyrok, ze jestem zupełnie umarły, i ze mnie mogą pochować. Okropny wyrok, który mnie mocniej uderzył, niż wyrok śmierci, który sędzia wydaje na zbrodniarza - Nowa męka nastąpiła podczas umywania i przystrajania ciała mojego w śmiertelnicę. Nielitościwe niewiasty, przyzwyczajone do rzemiosła, przewracały mną, jak bryłą, nie wiedząc o tem, że każde poruszenie ciała sprawiło mi niezmierny ból, który się jeszcze powiększył, gdy
          mnie do trumny wleczono. - I kiedyż się skończą moje boleści'? - Czyliż to wiecznie cierpieć będę? - O dopiero teraz poznałem okropność wieczności bo ostatnie dwa dni które przeleżałem na pościeli śmiertelnej, wydawały mi się być przynajmniej dziesięcioma latami.
          Gdybym chciał wszystkie myśli, które mnie nawiedzały, opowiadać, potrzeba na to parę dni czasu. Opuszczam żal, boleść i męki" które mi narzekanie żony i płacz dziatek sprawował, tylko ostatni dzień, dzień pogrzebowy chcę opowiedzieć. Przeniesiono mnie do wielkiej izby
          gdzieśmy zwykle mieszkał'. Ciepło od pieca i oddech licznie zgromadzonych sprawił
          mi przyjemne uczucie. W krótkim czasie zdało mi się, ze ciemna zasłona spadła z oka mojego; chociaż nie mogłem podnieść ciężkich jak ołów powiek, przecię jak przez szparę poznałem ludzi mnie otaczających, ustał szum w uszach, i słyszałem dobrze każde słowo rozmawiających. Nagle napadła mnie chęć do życia, serce moje przenikło przekonanie, że nie umarłem, tylko, ze śmierć pozorna mnie skrępowała i członki moje. Lecz jakże się wybawić, jakże przytomnym dać znać od siebie, że jeszcze żyję? Wiedząc, że człowiek przez natężenie
          wszystkich sil i przez skupienie woli swej cudów dokazać może, - przypominał mi się lekarz, który uzdrowił skurczoną od wielu lat rękę człowieka, a to bez lekarstw jedynie przez ożywienie woli chorego. Dawał mu przez 8 dni zamiast lekarstwa ruigdałową wodę, a przytem zapewniał go uroczyście, że na dziewiąty dzień rękę wyprości. Dziewiątego dnia rozkazał mu; Człowiecze, użyj wszystkich sił i rzuć ręką najprzód aż się wyprości. Zapewniam cię i odtąd ręka twoja zdrowa! - Człowiek nałężył wolę swoją i wyprościł ręke. - Wspomniał mi się też nieszczęśliwy majtek, któremu na morzu żona umarła, zostawiwszy małe dziecię. Gdy ojciec nie miał żadnej żywności, przysadził niemowlątko do swej piersi, a skutkiem natężenia mocnej woli było, że pierś majtka wydawała mleko i żywił dziecię przez 10 dni, aż do portu przybył.
          Miałem także doświadczenie z własnego życia. Gdy przed parą laty cierpiałem na febrę, a przypadało mi koniecznie dokończyć trumnę dla zmarłego pana, ja jedynie mocną wolą moją odpędziłem febrę i nie przyszła więcej. Nie myślcie, że tak długo rozmyślałem nad potęgą woli, jak to opowiadam, cała ta myśl w okamgnieniu przenikła moją duszę. Zbierałem się teraz na skupienie całej woli i siły mojej, aby oko otworzyć, aby ręką, albo przynajmniej palcem ruszyć lecz nadaremnie. Po ostatnim siły natężeniu, zesłabłem tak bardzo, że ani nie wiem, kiedy mnie ,wiekiem trumny zamknięto. Ocuciłem się dopiero kiedy kapłan zanucił
          psalm pogrzebowy. Jeszcze nigdy nie słyszałem tak rzewliwego i smutnego śpiewu,
          mimowolnie wtórowałem za kapłanem: Z głębokości wołałem ku tobie Panie, Panie
          wysłuchaj głos mój. Słyszałem płacz żony, lecz i moja dusza płakała rzewniej chociaż moje oko cielesne suche zostało. Nieogarniony strach, że mnie żywego pochowają, powiększał się z każdą minutą. Któż pojmie moje położenie, gdy czułem, jak mary postawili nad grobem otwartym. Zaczął kapłan kazanie, drżącym głosem narzekał na zaślepienie człowieka, który porzuciwszy wiarę Bożą, słucha zwodzicieli. Nie chcę powtarzać całego kazania, bo jeszcze dziś przechodzi mnie dreszcz, gdy przypominam sobie kaznodziei słowa, które jak ostre noże krajały wnętrzności moje. Gdy kapłan wyrzekł: "Amen",- oto nastąpiło rozpaczliwe narzekanie ukochanej żony i drogich dziatek. Czułem, jak się rzuciła na trumnę jak gwałtem palcami odrywała wieko. Ujrzałem jeszcze raz światło słońca, uczułem ciepły oddech płaczącej nade mną żony i jeszcze raz natężyłem wszystkie nerwy moje. Gdy żona przycisła usta swoje do ust moich na pożegnanie, przenikł mnie dziwny ogień niby promień elektryczny, i zadrżało ciało moje. Tylko tyle usłyszałem, że zona wydała radosny okrzyk: "Żyje" nastąpiła mdłość
          i osłabienie. Gdy się ocuciłem leżałem w ciepłem łożu, a około mnie krzątali się troskliwie
          żona, lekarz i dziatki moje. Ozdrowiałem znowu zupełnie, tylko włosy moje osiwiały, niby na pamiątkę 3 dni, które w pozornej śmierci przepędziłem. Jednak dziękuję P. Bogu za to, choć
          okropne nawiedzenie, bo przez to przyszedłem do przekonania, ze jedynie wiara św.
          człowieka zbawi, a ze wszelkie rozumowanie na nic się nie przyda w godzinie śmierci.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka