IP: *.ipt.aol.com 29.04.04, 07:05
Mrówki

Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty,
Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty,
Bez celu i bez drogi. Aż niemało czasu
Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu
I trafił, czy umyślnie, czyli też przypadkiem
Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem,
Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania,
Miejsce, jak wiemy, zwane świątynią Dumania.
Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona!
Telimena samotna, w myślach pogrążona,
Od wczorajszej postacią i strojem odmienna,
W bieliznie, na kamieniu, sama jak kamienna;
Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie,
Choć nie słyszy szlochania, znać, że we łzach tonie.
Daremnie się broniło serce Tadeusza:
Ulitował się, uczuł, że go żal porusza,
Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem,
Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem:
Głupi! Cóż ona winna, że się ja pomylił!
Więc zwolna głowę ku niej zza drzewa wychylił.
Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia,
Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia,
Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonym, blada,
Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada
I nie mogąc już powstać, kręci się po darni,
Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni;
Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana;
Skoczył Tadeusz myśląc, że jest pomieszana
Lub ma wielką chorobę. Lecz z innej przyczyny
Pochodziły te ruchy. U bliskiej brzeziny
Było wielkie mrowisko, owad gospodarny
Snuł się wokoło po trawie, ruchawy i czarny;
Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania,
Lubił szczególnie zwiedzać świątynię Dumania;
Od stołecznego wzgórka aż po śródła brzegi
Wydeptał drogę, którą wiódł swoje szeregi.
Nieszczęściem Telimena siedziała śród dróżki;
Mrówki, znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,
Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,
Telimena musiała uciekać, otrząsać,
Na koniec na murawie siąść i owad łowić.
Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmówić.
Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,
Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył...
Co pan robi? nie można! niech pan mrówki łowi!
Panowie tylko prosić są zawsze gotowi,
A mnie tu mrówki gryzą. Gdzie? Koło kolana.
Tadeusz ręką sięgnął - już mrówka złapana.
Czy jeszcze? Pan się pyta a mrówki zuchwałe
Coraz to wyżej idą! Za pończoszki białe
Sięgać musiał tym razem bohater szczęśliwy,
Że jednak krew nie woda, majtki nie pokrzywy,
Tadeusz sięgnął wyżej, gdzie w cieniu ukryte
Rosną wstydliwe włosy w pierścienie spowite.
Telimena syknąwszy padła na murawę.
Tadeusz porzuciwszy na mrówki obławę,
Otoczył ją ramieniem, ku sobie przycisnął,
Ogień tajemnych pragnień w oczach jego błysnął,
Ustami ust jej szukał - znalazłszy, w zapale
Rozpalonymi wargi miażdżył je zuchwale.
Telimena na razie, śmiałością zdumiona,
Odepchnąć zaraz chciała młodzieńca ramiona,
Sił jednak i oddechu w piersiach jej nie stało:
Dreszcz rozkoszy znienacka objął całe ciało,
Ubezwładnił jej członki, rzucił krew do twarzy.
A widząc, że Tadeusz na wszystko się waży
Uległa. Lecz, że wiele doświadczenia miała:
Ach! jeszcze kto zobaczy" - z cicha wyszeptała.
I spłoszona a drżąca, na pół pomieszana,
Między omdlałe nogi wpuściła młodziana,
Odrzuciwszy falbany jednym śmiałym ruchem.
Jak klin, kiedy go z wierzchu uderzą obuchem,
Tak się wbił pan Tadeusz bez pomocy ręki
W ukryte w cieniu spódnic Telimeny wdzięki;
A czując, że jej piersi wznoszą się jak fala,
Wzrok namiętny krew młodą w żyłach mu rozpala;
Nie cofa się, lecz dąży bez zastanowienia
Do miejsca, które zwie się szałem zapomnienia.
Jak klacz, kiedy jej jezdziec wbije w bok ostrogę,
Nagle rzuca się naprzód bez względu na drogę,
Tak też i Telimena, jak ostrogą spięta,
Rzuciła na przód ciałem, a białe rączęta
Wokoło Tadeusza owinęła szyi.
Równocześnie jej nogi, jak pierścienie żmii,
Skrępowały młodziana tak, że się zdawało,
Iż razem obydwoje jedno tworzą ciało.
Pan Tadeusz był młody, zdrów i wytrzymały,
Przy tym zbyt wypoczęty, więc swoje zapały
Z rozkoszą w Telimenie utopić był gotów;
A że przyszedł do tego prawie bez kłopotów,
Nie poskąpił też za to ochoty i siły.
Więc go też jej rączęta jak węże spowiły
I pulchne białe nogi ścisnęły jak kleszcze,
Usta zaś wyszeptały: Tadeuszu, jeszcze!
Zaczął się nad nią znęcać jak kogut nad kurą,
Lecz mu po małej chwili oczy zaszły chmurą,
Oddechu brakło w piersiach, więc zrezygnowany,
Dając raz jeszcze nurka pomiędzy falbany,
Zmęczony, legł na miękkim Telimeny łonie
Ukrywszy na jej piersi rozpalone skronie.
Telimena, widząc to, nie zrezygnowała,
A że prócz doświadczenia spryt i rozum miała,
Zatem drażniąc ustami Tadeusza wargi,
Szepnęła pieszczotliwie kilka słówek skargi:
Wszak to było dla ciebie, a co dla mnie będzie?
I mając swoje chuci jedynie na względzie,
Jęła go palić wzrokiem, uśmiechem czarować,
Wodzić ręką po ciele, namiętnie całować,
Wpiła w niego swe wargi, na koniec zemdlona.
Przycisnęła namiętnie młodzieńca do łona.
Poznał tedy Tadeusz, z kim ma do czynienia,
Co znaczy dobra szkoła obok doświadczenia.
Już mu teraz pomogła własnymi rękami,
Własnym ciałem - prócz tego czułymi słówkami
Błagała, by rozkoszy nie popsuł pośpiechem:
Bo przecież noc nie zając - mówiła z uśmiechem -
Nie ucieknie! Wszak prawda, ty moje kochanie?
Jakże to nie być czułym na takie wezwanie!
Jak Moskal, gdy zagrają Boże cara chrani,
Tak rzucił się Tadeusz. Telimena w dani
Wtórną zniosła z młodzieńczej ochoty ofiarę.
Gdyby się teraz hrabia zjawił na chwil parę,
Miałżeby co szkicować: Ponad spódnic zwoje
Sterczało rozdzielonych białych kolan dwoje;
Niżej, w falban, koronek napiętrzonej górze,
Nuża się pan Tadeusz niby w białej chmurze,
Pod nim się Telimena zadyszana wije,
Włos rozwiany, w nieładzie w murawie się kryje.
Pierwszy powstał Tadeusz wnet ubiór poprawił,
Przez chwilę jeszcze oko Telimeny bawił,
Która leżąc omdlała i z sił wyczerpana,
Ledwo z jego pomocą wstała na kolana.
Wnet poprawiła włosy, wstążki i falbany,
A widząc, że Tadeusz, nieco zadumany,
W te do niego bez gniewu ozwała się słowa:
Sądzę, że w tajemnicy wszystko pan zachowa.
Zwłaszcza że czyn pański był nieco zuchwały.
Mówię to ni dlatego by prawić morały,
Lecz postąpić w ten sposób z kobietą uczciwą,
Może nieco zalotną, czułą i wrażliwą,
Korzystać z jej niemocy, wyzyskać jej słabość,
Łagodnie panu powiem, to była zuchwałość.
To niegodne, mój panie!... Jednak wiek twój młody,
Dzień gorący i mrówki, które do swobody
Szerokie dały pole, biorąc pod uwagę,
Przebaczam... Cóż mam robić?... Kto taką odwagę
Wobec damy okazał, jak pan to uczynił,
Ten by tylko w jej oczach zyskał, nie zawinił.
I kiedy ją Tadeusz ścisnął za kolana,
Grożąc palcem, wyrzekła: Oj, łotrzyk z waćpana!



Obserwuj wątek
    • Gość: Gucio Re: wierszyk IP: *.ipt.aol.com 29.04.04, 07:07


      Aleksander Fredro
      Baśń o Trzech Braciach i Królewnie

      Mrok wieczorny - babcia siwa
      przy kominku głową kiwa.
      Nos jak haczyk, - okulary,
      Coś tam mruczy babsztyl stary.
      Snuje bajdy niestworzone,
      O królewnie Pizdolonie,
      O trzech braciach jak niewielu,
      O matuli ich z burdelu,
      Opowiada stare dzieje...
      A na dworze wicher wieje.

      Siądzcie społem panny, smyki,
      Młodojebce, stare pryki
      I nadstawcie dobrze uszy!
      Choć na polu śnieżek prószy.
      W domu ciepło i wygodnie...
      Zostaw pan w spokoju spodnie!
      Bo zawołam zaraz Mamy!...
      Sza! Uwaga! Zaczynamy!

      Za morzami, za rzekami,
      Za lasami, za górami,
      Żył przed bardzo wielu laty,
      Król potężny i bogaty,
      Dobrotliwy, szczodrobliwy,
      Ale bardzo nieszczęśliwy,
      Ciągle smutny i zmartwiony
      Z winy córki Pizdolony,
      Co choć bardzo piękna, miła,
      Lecz nadmiernie się kurwiła.

      A dawała bez wyboru
      I rycerzom, panom dworu,
      I kucharzom, i kuchcikom,
      Giermkom, ciurom, pisarczykom,
      Na leżąco, na stojaka,
      W dupę, w cycki i na raka.
      Czy na dworze, czy w salonie,
      Czy w klozecie, czy na tronie,
      W każdej chwili, w każdym czasie
      Wciąż myślała o kutasie.

      Próżno mówił jej król stary,
      Że we wszystkim trzeba miary,
      Nie wypada bowiem pannie
      Dawać dupy bezustannie.

      Na nic się to wszystko zdało,
      Wciąż jej chuja było mało
      I na całym króla dworze
      Nikt chędożyć już nie może.
      Wszyscy byli rozjebani.
      Nawet księżą kapelani.
      Raz ją tak swędziała dupa.
      Że zgwałciła aż biskupa,
      A gdy ten ją zdupczył marnie
      - Poszła dawać pod latarnię.

      Aż do tego doszło wreszcie,
      że z burdelów wszystkich w mieście
      Od kurewskiej całej nacji
      Przyszły kurwy w delegacji.
      Ta najbardziej rozjebana,
      Padłszy przed nim na kolana,
      Z trudem tłumiąc rzewne łkanie
      Rzekła: Królu nasz i Panie!
      Ty panując od lat wielu
      Ojcem byłeś dla burdelu.
      Burdelowy cech upada
      Kurwom grozi dziś zagłada!
      Upadają obyczaje!
      Twoja córka dupy daje!
      Na ulicy bez pieniędzy,
      Przez co wpycha nas do nędzy.
      Nikt nas dziś już nie pierdoli,
      Bo darmochę każdy woli!
      A więc najjaśniejszy panie,
      Sprawiedliwość niech się stanie!

      Król na łzy kurewskie czuły,
      Kazał dać ze swej szkatuły
      Każdej kurwie po dukacie...
      Po czym zamknął się w komnacie
      W nocy zaś przywołał swego
      Astrologa nadwornego,
      By ten patrząc w gwiezdne szlaki
      Znalazł wreszcie sposób jaki,
      By królewnę można było
      Dobrowolnie, czy też siłą
      Wrócić znów do cnoty granic,
      A gdy to się nie zda na nic,
      Niech przynajmniej w swojej sferze
      Obłapników sobie bierze...

      Więc astrolog wziąwszy lupę,
      Zajrzał raz królewnie w dupę,
      Dwakroć cyrklem pizdę zmierzył,
      Po czym zamknął się w swej wieży.
      Tak był w pracy pogrążony,
      Taki przy tym roztargniony,
      że szukając prawdy na niebie
      W roztargnieniu srał pod siebie.
      Kręcił, wiercił teleskopem,
      Wreszcie wrócił z horoskopem
      I rzekł: Smutną wieść, niestety
      objawiły mi planety,
      Że królewny nic nie wstrzyma.
      Na jej szał lekarstwa ni ma!
      Chyba, że się znajdzie jaki,
      Tęgi jebak nad jebaki,
      Który ją tak zerżnie pięknie,
      Że królewnie picza pęknie!
      Żywym ogniem się zapali,
      Na kawałki się rozwali.
      Wtedy będzie pizdolona
      Z czaru swego wyzwolona!
      I znów stanie się prawiczką
      Z malusieńską, ciasną piczką.

      Król, choć płakał ze zmartwienia,
      Zamknął córkę do więzienia,
      By się więcej nie puszczała.
      Tam codziennie dostawała,
      Prócz świetnego utrzymania,
      Tysiąc wiec do brandzlowania,
      Wazeliny beczkę całą.
      Lecz jej tego było mało.
      Ciągle płacze, ciągle krzyczy:
      To za mało dla mej piczy!

      Wszystkim było ogłoszone
      Że kto zbawi Pizdolonę
      Ten dostanie ją za żonę
      I podzieli się królestwem
      by raz skończyć z tym kurestwem...

      Więc zjeżdżają się jebacze,
      Czarodzieje, zaklinacze,
      I rycerze, królewicze,
      By królewnie zerżnąć piczę!
      Każdy swoich sił próbuje,
      Lecz choć tęgie mieli chuje
      Na nic się to wszystko zdało,
      Bo królewnie wciąż za mało.

      Król gdy widział co się dzieje
      Stracił całkiem już nadzieję,
      Płakał, martwił się dzień cały
      Aż mu jaja posiwiały
      Bo już siwy był na głowie.

      A tymczasem heroldowie
      Wieści dziwne rozgłaszali
      Coraz dalej, dalej, dalej...
      Aż dotarły hen daleko,
      Gdzie za siódmą górą, rzeką,
      Stała sobie mała chatka,
      W niej mieszkała stara matka
      Wraz z synami swymi trzema,
      Którym równych w świecie nie ma.

      Każdy dzielny, tęgi, zwinny,
      ale każdy z nich był inny
      I w tym nie ma nic dziwnego:
      Każdy z ojca był innego,
      Bo w młodości swojej czasie
      Matka strasznie puszczała się.
      Była stróżką przy burdelu
      I kochanków miała wielu.

      Syn najstarszy miał chuj długi
      I gruby na kształt maczugi,
      A po bokach jego były
      jak postronki - grube żyły,
      Jakieś sęki, jakieś guzy -
      Jaja miał jak dwa arbuzy!
      A że ciągle mu bez mała
      ta ogromna pyta stała,
      Chujogromem go nazwano.

      Pizdoliza nosił miano
      Syn następny, bo lizanie
      Stawiał wyżej nad jebanie,
      I nie było mistrza w świecie,
      Co by sprostał mu w minecie.

      Cieszą matkę takie dzieci,
      Lecz niestety - smuci trzeci,
      Który rodu był zakałą,
      Bo miał kuśkę całkiem małą,
      A cieniutką na kształt glizdy
      I nie palił się do pizdy.
      Dobrze, gdy z matczynej woli
      Raz na miesiąc popierdoli.
      A że mało tak obłapia,
      Bracia mieli go za gapia.
      No i matka nawet czasem
      Nazywała go Głuptasem.

      Tak im słodko życie idzie,
      Ani w zbytku, ani w biedzie.
      Starsze bowiem dwa chłopaki
      Zarabiali w sposób taki,
      że pobożne, starsze panie
      Brały ich na utrzymanie.
      A i matka, chociaż stara,
      Też dawała za talara.
      Tylko trzeci syn - wyskrobek
      Wypinał się na zarobek.
      Że nie udał się niewiastom,
      Dawał dupy pederastom
      I ku wielkiej matki złości
      Nie brał nic od swoich gości...

      Tak im się więc dobrze żyło,
      I wygodnie, dobrze, miło.
      Aż dotarła i w ich strony
      Wieść o losie Pizdolony.
      Na zarobek więc łakoma
      woła matka Chujogroma
      I tak rzecze: Ty, mój synu
      Id?! Dokonaj tego czynu!
      Gdy spierdolisz Pizdolonę
      To dostaniesz ją za żonę.
      Pół królestwa twoim będzie!
      Tak królewskie brzmi orędzie."

      Syn usłuchał rady matki.
      Zaraz włożył czyste gatki.
      Wymył chuja - i bez zwłoki
      Ra?no ruszył w świat szeroki...
      A gdy przybył do stolicy,
      Zaraz poszedł do ciemnicy
      Gdzie się świecą, rozkraczona,
      brandzlowała Pizdolona.

      Pyta dębem mu stanęła,
      Więc się ostro wziął do dzieła
      I za pierwszym sztosem leci
      Błyskawicznie drugi, trzeci,
      Czwarty, piąty - aż nareszcie
      Wyrżnął sztosów tysiąc dwieście
      I utracił siłę całą -
      Lecz królewnie wciąż za mało!
      Tak był potem osłabiony,
      Że zleść nie mógł z Pizdolony,
      Aż musiały dworskie ciury
      ciągnąć go za dupę z dziury,
      I zanieśli omdlałego,
      Do szpitala zamkowego.
      A królewna ciągle krzyczy,
      Że to mało dla jej piczy!

      Prędko, prędko baśń się baje,
      Nie tak prędko kutas staje,
      Baśń się baje, czas ucieka,
      Chujogroma matka czeka,
      W końcu martwić się zaczyna -
      Że nie widać skurwysyna...

      Aż ją doszły straszne wieści...
      Powstrzymując łzy boleści,
      Pizdoliza do się wzywa
      I w te słowa się odzywa:
      - Bratu, rzecz to nie do wiary,
      Nie powiodły się zamiary.
      Kutas zmarniał mu, niestety -
      Id? więc ty, spróbuj minety!

      I Pizdoliz wnet bez zwłoki,
      Ruszył prędko w świat szeroki.
      W końcu zaszedł do stolicy.
      Tam się udał do ciemnicy,
      Gdzie się świecą, rozkraczona,
      Brandzlowała Pizdolona.

      Zaraz ją za piczę łapie
      I minetę tęgo chlapie
      Język jego na kształt węża
      To się spręża, to rozpręża,
      To się wije jak sprężyna,
      W pizdę wwiercać się zaczyna,
      To po wierzchu, to od środka.
      Kręci na kształt kołowrotka,
      To się zwija znów jak fryga,
      że gdy
      • Gość: Gucio Re: wierszyk cd IP: *.ipt.aol.com 29.04.04, 07:09
        To się zwija znów jak fryga,
        że gdy patrzeć - w oczach miga.
        Doba tak za dobą mija,
        On jęzorem wciąż wywija.
        Lecz z nim także to się stało
        Że utracił siłę całą.
        Więc i jego dworskie ciury
        ciągnęły za dupę z dziury,
        I wyniosły omdlałego,
        Do szpitala zamkowego.
        A królewna ciągle krzyczy,
        Że to mało dla jej piczy!

        Prędko, prędko baśń się baje,
        Nie tak prędko kutas staje,
        Baśń się baje, czas ucieka,
        Pizdoliza matka czeka,
        I już martwić się zaczyna -
        Bo nie widać skurwysyna...

        W końcu widząc, że nie wraca
        Myśli: Na nic moja praca...
        Biedna dola jest matczyna.
        Oto już drugiego syna
        Losy wzięły mi zdradziecko!
        Jedno mi zostało dziecko,
        I do tego całkiem głupie.

        Głuptas miał to wszystko w dupie.
        Raz spokojnie po jedzeniu
        Chciał pochrapać sobie w cieniu.
        Coś mu jednak spać nie daje,
        Coś go ciągle gryzie w jaje.
        Więc się prędko zrywa z trawy,
        W portki patrzy się ciekawy
        A tu się po jajach szwenda
        Niby chrabąszcz - wielka menda!

        Głuptas już rozpinał gacie,
        By ją zgubić w sublimacie,
        Gdy wtem menda nieszczęśliwa
        Ludzkim głosem się odzywa:
        Nie zabijaj chłopcze luby!
        Czemu pragniesz mojej zguby?
        Menda też stworzenie boże,
        Że inaczej żyć nie może
        I że czasem w jajo utnie -
        Nie gubże jej tak okrutnie!?
        Głuptas to serca bierze,
        Myśli sobie: Biedne zwierzę,
        Że mnie utniesz, cóż to złego?
        Przecież nie zjesz mnie całego...
        A pocierpieć czasem mogę
        Id? więc dalej w swoją drogę!

        A tu nagle menda znika
        I zmienia się w czarownika,
        Czarownika - czarodzieja,
        I do swego dobrodzieja,
        Co się w strachu z miejsca zrywa,
        W takie słowa się odzywa:
        - ?Że litości miałeś względy
        Dla bezbronnej, słabej mendy
        I żeś jej darował życie -
        Wynagrodzę cię sowicie.
        Dam ja ci wskazówki pewne
        jak spierdolić masz królewnę.
        Sił twych mało tu potrzeba
        Jest kondona - samojeba,
        Który ma tę dziwną siłę,
        Że gdy włożysz na swą żyłę
        I rozkażesz - on za ciebie
        sztos za sztosem ciągle jebie
        Czarodziejską mocą cudną!
        Ale zdobyć go jest trudno...
        Dupa strzeże go zaklęta,
        Na przechodniów wciąż wypięta,
        Z której mocą złego ducha
        Ustawicznie ogień bucha.
        I czy z bliska, czy z daleka,
        Żarem swoim wszystko spieka.
        I w tym mocnym, wielkim żarze
        Dupa się całować każe,
        Lecz gdy powiesz do niej słowa:
        - Niech się ogień w dupie schowa!
        Sama się pocałuj właśnie!
        - Wtedy ogień w dupie zgaśnie.
        I powoli, z dobrej woli,
        Kondon zabrać ci pozwoli.
        Za twą dobroć ja ci mogę
        Do tej dupy wskazać drogę.
        We? ten kłębek z sobą razem,
        On ci będzie drogowskazem!
        Rzuć na ziemię i id? wszędzie,
        Gdzie się kłębek toczyć będzie.
        Lecz pamiętaj zawsze święcie
        Czarodziejskie to zaklęcie!

        Tu czarownik, niby mara,
        Zniknł i rozwiał się jak para.
        Głuptas wstaje ucieszony,
        Bierze kłębek, rozbawiony,
        I nie mówiąc nic nikomu
        Po kryjomu znika z domu.

        Prędko, prędko baśń się baje,
        Nie tak prędko kutas staje.
        Głuptas idzie, nie ustaje,
        Coraz nowe mija kraje.
        Gdy stu granic minął słupy
        Zaszedł wreszcie aż do dupy,
        Z której ogień wieczny tryska.
        A podszedłszy do niej z bliska,
        Rozżarzonej nad pojęcie,
        Czarodziejskie swe zaklęcie
        Głuptas z całej siływrzaśnie:
        Sama się pocałuj właśnie!...
        Wtedy dupa zawstydzona,
        Puściła go do kondona.

        Więc z kondonem, ucieszony,
        Pędzi wnet do Pizdolony.
        A gdy przybył do stolicy,
        Zaraz poszedł do ciemnicy,
        Gdzie się świecą, rozkraczona,
        Brandzlowała Pizdolona.

        Wkłada kondon na kutasa
        I.. O dziwo! U głuptasa
        Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
        Na olbrzyma się rozrasta!
        Na sto chujów się rozdziela
        Każdy gruby, jak ta bela,
        Każdy twardy, jak ze stali,
        Każdy długi na sto cali!
        Wszystkie chuje z całej siły
        Na królewnę się rzuciły,
        Każdy się jej w piczę wwierca,
        Każdy końcem sięga serca,
        Każdy jej się w piczy grzebie,
        Każdy jebie, jebie, jebie...
        Głuptas leży bez wysiłku,
        Czasem klepnie ją po tyłku
        Czasem w cycki pocałuje,
        A samojeb piczę pruje.
        Aż królewna Pizdolona
        Zchędożona, spierdolona,
        Ze zmęczenia ledwo żywa,
        Krzyczy: - Cipa się rozrywa!

        Takie przy tym tarcie było,
        Aż się w piczy zapaliło.
        By ugasić pożar ciała,
        Straż zamkowa przyjechała
        Z toporami, z bosakami,
        Sikawkami i kubłami,
        Słowem - z całym inwentarzem
        Używanym przy pożarze.
        I po długiej, ciężkiej pracy
        Ugasili ją strażacy.

        Tak została Pizdolona
        Z czaru swego wybawiona,
        I znów stała się prawiczką
        Z malusieńką, ciasną piczką.
        Głuptas dostał zaś w podziękę
        Pół królestwa i jej rękę.

        Król był taki ucieszony,
        Ze zbawienia Pizdolony,
        Że pomimo swej starości
        Kapucyna rżnął z radości,
        Tak się znowu poczuł młody
        Potem zaś wyprawił gody
        Głuptasowi z Pizdoloną -
        Mnie na gody zaproszono.
        Więc jak mówię, też tam byłam.
        Jadłam, piłam, pierdoliłam,
        Bawiłam się z nimi społem,
        Aż zasnęłam gdzieś pod stołem...

        Tu bajka dobiega końca
        Już za oknem patrzeć słońca
        Przy kominku babcia siwa
        Coś mamrocze, głową kiwa
        Dając dziatwie pouczenia
        O rozkoszach chędożenia.

        Których i Wam czytelnicy
        Autor tej powiastki życzy!


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka