aby
07.06.14, 23:30
>> wojciech.2349
[W odpowiedzi na krytyczny post innego internauty]
„Jednak jest pewien problem. Pokolenie naszych dziadków pamięta Magadan. Tego nie przeskoczysz.”
Po pierwsze, zbyt pospiesznie uogólnia pan swoją wiedzą o dziadkach. To co uznaje pan za 'pokoleniowe zobowiązanie' nie istnieje jako obiektywny, testamentalny przymus .Jeżeli już, to najwyżej pana dziadek przekazał panu swoja wolę, by odrzucać wszystko co ruskie, bo 'Rosjanie kłamią, działają zawsze na naszą szkodę', itd.
Znałem wielu z tego pokolenia dziadków, którzy przeszli przez sowieckie obozy. Większość mówiła o tym rozdziale swojego życia niechętnie i powściągliwie, inni opowiadali chętnie, ale bez egzaltacji i patosu. Osoby zapiekłe w bólu i nienawiści, i jak gdyby pragnące jakiegoś odwetu 'na ruskich' to były absolutne wyjątki. Ale wątpię - nie słyszałem - by nawet ci nieliczni chcieli przekazać swoim dzieciom dziedzictwo nienawiści i pogardy. O ostatniej woli tych, którzy nie wrócili nie wiemy nic.
Zobowiązanie pokoleniowe, tak jak to pan ujmuje, jest więc ideologicznym fantomem, tworem wyobraźni. Jego ‘zatwierdzenie’ jest sprawą indywidualną. Z losów przeszłych pokoleń można wyciągnąć różne wnioski, wybrać dla siebie taką lub inną postawę. Niech pan zauważy, że jest wielu, których tragiczne losy i pola bitwy skłaniają do zadumy, empatii i pokory (Anglicy mają zwyczaj mówić przy takich okazjach , że są ‘humbled’ - królowa Elżbieta II podczas uroczystości DDay podzieliła się swoimi uczuciami ‘sorrow and regret remebering the loss of lives’; Prezydent Holland pożałował wszystkie ofiary wojny, po obu stronach (niewiarygodne, prawda?). Choć są i tacy, oczywiście, dla których akt pamięci jest wezwaniem do twardości i pobudką do kontynuowania wojny z kolejnym wcieleniem demonizowanego, pogardzanego przeciwnika.
Najcenniejszym spadkiem po wojnach 20-ego wieku było powszechne przekonanie, że wojny są złem i że należy zrobić wszystko im zapobiec. W Europie to przekonanie jest jeszcze żywe - dlatego naciska się na ograniczenie, rozładowanie i kompromisowe rozwiązanie kryzysu na Ukrainie. Polska, jak się zdaje, podbechtywana przez Amerykańskie Imperium obrała inna drogę – konfrontacji na przedmurzu, bezkompromisowości w każdym szczególe, apoteozy straceńczego heroizmu, wojny.
Polska publika w stopniu nieznanym gdzie indziej karmi się pogardą, prostacką (kacapy) i uczoną (cywilizacja turańska). Forumowi gorliwcy przyklaskują nawet karnej, militarnej pacyfikacji Ukrainy Wschodniej, a wcześniej każdej inicjatywie o antyrosyjskim ostrzu (usunięcie języka rosyjskiego ze sfery publicznej). Nie ma dla nich innych racji niż prosta jak drut geopolityczna wojna światów.
Problem polega na tym, że za sprawą swej gorliwości Warszawa znalazła się w Europie w izolacji. Partnerstwo Wschodnie, któremu patronował bushowski mastermind Dick Cheney, okazało się porażką. Niemcy zabiegają o deeskalację, zawieszenie broni, kompromis i sugerują federalizację Ukrainy. Czechy i Słowacja nie chcą amerykańskich baz. Z 'dobrą' nacjonalistyczną Litwą nie ma wspólnego języka. Putin, który miał być zrzucony z pokładu i utonąć, bryluje w Normandii, dokąd zaprosił go prezydent Francji. Stąd rozczarowanie i złość. Nawet na prezydenta Obamę, bo chwiejny mięczak. Na Kijów za brak stanowczości w „likwidowaniu terrorystów”. Na Starą Europę, bo syta, wyleniała, geszefciarska i bez woli walki (tzn. nie prze do wojny!). Stąd erupcja rasizmu – niezłomni Polacy versus ‘kacapy’, 'żabojady', tchórzliwe 'pepiki'; nacisk na czujność i walkę z niesamowitą hydrą wrogiej propagandy (wychodzi fenomen oblężonej twierdzy) i forsowanie (irracjonalnych) uzasadnień redukujących myślenie do ‘pokoleniowego zobowiązania’.
-------------------