borrrka
10.06.25, 08:28
Tekst linku
Byłem chyba w pełni zintegrowany - wyłącznie niemieccy znajomi, praca w dziedzinie nie odbiegającej od tego, co robiłem w Polsce, mieszkanie w podmiejskiej dzielnicy, bo w centrum mieszkali Turcy i zdarzyło się kiedyś spektakularne zarzynanie baranka na oczach przerażonych niemieckich dzieci.
Byłem również na siłę integrowany, czego nie cierpię na równi z polonijnymi kapelami Małego Władka.
Dodam, że integrowały mnie lokalne elity "dla mojego dobra" i to było mądre, ale w moim wypadku raczej jałowe.
Zawsze wyjdzie ze mnie Bolanda i bolandyzm.
Ale nie nachalny:)
Żadna z tych opcji - ani "mały Władek", ani Annabella z Wuppertalu, do której "Poloki nic nie mają" mi nie pasuje.
Szybko zorientowałem się, że emigracje nie jest dla mnie.
Że filmy na VHS nie zastąpią poczucia bycia u siebie.
Choć próbowałem nawet głębokiego zanurzenia w rodzaju uczestnictwa w lokalnych vereinach - i tu, po prawdzie, znowu dodam: raczej na mnie próbowano.
Został mi duży szacunek dla Prusaków, którzy na koniec, gdy zawiodła polska spedycja i zostałem sam z materialnym dorobkiem paru lat i 20 tonowym TiR-em przed domem, przyszli, wypili skrzynkę piwa i załadowali.
Propagandowy majstersztyk, nigdy nie zapomnę, bo to mój świat, ale w Bolandzie.
Pomagać, gdy kiepsko, ale nie gdy sąsiad chce o d.pie Maryni pogadać.