p.wolejko
10.07.08, 12:10
W sierpniu ubiegłego roku Rosja wznowiła loty swoich bombowców strategicznych
poza granicami kraju. Od tego czasu wielokrotnie myśliwce państw NATO
podrywały się z lotnisk celem odeskortowania znajdujących się, oczywiście
przypadkowo, zbyt blisko rosyjskich bombowców uzbrojonych w rakiety z
głowicami atomowymi. Zwiększa się liczebność rosyjskiego kontyngentu
„pokojowego” w Abchazji. Rosjanie wygrażają Polsce oraz Ameryce w odpowiedzi
na plany zainstalowania na naszym terytorium zaledwie 10 antyrakiet. Niektórzy
polscy politycy straszą, że w braku porozumienia z Amerykanami w sprawie
tarczy, Polska niechybnie pada na kolana przed Moskwą.
Tymczasem, nie ma się czego obawiać. Armia rosyjska, a wcześniej radziecka, to
instytucja potężna – zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak i o liczbę żołnierzy –
ale ta potęga nijak przekłada się na zdolność bojową. Wznowienie lotów Tu-95
(Bear w nomenklaturze NATO) to nic innego tylko pic na wodę – klasyczna dla
Rosji maskarada, którą można uznać za kontynuację tradycji sięgających księcia
Potiomkina. Prezydent Putin zarządził, że 20 uzbrojonych w rakiety samolotów
strategicznych będzie znajdowało się w permanentnym dyżurze bojowym. Niektórzy
mogą zacząć się bać, ale sprawdźmy, ile samolotów Tu-95 posiadają Rosjanie?
Pięćdziesiąt? Sto? Nic z tych rzeczy – jak pisze Robert Śmigielski w książce
„Osierocona armia. Założenia polityki obronnej oraz Siły Zbrojne Federacji
Rosyjskiej w latach 1992-2004”, w kwietniu 2005 r. Rosja posiadała zaledwie 34
sztuki bombowca Tu-95. Ile z tych samolotów jest w stanie wzbić się w
powietrze? Pewnie ledwo rzeczone przez Putina 20 maszyn – sądzę, że i z tym są
duże problemy.
Niegdysiejsza potęga Związku Radzieckiego opierała się głównie na ogromnej
liczbie okrętów podwodnych, zwłaszcza podwodnych nosicieli głowic atomowych.
Rosjanie, świadomi amerykańskiej potęgi morskiej, opierającej się głównie na
lotniskowcach i ich grupach bojowych, postawili na rozwój sił podwodnych.
Swego czasu radzieckie okręty stale pływały wzdłuż wybrzeży amerykańskich,
gotowe do zadania odwetowego ciosu w razie wybuchu konfliktu nuklearnego. Dziś
liczba patroli okrętów podwodnych spadła w zasadzie do zera, a siły podwodne
ucierpiały najbardziej ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych w czasie rozpadu
ZSRR oraz w latach 90. Setki okrętów rdzewieje w bazach, m.in. w Murmańsku.
Wszyscy pamiętamy, że gdyby nie pieniądze z Kanady, Norwegii czy USA nie
byłoby szans na usunięcie paliwa z wielu reaktorów okrętów niszczejących przy
nabrzeżach.
Flota Bałtycka w roku 2000 dysponowała zaledwie dwoma sprawnymi okrętami
podwodnymi – według Military Balance przygotowywanego corocznie przez
International Institute for Strategic Studies. Flota Czarnomorska natomiast
„dysponuje dwukrotnie mniejszym potencjałem bojowym niż siły morskie Turcji”
(R. Śmigielski, „Osierocona armia…”, s. 394). przygotowywanego corocznie przez
Lepiej nie przedstawiają się ani wojska lądowe, ani wojska rakietowe – choć
akurat te ostatnie mogły zawsze liczyć na więcej pieniędzy, nawet w
najtrudniejszych dla armii czasach. Co z tego, że Rosja na papierze posiada
dziesiątki tysięcy czołgów, dziesiątki tysięcy dział oraz tysiące myśliwców
oraz bombowców, skoro zdecydowana większość tego sprzętu nie jest zdatna do
użytku? Nowoczesnych czołgów T-90 jest jak na lekarstwo, a większość z
dziesiątek tysięcy czołgów stanowią zakonserwowane czołgi T-72, T-6t, T-62 a
nawet T-55, pamiętające czasy początków zimnej wojny.
Lotnictwo to także w większości przestarzałe maszyny, z których większość nie
byłaby w stanie nawet opuścić lotniska. Od lat zresztą najnowocześniejsze
uzbrojenie, a trzeba przyznać, że Rosjanie produkują sprzęt wysokiej jakości,
nowoczesny oraz o wiele tańszy od zachodnich odpowiedników, jest przeznaczane
na eksport. Rosjanie sprzedają chociażby setki czołgów T-90 czy samolotów
Su-30 (w wersji MKI – dla Indii), ale ich własne potrzeby modernizacyjne są
zaspokajane w minimalnym stopniu. Jak pisze Śmigielski: „Rosja dysponująca
znakomitą bazą do opracowywania i produkcji nowoczesnej broni z racji kryzysu
finansowego zmuszona została do minimum ograniczyć wprowadzanie nowego
uzbrojenia na wyposażenie swoich Sił Zbrojnych. Nowe typy uzbrojenia, jeśli
trafiają do SZ, to w liczbach jednostkowych, Rosja stara się natomiast
modernizować broń, którą posiada, by możliwie najpełniej odpowiadała potrzebom
współczesnego pola walki.” W ten sposób przedłuża się resursy (okresy
używania) okrętom nawodnym i podwodnym, samolotom oraz pojazdom.
Niestety, lata niedofinansowania oraz przyczyny tkwiące wewnątrz armii
sprawiają, że ponad milion żołnierzy oraz potężnie wyglądający na papierze
sprzęt są niewiele warte. Większość jednostek posiada zaledwie połowę
wymaganego stanu osobowego. Żołnierze są zdemoralizowani, zjawisko „fali” jest
powszechne, a do wojska idą już praktycznie tylko nieudacznicy, biedacy oraz
kryminaliści. Choć teoretycznie obowiązek poboru dotyczy wszystkich młodych
mężczyzn, mniej niż 20 procent rzeczywiście trafia do wojska. Większość uchyla
się od tego przykrego obowiązku symulując choroby lub płacąc kilka tysięcy
dolarów łapówki. Pomijam tu kwestie warunków panujących w koszarach, brak
mieszkań dla żołnierzy zawodowych etc.
Korupcja w armii jest wręcz legendarna i sięga początków czasów sowieckich.
Tzw. lewizny, czyli wykorzystywanie szeregowych do prac niezwiązanych z
wojskiem (remonty, praca przy zbiorach, na budowie etc.) to chleb powszedni –
niemalże oficjalna instytucja. Żołnierze dorobią sobie trochę do żenująco
niskiego żołdu, a wyżsi oficerowie mają tanią siłę roboczą oraz pieniądze. To
już nie czasy Czeczenii, gdzie na front trafiali fatalnie przeszkoleni
poborowi, służący w armii od zaledwie kilku miesięcy. Czeczenia została
brutalnie spacyfikowana – armia mogła powrócić do stanu spokojnego letargu.
Najlepiej, jakby nikt nie wtrącał się w jej sprawy.
Druga część tekstu na moim blogu:
dyplomacjafm.blox.pl/2008/07/Zardzewiala-szabelka-przytepione-kly-Rosyjskie-1.html