Gość: kibicWKS
IP: 213.25.69.*
30.08.01, 08:15
Poszukuję 35000 osób, które 30.09.1987 na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu
głośno dopingowały piłkarzy Śląska Wrocław w meczu z Realem Sociedad San
Sebastian z Hiszpanii. Ludzie! Gdzie Wy teraz jesteście gdy Śląsk potrzebuje
pomocy? CZY TERAZ GDYBY TRZEBA BYŁO UDOWODNIĆ FREKWENCJĄ JAK BARDZO ZALEŻY NAM
WE WROCŁAWIU NA PIŁCE NOŻNEJ, CZY PRZYSZLIBYŚCIE NA MECZ?
Pewnie że to nie ta sama drużyna, nie ci przeciwnicy i czasy jakby trochę inne,
bo rozrywek mamy dużo więcej niż w 1987 roku ale BARDZO WAŻNY CEL. Czy gdyby na
jeden mecz ligowy Śląska przyszło 30000 kibiców i na drugi również tyle to czy
nie znaleźliby się chętni do zbudowania klubu, który znów mógłby grać w
europejskich pucharach? Pewnie miałoby wtedy sens wybudowanie stadionu po
wyjściu, z którego nie trzeba by było myć butów z błota.
Czy my Wrocławianie jesteśmy do tego zdolni aby w sile 30000 ludzi przyjść na
mecze z Famegiem Radomsko, Stomilem Olsztyn i Amicą Wronki tylko po to, aby
pokazać że marzą nam się znów mecze z Liverpoolem, Napoli i Borussią
Monchengladbach? Czy my Wrocławianie chcemy, aby z tych 500 młodych piłkarzy,
którzy obecnie trenują w Śląsku wyrósł nowy Janusz Sybis lub Rysiu Tarasiewicz?
Czy te dzieciaki są zdolne do tego aby osiągnąć poziom swoich poprzedników?
Jeśli im damy szansę to myślę, że tak ale nie uda się tego zrobić likwidując
kolejny stadion i pozostawiając inne, bez jakiejkolwiek opieki ze strony
miasta.
CZY JESTEŚMY W STANIE TROSZECZKĘ DAĆ OD SIEBIE ABY POKAZAĆ, ŻE NAM ZALEŻY CZY
TEŻ MOŻE JEST NAM OBOJĘTNE TO, CO SIĘ STANIE ZE ŚLĄSKIEM? To pytanie kieruję w
szczególności (ale nie tylko) do osób, które 30.09.1987 były na Stadionie
Olimpijskim.
Tak ten dzień opisał w swojej książce „Pamiętnik kibica...” Romek Zieliński:
„... Dzień meczu z Realem Sociedad San Sebastian był tym, w którym Śląsk miał
największy młyn w historii. Trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem, tuż po
otwarciu bram, sektor „pod wieżą” był już pełny. Chóralne śpiewy słyszane z
przystanku tramwajowego. Kto kiedykolwiek był na Stadionie Olimpijskim może
mieć pojęcie o sile głosu. Gdy mecz się zaczynał przejście dwóch metrów było
niemożliwe. Ścisk, tłok, „młyn” rozlewał się na dwa sąsiednie sektory. Dobrych
pięć tysięcy „kotów” z szalikami. Pięć tysięcy! Czegoś takiego jeszcze długo
nie będzie. Teraz gdy na spotkania ligowe przychodzi ogółem tyle widzów, jest
dobrze. Żal, że nie udało się wygrać, ale to sympatyczne, iż mimo porażki
publiczność stać było na skandowanie po końcowym gwizdku Wu-Ka-eS. 35-tysięczna
publika opuszczała trybuny zawiedziona...”
Wrocławianie! Czy stać nas znowu na takie zachowanie?
Nie darowałbym sobie gdybym nie zacytował w tym momencie fragmentu opisu meczu
Śląsk-Liverpool z książki „Śląsk w Europejskich Pucharach” napisanej przez
Jarosława Tomczyka i Daniela Bednarka
„...Koniec listopada był w 1975 roku w Polsce niezwykle mroźny. W dniu meczu
ranek we Wrocławiu był bardzo zimny, temperatura spadła poniżej minus 10
stopni. Od wyprawy na Stadion Olimpijski, na którym o trzynastej rozpoczynał
się wielki mecz, nikogo to jednak nie odstraszyło. Wspomina Romek Zieliński: -
W mieście panowała atmosfera święta. Już na trzy godziny przed meczem w
kierunku Sępolna wszystkie tramwaje jechały obwieszone przy wejściach
winogronami ludzi. W tamtych czasach nie było jeszcze tramwajów z zamykanymi
automatycznie drzwiami, podczas tłoków ludzie jeździli przywieszeni do wagonów
stojąc nierzadko na stopniu tylko jedna nogą. Tym razem obwieszone były również
tylne zderzaki, wykorzystywano również te miedzy wagonami. Strach pomyśleć co
by się działo gdyby ktoś się ześlizgnął. Na stadionie rozgrzewano się śpiewając
już... pięć godzin przed pierwszym gwizdkiem. 50-tysięczny wówczas obiekt był
wypełniony ponad wszelką miarę. Na meczu piłki nożnej tak nabity był w swojej
całej, a przynajmniej powojennej, historii tylko raz, gdy jesienią 1974 roku w
wygranym 2:0 meczu Śląska z Pogonią Szczecin debiutował przed własna
publicznością jeden z bohaterów niedawno rozegranych mistrzostw świata,
Władysław Żmuda II...”
Czy tak piękne czasy jeszcze powrócą? Zależy to tylko i wyłącznie od nas
kibiców. Jeśli swoją obecnością na stadionie zamanifestujemy przywiązanie do
Śląska to są szanse, że będzie dobrze. Niech 8 września na mecz z Famegiem
przyjdzie nas 35000 osób. Bardzo bym tego chciał.