rena-ta49
07.06.26, 06:51
„Szukam osoby, która mieszka w Melbourne i chciałaby gościć u siebie polską zawodniczkę Maję Chwalińską i jej trenera podczas Australian Open 2023". Ogłoszenie takiej treści dał 4 lata temu Piotr Szczypka, menadżer Mai Chwalińskiej.
Przytoczyłem to na początku mojego postu, bo chciałem nim powitać wszystkich „Księgowych” i Ekspertów od Cudzych Portfeli, którzy już od awansu do ćwierćfinału we French Open siedzieli z kalkulatorem w ręku. A teraz ponieważ stawka wzrosła, bo w końcu Maja awansowała do finału, to dają upust swojej zawiści i mogłem wśród komentarzy w necie znaleźć m.in. takie: „Ooo, 1,6 miliona dolarów! Ale się obłowiła! No, teraz to już do końca życia będzie leżeć na plaży i pić drinki z palemką!”. No tak, bo przecież urząd skarbowy we Francji słynie z tego, że macha ręką i mówi: „A, to dla Mai? To nie chcemy podatku, miłego dnia!”. Odejmij od tego podatek u źródła (zbójeckie stawki), prowizje dla agencji, spłatę długów z ostatnich 5-10 lat (bo przecież ktoś te wcześniejsze starty kredytował lub finansował z prywatnych oszczędności), opłacenie teamu za cały sezon z góry i nagle z tej „góry złota” zostaje kwota, która owszem – daje święty spokój i bazę do dalszej pracy – ale na pewno nie pozwala na zakup prywatnego odrzutowca.
Ale co tam! Kanapowi spekulanci, którzy w życiu najwyższy budżet, jakim zarządzali, to kieszonkowe od mamy, już wiedzą, na co Maja powinna te pieniądze wydać. Najchętniej rozliczyliby też menadżera Szczypkę (swoją drogą jego szczera wypowiedź w jednym z wywiadów odkrywa prawdę o tym jak to naprawdę wygląda) z każdego euro, zapominając, że chłop przez lata prawdopodobnie siwiał przed komputerem, kombinując, jak spiąć budżet na kolejny miesiąc, żeby nie musieli wracać do kraju autostopem. Zresztą sam Szczypka przytoczył kwotę w jednym z wywiadów. Otóż budżet jaki Maja musi zebrać na sezon oscyluje wokół 1mln zł. Dlatego to ogłoszenie z listopada 2022 roku (szukanie darmowego noclegu w Melbourne u polonii przed Australian Open 2023) i wczorajsza, rozrywające serce wypowiedź Piotra Szczypki przed kamerami Eurosportu, tworzą jedną z najbardziej poruszających klamer. Te słowa: „Chciałem tylko rundę, dwie, żeby po prostu żyć normalnie. Żeby nie chodzić i nie prosić...” – to bezlitosne obnażenie tego, o czym kibic siedzący przed telewizorem nie ma pojęcia. Widzimy Paryż, blichtr, kort centralny Philippe Chatrier i gigantyczne pieniądze za finał. Nie widzimy jednak upokorzenia, jakie towarzyszy niszowemu, rzemieślniczemu wręcz „żebraniu” o przetrwanie, kiedy wiesz, że masz w rękach diament, ale brakuje Ci na opłacenie kortu czy biletów lotniczych. W powszechnej świadomości tenis to sport krezusów.
Wizerunek tenisa w mediach to luksusowy jacht, ale 90% pasażerów wciąż płynie na tratwie i gorączkowo wylewa z niej wodę plastikowym kubkiem. Prawda jest taka, że to sport krezusów, ale wyłącznie dla pierwszej setki, a najlepiej pięćdziesiątki rankingu. Zawodnicy z miejsc 150–300, w których przez lata przez kontuzje i zdrowotne zakręty krążyła Maja, nie zarabiają. Oni dopłacają do interesu. Każdy wyjazd, trener, fizjoterapeuta, a nawet naciągi do rakiet to gigantyczny koszt. Wpis Piotra Szczypki o szukaniu prywatnego domu w Australii nie był kaprysem – był brutalną kalkulacją: „Jeśli wydamy na hotel, nie starczy nam na kolejny turniej w Azji czy Europie”. Wypowiedź Szczypka pokazuje, jak potworną cenę psychiczną, oprócz zawodników/zawodniczek, płacą ludzie z cienia. Menedżer czy trener młodej zawodniczki, zwłaszcza zmagającej się w przeszłości z głęboką depresją, musi być jak mur. Większość kibiców myśli, że tenisista to ma życie: podróże, hotele, palmy i machanie rakietą za miliony. Rzeczywistość? Zanim zaczniesz zarabiać na czysto, musisz zainwestować równowartość dobrego apartamentu w Warszawie. Zresztą nie wierzycie? Spytajcie osoby, których dzieci trenują tenisa i rokują jakieś nadzieje, ile ich to kosztuje na tym podstawowym poziomie? Pewnie zdziwicie się bardzo. A później jest jeszcze więcej kosztów. Trener tenisowy, trener przygotowania fizycznego, fizjoterapeuta (bo kolana i plecy mówią „pas” szybciej niż sponsorzy). Ich nie interesuje, czy odpadłeś w pierwszej rundzie w Tunezji, czy w finale w Warszawie – fakturę wystawią tak czy siak. Do tego bilety lotnicze kupowane na ostatnią chwilę, bo przecież nie wiesz, kiedy odpadniesz z turnieju (a wtedy ich koszt jest znaczny, bo nie ma szans na zniżki i okazje). Następnie hotele, jedzenie, naciąganie rakiet (kilkanaście euro od sztuki, kilka razy dziennie). Dlatego droga na szczyt (nie zawsze przecież udana) to permanentny debet na koncie i spanie w motelach, w których główną atrakcją jest grzyb na ścianie, a nie strefa SPA. Ogłoszenie menedżera Mai sprzed lat o szukaniu noclegu w Melbourne to nie była fanaberia – to była walka o biologiczne przetrwanie projektu pod tytułem „Kariera”.
Z punktu widzenia czysto rzemieślniczego, trenerskiego, brak stabilności finansowej to potworny hamulec rozwoju sportowego. Kiedy zawodniczki z TOP 20 po meczu idą do lodowatej kąpieli, mają masaż z własnym fizjoterapeutą i kolację w pięciogwiazdkowym hotelu, zawodnik z pogranicza drugiej setki (wtedy Maja) zastanawia się, jak dojechać na kwaterę u obcych ludzi, żeby nie wydać na taksówkę, i czy w pokoju będzie dość miejsca na rozciąganie. Regeneracja to 50% sukcesu w nowoczesnym sporcie. Brak budżetu to brak regeneracji. Brak budżetu to także brak marginesu na błąd i kontuzje. W przypadku Mai, każda kontuzja była jak wyrok bankructwa – koszty leczenia rosły, punkty uciekały, a rachunki trzeba było płacić. Piotr Szczypka jako menedżer musiał grać rolę bufora. To, co wczoraj z niego zeszło, to nie był tylko stres z turnieju. To były setki nieprzespanych nocy, w których układał w Excelu budżet, wiedząc, że jeden błąd, jeden odwołany lot lub jedna naciągnięta rzepka w kolanie Mai może zrujnować cały ten misternie budowany projekt. Tenis na samym szczycie jest piękny, pachnie drogimi perfumami i szampanem. Ale żeby tam dotrzeć, trzeba najpierw przejść przez bagniste piekło, gdzie walutą są łzy, pot, bezsenne noce i wieczny strach przed kontuzją, która zamknie biznes z dnia na dzień. Ten finał z udziałem Mai to brutalna lekcja dla całego systemu szkolenia w Polsce i na świecie: talentów takich jak Maja mamy więcej, ale większość z nich „umiera” finansowo i psychicznie na etapie ITF-ów (niższa ranga turniejów), bo ich menedżerowie i rodzice pękają wcześniej, niż nadejdzie ten jeden, przełomowy turniej.
Maja Chwalińska i jej team wygrali coś więcej niż tylko finał Rolanda Garrosa czy czek na milion dolarów. Wygrali godność i niezależność. Te 1,6 miliona dolarów za awans do finału i wejście do TOP 30 nie zmienią tego, jak Maja uderza piłkę. Ona zawsze grała genialny, techniczny, sprytny tenis. Te pieniądze zmienią to, że wchodząc w zimowy okres przygotowawczy, jej sztab nie będzie szukał sponsora na Twitterze ani darmowego pokoju w Melbourne. Wynajmą najlepszych specjalistów, polecą tam, gdzie trzeba, i skupią się wyłącznie na rzemiośle.
Maja i jej team wygrali prawo do tego, by trenować bez pętli finansowej na szyi. I za to należy im się gigantyczny szacunek, a „księgowym” z internetu zalecam maść na ból tyłka – najlepiej kupioną za własne, a nie wygrane u bukmachera pieniądze. Dobra nie zanudzam tylko czekam cierpliwe i mocno trzymam kciuki. Przyznam się, że nie myślałem, że w wieku 49 lat w sobotnie czerwcowe popołudnie sięgnę "znów" po bajkę z Mają roli głównej😎. Pozdrawiam
Sukces ma wielu ojcow....