w Szczawnie Zdroju to było, poznałem pewną kuracjuszkę. No i wiadomo, seks,
balangi i czułe wyznawanie mi miłości. Skończył się turnus, wyjechała, ale
kontakty utrzymane. I zapewnienia przez telefon: ty, tylko ty, jedyny i
kochany. Niestety tak się jakoś układało, że spotkać się nie dało rady? A bo
to praca, a problemy, a jakieś stresy małżeńskie, oboje byliśmy zajęci. Ale
nic to, my przecież się kochamy! Jakoś tak za rok, patrzę, idzie dama! A
tydzień temu gadaliśmy i nic nie wspominała, że przyjedzie? Podszedłem bardzo
ucieszony, a ona tak jakby zmieszana?
- Aaaa, cześć Tadziu, to ty tu jeszcze jesteś? A mówiłeś, że na dniach mają
cię przenieść?
- Za to ty nie wspominałaś, że znowu załatwiłaś Szczawno...
- A bo to tak na szybko było, udało się przez koleżankę, która tu jest
zastępcą kierownika... tak wiesz, w ostatniej chwili, bo miejsce się nagle
zwolniło...
- To wstąpisz do mnie? Miałem iść do knajpy, ale przecież...
- Nie mogę, bo wiesz, śpieszę się.
- ???
- Nie gniewaj się, ale zakochałam się... w takim jednym z naszego turnusu i
tylko wyskoczyłam po jakieś lepsze winko...
- .... coś tam powiedziałem, sam już nie wiem, bo sytuacja mnie przerosła!
Zaskoczenie, zawód, mętlik jakiś? Co to, jak to??
No i skończyła się ta miłość... Błyskawicznie! A miała być taka trwała...
wspaniała...
No i dlatego Drogie Panie, nie wierze w miłość. A teraz pora na śniadanie! Pa,
narka

DD
Ps. Nie wierzcie we wszystko co piszę.

DD