szczurwa
19.04.11, 22:44
Miejsce akcji: Warszawa, lewoskręt Gołkowska/Powsińska, ciemno, parę minut po dziesiątej wieczór. Podczas wykonywania manewru, przed maską auta ni stąd ni z owąd od lewej strony na przejściu dla pieszych pojawiła się parka rozkosznych rowerzystów, mknąc przynajmniej czterdziestką. Auto stanęło niemal dęba, ale jakoś udało się uniknąc kolizji. Państwo jednośladowe również zatrzymało się, już za przejściem, dziwiąc się niepomiernie, jak śmiem mieć do nich pretensję, wszak byli na przejściu dla pieszych i mieli zielone światło... Nijak nie chcieli przyjąć do wiadomości, że kodeks drogowy na przejściu dla pieszych nakazuje zsiąść z roweru i przeprowadzić jednoślad per pedes. Zresztą, nieważne, pal diabli PORD, ważne natomiast mi się wydaje uświadomienie tym ludziom i im podobnym, że, po pierwsze: kierowca samochodu na przejściu dla pieszych spodziewa się pieszych, a nie nagle pojawiających się znikąd pojazdów, po drugie: rzadko kiedy auto da się zatrzymać "w miejscu", po trzecie: w przypAdku takiej kolizji rowerzysta w najlepszym wypadku zostaje kaleką, mniej lub bardziej trwałym, najczęściej zaś trupem, zatem dyskusja "kto winien" post factum z jego punktu widzenia staje się czysto akademicka. Myślę, że byłoby tu spore pole do popisu dla tak czułej na punkcie naszego bezpieczeństwa w ruchu drogowym Policji, może nie tak spektakularne i dochodowe, jak suszenie na Siekierkowskiej, ale przecież praca czyni cuda. A i parę istnień ludzkich, których duszą zawładnął jednoślad pozbawiając jednocześnie rozsądku i wyobraźni, dałoby się ocalić.
uczestniczyłem kiedyś w podobnym zdarzeniu. I nie chę więcej.