edek40
27.04.13, 14:53
Rowerzysci, moim zdaniem slusznie, domagaja sie wyprzedzania ich w nieco wiekszej odleglosci niz grubosc lakieru. Wobec tego jesli na normalnej polskiej szosie ulicy rowerzysta zajmuje jedyny pas ruchu, traktuje go jak pojazd i nie probuje sprawdzic czy jakos pomiescimy sie. Podobne zachowanie staje sie w okolicach przeze mnie zamieszkiwanych standardem. I dobrze.
Dzis jednak pewien rowerzysta sklonil mnie do glebszego zastanowienia. Albo byl to idiota, godny Nagrody Darwina i naturalnie pomstowania na zlego slowianskiego kierowce, ktory zabil, albo mial w d..pie w jakiej odleglosci bedzie wyprzedzany. Skad przemyslenia? Otoz jechalem sobie szosa. W koncu dojechalem do skrzyzowania z sygnalizacja, a wobec tego, ze mialem zielone po prostu sobie jechalem. Z prawej czail sie do skretu pode mnie rowerzysta. Spojrzal mi gleboko w oczy i... wjechal powolutku dokladnie pode mnie. No coz, van, ktorym jechalem ma 2 metry szerokosci, BEZ LUSTER, zrobilo sie wiec ciasno. Z przeciwka ruch ciagly. Ja, jak pirat, jechalem 50 km/h. Na hamowanie czy nawet trabienie (z reszta po co - wszak widzial mnie chyba) czasu brak.
No coz. Zmiescilismy sie, choc pan rowerzysta, zapewne poczul smagniecie wichura wywolana lusterkiem zatrzymal sie, opierajac prawa noge o chodnik. Ja zawartosc majtek dowiozlem na miejsce. Kierowca z przeciwka rowniez i to jemu zawdziecza zdrowie rowerzysta i zapewne ja. Widzac co sie dzieje odbil w prawo na pobocze.
To nie jest pierwsza taka sytuacja, gdy rowerzysta sam siebie traktuje jako pojazd nie charakteryzujacy sie szerokoscia. Ale dopiero pranie gaci sklonilo mnie do zastanowienia na tym czy to debile, czy nie uwazaja, ze odstep ma znaczenie...