Dodaj do ulubionych

Rybie śpiewy

13.02.06, 23:40
O rybie, co nie jest rybą i śpiewa, choć nie ma czym





Autor: Dorota Kozińska



[...] dlatego wieloryb nie posiada głosu, chyba żebyście go znieważyli
twierdząc, iż kiedy tak dziwnie bulgocze, to mówi przez nos. Ale też co ma
wieloryb do powiedzenia? Rzadko kiedy znałem jakąś istotę głęboką, która by
miała coś do powiedzenia temu światu, chyba że była zmuszona bełkotać
cokolwiek bądź, aby zarobić na chleb.

Herman Melville „Moby Dick ” (tłum. Bronisław Zieliński)

Ten numer, drogi Czytelniku, bierzesz do rąk tuż przed Gwiazdką, spodziewasz
się więc prezentów. A ponieważ pisząca te słowa jest osobą dość przewrotną,
ofiaruje Czytelnikowi pod choinkę opowieść o zwierzęciu, które uchodziło
niegdyś za rybę i jako takie teoretycznie mogło zagościć na stole wigilijnym.
Wieloryb – bo o nim mowa – rybą wszakże nie jest. Mało tego: z ewolucyjnego
punktu widzenia jest zwierzęciem parzystokopytnym (w co już doprawdy trudno
uwierzyć), na dodatek obdarzonym zdolnością wydawania uwodzicielskich
dźwięków, komponowania ich w długie pieśni i wspólnego kształtowania
repertuaru, który zmienia się z sezonu na sezon – szybciej niż mody w
kapryśnym światku muzyki współczesnej.

Dziś nawet dziecko zdaje sobie sprawę, że walenie (Cetacea) to rząd ssaków
liczący około 80 gatunków zwierząt wodnych, zgrupowanych w dwóch podrzędach,
zębowców i fiszbinowców. Te pierwsze reprezentuje między innymi kaszalot
(unieśmiertelniony w literaturze przez Melville’a, który kazał Ahabowi
uganiać się za albinotycznym Moby Dickiem) oraz poczciwe delfiny, z ich
największym przedstawicielem, nieco mniej poczciwym miecznikiem, zwanym dziś
orką, a w języku angielskim określanym jako killer whale (o czym niżej).
Spośród fiszbinowców na największe zainteresowanie melomanów zasługuje
humbak, czyli długopłetwiec, blisko 20-metrowy wieloryb, któremu w
średniowieczu zdarzało się wpływać nawet do Bałtyku. Obecnie liczebność tego
gatunku nie przekracza 10000 sztuk w skali globu, i chyba jedyne, co go może
uratować, to niepospolite uzdolnienia muzyczne, doceniane nie tylko przez
badaczy, ale też autorów relaksujących składanek płytowych spod znaku New Age
oraz kompozytorów całkiem poważnych.

Walenie „wróciły” do morza mniej więcej 50 milionów lat temu. Ówczesne Morze
Tetydy rozpościerało się w miejscu dzisiejszych Indii i Pakistanu, a
zasiedlające je ziemnowodne olbrzymy miały uszy wyposażone w szereg
udogodnień anatomicznych, umożliwiających im słyszenie zarówno w głębi, jak
nad powierzchnią toni. Osiągnięcia biologii molekularnej pozwoliły ustalić
pokrewieństwa między kopalnymi przodkami waleni a żyjącymi do dziś
zwierzętami kopytnymi – z dość zadziwiającym skutkiem. Otóż miejsce
wkomponowania określonych retrowirusów w łańcuch DNA Cetacea sugeruje, by
wkleić do albumu rodzinnego wielorybów także zdjęcia hipopotamów, jeleni i...
żyraf. Najbliżej waleniom do hipopotamów, które podobnie jak one karmią młode
pod wodą, nie pocą się i mają jądra ukryte wewnątrz ciała.

Pewnym jest jednak, że kaszalot nie posiada właściwych narządów powonienia.
Ale i na cóż mu one? W morzu nie ma róż ani fiołków, ani wody kolońskiej.” –
stwierdził półtora wieku temu Melville. I poniekąd miał rację. Podstawowym
zmysłem waleni jest słuch. Zębowce mają zdolność wydawania ultradźwięków i
posługują się echolokacją, która pozwala im wytropić zdobycz, ocenić
głębokość i kierunek, a także porozumieć się z innymi osobnikami. Dźwięki
wytwarzane podczas wydmuchiwania powietrza przez nozdrza skupiają się w tak
zwanym melonie, zbiorniku tłuszczowym na czole, pełniącym rolę swoistej
soczewki akustycznej. U kaszalota melon może pomieścić nawet 5 ton tłuszczu,
cenionego niegdyś na wagę złota olbrotu, o którym Melville pisał z czcią
niemal nabożną. Nawiasem mówiąc, przedstawiony przezeń obraz najpiękniejszej
śmierci wielorybnika, tonącego w jamie olbrotowej kaszalota, śnił mi się w
dzieciństwie po nocach. Wróćmy jednak do echolokacji. Odbite dźwięki trafiają
do ucha środkowego, dzięki czemu w mózgu zębowca powstaje dokładna mapa
otoczenia. Ogromna liczba komórek mózgowych umożliwia waleniom błyskawiczną
analizę materiału akustycznego. Prócz tonów służących echolokacji zębowce
potrafią emitować najrozmaitsze piski, gwizdy i klekoty, podobno naśladują
też dźwięki wydawane przez ludzi. Cały ten repertuar przywodzi na myśl zasoby
Studia Eksperymentalnego PR – brzmi nieludzko, a nawet „niezwierzęco”,
układając się w ciągi mechanicznych zgrzytów, z rzadka kontrapunktowanych
ćwierkaniem. Takiej na przykład orce pozwala jednak zlokalizować znacznie
większą od niej zdobycz, choćby młodego humbaka, skrzyknąć stadko zwinnych
myśliwych i otoczyć ofiarę.

Dochodzimy w tym miejscu do angielskiej nazwy orki, killer whale, która
wynikła z pewnego nieporozumienia językowego. Jak już wspomniałam, orka jest
delfinem, skąd więc „waleń-zabójca”? (Whale to wyraz dwuznaczny – określa
przede wszystkim wieloryba, ale w szerszym rozumieniu także dowolnego
przedstawiciela rzędu Cetacea.) Otóż z przestawienia kolejności wyrazów:
powinno być whale killer, czyli „zabójca wielorybów”, bo ofiarą orek padają
także humbaki i płetwale karłowate, a nawet królowie morskich przestworzy,
największe na świecie płetwale błękitne (dodajmy gwoli uczciwości, że
odpowiednio niewyrośnięte). Świadczy to doskonale o orkowych zdolnościach
echolokacyjnych, zabójczej broni w świecie wodnych drapieżników, zachęca
jednak zarazem do studiów nad dźwiękami emitowanymi przez
wieloryby „prawdziwe”, czyli fiszbinowce, wśród których najwspanialszym
muzykiem jest właśnie humbak. A w przypadku fiszbinowców sprawa jest daleko
bardziej skomplikowana. One też, podobnie jak zębowce, nie mają krtani i
więzadeł głosowych, a śpiewają uwodzicielsko niczym Syreny z Homera.
Zwłaszcza humbaki. Pionierem badań akustycznych w dziedzinie cetologii był
Roger Payne, który w latach 60. rozpoczął żmudne nagrywanie dźwięków
wydawanych przez humbaki. Dziś już wiadomo, że „głos” mają i samce, i samice,
ale tylko panowie potrafią składać tony w długie „pieśni”, natężeniem dźwięku
dorównujące hukowi startującego odrzutowca, różnorodnością zaś bijące na
głowę dokonania najtęższych mistrzów muzyki wokalnej. Z braku więzadeł
głosowych źródłem dźwięku są najprawdopodobniej mięśnie, zastawki i komory
akustyczne w obrębie układu oddechowego - ciekawe tylko, co dzieje się z
rezonującym wewnątrz wieloryba powietrzem, skoro olbrzym, snując pieśń, nie
oddycha i nie otwiera pyska?

Następna zagadka: humbaki śpiewają tylko w okresie godowym, nie
wiadomo jednak, czy ich pieśń ma zwabić partnerkę, odstraszyć rywala, czy
wręcz przeciwnie – zwabić konkurenta, by położyć go na obydwie łopatki
(płetwy?) wyższością talentu muzycznego, predestynującego samca do pokrycia
większej liczby samic. Jakby tego było mało, pieśń humbaka to nieustanny work
in progress. Z początkiem sezonu wszystkie samce w danym akwenie snują mniej
więcej tę samą melodię. Następnie wzbogacają ją o nowe tematy, tworząc
skomplikowane struktury rytmiczne i melodyczne, podchwytywane z zapałem przez
kolejnych śpiewaków. W lecie humbaki migrują na Północ i zajmują się przede
wszystkim gromadzeniem rezerw tłuszczowych na kolejne amory. Cisza w morskim
eterze trwa około pół roku, po czym samce rozpoczynają warsztaty
kompozytorskie od nowa, pracując tym razem nad pieśnią, która zyskała
ostateczny kształt pod koniec poprzedniego sezonu rozrodczego. Skutek? Po
dziesięciu latach pojedynczy humbak, krążący – powiedzmy – między Alaską a
Hawajami, zanosi pieśń tak odległą od pierwowzoru, jak śpiewy plemienne
Pigmejów od arii Zerbinetty z Ariadny na Naksos.
Ostatnie dni spędziłam w Internecie, zmuszaj
Obserwuj wątek
    • quasthoff Re: Rybie śpiewy 13.02.06, 23:44
      Ostatnie dni spędziłam w Internecie, zmuszając mój wysłużony komputer do
      ściągania plików dźwiękowych z nagraniami pieśni humbaków. Warto było. Człowiek
      z natury rzeczy mierzy świat swoją miarą i lubi antropomorfizować zwierzęta.
      Humbak go nie zawiedzie - prócz odgłosów przypominających zew godowy wszelkich
      żywych istot na Ziemi, od ptaków po najwyżej rozwinięte ssaki, snuje bowiem
      wokalizy w dowolnej tessyturze, nie przejmując się brakiem oddechu (bo ma go w
      nadmiarze lub nie potrzebuje go wcale, nie wiadomo). Raz to przypomina
      mikrotonowe eksperymenty Scelsiego, raz tybetańskie śpiewy mantryczne, raz
      improwizującą trąbkę Milesa Davisa. Skojarzenia można wyliczać bez końca, coraz
      bardziej ubolewając nad brakiem inwencji u zwyczajnych, „ludzkich” kompozytorów.

      „Czym jest sama ta wielka kula ziemska, jeżeli nie Rybą Wolną? A czymże ty
      jesteś, człowieku, jeśli nie Rybą Wolną i Rybą Przytrzymaną zarazem?” Po
      szczegóły odsyłam do rozdziału LXXXIX Moby Dicka.

      PS dla zainteresowanych:

      Michał Przybysz organizuje wyprawy przyrodnicze do północnej Skandynawii,
      połączone z obserwacjami orek i wielorybów. Szczegóły na stronie
      www.horyzonty.pl

      26 stycznia 2006


      onet

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka