xanderus
14.02.09, 22:09
3-letnia suka (owczarek niemiecki) znajomych nagle straciła apetyt. Po kilku
dniach udali się do weterynarza. Zlecił prześwietlenie, które wykazało guz na
śledzionie. Został wycięty operacyjnie. Po kilku dniach okazało się, że rana
nie chce się goić. Po zbadaniu fragmentu wyciętej tkanki okazało się, iż jest
to guz złośliwy, który odnawia się na śledzionie i uniemożliwia gojenie,
powodując krwotoki. Weterynarz zadecydował, iż choroba jest nieuleczalna,
spowoduje szybką śmierć psa i uśpił go.
Moje pytanie - czy jego decyzja była zasadna? Jeśli nie dało się wyciąć tkanki
nowotworowej, czemu po prostu nie usunąć całej śledziony? To nie jest narząd
niezbędny do życia i prawidłowego funkcjonowania, nawet ludzie żyją bez niego.
Oczywiście była możliwość wystąpienia przerzutów (wtedy szanse pieska
faktycznie zmalałyby), jednak weterynarz nie mógł mieć informacji w tym
zakresie (jedynym wykonanym badaniem była analiza wyciętego guza, co nie daje
chyba żadnej wiedzy na temat występowania lub braku przerzutów). Kwestia
braków finansowych odpada, właściciele byliby w stanie zapłacić nawet dość
wysoką kwotę (jako że nawet sam pies był dość wartościowy).
Mam jednak małą wiedzę w temacie medycyny weterynaryjnej i chciałbym wiedzieć,
czy moje myślenie jest poprawne, czy też błędne i psa naprawdę nie da się
uratować w takim przypadku? Nic nie przywróci życia psiakowi, jednak chciałbym
wiedzieć, czy przypadkiem tego weterynarza nie należy omijać z daleka.