Dodaj do ulubionych

Bitwa od Donbas - analiza operacyjna

03.05.22, 02:20
www.o2.pl/informacje/plk-piotr-lewandowski-powoli-ale-skutecznie-czarne-chmury-nad-donbasem-6763472549403424a
Chciałbym napisać "interesująca", lub "ciekawa", ale moim zdaniem zbyt "nie-optymistyczna", aby posługiwać się takimi określeniami.

Odynie, jako człowiek z pewnym doświadczeniem operacyjnym, co o tym sądzisz? W czym upatrywać nadziei?
Obserwuj wątek
    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 15:58
      Przeczytałem ten wywiad dwa razy, aby niczego nie uronić.
      Generalnie: zgadzam się ze wszystkim co powiedział.
      Dziwił mnie optymizm na forum, niekiedy skrajny, ale wraz z upływem czasu agresji tego optymizmu jest dużo mniej.
      Rosjanie wyciągnęli wnioski z pierwszych batów, wyznaczyli dowódcę na teatrze działań bojowych i wzmocnili batalionowe grupy bojowe do pułkowych. Dlaczego wzmocnili? Bo mają czym.
      W odróżnieniu od dzielnych Ukraińców posiadają o wiele większe zdolności do uzupełnienia strat bezpowrotnych, poprawili dowodzenie i niezależnie od ponoszonych strat mają, niestety, inicjatywę strategiczną.
      To oni decydują o głównych kierunkach działań i tym samym wiążą siły ukraińskie w miejscach, gdzie są mniej potrzebne.
      Mnie niepokoi jeszcze coś innego. Niepokoi mnie prawie całkowite odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego.
      Odessa jest taką ostatnią wyspą, ważną logistyczne, ale i tam spadają rakiety.
      Jaki z tego wniosek?
      Polska jako hub zaopatrzenia dla Ukrainy staje się jeszcze ważniejsza.
      I jeszcze jedno: zbliża się ta groteskowa defilada w Moskwie.
      Jestem przekonany, że rosyjscy generałowie na Ukrainie, nie bacząc na straty, postarają się zadowolić tego kremlowskiego kurdupla jakimś spektakularnym sukcesem.
      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 16:10
        I jeszcze jedno:
        Wierzę w Ukraińców, bez względu na wynik bitwy o Donbas.
        Wierzę w skutki sankcji ekonomicznych. Ona działają z dużym opóźnieniem, ale są niezmiernie skuteczne dla przeciętnego obywatela kraju objętymi sankcjami.

        Sankcje nie obalą Putina, ale zmienią postrzeganie rzeczywistości przez Rosjan.
        Są pierwsze symptomy w Kaliningradzie. Zamykają tamże firmy i zwalniają ludzi, bo zerwały się więzi kooperacyjne z zagranicą. Oby ta tendencja rozwinęła się na całą Rosję. Tego sobie życzę.
        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 16:35
          W przyszłym tygodniu wysyłamy na front 50 szt. "wypasionych" kamizelek taktycznych XXL. Na miejscu, w ich kieszenie zostaną zamontowane czeskie płyty balistyczne.
          Pojedzie też agregat Honda na ropę.
          Tyle możemy.....
        • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 18:02
          Jacmimo wszystko wierze w sankcje. Bez zachodnich technologii, bez zachodnich podzespolow, bez zachodnich rynków, Rosja spadnie jesli nie do kamienia łupanego, to do lat 50.
      • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 17:47
        Ale może juz nie zdążą? Wkoncu jutro już 4 maja. Musialoby gdzieś nastapić jakieś znaczące przełamanie, aby mogli zdobyc coś istotnego na tyle aby bylo warte 9-majowego zwyciestwa.
        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:26
          4 dni to dużo.
          • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:37
            odyn06 napisał:

            > 4 dni to dużo.


            Nie pocieszyłeś.
            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:50
              Jeżeli w pasie natarcia dla jednej armii jest ich cztery z kawałkiem, to o pociechę trudno raczej.
              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:58
                odyn06 napisał:

                > Jeżeli w pasie natarcia dla jednej armii jest ich cztery z kawałkiem, to o poci
                > echę trudno raczej.

                Troche ne rozumiem jak to mozliwe, ze orki zyskaly taka przewage. Ukraincy powinni miec mniejszy problem z liczba zolnierzy, problem oczywiscie ze sprzetem ciezkim jest zrozumialy. Tym niemniej 4 krotna przewaga w sytuacji gdy kierunki ruskiego natarcia byly przewidywalne, dziwi.
                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 20:51
                  W cytacie z mjr Fiszera masz odpowiedź.
                  Ja myślę, że najbliższe dni mogą zaważyć o losie Ukrainy.
                  Od dwóch dni prezydent Żeleński się nie wypowiada….
                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 21:03
                    odyn06 napisał:

                    > W cytacie z mjr Fiszera masz odpowiedź.
                    > Ja myślę, że najbliższe dni mogą zaważyć o losie Ukrainy.
                    > Od dwóch dni prezydent Żeleński się nie wypowiada….


                    Pozostaje wiec jedynie miec nadzieje ze ten caly zachodni sprzet jest juz w Donbasie, i te wszystkie Świete Javeliny, Switchblade'y i inne żelaztwo pokaze swoją jakość ponad ilością.
                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 21:09
                      Tak
                      Aby uniemożliwić wywóz sprzętu na wschód orki zbombardowali dzisiaj podstacje zasilające ruch kolejowe we Lwowie.
                      • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 21:35
                        odyn06 napisał:

                        > Tak
                        > Aby uniemożliwić wywóz sprzętu na wschód orki zbombardowali dzisiaj podstacje z
                        > asilające ruch kolejowe we Lwowie.

                        nypost.com/2022/05/02/vladimir-putin-to-undergo-cancer-surgery-transfer-power/
                        Jest jeszcze to... wg niektorych Putin ma przejsc operacje na nowotwor, w zwiazku z tym ma przekazac na dwa trzy dni swojrmu szefowi FSB. Temu samemu ktorego publicznie ponizył na oczach calego swiata. Moze anastezjolog przyjdzie napruty i pomyli zastrzyki??

                        Tyle zecten gosc z FSB ponic wcale nie jest lepszy od Putina.
                    • kstmrv Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 22:50
                      bmc3i napisał:

                      > Pozostaje wiec jedynie miec nadzieje ze ten caly zachodni sprzet jest juz w Don
                      > basie, i te wszystkie Świete Javeliny, Switchblade'y i inne żelaztwo pokaze swo
                      > ją jakość ponad ilością.


                      Ilością też, Switchblade wysłano tam tysiące sztuk, one powinny dosłownie zalać wszelkie nacierające rosyjskie oddziały pancerne i artylerię.
                      • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 23:57
                        teraz idzie partia następnych Javelinów, coś 5000 szt, Haubice M777 155mm już 70 sztuk na Ukrainie.
                        Pzdr
                        • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:05
                          patmate napisał:

                          > teraz idzie partia następnych Javelinów, coś 5000 szt, Haubice M777 155mm już
                          > 70 sztuk na Ukrainie.
                          > Pzdr
                          >

                          Skad ta informacja? Dziś w NPR mówili że stany dostarczyły dotąd 5500 Javelinów, a najnowsza dostawa nie zawiera ani jednego Javelina, co związane jest z tym, ze dotychczasowe dostawy skurczyły amerykańskie zapasy o 1/3, zas zakłady w Alabamie nie są w stanie produkować więcej niż 600 pocisków rocznie.
                          • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:42
                            znajdę to zalinkuję, widziałem parę godzin temu
                            • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:43
                              gloswielkopolski.pl/ukraina-dostanie-do-piatku-od-usa-kolejne-5000-pociskow-javelin-to-prawdziwi-pogromcy-czolgow/ar/c1-16320827

                              ale też w "poważniejszej" prasie

                              Pzdr
                              • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:45
                                twitter.com/visegrad24/status/1521235110682673156
                            • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:46
                              mil.in.ua/en/news/the-united-states-will-hand-over-5-000-javelin-anti-tank-missiles-to-ukraine-by-friday/
                              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 01:39
                                maxikasek napisał:

                                > mil.in.ua/en/news/the-united-states-will-hand-over-5-000-javelin-anti-tank-missiles-to-ukraine-by-friday/


                                Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o tych nowych 5000 Javelinów w amerykańskiej prasie. Pisza o "ponad 5000" lub 55000 już wcześniej dostarczonych - tzn. od 24 lutego, ale nic o nowej dostawie 5000 kolejnych pocisków tego typu.

                                Jest za to wypowiedź Austina dla kongresu, uspokajająca że inwentarz Javelinów "nie zostanie uszczuplony poniżej krytycznego poziomu"

                                www.stripes.com/theaters/us/2022-05-03/ukraine-russia-war-weapons-stockpiles-austin-javelins-stingers-5884318.html
                                • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 15:32
                                  "Jest za to wypowiedź Austina dla kongresu, uspokajająca że inwentarz Javelinów "nie zostanie uszczuplony poniżej krytycznego poziomu"'
                                  Czemu więc nie ruszyła produkcja na 3 zmiany- skoro to takie proste ;-)
                              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 03:07
                                maxikasek napisał:

                                > mil.in.ua/en/news/the-united-states-will-hand-over-5-000-javelin-anti-tank-missiles-to-ukraine-by-friday/


                                Jakieś bzdury na tej ukraińskiej stronie. Powołali sie na konferencję prasową Kirby'ego, tymczasem specjalnie poświeciłem 0,5 h na jej obejrzenie, i nie dostrzegłem w niej żadnej oinformacji o nowej dostawie Javelinów. Przeciwnie, powiedział że 90 haubic jest juz na Ukrainie, natomiast nowa dostawa zawiera to o co Ukraincy sami prosili - działa i radary. Nie wymienił nic więcej.
          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:40
            Za Fiszerem:


            Upór, z jakim Rosjanie usiłują przebić się do Donbasu, jest ogromny. Ciężkie walki trwają, a zdołali posunąć się naprzód tylko pod Limanem na północny wschód od Słowiańska. Warto wciąż przybliżać wadliwą strukturę ich wojsk.

            Na froncie bez większych zmian, choć walki są niesamowicie zacięte. Pod Izium Rosjanie ściągnęli aż pięć armii! Na głównym kierunku naciera 1. Armia Pancerna Gwardii w pierwszym rzucie, a w drugim 20. Armia Gwardii. Prawe, zachodnie skrzydło osłaniają przetrzepane 35. i 36. armia, zaś lewe, wschodnie – 2. Armia Gwardii. Pchnięto tu także dwie elitarne dywizje powietrzno-desantowe (DPD): 76. Czernihowską DPD Gwardii i 106. Tulską DPD Gwardii.

            A to tylko kierunek iziumski. Pod Limanem operuje 41. armia, pod Rubiżnem i Siewierodonieckiem – 5. armia. Na Popasną i z Doniecka naciera 8. Armia Gwardii, w stronę Zaporoża i na Hulajpole – 58. armia. Chersoń trzymają 49. armia i 22. Korpus, a na podejściach do Charkowa broni się 6. armia. Broni się, bo ukraińskie wojska powoli, ale systematycznie odzyskują pojedyncze wioski. 6. armia jest tak osłabiona, że nie zawsze zabiera ciała swoich zabitych. Ukraińcy odnajdują je na wyzwolonych terenach, niektóre leżą tu już dwa miesiące.


            Jak pewnie państwo zauważyli, z układanki zniknęła 29. armia, która osłaniała prawe skrzydło natarcia na Kijów po zachodniej stronie Dniepru. Została zatrzymana pod Buczą i Irpieniem. Stoczyła dramatyczną walkę o utrzymanie dróg zaopatrzenia dla zgrupowania, nieustannie ostrzeliwanego przez ukraińską artylerię i atakowanego przez formacje zmechanizowane. Latały tu bayraktary, działały siły specjalne i weterani z Donbasu walczący w szeregach wojsk obrony terytorialnej od 2014 r. Ciężkie niedostatki zaopatrzenia legły u podstaw zatrzymania Rosjan pod Kijowem, a sama 29. armia poniosła takie straty, że najwyraźniej do Ukrainy już nie wróciła. Na niewiele się pewnie nada przez wiele miesięcy.

            Oczywiście są jeszcze „armie” dwóch śmiesznych republik, Ługańskiej i Donieckiej, zwanych przez Ukraińców Ługandą i Donbabłe, ale mają raczej marną reputację. Na siłę wciela się do nich separatystów, którym separatystyczne uczucia minęły, gdy przekonali się, jaką bandycką władzę im zafundowano i jak marne stało się ich życie w nieuznawanej na świecie malutkiej republice, skąd nie sposób nawet wyjechać.

            Tymczasem seria tajemniczych pożarów w całej Rosji stała się jakąś plagą. 1 maja groźny ogień zajął Permskie Zakłady Prochowe, które poza materiałami wybuchowymi produkują silniki rakietowe na stały materiał pędny wszelkich typów, w tym dla artyleryjskich zestawów rakietowych BM-21 Grad i Tornado, BM-27 Uragan i BM-30 Smercz, rakiet balistycznych Iskander, ale też rakiet strategicznych Topol-M, Jars i Buława. Prócz tego wytwarza się tu farby, lakiery i ceraty na stoły w ptaszki i kwiatki. Po pożarze może to być towar deficytowy, podobnie jak silniki dla rosyjskich rakiet bojowych.
            Co szwankuje w strukturze rosyjskich wojsk

            Dlaczego Rosjanom tak nie idzie? Część zagadnień wyjaśniłem wczoraj, ale to temat rzeka. Orkowie nie dostrzegli najwyraźniej ważnych zmian zachodzących w strukturze wojsk, dziś całkowicie zmotoryzowanych. Nie ma już formacji maszerujących na piechotę, jak jeszcze w latach 50., nie ma koni ciągnących działa, wozy taborowe, taczanki łączności, kuchnie polowe, sprzęt saperski… Nie ma zwiadowców na rowerach, nawet motocyklistów jest dużo mniej – jednoślady wyparły quady.

            Cała piechota porusza się gąsienicowymi bojowymi wozami piechoty lub kołowymi transporterami, desantowcy poruszają się zaś lekko opancerzonymi samochodami terenowymi, zrzucanymi przez samoloty. Kawaleria powietrzna przemieszcza się śmigłowcami.

            Kiedyś pułk piechoty miał kilkadziesiąt pojazdów. Współczesna brygada ma kilkaset, często co najmniej pół tysiąca. Siła ognia też niewspółmiernie wzrosła. Kompania z 10–14 bojowymi wozami piechoty to tyleż szybkostrzelnych działek i wyrzutni kierowanych rakiet przeciwpancernych, mających łącznie ok. 20 karabinów maszynowych, minimum dziewięć ręcznych granatników i z 70 karabinków automatycznych strzelających seriami. Taki arsenał zmiótłby z powierzchni ziemi drugowojenny batalion pieszy, pozbawiony działek szybkostrzelnych, kierowanych rakiet przeciwpancernych, mający najwyżej cztery lekkie działa przeciwpancerne, podobną liczbę słabszych granatników i jakieś 350 karabinów oddających pojedyncze strzały.

            Kompania dziś ma ok. 120 ludzi, a drugowojenny batalion mógł mieć i 500. Dlatego bataliony zajmowały wąskie odcinki obrony, a nacierając w składzie pułku, tłoczyły się w niewielkim pasku. Pułk złożony z kilkunastu pojazdów, trochę koni i różnych zaprzęgów to kolumna długa na 3 km. Dzisiejszy rosyjski pułk, zachowujący „taktyczne” odstępy między pojazdami, to kolumna na 15 km. Zaopatrzenia pułk potrzebował kiedyś oczywiście dużo mniej niż batalion zmechanizowany. Paliwa dla kilkunastu pojazdów, nieco furażu dla koni, konserw i sucharów dla żołnierzy, trochę amunicji, bo i środków ogniowych było mniej – piechurzy strzelający dziś seriami z AK czy M16 wywalą pięć razy tyle pocisków co piechurzy oddający dawniej pojedyncze strzały z Mosina, Mausera czy Garanda.


            Brygada, batalion, kompania

            Dlatego w kwestii organizacyjnej wszystko zeszło szczebel niżej. Dziś podstawową formacją taktyczną jest brygada, taki dawny pułk, ale wzmocniony elementami, które czynią ją samodzielną. Brygada planuje działania w sztabie pod kierunkiem szefa sztabu (zastępcy dowódcy brygady). Sztab ma sekcję operacyjną od wyznaczania zadań poszczególnym oddziałom (batalionom) i zarysowania sposobów ich wykonania (unikając nadmiernych szczegółów), sekcję rozpoznawczą do oceny przeciwnika, personalną do organizowania uzupełnień, łączności do kontaktu z podwładnymi (dowódca odpowiada za łączność z podwładnym, a nie odwrotnie), sekcję logistyczną do organizowania materiałowego zabezpieczenia działań itd.

            Brygada może mieć do 2 tys. ludzi, a na jej czele stoi co najmniej pułkownik, często generał brygady. Batalionowa grupa bojowa wchodząca w skład brygady ma wszystko, czego jej potrzeba do samodzielnego działania w wyznaczonym pasie. Często nie ma kontaktu wzrokowego z sąsiednim batalionem, ale poważniejsze wsparcie organizuje dla niej dowództwo brygady. Batalion ma swój sztab, ale w formie szczątkowej, zamiast sekcji – po jednym oficerze, który doradza dowódcy. Na szczeblu batalionu planuje się bowiem szczegółowe działania na podstawie otrzymanych zadań i zastanych okoliczności. Batalionem dowodzi podpułkownik lub major. W kompanii z kolei nie ma sztabu – dowódca (kapitan lub major), opierając się na obserwacji terenu i rozkazach z batalionu, układa sobie wszystko w głowie (co notuje dla potomności pisarz kompanii).

            W zachodnich armiach działaniami trzech brygad kieruje dowództwo dywizji, które działa dziś tak, jak kiedyś korpus, koordynując ich ruchy i udzielając niezbędnego wsparcia. Brygadom oczywiście stawia zadania, mając na uwadze cały obraz zaplanowanej operacji. Wyżej dziś jest korpus, który stał się związkiem operacyjnym, zdolnym do planowania nawet całych operacji, jak kiedyś dowództwo i sztab armii. Na bazie dowództwa korpusu można rozwinąć dowództwo komponentu lądowego sił połączonych (wojska lądowe, lotnictwo, marynarka wojenna) na teatrze działań wojennych (np. w Europie Środkowej). Szczebel armii na Zachodzie w ogóle nie występuje, nie licząc USA, gdzie na bazie dowództwa armii tworzy się dowództwo całego teatru wojny (Europa, Daleki Wschód lub Afryka i Bliski Wschód). Amerykańska armia wskoczyła szczebel wyżej – na poziom dawnej grupy armii.


            Rosja chciała jak Zachód. Wyszedł chaos

            A u Rosjan jest prawdziwy miszmasz. Kilkanaście lat temu planowano wejść w wojsku na znaczny poziom uzawodowienia (wprowadzono służbę szeregowych kontraktowych), z niewielką częścią mobilizowaną; wprowadzono pobór, by zyskać wyszkolone rezerwy. Miały być brygady zamiast dywizji i korpusy zamiast armii. Te z kolei miały wejść w skład okręgów wojskowych. Rosjanie chcieli pójść
            • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 19:51
              Czy ta cala pomoc w ciezkim sprzecie ktora Zachod zaczal dostarczac teraz, ma szanse wziac udxial w walce tam i odegrac jakas role?
              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 20:05
                Oczywiście
                Fiszer pisze, że artyleria z USA już tam jest.
                Czołgi z Polski mogą być użyte do przeciwnatarcia.
                Ja się jednak obawiam, czy dzielni Ukraińcy będą mieli co jeść. Nikt bowiem nie pisze ile milionów MRE i podobnych Zachód wysłał na Ukrainę. W okopach barszcz ugotować trochę trudno.
                • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 20:22
                  odyn06 napisał:

                  > Oczywiście
                  > Fiszer pisze, że artyleria z USA już tam jest.
                  > Czołgi z Polski mogą być użyte do przeciwnatarcia.
                  > Ja się jednak obawiam, czy dzielni Ukraińcy będą mieli co jeść. Nikt bowiem nie
                  > pisze ile milionów MRE i podobnych Zachód wysłał na Ukrainę. W okopach barszcz
                  > ugotować trochę trudno.


                  To moze inaczej. 140k amunicji 155mm ze Stanow to duzo. Ale 80 dzial to duzo na taką linie frontu? Pytam jako laik. Ale to wszystko trzeba dostarczyc na linie frontu, pod ogniem jak przypuszczam.
                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 20:23
                    bmc3i napisał:

                    > odyn06 napisał:
                    >
                    > > Oczywiście
                    > > Fiszer pisze, że artyleria z USA już tam jest.
                    > > Czołgi z Polski mogą być użyte do przeciwnatarcia.
                    > > Ja się jednak obawiam, czy dzielni Ukraińcy będą mieli co jeść. Nikt bowi
                    > em nie
                    > > pisze ile milionów MRE i podobnych Zachód wysłał na Ukrainę. W okopach b
                    > arszcz
                    > > ugotować trochę trudno.
                    >
                    >
                    > To moze inaczej. 140k amunicji 155mm ze Stanow to duzo. Ale 80 dzial to duzo na
                    > taką linie frontu? Pytam jako laik. Ale to wszystko trzeba dostarczyc na linie
                    > frontu, pod ogniem jak przypuszczam.

                    Moze to nowe LL powinno jak stare dostarczac tez konserwy i paliwo
                • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 22:29
                  "Nikt bowiem nie pisze ile milionów MRE i podobnych Zachód wysłał na Ukrainę. W okopach barszcz ugotować trochę trudno."
                  Bo to się medialnie nie sprzedaje ;-)
          • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 10:15
            odyn06 napisał:

            > 4 dni to dużo.
            Przecież to już 4 tydzień się tak przebijają i nic.
            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 14:23
              Wczoraj zaczęli na dobre
              • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 20:10
                "Wczoraj zaczęli na dobre"
                WYgląda na to , że przed 9 maja chcą zniszczyć opór w Azowstalu. Weszli na jego teren, na kilka-/- naście godzin utracono łączność z obrońcami.
                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 20:55
                  Zamieszczam raport Fiszera z ostatniej doby.
                  www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2164455,1,70-dzien-wojny-naddniestrze-czy-rosyjscy-generalowie-chwyca-sie-brzytwy.read
      • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 22:37
        "To oni decydują o głównych kierunkach działań i tym samym wiążą siły ukraińskie w miejscach, gdzie są mniej potrzebne."
        Tego się nie zmieni. Ukraina nie może uderzyć na teren ROsji, co odciągnęłoby siły z DOnbasu, ale pewnie oznaczałoby mobilizację powszechną a tego chcą uniknąć.

        "Rosjanie wyciągnęli wnioski z pierwszych batów, wyznaczyli dowódcę na teatrze działań bojowych i wzmocnili batalionowe grupy bojowe do pułkowych. Dlaczego wzmocnili? Bo mają czym."
        Tego do końca nie wiemy jak wygląda uzupełnienie strat. BArdzo możliwe że wzmocnili je łącząc kilka poszarpanych w jedną pułkową. Powoli idą do przodu stosując taktykę kroczącego ognia. Ukraińcy z kolei walczą ostrożnie, co sam Striełkow przyznał- nie broniąc do upadłego terenu. Ne wiemy jakie straty mają- ostatnio przyznano się do 13 tysięcy (wtedy orki miały 18 tys.). Prawdopodobnie ich straty sa porównywalne z orkami. CI też "ogarnęli" też ruch oporu, już nie ma filmików jak z pierwszych dni.
        • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 22:56
          "Od dwóch dni prezydent Żeleński się nie wypowiada…."
          Dziś pojawił się w czasie obrad parlamentu ukraińskiego, była videokonferencja z Johnsonem.
          twitter.com/nexta_tv/status/1521446740003590144
          Takie "zabawy w demokrację" podczas wojny mogą się źle skończyć.

          Przy okazji parlament przegłosował zgodę na użycie Obrony Terytorialnej poza swoim macierzystym terenem. Pytanie co to oznacza? Straty? Czy próba zluzowania jednostek liniowych , zeby dać im odpocząć i przygotować się do kontrofensywy.
          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 23:15
            Masz rację.
            To dobre wnioski.
            Siły OT przestają być przywiązane do powiatu, miasta czy mostu.
          • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 23:26
            maxikasek napisał:

            > "Od dwóch dni prezydent Żeleński się nie wypowiada…."
            > Dziś pojawił się w czasie obrad parlamentu ukraińskiego, była videokonferencja
            > z Johnsonem.
            > twitter.com/nexta_tv/status/1521446740003590144
            > Takie "zabawy w demokrację" podczas wojny mogą się źle skończyć.

            Mogą, ale też to jest ważne podczas wojny z racji public relations. Trzeba pokazać własnemu narodowi, że "jestem razem z Wami", podczas gdy Janukowycz siedzi na Syberii i płacze.

            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 23:43
              Ten to zdrajca, a przez Juszczenkę Ukraina straciła Krym.
              Który gorszy?
              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.05.22, 23:51
                odyn06 napisał:

                > Ten to zdrajca, a przez Juszczenkę Ukraina straciła Krym.
                > Który gorszy?


                Chyba jednak zdrajca jest gorszy. Nie wiem natomiast czy to przez Juszczenkę stracili Krym. Trudno zwalać na jednego człowieka. Do utraty Krymu doprowadziła raczej - moim zdaniem - cała klasa polityczna po 1991 roku, nie wyłączając Pięknej Julii i Krawczuka. Zamiast modernizować państwo i jednoczyć, wokół zdecydowanej drogi na Zachód razem z Litwą, Łotwą i Estonią, postanowili stać w rozkroku między Rosją, a Europą i NATO. Nie przeprowadzili też rzeczywistej lustracji, która wypleniłaby wszelkich ruskich agentów i innych zdrajców, którzy pomagali zielonym ludzikom zajmować Krym.
                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 16:27
                  Za Fiszerem. To naprawdę mądry facet.
                  www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2164201,1,luki-kleszcze-i-bloto-jak-rosjanie-utkneli-w-donbasie.read
                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 22:03
                    odyn06 napisał:

                    > Za Fiszerem. To naprawdę mądry facet.
                    > www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2164201,1,luki-kleszcze-i-bloto-jak-rosjanie-utkneli-w-donbasie.read


                    Niestety paywall
                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 22:31
                      My sobie nie poradzimy?
                      70. dzień wojny. Naddniestrze. Czy rosyjscy generałowie chwycą się brzytwy?
                      4 maja 2022
                      9 minut czytania
                      Rosyjski żołnierz w Ukrainie, 3 maja 2022 r.
                      2 Russian Defence Ministry / TASS / Forum
                      Rosyjski Dzień Zwycięstwa zbliża się wielkimi krokami, a sukcesu jak nie było, tak nie ma. Narasta tymczasem napięcie w Naddniestrzu, leninowskim skansenie wciśniętym między Ukrainę a Mołdawię. Czyżby nowy front?

                      Jak tak dalej pójdzie, to Rosjanie ogłoszą zajęcie Zaricznego jako swoje wielkie zwycięstwo w Donbasie, bo większym sukcesem nie mogą się na razie pochwalić. Oczywiście można twierdzić, że ustanowili lądowe połączenie z Krymem, ale jest jeszcze ten nieszczęsny, wciąż broniący się Mariupol. Żeby choć udało się przeprowadzić referendum w obwodzie chersońskim i ustanowić Chersońską Republikę Ludową... ale i tu kicha, mieszkańcy są zdecydowanie za Ukrainą, zwolenników Rosji jak na lekarstwo, nie licząc paru zdrajców.

                      Mimo to Rosja kontynuuje wściekły ostrzał artyleryjski i ponawia ataki. Postępy robi symboliczne. Na wschód od Iziumu i Słowiańska wojska podeszły pod Ozerne, ale wciąż drepczą na północno-wschodnim brzegu Doniecka.

                      Pod Czuhujewem ukraińska 92. Brygada Zmechanizowana zajęła kolejną wieś – Mołodową – posuwając się na północ w stronę Staryj Sałtiw na zachodnim brzegu Dońca.

                      Czytaj też: Donbas. Kąsanie na przeczekanie. Rosji nie wyszedł wielki plan
                      Zabytkowy sprzęt Rosji na Wyspie Węży

                      30 kwietnia–2 maja bayraktary TB2 przeprowadziły całą serię udanych ataków na rosyjskie posterunki na Wyspie Węży, która ma zaledwie jedną piątą kilometra kw. powierzchni i leży 35 km od delty Dunaju, w pobliżu granicy z Rumunią. Tak się złożyło, że nieopodal jest też Mołdawia i pasek ziemi zwany Naddniestrzem.

                      Rosjanie ustanowili na wyspie posterunek obserwacyjny, umieszczając tu ok. 50 żołnierzy z 1229. Centrum Rozpoznania Floty Czarnomorskiej i 744. Centrum Łączności Floty Czarnomorskiej (to de facto jednostka nasłuchu łączności przeciwnika). Do obrony mają trzy działka przeciwlotnicze kal. 23 mm i jedną wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych bliskiego zasięgu Strzała 10M. Ta wyrzutnia to absolutny hit, system pochodzący ze schyłkowego ZSRR – wtedy był na topie. Cztery takie wyrzutnie zdążono kupić dla Wojska Polskiego w 1988 r. i wyposażyć w nie baterię przeciwlotniczą 68. Pułku Czołgów w Budowie koło Złocieńca. 34 lata temu to była nowość, dziś to ciekawostka historyczna, w dodatku cała jedna sztuka – faktycznie, bastion nie do zdobycia. Niezłomną obronę przeciwlotniczą wyspy szybko pokonały bayraktary, które bez problemu zniszczyły i działa, i nieszczęsną samotną wyrzutnię. Rosyjska propaganda może to wykorzystać jako przykład ataku na obiekt zabytkowy.

                      Później też nie było wesoło, bo Rosjanie zdołali stąd ewakuować tylko ośmiu oficerów; 42 pozostałych oficerów, podoficerów i żołnierzy padło ofiarą kolejnych ataków bayraktarów, które poniszczyły wszystko, co znalazły. Tak przynajmniej twierdzą źródła ukraińskie. W ten sposób posterunek zniknął całkowicie, w dodatku 2 maja drony zatopiły dwa nowoczesne kutry patrolowe typu 03160 Raptor. Flota Czarnomorska miała takich siedem, z czego jeden przypuszczalnie utonął już wcześniej pod Mariupolem. Ukraińskie ministerstwo obrony pokazało film z tej akcji.

                      .
                      2Karolina Żelazińska/Polityka.

                      Czytaj też: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?
                      Po co Rosjanom Naddniestrze?

                      Spójrzmy na Naddniestrze. Ta zbuntowana republika ze stolicą w Tyraspolu, gdzie mieścił się sztab nieistniejącej już 14. Armii Gwardii (1984–95), jest postradzieckim skansenem z sierpem i młotem w herbie. Stacjonują tu niewielkie rosyjskie siły: samodzielne 82. i 113. Batalion Piechoty Zmotoryzowanej (z kołowymi transporterami BTR-80) i samodzielny Batalion Ochrony pilnujący ciekawego miejsca: wielkiego składu amunicji Kobasna z zapasami po 14. Armii Gwardii. Ogromnymi, bo miała trzy dywizje zmechanizowane (w tym dwie gwardyjskie), brygady rakietową, artylerii, przeciwlotniczą i wiele innych jednostek. Mówi się, że w Kobasnej, 3 km od granicy z Ukrainą, leży 22 tys. ton amunicji. Tyle że ma ponad 30 lat i na niewiele się już zda. Swoją drogą ciekawe, jak jest przechowywana. Gdyby nie daj Boże łupnęła, powstałaby fala uderzeniowa porównywalna z wybuchem bomby atomowej w Hiroszimie (o mocy 20 kiloton, ekwiwalentu 20 tys. ton trotylu). Wybuch byłoby słychać nawet w Rzeszowie.

                      Akcje dywersyjne w Naddniestrzu są prowadzone tak, by nikt nie zginął. Z daleka śmierdzą prowokacją inspirowaną z Moskwy. Brytyjski wywiad, jak donosi „The Guardian”, poważnie obawia się wzmocnienia rosyjskich sił w tych stronach, by zdobyć Mołdawię, a jednocześnie wyprowadzić stąd uderzenie na Odessę. Na pierwszy rzut oka ciekawy pomysł, ale po bliższej analizie – idiotyczny. Po Rosjanach można się jednak spodziewać różnych pomysłów z kosmosu.

                      Pomysł jest idiotyczny z kilku powodów. Bo jaki cel miałoby podbicie Mołdawii? Co prawda jej armia to jakieś 5 tys. żołnierzy w trzech brygadach na wpół zmechanizowanych, z mieszanką starych kołowych transporterów opancerzonych i bojowych wozów desantowych (robiących za substytut bojowych wozów piechoty; takie uszczknęli po rozpadzie ZSRR), do tego dywizjon artylerii polowej, batalion saperów i zero czołgów. Całe ich siły powietrzne to kilka samolotów transportowych i łącznikowych, parę śmigłowców i pojedynczy dywizjon przedpotopowych rakiet przeciwlotniczych S-125M Newa, nigdy niezmodernizowanych. Żeby pokonać te siły, Rosjanie będą potrzebowali koło trzech brygad, w tym po jednym batalionie czołgów i jeden–dwa dywizjony artylerii.

                      I tu zaczynają się schody. Skąd je wziąć? Trzeba by je zabrać z jakiegoś frontu. Z Donbasu? Nie ma szans. Z Chersonia? I zostawić Chersoń na pastwę Ukrainy? Mowy nie ma! Poważny problem.

                      Czytaj też: Ukraińska artyleria robi robotę. Rosjanie mogą się bać
                      Marna ta armada desantowa

                      A na tym nie koniec. Załóżmy, że jakimś cudem Rosjanie wyskrobali te trzy brygady. Jedną, piechoty morskiej, ściągnęli spod Mariupola, dwie spod Zaporoża, chwilowo zaprzestając tu działań ofensywnych na Dniepr, które i tak niczemu nie służą. I znów pojawia się problem: Naddniestrze ani Mołdawia nie mają dostępu do morza. Od morza dzieli je wąski pasek ukraińskiej ziemi między zatoką wcinającą się w ląd aż po samą granicą z Mołdawią a granicą z Rumunią. Do zatoki wpada dość szeroki Dniestr. Co ciekawe, aby odciąć ten wąski pasek, Rosjanie kilka dni temu zniszczyli rakietami Kalibr jedyny most w miejscowości Zatoka, który łączy tę część Ukrainy z resztą kraju. Analitycy odczytali to jako przygotowanie do desantu w rejonie Tuzłowskiego Limanu, ukraińskiego parku narodowego, rejonu turystycznego. Są tu śliczne miejsca – i koszmarne z wojskowego punktu widzenia. Na większości wybrzeża za wąską plażą zaczyna się wysoki klif, podobny do Pointe du Hoc w Normandii, który po dramatycznej walce zdobył 6 czerwca 1944 r. amerykański 2. Batalion Rangers (tu służył filmowy szeregowiec Ryan). Z Pointe du Hoc Niemcy mogliby ostrzeliwać nieodległą plażę Omaha. Ta bitwa przeszła do historii.

                      Gdyby Rosjanie zdecydowali się wysadzić tu desant morski, mogliby mieć własną heroiczną „plażę Omaha”, przy czym siły obrońców są tu zapewne nie za duże. Za to podchodzące do plaż okręty desantowe mogłyby skutecznie ostrzelać Neptuny, a może też inne rakiety przeciwokrętowe dostarczone Ukraińcom z Zachodu. Mogłoby się skończyć efektownym utopieniem kolejnych jednostek desantowych Rosji, a zostało ich na Morzu Czarnym całe cztery (wybuch w Berdiańsku rozerwał okręt Saratow i poważnie uszkodził okręt Cezar Kunikow, który nieprędko wróci do służby). Jamał jest w remoncie, zostały Orsk, Nikołaj Filczenkow, lekko uszkodzony w Berdiańsku Nowoczerkawsk i Azow. Marna armada desantowa.

                      Załóżmy jednak, że okręty zdołają wyrzucić na plaże parku narodowego 810. Brygadę Piechoty Morskiej Gwardii im. 60-lecia powstania ZSRR, mocno osłabioną w walkach o Mariupol, obecnie działającą pod Hulajpołem. Można też wysłać 40. Krasnodarsko-Charbińską Brygadę Piech
                      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 22:34
                        Łuki, kleszcze i błoto. Jak Rosjanie utknęli w Donbasie
                        3 maja 2022
                        7 minut czytania
                        Rosyjskie natarcie ruszyło w poniedziałek, 18 kwietnia (nasza Wielkanoc), ale natychmiast się odbiło od rozbudowanej ukraińskiej obrony.
                        3 Vladyslav Musienko/Reuters / Forum
                        Tego, że po klęskach pod Kijowem Rosjanom nie będzie szło również w Donbasie, mimo wszystko się nie spodziewano. Może w końcu wymęczą to liche zwycięstwo na samym wschodnim skraju Ukrainy, ale wiele wskazuje, że nie będzie to zwycięstwo trwałe.
                        Artykuł w wersji audio

                        Rosjanie wyszli spod Kijowa z mocno podkulonym ogonem. Walki, szczególnie na zachód od Dniepru, gdzie rosyjski klin pancerno-zmechanizowany doszedł do Irpienia, Buczy i Hostomla, kosztowały ich potwornie wiele sprzętu i ludzi. Poległych, wziętych do niewoli i rannych, niektórzy są trwale już okaleczeni. Swoją drogą było to bardzo niebezpieczne, to tak jakby pod Warszawą wróg zajął Modlin, Nowy Dwór Mazowiecki i Nieporęt. Z drugiej strony Kijowa dwa inne zgrupowania, idące od północy wzdłuż wschodniego brzegu Dniepru przez Czernihów i posuwające się ze wschodu przez Sumy, też zostały w porę powstrzymane.

                        Najdalej Rosjanie dotarli do miasteczka Browary, stosując warszawskie analogie, tak powiedzmy do Celestynowa, odległość podobna. Tutaj tęgie baty zaliczyła najsłynniejsza 1. Armia Pancerna Gwardii, duma Rosji, w tym dywizje mające wzbudzać postrach u potencjalnych wrogów Putina: 2. Tamańska Dywizja Zmechanizowana Gwardii i 4. Kantemirowska Dywizja Pancerna Gwardii. Jakże pięknie prezentują się one w Dzień Zwycięstwa (9 maja) na placu Czerwonym! Najnowsze czołgi, najnowsze bojowe wozy piechoty i działa samobieżne, które przetaczają się z rykiem silników i chrzęstem gąsienic przed trybuną honorową. A na niej uśmiechnięty Putin pozdrawia swoich najlepszych żołnierzy gestem ręki.
                        Seria kardynalnych błędów

                        A teraz ci najlepsi żołnierze go srogo zawiedli. Ukraińskie traktory wyciągały te najnowsze czołgi i inne wozy bojowe z błota, porzucone przez załogi, kiedy ta elitarna gwardia prysnęła z pola walki i rozpłynęła się gdzieś w ukraińskich lasach. Część wyłapali kadyrowcy i własne wojska, z powrotem zapędzając ich do szeregów, część zapewne trafiła pod sąd.

                        3Lech Mazurczyk/PolitykaUkraina, mapa z 28 kwietnia 2022

                        Pomysł na Donbas. Cel, jaki sobie postawili teraz Rosjanie, był oczywisty: zająć całe tereny obwodów donieckiego i ługańskiego, umocnić się w obwodzie chersońskim, dołączając go do pozostałych, tworząc na wschodzie pas ziemi pod rosyjskim panowaniem, a jednocześnie lądowy korytarz do Krymu.

                        To cel polityczny, ale i militarny zarazem. Drugi cel polityczny to zniszczenie ukraińskiej gospodarki na takiej zasadzie, że jeśli Ukraina nie chce iść razem z Rosją jak Białoruś, jak na trzy siostry przystało, to nie pójdzie już z nikim, bo chodzić nie będzie w stanie. Legnie w gruzach, a ukraińskie społeczeństwo nie pozbiera się z traumy.

                        Zasadniczy cel militarny to okrążenie najlepszej części wojsk ukraińskich na łuku ługańskim. Analogie do łuku kurskiego są bowiem aż nazbyt oczywiste. Mniej oczywiste jest to, że Rosjanie nie wyciągnęli wniosków z własnego zwycięstwa z 1943 r. Dziś stanęli bowiem w roli Niemców, którzy wówczas popełnili serię kardynalnych błędów powielanych dziś przez Rosjan. Wspomniane błędy są zresztą przez nich nie tylko starannie kopiowane, ale też twórczo rozwijane. Oczywiście z fatalnym skutkiem dla napastników.

                        Kolejnym celem militarnym jest stworzenie warunków do następnych operacji wojskowych. Na początek, po konsolidacji przewidywanych zdobyczy w Donbasie – natarcia na Odessę i ukraińskie wybrzeże Morza Czarnego. A potem przyszedłby czas na Charków, a w końcu na Kijów. Bo to, że Rosjanie na Donbasie nie będą chcieli poprzestać, jest już dziś oczywiste, i to chyba nawet dla Niemców.

                        Kleszcze, które nie mogą się zacisnąć. W wyniku rosyjskiego natarcia na wschód od Charkowa, którego celem miało być pierwotnie otoczenie tego wielkiego miasta, teraz ukształtowała się linia frontu w Donbasie. Wraz z wcześniej utworzonymi granicami okupowanych przez separatystów części Ukrainy w tzw. Ługańskiej i Donieckiej Republice Ludowej całość tworzy głęboki łuk wysunięty w stronę Ługańska, na którego granicach broniące się tu ukraińskie wojska tworzą charakterystyczne półkole. Podstawą tego półkola jest stosunkowo prosta droga Charków–Donieck, przebiegająca (od Charkowa) przez Czuhujew, Izium, Słowiańsk, Kramatorsk, Bachmut, Gorłówka i Donieck. Wiosną 1943 r. taki sam łuk utworzył się nieco dalej na północ, pod Kurskiem. Wówczas sowieckie linie były wbite łukiem w niemieckie ugrupowanie, a w samym ich środku leżał Kursk. Północno-zachodni róg tego łuku znajdował się na południowy wschód od Briańska, a południowo-zachodni – pod samymi Sumami. Wówczas podstawę tego półkola (odwróconego w drugą stronę niż łuk ługański) stanowiła droga Orzeł–Kursk–Biełgorod–Charków.

                        I zamysł Niemców był dość prosty. Wbić w rosyjskie ugrupowanie kleszcze idące od północy z Orła i od południa z Biełgorodu, odcinając w łuku Front Centralny (marszałek Konstantin Rokossowski) i Front Woroneski (gen. armii Nikołaj Watutin). Z tyłu w odwodzie stał Front Stepowy (marszałek Iwan Koniew), który Niemcy też chcieli poharatać. Niemieckimi kleszczami dowodzili znakomici dowódcy, marszałkowie: Walter Model na północy i Erich Manstein na południu.

                        Rosyjskie natarcie rozwija się tak powoli, że wielu obserwatorów wątpi, że w ogóle się ono zaczęło.
                        3Alexander Ermochenko/Reuters/ForumRosyjskie natarcie rozwija się tak powoli, że wielu obserwatorów wątpi, że w ogóle się ono zaczęło.

                        Tyle tylko, że ich zamiar był aż nadto oczywisty. Widoczny jak na dłoni. Tak jak dziś zamiar Rosjan, których północne kleszcze idą z Iziumia, a południowe z Doniecka. Łatwo się było domyśleć i przygotować niesamowicie silną obronę, z licznymi umocnieniami. W dodatku Niemcom gromadzenie sił zajęło trzy miesiące, a przez cały ten czas Sowieci kopali okopy, ryli ziemianki, ustawiali pola minowe i zasieki, chowali w ukryciu działa przeciwpancerne… I dziś Rosjanom gromadzenie sił zajęło trzy tygodnie, przerzucanie ich spod Kijowa, prowizoryczne uzupełnianie i dosyłanie na front. A co robili Ukraińcy przez te trzy tygodnie? Wiadomo, kopali okopy, ryli ziemianki, ustawiali pola minowe i kopali rowy przeciwpancerne, chowali w ukryciu Javeliny i NLAW-y, rozmieszczali siły…
                        Prochorowka XXI w

                        Rosyjskie natarcie ruszyło w poniedziałek, 18 kwietnia (nasza Wielkanoc), ale natychmiast się odbiło od rozbudowanej ukraińskiej obrony. Każda rosyjska próba była poprzedzona silnym ostrzałem skoncentrowanej artylerii, lufowej i rakietowej, a następnie wojska ruszały do natarcia. Źle jednak wybrali sobie porę – wiosna to w kontynentalnym klimacie wschodniej Ukrainy pora deszczów i rasputicy, nieznanego u nas błota tak grząskiego, że niemal przypomina bagno. Ukraińskie czarnoziemy to ziemia tłusta, chłonąca wodę jak gąbka. I wiosną grzęzną w niej nawet pojazdy gąsienicowe. Tutaj zwykły, nadal popularny u nas na wsi Ursus, czyli poczciwy „ciapek”, by sobie nie poradził. Tu są potrzebne potężne ciągniki o wielkich, szerokich kołach i mocnych silnikach, w jakie są wyposażone słynne już ukraińskie wojska traktorowe.

                        Ale rosyjskich niepowodzeń nie można zwalać na błoto, tak jak niemieckiej klęski pod Stalingradem nie można zwalać na mróz. Rosjanie sami sobie ciężko zapracowali na to, co ich tu spotyka.

                        Słowiańsk, czyli Prochorowka XXI w. Rosyjskie natarcie rozwija się tak powoli, że wielu obserwatorów wątpi, że w ogóle się ono zaczęło. Bo co to za ofensywa, kiedy wojska tkwią niemal w miejscu, a linia frontu zmienia się tylko nieznacznie? Może to na razie takie rozpoznanie walką, znane z rosyjskiej sztuki wojennej? Jeśli to, co prezentują Rosjanie na tej wojnie, w ogóle możemy nazwać sztuką.

                        Na południu rosyjskie kleszcze 8. Armii Gwardii w ogóle nie ruszyły z miejsca. Uporczywie szturmują Awdijiwkę, miasteczko graniczące z Donieckiem od północy, ale jest to dla nich zapora nie do przebicia. Próbowali ją o
                        • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 23:12
                          Wszystko to bardzo interesujace. Autor zna sie na rzeczy, ale przede wszystkim ma dostęp do informacji i map. I wcale nie wyglada to rak różowo dla orków.
                          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.05.22, 09:24
                            Mam prenumeratę cyfrową i będę zasilał forum
                            😀
                          • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.05.22, 16:35
                            Wolski też "umiarkowanie optymistyczny":

                            www.youtube.com/watch?v=riB10zHH4oc
                            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.05.22, 20:43
                              Fiszer z 5 bm.

                              71. dzień wojny. Ostatni akord walki o Mariupol. Kto chce zaszkodzić Putinowi?
                              5 maja 2022
                              9 minut czytania
                              Rosyjska ofensywa kompletnie utknęła. 3 maja 2022 r.
                              2 Russian Defence Ministry / TASS / Forum
                              Rosja ma pełną świadomość, że z każdym dniem zbliża się do porażki. Napływ uzbrojenia czyni Ukrainę coraz silniejszą mimo całego wyczerpania, jakie wiąże się ze stawianiem tak heroicznego oporu.

                              Na wschodzie bez zmian: ofensywa kompletnie utknęła. Nigdzie, dosłownie nigdzie – ani pod Iziumem, ani pod Limanem, Rubiżnem, Siewierodonieckiem, Popasną i Donieckiem, nawet pod Zaporożem i Hulajpołem – Rosjanie nie posunęli się o włos. Nie znaczy to, że nie próbowali. Przypuścili kilka silnych ataków, ale wszystkie zostały odparte. Artyleria nadal jest aktywna, co świadczy o tym, że Rosjanie usprawnili logistykę – pompują pociski i rakiety z wieloprowadnicowych wyrzutni w takim tempie, że muszą je systematycznie dowozić w sporej obfitości. Że będą stopniowo się uczyć i naprawiać błędy, było wiadomo, miejmy jednak nadzieję, że wrodzone niedbalstwo i lekceważenie obowiązków wezmą górę. Niech niemoc będzie z orkami!
                              Szturm na Azowstal. Ostatni akord w Mariupolu

                              Niestety, 4 maja zaczął się ostateczny szturm na zakłady Azowstal w Mariupolu. Wojska Donbabłe, czyli separatyści z Doniecka, wtargnęły do podziemnych korytarzy, wprowadzone tu przez jednego z pracowników huty. Nie wiadomo, czy to zdrajca, czy został zmuszony. Ale niewykluczone, że to już ostatni akord walki o Mariupol. Miasto zostanie zapewne zdobyte, co Rosja triumfalnie ogłosi 9 maja.

                              Ponawiano też ataki na sieci kolejowe, usiłując sparaliżować dostawy uzbrojenia na wschód Ukrainy. Te zapasy to dla niej ratunek i Rosjanie to wiedzą, stąd ciągłe próby trafienia w kluczowe węzły. Są zdesperowani – kończy im się broń kierowana do ataków na cele naziemne, więc użyli kosztowych rakiet przeciwokrętowych P-800 Onyks, odpalanych w awaryjnym trybie z nawigacją na podstawie bezwładnościowego układu zliczenia drogi, choć główny sposób naprowadzania tej rakiety to radar wykrywający okręt. Niestety, mimo to odnieśli pewne sukcesy. Dziś dotarły doniesienia o zniszczeniu mostu w Dnieprze, przez który płynął główny strumień zaopatrzenia dla Donbasu.


                              4 maja ministerstwo obrony Białorusi ogłosiło, że prowadzi szeroko zakrojone ćwiczenia w przemieszczaniu wojsk na terytorium całego kraju. Chodzi rzekomo o sprawdzian możliwości reagowania na kryzys w dowolnym rejonie. Generalnie jednostki dość chaotycznie przemieszczają się w różnych kierunkach, głównie na granice z Litwą i Ukrainą.

                              To drugie oczywiście nieco bardziej niepokoi. Ponieważ ruchy rosyjskich, ale też białoruskich wojsk były dość często pokazywane w sieci przez prężną białoruską opozycję, 3 maja wyłączono w kraju dostęp do większości stron internetowych. Nie wiemy już zatem dokładnie, co się dzieje.

                              Załóżmy jednak, że zdesperowany Putin zdołał namówić wiernego druha Łukaszenkę, by wtargnął do Ukrainy. Czym dysponuje Białoruś? Ma cztery brygady zmechanizowane: 6. Kijowsko-Berlińską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii (BZGw), 11. Przykarpacko-Berlińską BZGw, 19. Nikołajewsko-Budapesztańską BZGw i 120. Rogaczewską BZGw. Sama gwardia, sama elita! Do tego 51. Orszańska Brygada Artylerii, 111. Brygada Artylerii i 231. Brygada Artylerii (każda ma 36 armat samobieżnych 2S5 Giacynt, 36 haubic holowanych Msta-B, wszystkie kalibru 152 mm), 465. Brygada Rakietowa z 36 wyrzutniami Toczka U, 336. Brygada Artylerii Rakietowej z 36 wyrzutniami BM-30 Smercz, 427. Pułk Artylerii Rakietowej i 1199. Pułk Artylerii Rakietowej (oba po 36 wyrzutni BM-27 Uragan).

                              Co może zrobić to wojsko z czterema brygadami? Choć ma dość silne wsparcie artyleryjskie, to jednak niewiele. I jaką wolę walki wykazaliby białoruscy żołnierze? Nie zbuntowaliby się? Wszak po stronie Ukrainy walczy wielu ochotników z Białorusi, mówi się nawet o trzech kompletnych batalionach. A może te gwardyjskie brygady zmechanizowane przeszłyby wraz ze sprzętem na stronę ukraińską? Przynajmniej w jakiejś części – to już byłoby coś.

                              Nie należy przy tym zapominać, że na Białorusi stacjonuje wciąż rosyjska 29. armia. Ma jednak tylko 36. Łozowską Brygadę Zmechanizowaną, prócz tego oczywiście brygadę artylerii i brygadę rakietową.

                              Od razu sobie powiedzmy: mimo silnego wsparcia artyleryjskiego pięć brygad zmechanizowanych, w tym jedna poharatana i cztery niepewne, to za mało, by myśleć o natarciu na Tarnopol. Po stronie ukraińskiej pierwszy pas obrony trzymają cztery brygady terytorialsów: 100. Wołyńska BOT, 104. Rówieńska BOT, 115. Żytomierska BOT i 112. Kijowska BOT. W drugim pasie: 103. Lwowska BOT, 105. Tarnopolska BOT, 106. Chmielnicka BOT i 120. Winnicka BOT. Są też odwody sił regularnych, gotowych do kontrataku: 14. Brygada Zmechanizowana im. Kniazia Romana Wielkiego i 62. Brygada Zmechanizowana.

                              Dlaczego na Białorusi wyłączyli internet?

                              Zgrupowanie wroga stacjonujące na Białorusi nie ma co marzyć o atakowaniu Tarnopola. A ewentualne ciężkie straty w siłach białoruskich mogą tu wywołać poważne niepokoje.

                              A może już wywołały? Białorusini mogli podnieść głowy, gdy zobaczyli słabość Rosji. Zawsze się bali rosyjskiej interwencji w razie przewrotu i próby obalenia Łukaszenki. Tak jak my w PRL obawialiśmy się sowieckiej reakcji, dzięki której władza ludowa miała być wieczna. Swego czasu opowiadano u nas taki dowcip. Prominentny działacz PZPR poprosił o pozwolenie na emigrację do RFN. Oczywiście wezwano go na egzekutywę. „Towarzyszu, co to ma znaczyć, dlaczego chcecie emigrować z naszego szczęśliwego kraju?”. Odparł: „Są dwa powody. Po pierwsze, jak nasza władza upadnie, ludzie powywieszają nas na drzewach…”. Przerywa mu sekretarz: „No wiecie? Nasza władza nigdy nie upadnie!”. Działacz na to: „No właśnie, to jest ten drugi powód”.

                              I tak sobie właśnie pomyślałem, że chaotyczne ruchy białoruskich wojsk w różnych kierunkach to może żadne przygotowanie do inwazji, ale reakcja na ewentualne niepokoje społeczne... Nie wyłączono internetu, gdy Rosjanie nacierali na Kijów i Białorusini wszystko relacjonowali: gdzie widzieli wojska, jakie samoloty startowały, jakie lądowały… A teraz, kiedy sojuszniczych Rosjan już na Białorusi prawie nie ma? Jakiej tajemnicy chce strzec Łukaszenka? Może coś jest na rzeczy?


                              Atak na Mołdawię? Mrzonki

                              No cóż, rozmarzyłem się, wróćmy na ziemię. Pisałem wczoraj, że próba wprowadzenia rosyjskich wojsk do Naddniestrza i atak na Mołdawię to teraz pomysł idiotyczny. Może i most w miejscowości Zatoka zniszczono, odcinając skrawek Ukrainy oddzielający Mołdawię od Morza Czarnego. Ale obronę trzyma tam nadal 45. Brygada Powietrzno-Szturmowa. Wojska powietrzno-szturmowe zachowano w Ukrainie z jednego powodu – po ZSRR został zapas sprzętu dla wojsk desantowych, w tym bojowe wozy BMD-1 i BMD-2. W te pojazdy wyposażono część najlepiej wyszkolonej piechoty, która przechodzi zarazem szkolenie w desantowaniu ze śmigłowców. W razie potrzeby jednostki te mają być użyte do taktycznego desantu na bliskich tyłach wroga lub szybko się przemieścić drogą powietrzną. Ale w Ukrainie nie ma dość śmigłowców, by wysadzić te brygady jako desant wszystkie naraz. Koncepcja jest zatem taka – na danym odcinku zawsze brygada jest, więc kiedy potrzebny jest desant, przylatują śmigłowce – i działamy. A na co dzień to doskonale wyszkolona piechota zmechanizowana. I właśnie tak należy traktować 45. Brygadę Powietrzno-Szturmową – jestem przekonany, że odeprze każdy desant od strony morza, jeśli ktokolwiek wpadłby na tak głupi pomysł.

                              Nawet gdyby jakimś cudem Rosjanom udał się przerzut wojsk do Naddniestrza i gdyby stamtąd zmontowano ofensywę na Tarnopol od południa – co by się stało? Wciąż stoją na przeszkodzie 101. Zakarpacka BOT, 102. Iwano-Frankiwska BOT i 107. Czerniwiecka BOT, a od strony Odessy jeszcze 122. Odeska BOT i regularna 5. Brygada Pancerna.

                              Moim zdaniem taki wariant – jednoczesny atak na Mołdawię i wejście do Naddniestrza – to mrzonki. Podobnie jak próba wyprowadzenia stąd ataku na Odessę. A jeszcze
                              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.05.22, 21:33
                                twitter.com/IAPonomarenko/status/1521898240509108226/photo/1?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1521898240509108226%7Ctwgr%5E%7Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fwiadomosci.gazeta.pl%2Fwiadomosci%2F711488128415291nowoczesniejszy-czolg-rosji-z-musza-klozetowa-na-wiezy-ukraincom.html
                                • kstmrv Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 02:14
                                  odyn06 napisał:

                                  > Mam prenumeratę cyfrową i będę zasilał forum
                                  > 😀


                                  Tylko niektóre teksty Fiszera są płatne, do dużej większości jest wolny dostęp.
                                  www.polityka.pl/search?phrase=Micha%C5%82%20Fiszer


                                  > twitter.com/IAPonomarenko/status/1521898240509108226/photo/1?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1521898240509108226%7Ctwgr%5E%7Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fwiadomosci.gazeta.pl%2Fwiadomosci%2F711488128415291nowoczesniejszy-czolg-rosji-z-musza-klozetowa-na-wiezy-ukraincom.html


                                  Chyba celowo uderzyli Javelinem czy NLAW w trybie "Na wprost" nie "Top Attack", żeby mu nie urwało wieży.
                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 08:15
                                    W T-90M jest podobno ochrona karuzeli.
                                    W T-72 i w T-80 to wybuch wtórny pocisków w karuzeli wywalał wieżę hen daleko.
                                    Jedno jest pewne - czekamy na Armatę…
                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 08:17
                                    Możliwe, że tak jest, ale sprawdzał tego nie będę.
                                    Co ciekawe będę „walił z bloga”. To takie świeże bułeczki, na forum przydatne.
                                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 21:03
                                      Za Fiszerem: trochę śmiesznie, trochę strasznie, jak to na wojnie....

                                      72. dzień wojny. Rosjanie utknęli. Czy zdesperowany Putin użyje broni jądrowej?
                                      6 maja 2022
                                      10 minut czytania
                                      Prorosyjskie siły w Ługańsku, 6 maja 2022 r.
                                      Stanislav Krasilnikov/TASS / Forum
                                      Już nawet Aleksandr Łukaszenka przyznaje, że rosyjska operacja specjalna nie idzie zgodnie z planem. Baćka, który już szykuje transporty pomocy humanitarnej dla Polski z solą i kaszą gryczaną, przyznał, że Rosjanie utknęli. Mnie natomiast martwi, jak bardzo zdesperowany może być Władimir Putin, kiedy zostanie już totalnie w Ukrainie skompromitowany.

                                      Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka, który opowiada swojemu społeczeństwu, jak to wygłodniali Polacy przyjeżdżają na granicę prosić o sól i kaszę gryczaną, nagle w wywiadzie dla Associated Press zdobył się na bardzo niemiłą Putinowi wypowiedź. Stwierdził mianowicie, że nie jest co prawda zorientowany, ale „specjalna operacja” w Ukrainie zatjanułas, czyli coś pomiędzy „przeciąga się” a „utknęła”. Takie rzeczy dla zgniłego Zachodu!

                                      Ale co prawda, to prawda. Chociaż soli to ci u nas na razie dostatek, to jednak Rosjanie w Ukrainie ugrzęźli sromotnie. Nie ustaje co prawda wściekły ostrzał ukraińskich pozycji, co świadczy o tym, że musieli usprawnić logistykę (skąd by inaczej wzięli taką liczbę naboi do dział?). Dostawy wyglądają na dość regularne, amunicja jest dostarczana koleją do stacji w Kupiańsku, stamtąd przeładowywana na ciężarówki i wożona pod Izium lub pod Zariczne nieco dalej na zachód. W obliczu wzrastania potencjału artyleryjskiego wojsk ukraińskich bardzo jestem ciekaw, na jak długo Rosjanom to starczy.
                                      Zbrodniarze z Buczy obrywają w lesie

                                      Ich kolejne natarcia nie mogą się jakoś przebić. Na południe od Iziuma rzucili siły ponad 20 batalionowych grup bojowych, jak obliczyli zachodni specjaliści, wypełniając normy 2-3-kilometrowego pasa natarcia dla batalionu, ale wobec ataków ponawianych na te same, umocnione pozycje ponoszą dość poważne straty. Do tego stopnia, że według doniesień Sztabu Generalnego SZ Ukrainy Rosjanie wycofali do Rosji 106. Tulską Dywizję Powietrzno-Desantową Gwardii (podobno zredukowaną ze stanu dziewięciu batalionów bojowych do ekwiwalentu dwóch) i na wpół rozbitą 4. Kantemirowską Dywizję Pancerną Gwardii. Oczywiście straty ponoszą obie strony, nie należy mieć co do tego złudzeń, ale atakujący są zawsze w trudniejszej sytuacji od okopanych obrońców. Szczególnie jeśli atakującym zabrakło zdecydowania i woli walki…

                                      Czytaj także: Ostatni akord walki o Mariupol. Kto chce zaszkodzić Putinowi?

                                      Pojawiają się też doniesienia, że Ukraińcy rozpoczęli jakiś kontratak na zachód od miasteczka Izium. Podobno nawet przekroczyli tam Doniec i walczą w dość sporym lesie w łuku tej rzeki, w trójkącie Izium–Zawody–Protopopiwka. Jest taka aplikacja udostępniana przez NASA, na której można na całym świecie podejrzeć miejsca pożarów. I właśnie na tejże aplikacji od dwóch dni na zachód od Iziuma pojawiają się wykryte przez satelity pożary, wczoraj trochę więcej, dzisiaj ciut mniej. I jedno z dwóch: albo jest to ostrzał ukraińskiej artylerii, albo rzeczywiście ich kontratak. Tak czy siak, dobrze tak stacjonującym tu orkom, w tym także niesławnej 64. Rzeźnicko-Buczańskiej Brygadzie Zmechanizowanej Gwardii, którą ukraińskie wojska z przyjemnością zlikwidują całkowicie, jak tylko będzie ku temu stosowna okazja. Las ten trzymają m.in. zbrodniarze z Buczy i zapewne teraz nieźle obrywają.

                                      Wykryte pożary pojawiają się też po obu stronach miejscowości Liman, w Rubiżnem i w Popasnej, a także po obu stronach Siewierodoniecka, przy czym więcej po stronie zajmowanej przez rosyjskie wojska, co wygląda na coraz silniejszy ostrzał ukraińskiej artylerii. Pali się też dość mocno w okolicach na południowy zachód Chersonia, ale znów głównie po stronie rosyjskiej. Dla porównania popatrzyłem na Polskę, ale tutaj NASA nie zarejestrowała żadnego dużego pożaru. Za to wzdłuż rejonu walk ukraińsko-rosyjskich w Donbasie – całkiem sporo.

                                      Pod Charkowem ukraińskie wojska coraz bardziej upokarzają nieszczęsną 6. Armię, która obrywa cios za ciosem. Ukraińska 92. Brygada Zmechanizowana wbija się klinem wzdłuż zachodniego brzegu Dońca i doszła już do miejscowości Stary Sałtiw, na północny wschód od Charkowa. W większości wojska rosyjskie zostały tu odepchnięte od centrum Charkowa na ok. 40 km, przez co zdolność do jego ostrzeliwania przez Rosjan została mocno ograniczona.

                                      Czytaj też: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?
                                      Moskwa nie wierzy łzom

                                      Tymczasem z Moskwy płyną pohukiwania i groźby, pokazywanie jądrowej szabelki. Jakby rosyjscy przywódcy nie dostrzegli faktu, że skala cierpień, jakie zadali narodowi ukraińskiemu, morze łez wylanych przez rodziny zabitych, wywołały nieprawdopodobną falę współczucia w całym cywilizowanym świecie. Dlatego świat, a szczególnie Sojusz Północnoatlantycki, który graniczy przez państwa bałtyckie i Polskę z Rosją bezpośrednio, tudzież z Białorusią, która choć współczuje Polakom z powodu braku soli i kaszy gryczanej, to jednak wcale przyjazna nam nie jest, z całych sił wspiera Ukrainę. Bowiem tylko tak można powstrzymać rosyjską agresję, tylko tak można doprowadzić do sytuacji, w której w Rosji wydarzy się coś takiego, co da światu nadzieję na zmianę sytuacji.

                                      Długo nie dostrzegano rosyjskiego imperializmu, zmylił nas wszystkich rozpad Związku Radzieckiego. Okazało się jednak, że to nie sam komunizm uczynił z Rosjan agresora. Rosja zawsze tworzyła imperium, z którym liczył się świat. Jak płytko się zarysował komunizm w umysłach ludzi radzieckich, przekonał się pewien Gruzin – Josif Wisarionowicz, używający pseudonimu „Koba” i bardziej znanego: „Stalin”. Kiedy Niemcy zaatakowali ZSRR w czerwcu 1941 r., niezwyciężona Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona dała drapaka, porzucając broń, a nawet czołgi, których Sowieci mieli wówczas osiem razy tyle, co Niemcy. Znacznie bardziej odporna na niemiecki ogień od nowoczesnego czołgu T-34 okazała się rozpadająca się ciężarówka ZIS-5 z drewnianą kabiną (ZiS-Piat’, wniz jechat’, w goru tołkat’ – ZiS-Piat’, z góry jechać, pod górę pchać). Czołgów tych stracono aż 90 proc., a ciężarówek jedynie 30 proc. Czego wyjaśnienie okazało się banalnie proste: czołgiem tak dobrze się nie nawiewało jak ciężarówką, Niemcy mogli dogonić…

                                      Kiedy więc ludzie radzieccy nie mieli zamiaru umierać za władzę radziecką, Stalin odwołał się do rosyjskiego patriotyzmu. I to właśnie zadziałało, dla matuszki Rosiji ludzie byli gotowi na największe poświęcenia. Co ciekawe – tak Rosjanie, jak i Białorusini, tudzież wówczas Ukraińcy, spośród których najbardziej znany był chyba marszałek ZSRR Siemion Timoszenko. Ukraińcem był też czołowy lotniczy as sowiecki Iwan Kożedub, pochodzący spod Czernihowa późniejszy marszałek lotnictwa. Wszyscy oni – wyróżniani przywróconymi w 1942 r. carskimi odznaczeniami Suworowa i Kutuzow – byli gotowi na bohaterskie czyny w imię imperium.

                                      Stalin nie zapomniał upokorzenia z 1941 r. Stalin zawiódł się na swojej Armii Czerwonej. W wyniku II wojny światowej imperium zyskało niewiele, trochę państw Europy wschodniej i ledwie ćwierć Niemiec. A przecież miało być tak pięknie, cała Europa miała być Stalina! Dla Stalina żadnego zwycięstwa nie było, dlatego nie prowadził osobiście defilady zwycięstwa w 1945 r. w Moskwie ani nawet nie miał zamiaru jej przyjmować. Cisza nad tym grobem… Defiladę kazał poprowadzić marszałkowi Rokossowskiemu, a odbierać – marszałkowi Żukowowi. Po czym obu wywalił na zesłanie z Moskwy, Rokossowskiego do Polski, a Żukowa nawet dalej, do Berlina, do okupowanych Niemiec. A Armię Czerwoną w 1946 r. przemianował na Armię Radziecką. Nie miała prawa nosić dumnej nazwy Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona, okazała się jej niegodna.

                                      Czytaj także: 9 maja, dzień imperialnej iluzji Rosji. Co Putin ogłosi w tym roku?
                                      Wybuch atomowy – co to znaczy

                                      Wygląda na to, że historia lubi się powtarzać. Zamiast całej Ukrainy Rosja ma ochłapy – jakieś tam fragmenty Donbasu, może jeszcze część obwodu chersoń
                                      • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 08:36
                                        odyn06 napisał:


                                        > Ale co prawda, to prawda. Chociaż soli to ci u nas na razie dostatek, to jednak
                                        > Rosjanie w Ukrainie ugrzęźli sromotnie. Nie ustaje co prawda wściekły ostrzał
                                        > ukraińskich pozycji, co świadczy o tym, że musieli usprawnić logistykę (skąd by
                                        > inaczej wzięli taką liczbę naboi do dział?). Dostawy wyglądają na dość regular
                                        > ne, amunicja jest dostarczana koleją do stacji w Kupiańsku, stamtąd przeładowyw
                                        > ana na ciężarówki i wożona pod Izium lub pod Zariczne nieco dalej na zachód. W
                                        > obliczu wzrastania potencjału artyleryjskiego wojsk ukraińskich bardzo jestem c
                                        > iekaw, na jak długo Rosjanom to starczy.
                                        > Zbrodniarze z Buczy obrywają w lesie

                                        Czyli Ukraińcom jednak przydałyby się te ATACSMy o których teraz plotki i mity krążą w kontekście Ukrainy. Mogliby załatwić ten Kurpiańsk w try-miga.


                                        > Ich kolejne natarcia nie mogą się jakoś przebić. Na południe od Iziuma rzucili
                                        > siły ponad 20 batalionowych grup bojowych, jak obliczyli zachodni specjaliści,
                                        > wypełniając normy 2-3-kilometrowego pasa natarcia dla batalionu, ale wobec atak
                                        > ów ponawianych na te same, umocnione pozycje ponoszą dość poważne straty. Do te
                                        > go stopnia, że według doniesień Sztabu Generalnego SZ Ukrainy Rosjanie wycofali
                                        > do Rosji 106. Tulską Dywizję Powietrzno-Desantową Gwardii (podobno zredukowaną
                                        > ze stanu dziewięciu batalionów bojowych do ekwiwalentu dwóch) i na wpół rozbit
                                        > ą 4. Kantemirowską Dywizję Pancerną Gwardii. Oczywiście straty ponoszą obie str
                                        > ony, nie należy mieć co do tego złudzeń, ale atakujący są zawsze w trudniejszej
                                        > sytuacji od okopanych obrońców. Szczególnie jeśli atakującym zabrakło zdecydow
                                        > ania i woli walki…

                                        Ale ta Kantemirowska to już nie wcześniej została poharatana? Pod Kijowem? Wydaje mi się że wspominałeś o niej już w innej części po tekstu Fiszera. Ale może sie mylę.


                                        > Pojawiają się też doniesienia, że Ukraińcy rozpoczęli jakiś kontratak na zachód
                                        > od miasteczka Izium. Podobno nawet przekroczyli tam Doniec i walczą w dość spo
                                        > rym lesie w łuku tej rzeki, w trójkącie Izium–Zawody–Protopopiwka. Jest taka ap
                                        > likacja udostępniana przez NASA, na której można na całym świecie podejrzeć mie
                                        > jsca pożarów. I właśnie na tejże aplikacji od dwóch dni na zachód od Iziuma poj
                                        > awiają się wykryte przez satelity pożary, wczoraj trochę więcej, dzisiaj ciut m
                                        > niej. I jedno z dwóch: albo jest to ostrzał ukraińskiej artylerii, albo rzeczyw
                                        > iście ich kontratak. Tak czy siak, dobrze tak stacjonującym tu orkom, w tym tak
                                        > że niesławnej 64. Rzeźnicko-Buczańskiej Brygadzie Zmechanizowanej Gwardii, któr
                                        > ą ukraińskie wojska z przyjemnością zlikwidują całkowicie, jak tylko będzie ku
                                        > temu stosowna okazja. Las ten trzymają m.in. zbrodniarze z Buczy i zapewne tera
                                        > z nieźle obrywają.


                                        Niech im bracia Kozacy siczowi zrobią drugie Żółte Wody, Korsuń i Piławce razem wzięte.


                                        > Pod Charkowem ukraińskie wojska coraz bardziej upokarzają nieszczęsną 6. Armię,
                                        > która obrywa cios za ciosem. Ukraińska 92. Brygada Zmechanizowana wbija się kl
                                        > inem wzdłuż zachodniego brzegu Dońca i doszła już do miejscowości Stary Sałtiw,
                                        > na północny wschód od Charkowa. W większości wojska rosyjskie zostały tu odepc
                                        > hnięte od centrum Charkowa na ok. 40 km, przez co zdolność do jego ostrzeliwani
                                        > a przez Rosjan została mocno ograniczona.


                                        Dałbym na mszę za "naszych" dzielnych Kozaków, ale boje się że papież w Rzymie za te pieniądze zrobi msze za Rosjan.
                                        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 19:12
                                          Ale ta Kantemirowska to już nie wcześniej została poharatana? Pod Kijowem? Wydaje mi się że wspominałeś o niej już w innej części po tekstu Fiszera. Ale może sie mylę.


                                          Nie mylisz się. Podmoskiewski dywizja kantemirowska to dywizja defiladowa. Na zmianę z tamańską.
                                          W pierwotnym planie ta dywizja miała wjechać do Kijowa w trzecim dniu agresji z rozwiniętymi sztandarami.
                                          Defiladowo.
                                          Ale nie wyszło, bo całe to zgrupowanie 30-40 batalionowych grup bojowych Dzielni Ukraińcy srogo przetrzepali.
                                          Defiladowa kanntemirowska została najpierw wycofana na Białoruś, gdzie lizała rany i zmianiała os…ne spodnie ze strachu, potem do Rosji i po „odtworzeniu gotowości bojowej” znowu została rzucona do walki w rejonie Izjuma z rezultatem, jak poprzednio.
                                          Dywizja kantemirowska uchodziła za elitarny związek taktyczny. Jeżeli Ukraińcy dwa razy złoili tą „elytę” to nie ma się co dziwić, że podobnie sobie radzą z jednostkami Centralnego ÓW, gzie służą skośnoocy prymitywni bandyci.
                                          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 21:51
                                            Fiszer z 7bm. Ważne, bo o broń atomową chodzi.


                                            Trwa dramatyczna bitwa o Donbas i mimo iż brak większych zmian linii frontu, walki i wzajemny ostrzał artyleryjski, przynoszący straty po obu stronach, nie ustają. Tymczasem wciąż martwi pytanie, co może zrobić Putin, kiedy zostanie całkowicie przyparty do muru.

                                            Oczywiście wszystkie oczy zwrócone są na Izium, Jampił, Rubiżne, Sewerodonieck i Popasną. To właśnie w łuku tych miejscowości, wymienionych od zachodu na wschód, a następnie na południe, rozgrywają się losy kampanii w Donbasie. Co prawda walki wciąż toczą się w jednym miejscu, ale ich intensywność jest niezwykle ciężka. Rosjanie stopniowo posuwali się do przodu jeszcze w rejonie Lymana na wschód od Iziuma, ale i tam Ukraińcom nadludzkim wysiłkiem udało się przeprowadzić kontratak, który spowodował zatrzymanie sił rosyjskich. Obecnie o miasteczko Lyman toczą się ciężkie walki wśród miejskiej zabudowy, czego rosyjskie wojska bardzo nie lubią i z czym sobie nie radzą.

                                            Jedynie na wschodzie, w samej głębi Łuku Słowiańskiego, Rosjanie znów wdarli się do wsi Wojewodiwka pomiędzy miasteczkami Rubiżne i Sewierodonieck. W sumie nie miałoby to wielkiego znaczenia, bowiem na zachód od Rubiżnego i Sewierodoniecka płynie rzeka Doniec stanowiąca dla rosyjskich wojsk przeszkodę na miarę Kanału La Manche. Problem polega jednak na tym, że przez rzekę trzeba też przewozić zaopatrzenie dla wojsk ukraińskich, a do tego potrzebny jest jakiś cały most. O ile stoi taki co najmniej jeden pod Sewierodonieckiem, o tyle nie jest pewne, czy ten, który był pod Rubiżnem, nadal się uchował. Na wojnie, jak to na wojnie – dziś most jest, a jutro go nie ma. A odbudować coś trudno, most pontonowy też niełatwo zmontować. Jeśli pod Rubiżnem żadnej przeprawy nie ma, to zapewne amunicję i inne potrzebne materiały do tego miasteczka wożono przez Sewierodonieck, przez tamtejszy most. Jeśli złośliwe orki wcisnęły się między oba miasta, to odcięli Rubiżne od zaopatrzenia. Tyle tylko, że moim zdaniem długo tam nie wytrwają.

                                            Niestety, są też pierwsze oznaki skrajnego przemęczenia wojsk ukraińskich, walczących tu bez przerwy od Wielkanocy. Ciągłe wystawienie na morderczy ogień jest dla człowieka zabójcze. Pamiętam swoje wrażenia z dawnej Jugosławii, kiedy znoszenie kolejnych ostrzałów kosztowało mnie psychicznie coraz więcej. A potem, kilka lat później, pewna niezbyt rozgarnięta pani z telewizji zapytała mnie, czy mieszkańcy Belgradu przyzwyczaili się do bombardowań lotnictwa NATO. Wściekły bezczelnie wypaliłem, że nie tylko się przyzwyczaili, ale nawet je polubili, co wprawiło panią w osłupienie, pokryte lekko wymuszonym uśmiechem. Uwierzcie państwo, można być najodważniejszym człowiekiem, a huk wybuchów i łomot serii broni maszynowej i tak ryje mózg jak pole pług czteroskibowy. Nie da się znosić tego w nieskończoność, każdy w końcu pęka.

                                            Podobno takie właśnie doświadczenia miała ukraińska 79. Brygada Powietrzno-Desantowa pod Lymanem, gdzie jej dwa bataliony miały się wycofać się bez rozkazu. Sprawę ma badać samo ukraińskie ministerstwo obrony, choć oczywiście incydent rozdmuchała prokremlowska propaganda. Pojawiły się w sieci filmy, na których żołnierze tejże brygady opowiadają, jakoby w brygadzie służyli niemal sami rezerwiści, dowódca ich tam zostawił i gdzieś przepadł na kilka dni itd. Prawdopodobnie filmy te to inscenizacje rosyjskiej propagandy. Ukraina ma bowiem dość ciekawy system uzupełniania strat. Nowych rekrutów wciela się najpierw do Wojsk Obrony Terytorialnej. Tu przechodzą oni bazowe szkolenie wojskowe, a następnie biorą udział w mniej wymagających zadaniach operacyjnych. Później kieruje się ich w rejony walk na drugorzędne kierunki, by po kilku tygodniach przenieść ich jako uzupełnienie do jednostek regularnego wojska, zastępując ich w WOT nowymi „świeżakami”.

                                            Jeśli nawet w 79. Brygadzie Powietrzno-Desantowej doszło do jakichś incydentów na tle przemęczenia i załamania nerwowego, to nie mamy prawa ich oceniać. Nikt, kto nigdy nie był pod silnym ostrzałem, nie jest w stanie nawet w przybliżeniu wyobrazić sobie, jak to jest. Jestem pełen podziwu dla wojsk Ukrainy, które to wszystko znoszą z taką siłą ducha. Oznaki załamania nerwowego widać bowiem raczej po stronie rosyjskiej, kiedy coraz częściej w podsłuchanych rozmowach komórkowych z domem, a te przecież przechodzą przez ukraińskich operatorów sieci mobilnych, które je skwapliwie nagrywają, rosyjscy żołnierze skarżą się, że do domu można wrócić tylko jako „gruz 200” lub – jak się ma szczęście – jako „gruz 300”, czyli jako martwy lub ranny. Jednym słowem, szczęśliwy ten, któremu urwie rękę albo rozpruje brzuch…
                                            Kolejny okręt?

                                            Pojawia się coraz więcej doniesień, że w rejonie Wyspy Węży płonął kolejny rosyjski okręt wojenny, dość nowoczesna fregata „Admirał Makarow”. Jest to jedna z trzech fregat typu 11356R Burewiestnik, wielkością zbliżona do naszych dwóch typu ORP Kazimierz Pułaski, ale jako że została zbudowana ledwie sześć lat temu, jest od naszych jednostek dużo bardziej nowoczesna. W jej uzbrojeniu znajdują się m.in. rakiety Kalibr w odmianach przeciwokrętowych i do zwalczania celów naziemnych, a także rakiety przeciwlotnicze typu Buk w wersji morskiej. Taką samą, choć lądową rakietą zestrzelono malezyjskiego Boeinga 777 nad Ukrainą w 2014 r., dokonały tego wówczas wojska rosyjskie wspierające donieckich separatystów. Podobno fregata „Admirał Makarow” trafiona została ukraińskimi rakietami Neptun. Myślę, że za kilka dni będziemy wiedzieć, jak się cały incydent zakończy, bowiem nad tym rejonem Morza Czarnego lata amerykański bezpilotowiec RQ-4 Global Hawk, brytyjski samolot dalekiego rozpoznania RC-135W Rivet Joint i amerykański samolot patrolowy P-8A Poseidon. Fregata podobno na razie pływa, ale trzymamy za nią kciuki. Wieczorem zamierzam wypić za nią toast – do dna!

                                            Fregata, choć uszkodzona, dowlokła się jednak o własnych siłach do Sewastopola, choć stopień jej uszkodzeń jest nieznany. Za to ukraińskie wojska pochwaliły się zatopieniem kutra desantowego typu 11770 Sjerna. To malutka jednostka, wielkości statku białej floty, ale jedna z dwóch na Morzu Czarnym. I choć kuter jest tak mały, że nawet do Elbląga byłby w stanie wejść nowym przekopem Mierzei Wiślanej, to jest to jednak kolejny sukces na morzu państwa, które swojej floty praktycznie nie ma.

                                            Przy okazji warto wyjaśnić, bo w telewizji systematycznie myli się pewne pojęcia – okręt jest wojenny, a statek – cywilny. Nie bądźmy gorsi od Rosjan, którzy „korabl” z „sjudo” nie mylą, a to u nich te same określenia. Najgorzej jest przy tłumaczeniu z angielskiego, gdzie jedno i drugie to „ship”. I kolejna sprawa – klasa okrętu to „niszczyciel”, „krążownik”, „fregata”, czyli takie „autobus”, „ciężarówka”, „dostawczak”… Kiedy zaś mówi się o konkretnej serii okrętów, to jest „typ”, a nie „klasa”, tak jak samochodowa marka, MAN, Mercedes. Ja wiem, że w angielskim jest odwrotnie, czyli „class” to typ, a „type” to klasa. Ale znać języki naprawdę warto. Dzięki temu można się dogadać z kimś, kto nie zna polskiego.
                                            I jeszcze o broni atomowej

                                            Wczoraj zastępca dyrektora Departamentu Informacji MSZ Rosji Aleksiej Zajcew zapowiedział, że broń jądrowa w specjalnej operacji w Ukrainie nie będzie użyta. A dokładnie rzecz biorąc, wyraził się tak: „Scenariusze naszego ewentualnego użycia broni jądrowej są jasno określone w rosyjskich dokumentach doktrynalnych. Nie mają zastosowania do realizacji zadań określonych podczas specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie”.

                                            Przede wszystkim uderzyło mnie to, że takie rzeczy trzeba w ogóle mówić. Rosyjska mentalność przypomina jednak taką historyjkę z serii czarnego humoru, kiedy seryjny morderca zabiera dziewczynę w ciemny las, a ta zaczyna się żalić, że ten las taki ciemny, taki straszny, taki przerażający… Na co seryjny morderca myśli sobie: „A co ja mam powiedzieć? Przecież będę przez ten straszny i przerażający las wracał sam!”.

                                            Dlatego warto przypomnieć, co konkretnie mówi rosyjska doktryna obronna z 30 grudnia 2014 r. o użyciu bron
                                            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 20:19
                                              W 74 dniu agresji Fiszer obrazowo wyjaśnia, dlaczego orków nie idzie:

                                              Bohaterska obrona Ukrainy wywołuje podziw świata, a zarazem wdzięczność za powstrzymywanie rosyjskiej agresji, która mogłaby spaść na kolejne państwa Europy. Dlaczego Rosjanie wykazują się tak małą skutecznością? Dziś zajmę się czynnikiem ludzkim.
                                              Mimo ponawianych ataków Rosjanie w Donbasie nadal nie posuwają się naprzód, poza nielicznymi wyjątkami, ale nawet i to nie są znaczące zdobycze. Zdołali ostatecznie zająć cały Jampił i zbliżyli się do Ozerne, ale póki co zostali tu powstrzymani. Z kolei w ciężkich walkach pomiędzy Rubiżne a Sewierodonieckiem, we wsi Wojewodiwka, zostali nieznacznie odepchnięci, obecnie walki toczą się o wschodnią stronę wsi. Jedyne miejsce, gdzie rosyjskie wojska nieco się posunęły, to rejon na południe od Sewierodoniecka i Łysaczańska, znajdują się one na zachodnim brzegu rzeki Donieck. Rosjanie zajęli miejscowość Krymskie i posuwają się w stronę Nyżnie i Toszkiwki, czyli tradycyjnie jakieś 2 km terenu kosztem broniącej się tu ukraińskiej 17. Kriworyskiej Brygady Pancernej im. Kosiantina Piestuszka. Naciera tu 68. Żytomiersko-Berliński Pułk Czołgów Gwardii i 103. Pułk Zmechanizowany, oba ze 150. Irdycko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej należącej do 8. Armii Gwardii.

                                              Rosjanie zajęli też niemal całą Popasną, a walcząca tu ukraińska 24. Brygada Zmechanizowana im. Króla Daniła została zmuszona do cofnięcia się na obrzeża miasta. Tutaj naciera pozostała część 150. Dywizji – 163. Nieżynskij Pułk Czołgów i 102. Słonimsko-Pomerański Pułk Zmechanizowany. Wspiera je też 6. Kozacki Pułk Zmechanizowany im. Matwieja Płatowa oraz 4. Brygada Zmechanizowana Gwardii wojsk Ługańskiej Republiki Ludowej, czyli ługańscy separatyści, zwani też zdrajcami.

                                              Na wszystkich pozostałych kierunkach Rosjanie także stoją. Za to natarcie ukraińskie na północ od Charkowa rozwija się doskonale i znów zdobyto kolejne wsie. Wojska ukraińskie uchwyciły Cyrkuny i Ruskie Tiszki na północ od miasta. A Rosjanie zaczęli w obwodzie kurskim i biełgorodzkim kopać okopy na granicy z Ukrainą, zupełnie jak na podejściach do oblężonego Leningradu w 1941 r. Czy oni naprawdę myślą, że ukraińskie wojska przekroczą granicę i ruszą wprost na Moskwę?

                                              Dlaczego tak wciąż potężne, choć mocno osłabione w dotychczasowych walkach siły nie są w stanie pokonać ukraińskiej obrony? Częściową odpowiedzią na to jest siła i determinacja, z jaką Ukraińcy bronią swojej ojczystej ziemi, ich wola walki, wytrzymałość i bohaterstwo są niesamowite. Ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego. Wyjaśnienie leży po stronie rosyjskiej.

                                              Czytaj także: Orka bij, bij, bij! Rosyjscy żołnierze jak stwory z książek Tolkiena

                                              Dowódcy według klucza

                                              Większość rosyjskich dowódców dobieranych jest według tradycyjnego już dla państw totalitarnych klucza. Czyli nie według kompetencji i wiedzy, ale pod kątem lojalności, oddania i umiejętności podlizania się przełożonym. A ta ostatnia, w przeżartej korupcją i złodziejstwem Rosji, ma często wymiar czysto materialny.

                                              Ciekawym przykładem jest tu na gen. por. Siergiej Kisjel. Do niedawna dowódca 1. Armii Pancernej Gwardii z Zachodniego Okręgu Wojskowego. A to najlepsza i najsilniejsza armia w Rosji, wystawiająca pododdziały na doroczne defilady na Placu Czerwonym. Na jej czele z założenia stoi wyróżniający się rosyjski generał. A tymczasem, jak donosi ukraiński wywiad GUR na swojej stronie internetowej, pod koniec marca Kisjel został usunięty ze stanowiska „za niekompetencję w dowodzeniu podległymi wojskami, osobiste niezdecydowanie i tchórzostwo, co doprowadziło do utraty kontroli nad sytuacją i masowego dostawania się do niewoli żołnierzy poborowych”. Nagle Rosjanie się obudzili? Dopiero po blisko 30 latach służby w stopniu oficerskim odkryli, że gen. por. Kisjel jest niekompetentny, niezdecydowany i tchórzliwy? Rychło w czas… W międzyczasie zdążył wytracić cały 13. Szepietowski Pułk Czołgów Gwardii pod Trościańcem, pułk należący do elitarnej 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii im. Jurija Andropowa. Połowę czołgów utracono w walce, a połowę potopiono w błocie – ukraińskie wojska wyłapały ich załogi usiłujące dać drapaka w las. A potem do akcji wkroczyły ukraińskie traktory.

                                              Zresztą Kisjel nie jest jedyny. Dowódcę 6. Armii z Zachodniego Okręgu Wojskowego gen. por. Władisława Jerszowa zdjęto ze stanowiska na samym początku, po tym jak wpakował część zmechanizowanych jednostek prosto do Charkowa, po czym te jednostki zostały równo wystrzelane, pozostawiając na ulicach miasta wraki pancernych pojazdów. Pan generał nie bardzo później wiedział, co się stało z jego żołnierzami. Miał spore manko, stany mu się nie zgadzały, a dowódca 6. Armii nie potrafił się z nich rozliczyć. Skończyło się to umieszczeniem generała w areszcie domowym. Kto dziś dowodzi 6. Armią, trudno powiedzieć, ale nadal zbiera ona tęgie lanie pod Charkowem do tego stopnia, że przerażeni Rosjanie kopią za nią okopy po swojej stronie granicy.

                                              Czytaj także: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?

                                              Przekręty na miliony rubli. Korupcja w armii kwitnie

                                              Korupcja w wojsku stała się wręcz legendarna. Jedną z najbardziej niewiarygodnych opisuje rosyjski „Kommiersant”. Według tych doniesień w 2014 r. wykonano na krążowniku „Moskwa” remont połączony z wymianą rakiet przeciwlotniczych na nowe, bo starym „wyszły” resursy. Kmdr Igor Supranowicz stojący na czele komisji przetargowej wybrał nieznaną firmę Elektropribor, która wzięła za te prace blisko miliard rubli. Tyle tylko że poza egzemplarzami do testów żadnych rakiet nie wymienili, defraudując przy tym 692 mln rubli. Według FSB sam kmdr Supranowicz skasował za przekręt 16 mln. Sprawa wyszła na jaw, kiedy w czasie wojny krążownik usiłował odpalać rakiety do krążących bayraktarów, ale połowa z nich nie działała… Nie był się też w stanie obronić przed ukraińskimi pociskami Neptun, co się dla krążownika skończyło dość fatalnie.

                                              Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Rosyjskie wojsko niedawno zakupiło całkiem sporo nowoczesnych cyfrowych radiostacji R-187 Azart w wersji przenośnej i pojazdowej. Ale w Ukrainie znalazło się ich całkiem mało, bowiem okazało się, że są one do niczego. Analityk wojskowy dr Thomas Withington ze słynnego think tanku RUSI napisał, że w radiostacjach, które miały być zbudowane całkowicie w Rosji, odkryto chińskie części i że przypuszczalnie jedna trzecia budżetu na ich zakup została zdefraudowana… Jak mają zatem działać poprawnie, skoro złożono je z taniej chińskiej tandety? Żeby było śmieszniej, przy zabitych rosyjskich oficerach często odnajduje się popularne chińskie walki-talkie BaoFeng UV-82HP, które na Allegro w Polsce można kupić za stówę. Okazuje się jednak, że w przeciwieństwie do azarta przez baofenga można się dogadać, choć słucha tego pół Ukrainy.

                                              Przykłady korupcji można by mnożyć. Dlatego rosyjski sprzęt w Ukrainie funkcjonuje, jak widać. Na przykład pamiętam, jak Rosjanie chwalili się systemami aktywnej obrony czołgów, takimi jak Sztora czy Drozd 2, które miały rozstrzeliwać w powietrzu nadlatujące rakiety przeciwpancerne. A ja się nadziwić nie mogę, że skoro miały być takie skuteczne, to dlaczego w Ukrainie nie działają, a zamiast tego rosyjskie warsztaty polowe spawają na wieżach specjalną konstrukcję z rur stalowych mających zdetonować daleko od pancerza głowicę kumulacyjną spadającego z góry javelina (pocisk ten przed uderzeniem w cel robi skok w górę i spada na atakowany cel od góry). Wygląda to jak wielka suszarka na bieliznę, tylko po co te stelaże, jeśli są rzekomo bardzo skuteczne systemy samoobrony?

                                              Bryc: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

                                              Morale sięgające dna

                                              W rosyjskim wojsku panują stosunki iście feudalne. Żołnierzy traktuje się jak śmieci, ale przede wszystkim są oni wykonawcami różnych przekrętów swoich dowódców. Przecież jak rosyjskie wojsko kradnie w Ukrainie pralki, lodówki, a nawet kabiny prysznicowe czy wielkie dywany, to chyba nie noszą tego ze sobą? Czy można sobie wyobrazić rosyjskiego żołnierza idącego do natarc
                                              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 20:25
                                                Michał Fiszer
                                                MICHAŁ FISZER
                                                ŚWIAT
                                                74. dzień wojny. Armia komiwojażerów. Dlaczego Rosjanie przegrywają?
                                                8 MAJA 2022 10 MINUT CZYTANIA
                                                Prorosyjski separatysta w Doniecku, 7 maja 2022 r.
                                                Alexander Ermochenko / Reuters / Forum
                                                Bohaterska obrona Ukrainy wywołuje podziw świata, a zarazem wdzięczność za powstrzymywanie rosyjskiej agresji, która mogłaby spaść na kolejne państwa Europy. Dlaczego Rosjanie wykazują się tak małą skutecznością? Dziś zajmę się czynnikiem ludzkim.
                                                Mimo ponawianych ataków Rosjanie w Donbasie nadal nie posuwają się naprzód, poza nielicznymi wyjątkami, ale nawet i to nie są znaczące zdobycze. Zdołali ostatecznie zająć cały Jampił i zbliżyli się do Ozerne, ale póki co zostali tu powstrzymani. Z kolei w ciężkich walkach pomiędzy Rubiżne a Sewierodonieckiem, we wsi Wojewodiwka, zostali nieznacznie odepchnięci, obecnie walki toczą się o wschodnią stronę wsi. Jedyne miejsce, gdzie rosyjskie wojska nieco się posunęły, to rejon na południe od Sewierodoniecka i Łysaczańska, znajdują się one na zachodnim brzegu rzeki Donieck. Rosjanie zajęli miejscowość Krymskie i posuwają się w stronę Nyżnie i Toszkiwki, czyli tradycyjnie jakieś 2 km terenu kosztem broniącej się tu ukraińskiej 17. Kriworyskiej Brygady Pancernej im. Kosiantina Piestuszka. Naciera tu 68. Żytomiersko-Berliński Pułk Czołgów Gwardii i 103. Pułk Zmechanizowany, oba ze 150. Irdycko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej należącej do 8. Armii Gwardii.

                                                Rosjanie zajęli też niemal całą Popasną, a walcząca tu ukraińska 24. Brygada Zmechanizowana im. Króla Daniła została zmuszona do cofnięcia się na obrzeża miasta. Tutaj naciera pozostała część 150. Dywizji – 163. Nieżynskij Pułk Czołgów i 102. Słonimsko-Pomerański Pułk Zmechanizowany. Wspiera je też 6. Kozacki Pułk Zmechanizowany im. Matwieja Płatowa oraz 4. Brygada Zmechanizowana Gwardii wojsk Ługańskiej Republiki Ludowej, czyli ługańscy separatyści, zwani też zdrajcami.

                                                Na wszystkich pozostałych kierunkach Rosjanie także stoją. Za to natarcie ukraińskie na północ od Charkowa rozwija się doskonale i znów zdobyto kolejne wsie. Wojska ukraińskie uchwyciły Cyrkuny i Ruskie Tiszki na północ od miasta. A Rosjanie zaczęli w obwodzie kurskim i biełgorodzkim kopać okopy na granicy z Ukrainą, zupełnie jak na podejściach do oblężonego Leningradu w 1941 r. Czy oni naprawdę myślą, że ukraińskie wojska przekroczą granicę i ruszą wprost na Moskwę?

                                                Dlaczego tak wciąż potężne, choć mocno osłabione w dotychczasowych walkach siły nie są w stanie pokonać ukraińskiej obrony? Częściową odpowiedzią na to jest siła i determinacja, z jaką Ukraińcy bronią swojej ojczystej ziemi, ich wola walki, wytrzymałość i bohaterstwo są niesamowite. Ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego. Wyjaśnienie leży po stronie rosyjskiej.

                                                Czytaj także: Orka bij, bij, bij! Rosyjscy żołnierze jak stwory z książek Tolkiena

                                                Dowódcy według klucza

                                                Większość rosyjskich dowódców dobieranych jest według tradycyjnego już dla państw totalitarnych klucza. Czyli nie według kompetencji i wiedzy, ale pod kątem lojalności, oddania i umiejętności podlizania się przełożonym. A ta ostatnia, w przeżartej korupcją i złodziejstwem Rosji, ma często wymiar czysto materialny.

                                                Ciekawym przykładem jest tu na gen. por. Siergiej Kisjel. Do niedawna dowódca 1. Armii Pancernej Gwardii z Zachodniego Okręgu Wojskowego. A to najlepsza i najsilniejsza armia w Rosji, wystawiająca pododdziały na doroczne defilady na Placu Czerwonym. Na jej czele z założenia stoi wyróżniający się rosyjski generał. A tymczasem, jak donosi ukraiński wywiad GUR na swojej stronie internetowej, pod koniec marca Kisjel został usunięty ze stanowiska „za niekompetencję w dowodzeniu podległymi wojskami, osobiste niezdecydowanie i tchórzostwo, co doprowadziło do utraty kontroli nad sytuacją i masowego dostawania się do niewoli żołnierzy poborowych”. Nagle Rosjanie się obudzili? Dopiero po blisko 30 latach służby w stopniu oficerskim odkryli, że gen. por. Kisjel jest niekompetentny, niezdecydowany i tchórzliwy? Rychło w czas… W międzyczasie zdążył wytracić cały 13. Szepietowski Pułk Czołgów Gwardii pod Trościańcem, pułk należący do elitarnej 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii im. Jurija Andropowa. Połowę czołgów utracono w walce, a połowę potopiono w błocie – ukraińskie wojska wyłapały ich załogi usiłujące dać drapaka w las. A potem do akcji wkroczyły ukraińskie traktory.

                                                Zresztą Kisjel nie jest jedyny. Dowódcę 6. Armii z Zachodniego Okręgu Wojskowego gen. por. Władisława Jerszowa zdjęto ze stanowiska na samym początku, po tym jak wpakował część zmechanizowanych jednostek prosto do Charkowa, po czym te jednostki zostały równo wystrzelane, pozostawiając na ulicach miasta wraki pancernych pojazdów. Pan generał nie bardzo później wiedział, co się stało z jego żołnierzami. Miał spore manko, stany mu się nie zgadzały, a dowódca 6. Armii nie potrafił się z nich rozliczyć. Skończyło się to umieszczeniem generała w areszcie domowym. Kto dziś dowodzi 6. Armią, trudno powiedzieć, ale nadal zbiera ona tęgie lanie pod Charkowem do tego stopnia, że przerażeni Rosjanie kopią za nią okopy po swojej stronie granicy.

                                                Czytaj także: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?

                                                Przekręty na miliony rubli. Korupcja w armii kwitnie

                                                Korupcja w wojsku stała się wręcz legendarna. Jedną z najbardziej niewiarygodnych opisuje rosyjski „Kommiersant”. Według tych doniesień w 2014 r. wykonano na krążowniku „Moskwa” remont połączony z wymianą rakiet przeciwlotniczych na nowe, bo starym „wyszły” resursy. Kmdr Igor Supranowicz stojący na czele komisji przetargowej wybrał nieznaną firmę Elektropribor, która wzięła za te prace blisko miliard rubli. Tyle tylko że poza egzemplarzami do testów żadnych rakiet nie wymienili, defraudując przy tym 692 mln rubli. Według FSB sam kmdr Supranowicz skasował za przekręt 16 mln. Sprawa wyszła na jaw, kiedy w czasie wojny krążownik usiłował odpalać rakiety do krążących bayraktarów, ale połowa z nich nie działała… Nie był się też w stanie obronić przed ukraińskimi pociskami Neptun, co się dla krążownika skończyło dość fatalnie.

                                                Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Rosyjskie wojsko niedawno zakupiło całkiem sporo nowoczesnych cyfrowych radiostacji R-187 Azart w wersji przenośnej i pojazdowej. Ale w Ukrainie znalazło się ich całkiem mało, bowiem okazało się, że są one do niczego. Analityk wojskowy dr Thomas Withington ze słynnego think tanku RUSI napisał, że w radiostacjach, które miały być zbudowane całkowicie w Rosji, odkryto chińskie części i że przypuszczalnie jedna trzecia budżetu na ich zakup została zdefraudowana… Jak mają zatem działać poprawnie, skoro złożono je z taniej chińskiej tandety? Żeby było śmieszniej, przy zabitych rosyjskich oficerach często odnajduje się popularne chińskie walki-talkie BaoFeng UV-82HP, które na Allegro w Polsce można kupić za stówę. Okazuje się jednak, że w przeciwieństwie do azarta przez baofenga można się dogadać, choć słucha tego pół Ukrainy.

                                                Przykłady korupcji można by mnożyć. Dlatego rosyjski sprzęt w Ukrainie funkcjonuje, jak widać. Na przykład pamiętam, jak Rosjanie chwalili się systemami aktywnej obrony czołgów, takimi jak Sztora czy Drozd 2, które miały rozstrzeliwać w powietrzu nadlatujące rakiety przeciwpancerne. A ja się nadziwić nie mogę, że skoro miały być takie skuteczne, to dlaczego w Ukrainie nie działają, a zamiast tego rosyjskie warsztaty polowe spawają na wieżach specjalną konstrukcję z rur stalowych mających zdetonować daleko od pancerza głowicę kumulacyjną spadającego z góry javelina (pocisk ten przed uderzeniem w cel robi skok w górę i spada na atakowany cel od góry). Wygląda to jak wielka suszarka na bieliznę, tylko po co te stelaże, jeśli są rzekomo bardzo skuteczne systemy samoobrony?

                                                Bryc: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

                                                Morale sięgające dna

                                                W rosyjskim wojsku panują stosunki iście feudalne. Żołnierzy traktuje się jak śmieci, ale przede wszystkim są oni wykonawcami różnych przekrętów swoich dowódców. Przecież jak rosyjskie wojsko kradnie w Ukrainie pralki, lo
                                              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 20:27
                                                Michał Fiszer
                                                MICHAŁ FISZER
                                                ŚWIAT
                                                74. dzień wojny. Armia komiwojażerów. Dlaczego Rosjanie przegrywają?
                                                8 MAJA 2022 10 MINUT CZYTANIA
                                                Prorosyjski separatysta w Doniecku, 7 maja 2022 r.
                                                Alexander Ermochenko / Reuters / Forum
                                                Bohaterska obrona Ukrainy wywołuje podziw świata, a zarazem wdzięczność za powstrzymywanie rosyjskiej agresji, która mogłaby spaść na kolejne państwa Europy. Dlaczego Rosjanie wykazują się tak małą skutecznością? Dziś zajmę się czynnikiem ludzkim.
                                                Mimo ponawianych ataków Rosjanie w Donbasie nadal nie posuwają się naprzód, poza nielicznymi wyjątkami, ale nawet i to nie są znaczące zdobycze. Zdołali ostatecznie zająć cały Jampił i zbliżyli się do Ozerne, ale póki co zostali tu powstrzymani. Z kolei w ciężkich walkach pomiędzy Rubiżne a Sewierodonieckiem, we wsi Wojewodiwka, zostali nieznacznie odepchnięci, obecnie walki toczą się o wschodnią stronę wsi. Jedyne miejsce, gdzie rosyjskie wojska nieco się posunęły, to rejon na południe od Sewierodoniecka i Łysaczańska, znajdują się one na zachodnim brzegu rzeki Donieck. Rosjanie zajęli miejscowość Krymskie i posuwają się w stronę Nyżnie i Toszkiwki, czyli tradycyjnie jakieś 2 km terenu kosztem broniącej się tu ukraińskiej 17. Kriworyskiej Brygady Pancernej im. Kosiantina Piestuszka. Naciera tu 68. Żytomiersko-Berliński Pułk Czołgów Gwardii i 103. Pułk Zmechanizowany, oba ze 150. Irdycko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej należącej do 8. Armii Gwardii.

                                                Rosjanie zajęli też niemal całą Popasną, a walcząca tu ukraińska 24. Brygada Zmechanizowana im. Króla Daniła została zmuszona do cofnięcia się na obrzeża miasta. Tutaj naciera pozostała część 150. Dywizji – 163. Nieżynskij Pułk Czołgów i 102. Słonimsko-Pomerański Pułk Zmechanizowany. Wspiera je też 6. Kozacki Pułk Zmechanizowany im. Matwieja Płatowa oraz 4. Brygada Zmechanizowana Gwardii wojsk Ługańskiej Republiki Ludowej, czyli ługańscy separatyści, zwani też zdrajcami.

                                                Na wszystkich pozostałych kierunkach Rosjanie także stoją. Za to natarcie ukraińskie na północ od Charkowa rozwija się doskonale i znów zdobyto kolejne wsie. Wojska ukraińskie uchwyciły Cyrkuny i Ruskie Tiszki na północ od miasta. A Rosjanie zaczęli w obwodzie kurskim i biełgorodzkim kopać okopy na granicy z Ukrainą, zupełnie jak na podejściach do oblężonego Leningradu w 1941 r. Czy oni naprawdę myślą, że ukraińskie wojska przekroczą granicę i ruszą wprost na Moskwę?

                                                Dlaczego tak wciąż potężne, choć mocno osłabione w dotychczasowych walkach siły nie są w stanie pokonać ukraińskiej obrony? Częściową odpowiedzią na to jest siła i determinacja, z jaką Ukraińcy bronią swojej ojczystej ziemi, ich wola walki, wytrzymałość i bohaterstwo są niesamowite. Ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego. Wyjaśnienie leży po stronie rosyjskiej.

                                                Czytaj także: Orka bij, bij, bij! Rosyjscy żołnierze jak stwory z książek Tolkiena

                                                Dowódcy według klucza

                                                Większość rosyjskich dowódców dobieranych jest według tradycyjnego już dla państw totalitarnych klucza. Czyli nie według kompetencji i wiedzy, ale pod kątem lojalności, oddania i umiejętności podlizania się przełożonym. A ta ostatnia, w przeżartej korupcją i złodziejstwem Rosji, ma często wymiar czysto materialny.

                                                Ciekawym przykładem jest tu na gen. por. Siergiej Kisjel. Do niedawna dowódca 1. Armii Pancernej Gwardii z Zachodniego Okręgu Wojskowego. A to najlepsza i najsilniejsza armia w Rosji, wystawiająca pododdziały na doroczne defilady na Placu Czerwonym. Na jej czele z założenia stoi wyróżniający się rosyjski generał. A tymczasem, jak donosi ukraiński wywiad GUR na swojej stronie internetowej, pod koniec marca Kisjel został usunięty ze stanowiska „za niekompetencję w dowodzeniu podległymi wojskami, osobiste niezdecydowanie i tchórzostwo, co doprowadziło do utraty kontroli nad sytuacją i masowego dostawania się do niewoli żołnierzy poborowych”. Nagle Rosjanie się obudzili? Dopiero po blisko 30 latach służby w stopniu oficerskim odkryli, że gen. por. Kisjel jest niekompetentny, niezdecydowany i tchórzliwy? Rychło w czas… W międzyczasie zdążył wytracić cały 13. Szepietowski Pułk Czołgów Gwardii pod Trościańcem, pułk należący do elitarnej 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii im. Jurija Andropowa. Połowę czołgów utracono w walce, a połowę potopiono w błocie – ukraińskie wojska wyłapały ich załogi usiłujące dać drapaka w las. A potem do akcji wkroczyły ukraińskie traktory.

                                                Zresztą Kisjel nie jest jedyny. Dowódcę 6. Armii z Zachodniego Okręgu Wojskowego gen. por. Władisława Jerszowa zdjęto ze stanowiska na samym początku, po tym jak wpakował część zmechanizowanych jednostek prosto do Charkowa, po czym te jednostki zostały równo wystrzelane, pozostawiając na ulicach miasta wraki pancernych pojazdów. Pan generał nie bardzo później wiedział, co się stało z jego żołnierzami. Miał spore manko, stany mu się nie zgadzały, a dowódca 6. Armii nie potrafił się z nich rozliczyć. Skończyło się to umieszczeniem generała w areszcie domowym. Kto dziś dowodzi 6. Armią, trudno powiedzieć, ale nadal zbiera ona tęgie lanie pod Charkowem do tego stopnia, że przerażeni Rosjanie kopią za nią okopy po swojej stronie granicy.

                                                Czytaj także: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?

                                                Przekręty na miliony rubli. Korupcja w armii kwitnie

                                                Korupcja w wojsku stała się wręcz legendarna. Jedną z najbardziej niewiarygodnych opisuje rosyjski „Kommiersant”. Według tych doniesień w 2014 r. wykonano na krążowniku „Moskwa” remont połączony z wymianą rakiet przeciwlotniczych na nowe, bo starym „wyszły” resursy. Kmdr Igor Supranowicz stojący na czele komisji przetargowej wybrał nieznaną firmę Elektropribor, która wzięła za te prace blisko miliard rubli. Tyle tylko że poza egzemplarzami do testów żadnych rakiet nie wymienili, defraudując przy tym 692 mln rubli. Według FSB sam kmdr Supranowicz skasował za przekręt 16 mln. Sprawa wyszła na jaw, kiedy w czasie wojny krążownik usiłował odpalać rakiety do krążących bayraktarów, ale połowa z nich nie działała… Nie był się też w stanie obronić przed ukraińskimi pociskami Neptun, co się dla krążownika skończyło dość fatalnie.

                                                Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Rosyjskie wojsko niedawno zakupiło całkiem sporo nowoczesnych cyfrowych radiostacji R-187 Azart w wersji przenośnej i pojazdowej. Ale w Ukrainie znalazło się ich całkiem mało, bowiem okazało się, że są one do niczego. Analityk wojskowy dr Thomas Withington ze słynnego think tanku RUSI napisał, że w radiostacjach, które miały być zbudowane całkowicie w Rosji, odkryto chińskie części i że przypuszczalnie jedna trzecia budżetu na ich zakup została zdefraudowana… Jak mają zatem działać poprawnie, skoro złożono je z taniej chińskiej tandety? Żeby było śmieszniej, przy zabitych rosyjskich oficerach często odnajduje się popularne chińskie walki-talkie BaoFeng UV-82HP, które na Allegro w Polsce można kupić za stówę. Okazuje się jednak, że w przeciwieństwie do azarta przez baofenga można się dogadać, choć słucha tego pół Ukrainy.

                                                Przykłady korupcji można by mnożyć. Dlatego rosyjski sprzęt w Ukrainie funkcjonuje, jak widać. Na przykład pamiętam, jak Rosjanie chwalili się systemami aktywnej obrony czołgów, takimi jak Sztora czy Drozd 2, które miały rozstrzeliwać w powietrzu nadlatujące rakiety przeciwpancerne. A ja się nadziwić nie mogę, że skoro miały być takie skuteczne, to dlaczego w Ukrainie nie działają, a zamiast tego rosyjskie warsztaty polowe spawają na wieżach specjalną konstrukcję z rur stalowych mających zdetonować daleko od pancerza głowicę kumulacyjną spadającego z góry javelina (pocisk ten przed uderzeniem w cel robi skok w górę i spada na atakowany cel od góry). Wygląda to jak wielka suszarka na bieliznę, tylko po co te stelaże, jeśli są rzekomo bardzo skuteczne systemy samoobrony?

                                                Bryc: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

                                                Morale sięgające dna

                                                W rosyjskim wojsku panują stosunki iście feudalne. Żołnierzy traktuje się jak śmieci, ale przede wszystkim są oni wykonawcami różnych przekrętów swoich dowódców. Przecież jak rosyjskie wojsko kradnie w Ukrainie pralki, lo
                                              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 20:44
                                                Ożesz kurcze... pułk imienia Andropowa....
                                                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 21:09


                                                  Ciąg dalszy, bo mi się ipad przy kopiowaniu zbiesił..

                                                  Przecież jak rosyjskie wojsko kradnie w Ukrainie pralki, lodówki, a nawet kabiny prysznicowe czy wielkie dywany, to chyba nie noszą tego ze sobą? Czy można sobie wyobrazić rosyjskiego żołnierza idącego do natarcia jak taszczy zmywarkę? A zatem wszystkie te łupy muszą być odstawiane do Rosji, gdzie są sprzedawane. I tak się faktycznie dzieje, ciężarówki zaopatrzenia dostarczające na front amunicję i inne zapasy, z powrotem wiozą dobra wszelakie nakradzione przez rosyjskie wojsko. Czyli to w dobrze funkcjonujący proceder o charakterze zorganizowanej grupy przestępczej. A kto tym kręci? Przecież to jasne, że dowódcy od najniższych do całkiem wysokich szczebli, bo jak inaczej zmienić wojsko w wielką sieć komiwojażerów?

                                                  Jak takie wojsko ma mieć wolę walki, wykazywać odwagę i poświęcenie? W imię czego, dla przełożonych trzaskających niezłą kapuchę na tym, co ich podwładni nakradną?

                                                  Rosyjski żołnierz traktowany przez przełożonych jak śmieć nie dba też o sprzęt. Ma to gdzieś. W jednostkach czołgi czy transportery opancerzone są w opłakanym stanie, bo jego serwisowanie jest prowadzone byle jak. Nie funkcjonuje wiele istotnych systemów, a te które działają, są źle wyregulowane. Rosyjski żołnierz bez żadnego żalu porzuca czołg, transporter, działo samobieżne czy przeciwlotniczy zestaw rakietowy, dla niego to bezwartościowy złom, dla ratowania którego nie opłaca się narażać własnej skóry.


                                                  Patrząc na działania rosyjskich wojsk, można znaleźć mnóstwo przykładów kompletnego braku wyszkolenia. Śmigłowce bojowe stają w zawisie na dłuższy czas nad terenem kontrolowanym przez ukraińskie wojska, są więc zestrzeliwane z rakiet przeciwpancernych. Wojskowe kolumny poruszają się często zderzak w zderzak, a na postoju podobnie stawiają własne pojazdy, tak że przy ostrzale artyleryjskim jeden wybuchający pojazd powoduje detonacje sąsiedniego. Z powodu tego tłoczenia się na drogach ukraińska artyleria miała używanie i zadała orkom takie straty, że niektóre jednostki potraciły trzecią część swoich stanów.

                                                  Co zatem robią wojska rosyjskie, zamiast się szkolić? Najprawdopodobniej są wykorzystywane w różnych prywatnych interesach kręconych przez dowódców, a na szkolenie już czasu nie ma. Komu by się chciało. Od czasu do czasu wybucha w Rosji afera z wykorzystywaniem żołnierzy do prywatnych celów ich przełożonych.

                                                  A nawet bywa jeszcze ciekawiej. W 2021 r. wybuchła afera w Jurdze pod Nowosybirskiem. Okazało się bowiem, że miejscowi żołnierze ze 120. Stalingradzkiej Brygady Artylerii Gwardii uczestniczyli z bronią wraz z lokalnymi rzezimieszkami w zbieraniu haraczy od lokalnych przedsiębiorców. Taka to gwardia – kiziory mafii południowo-syberyjskiej, przy czym część z jej bossów to wojskowi dowódcy. Ten sam proceder stwierdzono też w stacjonującej tu 74. Zwienigorodzko-Berlińskiej Brygadzie Zmechanizowanej Gwardii. Tymczasem w Ukrainie trzeba walczyć, a tego żołnierzy nikt nie nauczył, nie było kiedy. I sławetna 41. Armia dobra, jak widać, w wymuszeniach i rabunkach w swoich syberyjskich garnizonach wysłana na Kijów nie była w stanie przebić się dalej niż kawałek za Czernihów, którego zresztą też nie zdobyła, lecz obeszła. A obecnie sławetna 74. Jurgańsko-Mafijna Brygada Gwardyjskich Cyngli bezskutecznie szturmuje Liman. I nie myślcie, że Syberia to jakiś odosobniony przypadek. Na Dalekim Wschodzie też ludzie odetchnęli z ulgą, gdy wojska 35. Armii przeniosły się rozrabiać do Ukrainy, dając spokój miejscowej ludności. A co potrafią, pokazali w Irpieniu, Buczy i pod Makarowem…

                                                  Sama liczba pojazdów bojowych i innych wpakowanych w błoto czy bagna, nie mówiąc już o ukraińskich zasadzkach, świadczy o tym, że rosyjskie wojska notorycznie lekceważą rozpoznanie i pchają się tam, gdzie czekają ich różne niemiłe niespodzianki. Co prawda ostatnio są dużo ostrożniejsi, ale wciąż wydają się jakoś mało mobilni, nie potrafią sprawnie przerzucić sił z kierunku na kierunek, by zadać niespodziewany cios, tam gdzie pęka ukraińska obrona.

                                                  No i dobrze. Niech tak zostanie. Wcale mnie to wszystko nie martwi. Wyobrażacie sobie, co mogłoby się stać, gdyby rosyjskie wojska okazały się skutecznym instrumentem walki?
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 21:19
                                                    odyn06 napisał:


                                                    > No i dobrze. Niech tak zostanie. Wcale mnie to wszystko nie martwi. Wyobrażacie
                                                    > sobie, co mogłoby się stać, gdyby rosyjskie wojska okazały się skutecznym inst
                                                    > rumentem walki?


                                                    Amen.
                                                  • hellcat_v8_hemi Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.05.22, 23:31
                                                    No dobrze, fajnie jest się pośmiać, bo ktoś wiezie na czołgu ukradziony kibel, a jakiś rosyjski oficer sprzedał na lewo cały hangar opon, ale fakty są następujące, Ukraina nie ma dostępu do Morza Azowskiego, a z utratą Chersonia nie kontroluje też ujścia Dniepru. Dla Rosjan być może jest to plan minimum, który już osiągnęli, kto wie. Jakie są realne szanse, na odbicie tych terenów, czego będą potrzebowali Ukraińcy, by tego dokonać?
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 20:58
                                                    odyn06 napisał:


                                                    > A nawet bywa jeszcze ciekawiej. W 2021 r. wybuchła afera w Jurdze pod Nowosybir
                                                    > skiem. Okazało się bowiem, że miejscowi żołnierze ze 120. Stalingradzkiej Bryga
                                                    > dy Artylerii Gwardii uczestniczyli z bronią wraz z lokalnymi rzezimieszkami w z
                                                    > bieraniu haraczy od lokalnych przedsiębiorców. Taka to gwardia – kiziory mafii
                                                    > południowo-syberyjskiej, przy czym część z jej bossów to wojskowi dowódcy. Ten
                                                    > sam proceder stwierdzono też w stacjonującej tu 74. Zwienigorodzko-Berlińskiej
                                                    > Brygadzie Zmechanizowanej Gwardii. Tymczasem w Ukrainie trzeba walczyć, a tego
                                                    > żołnierzy nikt nie nauczył, nie było kiedy. I sławetna 41. Armia dobra, jak wid
                                                    > ać, w wymuszeniach i rabunkach w swoich syberyjskich garnizonach wysłana na Kij
                                                    > ów nie była w stanie przebić się dalej niż kawałek za Czernihów, którego zreszt
                                                    > ą też nie zdobyła, lecz obeszła. A obecnie sławetna 74. Jurgańsko-Mafijna Bryga
                                                    > da Gwardyjskich Cyngli bezskutecznie szturmuje Liman. I nie myślcie, że Syberia
                                                    > to jakiś odosobniony przypadek. Na Dalekim Wschodzie też ludzie odetchnęli z u
                                                    > lgą, gdy wojska 35. Armii przeniosły się rozrabiać do Ukrainy, dając spokój mie
                                                    > jscowej ludności. A co potrafią, pokazali w Irpieniu, Buczy i pod Makarowem…

                                                    Dla takiego "żołnierza" zostanie zbrodniarzem wojennym to jak nobilitacja...
                                                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.05.22, 15:02
                                                  Dzisiaj Fiszer się pospieszył i napisał kilka rzeczy, o których i my pisaliśmy na forum:


                                                  Dziś Putin nie miał czego świętować. Walki o Donbas trwają, przełomu nie ma. Oby tylko ukraińskie wojska wytrzymały, bo uporczywy nacisk orków może w końcu doprowadzić do sytuacji, w której wymęczą jakieś zwycięstwo. Tymczasem sprzęt, którym walczą, to żadna wunderwaffe.

                                                  Nie mogę się nadziwić, z jakim uporem Rosjanie atakują w Donbasie, w końcu – jak powiedział dziś rano sam Władimir Putin – walczą tam o przetrwanie ojczyzny. Mocne słowa, porażające. W ogóle rosyjski prezydent jakoś spuścił z tonu, spodziewano się butnego bałwochwalstwa, a tu tymczasem nastroje jak w grudniu 1941 r.: obywatele (tak, skończyło się wówczas towarzyszowanie!), kraj jest wielki, ale cofać się nie ma gdzie, za plecami Moskwa!

                                                  Mimo to ataki na ukraińskie pozycje nie ustają. W kierunku na Słowiańsk Rosjanie puścili teraz przodem 27. Sewastopolską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii im. 60-lecia ZSRR. Do tej pory jednostka ta niewiele ucierpiała, a sprzęt ma najnowszy, jaki w Rosji jest. W batalionie czołgów mają T-90, a w batalionach zmechanizowanych – gąsienicowe wozy bojowe BMP-3 i kołowe transportery BTR-82A. W dywizjonie artylerii – samobieżne haubice 2S19 Msta, w drugim zaś nie stare Grady, a zmodernizowane 9K515 Tornado-S. Jak na razie jednak, także i sewastopolska brygada orków poza Paszkowe wyjść nie może. Ale wciąż wali głową w mur, spokoju tam nie ma, po obu stronach giną pozostający w śmiertelnym zwarciu żołnierze.

                                                  Najciekawiej sytuacja rozwijała się nieco dalej na wschód, pod Limanem i Jampiłem, gdzie Rosjanie usiłowali sforsować Doniec. Znaleźli miejsce nieco bardziej na wschód, na północ od Siwierska, gdzie uchwycili przyczółek na południowym brzegu rzeki, przeprawili jakieś siły i usiłowali zbudować most pontonowy. Wojska ukraińskie zorganizowały jednak pułapkę – artyleria zniszczyła most, a ukraiński kontratak – siły, które zostały odizolowane na południowym brzegu. Zapewne część Rosjan uciekła z powrotem na północny brzeg Dońca, w końcu jest maj i dość ciepło, pływać można, jak się wyrzuci karabin…

                                                  Gorsza sytuacja jest pod Popasną, tu bowiem Rosjanie zdołali wypchnąć ukraińskie wojska z miasta i teraz wyjdą na otwartą przestrzeń. Ukraińska artyleria zapewne zada im spore straty, ale kto by się tam przejmował jakimiś zabitymi orkami z głębokiej prowincji, chyba robi to większe wrażenie na reszcie świata niż na samych Rosjanach. Poza najbliższymi rodzinami nikt po nich nie płacze, a pozostali przy życiu rosyjscy żołnierze często nawet nie zbierają ich ciał, by je pochować. Smród im nie przeszkadza, na swoich zapadłych wiochach na Władykaukazie, na Syberii czy Dalekim Wschodzie zdążyli się do tego przyzwyczaić. Teraz wiadomo, po co Rosjanie wysyłają za swoimi wojskami mobilne krematoria – z przyczyn higienicznych.
                                                  Ostrzał ukraińskiego wybrzeża

                                                  Rosjanie rozpoczęli wojnę na wyniszczenie. Już w tej chwili nie walczą o podbój Ukrainy, walczą o jej unicestwienie, zdemolowanie ukraińskiej gospodarki, przemysłu, rolnictwa, infrastruktury… Jak Ukraina nie będzie z Rosją, to ma jej nie być wcale.

                                                  Wybrzeże kraju odgrywa tu istotną rolę. Odessa to ważny port, przez który ukraińskie płody rolne i inne towary wypływają w świat. Mimo wszystko rosyjska marynarka wojenna ma przytłaczającą przewagę nad niemal nieistniejącą marynarką ukraińską, co pozwala na skuteczne blokowanie wybrzeża.

                                                  Ale statki zmierzające do Odessy mogą płynąć pod rumuńskim wybrzeżem, przechodząc między Wyspą Węży a deltą Dunaju, by przy ukraińskim brzegu wejść do portu. Można te statki atakować już przy Ukrainie rakietami przeciwokrętowymi z daleka, ale konieczne jest efektywne monitorowanie ich ruchu i właśnie do tego służy posterunek na Wyspie Węży. Dlatego z takim uporem Rosjanie tu walczą. Wczoraj usiłowali wysadzić na wyspie nową ekipę, przerzuconą śmigłowcem Mi-8MT. Ale kiedy śmigłowiec podszedł do lądowania, zniszczył go ukraiński bayraktar. Ciekawe, co teraz wyślą, skoro szybkie kutry desantowe typu Sierna zostały przez nich potracone.

                                                  Dzisiaj na Morzu Czarnym pojawiło się zgrupowanie ośmiu rosyjskich okrętów, w tym dwóch podwodnych. Przypuszczalnie wybrały się, by ostrzelać rakietami Kalibr Odessę i Mikołajów i zredukować ich możliwości przeładunkowe, a może przy okazji odtworzyć posterunek na Wyspie Węży. Miejmy nadzieję, że znów stracą jakiś okręt, bo jak się okazuje, „Admirał Makarow” jednak nie zatonął i jego uszkodzenia przypuszczalnie są niewielkie. Muszę przyznać, że odczuwam pewien niedosyt, miałem bowiem nadzieję na kontynuację chlubnych tradycji patrona fregaty, urodzonego w Mikołajowie Ukraińca Stiepana Makarowa, który dowodząc flotą carskiej Rosji, zginął 13 kwietnia 1904 r. pod Port Artur, golgotą rosyjskiej marynarki wojennej.

                                                  Dosłownie w momencie, kiedy piszę te słowa, pojawiły się doniesienia, że pierwsze cztery rakiety spadły na Odessę, nie ujawniono gdzie, by nie ułatwiać sprawy Rosjanom. Jak widać, zmasowany atak to nie był, ale zapewne to niestety nie koniec.


                                                  Najbardziej zadziwiające jest to, że przytłaczająca większość rosyjskiego sprzętu pochodzi z epoki ZSRR. W skali świata nie ma w tym może nic dziwnego, wszak słynny amerykański czołg M1 Abrams też powstał w czasach istnienia ZSRR, ale od razu stanowił duże osiągnięcie w dziedzinie konstrukcji czołgów, a ponadto przez cały ten czas był modernizowany i odbudowywany. Bo czołg jak kot, ma dziewięć żyć. Kiedy wypracuje swój resurs, trafia do remontu, ale to remont niezwykły. Wyciąga się z niego wszystko, co się da wyjąć, i większość jego bebechów po prostu się utylizuje. Pusty kadłub i wieża jest piaskowana i od nowa zabezpieczana odpowiednimi chemikaliami, a następnie w te skorupy wkłada się mechanizmy i urządzenia zupełnie nowe, a co najmniej zregenerowane. W rezultacie dostajemy całkiem nowy czołg, często w ogóle nieprzypominający tego, jakim był przed remontem. To tak, jakby ze skorupy wyjąć starego żółwia i włożyć do niej młodego, silnego.

                                                  I wszystko byłoby w porządku, gdyby Rosjanie ze swoim parkiem czołgowym robili dokładnie to samo. Tymczasem obok takich właśnie kompletnie zregenerowanych i zmodernizowanych T-72B3M i T-80BWM mają setki staroci. Np. T-80BWM posiadają tylko 140, a 310 innych służy w linii w postaci z lat 80. i 90.: T-80B i T-80BW. 3 tys. kolejnych starszych modeli mają w rezerwie, też niezmodernizowanych. Amerykanie natomiast posiadają 1605 M1A2 Abrams SEPv2 i tylko 750 starszych M1A1 SA Abrams (czyli M1A1 doprowadzone do standardu M1A2), głównie w Gwardii Narodowej. Dodatkowo jest też 390 M1A2 Abrams SEPv3, w odmianie wprowadzonej do uzbrojenia w 2020 r., starsze wozy są do tej postaci systematycznie modernizowane. Ponad 3 tys. M1A1 i najstarszych M1A2 zmagazynowano, by je w razie potrzeby poddać owej żółwiowej regeneracji, zapewne takie właśnie czołgi dostanie Polska.


                                                  A u Rosjan jest trochę wozów najnowszej generacji, ale przytłaczająca większość to niezmodernizowany złom z czasów ZSRR. O czołgach już pisałem i o ich specjalnym automacie ładowania, który powoduje, że amunicja zamiast w odseparowanym pancerną ścianą magazynie (jak na Abramsie) jest wprost pod nogami czołgistów. Trafienie rosyjskiego czołgu dowolnego typu w bok lub z góry, gdzie jego opancerzenie jest zdecydowanie słabsze niż od czoła, zwykle powoduje zapalenie się amunicji i jej efektowny wybuch, odrzucający wieżę wraz z jej załogą na dużą odległość. Ukraińscy żołnierze robią zakłady – spadnie „na grzyba” czy „na patelnię”? Na grzyba to wtedy, kiedy leży normalnie, wraz z działem wygląda wtedy jak przydepnięty kapelusz grzyba ze złamaną nóżką. A jak leży do góry nogami, to wygląda jak mocno przypalona patelnia.

                                                  Najgorsze są jednak kołowe transportery BTR-80. Te zmodernizowane do postaci BTR-82A są przynajmniej silniej uzbrojone, w działko kal. 30 mm i wyrzutnie rakiet przeciwpancernych. Ale w najpopularniejszej, bazowej postaci BTR-80 mają tylko najcięższy karabin maszynowy kal. 14,5 mm, z którego nie da się zniszczyć wrogiego bojowego
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.05.22, 17:07
                                                    To odpowiada na zadane przeze kogoś wczoraj pytanie, po co orkom Wyspa Węzy
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.05.22, 22:39
                                                    To własnie świadczy o słabym rozpoznaniu u nich, skor muszą polegać na posterunku naziemnym.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 08:50
                                                    To jest cecha armii ilościowych.
                                                    Najpierw pospiesznie produkują długie serie uzbrojenia o nie najwyższych parametrach i chwalą się tym na defiladach, ku uciesze radzieckiej/rosyjskiej ogłupiałej przez TV ze szczęścia gawiedzi. Potem pospiesznie wprowadzają to do linii i tu zaczyna się problem.
                                                    Jest to sprzęt, który zaczyna się szybko starzeć, a jeszcze szybciej psuć. Jeżeli obsługuje go prymityw z Jakucji, to wiadomo, że popsuje się szybciej.
                                                    Do tego dochodzi brak pieniędzy na modernizację i kółko się zamyka.
                                                    Dzięki temu na ZN armia rosyjska ma kilkadziesiąt tysięcy sztuk sprzętu pancernego i artyleryjskiego, który w stoi w krzakach i na żadną wojnę nie pojedzie, bo zardzewiał i się bez modernizacji się zestarzał.
                                                    W tym czasie na defiladach pokazano Armatę i T-90M i gawiedź znowu dostała masowego orgazmu.
                                                    Przychodzi jednak dzień prawdy i okazuje się że nie ma czym walczyć, czyli pizdiec damy i gospada.
                                                    I tak kończą armie ilościowe.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.05.22, 18:04
                                                    Głównie Fiszer dla „sprzętowców”
                                                    Marne to było świętowanie zwycięstwa 9 maja. Smutny Putin paplał coś o konieczności obrony ojczyzny przed bliżej nieokreślonymi faszystami („Ukraina” mu przez gardło nie przeszła), a tymczasem niesamowity rosyjski arsenał to w sporej części mało użyteczny złom. Jak do tego doszło?
                                                    Trzeba mieć na uwadze, że uparci do bólu Rosjanie będą walić głową w mur, aż popęka, i wcale ich nie przeraża, że się przy tym potłuką. W sumie to samo robili w czasie wojny zimowej – pół roku leźli w fińskie zasadzki i wykrwawiali się na umocnieniach, ale w końcu przesunęli granicę na północ od ówczesnego Leningradu. Wymęczyli, nie liczyli się ze stratami, utrudzili, przemogli. Tak też przebiega potężna ofensywa w Donbasie; posuwają się to tu, to tam, o kilometr, czasem o dwa, a tam, gdzie utknęli na dobre, niezmordowanie tłucze artyleria, ponawiając bezowocne ataki, wyczerpując głównie siebie, ale obrońców niestety też.

                                                    Pozostaje nadzieja, że Ukraińcy wytrzymają ten nieustanny nacisk, pojawią się nowe jednostki z zachodnim uzbrojeniem i zaczną spychać Rosjan poza swoje terytorium. Czekam na to z niecierpliwością i pewnym niepokojem, bo to mimo wszystko ciężkie zmagania. Dziś jest to starcie siły woli, wytrzymałości i żołnierskiego charakteru.

                                                    Czytaj też: Rosyjska niemoc. Trumny na kołach i nieszyfrowane rozmowy

                                                    Rosjanie jacyś mało mobilni

                                                    W Donbasie Rosjanie chwilowo nie są w stanie posunąć się ani krok naprzód. Utknęli, ugrzęźli, wytracili siły. Tak to jest, gdy zamiast „czystego” przełamania, wyjścia w przestrzeń operacyjną i głębokiego włamania na dalekie zaplecze przeciwnika, jak słynny rajd Pattona do Paryża w sierpniu 1944, wojska wgryzają się na 1–2 km dziennie. A przecież broniący się wyryją tu dziesiątki kilometrów transzei, postawią pola minowe, ziemianki, umocnione pozycje ogniowe... I pozwolą atakującym szturmować ten doskonale przygotowany teren, zawalając przedpole sterami trupów, mnóstwem płonących czołgów i transporterów. Jeśli czystego przełamania nie ma, trzeba błyskawicznie przerzucić wojska na inny kierunek i wykonać zaskakujące uderzenie tam, gdzie nie ma obrony.

                                                    Problem w tym, że Rosjanie są jacyś mało mobilni. Szybki przerzut sił nie za im bardzo wychodzi – nie dlatego, że ich pojazdy są powolne. „Bronia kriepka i tanki naszi bystry. I naszi ludi mużestwa połny. W stroju stojat ruskije tankisty – swojej wielikoj rodiny syny” – stoi w marszu czołgistów. Czyli: „Pancerz silny i czołgi nasze szybkie. I nasi ludzie odważni. W służbie stają rosyjscy czołgiści – swojej wielkiej ojczyzny synowie”. Skoro czołgi szybkie, to i przemieszczać się powinny szybko. Ale nie wychodzi – zapewne z powodu bałaganu organizacyjnego i nie do końca sprawnej logistyki, mimo że ostatnio się poprawiła.

                                                    Ostatnio główny wysiłek uderzenia od północy Rosjanie przenieśli spod Iziumu pod Liman, czyli nieco dalej na wschód. Działa tu 90. Witebsko-Nowogrodzka Dywizja Pancerna Gwardii włączona w skład 41. armii. Dwa razy usiłowała przeprawić się przez Doniec. O pierwszym razie pisałem wczoraj, a dziś okazało się, że podjęto nową próbę, tym razem jeszcze dalej na wschód od Limana, pod Biłohoriwką. I wszystko rozegrało się według tego samego scenariusza – Rosjanie uchwycili przyczółek, ustawili most pontonowy i zaczęli przeprawiać siły. Ukraińska artyleria zniszczyła most, a kontratak zniszczył pododdziały izolowane na południowym brzegu Dońca. Rzek też jakoś Rosjanie nie umieją forsować.

                                                    Ukraińcy kontratakują też pod Charkowem, natarcie na zachód od Dońca dotarło na 10–15 km od rosyjskiej granicy. Wczoraj wyzwolono osiem wsi i miasteczek, w tym Bajrak i Rubiżne (nie to Rubiżne, o które toczą się ciężkie walki pod Siewierodonieckiem).
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.05.22, 18:07
                                                    Cd z Fiszera
                                                    Parada przegranych w Moskwie

                                                    Obejrzałem paradę zwycięstwa w Moskwie 9 maja i nadziwić się nie mogę. Nie pokazano nic, czego byśmy już nie znali. Ale najbardziej uderzająca była słaba reprezentacja artylerii. Przez plac Czerwony przejechało standardowe działo samobieżne 2S19 Msta-S. Weszło do uzbrojenia w 1988 r. Większość tych pojazdów nie była modernizowana, wszystkie wcześniej dostarczone wozy są w pierwotnej postaci. Działo ma donośność 24,5 km i strzela pociskami niekierowanymi, z wyjątkiem nielicznych pocisków Krasnopol, które można naprowadzać na cel podświetleniem laserowym. W pobliżu musi być jednak obserwator z podświetlaczem. Dla odmiany Ukraina odebrała właśnie wraz z działami holowanymi M777 nowoczesne pociski Excalibur o donośności do 40 km, kierowane GPS. Wystarczy ustawić na pocisku współrzędne, a po wystrzeleniu Excalibur trafia w ten punkt z dokładnością do 4 m. Przy 22 kg materiału RDX silniejszego od trotylu te 4 m robią niewielką różnicę.

                                                    I tak po placu Czerwonym jadą prawie 35-letnie działa samobieżne, demonstrując siłę, a tymczasem część jednostek używa jeszcze starszych haubic 2S3 Akacja (w uzbrojeniu od 1971 r.). Łezka w oku się kręci, te działa mają już ponad pół wieku… Wspomniana 90. dywizja ma takie w swoim 400. Transsylwańskim Pułku Artylerii. Przez blisko 35 lat Rosjanie mimo redukcji wojska nie zdołali wymienić wszystkich haubic na 2S19 Msta-S? Cóż, historia dała im za mało czasu... To tym dziwniejsze, że już w 2015 r. pokazano na defiladzie nowe działo 2S35 Koalicja-SW o donośności 40 km. Tyle że skończyło się na 12 sztukach, cały program się ślimaczy...

                                                    To nie wszystko. W zwalczaniu artylerii przeciwnika współpracuje radar artyleryjski 1L219 Zoopark 1. Wykrywa wrogie pozycje, śledząc pociski i automatycznie podaje dane do dział 2S19 Msta. Tu jednak dochodzi do zacięcia. Systemy wymiany danych na Zooparku i Msta nie są kompatybilne. W wozie dowodzenia musi siedzieć żołnierz, który odczytuje dane z ekranu i podaje je przez radio do obsług dział, które wprowadzają je ręcznie. Jaką łapówę trzeba wziąć, by wyposażyć poddziały artylerii w radary kierowania ogniem niezdolne podać danych do haubic z powodu różnych systemów?

                                                    Czytaj też: Dzieci jako żywe tarcze na Ukrainie. Horror i wstyd

                                                    Rosja na starym sprzęcie

                                                    Skąd ta niemoc, dlaczego przemysł Rosji nie potrafi dostarczyć wojskom nowoczesnego uzbrojenia? W Związku Sowieckim było całkiem inaczej. Pamiętam swojego Su-22, w latach 80. naprawdę cudo. System kierowania ogniem opierał się na cyfrowym komputerze balistycznym z dalmierzem laserowym i miał mnóstwo różnych zakresów pracy. Wszystko działało znakomicie, bomby na różne sposoby można było zrzucać z zadziwiającą dokładnością, bo za każdym razem na celowniku wyświetlał się krzyż wskazujący miejsce ich upadku dla danej prędkości, wysokości, kąta nurkowania, wiatru, balistyki bomby… To była cyfrowa technika z przełomu lat 70.i 80., a hulała jak złoto.

                                                    I właśnie w latach 80. pojawiło się ostatnie pokolenie całkiem przyzwoitego rosyjskiego uzbrojenia, samoloty Su-27 i MiG-29, wyrzutnie rakiet SM-30 Smercz wcale nie gorsze od amerykańskich M227 MLRS, system przeciwlotniczy S-300PMU Faworit, przenośne rakiety Igła i wiele innych.

                                                    A potem nastąpiła stagnacja. Przez kolejne lata nie powstało nic nowego, a jeśli powstało, to do niczego się nie nadawało. Jak słynne czołgi T-14 Armata, pokazywane na paradach, a których wciąż nie da się produkować seryjnie, bo są wadliwe. Raz się taki zaciął na placu Czerwonym na amen. Rozleciała się skrzynia biegów i nawet na lawetę nie można było go wciągnąć, bo toczyć „na luzie” też się nie chciał... Podobnie jest z bojowym wozem piechoty Kurganiec 25 na tym samym podwoziu. Od 2015 r. przechodzi próby państwowe i od siedmiu lat przejść nie może. To samo dotyczy kołowego transportera BMP K-17 Bumerang, odmiany Rosomaka. Też nie chce działać tak, jak powinien…

                                                    Czytaj też: To są ci najlepsi rosyjscy dowódcy?

                                                    Jak mieliły stalinowskie młyny

                                                    Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale wydaje się, że sama natura rosyjskiego państwa wywołuje tę niemoc. W sumie najlepszą metodę znalazł Stalin, który co pewien czas odstrzeliwał swoje tłuste koty, które zanadto obrosły w piórka. Konstruktorzy albo zbudowali dobre uzbrojenie, albo trafiali do gułagów, motywacja była... Ofiarą czystek padli konstruktorzy artyleryjscy Jakow Taubin i Leonid Kurczewski czy konstruktor czołgów Afansij Firsow. Ledwo uszedł z życiem Fiedor Tokariew (konstruktor słynnego pistoletu TT) i Siergiej Korolow, późniejszy twórca rakiet kosmicznych. Rozstrzelano pierwszych konstruktorów słynnej Katiuszy Iwana Klejmionowa i Georgija Łangemaka. Kto dzisiaj zna tych, których przemieliły stalinowskie młyny? Nawet sam Andriej Tupolew pracował w słynnym „szaraszku”, więziennym biurze konstrukcyjnym, spędzając noce w celi, a dnie w kreślarni, pod czujnym okiem Ławrientija Berii. Były komisarz przemysłu lotniczego Aleksiej Szachurin spędził w gułagu siedem lat (1946–53).

                                                    Dopóki działała stalinowska maszynka do mielenia mięsa, wszystko się jakoś kręciło, większych przekrętów nie było, a jak były, to winni kończyli w piwnicach Łubianki.

                                                    Później, w latach ZSRR, już nie rozstrzeliwano, ale konstruktorzy i dyrekcje dużych zakładów cieszyli się specjalnymi przywilejami, mieli dacze, zapewnione wakacje nad Morzem Czarnym… Zawsze w tyle głowy była myśl, że lepiej jeść biały chleb nad Morzem Czarnym niż odwrotnie. Wielu nadal lądowało w koloniach karnych, a za mniejsze wpadki groziło wyrzucenie z Moskwy do Workuty czy Czity. Pod czujnym okiem KGB system działał nadal. Między biurami konstrukcyjnymi funkcjonowały mechanizmy konkurencji typowe dla dzikiego kapitalizmu.

                                                    Czytaj też: Po co Rosji wojska desantowe? Elitarne tylko z nazwy

                                                    I zabrakło defilady lotniczej

                                                    W latach 80. powstawały pewne grupy interesów. To wtedy korupcja dotknęła samego KGB. Gdy wciągnięto ludzi w kręcenie lodów w ramach systemu, a wszechmocny konstruktor generalny mógł załatwić bardzo dużo, w tym przydział importowanego samochodu albo jeszcze inne cuda – kończyła się kontrola. Zaczęły się tworzyć majątki, jakby żadnego komunizmu nie było. Kiedyś konstruktorzy ze Świdnika opowiadali, jak mocno podchmielony konstruktor śmigłowców OKB Mila Marat Tiszczenko wiózł polskich kolegów na swoją daczę w latach 70. Zapomniał przepustki do „zony” dla „garbatych” i żołnierz nie chciał go wpuścić. Wówczas, niby przypadkowo, na podłogę limuzyny wypadła mu złota gwiazda Bohatera Pracy Socjalistycznej, taki cywilny odpowiednik Bohatera ZSRR. Żołnierz zdębiał, wystraszył się, wyprężył jak struna, przepraszał, no i oczywiście wpuścił bez przepustki. Dobrze wiedział, że tacy ludzie mają wielką władzę, to nie byle kto.

                                                    W latach 90. te grupy interesów przekształciły się w zwykłe, regularne mafie. Wciągnęły do swej przestępczej działalności nie tylko kompleks wojskowo-przemysłowy, ale też organa kontrolujące, jak KGB. Ręka rękę myła. Nie pomogło przekształcenie KGB w FSB i czystki, interes zakorzenił się za głęboko. Wojsku wciska się bezwartościowy sprzęt, kasuje się pieniądze za niewykonane naprawy, defrauduje się środki na modernizacje, na produkcje… Dlatego na placu Czerwonym pokazano coś niesamowitego. Wyjechały wyrzutnie 9K51M Tornado-G, nieznacznie tylko zmodernizowana wersja BM-21 Grad (wciąż używanych w Ukrainie!), które weszły do uzbrojenia w 1963 r. Prawie 60 lat temu!

                                                    Ludzie pytają, dlaczego nie było defilady lotniczej i nie pokazano słynnego Ił-80 – samolotu sądnego dnia, powietrznego stanowiska dowodzenia Putina. Przypomnijmy, że kiedy maszyna przechodziła remont w Tangarogu w grudniu 2020 r., nieznani sprawcy rąbnęli cenne elementy wyposażenia. Wyobrażacie to sobie? Okraść TAKI samolot? Może paradę powietrzną odwołano, bo ktoś znowu coś zajumał?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 19:01
                                                    Za Fiszerem z Polityki: Ukraińcy też popełniali błędy i ktoś bardzo znający się na rzeczy im teraz dobrze doradza.

                                                    Kolejny dzień heroicznego oporu ukraińskich wojsk i niezłomnej walki nie tylko o Ukrainę, ale też o cywilizowany świat Europy. Wszyscy trzymamy kciuki za powodzenie ukraińskich działań, choć i te, zwłaszcza na początku konfliktu, nie ustrzegły się pewnych błędów.

                                                    Na frontach bez większych zmian. Nie powiodły się próby forsowania Dońca pod Siewierskiem, czyli na wschód od Limania, więc Rosjanie znów podjęli działania na innym kierunku. Warto zwrócić uwagę, że pod Siewierskiem próby forsowania Dońca udaremniły dwie ukraińskie brygady: 79. i 95. Brygada Desantowo-Szturmowa. To nazwy dziś już raczej historyczne, bowiem formacje te wywodzą się od wojsk powietrzno-desantowych i nadal utrzymują zdolność do desantowania ze śmigłowców, oczywiście wówczas bez ciężkiego sprzętu, jako lekka piechota. Obecnie jednak walczą w takim składzie, jakby były zwykłymi brygadami zmechanizowanymi: mają po trzy bataliony piechoty zmechanizowanej na kołowych transporterach BTR-80 (pozostałych po ZSRR, ale modernizowanych w Ukrainie), kompanię czołgów (w 95. Brygadzie są jedne z najnowszych czołgów, jakie ma Ukraina – T-80BW) i dwa dywizjony artylerii z działami kal. 122 mm, jeden na holowanych D-30, a drugi na samobieżnych 2S1 Goździk. 79. Brygada ma dodatkowo dywizjon rakietowy na BM-21 Grad. Są to zatem dość silne jednostki z dobrym „pancerzem” i niech nikogo nie zmyli nazwa „powietrzno-desantowe” sugerująca lekko uzbrojoną piechotę spadochronową czy śmigłowcową.

                                                    Wydaje się też, że doniesienia o rzekomym osłabieniu morale w 79. Brygadzie, o jakim donoszono jakiś czas temu, były co najmniej przesadzone. W obecnej bitwie 79. Brygada z Mikołajowa okryła się niewątpliwą chwałą i działała bardzo skutecznie.
                                                    Rosjanie znów się wgryzają, Ukraińcy odpychają

                                                    Rosjanie znów przerzucili główny wysiłek na natarcie na zachód od Izium, uderzyli na wieś Wielika Komusziwacha i ruszyli w stronę kolejnej wsi Hruszuwacha. Co tu mają na myśli, trudno powiedzieć, bo zamiast uderzać na południe, na Słowiańsk, oni idą dokładnie na zachód. Droga, którą się posuwają, prowadzi do Krasnohradu, w połowie odległości między Charkowem a Dnipro (miasto Dniepr). Spodziewałem się raczej, że po wyjściu z Wielikiej Komusziwahy skręcą na południe, na Barwinkowe, czyli na drogę prowadzącą do Słowiańska od północnego zachodu. A może po prostu zamierzają poszerzyć korytarz swojego natarcia, by zabezpieczyć przyszłe szlaki zaopatrzenia. Tak czy owak, znów jest to wgryzienie w ukraińskie ugrupowanie na 1–2 km, co dobrze rokuje – jest szansa, że siły rosyjskie za chwilę znowu ugrzęzną. A ich straty oczywiście rosną.

                                                    Przypuszczalnie Rosjanie wpuścili tu do natarcia 76. Czernihowską Dywizję Powietrzno-Szturmową Gwardii (też de facto zmechanizowaną) wspartą przez 5. Tacyńską Brygadę Pancerną Gwardii. Broni się tu ukraińska 25. Syczesławska Brygada Powietrzno-Desantowa, która zachowała swój powietrzno-desantowy charakter – trzy bataliony piechoty na desantowych wozach opancerzonych BMD-1, dywizjon moździerzy samobieżnych 2S9 Nona, dywizjon haubic D-30 kal. 122 mm, dywizjon rakietowy na BM-21 Grad, brak kompanii czołgów. Wspiera ją też 81. Brygada Aeromobilna, która ma tylko trzy bataliony lekkiej piechoty na pojazdach nieopancerzonych i dywizjon moździerzy. Mimo to ukraińscy desantowcy z niewielką tylko ilością broni ciężkiej skutecznie opierają się rosyjskim czołgom.

                                                    W rejonie Rubiżne, Sewierodoniecka, Popasnej i Doniecka – bez zmian. Kolejne ataki rosyjskie odbijają się od ukraińskiego muru i Rosjanie drepczą w miejscu. Nie zmienia się też sytuacja na froncie pod Zaporożem i pod Chersoniem, mimo że walki nadal się tam toczą.

                                                    Zadziwiają natomiast ukraińskie wojska pod Charkowem, gdzie walcząca tu 92. Brygada Zmechanizowana im. koszowego atamana Iwana Sirka i brygada obrony terytorialnej znów posunęły się na północ, podchodząc na mniej niż 10 km do rosyjskiej granicy. Jeszcze chwila, a ugrupowanie 6. Armii pod Charkowem zostanie oddzielone od reszty wojsk na wschodzie kraju. Może w końcu uda się mozolnie wypchnąć całą rosyjską 6. Armię na jej stronę granicy.

                                                    .
                                                    2
                                                    Ukraina nie ustrzegła się błędów

                                                    Najbardziej było to widoczne w początkowym okresie działań. W ciągu zaledwie dwóch dni Rosjanie wbili kliny pancerne pod sam Kijów, zatrzymali się dopiero w Irpieniu po zachodniej stronie i w Browarach po wschodniej stronie. Było to najszybsze tempo natarcia, jakie uzyskały rosyjskie wojska w Ukrainie – 50 km dziennie. Porównajmy to z wgryzaniem się po 2 km w ukraińską obronę w Donbasie, a przekonamy się, że jeśli nie ma odpowiednio silnej i dobrze zorganizowanej obrony, to Rosjanie mogą niestety wjechać głęboko.

                                                    Był taki pomysł, wspierany przez zachodnich specjalistów, by wpuścić rosyjskie kliny dość głęboko, w wąskim pasie i potem je odciąć, a izolowane zgrupowanie na czele zlikwidować. Problem polegał jednak na tym, że Rosjanie wpuścili takie siły, że zapełnili cały długi klin masą wojsk i pojazdów pancernych. Tyły zostały na Białorusi i w Rosji. Nie bardzo było gdzie ich odciąć, bo na przykład od Irpienia aż po granicę z Białorusią była brygada za brygadą czy dywizją, całą długą drogę orki zastawili wojskiem, czołgami, bojowymi wozami piechoty i artylerią. Oczywiście zaraz pojawił się duży problem, by to wszystko zaopatrzyć, ale ukraińska próba odcięcia ich spełzła na niczym. Kontratak od zachodu dotarł pod samo Iwankowo, ukraińskie wojska były 800 m od drogi, którą Rosjanie zaopatrywali swoje wojska, zadając konwojom logistycznym ciężkie straty, ale tej drogi Ukraińcy przeciąć nigdy nie zdołali.

                                                    Wyciągnęli z tego wniosek, że w ich sytuacji działania manewrowe w stylu Mansteina, z wpuszczaniem wroga w pułapkę, by go niespodziewanie odciąć, izolować i zlikwidować, są zbyt ryzykowne. Niestety, odreagowali w drugą stronę – filozofią ani kroku wstecz, co też nie jest dobrym rozwiązaniem.

                                                    Najgorzej jednak poszło Ukraińcom na południu. Oczywiście rozumiem, że skoncentrowali się na obronie stolicy, bo upadek Kijowa byłby dla nich stratą nie do naprawienia. To całkiem zrozumiałe. Ale jakim cudem rosyjskie wojska zdołały wyjść z Krymu? Przecież tam jest wąski przesmyk Pierekop i drugi wąski przesmyk – Dżankoj. Między nimi są muliste, kolorowe jeziora (kolorowe od różnych minerałów). Rosjan zablokować tam można było dość łatwo, ale należało wcześniej przygotować umocnione pozycje obronne. Trochę to Ukraińcy zaniedbali. A ja na ich miejscu, mając tlący się konflikt z Rosją od 2014 r., zbudowałbym tam stałe umocnienia, bo z Krymu obejść ich nie sposób w taki sprytny sposób, jak Niemcy obeszli Linię Maginota przez Ardeny. Byłoby to solidne oparcie obronne. Artyleria powinna mieć zarejestrowane na Pierekopie cele, tak by w razie czego błyskawicznie otworzyć ogień i zmasakrować rosyjskie wojska tłoczące się na wąskim przesmyku. A gdyby wyleźli jednak na terytorium lądowe, to odrzucić ich kontratakami. Do tego Ukraińcy nie potrzebowaliby wielu sił, ale gdy już 49. i 58. Armię oraz 22. Korpus wpuścili, Rosjanie rozlali się w pancerno-zmechanizowanej masie od Dniepru po Melitopol i było już ciut za późno.

                                                    Ale nawet wtedy trzeba było zorganizować silną obronę na linii Melitopol–Dniprorudne, w najwęższym miejscu między Morzem Azowskim a Dnieprem. Tymczasem walki o Melitopol trwały od 25 lutego do 2 marca, a już wcześniej Rosjanie obeszli Melitopol od południa, ruszając na Berdiańsk, który bronił się jeszcze krócej, do 1 marca. Melitopol Rosjanie obeszli też od północy, nacierając na Tokmak, który został zdobyty 3 marca przez 205. Kozacką Brygadę Zmechanizowaną z 49. Armii. Zostali zatrzymani dopiero na południe od Zaporoża, ale zdążyli połączyć się z 8. Armią Gwardii pod Mariupolem, który został okrążony i odcięty. Dopiero tu ukraińska obrona okrzepła i stała się nie do przebicia, ale nieszczęsny Mariupol znalazł się w odległości ponad 100 km od najbliższych ukraińskich pozycji.


                                                    Dlaczego nie wysadzono mostów?

                                                    Kolejn
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 19:19
                                                    Dlaczego nie wysadzono mostów?

                                                    Kolejnym błędem było dopuszczenie do przekroczenia przez Rosjan Dniepru pod Chersoniem. Kiedy 49. Armia z Krymu ruszyła na wschód, by połączyć się z idącą od Doniecka 8. Armią Gwardii, 58. Armia rozpoczęła natarcie na północ. Wielkim błędem było pozwolenie Rosjanom na zdobycie obu mostów pod Chersoniem. Dlaczego nie wysadzono ich w powietrze? Pewnym wyjaśnieniem może być zdrada gen. mjr. Siergieja Kriworuczko, szefa SBU (służby bezpieczeństwa) obwodu chersońskiego. Kriworuczko przeszedł na rosyjską stronę, a prezydent Zełenski zdegradował go do szeregowca i wydalił ze służby, gdyby wpadł w ręce ukraińskie, czeka go sąd z mocnym zarzutem o zdradę państwa. Przez wspomniane mosty przechwycone już 25 lutego przeszły wojska rosyjskie i zajęły Chersoń, walki trwały tu tylko do 2 marca. Równocześnie 25 lutego Rosjanie zdobyli też Nową Kachowkę, a tu na Dnieprze jest tama, a przez tamę – most. Nawet gdyby w przyszłości udało się zniszczyć mosty pod Chersoniem, by odciąć wojska rosyjskie na zachodniej stronie Dniepru, to tamy nikt nie ruszy – po pierwsze, dlatego że jest to trudne, a po drugie – wywołałoby to sporą powódź.

                                                    Warto zwrócić uwagę, że te wszystkie wydarzenia miały miejsce do 5 marca. Mniej więcej po pierwszym tygodniu działań wszystko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W toku ciężkich walk pod Mikołajewem 59. Brygada Zmechanizowana im. Jakowa Gandzjuka i 79. Brygada Powietrzno-Szturmowa (przerzucona na przełomie marca i kwietnia do Donbasu) zdołały odeprzeć natarcie rosyjskiej 7. Dywizji Powietrzno-Desantowej Gwardii i do 24 marca odrzucono rosyjskie wojska pod Chersoń.

                                                    Wspomniane błędy sprawiły, że Rosjanie uchwycili niemal cały obwód chersoński, stwarzając lądowe połączenie z Krymem za pośrednictwem Donieckiej Republiki Ludowej. Teraz ich trzeba stamtąd wyrzucić, a to łatwe nie będzie. Ale najpierw należy ich wykrwawić w Donbasie. Miejmy nadzieję, że z pomocą zachodniego uzbrojenia to się uda.

                                                    Czytaj także: Jacyś mało mobilni ci Rosjanie. I jeżdżą na złomie
                                                    Rosyjscy szpiedzy w Ukrainie

                                                    Stanowisko i generalski stopień stracił nie tylko Siergiej Kriworuczko. Zwykła policja zatrzymała też jego zastępcę płk. Igora Sadochina, bowiem okazało się, że koordynował on ogień rosyjskiej artylerii. Prezydent Zełenski zwolnił też gen. bryg. Andrieja Naumowa, szefa zarządu w SBU, który na kilka godzin przed rosyjską inwazją na Ukrainę uciekł z kraju.

                                                    Od czasu do czasu mówi się o zatrzymaniu rosyjskich szpiegów. Już 26 lutego zatrzymano na Zakarpaciu 41-letniego Ukraińca pochodzenia rosyjskiego, który fotografował tajne instalacje. Problem polega jednak na tym, że Rosjanie osadzili w Ukrainie wielu szpiegów. W latach 2014–16, kiedy to we współpracę z Rosją wierzyło jeszcze sporo Ukraińców na wschodzie kraju, podejmowali się pracy dla GRU lub FSB. Dziś pewnie chcieliby o tym zapomnieć, ale groźba ujawnienia tamtej współpracy może działać na nich porażająco. W latach 2013–14 wielu ludzi we wschodniej Ukrainie bało się współpracy z zachodem i uważali to za błąd. Było to szczególnie odczuwalne w Donbasie, gdzie tamtejszy wielki przemysł współpracował głównie z Rosją, a z zachodem raczej nie miał szans. Takie zakłady ZAZ w Zaporożu (kto nie pamięta sławnego ZAZ 968 Zaporożec? Swego czasu miał takiego i młody Władimir Putin – 0307-LEH, zarejestrowany w ówczesnym Leningradzie) większość produkcji swoich ciężarówek, dostawczaków i samochodów osobowych sprzedawały do Rosji właśnie. Kto na zachodzie kupiłby produkowaną tu na licencji Ładę Tawriję? Podobnie było z wielkimi zakładami Łuhansktepłowoz produkującymi tabor kolejowy. Stąd właśnie pochodziły wciąż w Polsce używane lokomotywy spalinowe ST44 i SM48, nazywane przez naszych kolejarzy „Gagarin” i „Tamara”. Większość produkcji tych zakładów szło do Rosji.

                                                    Nadzieje te rozwiało powstanie bandyckich republik, w których istniejący tam przemysł rozkradziono i doprowadzono do upadku – Łuhansktepłowoz upadł już w 2015 r., podobnie było z wielkimi zakładami metalurgicznymi w Doniecku. Już wówczas wielu Ukraińców poznało, co znaczy ruski mir – bandycki system, w którym rządzą mafie mające do powiedzenia więcej niż skorumpowane władze oficjalne. Tak przynajmniej jest w Ługandzie i Donbabue, jak pogardliwie nazywa się separatystów z Ługańska i Doniecka.

                                                    Mimo to szpiegostwo rosyjskie ma swój wpływ na działania wojenne w Ukrainie. W pierwszym okresie wojny Ukraina tworzyła duże składy paliw i uzbrojenia, choć często w miejscach, które nie były wcześniej wykorzystywane. Brak ich rozproszenia sam w sobie był błędem. Rosjanie dokonali na nie serii ataków rakietowych, zadając straty. Na przykład na wielki skład paliw pod Lwowem czy skład amunicji pod Dnipro. Później Ukraińcy słusznie je rozproszyli, ale wciąż od czasu do czasu udaje się Rosjanom zniszczyć taki skład. Skąd znają ich lokalizację? Ewidentnie ktoś im niestety donosi…

                                                    Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii
                                                    Mimo wszystko Ukraina górą

                                                    Mimo popełnianych na początku błędów ukraińskie wojska dziś wykazują się niesamowitym profesjonalizmem. Mówię tu o rzetelnych umiejętnościach, a nie o oczywistym ich heroizmie, odwadze i poświęceniu. Są bardzo dobrze dowodzone i logistyka w większości działa sprawnie, mimo nielicznych wyjątków.

                                                    Obecnie pewne wątpliwości może budzić uporczywe trzymanie wszystkich pozycji, co grozi wytraceniem sił, a szczególnie ich okrążeniem. Niebezpieczna sytuacja jest w Rubiżnem, którego zaopatrywanie zależy od połączenia z Sewierodonieckiem, jako że tylko tam są mosty na Dońcu. Nie wiem też, czy słuszne jest uporczywe trzymanie Limana na północnym brzegu Dońca, zamiast wycofania się za Doniec i stworzenia tam solidnej obrony w opartej na wykorzystaniu rzeki i jej podmokłych rozlewisk.

                                                    Na całe szczęście dla nas Rosjanie popełniają znacznie grubsze błędy. A ukraińskie wojska bardzo wiele się nauczyły. Mam zresztą wrażenie, że ktoś im też doradza, ktoś z zewnątrz, ale obecny na miejscu… I niech doradza, bo jeśli to prawda, to są to naprawdę dobre rady.
                                                  • hellcat_v8_hemi Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 22:24
                                                    "...SM48, nazywane przez naszych kolejarzy „Gagarin” i „Tamara”..."

                                                    Taki szczegół, SM48, czyli TEM2 pochodzi z fabryki w Briańsku.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.05.22, 21:25
                                                    W załączeniu ciekawa analiza Marka Świerczyńskiego z Polityki.

                                                    9 maja Putin powtórzył na placu Czerwonym kilka wyświechtanych sloganów, ale nie wskazał, co dalej z wojną. To unik, który pozwala mu nie brać odpowiedzialności za brak sukcesów.
                                                    Artykuł w wersji audio

                                                    Wyczekiwane przemówienie Władimira Putina z okazji Dnia Zwycięstwa było krótkie i pozbawione konkretnych treści, jeśli nie brać pod uwagę frazesów o ukraińskich nazistach, konieczności obrony Donbasu i heroizmie rosyjskich żołnierzy, którzy tak jak kiedyś walczyli z hitlerowcami, dziś wojują z banderowcami i wspierającym antyrosyjskie siły Zachodem. Putin przypomniał wszystkie wcześniej wygłaszane żale: o zbrojeniu Ukrainy przez NATO, rzekomym przygotowaniu ataku na Krym i odrzuceniu oferty rozmów pokojowych. Ale do bieżących wydarzeń w Ukrainie nie odniósł się prawie wcale, nie wymienił nawet nazwy tego kraju. Wspominał tylko o Donbasie, Odessie i Krymie jako rosyjskich ziemiach, których Rosja broni i bronić będzie.

                                                    Ominięcie konkretnych deklaracji pozwoliło mu przejść do porządku nad niepowodzeniami i nie wyznaczać żadnego celu, który mógłby okazać się zbyt trudny do osiągnięcia. Próbując z tego wywnioskować, co będzie dalej, można uznać, że dalej będzie to samo – uporczywe zmaganie z ukraińskimi obrońcami o wschodnią i południową część kraju, których Putin czuje się prawowitym władcą.

                                                    Putin nie miał w ręku żadnego zwycięstwa, którym mógłby się pochwalić, a zatem nie mógł ogłosić przejścia do kolejnej fazy działań czy deeskalacji. Przyznał, że są trudności, że padają zabici i ranni. Dziękował lekarzom i pielęgniarkom, weteranom z Donbasu życzył powrotu do zdrowia i obiecywał wsparcie w prezydenckim dekrecie.
                                                    .


                                                    Gehenna Mariupola

                                                    Parada była znacznie uboższa w sprzęt od tych z lat poprzednich, w powietrzu zabrakło samolotów – rzekomo przez niepewną pogodę. W transmisji nie pokazano szefa sztabu generalnego Rosji gen. Walerego Gierasimowa, który wedle strony ukraińskiej mógł zostać ranny w ostrzale stanowiska dowodzenia na głównym kierunku rosyjskiego natarcia w Donbasie. Putin naradzał się co prawda z ministrem obrony Siergiejem Szojgu, ale nie ogłosił formalnej wojny i powszechnej mobilizacji. Przekaz jest więc taki: operacja specjalna będzie kontynuowana, Rosja nie rezygnuje ze swych celów, wszystko idzie zgodnie z planem. Nawet jeśli nie idzie.

                                                    Najbardziej nie poszło w Mariupolu. Przed 9 maja Rosjanie cały tydzień to szturmowali ostatni bastion obrońców, to wstrzymywali szturm, by wywozić chroniących się tam cywilów. Nie dali rady złamać oporu, pułk Azow nadal się broni. Zwycięstwo niewiele by zmieniło. Wojska Putina już zajęły lądowy korytarz z Krymu do obwodu rostowskiego i choć nie mogą się tam czuć panami sytuacji, przynajmniej są w stanie się przemieszczać. Ukraińcy nie porzucili myśli o odzyskaniu pasa terytorium nad Morzem Azowskim, Krymu i całego Donbasu, ale w przewidywalnej przyszłości nie będą do tego zdolni.

                                                    Rosja uzyskała, przynajmniej tymczasowo, kolejne zdobycze terytorialne. Ale to wygrana okupiona ogromnymi kosztami i wstydem. Gehenna Mariupola i upór Azowstalu w Rosji przedstawiane są jako „bój z faszystami”, ale na zewnątrz sprzyjają Ukrainie. Nawet jeśli do ideologii pułku Azow były na Zachodzie zastrzeżenia, jego poświęcenie, odwaga, bohaterstwo i skuteczność w oporze przez ponad 70 dni sprawiły, że dziś to bohaterowie wolnej Ukrainy. Ta legenda nie zginie wraz z azowcami. Ruch oporu na okupowanych ziemiach będzie naturalną reakcją ludzi, którzy choć mówią po rosyjsku, to rosyjskiego buta na karku nie zniosą.

                                                    Rosyjska armia nie miała czego świętować. Przebieg tej wojny to kalendarium klęsk i hańby: nieudany desant na lotnisko w Hostomlu, katastrofa logistyczna, dziesięciu zabitych na polu walki generałów, dziesiątkowane ogniem artylerii rosyjskie kolumny, traktory wywożące zepsute czołgi, krążownik „Moskwa” na dnie i tysiące sztuk zniszczonego sprzętu pancernego i lotniczego. Dokładnej wielkości strat nie znamy, a podawane dziś liczby mogą być również narzędziem walki informacyjnej. Ale nawet jeśli ukraińskie dane o 25 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli rosyjskich żołnierzach są przesadzone i Rosja nie straciła ponad tysiąca czołgów, to i tak degradacja techniczna, oceniana na Zachodzie na 15–20 proc. skierowanych do walki zasobów, jest katastrofalna.

                                                    Zbrodnie wojenne i ludobójstwo na cywilach obrazują moralny upadek nie tylko dowódców i żołnierzy czy ich zwierzchników politycznych, ale znacznej części rosyjskiego społeczeństwa. Rosjanie nie protestowali po ujawnieniu zdjęć z Buczy, a przechwytywane przez Ukraińców rozmowy telefoniczne żołnierzy z ich matkami i narzeczonymi w Rosji wskazują, że nieludzka brutalność jest akceptowana, może nawet się podoba. Ukraińcy wymierzają sprawiedliwość sami – skierowana do Donbasu rosyjska brygada z Buczy, której „heroizm” sam Putin wyróżnił mianem „gwardyjskiej”, została namierzona, ostrzelana i zmasakrowana pod Iziumem.

                                                    Upadł tworzony latami mit o potężnej rosyjskiej armii, nowoczesnej i sprawnie zarządzanej. Wskaźniki modernizacji okazały się śmiechu warte. Rosja, chcąc nie chcąc, odsłoniła kulisy propagandowej sceny i pokazała całemu światu, że na zapleczu jest zwykły „bardak” z korupcją, złodziejstwem, słabym wyszkoleniem i niekompetencją na każdym szczeblu. Cała ta pancerna masa, na której Rosja opiera swoją potęgę w tradycyjnej wojnie lądowej, bardzo szybko okazała się niezdolna nawet do poruszania się, a co dopiero do skutecznego działania.

                                                    Brak piechoty zmusił dowódców do używania w tej roli spadochroniarzy z lekkim uzbrojeniem i nieodpornymi na ostrzał pojazdami. Obrona powietrzna, perła rosyjskiej modernizacji, nie była w stanie zamknąć nieba nad Ukrainą ani bronić baz na tyłach, nawet na terytorium Rosji. Wojsko to tylko jeden z wymiarów strategicznej klęski Putina, który koniec końców strategiem okazał się marnym.
                                                    Rosyjska armia nie miała czego świętować. Przebieg tej wojny to kalendarium klęsk i hańby.
                                                    3Sergei Bobylev / TASS/ForumRosyjska armia nie miała czego świętować. Przebieg tej wojny to kalendarium klęsk i hańby.

                                                    Pomoc z Zachodu

                                                    Jego kalkulacje były błędne w każdym wymiarze. Dlatego, jeden po drugim, celów operacji ukraińskiej nie udawało się realizować. Nie udało się obalić ekipy Zełenskiego, choć jeszcze tydzień przed wojną uznawany był we własnym kraju za prezydenta w politycznych kłopotach. Ukraińcy stanęli murem za przywódcą, którego wojna odmieniła całkowicie, choć nie pozbawiła cech, dzięki którym zdobył popularność. Lider, którego Putin nazywał faszystą, a jego krajowi odmawiał prawa do samodzielnego istnienia, jest dziś równoprawnym rozmówcą najważniejszych przywódców świata i globalną ikoną wolności i patriotyzmu. Gdy ta wojna się skończy, w Ukrainie może wrócić polityczna polaryzacja, ale bitewnych zasług i osobistej odwagi nikt Zełenskiemu nie odbierze, po tym jak nie dał ich sobie odebrać Putinowi. Ukraińcy nie dadzą sobie tego odebrać nigdy.

                                                    Putin nie docenił przeciwnika, bitności ukraińskiej armii i odporności społeczeństwa, a przede wszystkim o kilka rzędów wielkości przecenił własne możliwości. W efekcie od ukraińskiej stolicy musiał odstąpić, ale wcale nie zyskał pewności, czy skrócenie frontu da mu namiastkę wygranej, zajęcie Donbasu. Na razie jest z grubsza tam, gdzie był miesiąc temu. Rosyjskie postępy na północy regionu to kwestia kilku do kilkunastu kilometrów ziemi, co prawda tu i ówdzie zajmowanej, ale zniszczonej ogniem artylerii. Żadnych wielkich bitew, żadnych istotnych zwycięstw. W dodatku Ukraińcy pod Charkowem wystartowali z ofensywą, która może odciąć od zaopatrzenia rosyjskie zgrupowanie w Donbasie. Zapowiada się powtórka scenariusza spod Kijowa.

                                                    Decydująca będzie pomoc z Zachodu, której Putin nie docenił chyba najbardziej. Zamiast demilitaryzacji Ukrainy postępuje westernizacja jej uzbrojenia i taktyki działania. Owszem Rosja zadaje Ukraińcom straty na polu walki i systematycznie niszczy uderzeniami pocisków manewrujących infrastrukturę wojskową i
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 19:56
                                                    Fiszer dzisiaj o tym, na czym zna się najlepiej. O lotnictwie.

                                                    79. dzień wojny. Na niebie znów lotnictwo bojowe. To może być gejmczendżer
                                                    13 maja 2022

                                                    Można odnieść wrażenie, że lotnictwo bojowe odgrywa w Ukrainie dość ograniczoną rolę.
                                                    Powolutku, stopniowo, choć droga do tego jeszcze daleka, Ukraina zaczyna przejmować inicjatywę. Na niebie znów pojawiły się jej samoloty, ten widok napawa nadzieją.

                                                    Co dzieje się na froncie? Niestety, ostatecznie padło Rubiżne, a właściwie pokryte zgliszczami miejsce, gdzie jeszcze na początku roku stało miasteczko o tej nazwie. Obrońcy wycofali się do Siewierodoniecka. Tu też jest ciężko, bo wojska są zaopatrywane przez Doniec, czyli przypuszczalnie przez ostatni, i tak uszkodzony, most, a może przez jakieś brody czy most pontonowy. Tego do końca nie wiemy.

                                                    Zarówno Rubiżne, jak i Siewierodonieck leży na wschodnim brzegu rzeki, który dla rosyjskich wojsk jest przeszkodą równie nieprzemakalną co płot na granicy Polski z Białorusią. Dlatego wycofujący się stąd Ukraińcy wysadzili most na mniejszej rzece w Wojewodiwce między miastami. Systematycznie odpierają też próby przepraw przez Doniec w okolicy Jampola i ataki na pozostałych frontach – od Siewierodoniecka aż po rejon na południe od Zaporoża. Na innych odcinkach żadnych zmian. Rejony Charkowa i Chersonia chwilowo się uspokoiły. Obie strony konfliktu skierowały cały wysiłek na Donbas.

                                                    Ukraińskie siły zatopiły kolejny rosyjski okręt, co prawda pomocniczy i raczej z kategorii średnio-półmniejszej (czyli nie taki znów mały jak np. kutry desantowe, zlikwidowane zapewne w całości na Morzu Czarnym). Tym razem chodzi o całkiem nowy sprzęt zaopatrzenia „Wsiełowod Bobrow” (zbudowany w 2016 r.), trafiony koło Wyspy Węży. To mniej więcej odpowiednik naszego ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”, ale nowszy.



                                                    Rosjanie nie walczą w amerykańskim stylu

                                                    Można odnieść wrażenie, że lotnictwo bojowe odgrywa w Ukrainie dość ograniczoną rolę. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, po latach niedoinwestowania lotnictwo wojskowe było stosunkowo przestarzałe i liczebnie słabe. Wszystkie samoloty są z czasów sowieckich; dopiero niedawno zostały w niewielkim stopniu zmodernizowane. Ukraina produkowała rakiety kierowane powietrze-powietrze, ale cierpiała na brak precyzyjnego uzbrojenia do celów naziemnych. Nieco lepsza sytuacja panowała w wojskach radiotechnicznych i przeciwlotniczych sił powietrznych, czyli – poza lotnictwem – dwóch swoich filarach.

                                                    Największym zaskoczeniem jest słabość lotnictwa rosyjskiego. Rosjanie w pierwszych dniach wojny wywalczyli na niebie przewagę, stan, w którym mogli działać w miarę swobodnie, strona przeciwna była zaś poważnie ograniczona. Nie wykorzystali tej przewagi. Nie poszła za tym seria precyzyjnych ataków, która doprowadziłaby kraj do paraliżu, nie zniszczono mostów na głównych rzekach i przecinających je głównych szlakach komunikacyjnych, stanowisk dowodzenia, a grad kierowanych bomb i rakiet nie spadł na pancerne pojazdy wojskowe ani działa...

                                                    To nie jest kampania powietrzna w stylu amerykańskim, gdy samoloty myśliwsko-bombowe i śmigłowce szturmowe kompletnie oczyściły drogę własnym wojskom lądowym, zatrzymały nieprzyjaciela w miejscu, nie pozwalając na skuteczne kontrataki na skrzydła. Precyzyjne rakiety skrzydlate Tomahawk były używane w sposób zmasowany, głównie pierwszej nocy, do kompletnego porażenia określonej sieci – dowodzenia, kierowania systemem obrony powietrznej i kluczowych węzłów komunikacyjnych w najsilniej bronionych rejonach. Efekt bezwolności i pozbawienia decyzyjności przeciwnika w teatrze działań wojennych uzyskuje się wyłącznie wtedy, kiedy naraz uderzymy we wszelkie znane sobie stanowiska dowodzenia, węzły łączności i sztaby. W przeciwnym razie dowodzenie przejmują stanowiska zapasowe, wysunięte i tyłowe albo po prostu stanowiska dowodzenia sąsiednich formacji przejmują „bezpańskie” oddziały. Atak musi być przemyślany, energiczny i zmasowany.

                                                    Bombardowanie jak żonglerka talerzami

                                                    Słynna koncepcja „Shock and Awe”, szok i przerażenie, zakłada właśnie nagły i jednoczesny atak na określony obszar funkcjonowania wroga. Tymczasem Rosjanie przez dwa i pół miesiąca odpalili niemal półtora tysiąca rakiet balistycznych i skrzydlatych o dużym zasięgu do głębokich uderzeń. I na czym się skoncentrowali? Na niczym. I dostali adekwatny efekt. A to rozwalili dom towarowy, a to jakiś skład paliw, a to blok mieszkalny, a to magazyn w porcie, innym razem wybili wielki lej niedaleko torów, urozmaicając krajobraz przejeżdżającym maszynistom. Kilka niecelnych rakiet wpadło do rzek w pewnej odległości od mostów, obsypując je wyrzuconym z dna mułem i fontanną wody. Pewnie w nadziei, że tak potraktowany stalowy most kolejowy zardzewieje i sam zatonie.

                                                    Swoją drogą, niska dokładność precyzyjnych rosyjskich rakiet jest dość zastanawiająca... Co oni znowu sknocili? Czy systemy naprowadzania korzystają z GPS lub ich rodzimego Glonass, czy też Ukraińcy skutecznie zakłócają ich sygnały? Wiadomo, że do zakłócania sygnałów GPS/Glonass Ukraina ma mobilne stacje zakłóceń Polonez (na półciężarówce) i przenośne stacje Anklaw (dwa moduły o masie po 15 kg), opracowane przez kijowską firmę Ukrspectechnika, działające na określonym obszarze. Amerykańskie rakiety skrzydlate korzystające z precyzyjnego systemu nawigacji bezwładnościowej z żyroskopami laserowymi, które miały korekcję układem DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlator), czyli porównania cyfrowej mapy terenu z obrazem z kamery pocisku, trafiały z dokładnością 5–10 m, obywając się bez GPS. Tymczasem rosyjskie pociski, jeśli nie działa im nawigacja, mają celność porównywalną z niemieckimi V-1...



                                                    Same samoloty rzadko korzystają z bomb i rakiet kierowanych, a zwykłe bomby zrzuca się z różną celnością. Pamiętam swoje pierwsze bombardowanie z lotu poziomego na poligonie Jagodne pod Łukowem w 1984 r. Lecąc na Lim-2 (MiG-15 bis w odmianie z Mielca), zwolniłem bombę szkolną na właściwej, jak mi się zdawało, odległości przed celem, a bomba leci, leci, leci, mija cel, leci, leci...

                                                    Dziś Rosjanie mają na samolotach cyfrowe komputery balistyczne – znam taki z Su-22 i trzeba przyznać, że bardzo fajnie działał. Ale trzeba lecieć nisko, całość wymaga pewnej wprawy, żeby dobrze wycelować serię bomb – to mniej więcej jak żonglowanie pięcioma talerzami. Wiem, że sporo ludzi to potrafi. Ale spróbujcie żonglować pięcioma talerzami, kiedy do was strzelają...

                                                    Efekt jest taki, że lotnictwo rosyjskie, wykonując po 250 wylotów dziennie (dość mało jak na 300 samolotów, powinny być trzy–cztery wyloty na maszynę, czyli 900–1200), mało co faktycznie niszczy, chyba że bombarduje miasta, wtedy tak – skutki istotnie widać. Skłania to niektórych do fałszywego wniosku, że powietrzna przewaga w konflikcie pełnoskalowym ma niewielkie znaczenie. Ale gdy popatrzymy na całokształt działań rosyjskiego wojska, to nawet żołnierz na polu walki wyda nam się przeżytkiem – zamiast walczyć, łazi po okolicy, rabuje i gwałci.


                                                    Nad Kijów Rosjanie się nie zapuszczają

                                                    Ukraińskie siły powietrzne nigdy nie były zbyt silne, bo skupiono się na stworzeniu systemu obrony powietrznej państwa, na bezpośrednim wsparciu wojsk i prowadzeniu rozpoznania w zakresie działań bojowych. Na ten pierwszy cel poświęcano ok. 70 proc. wysiłku całych sił powietrznych. Wojska radiotechniczne wystawiły kilkanaście mobilnych posterunków radarowych i pasywnych systemów obserwacji celów, jak słynna Kolczuga (śledzi wroga, odbierając sygnały z jego radarów, systemów nawigacyjnych i radiostacji). System działa do dziś i nie tylko pozwala na naprowadzanie myśliwców i wskazywanie celów własnym rakietom przeciwlotniczym, ale i na ostrzeganie ludności przed atakami.

                                                    Ponadto wojska przeciwlotnicze rozwinęły dość skuteczną zaporę rakiet przeciwlotniczych średniego zasięgu, osłaniając Kijów, częściowo Charków, Odessę, Dniepr i Lwów. Nad Kijów Rosjanie w ogóle się już dziś nie zapuszczają, a nad Charkowem bywali dość obficie zestrzeliwani. Obrona przeciwlotnicza Kijowa potrafi strącić n
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 20:04
                                                    cd
                                                    Ponadto wojska przeciwlotnicze rozwinęły dość skuteczną zaporę rakiet przeciwlotniczych średniego zasięgu, osłaniając Kijów, częściowo Charków, Odessę, Dniepr i Lwów. Nad Kijów Rosjanie w ogóle się już dziś nie zapuszczają, a nad Charkowem bywali dość obficie zestrzeliwani. Obrona przeciwlotnicza Kijowa potrafi strącić nawet Iskandera, używając postradzieckiego, ale doskonałego jak na owe czasy systemu S-300W Antiej. Spośród samolotów lotnictwa sił powietrznych Ukrainy większość stanowiły myśliwce MiG-29 i Su-27, zdolne do walk powietrznych. Także one przyozdobiły teraz ukraiński krajobraz dymiącymi wrakami rosyjskich maszyn, zwłaszcza na początku konfliktu. Wrogów zdolnych do prowadzenia walk powietrznych było trzy razy tyle, wiele zostało jednak unieruchomionych na zbombardowanych i zaatakowanych rakietami lotniskach.

                                                    Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii
                                                    Ukraińskie lotniska. Nauczka też dla Polski

                                                    Tutaj nauczka dla nas: samoloty potrzebują lotnisk, najlepiej całych. Chodzi o to, by pas startowy i drogi kołowania nie były podziurawione bombami, magazyny paliw niespalone, żeby hangary nie zawaliły się na stojące w nich samoloty, a na lotnisku funkcjonowała jakaś służba ruchu i środki nawigacyjne. Gdzieś też trzeba trzymać amunicję. Służba meteo dawałaby już pełnię szczęścia.

                                                    Tu widać, jak ważne są bataliony remontu lotnisk, specjalne jednostki. Miałem kiedyś przyjemność obserwować ćwiczenia nieistniejącego już 14. Batalionu Remontu Lotnisk z Elbląga. Żołnierze, w znacznej części wykwalifikowani saperzy, potrafili w pół godziny sprawdzić lej po bombie pod kątem obecności niewybuchów lub min, zasypać go w dwie–trzy godziny z użyciem wywrotek i buldożerów specjalnym kruszywem (zapasy takiego kruszywa gromadzi się w pobliżu na wypadek wojny), a następnie w godzinę położyć na tym lotniskową matę szklano-epoksydową i zakotwiczyć wstrzeliwanymi w beton hakami, które były tak skonstruowane, że mógł się po nich przetoczyć nawet rozpędzony samolot.

                                                    Kilka ekip może jednocześnie pracować nad kilkoma lejami w pasie startowym. Batalion miał ponadto dźwigi, prefabrykaty i kontenery różnych rozmiarów, dzięki czemu może usuwać też inne zniszczenia czy wznosić instalacje typu polowego, bardzo przydatne w czasie działań. Na przykład hangary typu lekkiego – batalion mógł ich naustawiać całe stada. I zgaduj-zgadula, w których stoi samolot, a w których nie ma nic.

                                                    Niestety batalion z Elbląga lekkomyślnie rozwiązano w 2010 r. i został tylko bliźniaczy 16. Jarociński Batalion Remontu Lotnisk im. gen. bryg. Stanisława Taczaka. Także Ukraina nie bardzo zadbała o podobne jednostki i choć zdołała przesunąć większość lotnictwa bojowego do i tak nieużywanych cywilnych portów lotniczych, to i tu był problem z ich wykorzystaniem. W kluczowym momencie wojny Ukraińcy mieli do dyspozycji jedynie Boryspol pod Kijowem, pozostający pod osłoną rakietowego parasola stolicy. To wielki port z wieloma hangarami, budynkami, dwoma długimi pasami startowymi, wielkimi płaszczyznami postojowymi, pokaźnym zapleczem remontowym itd. Oczywiście i on został uszkodzony przez Rosjan, ale nie dał się łatwo unieruchomić. 24 lutego Ukraińcy zastawili pasy i drogi kołowania sprzętem lotniskowym, by je zablokować, a potem sami z nich korzystali.

                                                    Mniej więcej w połowie kwietnia udało się przywrócić do użycia kilka (może nawet kilkanaście) innych baz lotniczych, zapewne częściowo urządzonych w cywilnych portach. Jednocześnie sporym wysiłkiem i po otrzymaniu zapasu części zamiennych naprawiono maszyny. Pod koniec kwietnia aktywność samolotów bojowych Ukrainy wzrosła z 5–10 wylotów dziennie do ok. 15–40. Na niebie znów pojawiły się myśliwce, które spowodowały, że bombardowania miast, z wyjątkiem Mariupola na terytorium okupowanym, praktycznie ustały. Dziś ostrzeliwuje się je tylko rakietami skrzydlatymi, których zapas Rosji się kończy.

                                                    Czytaj też: Jacyś mało mobilni ci Rosjanie. I jeżdżą na złomie
                                                    Lotnictwo pilotowane plus drony

                                                    Dziś ukraińskie lotnictwo, obok reszty myśliwców MiG-29 i Su-27, wykorzystuje głównie samoloty szturmowe Su-25. Według kilku źródeł, których nie sposób zweryfikować, działa pięć z ok. 25 sztuk Su-25, które Ukraina miała na początku wojny. To one pomogły zniszczyć kilka mostów pontonowych pod Łymaniem i zmasakrować rosyjskie wojska usiłujące sforsować Doniec. Te ataki okazały się, wraz z nowo użytymi haubicami M777, śmiertelnie groźne dla wroga, który tylko na jednej przeprawie utracił prawie 80 pancernych pojazdów, głównie bojowych, ale też inżynieryjno-saperskich. Ujawniono zdjęcie z dronów, na których zaznaczono wraki poniszczonego sprzętu, skwapliwie je numerując do mniej więcej 75. Zaledwie na tej jednej przeprawie mamy całkowicie skompletowany sprzęt dla pełnej batalionowej grupy bojowej – rosyjski sztab może odpowiednio zmienić stany inwentarzowe, dołączając zdjęcie do protokołu zniszczenia.

                                                    O działaniu ukraińskich aparatów bezpilotowych – słynne bayraktary operują głównie w składzie sił powietrznych – trzeba będzie napisać oddzielnie. Ale warto pamiętać, że lotnictwo pilotowane to także śmiertelna broń i może zmieniać sytuację na polu walki. Nowoczesne i dobrze wykorzystane lotnictwo bojowe potrafi być prawdziwym – jak to się mówi – gejmczendżerem, zmieniającym losy kampanii wojennej. Tylko trzeba o nie dbać.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 15:18
                                                    odyn06 napisał:


                                                    > Ostatnio główny wysiłek uderzenia od północy Rosjanie przenieśli spod Iziumu po
                                                    > d Liman, czyli nieco dalej na wschód. Działa tu 90. Witebsko-Nowogrodzka Dywizj
                                                    > a Pancerna Gwardii włączona w skład 41. armii. Dwa razy usiłowała przeprawić si
                                                    > ę przez Doniec. O pierwszym razie pisałem wczoraj, a dziś okazało się, że podję
                                                    > to nową próbę, tym razem jeszcze dalej na wschód od Limana, pod Biłohoriwką. I
                                                    > wszystko rozegrało się według tego samego scenariusza – Rosjanie uchwycili przy
                                                    > czółek, ustawili most pontonowy i zaczęli przeprawiać siły. Ukraińska artyleria
                                                    > zniszczyła most, a kontratak zniszczył pododdziały izolowane na południowym br
                                                    > zegu Dońca. Rzek też jakoś Rosjanie nie umieją forsować.


                                                    Jeszcze w czasie gdy Ukraińcy trzepali orki pod Kijowem, gen. Petreus przewidywał w TV ze w końcu zaczną sie walki na wschodzie i zwracał uwagę na fakt, ze tam teren jest inny, z mnóstwem cieków wodnych. które będa przeszkodą dla Rosjan.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 15:39
                                                    Orki walą w mur, a konkretnie w wodę według schematu:
                                                    -skoncentrować siły w celu uchwycenia przuczółka na drugim brzegu rzek/kanału;
                                                    -orki chwytają ten przyczółek i pod ogniem ukraińskim budują most pontonowy. W trakcie budowy ginie np wódz pułku pontonowego;
                                                    -Ukraińcy niszczą most, a orki z przyczółka wwieją do swoich wpław;
                                                    -orki próbują gdzieś blisko, byle na kierunku z takim samym rezultatem;
                                                    -i tak do us.anej śmierci saperów i tych z przyczółków .




                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 17:15
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Orki walą w mur, a konkretnie w wodę według schematu:
                                                    > -skoncentrować siły w celu uchwycenia przuczółka na drugim brzegu rzek/kanału;
                                                    > -orki chwytają ten przyczółek i pod ogniem ukraińskim budują most pontonowy. W
                                                    > trakcie budowy ginie np wódz pułku pontonowego;
                                                    > -Ukraińcy niszczą most, a orki z przyczółka wwieją do swoich wpław;
                                                    > -orki próbują gdzieś blisko, byle na kierunku z takim samym rezultatem;
                                                    > -i tak do us.anej śmierci saperów i tych z przyczółków .

                                                    To jak oni robią ten przyczółek? Wpław?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 19:16
                                                    w zależności od wyników rozpoznania ogólnego, saperskiego i artyleryjskiego:
                                                    1. Artyleria ostrzeliwuje przeciwległy brzegi starając się zniszczyć obrońców odcinka desantowego.
                                                    2, Czołgi, ogniem na wprost osłaniają pierwszy rzut desantowy na transporterach pływających.
                                                    3. Po dotarciu na przeciwległy brzeg piechota opanowuje go, umacnia się, rozszerza, w miarę możliwości przyczółek i osłania przeprawę kolejnych pododdziałów drugiego rzutu na transporterach pływających.
                                                    4 saperzy budują most pontonowy i przeprawiają się czołgi i artyleria samobieżna.
                                                    5. Gdy artyleria obrońców zniszczy most, a ich czołgi i piechota ruszą do kontrataku to obrońcom przyczółka w trosce o własne zdrowie nie pozostaje nic innego, jak wiać z powrotem na ten brzeg z którego przybyli po chwałę i ordery. Jak im ocalały transportery to nie ma problemu, ale jak ich nie ma to trzeba na drzwiach od rozwalonego niedaleko budynku, beczce, skrzynce po amunicji itp.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 19:48
                                                    Matrek
                                                    W uzupełnieniu:
                                                    Forsowanie szerokich przeszkód wodnych to w planowaniu operacyjnym i wykonaniu jedno z najtrudniejszych zadań wojsk lądowych. Porównywalne z desantem kombinowanym.
                                                    Jeżeli jeden element nie zadziała, wszystko wali się jak kostki domina i ginie masa ludzi.

                                                    Wiem, co piszę, bo w ten sposób "zdobywałem" Zły Łęg na drawskim, Wartę w rejonie Bogdańca i Odrę koło Gubina. Są na forum Koledzy, którzy to również robili. Tu nie było odważnych....
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 21:02
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Matrek
                                                    > W uzupełnieniu:
                                                    > Forsowanie szerokich przeszkód wodnych to w planowaniu operacyjnym i wykonaniu
                                                    > jedno z najtrudniejszych zadań wojsk lądowych. Porównywalne z desantem kombinow
                                                    > anym.
                                                    > Jeżeli jeden element nie zadziała, wszystko wali się jak kostki domina i ginie
                                                    > masa ludzi.
                                                    >
                                                    > Wiem, co piszę, bo w ten sposób "zdobywałem" Zły Łęg na drawskim, Wartę w rejon
                                                    > ie Bogdańca i Odrę koło Gubina. Są na forum Koledzy, którzy to również robili.
                                                    > Tu nie było odważnych....


                                                    To jasne. Jako laik wyibrazłem sobie ze ten most budowany jest jakos pod ogniem, albo piechota na pontonach sie przeprawia, z masakrą podobną jak na Omaha, czy Czerniakowie.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 21:43
                                                    Największe polska masakra przy forsowaniu miała miejsce w trakcie operacji berlińskiej w dniach 16-20 kwietnia pod Siekierkami. To był kierunek pomocniczy i Popławski nie dostał wystarczającej ilości środków przeprawowych.
                                                    W wyniku walk zginęło 1997 polskich żołnierzy za mały przyczółek na Starej Odrze.
                                                    Ostatnich żołnierzy poległych na odcinku Siekierki-Gozdowice wopiści znaleźli w szuwarach Odry w latach 70-tych.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 22:31
                                                    "Ostatnich żołnierzy poległych na odcinku Siekierki-Gozdowice wopiści znaleźli w szuwarach Odry w latach 70-tych."
                                                    Ostatnich dwa- trzy lata temu chyba. WOda rozmyła brzeg i odsłoniła szczątki.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 15:51
                                                    Obejrzałem dokładnie miejsce nieudanego forsowania Dońca przez orków .
                                                    Z obrazu wynika, że Ukraińcy dokładnie zlokalizowali miejsce planowanych przepraw i drogi dojścia.
                                                    Bezpośrednie trafienia mostów Lenta świadczą o doskonałej robocie ukraińskich artylerzystów.
                                                    Sprzęt pancerny na przeprawie spotkał ten sam los.
                                                    Wydaje mi się, że podarowane przez USA 155 mm haubice mają za sobą chwalebny chrzest bojowy w obronie Ukrainy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 19:50
                                                    Fiszer dzisiaj potwierdza, że te rozwalone przeprawy orków przez Doniec, to robota 155mm M777.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 20:17
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Obejrzałem dokładnie miejsce nieudanego forsowania Dońca przez orków .
                                                    > Z obrazu wynika, że Ukraińcy dokładnie zlokalizowali miejsce planowanych przepr
                                                    > aw i drogi dojścia.

                                                    wg Ukraińców ich człowiek siedział w krzakach i relacjonował na żywo.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 21:12
                                                    Ten obserwator artyleryjski, jeżeli to prawda, powinien dostać order za mistrzowskie kierowanie ogniem.
                                                    A może to mylenie po użyciu Excalliburów?
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 21:19
                                                    Albo mieli life z satelity.

                                                    I mała wisienka czyli kacapska propaganda plącze się w zeznaniach.
                                                    www.youtube.com/watch?v=XNPagkyR0xE
                                                    www.youtube.com/watch?v=jD2-6cSrbTg
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 21:37
                                                    Ten pierwszy mówił szybko, ale go zrozumiałem.
                                                    Jakby był na naszym forum, bo piętnował bałagan organizacyjny, braki amunicji artyleryjskiej i ogólnie zaopatrzenia, mówił o „wojnie”, a nie o jakiejś „denazyfikacji”, wskazywał na kłamstwa MO, ż e niby wszystko idzie zgodnie z planem, a przy forsowaniu Dońca Ukraińcy rozwalili całą batalionową grupę taktyczną.
                                                    Na koniec poszedł po bandzie. Powiedział, że może go z to posadzą, ale ma nadzieję na jutrzejszy komentarz.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.05.22, 22:45
                                                    Nikt go nie posadzi, on te filmiki robi służbowo.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 12:42
                                                    "Nikt go nie posadzi, on te filmiki robi służbowo."
                                                    Fakt. Ukrainiec, uczestnik pierwszego Majdanu- potem za krytykę władz ponoć musiał wyjechać do ROsji, do Moskwy.
                                                    Podobnie jak Striełkow- aby być wiarygodnym , trzeba czasem udawać niezależnego.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 12:34
                                                    "Ten obserwator artyleryjski, jeżeli to prawda, powinien dostać order za mistrzowskie kierowanie ogniem.
                                                    A może to mylenie po użyciu Excalliburów?"
                                                    Dla mnie fake. CO mógł widzieć? Kawałek drogi i kolejne krzaki? Widziałeś zdjęcie, miejsce na łuku rzeki w lesie.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 13:25
                                                    Jeszcze raz obejrzałem rejon przeprawy.
                                                    Chyba zadziałało rozpoznanie „od ogółu do szczegółu”.
                                                    Obserwatora odrzucam, bo przecież obydwa brzegi były w posiadaniu orków w momencie rozpoczęcia kładzenia Lenty.
                                                    Coś nie poszło z mostem, albo zbyt blisko wyznaczono rejon oczekiwania na przeprawę, bo ta jatka na wschodnim brzegu o tym świadczy
                                                    Ostrzał artyleryjski rozpoczął się w trakcie przeprawy po moście.
                                                    Jestem prawie pewny, że tą jatkę urządziły M777. Popatrz na dziury w pontonach Lenty.
                                                    Takiej celności nie mają ani Gożdziki, ani Akacje Ukraińców.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 17:54
                                                    Wg strony ukraińskiej, oddziały 80 Brygady D-Szt 9 razy przez 4 dni niszczyli przeprawę w tym miejscu. Po stronie orków 74 Sam. BZmot.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 18:05
                                                    Desant chyba tu był
                                                    База відпочинку "Світанок" (Білогорівка), w pobliżu na drugim brzegu jest linia wysokiego napięcia, która widac na zdjęciach.
                                                    Orki miały przerzucić desant który zajął zabudowania w północnej częsci Biłogorowki- wtedy 80 Brygada przystąpiła do kontrataku.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 19:23
                                                    Kontratak na”mokry”jeszcze”pierwszy rzut desantu, to najlepszy sposób, aby go z powrotem wpędzić do wody.
                                                    Tu kunszt winna wykazać artyleria. Jeden wał ogniowy „idzie”z cofającym się do wody desantem, a drugi wał wzbrania desant drugiego rzutu.
                                                    Nie wierzę, że ponad 70 szt. sprzętu do przeprawy zniszczyli spadochroniarze, czyli piechota lekka.
                                                    Te dziury w pontonach o czymś świadczą .
                                                    Ot, taki ze mnie niedowiarek..
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 19:36
                                                    "Nie wierzę, że ponad 70 szt. sprzętu do przeprawy zniszczyli spadochroniarze, czyli piechota lekka."
                                                    Oni też mają przydzieloną artylerię. Teraz to i czołgi mają ;-) Ukraiński MON podał, że to artyleria 17. Brygady Pancernej.
                                                    Jeszcze jeden filmik:
                                                    twitter.com/TpyxaNews/status/1525418466001444864
                                                    Jeden pływa, a reszta zazdrośnie patrzy ze złej strony rzeki ;-)

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 19:43
                                                    Dywizjon w pełnym składzie, czyli 18 luf 122/152/155 mm to już jest coś tym bardziej, że cel prawie punktowy.
                                                    Gdzie nie upadnie pocisk, tam bingo.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 18:30
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Jeszcze raz obejrzałem rejon przeprawy.
                                                    > Chyba zadziałało rozpoznanie „od ogółu do szczegółu”.
                                                    > Obserwatora odrzucam, bo przecież obydwa brzegi były w posiadaniu orków w momen
                                                    > cie rozpoczęcia kładzenia Lenty.
                                                    > Coś nie poszło z mostem, albo zbyt blisko wyznaczono rejon oczekiwania na przep
                                                    > rawę, bo ta jatka na wschodnim brzegu o tym świadczy
                                                    > Ostrzał artyleryjski rozpoczął się w trakcie przeprawy po moście.
                                                    > Jestem prawie pewny, że tą jatkę urządziły M777. Popatrz na dziury w pontonach
                                                    > Lenty.
                                                    > Takiej celności nie mają ani Gożdziki, ani Akacje Ukraińców.


                                                    Czy nie wychodzi przypadkiem na to, ze racje mają nasi z Inspektoratu konsekwentnie trzymajac sie wymogu pływalności dla naszych pojazdów ciężkich?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 19:17
                                                    Tu się nic nie zmienia, bo zasada jest taka:
                                                    Oprócz czołgów wszystko ma pływać bez specjalnego przygotowania czyli: falochron przed nos, pompy wodne na maxa, kominek na powietrze do góry, załoga w kapoki i do wody!
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 19:41
                                                    "Tu się nic nie zmienia, bo zasada jest taka:
                                                    Oprócz czołgów wszystko ma pływać bez specjalnego przygotowania czyli: falochron przed nos, pompy wodne na maxa, kominek na powietrze do góry, załoga w kapoki i do wody!"
                                                    Tak jak popatrzyłem na te brzegi, to w tym przypadku pływalność neiwiele by dała. Te BMP jeszcze musiałyby wyjść na brzeg, a z jedenj strony skarpa. To wymaga najpierw przygotowania przez saperów.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 00:47
                                                    Coś mi się wydaje, że normalnych saperów nie było tam wielu zbyt. Byli głównie pontonierzy.
                                                    Przeciwskarpy rozwala się ogniem na wprost.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 00:53
                                                    Fiszer, tym razem o SM Ukrainy

                                                    Chyba po raz pierwszy w tej wojnie Ukraina odzyskała teren, a Rosja nie zajęła kompletnie nic, nie licząc kilometrowego odcinka drogi Izium–Słowiańsk. Nie bardzo idzie jej nawet na morzu, choć Ukraina praktycznie nie ma floty.

                                                    Rozpaczliwe próby przełamania ukraińskiej obrony ostatniej doby znów nie dały rezultatu. Rosjanie ruszyli na południe od Iziumu, wzdłuż drogi na Słowiańsk, a nawet po jej wschodniej stronie. Zostali zatrzymani w Krasnopolu i Bohorodycznem i odrzuceni kontratakiem. Łącznie zyskali tu może z kilometr, raczej nie więcej. Próby sforsowania Dońca w rejonie Łymanu też się nie powiodły, przyniosły za to wielkie straty. Agresorzy próbowali prócz tego podejść spod Doniecka na północ i na Zaporoże, ale nie ruszyli się z miejsca.

                                                    Natomiast pod Charkowem Ukraińcy wciąż spychają ich na północ, ku własnej granicy. Idzie to stosunkowo łatwo, bo podobno mocno pobita 6. armia w większości wycofała się na własne terytorium i zostały tam głównie pospiesznie ściągnięte jednostki Ługańskiej Republiki Ludowej, Rosgwardia, Kadyrowcy oraz pseudoochotnicy z innych państw, przypuszczalnie pod flagą Grupy Wagnera. Towarzystwo to nie bardzo potrafi zorganizować spójną obronę.
                                                    Morska blokada Ukrainy

                                                    Coraz częściej mówi się o rozpoczętym sezonie rolniczym. Ukraina była przed wojną olbrzymim eksporterem żywności, głównie kukurydzy, zbóż, oleju słonecznikowego, ale też rudy żelaza i częściowo przetworzonej stali. Kraj sprzedaje całkiem sporo sprzętu elektrycznego, elektromechanicznego i pewną ilość wyrobów przemysłu maszynowego. Głównym odbiorcą tych towarów są Chiny, ale też Niemcy, Polska, Francja, Turcja. Niestety, na równi z Niemcami pod względem importowanych towarów była Rosja, która teraz bierze co chce z okupowanych terenów, choć to tylko namiastka tego, co legalnie kupowała jeszcze w zeszłym roku.

                                                    Olbrzymia część eksportu przechodziła przez ukraińskie porty, obecnie blokowane przez rosyjską Flotę Czarnomorską. Skutek: Ukraina nie jest w stanie wywieźć nawet tych płodów rolnych, które zdołała wyprodukować. Częściowym rozwiązaniem mógłby być transport kolejowy przez Polskę do portów bałtyckich i Słowacji, ale nie da się wywieźć tak wszystkiego. Na przeszkodzie stoi brak wagonów i konieczność przeładunku na granicy, bo tory w Ukrainie mają „carską” szerokość, 1524 mm, a w Polsce, jak wiadomo, 1435 mm.

                                                    Teraz widać, jak bardzo przydałaby się relatywnie silna marynarka wojenna. Niekoniecznie silniejsza od rosyjskiej, to raczej niemożliwe. Ale gdyby miała choć cztery–sześć niedużych, ale pełnomorskich okrętów podwodnych, dwie–cztery średniej wielkości fregaty uniwersalne, z dziesięć szybkich korwet rakietowych i ze dwie eskadry samolotów bojowych...
                                                    Czyja jest Flota Czarnomorska?

                                                    Za czasów ZSRR Flota Czarnomorska była olbrzymią strategiczną formacją z zadaniem operowania we wschodniej części Morza Śródziemnego – dlatego była de facto radziecką flotą śródziemnomorską. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, rozpoczął się też podział potencjału wojskowego. Jednocześnie w 1992 r. Rosjanie spierali się z Ukrainą o Krym, główną bazę floty z olbrzymim portem wojennym w Sewastopolu, największym w całym ZSRR. Wiosną 1992 władze Ukrainy wezwały marynarzy Floty Czarnomorskiej do składania przysięgi Ukrainie, ci jednak odmówili. 7 kwietnia pierwszych 37 oficerów z administracji floty złożyło przysięgę ukraińską, ale załogi nie chciały o tym słyszeć, zdecydowanie opowiadały się za Rosją.

                                                    21 lipca 1992 r. zdarzyła się niesamowita historia. Mała (wyporność ok. 1000 ton) korweta do zwalczania okrętów podwodnych SKR-112 (w ZSRR małym okrętom nie nadawało się nazw, lecz symbole literowo-cyfrowe) wyszła na ćwiczenia z Sewastopola. W czasie rejsu załoga internowała nadzorującego ich szefa sztabu 307. Dywizjonu Okrętów kmdr. ppor. Siergieja Simonowa, po czym podniosła flagę Ukrainy i skierowała jednostkę do Odessy. Sprawę w Moskwie potraktowano jako bunt i wysłano w pościg inne okręty, ale SKR-112 szczęśliwie do Odessy dotarł. Tutaj ten dość leciwy okręt zbudowany w latach 60. stał się pierwszym ukraińskim okrętem wojennym, nazwanym „Otaman Biłyj”, i z numerem U-132 wszedł do służby. Był jednak tak zużyty, że posłużył tylko nieco ponad rok. W grudniu 1993 r. wycofano go ze służby, a trzy lata później trafił na złom.

                                                    Spór o Flotę Czarnomorską przedłużał się. Teoretycznie całość podlegała pod wspólny zarząd Ukrainy i Rosji, ale jej działaniami kierowała Moskwa, a okręty podnosiły rosyjskie bandery. Ukraińcy zaczęli tworzyć w Odessie, Mikołajowie i Oczakowie pierwsze jednostki brzegowe, przejęli też bazę lotnictwa morskiego Saki na Krymie wraz z niektórymi jej samolotami i śmigłowcami. Ale cały port w Sewastopolu wciąż zajmowało rosyjskie wojsko.

                                                    Jednym z pierwszych i jak dotąd największym okrętem Ukrainy była fregata „Getman Zagajdacznyj” (U-130) typu 11351 (NATO – Krivak III) o wyporności 3600 ton. Budowano ją w latach 1990–93 w Mikołajowie z przeznaczeniem dla Wojsk Ochrony Pogranicza KGB ZSRR, ale jednostki nie przekazano Rosji, a zamiast tego wcielono ją od razu do służby ukraińskiej. Ten największy okręt ukraińskiej marynarki wojennej służył pomyślnie aż do 24 lutego 2022, kiedy w obliczu rosyjskiej agresji, z obawy o przechwycenie przez wroga, został zatopiony w Mikołajowie przez własną załogę. Wydaje się, że była to decyzja przedwczesna, jednak nie oszukujmy się – ten okręt nie odegrałby w wojnie żadnej roli. Nie miał rakiet przeciwokrętowych, a jego dwie wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych Osa z trudem wystarczały do samoobrony.

                                                    Czytaj też: Rosyjska niemoc. Trumny na kołach i nieszyfrowane rozmowy
                                                    Ukrainie zostały złomy

                                                    Długie i trudne negocjacje skończyły się dopiero 27 maja 1997 r. podpisaniem porozumienia. Rosja mogła dzierżawić bazę morską w Sewastopolu przez dziesięć lat, z możliwością odnawiania umowy. W istocie stało się to tylko raz, w 2007 r. Kolejny termin upływał w 2017, ale po aneksji Krymu nie miało to już znaczenia.

                                                    Całą Flotę Czarnomorską przejęła w wyłączne posiadanie Rosja. W międzyczasie Ukrainie przekazano jednostki najstarsze i mało wartościowe. W zasadzie same złomy. Wśród nich dwie fregaty z lat 70.: „Biezzawietnyj” i „Biezukorizzniennyj” typu 1135 (NATO Krivak I), wcielone do służby jako „Dnipropietrowsk” (U-134) i „Mikołajow” (U-133). Pierwszy zasłynął z tego, że jeszcze w 1988 r. celowo staranował amerykański krążownik rakietowy USS Yorktown (CG-48), który zbyt blisko podpłynął do Krymu. Obie fregaty były mało wartościowe, zoptymalizowane wyłącznie do walki z okrętami podwodnymi. Co sowieccy projektanci mieli na myśli, tworząc takie jednostki? Zakładano zapewne, że będą działały pod osłoną własnego lotnictwa na Morzu Czarnym i Bałtyckim. Fregat tych nigdy nie wyremontowano ani nie zmodernizowano aż do wycofania w 2001, 2003 i zezłomowania.

                                                    W 1997 r. Rosja przekazała Ukrainie dwie korwety do zwalczania okrętów podwodnych typu 1124P Albatros (NATO: Grisha): „Chersoń” (U-210) i „Sumy” (U-209). Pierwszy był tak zużyty, że już po dwóch latach został wycofany i zezłomowany, drugi zaś wypisano ze stanu zaraz po zbadaniu jego stanu technicznego. Co ciekawe, Ukraina miała już dwa podobne okręty, które w 1992 r. przekazały Wojska Ochrony Pogranicza KGB Rosji, ale nie do marynarki wojennej, lecz do Służby Granicznej Ukrainy. Dopiero stąd w 1995 r. trafiły do marynarki jako „Izmaił” (U-205) i „Winnica” (U-206). Niestety, podobnie jak inne otrzymane okręty nie zostały wyremontowane i spisane ze stanu na przełomie wieków.

                                                    Ukraińcy mieli też najprawdziwszy okręt podwodny, jedyny w swojej flocie. Był to „Zaporożżja” (U-01), otrzymany po podziale floty w 1997 r. To stareńki okręt typu 641 (NATO: Foxtrot), taki sam, jakiego używała Polska w schyłkowym okresie PRL (ORP Wilk i ORP Dzik). Remontowano go długo, do 2012 r. I długo nie posłużył, bo w marcu 2014 w Sewastopolu zajęły go rosyjskie wojska. Niewiele miały z niego pożytku, więc został odstawiony i nikt o niego więcej nie dbał. W 2019 r. rozpoczęto prace, by okręt pr
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 19:56
                                                    To już któryś tekst, z którego wynika że jednak marynarka jest potrzebna.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 20:13
                                                    Matrek
                                                    Proszę o odpowiedź na pytanie.
                                                    Do czego będzie potrzebna Flotą Bałtycka po wejściu Szwecji i Finlandii do NATO.
                                                    :-)
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 20:56
                                                    Straci rację bytu, bo nawet nie będzie neutralnych portów, gdzie mogłaby zostać internowana.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 01:05
                                                    kolejny krótki filmik- bezpośrednie trafienie w kuter holowniczy
                                                    twitter.com/Osinttechnical/status/1525562822469492743
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 01:15
                                                    To pocisk z haubicy ten kuter trafił.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 01:51
                                                    "To pocisk z haubicy ten kuter trafił."
                                                    To zbyt daleka pewność- rzekłbym że pocisk artyleryjski ;-) A czy haubica, armatohaubica czy armata.... ;-)
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 09:02
                                                    Z rozbryzgu wody wynika, że pizgnął pionowo.;-)
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 20:35
                                                    Fiszer o mostach półtonowych. Ciekawe

                                                    MICHAŁ FISZER, JERZY GRUSZCZYŃSKI
                                                    ŚWIAT
                                                    81. dzień wojny. Pogrom Rosjan w bitwie o pontonowe mosty
                                                    15 MAJA 2022 10 MINUT CZYTANIA
                                                    Zdjęcie zamieszczone 12 maja 2022 r. w mediach społecznościowych przez ukraińską armię. Tak miała skończyć się próba sforsowania przez Rosjan rzeki Doniec.
                                                    2
                                                    General Staff of the Armed Forces of Ukraine / Facebook
                                                    Ostatniej doby niewiele zmieniło się na lądzie, nie licząc rysującego się coraz bardziej wycofania Rosjan spod Charkowa. Tak kończy się bitwa o to miasto, kolejna przegrana. Warto przy tym opisać, jak traci się siły przy próbie forsowania Dońca.
                                                    Sytuacja w Donbasie na szczęście bez większych zmian. Dziś już nikt nie pyta, kiedy rozpocznie się tutaj zapowiadana wielka ofensywa, bo jak widać, zanim się na dobre zaczęła, skończyła się znowu blamażem Rosjan. Kolejne próby ataków pod Iziumem na Słowiańsk nie dały żadnego rezultatu poza dalszym wykrwawieniem 1. Armii Pancernej Gwardii, z której pomału niewiele zostaje.

                                                    Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

                                                    Miało być „wpieriod!”, a udało się „w boook”

                                                    Ołeksij Arestowycz, doradca prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który jest dość wiarygodny, bo wypowiada się często, a nie zdarzają mu się wpadki informacyjne, powiedział ciekawą rzecz. Według niego cztery z 12 armii (1. Pancerna Armia Gwardii, 2. Gwardii, 5., 6., 8. Gwardii, 20. Gwardii, 29., 35., 36., 41., 49. i 58. armia) użytych w Ukrainie, czyli de facto wszystkich posiadanych, są kompletnie rozbite i nie mają żadnej wartości bojowej.

                                                    Z pewnością chodzi o 6. armię pod Charkowem, która z podkulonym ogonem zwija się pomału do Obwodu Biełgorodzkiego na rosyjską stronę granicy. A także o 29. armię, którą pozostawiono na Białorusi i już do walk w Ukrainie nie wróciła. Co do pozostałych dwóch, to najpewniej jest wśród nich 1. Armia Pancerna Gwardii, stopniowo wycofywana spod Iziumu. Kandydatów do ostatniego miejsca jest kilku.

                                                    To 2. Armia Gwardii, z której w Ukrainie obecnie zidentyfikowano tylko 30. Brygadę Zmechanizowaną. Co się stało z 15. Aleksandrijską Brygadą Zmechanizowaną Gwardii oraz 21. Omsko-Nowobugdską Brygadą Zmechanizowaną Gwardii, tego nikt nie wie. Może nawet samemu Putinowi nie powiedziano. Bo po co go martwić? Z kolei 41. armia właśnie podejmowała bezskuteczne próby forsowania Dońca, o czym dalej. I tak Centralny Okręg Wojskowy wytracił siły, bo podlegająca mu 90. Witebsko-Nowogrodzka Dywizja Pancerna Gwardii też już nie przypomina tej sprzed 24 lutego...

                                                    Ołeksij Arestowycz wspominał też, że ze stanowiskiem pożegnał się sam dowódca Centralnego Okręgu Wojskowego z Jekaterynburga gen. płk Aleksandr Łapin. Jeśli to prawda, to sprawa jest ciekawa, bo taki „zaszczyt” nie spotkał dotąd żadnego z czterech dowódców okręgów wojskowych, choć jest trzech kandydatów, by podzielić los kolegi.

                                                    Na południowym odcinku frontu w Donbasie Rosjanie usiłują wyłamać się ze zdobytej Popasnej, gdzie podobno ukraiński opór pokonała dopiero ściągnięta tu Grupa Wagnera, czyli prywatna banda, coś między agencją ochrony a armią najemników. Teraz walczy tu 40. Krasnodarsko-Charbińska Brygada Piechoty Morskiej i 336. Białostocka Brygada Piechoty Morskiej Gwardii (de facto sprowadzono je do roli zwykłych brygad zmechanizowanych). Tyle że wyłamanie zamiast w pożądanym kierunku na zachód udało im się w jałowym kierunku na północ, w stronę wsi Oleksandropilia. Może chcą w ten sposób obejść twardą obronę 24. Brygady Zmechanizowanej im. Króla Daniła, co mogłyby się udać, gdyby zostało przeprowadzone szybko i przeszło sprawnie w oskrzydlenie ukraińskich pozycji? Nieodparcie nasuwa mi się słynna scena z filmu „Nic śmiesznego”, kiedy na pytanie w windzie: „do góry jedzie?”, Cezary Pazura odpowiada: „a jak ma jechać, w boook?!”. Tak wyszło Rosjanom to natarcie – miało być „wpieriod!”, a było „w boook”. Na pozostałych frontach wschodu i południa Ukrainy nic się nie zmieniło.

                                                    Natomiast to, co się dzieje pod Charkowem, napawa dość sporym optymizmem. Rosyjskie wojska cofają się coraz bardziej na północ, po swojej stronie granicy kopią okopy i rozbudowują obronę, jakby Ukraińcy mieli ruszyć przez Biełgorod, Kursk, Orzeł i Tułę do samej Moskwy. Może to jest jakiś pomysł, w sumie kto by ich teraz powstrzymał, skoro to, co zostało z rosyjskich wojsk lądowych, niemal w całości walczy w Donbasie?

                                                    Czytaj też: Tak cichy ukraiński bohater pomaga ogrywać Rosjan

                                                    Jak forsowano Doniec

                                                    Okazuje się, że dzielna 41. armia, która zasłynęła już tym, że w drodze na Kijów po wschodniej stronie Dniepru uszła ledwie kawałek za Czernichów, nawet nie opanowując tego miasteczka, teraz bohatersko szturmuje Doniec. Rzeka przypomina tu Wartę albo Bug. Problemem jest dość muliste dno, w którym grzęzną czołgi, jeśli próbują przeprawić się w ten sposób.

                                                    Od razu sobie powiedzmy: forsowanie rzek do dziś stanowi problem. Dlatego najlepiej uchwycić istniejący most i po nim przejść. To się udało Rosjanom pod Chersoniem, gdzie już 25 lutego zaczęli przełazić na północno-zachodni brzeg Dniepru od razu w dwóch miejscach. Forsowanie Dońca pod Iziumem było już znacznie trudniejsze, walki o miasto trwały od 6 do 26 marca. Trzy tygodnie borykali się Rosjanie z obroną Iziumu. Walczyła tu wówczas 2. Armia Gwardii, której ostatecznie sforsowanie Dońca w mieście wyszło, ale kosztem olbrzymich strat. Rzecz w tym, że Ukraińcy nie zdecydowali się na zmasowany artyleryjski ostrzał zbudowanych przez Rosjan mostów pontonowych w obawie przed porażeniem okolicznych terenów zabudowanych i zadaniem strat własnej ludności.

                                                    Co prawda zajęcie Iziumu i wyjście 28 marca na południe stąd na niewiele się Rosjanom zdało, bo przez cały kwiecień i pół maja nie zdołali dojść dalej niż do połowy drogi do Słowiańska. Ale trzeba przyznać, że było to jedyne udane sforsowanie rzeki w ich wykonaniu z użyciem mostów pontonowych.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 21:09
                                                    Cd Fiszera o tym, co z mostów zostało:

                                                    Jak się rzek nie forsuje

                                                    2 maja rosyjskie wojska podjęły próbę sforsowania Dońca pod Szypiliwką. Rzeka robi tu zmyłę – najpierw skręca na północ i omija miejscowość od zachodu. A potem robi szeroki łuk, zawijając z powrotem na południe, przepływając nieco na zachód od Rubiżnego, dalej Doniec wciska się między Siewierodonieck a Lisiczańsk i płynie na południe.

                                                    Pokonując niewielki ukraiński posterunek obronny, Rosjanie rozlali się po okolicy. Wygląda na to, że zamiast pakować tu coraz większe siły i zajmować jak najszerszy pas terenu, szukali szczęścia po okolicznych wioskach. Jakby zajęli się czymś znacznie ciekawszym od prowadzenia walki. Rezultat był taki, że Ukraińcy zebrali większe siły i przepędzili rozproszone pododdziały wroga, do 4 maja było już po wszystkim. Rosjanie zemścili się, wściekle ostrzeliwując rejon między Szypiliwką a Priwillią, skąd zostali wyrzuceni. Ostrzał trwał w nocy z 4 na 5 maja i przez kolejny dzień. Oczywiście zameldowano przełożonym, że przeciwległy brzeg Dońca jest usłany trupami ukraińskich żołnierzy, ale tam zostały w większości rosyjskie trupy, bo Ukraińcy nieco się cofnęli. Nie było po co tam siedzieć, skoro wiadomo, że jak walą salwa za salwą, to nie da się wepchnąć pod ten ogień kolejnej grupy szturmowej. Lepiej poczekać dalej, aż się najeźdźcom znudzi ta kanonada.

                                                    Tymczasem Rosjanie zrobili zmyłę. Walili jak opętani we wspomniany rejon, ale do właściwego szturmu południowego brzegu Dońca przystąpili pod Sieriebrianką nieco dalej na zachód. Forsowanie rzeki podjęli tu 5 maja. Mieli jednak pecha, bo Ukraińcy akurat zrotowali jednostkę zmechanizowaną z Siewierodoniecka, zastępując ją tam wojskami obrony terytorialnej oraz Gwardii Narodowej. Trafiła tu 79. Brygada Desantowo-Szturmowa, która w ogóle nie dopuściła do uchwycenia przyczółka pod Sieriebrianką.

                                                    Ale Rosjanie są uparci. Teraz udało im się najlepsze, czyli bitwa pod Biłohoriwką, mniej więcej w połowie drogi między wspomnianymi miejscami. Tutaj Rosjanie spróbowali w nocy z 7 na 8 maja, w przeddzień słynnej Parady Zwycięstwa. Co prawda Putin miałby problem, by na placu Czerwonym ogłosić oszałamiające zwycięstwo pod Biłohoriwką, bo nazwa jest dla Rosjan ciężka do wymówienia, ale może po krótkich ćwiczeniach lingwistycznych jakoś by sobie z tym poradził.

                                                    8 maja udało się ustawić pierwszy most pontonowy, po którym poszły czołgi i bojowe wozy piechoty przypuszczalnie z 35. Wołgogradsko-Kijowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii. To „Kijowskiej” w nazwie to pozostałość z II wojny światowej – w 2022 r. do ukraińskiej stolicy brygada nie doszła. Teraz ochoczo ruszyła na Biłohoriwkę. W międzyczasie jednak w most wstrzelała się ukraińska artyleria, zatapiając go wraz z pewną ilością pancernych pojazdów, które wylądowały w rzece obok zniszczonej konstrukcji. Potem znów udało się przeprawić pod Szypiliwką i ponownie podjąć atak na Priwillię. Po jaką cholerę, Bóg raczy wiedzieć, przecież powinni dążyć do połączenia obu przyczółków – pod Szypiliwką i Biłohoriwką – dzieliło je wszak kilka kilometrów.

                                                    9 maja udało się pod Biłohoriwką przerzucić kolejny most pontonowy i na drugi brzeg trafiło już ok. 100 sztuk pojazdów pancernych (czołgów, bojowych wozów piechoty, dział samobieżnych, trochę techniki inżynieryjnej). Miały do przekroczenia wzgórza Szipiłowskie, ale trzeba było jak najszybciej ruszyć do walki, poszerzyć przyczółek, wprowadzić tam jak najwięcej sił i połączyć oba przyczółki w jeden. Mając dwa mosty pontonowe, można by w środku przerzucić trzeci, by nie zrywać ciągłości zaopatrzenia na południowym brzegu. Trzeba też było ściągnąć pod te przeprawy środki przeciwlotnicze i ze dwa–cztery dywizjony artylerii z radarami przeciwartyleryjskimi – by przy próbie zniszczenia przepraw ogniem artyleryjskim natychmiast odpowiedzieć kontrostrzałem i zneutralizować Ukraińców.

                                                    Tymczasem Rosjanie natłoczyli tę setkę pojazdów pancernych i przez cały dzień nie ruszyli się z miejsca. Jak znam ich i życie, to nawalili się z okazji Dnia Zwycięstwa tak, że nie byli w stanie się poruszać. W Polsce na początku lat 80. 9 maja (normalny dzień roboczy, nawet w PRL) nasze Su-7 przez przypadek ostrzelały z rakiet niekierowanych kompanię dziesięciu radzieckich czołgów T-55 na poligonie pod Biedruskiem. Na szczęście młodzi piloci w żaden czołg bezpośrednio nie trafili, ale wybuchy pourywały skrzynki na narzędzia, anteny i inne drobne wyposażenie, odłamki porysowały pancerz i potłukły niektóre peryskopy, w jednym przypadku zerwały gąsienicę. Kiedy nasi oficerowie przyjechali gazikiem w to miejsce, znaleźli ok. 50 rosyjskich żołnierzy i oficerów powalonych trunkiem w pobliskim baraku, kompletnie nieprzytomnych, oczywiście wybuchów rakiet nikt nie słyszał. Udało się dobudzić jednego oficera, który policzył zalanych do nieprzytomności żołnierzy i stwierdził, że wszyscy cali. Pokazano mu pokiereszowane czołgi, na co popatrzył błędnym wzrokiem, machnął ręką i wybełkotał coś w rodzaju: „a … z tym”, używając słowa znanego nam z Wyspy Węży. Stąd wiem, jak w Rosji świętuje się 9 maja, a przecież uhonorowanie bohaterów – rzecz święta.

                                                    Dlatego bezczynność na przyczółku pod Biłohoriwką przez cały Boży 9 maja jestem w stanie wytłumaczyć tylko w ten sposób.

                                                    Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

                                                    A 10 maja zaczęło się piekło

                                                    Przyleciał ukraiński aparat bezpilotowy, sfilmował co trzeba, a za chwilę na mosty i zgrupowanie rosyjskich wozów bojowych runęła nawała artyleryjska. Pociski w kilka godzin pozrywały przeprawy pontonowe i wszystkie wspomniane pojazdy zmieniły w stertę złomu.

                                                    Sytuacja rosyjskich wojsk na południowym brzegu stała się bardzo skomplikowana. Dlatego na pomoc ściągnięto spod Rubiżnego i Kremiennej wszelkie dostępne oddziały Ługańskiej Republiki Ludowej, które przepędzono przez Doniec na południe na pomoc „sojusznikom” z Rosji. Tak właśnie połączone siły nazywali sami Rosjanie – wojska sojusznicze. Alianci się, cholera, znaleźli.

                                                    12 maja ukraińska artyleria całkowicie zniszczyła wszelkie przeprawy pontonowe przez Doniec, które dzień wcześniej naprawiono; potężna nawała skierowała się teraz na sam przyczółek, gdzie do 13 maja zlikwidowano całość „sojuszniczych” wojsk. W konglomeracie zniszczonego sprzętu Ukraińcy znaleźli później także bojowe wozy desantowe BMD-2. Co prawda nie było ich dużo, ale wszyscy zachodzą w głowę, skąd się tam wzięły. Dzielni „sojusznicy” rąbnęli je własnym desantowcom czy jak? W każdym razie świadczy to o bałaganie w rosyjskiej armii.

                                                    I tak ostatecznie bitwa o mosty pontonowe na Dońcu pod Szypiliwką, Biłohoriwką i Sieriebrianką, prowadzona przez 11 dni (od 2 do 13 maja), skończyła się pogromem Rosjan. To tu wykrwawiły się resztki nie tylko wspomnianej 35. Wołgogradsko-Kijowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii, ale też 74. Zwienigorodzko-Berlińskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii, co spowodowało ostateczne wytracenie zdolności bojowej macierzystej 41. armii. I to w walkach o miejscowości o takich nazwach, że Rosjanie będą mieli problem je wypowiedzieć (zwłaszcza po spożyciu).

                                                    Według legendy król Władysław Jagiełło miał ponoć lepiej zadbać o historię swojego polsko-litewskiego królestwa, bo 14 lipca 1410 r. wyszedł na wzgórze i zapytał: jak się nazywa wioska koło tamtego pola? Bździągwy! – padła odpowiedź. Jagiełło wskazał na inną wieś: a tamta? Grunwald! Król uśmiechnął się i odrzekł: no dobra, to tam!
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 16.05.22, 19:59
                                                    Dzisiaj Fiszer o władzach tych gównianych republik ludowych

                                                    a pasku rosyjskich służb
                                                    Michał Fiszer
                                                    MICHAŁ FISZER
                                                    ŚWIAT
                                                    82. dzień wojny. Ługańska Republika Ludowa na pasku rosyjskich służb
                                                    16 MAJA 2022 11 MINUT CZYTANIA
                                                    Perwomajsk w obwodzie ługańskim. Prorosyjskie bojówki, 26 kwietnia 2022 r.
                                                    2
                                                    Stringer / TASS / Forum
                                                    Na frontach chwilowo bez zmian, choć oczywiście spokoju nie ma. Wszędzie jest sytuacja patowa, a teraz najgorsze żniwo po obu stronach zbiera artyleria. Ciekawe jest jednak to, z jaką łatwością Rosjanie oddają rejon na północ od Charkowa.
                                                    Sytuację na wszystkich frontach można naprawdę skwitować krótko – bez zmian. Rosjanie się wykrwawili i według doniesień brytyjskiego wywiadu ich straty mogą sięgać nawet 1/3 stanów wyjściowych sił, jakie wkroczyły do Ukrainy 24 lutego.

                                                    Broni się nawet nieszczęsny Mariupol, gdzie wciąż pozostaje blisko tysiąc ukraińskich żołnierzy z 36. Brygady Piechoty Morskiej oraz Pułku „Azow” ukraińskiej Gwardii Narodowej. Mniej więcej 400 z nich jest nadal zdolnych do walki, pozostali są poważnie ranni, wielu umiera w męczarniach. Trwają negocjacje, by ich wszystkich ewakuować do Turcji i tam internować do końca wojny. Trzymam kciuki za to, by się to udało.

                                                    Jak państwo zauważyli, mało piszę o Mariupolu, bowiem to, co się tam dzieje, przekracza ludzkie pojmowanie. Walczący w Mariupolu wykazują się taką siłą charakteru, że to aż niewyobrażalne. Jako nastolatek przeczytałem wspaniałą książkę Bohdana Arcta „Cena życia”. Była to oparta na faktach powieść opisująca losy brytyjskiego pilota myśliwskiego, który po upadku Singapuru dostał się do japońskiej niewoli, z której zdołał zbiec, a następnie przez tereny Indonezji i Nowej Gwinei dostał się do Australii. To, przez co ten człowiek przeszedł, było niewyobrażalne, książkę polecam. Pokazuje ona, na ile stać silnego człowieka walczącego o przetrwanie i jak wielką wartością jest ludzkie życie. O obrońcach Mariupola można napisać równie przejmującą książkę i może to ktoś kiedyś uczyni. Mjr pil. Bohdan Arct, as myśliwski, dowódca 316. Dywizjonu, dobrze wiedział, jaka jest cena życia. Sam wielokrotnie zaglądał śmierci w oczy, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, jak bardzo chce żyć.

                                                    Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

                                                    Ukraińskie sukcesy pod Charkowem

                                                    W wielu miejscach prowadzona przez ukraińskie wojska kontrofensywa pod Charkowem spowodowała wypchnięcie rosyjskich wojsk na odległość do 10 km od rosyjskiej granicy. Okazuje się jednak, że wcale nie są to takie bardzo rosyjskie wojska. W większości bowiem są tu obecne oddziały Narodowej Milicji Ługańskiej Republiki Ludowej, leżącej po sąsiedzku, nieco bardziej na południe. Oczywiście żadna to milicja, zwykłe regularne wojsko, choć jeszcze mniej profesjonalne niż wojska rosyjskie.

                                                    Najśmieszniejsze jest to, że ługańskich bojowników nie szanują nawet Rosjanie, bo to, że w Ukrainie uważa się ich za sprzedawczyków i zdrajców, to sprawa oczywista. Kilka dni temu doszło do ciekawego incydentu na granicy rosyjsko-ukraińskiej po zachodniej stronie rzeki Doniec. Pododdział milicji Ługańskiej RL, wycofując się, chciał przejść na terytorium Rosji, a tymczasem zagrodzili im drogę rosyjscy pogranicznicy, grożąc otwarciem ognia. Nie wpuszczono ich do Rosji, nikt ich tam nie chce. Jakiż musiał być ich zawód. Ługańska Republika Ludowa, czyli co?

                                                    Twór ten powstał w kwietniu 2014 r. w wyniku buntu rosyjskojęzycznej ludności ze wschodu Ukrainy. Niezadowolonych z kursu „na Zachód” było w Donbasie bardzo wielu, od Charkowa poprzez Ługańsk, Donieck, Mariupol i Nikopol. Funkcjonował tu bardzo prężny przemysł, produkujący wyroby kupowane głównie w Rosji, a których na Zachodzie raczej nie było szans sprzedać. Trudno bowiem oczekiwać, że Deutsche Bundesbahn zamiast lokomotyw spalinowych Bombardier Traxx kupiłyby ługańskie 2TE116UR, jakie brała Rosja. Albo żeby jakiś mieszkaniec zachodniej Europy wymienił swojego Volkswagena Tiguana na ZAZ Forza z Zaporoża. Ludzie bali się upadku macierzystych firm i utraty pracy. W dążeniu do zbliżenia z Federacją Rosyjską nie kierowali się rosyjskim patriotyzmem, rosyjską historią, klasa robotnicza Ługańska nie była rozmiłowana w Puszkinie ani Dostojewskim, nie słuchano Czajkowskiego ani Szostakowicza, zaś balet to raczej kojarzył im się z powrotem z knajpy w piątkowy wieczór. Chodziło o poziom życia, o pracę, o pewny byt, choćby skromny, ale niezagrożony.

                                                    Szybko jednak nastąpiło rozczarowanie. Okazało się bowiem, że do władzy dorwali się aferzyści powiązani z mafiami, co notabene i w Rosji jest dość powszechne. Jednak skala, z jaką odbyło się to w republikach ługańskiej i donieckiej, była powalająca.

                                                    W Rosji wszystko zaczęło się od Breżniewa, najbardziej leniwego przywódcy w dziejach ZSRR, który przeputał imperium lepiej, niż przyczynił się do tego amerykański wyścig zbrojeń. Breżniew popełnił fatalny błąd: pozwolił ludziom kraść. Oczywiście w Rosji zawsze kradli, było to zmorą również carów, i zawsze istnieli bajecznie bogaci oligarchowie, znani ówcześnie jako bojarzy. Stalin zaprowadził jednak pewien porządek, okresowo odstrzeliwując tych, którzy już się nachapali. Stalinowska polityka kadrowa była dość prosta – wyznaczam na stanowisko kogoś, kto ma szansę sobie z tym poradzić. Sprawdził się, to awansuje dalej. Nie sprawdził się – ląduje na Łubiance, Butyrkach albo w Lefortowskim. A stamtąd się już nie wychodzi. Chruszczow, choć nie rozstrzeliwał, to jednak kontynuował tę politykę – wysyłał na dalszą owocną służbę ojczyźnie do Workuty, Norylska, Wierchojańska, Dzierżyńska czy innego Muchosrańska, gdzie życie biegło wesoło, choć skromnie.

                                                    A leniwy Breżniew pozwolił kraść. Zajął się kolekcjonowaniem orderów z różnych krajów, a partyjni i państwowi funkcjonariusze nabijali sobie kabzę jak nigdy dotychczas. Breżniew i towarzysze mieli w ten sposób spokój i wszyscy byli zadowoleni. Wojsko zamawiało mnóstwo uzbrojenia, a przemysł za łapówki wciskał wojsku coraz większy chłam, choć z pozoru było to uzbrojenie niemające sobie równych. Taki samolot Su-27 na przykład – na pokazach lotniczych istna gwiazda, ale w istocie bubel, jakich mało. Jego potężny radar miał o wiele gorszy zasięg od zasięgu radaru o połowę mniejszego myśliwca F-16, był kompletnie nieodporny na zakłócenia, a jego komputer pokładowy był nieznacznie tylko ulepszoną wersją tego, jaki był znany z Su-17 (w eksporcie nazywany Su-22), opracowany na początku lat 80. W czasach, kiedy Amerykanie wdrażali rakiety kierowane aktywnym radarem typu AMRAAM, które można było odpalać salwami do 4–6 celów jednocześnie, Su-27 wciąż miał rakiety wymagające radarowego podświetlenia celu aż do trafienia, jak amerykańskie Sparrow z wojny w Wietnamie. Su-27 mógł atakować tylko jeden cel w jednym czasie, a F-16C – sześć. Co jest faktycznie wart, pokazała wojna w Ukrainie, gdzie jego rozwojowe wersje, myśliwski Su-35, myśliwsko-bombowy Su-30 i bombowy Su-34, padają jak muchy, nie osiągając niczego godnego lotnictwa XXI w.

                                                    Czytaj także: Zagadka niemocy rosyjskiej armii? Korupcja

                                                    Republiki na pasku rosyjskich służb

                                                    Najgorsze było jednak to, że za Breżniewa do koszenia kapuchy przyłączyły się służby specjalne, dotąd efektywnie pilnujące państwowego porządku. Będąca postrachem niesławna KGB stała się wówczas wielką firmą handlowo-usługową działającą ręka w rękę z państwowymi urzędnikami, którzy zaczęli tworzyć już nie administrację, ale zorganizowane grupy przestępcze. GRU dołączyła do tej zabawy później, bo działała głównie za granicą, ale swoje kanały miała, a zatem czemu by nie trzaskać mamonę, mając takie umiejętności, powiązania i aparat? Chciano co prawda przeprowadzić reformę skompromitowanej do cna KGB, przekształcając ją w FSB, ale na niewiele się to zdało. Efekt był taki, że Rosję opanowały mafie, ale mafie niezwykłe, bo zarządzane przez lokalne władze wspierane przez służby specjalne, nie było tam miejsca na mafie trzepakowe, znane z polskiego Pruszkowa czy Wołomina. Tak się złożyło, że najwyższe władze państwowe zarządzają w ten sposób najwięk
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 16.05.22, 20:01
                                                    Cd
                                                    Tak się złożyło, że najwyższe władze państwowe zarządzają w ten sposób największymi miastami, FSB opanowała interesy w europejskiej części Rosji, głównie w większych miastach, zaś prowincja wpadła w ręce GRU (przemianowanego niedawno na GU).

                                                    Dokładnie to samo stało się w obu republikach, gdzie obie koterie podjęły bezpardonową walkę o wpływy. W końcu wyłonił się pewien obraz, w którym Ługańska RL to domena GRU, zaś Doniecka RL – FSB. Walka między nimi była na tyle ostra i na tyle jawna, przeżerając oficjalne władze państwowe, że dochodziło wręcz do napięć między oboma republikami, które wcale tak dobrze ze sobą nie współpracują.

                                                    Kto stoi na czele ŁRL?

                                                    Ługańska RL ma zaledwie osiem lat, a jej przywództwo zdążyło się zmienić kilka razy. Przeglądając życiorysy tzw. kadry kierowniczej, można odkryć ich pewne powiązania, które stają się dość ciekawe. Pierwszym przywódcą ŁRL był Genadij Cypkałow, choć tylko przez cztery dni maja 2014 r. Ten były maszynista kolejowy pochodzący z Obwodu Rostowskiego w Rosji odbył służbę w 11. Brygadzie Desantowo-Szturmowej Gwardii w Ułan-Ude (1991–1994), co było o tyle ciekawe, że w owym okresie mieszkał już w Ukrainie pod Ługańskiem. Od sierpnia 2014 r. do grudnia 2015 r. był premierem rządu ŁRL, po czym niespodziewanie zrezygnował, do czego przypuszczalnie został zmuszony. We wrześniu 2016 r. aresztowany za próbę zamachu stanu, powiesił się w celi 23 września 2016 r. Czyli zginął jak Majakowski, który strzelił sobie w głowę – jak wiadomo – trzy razy.

                                                    Drugim z kolei był Walerij Bołotow, także pochodzący z Rosji, z Taganroga. To kolejny przywódca Ługańskiej RL, który odbył służbę w radzieckich, a później rosyjskich wojskach powietrzno-desantowych, w 103. Dywizji Powietrzno-Desantowej z Tibilisi (Gruzja), w której służył w latach 1988–1995. Wziął udział w walkach w Górskim Karabachu. Wraz z rozwiązaniem jednostki znalazł się poza wojskiem w stopniu starszego sierżanta. Osiadł w Ługańsku w Ukrainie, gdzie ukończył studia i od 2013 r. był aktywistą „Antymajdanu”. W kwietniu 2014 r. zasłynął ze ścigania funkcjonariuszy ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU w Ługańsku, stojąc na czele oddziału tzw. Armii Południowego-Wschodu (jak początkowo nazwano wojska separatystów występujące wspólnie). Wiedział o nich zaskakująco dużo, co było dość niezwykłe, jak na skromnego inżyniera, który ma jednak dość spore przerwy w życiorysie – nie wiadomo, co robił w okresie 1995–2013 poza studiowaniem, np. gdzie pracował. 18 maja 2014 r. wybrano go na głowę Ługańskiej RL, jak oficjalnie nazywa się funkcja na szczycie władzy w Ługańsku. W sierpniu 2014 r. niespodziewanie zrezygnował z tej funkcji i wyjechał do Moskwy, gdzie kierował pomocą dla ługańskich przedsiębiorstw i ruchów społecznych. Dziwne to trochę, siedzieć w Moskwie i organizować pomoc dla przedsiębiorstw. Skąd nagrywał kasę dla nich i w zamian za co? Ciekawa sprawa… Pod koniec 2016 r. ostro ściął się ze swoim następcą w Ługańsku Igorem Płotnickim, po czym nagle zmarł 27 stycznia 2017 r. w swoim mieszkaniu w Moskwie na zawał serca bez wyraźnych jego objawów. Jak widać, zawał serca też można przejść bezobjawowo, pomijając samą śmierć rzecz jasna.

                                                    Kolejnym przywódcą był Igor Płotnicki, znów ciekawa postać. Zajmę się nim oddzielnie, bo szkoda tylko się tak po tej postaci prześliznąć. Powiem tylko, że Płotnicki to też weteran Armii Radzieckiej, w której służył jako artylerzysta od 1982 r. do 1991 r., odchodząc jako major rezerwy. Zdolny był, w dziewięć lat do majora to niezła kariera, mnie to zajęło 16 lat służby, widać taki zdolny nie byłem.

                                                    Czytaj też: Tak cichy ukraiński bohater pomaga ogrywać Rosjan

                                                    Dowódca wyrzucony za pijaństwo

                                                    Ługańska RL to państwo rozkradane przez ludzi w taki czy inny sposób powiązanych z rosyjskimi służbami specjalnymi, głównie z GRU. O rozkładzie państwa świadczy na przykład coś takiego. W kwietniu 2017 r. zwolniono z 7. Czistiakowskiej Brygady Zmechanizowanej tzw. Milicji Ługańskiej RL aż 28 oficerów, w tym dowódcę, płk. Michaiła Nikołajewa. Dowodził on tą brygadą od początku, ale nie za bardzo się zasłużył. Natarcie na Słowiańsk na początku 2015 r. nie powiodło się, ale mimo to dowódca brygady został odznaczony Orderem Mikołaja Cudotwórcy II stopnia. Tymczasem w kwietniu 2017 r. pułkownika Nikołajewa wylano za całkiem co innego – za pijaństwo, i to I stopnia. Wiadomo nie od dziś, że w Rosji i krajach jej pokrewnych panuje przekonanie, że oficer powinien być wymytyj, wybrytyj i niemnożka podpityj, czyli „umyty, ogolony i nieźle nawalony”. Dlatego pijaństwa nie są niczym niezwykłym. Żeby zatem w Rosji czy w jakimś jej odprysku podpaść za alkohol, to trzeba naprawdę się zasłużyć dla przemysłu monopolowego. Zgodnie z informacjami ukraińskiego wywiadu GRU przyczyną zwolnienia było „ciągłe pijaństwo dowódcy brygady i innych oficerów. Nadużywając alkoholu, dowódcy wydawali podwładnym niezrozumiałe i sprzeczne rozkazy. Z raportów wojskowych wynika, że ​​wykonywanie takich rozkazów wyczerpuje ludzi fizycznie i moralnie oraz prowadzi do strat pozabojowych”. Jak doszło do „strat pozabojowych”, to chłopcy faktycznie zaszaleli. Mimo tego cyrku w brygadzie rok później nadano jej zaszczytny tytuł „gwardyjska”. I w tym momencie wyjaśniło się, za co te tytuły są nadawane i dlaczego niemal wszystkie rosyjskie jednostki noszą gwardyjski tytuł.

                                                    I nie ma co się martwić biednym pułkownikiem Nikołajewem, nie wyszło w Ługańsku, to wyemigrował do Doniecka, gdzie znalazł zatrudnienie w tamtejszych siłach zbrojnych na dość wysokim stanowisku. Został dyrektorem Departamentu Edukacji Patriotycznej i Wsparcia Weteranów. Z tymi weteranami to musi jednak uważać, bo wątroba już u nich słabsza…

                                                    Temat Ługańszczyny pociągnę jeszcze jutro, bo to naprawdę kopalnia osobliwości. Dlatego warto przyjrzeć się nieco, co tam się dzieje ciekawego. A Donieck zostawimy sobie na później.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 20:09
                                                    Rozmowa Marka Świerczyńskiego z Polityki z czołowym analitykiem wojskowym USA

                                                    To początek końca tej wojny czy koniec początku? Czołowy zachodni analityk przestrzega przed internetowymi filmikami i ocenami ad hoc konfliktu w Ukrainie. Z Michaelem Kofmanem rozmawiał Marek Świerczyński.
                                                    Analityka wojskowa stała się modna. Media społecznościowe, w których publikować może każdy, sprzyjają „generałom przed komputerami”, którzy a vista mają gotowe wyjaśnienie, własną teorię o wszystkim, co dzieje się na polu walki. Wojnę próbują tłumaczyć nawet niektórzy komentatorzy sportowi.

                                                    W tej atmosferze zawodowi eksperci mogą znacznie mniej, bo w odróżnieniu od gwiazd social mediów z reguły wypowiadają się oszczędnie, ostrożnie i bez wykrzykników. Mówią w imieniu swoim, ale również instytucji, nieraz finansowanych z publicznych źródeł i bardzo dbających o reputację. Jeśli pracują dla wojska, mówić mogą jeszcze mniej i cedzą każde słowo. To, co mogą robić, to wejść w świat internetu i próbować przekonać odbiorców, że na filmikach nie widać wszystkiego, a wojna nie toczy się na TikToku.

                                                    Jednym z nich jest dr Michael Kofman, dyrektor programu badań nad Rosją w amerykańskim Center for Naval Analyses. To ośrodek, który pracuje głównie dla Pentagonu, amerykańskich sił morskich, marynarki wojennej i piechoty morskiej. Jako długoletni badacz i autor analiz poświęconych rosyjskiej armii Kofman przed wojną i w jej trakcie stał się jednym z najbardziej cenionych na Zachodzie ekspertów, punktem odniesienia dla innych. Udziela się na Twitterze, w podkastach (najczęściej na portalu War on the Rocks), jednak nie stał się „gadającą głową” na każdy temat. Zawsze, gdy się wypowiada, zachowuje ostrożność w formułowaniu radykalnych sądów, bardzo często przyznaje, że czegoś nie wie. Kiedy dowiedziałem się, że będzie gościem konferencji PISM Strategic Ark w Warszawie, bardzo chciałem porozmawiać: nie tyle o sytuacji taktycznej, ile o zdolnościach analizy sytuacji rosyjskiej i ukraińskiej armii, możliwości przewidywania. A także o tym, co już wiemy, czego nie dowiemy się długo lub nigdy.

                                                    Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

                                                    Wiedzieć, czego się nie wie

                                                    – Na tym polega profesjonalna i rzetelna analityka: trzeba być uczciwym w ocenie swojej wiedzy. Robić zastrzeżenia, przyjąć, że pracuje się na niekompletnych danych, że pewne rzeczy się nie sprawdzą albo zostaną podważone. Trzeba być gotowym na rewizję wniosków – opowiada Kofman. – Im dłużej zajmuję się tą pracą, tym bardziej się przekonuję, że z czasem bywam doceniany za to, czego nie wiem. A jeszcze bardziej za stawianie właściwych pytań. Skąd wiemy, że coś jest prawdą? Co sprawiłoby, że nasza analiza stanie się fałszywa? Najlepsze pomysły są takie, które da się sfalsyfikować w zderzeniu z faktami, inaczej można mówić, co się chce.

                                                    Żeby ułatwić zrozumienie poziomu trudności, Kofman odwołuje się do dwóch wielkich wojen XX w. – Wciąż przecież dyskutujemy o wydarzeniach I i II wojny światowej. Czy na tym tle możemy sobie wyobrazić, ile nie wiemy o wczesnych fazach wojny w Ukrainie? Z czasem nieuchronnie będziemy dokonywać poprawek w zrozumieniu tego konfliktu – mówi. Świadomość, że mamy do czynienia z największą wojną w Europie od czasu II wojny, pozwala jednak dobrać podobne instrumentarium pojęciowe, które dopiero wiele dziesięcioleci po 1945 r. pozwoliło poznać i zrozumieć mechanizmy zwycięstwa aliantów i przegranej Hitlera.

                                                    Przygotowania, plany, założenia, dowódcy – dziś pozostają tajemnicą, której odkrycie będzie wymagać wielu lat pracy historyków, o ile tylko będą mieli dostęp do źródeł i archiwów. Poprawna w stu procentach analiza w czasie rzeczywistym jest po prostu wykluczona.

                                                    Czytaj też: Czemu tu leziecie? Czyli jak działa system Putina

                                                    Zły był rosyjski plan czy rosyjska armia?

                                                    W którym miejscu analizy zatem jesteśmy? – Ta historia nie została jeszcze napisana. Ale w miarę jak nasza wspólnota pracuje nad zrozumieniem wojny w Ukrainie, dowiadujemy się bardzo dużo. Wiemy wiele o tym, czego na początku nie widzieliśmy lub nie docenialiśmy. Jeśli chodzi o wojsko, wielu rzeczy nie da się sprawdzić, dopóki nie zostanie podjęta prawdziwa operacja. Przecież nie było widać, jak bardzo przegniła jest ta machina wojskowa. Uważam, że o rosyjskiej armii dowiedzieliśmy się rzeczy, których ona sama o sobie nie wiedziała – mówi Kofman. I dodaje: – Sami się przekonali, że wskaźniki gotowości mieli sztucznie napompowane, że mają za mało żołnierzy kontraktowych, braki piechoty w formacjach bojowych. Ale tego nie da się sprawdzić na sucho.

                                                    Kofman podejmuje tym samym dyskusję z najbardziej powszechnym przekonaniem o „błędach” zachodnich analityków. – Gdy ludzie mówią, że przecenialiśmy rosyjską armię, to zgoda. Ale metodologia pracy analityka bardzo często prowadzi do przesadzonych ocen. I to jest dobre, lepsze niż niedocenienie. Trzeba mieć świadomość, że siła wojskowa nie istnieje abstrakcyjnie. Nie ma czegoś takiego jak wskaźnik siły armii. Tego nie da się wyliczyć, to nie są pieniądze. Aby siła wojskowa mogła się uzewnętrznić, wymaga kontekstu, warunków prowadzenia operacji. To, co działo się w latach 2014–15, wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Zupełnie inna skala, intensywność, polityczne cele i oczywiście inne siły zbrojne Ukrainy. Można powiedzieć, że bardziej nie doceniliśmy Ukrainy, niż przeceniliśmy Rosję.

                                                    Podobny dylemat rysuje Kofman, jeśli chodzi o rosyjskie błędy i porażki. – Miały źródło w kompletnie nierealnym planie, koncepcji operacyjnej opartej na zamiarze zmiany władzy w Kijowie i założeniu, że Ukraina nie będzie walczyć. Wzięło się to ze wszystkich szalonych teorii politycznych Kremla. Jeśli zastanawiamy się, czy zły był plan, czy armia, która go wykonała – to prawdopodobnie obie odpowiedzi są słuszne. Tylko które stwierdzenie jest ważniejsze? – zastanawia się amerykański analityk. Jasnej odpowiedzi nie znamy.

                                                    Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

                                                    Mgła wojny

                                                    W trakcie tej rozmowy coraz ciężej było mi o cokolwiek pytać. Tyle niewiadomych, tyle wątpliwości i tyle możliwych scenariuszy. Na przykład – używając churchillowskiego porównania – czy to, co dzieje się teraz w Donbasie, to początek końca tej wojny, czy koniec początku?

                                                    – Sądzę, że jesteśmy na dobre w drugiej fazie tej wojny. Pierwsza, decydująca, trwała jakieś trzy tygodnie. Porażka założenia przesądziła o tym, co działo się dalej. Rosjanie doznali znacznych strat w ludziach i sprzęcie, ukraińska armia otrząsnęła się z początkowego szoku i przeszła do wyczerpywania zasobów strony rosyjskiej. W drugiej fazie widać, że Rosja podjęła próbę ofensywy znacznie mniejszymi i osłabionymi siłami, bez potencjału do ich odbudowy czy rotacji. Czy to znaczy, że tak będzie to wyglądać także w przyszłości? Nie. Po wyczerpaniu się tej ofensywy Ukraina będzie miała możliwości kontrofensywy, ale trudno przewidzieć kierunek. Jeśli jest się w trakcie wojny, nie jest łatwo ocenić, czy to jeszcze jej początek, środek, czy faza końcowa. Trzeba też pamiętać, że „mgła wojny” nadal się utrzymuje, wielu rzeczy nie widać. Mimo że jak żadna wojna wcześniej ta toczy na ekranach komputerów, laptopów, smartfonów. Pokusa, by na podstawie obrazków kreślić obraz tej wojny, jest olbrzymia.

                                                    Kofman przestrzega, że mnogość dostępnych zdjęć i nagrań utrudnia analizę. – One czasem dają pewien pogląd, ale trzeba być bardzo ostrożnym. Nie tak wygląda pole walki. Dostępność filmików z TikToka, zdjęć z Telegrama czy Twittera kształtuje pogląd na wojnę, ale to tylko jakaś część jej obrazu. Wnioski wyciągane w ten sposób mogą być bardzo mylące, zarówno jeśli chodzi o sytuację na polu walki, jak i o to, co dzieje się na wyższych poziomach: operacyjnym i strategicznym. Oczywiście należy też uwzględniać element kampanii informacyjnych obu stron. Konsumujcie to, ale z umiarem, dozą wątpliwości. Zadawajcie sobie pytania – radzi.

                                                    Czytaj też: Jacyś mało mobilni ci Rosjanie. I jeżdżą na złomie

                                                    Wojna w Ukrainie. Jak daleko do końca?

                                                    Ale nie sposób uciec od pyta
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 20:11
                                                    Cd
                                                    Marek Świerczyński, Polityka Insight
                                                    MAREK ŚWIERCZYŃSKI, POLITYKA INSIGHT
                                                    ŚWIAT
                                                    Czy przecenialiśmy armię Rosji? Pytamy jednego z najbardziej znanych zachodnich analityków
                                                    22 MAJA 2022 8 MINUT CZYTANIA
                                                    Zdjęcie zamieszczone 12 maja 2022 r. w mediach społecznościowych przez ukraińską armię. Tak miała skończyć się próba sforsowania przez Rosjan rzeki Doniec.
                                                    General Staff of the Armed Forces of Ukraine / Facebook
                                                    To początek końca tej wojny czy koniec początku? Czołowy zachodni analityk przestrzega przed internetowymi filmikami i ocenami ad hoc konfliktu w Ukrainie. Z Michaelem Kofmanem rozmawiał Marek Świerczyński.
                                                    Analityka wojskowa stała się modna. Media społecznościowe, w których publikować może każdy, sprzyjają „generałom przed komputerami”, którzy a vista mają gotowe wyjaśnienie, własną teorię o wszystkim, co dzieje się na polu walki. Wojnę próbują tłumaczyć nawet niektórzy komentatorzy sportowi.

                                                    W tej atmosferze zawodowi eksperci mogą znacznie mniej, bo w odróżnieniu od gwiazd social mediów z reguły wypowiadają się oszczędnie, ostrożnie i bez wykrzykników. Mówią w imieniu swoim, ale również instytucji, nieraz finansowanych z publicznych źródeł i bardzo dbających o reputację. Jeśli pracują dla wojska, mówić mogą jeszcze mniej i cedzą każde słowo. To, co mogą robić, to wejść w świat internetu i próbować przekonać odbiorców, że na filmikach nie widać wszystkiego, a wojna nie toczy się na TikToku.

                                                    Jednym z nich jest dr Michael Kofman, dyrektor programu badań nad Rosją w amerykańskim Center for Naval Analyses. To ośrodek, który pracuje głównie dla Pentagonu, amerykańskich sił morskich, marynarki wojennej i piechoty morskiej. Jako długoletni badacz i autor analiz poświęconych rosyjskiej armii Kofman przed wojną i w jej trakcie stał się jednym z najbardziej cenionych na Zachodzie ekspertów, punktem odniesienia dla innych. Udziela się na Twitterze, w podkastach (najczęściej na portalu War on the Rocks), jednak nie stał się „gadającą głową” na każdy temat. Zawsze, gdy się wypowiada, zachowuje ostrożność w formułowaniu radykalnych sądów, bardzo często przyznaje, że czegoś nie wie. Kiedy dowiedziałem się, że będzie gościem konferencji PISM Strategic Ark w Warszawie, bardzo chciałem porozmawiać: nie tyle o sytuacji taktycznej, ile o zdolnościach analizy sytuacji rosyjskiej i ukraińskiej armii, możliwości przewidywania. A także o tym, co już wiemy, czego nie dowiemy się długo lub nigdy.

                                                    Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

                                                    Wiedzieć, czego się nie wie

                                                    – Na tym polega profesjonalna i rzetelna analityka: trzeba być uczciwym w ocenie swojej wiedzy. Robić zastrzeżenia, przyjąć, że pracuje się na niekompletnych danych, że pewne rzeczy się nie sprawdzą albo zostaną podważone. Trzeba być gotowym na rewizję wniosków – opowiada Kofman. – Im dłużej zajmuję się tą pracą, tym bardziej się przekonuję, że z czasem bywam doceniany za to, czego nie wiem. A jeszcze bardziej za stawianie właściwych pytań. Skąd wiemy, że coś jest prawdą? Co sprawiłoby, że nasza analiza stanie się fałszywa? Najlepsze pomysły są takie, które da się sfalsyfikować w zderzeniu z faktami, inaczej można mówić, co się chce.

                                                    Żeby ułatwić zrozumienie poziomu trudności, Kofman odwołuje się do dwóch wielkich wojen XX w. – Wciąż przecież dyskutujemy o wydarzeniach I i II wojny światowej. Czy na tym tle możemy sobie wyobrazić, ile nie wiemy o wczesnych fazach wojny w Ukrainie? Z czasem nieuchronnie będziemy dokonywać poprawek w zrozumieniu tego konfliktu – mówi. Świadomość, że mamy do czynienia z największą wojną w Europie od czasu II wojny, pozwala jednak dobrać podobne instrumentarium pojęciowe, które dopiero wiele dziesięcioleci po 1945 r. pozwoliło poznać i zrozumieć mechanizmy zwycięstwa aliantów i przegranej Hitlera.

                                                    Przygotowania, plany, założenia, dowódcy – dziś pozostają tajemnicą, której odkrycie będzie wymagać wielu lat pracy historyków, o ile tylko będą mieli dostęp do źródeł i archiwów. Poprawna w stu procentach analiza w czasie rzeczywistym jest po prostu wykluczona.

                                                    Czytaj też: Czemu tu leziecie? Czyli jak działa system Putina

                                                    Zły był rosyjski plan czy rosyjska armia?

                                                    W którym miejscu analizy zatem jesteśmy? – Ta historia nie została jeszcze napisana. Ale w miarę jak nasza wspólnota pracuje nad zrozumieniem wojny w Ukrainie, dowiadujemy się bardzo dużo. Wiemy wiele o tym, czego na początku nie widzieliśmy lub nie docenialiśmy. Jeśli chodzi o wojsko, wielu rzeczy nie da się sprawdzić, dopóki nie zostanie podjęta prawdziwa operacja. Przecież nie było widać, jak bardzo przegniła jest ta machina wojskowa. Uważam, że o rosyjskiej armii dowiedzieliśmy się rzeczy, których ona sama o sobie nie wiedziała – mówi Kofman. I dodaje: – Sami się przekonali, że wskaźniki gotowości mieli sztucznie napompowane, że mają za mało żołnierzy kontraktowych, braki piechoty w formacjach bojowych. Ale tego nie da się sprawdzić na sucho.

                                                    Kofman podejmuje tym samym dyskusję z najbardziej powszechnym przekonaniem o „błędach” zachodnich analityków. – Gdy ludzie mówią, że przecenialiśmy rosyjską armię, to zgoda. Ale metodologia pracy analityka bardzo często prowadzi do przesadzonych ocen. I to jest dobre, lepsze niż niedocenienie. Trzeba mieć świadomość, że siła wojskowa nie istnieje abstrakcyjnie. Nie ma czegoś takiego jak wskaźnik siły armii. Tego nie da się wyliczyć, to nie są pieniądze. Aby siła wojskowa mogła się uzewnętrznić, wymaga kontekstu, warunków prowadzenia operacji. To, co działo się w latach 2014–15, wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Zupełnie inna skala, intensywność, polityczne cele i oczywiście inne siły zbrojne Ukrainy. Można powiedzieć, że bardziej nie doceniliśmy Ukrainy, niż przeceniliśmy Rosję.

                                                    Podobny dylemat rysuje Kofman, jeśli chodzi o rosyjskie błędy i porażki. – Miały źródło w kompletnie nierealnym planie, koncepcji operacyjnej opartej na zamiarze zmiany władzy w Kijowie i założeniu, że Ukraina nie będzie walczyć. Wzięło się to ze wszystkich szalonych teorii politycznych Kremla. Jeśli zastanawiamy się, czy zły był plan, czy armia, która go wykonała – to prawdopodobnie obie odpowiedzi są słuszne. Tylko które stwierdzenie jest ważniejsze? – zastanawia się amerykański analityk. Jasnej odpowiedzi nie znamy.

                                                    Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

                                                    Mgła wojny

                                                    W trakcie tej rozmowy coraz ciężej było mi o cokolwiek pytać. Tyle niewiadomych, tyle wątpliwości i tyle możliwych scenariuszy. Na przykład – używając churchillowskiego porównania – czy to, co dzieje się teraz w Donbasie, to początek końca tej wojny, czy koniec początku?

                                                    – Sądzę, że jesteśmy na dobre w drugiej fazie tej wojny. Pierwsza, decydująca, trwała jakieś trzy tygodnie. Porażka założenia przesądziła o tym, co działo się dalej. Rosjanie doznali znacznych strat w ludziach i sprzęcie, ukraińska armia otrząsnęła się z początkowego szoku i przeszła do wyczerpywania zasobów strony rosyjskiej. W drugiej fazie widać, że Rosja podjęła próbę ofensywy znacznie mniejszymi i osłabionymi siłami, bez potencjału do ich odbudowy czy rotacji. Czy to znaczy, że tak będzie to wyglądać także w przyszłości? Nie. Po wyczerpaniu się tej ofensywy Ukraina będzie miała możliwości kontrofensywy, ale trudno przewidzieć kierunek. Jeśli jest się w trakcie wojny, nie jest łatwo ocenić, czy to jeszcze jej początek, środek, czy faza końcowa. Trzeba też pamiętać, że „mgła wojny” nadal się utrzymuje, wielu rzeczy nie widać. Mimo że jak żadna wojna wcześniej ta toczy na ekranach komputerów, laptopów, smartfonów. Pokusa, by na podstawie obrazków kreślić obraz tej wojny, jest olbrzymia.

                                                    Kofman przestrzega, że mnogość dostępnych zdjęć i nagrań utrudnia analizę. – One czasem dają pewien pogląd, ale trzeba być bardzo ostrożnym. Nie tak wygląda pole walki. Dostępność filmików z TikToka, zdjęć z Telegrama czy Twittera kształtuje pogląd na wojnę, ale to tylko jakaś część jej obrazu. Wnioski wyciągane w ten sposób mogą być bardzo mylące, zarówno jeśli chodzi o sytuację na polu walki, jak i o to, co dzieje się na wyższ
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 20:28
                                                    Fiszer w 90. Dniu wojny:
                                                    Brytyjskie ministerstwo obrony podało, że w pierwszych trzech miesiącach wojny, które właśnie mijają, Rosja odnotowała więcej zabitych niż w całym trwającym dziewięć lat konflikcie w Afganistanie. Czy w obliczu dramatycznych strat ogłosi powszechną mobilizację?
                                                    Straty Rosji są faktycznie znaczące. Według brytyjskiego ministerstwa obrony przekroczyły 15 tys. zabitych, a to już więcej niż w konflikcie w Afganistanie (14 453), który – przypomnijmy – toczył się od 24 grudnia 1979 r. do 15 lutego 1989, czyli dziewięć lat i miesiąc.

                                                    Tymczasem według ukraińskiego resortu obrony, który do tej pory podawał dość rzetelne dane (w pełni się potwierdzały), Rosjanie stracili w Ukrainie 29 350 ludzi, a ok. 500 zostało wziętych do niewoli. Nawet jeśli szacunki są przesadzone, to jest wielce prawdopodobne, że liczba zabitych Rosjan przekroczyła 20 tys. Ponadto według ukraińskiego Sztabu Generalnego najeźdźcy stracili 1302 czołgi (dziewięć ostatniej doby), 3194 bojowe wozy piechoty, transportery opancerzone i inne pojazdy pancerne (28 ostatniej doby), 606 dział artylerii polowej (dwa ostatniej doby), 201 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych (jedną ostatniej doby), 93 środki przeciwlotnicze, 205 samolotów, 170 śmigłowców, 480 bezpilotowych aparatów latających i 2213 ciężarówek.

                                                    Te dane też są dość wiarygodne, dla większości istnieją potwierdzenia w postaci zdjęć, co skwapliwie odnotowują ci, którzy amatorsko zajmują się tzw. OSINT (Open Source Intelligence – wywiad bazujący na otwartych źródłach). Amatorsko, bo profesjonalne wywiady prowadzą OSINT zakrojony na szeroką skalę, ale swoich ustaleń oczywiście nie podają do publicznej wiadomości. Tak czy owak, rosyjskie wojska tracą znaczną część swojej siły bojowej i w desperacji sięgają po ostatnie dostępne rezerwy.

                                                    Czytaj też: Rosja nie domknęła górnej szczęki. Nadchodzi faza zmęczenia

                                                    Idą rezerwy z Kaliningradu

                                                    Walki są ciężkie, trwa wręcz nieustanna wymiana ognia artyleryjskiego przyczyniająca się do dotkliwych strat po obu stronach. Rosjanie nie odpuszczają, nadal próbują podjąć ofensywę w Donbasie, walczą o każdą piędź ziemi. Według ukraińskich źródeł znów szykują się do ataku z rejonu Iziumu, bo ostrzał artyleryjski jest tam szczególnie intensywny. Taka próba ataku 23 maja na Słowiańsk skończyła się bitwą pod Dowhenke, wsią położoną w połowie drogi między Brażkiwką a Krasnopilią. Atak został odparty, a nazwy geograficzne wskazują, że Rosjanie wciąż drepczą tu w miejscu. Najciekawsze, że ściągają w rejon Iziumu ostatnie rezerwy w postaci elementów 11. Korpusu Armijnego z Obwodu Kaliningradzkiego. To już naprawdę desperacki ruch. Czyżby nie wierzyli własnej propagandzie, że NATO zamierza napaść Rosję? Ogołacanie Obwodu Kaliningradzkiego z wojsk zdolnych do obrony to jednak wyraz najwyższego zaufania do Sojuszu...

                                                    23 maja Rosjanie uzyskali minimalne zdobycze wokół Siewierodoniecka, doszli do przedmieść. Teraz czeka ich to, czego nie lubią i nie potrafią – walki miejskie. O działaniach w terenach zurbanizowanych warto napisać oddzielny tekst i z pewnością to w najbliższym czasie uczynię. W każdym razie Siewierodonieck to kolejny obszar, w którym dojdzie do krwawych starć, choć być może nie na miarę Mariupola, od którego jest cztery razy mniejszy. Mariupol jest ciut większy od Szczecina, ciut mniejszy od Gdańska, Siewierodonieck jest wielkości Koszalina. Zaraz po drugiej, zachodniej stronie rzeki znajduje się Lisiczańsk (jak nasz Kalisz). Z wojskowego punktu widzenia kierunek ten nie da Rosjanom dogodnej podstawy do natarcia, za to mogą ponieść nowe ciężkie straty.

                                                    Gorzej jest niestety pod Łymanem – Rosjanie zdołali wtargnąć na północne przedmieścia miasteczka, które jest ważnym węzłem kolejowym i drogowym. Łyman leży na północnym brzegu Dońca, więc gdyby Ukraińcy wycofali się na południe, w oparciu o rzekę mogliby zorganizować skuteczną rubież obronną.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 20:31
                                                    Cd
                                                    Ataki z rosyjskich włamań

                                                    W rejonie Popasnej Rosjanie wreszcie zostali zatrzymani, choć 23 maja toczono tu ciężkie walki niemal na wszystkich kierunkach ich włamań: pod Toszkiwką (leży bliżej Lisiczańska) Rosjanie dotarli po zachodnim brzegu Dońca pod Komiszuwachę leżącą 5 km na północ od Popasnej (nie należy jej mylić z Wieliką Komiszuwachą położoną na zachód od Iziumu); pod Nyrkowe (ok. 2 km na północny zachód od Komiszuwachy); pod Wasiliwką (ok. 10 km na północny zachód od Popasnej); pod Myroniwskij (ok. 12 km na południowy zachód od Popasnej). Nigdzie ostatniej doby nie uzyskali jednak nowych zdobyczy terenowych. Ukraińcy trzymają się niesamowicie dzielnie.

                                                    Do Mariupola po 20 maja wkroczyły siły milicji tzw. Donieckiej RL, by rozminować zakłady Azowstal, tymczasem jeszcze 22 maja doszło tu do starć. Zadziwiające, ale wygląda na to, że w mieście mogą się jeszcze bronić pojedynczy żołnierze, którzy się nie poddali. Z kolei pod Charkowem utknęła nieco ukraińska kontrofensywa prowadzona ograniczonymi siłami – Rosjanie ściągnęli tu wszelkie dostępne moce. Pojawiły się wojska 11. Korpusu Armijnego z Obwodu Kaliningradzkiego, elementy milicji sąsiedniej Ługańskiej RL, Donieckiej RL, 6. armii i 41. armii, którą przypuszczalnie w linii nad Dońcem zastąpiła 2. Armia Gwardii.

                                                    Jak widać, ukraińskie postępy na północ od Charkowa bardzo Rosjan zaniepokoiły. Bo to nie tylko kolejny blamaż (i kolejne upokorzenie Putina), ale też zagrożenie dla linii komunikacyjnych prowadzących w rejon Iziumu, bez których nie da się zaopatrywać dużego zgrupowania wojsk.

                                                    Thomas Piketty: To jest wojna imperialna z poprzedniej epoki

                                                    Mobilizacja na łapu-capu

                                                    Wobec słabnącej siły bojowej w Rosji słychać coraz więcej wezwań do wypowiedzenia Ukrainie wojny i ogłoszenia powszechnej mobilizacji. Taki apel wygłosił kilka dni temu nie byle kto, bo gen. płk dr Leonid Iwaszow, emerytowany oficer stojący na czele Wszechrosyjskiego Stowarzyszenia Oficerów, organizacji oficerów rezerwy mającej spory wpływ na kremlowskie władze. Z całą pewnością wyraża on opinie części kierownictwa państwa. Bo właściwie nie ma już jak uzupełniać strat.

                                                    Wyjaśnijmy, na czym polega mobilizacja. Z doświadczenia z moim studentami, których rodzice nie służyli już w wojsku, wiem, że większość ludzi nie zna rzeczywistego znaczenia tego słowa. Mobilizacja w wojskowym języku to przenoszenie zasobów z sektora cywilnego do resortu obrony i wykorzystanie ich do prowadzenia działań wojennych lub obronnych. Dotyczy to zarówno „zasobów ludzkich” (powołania do służby ludzi podlegających powszechnemu obowiązkowi obrony państwa), jak i zasobów materialnych. Gospodarce cywilnej zabiera się sprzęt i przydatne wyposażenie: ciężarówki i samochody terenowe, quady, przyczepy, paliwo, maszyny budowlane, materiały do remontu dróg, linii kolejowych i mostów, komputery i środki teleinformatyczne, namioty, opatrunki i medykamenty, karetki pogotowia itp.

                                                    Wiele rzeczy wojsku się przyda, ale w normalnych armiach obowiązuje ścisły plan mobilizacji, nic nie dzieje się na łapu-capu. Są kalkulacje, jakie jednostki można i należy sformować na wypadek mobilizacji, ilu będzie im potrzebnych oficerów, podoficerów i żołnierzy, oczywiście posiadających określone kwalifikacje. Na przykład oficerowie rezerwy, którzy kończyli studia techniczne, trafią do jednostek specjalistycznych, gdzie łatwo się nauczą obsługi radarów czy systemów kierowania ogniem. Ludzie po kierunkach typu budownictwo czy inżynieria trafią do jednostek inżynieryjno-saperskich, po informatyce czy elektronice – do łączności, po matematyce i fizyce – do artylerii, po filologii polskiej i socjologii – do piechoty, a po filozofii i psychologii – do wojsk pancernych, bo pod pancerzem w zamknięciu i izolacji najlepiej się myśli. Znam przypadek, gdy pewien absolwent metrologii (nauki o pomiarach, jednostkach i metodach pomiarowych) trafił do wojskowej służby meteorologicznej, bo ktoś się leciutko pomylił… Biedaka i tak nauczono odróżniać cumulusy od cirrusów, bo w wojsku wszystkiego się można nauczyć, a zwłaszcza ubogacić słownictwo w pewnym określonym obszarze (w tzw. łacinie kuchennej).

                                                    To samo dotyczy sprzętu. Plany mobilizacyjne powinny obejmować konkretne potrzeby formowanych i istniejących, ale uzupełnianych jednostek z uwzględnieniem konkretnego mienia zarejestrowanego w systemie mobilizacyjnym. Dlatego praca oficerów komórek mobilizacyjnych nie jest łatwa. Kiedyś wojewódzkie sztaby wojskowe odpowiadały za ewidencję sprzętu (z niektórymi firmami podpisywano stosowne umowy), a wojskowe komendy uzupełnień – za ewidencję ludzi. Ale i tak nie bardzo to wychodziło, bo kiedy w latach 90. w ówczesnym 7. Pułku Bombowo-Rozpoznawczym w Powidzu ogłoszono ćwiczebną mobilizację, a łącznik z kartą powołania udał się do wioski, zamiast podlegającego mobilizacji wzorowego obywatela zastał jakąś staruszkę: „Panie, syn do Rajchu do roboty pojechał, kiedy wróci, to nie wiem, kontaktu z nim ni ma, przyjedź pan na święta, pewnie zjedzie w dom”…

                                                    Podejrzewam, że dziś w Polsce byłoby podobnie. Czy ktokolwiek, kto pojechał do Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec do pracy, a takich są przecież miliony (ponad milion na pewno), zgłosił się do wojskowej komendy uzupełnień i zostawił swoje dane kontaktowe za granicą?

                                                    Podejrzewam, że w Rosji sprawa ma się podobnie. Tam to dopiero musi być bałagan! Już widzę, jak działają centra rekrutacyjne. Zresztą ostatnio dziwnie często płoną. Według oficjalnych danych od początku wojny odnotowano 12 przypadków podpalenia ich siedzib przy pomocy koktajli Mołotowa, w jednym przypadku wojskowych z centrum rekrutacji ostrzelano z broni pneumatycznej, były też inne ekscesy o charakterze chuligańskim, wyrażające radość narodu z powodu możliwego powołania do służby i spełnienia patriotycznego obowiązku w toku „operacji specjalnej” w Ukrainie.

                                                    Czytaj też: Kiedy nadejdzie silne ukraińskie kontrnatarcie?

                                                    Putin mobilizuje, naród się nie pali

                                                    Gdy padła plotka, że Putin ogłosi mobilizację 9 maja, już 5–8 maja rosyjski internet zawaliło jedno hasło wpisywane w wyszukiwarkę yandex: „Prawa na otsroczku od prizywa”, czyli prawo do odroczenia powołania w przypadku mobilizacji. Przysługuje ono trwale niezdolnym do służby (inwalidom i ciężko, przewlekle chorym), którzy i tak muszą stawiać się co sześć miesięcy przed specjalną wojskową komisją lekarską. Znając Rosję, co pół roku trzeba wyskrobać kasę na odpowiednią łapówę. Jak się łatwo domyślić, nie każdego na to stać.

                                                    Prawo do odroczenia mają też opiekunowie rodziców biologicznych bądź przybranych, współmałżonków, rodzeństwa, dzieci biologicznych lub przybranych, dziadka/babci, którzy nie mogą samodzielnie funkcjonować, a których nie jest w stanie przejąć państwowa opieka. Nie powołuje się też jedynych opiekunów osób małoletnich, dzieci czy rodzeństwa, a także kobiet w ciąży (powyżej 22 tygodni). Co ciekawe, zwolnieni z obowiązku są również mężowie żon po 22. tygodniu ciąży, jeśli kobieta ma już co najmniej trójkę dzieci w wieku do 16 lat. A do tego członkowie Rady Federacji Rosyjskiej, deputowani do Dumy i ci, którzy są na specjalnej rządowej liście. Czyli zapewne członkowie rządu, administracji państwowej, urzędnicy w „organach”, strażacy, część służby medycznej, pracownicy zakładów o dużym znaczeniu dla obronności kraju itd.

                                                    Mobilizacja może być powszechna (dotyczy wszystkich) lub częściowa (dotyczy wybranych roczników lub obszarów kraju). W Rosji rezerwistów podzielono na cztery grupy: 18–30 lat, 31–45 lat, 46–50 lat i 50–60 lat. Starszych nie obejmuje. Obecnie mówi się o powołaniu do służby tylko pierwszej grupy.

                                                    Czytaj też: Ani coca-coli, ani Toma Cruise’a. Rosjanie są skazani na podróbki

                                                    Poborowy żołnierz „jednorazowy”

                                                    Załóżmy, że Rosja zgarnie do woja jakieś 100 tys. dwudziestolatków. Pomijając fakt, że tych, którzy jeszcze nie znaleźli pracy, rodzice dość masowo wysyłają do Azji „na studia”, bo to obecnie jedyny możliwy kierunek, a inni załatwią sobie różne lewe papiery inwalidzkie i podobne, to należy się spodzi
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 20:37
                                                    Cd2:
                                                    Poborowy żołnierz „jednorazowy”

                                                    Załóżmy, że Rosja zgarnie do woja jakieś 100 tys. dwudziestolatków. Pomijając fakt, że tych, którzy jeszcze nie znaleźli pracy, rodzice dość masowo wysyłają do Azji „na studia”, bo to obecnie jedyny możliwy kierunek, a inni załatwią sobie różne lewe papiery inwalidzkie i podobne, to należy się spodziewać, że jak zwykle w kamasze pójdą najbiedniejsi i najmniej operatywni, w większości mieszkańcy prowincji. Już widzę, jak wspaniale opanują nowoczesny sprzęt wojskowy i skomplikowane uzbrojenie. Do tego Rosja zostałaby ogołocona z wielu pracowników fizycznych.

                                                    Zapewne nie będzie komu ładować towarów na wagony kolejowe czy ciężarówki, wykładać towaru w sklepach, roznosić paczek kurierskich, zamiatać ulic, pracować na budowach. Gospodarka, zapewne zwłaszcza rolnictwo, dostanie kolejnego po sankcjach kopa. A wojsko zyska mięso armatnie, które wyśle do przemielenia przez wojenną maszynkę w Ukrainie. Już dziś funkcjonuje w żargonie rosyjskich dowódców ciekawe określenie na poborowych: „jednorazowy”.

                                                    I najlepsze – Rosjanie rozkonserwowują ponoć starszy sprzęt, jak czołgi T-62, kołowe wozy rozpoznawcze BRDM-2 czy niezmodernizowane bojowe wozy piechoty BMP-1. T-62 pamiętają wojnę Jom Kippur na Synaju z 1973 r., to prawdziwy hit. Dziwi to tym bardziej, że Rosjanie podobno mają ok. 7 tys. zakonserwowanych czołgów T-72. Tych 7 tys. to prawdziwa potęga, Ukraińcy musieliby poświęcić rok i cztery miesiące, by je wszystkie poniszczyć. Szybciej się nie da, javelinów nie wystarczy.

                                                    Ale dziwnym trafem te akurat czołgi nie trafiają do Ukrainy jako uzupełnienie. A raczej: te, które się nadawały, już trafiły. A co z resztą? A diabli wiedzą, pewnie są rozkradzione, niesprawne i popsute, wymagają solidnego remontu, by je w ogóle uruchomić. Bloków elektroniki też dla nich nie ma, bo w kraju nie produkuje się odpowiednich elementów i mikroprocesorów, wszystko kupowano za granicą. Toć to w Polsce takie rzeczy są produkowane, a w Rosji nie! Dlatego produkcja nowych czołgów i innego sprzętu praktycznie stoi, z taśm schodzą śladowe ilości, w których zamontowano urządzenia z zapasów lub ocalone z niesprawnych wozów na składowiskach.

                                                    Kiedy więc w Ukrainie pojawią się czołgi T-62, nie będzie to pokaz grupy rekonstrukcyjno-historycznej. To będzie niezwyciężona armia Federacji Rosyjskiej.
                                                  • kstmrv Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 22:42
                                                    Odyn, jak robisz copy/paste to mógłbyś poświęcić chwilę czasu na edycję i powycinać linki do innych artykułów, zaburzają czytelność.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 24.05.22, 23:07
                                                    Ok. Bedę w przyszłości tak robił.
                                                    :-)
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 00:01
                                                    Fiszer z 24 bm. Nie analiza, ale prognoza i dlatego warto przeczytać.

                                                    Na Donbas Rosjanie rzucili prawie całe wojska lądowe. Poza tym rejonem pozostało zaledwie kilka dużych rosyjskich jednostek – jedna od początku wojny zbiera lanie pod Charkowem, inne twardo bronią Chersonia, jeszcze inne niemrawo atakują w kierunku Zaporoża. Poza Ukrainą Rosja trzyma tylko jeden korpus armijny – w Kaliningradzie. Ale efektów takiej koncentracji wciąż nie widać.

                                                    Działania w Donbasie zaczęły przypominać wojnę zimową toczoną z Finlandią na przełomie 1939 i 1940 r. Armia Czerwona przez pół roku mozolnie wgryzała się wtedy w fińską ziemię, zalesioną i zamarzniętą, po to, by w końcu – zamiast zdobyciem Finlandii – pochwalić się „odsunięciem granicy” od ówczesnego Leningradu.

                                                    Sowieci rzucili do walki w Finlandii nieprawdopodobnie wielkie siły – blisko milion żołnierzy, których wspierało ponad 6,5 tys. czołgów, olbrzymie ilości dział i samolotów. W toku dramatycznych walk o skrawek ziemi stracili co najmniej 126 tys. żołnierzy, prawie 265 tys. zostało rannych. Przepadło im również 2268 czołgów i 934 samoloty.

                                                    Dziś w Donbasie walczy ok. 140 tys. rosyjskich żołnierzy, na pozostałych odcinkach frontu – zaledwie 40 tys. Ich straty w poniedziałek dobijały już do poziomu 30 tys. ludzi i około tysiąca czołgów. Można więc powiedzieć, że gonią rekord wojny fińskiej. Procentowo, w stosunku do zaangażowanych sił, te straty będą docelowo większe niż w Finlandii. I cała ta wielka armia nie jest w stanie zdobyć obszaru wielkości województwa mazowieckiego.

                                                    Zamysł. Tereny Donbasu kontrolowane przez władze Ukrainy wcinają się szerokim łukiem w obszar opanowany przez Rosjan i separatystów donbaskich. Wokół tego łuku od północnego zachodu leży Izium, Siewierodonieck na wschodzie, Popasna na południowym wschodzie i Donieck na południu.

                                                    Początkowo Rosjanie wyprowadzili dwa główne natarcia, z Iziuma i z Doniecka, z zamiarem ścięcia łuku u jego podstawy i zamknięcia w okrążeniu znajdujących się wewnątrz wojsk ukraińskich. Wówczas droga na Zaporoże i na miasto Dniepr stanęłaby otworem, wtedy można by podejść do Charkowa od południa i całkowicie odciąć to wielkie miasto, skazując je na powolny upadek. Cały wschód Ukrainy byłby rosyjski – o czymś takim marzyli Rosjanie.

                                                    Dlatego do głównego natarcia rzucili swoje najlepsze – jak im się wydawało – formacje, w tym z Iziuma elitarną 1. Armię Pancerną Gwardii. W końcu kwietnia miało się rozpocząć wielkie natarcie, ale zostało „przeoczone” przez ekspertów – wielu z nich było przekonanych, że to jakieś wstępne rozpoznanie bojem w stylu radzieckim. I faktycznie, tak to wyglądało, bo zamiast rajdu w stylu Rokossowskiego przez całą Białoruś z lata 1944 r., można było zobaczyć, jak rosyjskie wojska poruszały się w tempie kilometra dziennie. I to tylko wtedy, gdy miały dobry dzień.

                                                    Północne ramię. Natarcie wyprowadzone z Iziuma rozlało się w trzech kierunkach: bezpośrednio na Słowiańsk, na Barwinkowe na południowy zachód i na Wielką Komiszuwachę w kierunku na zachód. Oczywiście Rosjanie chcieli pójść na Słowiańsk i Kramatorsk, zaś te dodatkowe kierunki natarcia miały na celu obejście ukraińskiej obrony.

                                                    Ale w kolejnych natarciach kompletnie wykrwawili tu aż trzy dywizje, trzeba było je wycofać na tyły, na północ od Iziuma, gdzie mają zorganizować obronę, bo atakujące od strony Czuhujewa wojska ukraińskie mogłyby odciąć całe zgrupowanie iziumskie od zaopatrzenia. Do dalszego natarcia rzucono kolejne dwie świeże dywizje, w tym spadochroniarzy, ale na niewiele to się zdało.

                                                    W tej sytuacji Rosjanie spróbowali dalej na wschód, w głębi Łuku Słowiańskiego. Jednak próby forsowania rzeki Doniec na północ od Siewierska 2–13 maja skończyły się wytraceniem całej siły bojowej 41. Armii i zniszczeniem dwóch brygad.

                                                    Gorzej dla Ukraińców jest nieco dalej na zachód, bliżej Iziuma, gdzie ich wojska trzymają jeszcze skrawek terenu na północ od Dońca. Chodzi o ważny węzeł kolejowy i drogowy w Łymaniu. Od początku maja Rosjanie zdobywają tam teren, posuwając się stopniowo na południe. Obecnie walki toczą się o Ozerne, ostatnią wieś przed Dońcem, no i oczywiście o sam 20-tys. Łyman.

                                                    Podsumowując, północne ramię rosyjskiego frontu utknęło, choć Rosjanie uporczywie podejmują próby ataków i przebicia się przez wyczerpaną już, ale wciąż nieustępliwą ukraińską obronę.

                                                    Część wschodnia. Tu, niestety, nie ma dobrych wieści dla Kijowa. 15 maja Rosjanie zdobyli Rubiżne, 55-tys.; miasto na północ od Siewierodoniecka. Walki trwały tam od pierwszej dekady marca i dopiero po dwóch miesiącach ciężkich starć Rosjanie zdołali je zająć. Ten ruch zagraża z kolei położonemu bardziej na południe Siewierodonieckowi, ostatniemu węzłowi oporu wojsk ukraińskich na wschodnim brzegu Dońca, oraz leżącemu na zachodnim brzegu Lisiczańskowi. To ważne miasta przemysłowe, odpowiednio 103- i 99-tys.

                                                    20 maja Rosjanie zniszczyli jeden z dwóch mostów łączących oba miasta i teraz do zaopatrywania obrońców Siewierodoniecka oraz do ewakuacji rannych został już tylko jeden most na Dońcu. Ukraińcy podjęli ryzyko uporczywej obrony miasta, jednak w przypadku zniszczenia ostatniej przeprawy na Dońcu może się ono zamienić w drugi Mariupol.

                                                    Południowe ramię. Natarcie z Doniecka Rosjanom kompletnie nie wyszło, choć nadal próbują. O wiele lepiej im się wiedzie w rejonie Popasnej, którą zdobyli już 7 maja, głównie dzięki płatnym cynglom z Grupy Wagnera. Jest to prywatna firma, ni to ochroniarska, ni to militarna – armia płatnych najemników, niemal na pewno utrzymywana przez wywiad GRU (obecnie nazwę zmieniono na GU) pod odpowiednią przykrywką. Są to najczęściej weterani rosyjskich formacji specjalnych.

                                                    Przez dłuższy czas Rosjanie nie ruszali się z Popasnej, ale w połowie maja dwie rosyjskie brygady przełamały ukraińską obronę jakieś 10 km na północny zachód od miasta. W ten wyłom natychmiast weszły większe siły rosyjskie, ale Ukraińcom udało się je na razie zatrzymać.

                                                    Generalnie Rosjanom w Donbasie – to tu, to tam – udaje się wgryźć chwilowo w ukraińską obronę na głębokość kilku kilometrów, ale ponoszą przy tym zatrważające straty.

                                                    Wytrzymać trzy tygodnie. 20 maja ostatecznie padł Mariupol, a Rosjanie – jak to mają w zwyczaju – złamali zawarte porozumienie i przetrzymują obrońców miasta na własnym terytorium, choć była już dogadana wymiana jeńców, w ramach której Ukraińcy mieli oddać więcej Rosjan, niż odzyskać swoich. Tymczasem na północ od Charkowa ukraińskie wojska odniosły pewne sukcesy, odpychając rosyjskie na odległość 10–15 km od granicy z Rosją. Teraz jednak rosyjska obrona stężała, wprowadzono tu rezerwy – wojska, które lizały rany w rejonie Biełgorodu, musiały wrócić do walki.

                                                    Ukraina musi wytrzymać jeszcze trzy–cztery tygodnie, nie tracąc zbyt wiele terenu. Pod koniec czerwca będą gotowe nowe, obecnie szkolone siły, wyposażone w sprzęt, który dosyła NATO. Włączenie ich do walki powinno przeważyć szalę na korzyść Ukrainy i gdzieś na przełomie czerwca i lipca może się zacząć ukraińska kontrofensywa.

                                                    Do realizacji tego ostatniego celu ukraińskie wojska lądowe będą potrzebowały głównie nowych lub wyremontowanych czołgów i innych wozów pancernych, artylerii lufowej i bezpilotowych aparatów latających. Te ostatnie, dość masowo używane w czasie działań w Ukrainie, zapewniają solidne rozpoznanie na potrzeby prowadzonego natarcia, a ponadto wyszukują i wskazują cele dla artylerii, a następnie korygują jej ogień.

                                                    Ale o ostatecznym sukcesie ukraińskiej kontrofensywy zdecydują – używając wojskowej terminologii – „ogień” i „manewr”. W pierwszym przypadku chodzi o artylerię – w połączeniu z komputerowymi systemami balistycznymi i rozpoznaniem dronowym jej celność jest wręcz zabójcza. Natomiast „manewr” mają zapewnić czołgi i bojowe wozy piechoty. Te pierwsze, osłaniane przez piechotę przed wrogimi wyrzutniami rakiet przeciwpancernych, torują drogę swoim pancerzem i masą. Bez połączenia „ognia” i „manewru” Ukraina nie ma co marzyć o odzyskaniu terytorium.

                                                    Szalę zwycięstwa na rzecz Ukraińców ostatecznie może prz
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 00:08
                                                    Dokończenie:
                                                    Szalę zwycięstwa na rzecz Ukraińców ostatecznie może przechylić lotnictwo, o którym ostatnio było cicho. We współczesnych konfliktach jest w stanie precyzyjnie niszczyć ważne obiekty na całą głębokość wrogiego ugrupowania, sięgając znacznie dalej niż artyleria. W Ukrainie nie odgrywa jednak takiej roli, jakby mogło. Przyczyna tego jest prosta – rosyjskie lotnictwo jest beznadziejnie nieskuteczne, a ukraińskie istnieje w szczątkowej postaci po poniesionych stratach. Gdyby więc do jesieni udało się wprowadzić do walki ukraińskie jednostki lotnicze, wyszkolone na darowanych im używanych samolotach, byłby to prawdziwy przełom.
                                                  • foton.3 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 12:38
                                                    No właśnie, wszyscy myśląc lotnictwo mają w tyle głowy że to amerykańskie lotnictwo, a to jednak wyraźnie widać że nie amerykańskie. Teren w większości stepowy, no dużo zurbanizowanego, ale tak czy owak gdyby rosyjskie lotnictwo było chociaż w 25% tym czym amerykański, to tam byłyby zadawane nokautujące ciosy ukraińskiej armii.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 18:27
                                                    Rosja nic sobie nie robi z blamażu. Rosja nie przejmuje się stratami. Rosja lekceważy sankcje, nie martwi się o wizerunek. Rosja robi swoje na zasadzie: „nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobisz?”.

                                                    Komentatorzy jak mantrę powtarzają, że Rosja już przegrała, bo nie zrealizowała swoich celów, nie utworzyła Noworosji z Ukrainą jako jej pokrewną krainą. Ukraina nie jest bowiem żadną pokrewną krainą, poszła własną drogą ku demokracji, praworządności, wolnemu rynkowi, którym nie rządzi sponsorowana przez państwo mafia. Tymczasem świat patrzy na Rosję z niedowierzaniem i przerażeniem.
                                                    Rosyjski skansen na froncie

                                                    Ale nie do końca. Wiele państw chciało ją cywilizować, kupując to i owo, głównie surowce energetyczne, i posyłając do Moskwy swoje firmy, które mozolnie ciułały zarobione pieniądze. I wszystko było fajnie. Aż Rosja zaatakowała Ukrainę, która zamiast dać się podbić i pozwolić, by po zrobieniu kilku groźnych min państwa zachodniej Europy znów podjęły handel z bandytą, broni się jak lew. Zachód musi na to patrzeć i głupio mu przyznać, że to wszystko sponsorował, płacił ludziom, którzy gwałcą dzieci. Prezydent Macron nadal powtarza, by herszta tej brutalnej bandy tak całkiem nie upokarzać...

                                                    Tymczasem jeśli Ukraina nie wygra tej wojny, to ruski mir przyjdzie i do nich, i do Berlina jak w 1945 r., tylko zamiast zegarków i biżuterii żołnierze będą wynosić elektronikę i sprzęt AGD z bogatych domów, załatwiając się do wanny z hydromasażem.

                                                    Dlaczego o tym piszę? Bo obawiam się tego, co będzie dalej. Kiedy zobaczyłem wczoraj transport czołgów T-62, najpierw uśmiechnąłem się i zatarłem ręce z radości – Rosjanie gonią resztkami sił i wysyłają sprzęt, który powinien stać w muzeum, robią z frontu skansen. Ale syn uświadomił mi straszną prawdę: czy nie widzisz, że szykują się na wieloletni konflikt? Po co mieliby korzystać z T-72? Niech Ukraińcy niszczą starocie, niech zużywają na to siły i cenne javeliny, czołg to czołg. Ma pancerz i działo, stary czy nowy, wciąż jest groźny. Skoro mają zniszczyć, to niech niszczą, u nas tego mnogo... A my będziemy tę wojnę prowadzić w nieskończoność.


                                                    Jednorazowi żołnierze przodem

                                                    Pod Iziumem Rosjanie swoim zwyczajem podjęli rozpoznanie bojem, czyli sprawdzają teren z wykorzystaniem swoich „jednorazowych” ludzi (jak dowódcy nazywają żołnierzy służby zasadniczej), strzelają raz mocniej, raz troszkę mniej. Metoda pomiarowa polega na liczeniu zabitych spośród osób wypchniętych do próbnych ataków, a liczba ta jest wprost proporcjonalna do intensywności ukraińskiego ognia i siły obrony na danym kierunku. Oczywiście rosyjska artyleria nadal strzela, nie oszczędzając amunicji, jakby mieli jej całe sterty. Najwyraźniej znacznie usprawnili logistykę. Do natarcia znów szykują się tu duże siły, choć na tyłach są jednostki wycofane z frontu, które ze względu na poniesione straty utraciły czasowo zdolność prowadzenia walki.

                                                    24 maja nie ustawały też ataki i szturmy na Łyman kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Iziumu. Rosjanie chcą tu zdobyć węzeł kolejowy, ale nie odnotowali specjalnych postępów. Jeszcze dalej prowadzą walkę na obrzeżach Siewierodoniecka, usiłując wedrzeć się do miasta z trzech stron, od północy, wschodu i południa. Nie wiadomo, jak sytuacja wygląda dokładnie i czy napastnicy zdołali przesunąć się bliżej centrum.
                                                    .

                                                    Niepewny los bohaterów z Mariupola

                                                    Mimo ciężkich walk wokół Popasnej Rosjanie tu także nie zdołali się nigdzie posunąć, ale znaleźli inny słabszy punkt w ukraińskiej obronie. Idąc od strony miejscowości Donieckij i Krymskie ok. 30 km na północny zachód od Ługańska, pokonali ok. 10 km do Toszkiwki niedaleko południowego skraju Lisiczańska. Gdyby udało im się tak mozolnie kroczyć po zachodniej stronie Lisiczańska do Dońca na północ od miasta, mieliby ok. 25 km do pełnego okrążenia obu miejscowości, a jest tam dość dużo ukraińskich obrońców. Widać wyraźnie, że rosyjskie dowództwo postawiło na odcięcie tych miast i wojsk od zaopatrzenia. Zwolnione siły można by wówczas przekierować do natarcia na Słowiańsk i Kramatorsk od wschodniej strony.

                                                    Trzeba przyznać, że Rosjanie są niezmordowani, nie przejmują się, że ich żołnierze padają jak muchy. Nacierają z uporem maniaka. W Donbasie trwa to już przeszło miesiąc, ale to ich zupełnie nie zniechęca.

                                                    Oczywiście nadal też trzymają obrońców Mariupola, którzy mieli być przekazani Ukrainie w drodze wymiany jeńców. Tymczasem Dienis Puszylin, „głowa państwa” zwanego Doniecką RL, oświadczył, że specjalna komisja będzie tu zbierać dowody „zbrodni popełnionych przez ukraińskich żołnierzy” i postawi ich przed sądem. Bliskie związki Puszylina z niejakim Siergiejem Mawrodim, który za czasów ZSRR pracował ewidentnie dla KGB, a następnie kręcił różne afery w stylu słynnej piramidy finansowej MMM (przy niej Amber Gold to pikuś), wskazują, że i sam Puszylin chodzi na pasku FSB. O wyniki prac specjalnej komisji jesteśmy spokojni, chłopcy z FSB wiedzą, jak się szuka dowodów na to, co trzeba. Niezbyt dobrze to wróży bohaterom z Mariupola.

                                                    Z kolei pod Charkowem ukraińska kontrofensywa stanęła, a zaniepokojeni Rosjanie podjęli własny kontratak, którego celem jest odzyskanie straconych ziem. Chwilowo panuje więc impas, żadna ze stron nie jest w stanie zepchnąć przeciwnika z pozycji.


                                                    Czołgi z lufą gładką jak w muszkiecie

                                                    Kiedy zobaczyłem T-62 na platformach kolejowych jadących do Ukrainy, nie mogłem wyjść z podziwu. Przecież Rosja ma w składach ok. 7 tys. zakonserwowanych czołgów T-72 różnych wersji. T-72 Ural to wóz nowej generacji z trzyosobową załogą i armatą gładkolufową kal. 125 mm, wyposażony w dalmierz laserowy i komputer balistyczny. Gładkolufowe armaty w czołgach to dziś standard. Każda inna broń, od karabinów po armaty, ma w większości lufy gwintowane. Jeśli kupicie pistolet, np. popularnego Glocka albo klasyka Desert Eagle kal. 44 firmy Magnum Research Inc., którego zareklamowano w filmie „Chłopaki nie płaczą” komentarzem, że izraelscy żołnierze używali takiej do „przerzucania Egipcjan na drugą stronę Kanału Sueskiego” – będzie miał w lufie gwint. Pocisk jest tu wprawiany w ruch obrotowy, dlatego stabilnie leci do celu.

                                                    Kiedy wynaleziono gwintowane lufy w XIX w., to był prawdziwy hit. „Hej Gerwazy, daj gwintówkę! Niechaj stracę tę makówkę!” – krzyczał Cześnik Raptusiewicz, mając na myśli właśnie strzelbę z gwintowaną lufą. Jak zajrzycie do lufy słynnej haubicy M777, która ostatnio w liczbie bliskiej setki trafiła do Ukrainy, zobaczycie, że ma gwint wprawiający wystrzelony pocisk w ruch obrotowy.

                                                    Tymczasem w 1961 r. w ZSRR przyjęto do uzbrojenia pierwszą na świecie czołgową armatę U-5TS Mołot kal. 115 mm bez gwintu. Jej lufa była gładka jak w muszkiecie; strzelanie było tak celne, że słynni Atos, Portos i Aramis, tudzież D′Artagnan preferowali szpadę nad muszkiet. Ale radziecka armata była celna, bo jej pocisk po wystrzeleniu rozkładał małe stateczniki z tyłu, otwierane specjalnymi sprężynkami. Teraz gwint nie hamował już pocisku i wylatywał z lufy z prędkością większą niż czterokrotna prędkość dźwięku. Jego energia kinetyczna była potworna. Taki pocisk, trafiając we wrogi czołg, rozłupywał mu pancerz na kawałki. Armatę U-5TS kal. 115 mm zamontowano w zmodernizowanym, bardzo wówczas popularnym T-55 o nieco wydłużonym kadłubie i z poprawioną wieżą – nowy wóz dostał nazwę T-62. Oba pojazdy były na pozór identyczne, należało się przyjrzeć, żeby je rozróżnić. T-62 miał znacznie silniejszą armatę, choć jego system celowniczy nadal był prosty: optyczny celownik teleskopowy z noktowizorem do strzelania w nocy.

                                                    Kiedy dziesięć lat później pojawił się słynny T-72 Ural, miał jeszcze silniejszą armatę gładkolufową kal. 125 mm, automat ładowania, zdecydowanie grubszy pancerz, silnik o większej mocy, a w masowo produkowanej odmianie T-72A i T-72B znalazł się cyfrowy wylicznik balistyczny wspomagany dalmierzem laserowym. Czołgów T-72 zbudowano 30 tys., łącznie dwa razy więcej niż Amerykanie abramsów (10 396), Niemcy leopardów 2 (ok. 3600, produkcja w toku), a Brytyjczycy Challe
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 18:33
                                                    cd

                                                    , a Brytyjczycy Challenger 2 (447). Gdyby nie liczyć Chin, to T-72 powstało więcej niż wozów tej samej generacji zbudowanych przez resztę świata.

                                                    Do dziś jest w Rosji w służbie ok. 2030 (530 sztuk T-72B3M, 850 T-72B3 i 650 T-72B/T-72BA). A raczej było, bo Ukraińcy postarali się zredukować te stany o blisko połowę, jest to bowiem najczęściej niszczony rosyjski czołg. Ale 7 tys. stoi zakonserwowanych w zapasie. Ja wiem, że trzy czwarte z nich to pojazdy skanibalizowane na części, rozkradzione lub zepsute w taki czy inny sposób i bez kapitalnego remontu do niczego się nie nadadzą. Ale z tysiąc sprawnych powinno się znaleźć! Dlaczego zatem Rosjanie postawili na T-62?


                                                    Rosja. Bulgoczący wulkan

                                                    Podejrzewam, że T-72 uzupełni z czasem stany walczących jednostek. Kolejne będą stopniowo remontowane i przekazywane do służby, tymczasem wcielonych „jednorazowych” żołnierzy można puścić na równie jednorazowych czołgach T-62. Stoi ich w zapasie ponad 3 tys. Można je posyłać na front miesiącami razem z masą innego chłamu wywleczonego z magazynów niezwyciężonej rosyjskiej armii.

                                                    I tak miłujący pokój naród rosyjski może tę wojnę znosić tygodniami, miesiącami, latami. W końcu czerwca Ukraina zyska możliwości ofensywne i spróbuje wyrzucić okupantów z kraju. Ale jak to się skończy? Bardzo prosto i przerażająco zarazem. Po nieludzkich wysiłkach, gdy Rosjanie będą wypychani z jednej strony i leźli od innej, w końcu przez morze ich własnej krwi zostaną całkowicie zepchnięci do własnej ojczyzny. I co dalej?

                                                    A nic dalej. Będą stali na granicy z tysiącami czołgów, ciągle dosyłanymi żołnierzami, będą ostrzeliwać artylerią przygraniczne rejony i atakować to z tej, to z tamtej strony. I tak w nieskończoność. Aż Ukraina popadnie w kompletną ruinę, a państwa zachodnie nie wytrzymają tego bajzlu.

                                                    Ale czy namawianie Ukrainy do oddania jakiegoś kawałka ziemi Rosjanom to jest mądra rada? Nie, nie jest. To rada kompletnie idiotyczna. Wyobraźmy sobie taką sytuację: napada nas dres typu ABS (Absolutny Brak Szyi) i żąda portfela. A my mamy czarny pas w taekwondo i powalamy go na ziemię. Wali z hukiem na chodnik, aż ziemia dudni. Ale nie rezygnuje, wściekły podnosi się, znów atakuje i znów ląduje na chodniku. W tym momencie ktoś z boku nam radzi: daj mu stówę, żeby wyszedł z twarzą... Myślicie, że zadowoli się stówą, grzecznie podziękuje i sobie pójdzie? Nie, moi drodzy, nie odpuści. Jak nie teraz, to za kilka dni sprzeda nam kosę w plecy i zabierze, co będzie chciał.

                                                    I tak będzie z Rosją. Będzie lazła na tę Ukrainę, kontynuowała działania to mniej, to bardziej intensywnie, jak to robi od 2014 r. Tak, ta wojna trwa już osiem lat. Tylko nikt tego nie zauważył, bo nie chciał.

                                                    Dlatego Zachód musi mieć jakiś plan. Podejrzewam, że jedyna opcja to dać Ukrainie masę uzbrojenia. Po zmobilizowaniu setek tysięcy ochotników musiałaby zadać Rosji takiego łupnia, by nastąpiło tam prawdziwe trzęsienie ziemi. Bo przecież z takim bulgoczącym wulkanem obok nie sposób żyć.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 18:45
                                                    Wbrew pozorom T-62 mogą być całkiem przydatne np. w obronie jako bunkry.
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 19:52
                                                    menel13 napisał:

                                                    > Wbrew pozorom T-62 mogą być całkiem przydatne np. w obronie jako bunkry.

                                                    Nie przy nowoczesnych pociskach ppanc.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 21:15
                                                    azyata napisał:

                                                    > menel13 napisał:
                                                    >
                                                    > > Wbrew pozorom T-62 mogą być całkiem przydatne np. w obronie jako bunkry.
                                                    >
                                                    > Nie przy nowoczesnych pociskach ppanc.

                                                    A niby co nowoczesny pocisk ppanc może zrobić czołgowi okopanemu w lesie? Albo jakimś budynku?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 22:01
                                                    Może mu zrobić z góry małą dziurkę, przez którą wyparuje załoga.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 22:40
                                                    A niby jak? Wytnie drzewa albo rozbierze dach?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.05.22, 09:55
                                                    Kolego, a ślad termiczny?
                                                    Dzisiaj czegokolwiek, co emituje ciepło w stodole nie schowasz. Nie te czasy.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.05.22, 10:01
                                                    Menelowi chodziło o to , że JAvelin nie jest pociskiem manewrującym, nie omija drzew po drodze. Trafienie na otwartej przestrzeni, nawet okopanego- nie ma problemu. Ale ukrytego w magazynie lub w lesie- trzeba mieć wyjątkowo korzystną pozycję do strzału ppk.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.05.22, 10:17
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Kolego, a ślad termiczny?
                                                    > Dzisiaj czegokolwiek, co emituje ciepło w stodole nie schowasz. Nie te czasy.

                                                    Jedyne ciepło jakie emituje to jest ciepło załogi.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.05.22, 10:21
                                                    "Jedyne ciepło jakie emituje to jest ciepło załogi."
                                                    Latem pancerz stygnie całą noc ;-) Popytaj znajomych czołgistów z czasów zsw, gdzie się cieplutko na poligonie ułożyć do snu.
                                                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.05.22, 10:27
                                                    Jeżeli jest skitrany gdzieś w lesie albo w budynku to nie.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.05.22, 08:57
                                                    No nie jest dobrze….

                                                    Rosjanie koncentrują się teraz na trójkącie Siewierodonieck–Lisiczańsk–Popasna, gdzie próbują okrążyć ukraińskie siły. Uporczywa obrona każdej piędzi ziemi, choć zrozumiała, może być dla Ukraińców niebezpieczna. Tymczasem Ramzan Kadyrow wygraża Polsce, wyrażając stosunek miłującej pokój Rosji do innych krajów Europy.
                                                    Niebezpiecznie rozwija się sytuacja wokół Lisiczańska i leżącego po wschodniej stronie Dońca Siewierodoniecka, miastach liczących po ok. 100 tys. mieszkańców, przedzielonych rzeką i pasem podmokłego terenu wzdłuż niej. Pod pewnymi względami ten rejon przypomina Białą Podlaską. Ktokolwiek widział ją z powietrza, dziwi się, że między główną, północną częścią miasta z centrum i siedzibą władz a południową z lotniskiem i dworcem kolejowym jest dość szeroki pas podmokłych łąk wzdłuż Krzny, przeciętej trzema mostami i kładką dla pieszych. Biała Podlaska wygląda jak dwa miasta oddalone od siebie o 1–1,5 km.

                                                    Z Lisiczańskiem i Siewierodonieckiem jest podobnie, tyle że Doniec jest znacznie większy od Krzny, płynie z północy na południe, a pas podmokłych łąk między miastami jest mniej więcej dwa razy szerszy niż między połówkami Białej Podlaskiej. W Siewierodoniecku też były trzy mosty: drogowo-kolejowy „Proletariacki” na północy, drogowy Pawłohradski w centrum i drogowy Juwilejnyj praktycznie na przedmieściach. Został podobno tylko jeden, choć według rosyjskich informacji z 25 maja i on został zniszczony.



                                                    Siewierodonieck. Trzeba się wycofać

                                                    Ukraińskie wojska z 128. Zakarpackiej Górsko-Szturmowej Brygady, 93. Brygady Zmechanizowanej im. Kniazia Władimira Monomacha oraz inne jednostki z Gwardii Narodowej i 111. Ługańska Brygada Obrony Terytorialnej są tutaj zagrożone okrążeniem i odcięciem. Bez mostów zdołają się zapewne wycofać przy pomocy łodzi saperskich i promów, ale ciężki sprzęt trzeba będzie w większości zostawić. Podejrzewam jednak, że w mieście nie ma go już dużo.

                                                    Na miejscu dowódcy nie trzymałbym artylerii na wschodnim brzegu Dońca, równie dobrze może stać na zachodnim i wspierać wojska na przedmieściach – w razie czego łatwo ją ewakuować. W mieście nie potrzeba też wielu czołgów, bo możliwość ich użycia jest i tak bardzo ograniczona. W ogóle używanie czołgów w mieście to sprawa kontrowersyjna, z jednej strony są przykłady miejskiej rzezi czołgów: Berlin 1945, Grozny 1994, Mariupol 2022 (dlaczego mnie nie dziwi, że we wszystkich przypadkach chodzi o Rosjan?). Z drugiej strony słynny pancerny Thunder Run w 2003 r. w Bagdadzie czy walki w Falludży w 2004 dowodzą, że ostrożnie wykorzystywane mogą być przydatne. Ale to wciąż niezwykle delikatna kwestia. Gen. Philippe Marie Leclerc wjechał 25 sierpnia 1944 r. na czele 2. Dywizji Pancernej Wolnych Francuzów do Paryża i nie został zdziesiątkowany. Ale Turcy potracili w Al Bab pod Aleppo w Syrii nawet leopardy 2, uważane za najlepsze czołgi na świecie, gdy w grudniu 2016 r. nieostrożnie wpakowali je do miasta bez odpowiedniego wsparcia piechoty. To naprawdę trzeba umieć zrobić.

                                                    Tak czy owak, czołgi można było i raczej należało w większości z Siewierodoniecka wycofać. Co zostało? Głównie piechota z własnym uzbrojeniem, moździerze, wyrzutnie kierowanych rakiet przeciwpancernych itp. To wszystko w razie potrzeby da się wywieźć łodziami.

                                                    Tymczasem 25 maja rosyjska ofensywa z Popasnej dotarła do głównej drogi zaopatrzenia Bachmut–Lisiczańsk. Atak z Tripolia wyprowadzony przez 150. Irdycko-Berlińską Dywizję Zmechanizowaną doszedł do trzech wsi (Jakowliwka, Biłohoriwka, Berestowe), wszystkie leżą na wspomnianej drodze. Trwają tu zacięte boje, Ukraińcy bronią się nadludzkim wysiłkiem. Rosjanie mają stąd do Siewierska jakieś 30 km, do Dońca na północ – ok. 35. Tyle im brakuje, by całkowicie odciąć obrońców w Lisiczańsku i Siewierodoniecku.

                                                    Miejmy nadzieję, że nie przejdą już ani kilometra z tych 30–35 brakujących do okrążenia obu miast. Gdyby jednak przekroczyli drogę Bachmut–Lisiczańsk, to naprawdę nie ma na co czekać – wojska z Siewierodoniecka trzeba jak najszybciej wycofać na zachód.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.05.22, 09:02
                                                    Cd

                                                    Na lądzie nie walczy się o teren

                                                    Jeśli Siewierodonieck zostanie odbity, nie ma co popadać w minorowy nastrój. W walkach na lądzie najczęściej nie chodzi o zdobycze terenowe, ważniejsze jest niszczenie wrogich wojsk. Mistrz Erich von Manstein potrafił celowo oddać jakiś teren, by wciągnąć przeciwnika w pułapkę i sprawić mu ciężkie lanie. Nie on jeden. Gen. płk Georg Lindemann stojący na czele 18. armii niemieckiej elegancko załatwił rosyjską 2. Armię Uderzeniową gen. por. Andrieja Własowa – wiosną 1942 r. dowódca Frontu Wołchowskiego gen. armii Kirył Miereckow praktycznie wepchnął ją w okrążenie pod Lubaniem w rejonie Leningradu. Własow, jeden z najlepszych rosyjskich generałów, miał o to ciężkie pretensje do radzieckiego dowództwa, a jego zgorzknienie zaowocowało podjęciem współpracy z Niemcami w walce o „lepszą Rosję” – szybko stał się symbolem zdrady. Podobną głupotę wywinął sam Napoleon, który lazł na Moskwę w 1812 r., nie wiedząc, gdzie jest Michaił Kutuzow. A marszałek Kutuzow objawił się już w czasie odwrotu pod Smoleńskiem, praktycznie zdziesiątkował słynną „wielką armię” pod Małojarosławcem, na zawsze przetrącając jej kręgosłup. Zryw pod Waterloo w 1815 r. był już tylko beznadziejną i skazaną na porażkę próbą odbudowy choć części dawnej potęgi.

                                                    Dlatego na lądzie nie walczy się o teren, chyba że określone punkty mają znaczenie dla pokonania konkretnego zgrupowania wojsk. Istotne jest niszczenie sił przeciwnika, a to najlepiej uzyskać poprzez okrążenie i odcięcie ich od zaopatrzenia. Jeśli więc Rosjanie przełamią front na drodze Bachmut–Lisiczańsk, najlepsze, co może zrobić Ukraina, to wyśliznąć się z Lisiczańska i Siewierodoniecka.

                                                    Na innych kierunkach bez zmian. Pod Charkowem i w rejonie zaporoskim trwały ciężkie walki, ale wszystkie rosyjskie ataki zostały pomyślnie odparte.

                                                    Niestety nie jesteśmy teraz w stanie porównać strat obu stron, ale wszystko wskazuje, że rosyjskie są zdecydowanie większe i paradoksalnie trudniej je uzupełnić. Jeśli ktoś chce wiedzieć więcej, powinien spytać rzecznika Pentagonu Johna Kirby′ego, który od jakiegoś czasu o ukraińskich stratach mówi, że są ciężkie (heavy), a o rosyjskich – że poważne (serious). Waga tych słów po polsku jest odwrotna, więc przetłumaczę właściwie: Ukraińcy tracą od diabła sprzętu i ludzi, a Rosjanie – od cholery.



                                                    Czy Ramzan Kadyrow nam grozi?

                                                    Ramzan Kadyrow zażądał tymczasem od Polski przeprosin za oblanie farbą rosyjskiego ambasadora Siergieja Andriejewa. Ostrzegł, że tej sprawy „tak nie zostawi”. Przywiezie swoją TikTok Army do Polski? Przywódca Republiki Czeczeńskiej idzie śladem ojca Achmata, który najpierw walczył z Rosjanami o wolność Czeczenii, a później sprzedał się za stanowiska i apanaże. Achmata spotkała za to kara – 9 maja 2004 r. zginął w zamachu bombowym w Groznym, gdy świętował z Rosjanami ich dzień zwycięstwa. Napaść zorganizował Szamil Basajew, bojownik o wolność Czeczenii, z drugiej strony groźny terrorysta, który sam zginął w tajemniczych okolicznościach – w Inguszetii w lipcu 2006 r. Działalność terrorystyczna to taka czeczeńska narodowa tradycja, nawet w czasach ZSRR najgroźniejsze mafie w Moskwie to były te czeczeńskie.

                                                    Znamienne jest wreszcie to, że Ramzana Kadyrowa oficjalnie nazywa się „głową republiki”. Co to znaczy, trudno powiedzieć, ale takie tytuły noszą też przywódcy tzw. Donieckiej i Ługańskiej RL. Głowa to więcej niż premier, ale mniej niż prezydent – prezydent w Rosji może być wszak tylko jeden. Jak zatem zadowolić usłużnego kolaboranta z Czeczenii czy Ługańska? Długo myślano, w końcu w kwietniu 2011 r. wymyślono: głowa! W latach 2007–11 Kadyrow był zwykłym prezydentem, ale jakoś głupio, żeby prezydent republiki podlegał prezydentowi federacji. „Głowa” to co innego, w końcu Putin może zarządzać nie jedną, a wieloma. A jak to jest, gdy się ustępuje? Traci się „głowę”?

                                                    Co ciekawe, od 2000 r. Kadyrow jest funkcjonariuszem ministerstwa spraw wewnętrznych Rosji. Do 2020 służył w zwykłej milicji (później policji) i dosłużył się stopnia generała majora (odpowiednik polskiego generała brygady). Jednocześnie w latach 2007–11 był prezydentem Czeczenii (autonomicznej republiki w składzie Federacji Rosyjskiej), a od 2011 jest właśnie „głową”. W 2020 przeszedł do Rosgwardii, czyli rosyjskiej Gwardii Narodowej, ot, wojsk do walk z własnymi obywatelami, gdyby zaczęli poważnie fikać.

                                                    Rosgwardia do walk wewnętrznych

                                                    Rosgwardia to potężna formacja, liczy 340 tys. ludzi, więcej niż rosyjskie wojska lądowe (280 tys.). Na jej czele stoi gen. armii (odpowiednik naszego „pełnego” generała, sans suffix, bez dodatków) Wiktor Zołotow. Składa się z jedenastu dużych brygad operacyjnych, w każdej są zmotoryzowane czy zmechanizowane jednostki operacyjne. Do tego dochodzą oddziały samodzielne (16) i trzy centra specjalnego przeznaczenia.

                                                    W Czeczenii stacjonuje 46. Brygada Operacyjna Rosgwardii, mająca w składzie trzy zwykłe pułki zmotoryzowane (94., 96. i 47. Pułk Operacyjny), a także 140. Pułk Artylerii. Wyobrażacie sobie? Najprawdziwsza artyleria MSW, cudo! Gdyby u nas jakiś oddział policji miał własną artylerię z haubicami, żadnego Strajku Kobiet by nie było. Poza wspomnianymi jednostkami w brygadzie jest pięć samodzielnych batalionów operacyjnych, 352. Samodzielny Batalion Rozpoznawczy, a nawet 354. Samodzielny Batalion Inżynieryjno-Saperski. I jeszcze 249. Specjalny Batalion Zmotoryzowany „Jug” od najczarniejszej roboty. Takie ichnie ZOMO.

                                                    Rosgwardia bardzo przypomina zapomnianą już w Polsce formację o nazwie Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW). Skompromitowane walkami wewnętrznymi z lat 1945–56 ciało rozwiązano w 1965, w to miejsce powstały Wojska Obrony Wewnętrznej (działały do 1989). Warto przypomnieć, że jedna z brygad WOW, 5. Podhalańska Brygada z Krakowa, nosząca tradycyjne mundury strzelców podhalańskich z kapelusikami ze stokrotką i charakterystycznymi pelerynami, w 1989 r. została przeniesiona do wojska i stała się 21. Brygadą Strzelców Podhalańskich im. gen. bryg. Mieczysława Boruty-Spiechowicza z Rzeszowa o zupełnie innym przeznaczeniu. Dziś to jedna z najbardziej elitarnych jednostek WP. Po 1989 r. WOW funkcjonowały przez pewien czas pod nazwą Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe MSW, ale w 2000 r. całkowicie je rozwiązano. Ich rolę (zabezpieczanie kraju na wypadek wojny) odgrywają Wojska Obrony Terytorialnej podległe MON, a nie MSW.



                                                    Kadyrowcy eksportują ruski mir

                                                    Wracając do Rosgwardii. W składzie stacjonującej w Czeczenii 46. Brygady Operacyjnej jest jeszcze jeden szczególny pułk: 141. Specjalny Pułk Zmotoryzowany im. Bohatera Federacji Rosyjskiej Achmata-Chadży Kadyrowa, czyli ojca Ramzana. Dlatego żołnierzy tych nazywa się „kadyrowcami”. Oficerowie formacji noszą bordowe (krapowe) berety wojsk specjalnych MSW, a jest to pułk ochotniczy, liczący ok. 750 ludzi. Na jego czele stał gen. mjr Magomet Tuszajew, ale już 26 lutego 2022 r. zginął w Ukrainie.

                                                    To dość niezwykłe, że pułkiem dowodził generał. Ale to pułk jedyny w swoim rodzaju. O żadnym innym nie obejrzycie na TikToku tylu obciachowych filmów. W istocie jest to formacja podobna do Grupy Wagnera, tyle że ona występuje jako firma prywatna, kierowana i sponsorowana przez wojskowy wywiad GU (dawne GRU). Z kolei 141. Pułk Specjalny, jednostka Rosgwardii, to długie ramię FSB. Znamienne też, że Grupa Wagnera walczyła u boku ługańskiej milicji – Ługańska RL jest pod kuratelą GU (GRU), kadyrowcy działali zaś głównie na południu, m.in. w Mariupolu, u boku Donieckiej RL, która pozostaje pod kuratelą FSB. Nieoficjalną oczywiście, to po prostu efekty walk o wpływy w mafijnym rosyjskim imperium.

                                                    Kadyrowcy pojawiali się też na innych kierunkach, wykorzystywani w roli jednostek zaporowych. Oddziały zaporowe to odprysk niesławnej tradycji NKWD (zagraditielnyj otriad), znane z II wojny światowej i rozwijane za własnymi wojskami – po prostu nie pozwalano im się wycofać. Mieliśmy i w Polsce taką brygadę – 1. Brygadę Zaporową istniejącą od lipca 1944 r. do czerwca 1945, przekształconą w 9. Pułk Bezpieczeństw
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.05.22, 09:05
                                                    Dokończenie:

                                                    Mieliśmy i w Polsce taką brygadę – 1. Brygadę Zaporową istniejącą od lipca 1944 r. do czerwca 1945, przekształconą w 9. Pułk Bezpieczeństwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z Warszawy, rozwiązany w 1956 r.

                                                    Ramzan Kadyrow wygłosił tymczasem płomienne przemówienie. „Ukraina to zamknięta sprawa. Mnie interesuje Polska. Co Polska stara się osiągnąć? Po Ukrainie, jeśli będzie taka komenda, w sześć sekund pokażemy, na co nas stać. Lepiej weźcie broń, najemników i przeproście za naszego ambasadora. My tak tego nie zostawimy, pamiętajcie. Czeczeni mają swoją dobrą praktykę: wszystko, co się robi, wraca do domu. Gracie z naszym państwem w bardzo złe gry”. Mówiąc „nasze państwo”, ma na myśli oczywiście Rosję, nie Czeczenię.

                                                    Mam wrażenie, że ustami Kadyrowa przemawia sam Kreml. Takie wypowiedzi są sterowane, Kadyrow mówi to, o czym mówi się w rosyjskich kręgach władzy. Żebyśmy nie mieli złudzeń, czym jest ruski mir i gdzie jeszcze ma być wyeksportowany.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 28.05.22, 16:26
                                                    Dzień 93

                                                    Śmierć zbiera krwawe żniwo. Na całej linii frontu we wschodniej Ukrainie ginie dziennie do 100 żołnierzy ukraińskich i ponad 150 rosyjskich. Teraz czekają Rosjan ciężkie walki o Lisiczańsk i Siewierodonieck. Działania bojowe na terenach zurbanizowanych są niesamowicie trudne i wymagające.
                                                    Rosjanie niemal tradycyjnie podjęli natarcie z rejonu na południe od Iziumu i tradycyjnie zostali powstrzymani – oczywiście w dramatycznej bitwie, wściekłej wymianie ognia, wśród huku salw artyleryjskich i wystrzałów. Gorąca ziemia miasta znów była szarpana wybuchami pocisków z wszelkiej możliwej broni: moździerzy, haubic, czołgowych armat i rakiet z wieloprowadnicowych wyrzutni.

                                                    26 maja ciężkie walki toczyły się o wieś Ustyniwka po zachodniej stronie Dońca (ok. 5 km na południe od Lisiczańska). Wygląda to tak, jakby Rosjanie próbowali okrążyć dwa miasta: Lisiczańsk i Siewierodonieck. Działają na dwa sposoby – małe okrążenie szłoby wzdłuż Dońca z natarciem na Lisiczańsk od południa, duże z Popasnej w kierunku Siewierska. Oczywiście ten drugi wariant dałby im więcej korzyści, ale o wiele trudniej go zrealizować, bo trzeba by przejść jeszcze ok. 30 km, przeciąć drogę z Lisiczańska przez Siewiersk do Bachmutu w jedną stronę i do Słowiańska w drugą. Obie te drogi to teraz główny szlak zaopatrzenia zarówno dla Lisiczańska, jak i Siewierodoniecka (Rosjanie zablokowali bezpośrednią trasę Bachmut–Lisiczańsk w natarciu z Popasnej na północny zachód). Niestety, nawet droga przez Siewiersk wiedzie w zasięgu ognia rosyjskiej artylerii z północnego brzegu Dońca, nie jest więc całkiem bezpieczna. Ale trochę jest.



                                                    Ważny efekt psychologiczny

                                                    Dość silnie ufortyfikowane pozycje obronne Ukraińców we wsiach Zołote i Orichowe, wciśniętych między rosyjskie kliny (jeden idący wzdłuż Dońca na Lisiczańsk przez Toszkiwkę i Ustyniwkę i drugi, który z Popasnej dotarł do drogi Bachmut–Lisiczańsk), są w zasadzie odcięte. Nie są dosłownie okrążone, ale nie ma za plecami ani jednej porządnej drogi, którą można by dowieźć zaopatrzenie i która nie byłaby blokowana przez wroga. Uporczywa obrona takich miejsc może przynieść nadmierne straty. Ukraińcy przyjęli tu dość ofiarną zasadę „ani kroku w tył”. Chyba ze względów psychologicznych, bo z wojskowego punktu widzenia nie zawsze ma to sens.

                                                    Pocieszające, że poza drogą Bachmut–Lisiczańsk zdobytą na odcinku Jakowliwka–Berestowe Rosjanie nie zdołali posunąć się ani centymetr do przodu. Zostali zatrzymani i zamysł, by dotrzeć tędy do Siewierska, całkowicie odcinając Lisiczańsk i Siewierodonieck, wydaje się dość nierealny.

                                                    A pod Charkowem sytuacja bez zmian. Rosjanie ostrzeliwali z artylerii lufowej ukraińskie pozycje na północ od miasta, a ich wieloprowadnicowe zestawy rakietowe BM-30 Smercz, mogące wystrzeliwać rakiety kal. 305 mm do 70 km, uderzyły w centrum. Nie było w tym żadnej błyskotliwej myśli taktycznej, widać chcieli pokazać, że mimo odsunięcia ich na północ wciąż są w stanie ostrzeliwać środek Charkowa. Co prawda muszą w tym celu używać rakiet Smercz, których – mam nadzieję – zabraknie, gdy będą potrzebniejsze w konkretnej sytuacji uzasadnionej taktycznie. Ręce ich najwyraźniej świerzbiły.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 28.05.22, 16:30
                                                    Cd dla 93

                                                    Michał Fiszer
                                                    MICHAŁ FISZER
                                                    ŚWIAT
                                                    93. dzień wojny. Granatu do kuchni lepiej nie wrzucać. Kilka zasad walki w miastach
                                                    27 MAJA 2022 11 MINUT CZYTANIA
                                                    Ukraińscy żołnierze w Siewierodoniecku, 16 kwietnia 2022 r.
                                                    2
                                                    Serhii Nuzhnenko / Reuters / Forum
                                                    Śmierć zbiera krwawe żniwo. Na całej linii frontu we wschodniej Ukrainie ginie dziennie do 100 żołnierzy ukraińskich i ponad 150 rosyjskich. Teraz czekają Rosjan ciężkie walki o Lisiczańsk i Siewierodonieck. Działania bojowe na terenach zurbanizowanych są niesamowicie trudne i wymagające.
                                                    Rosjanie niemal tradycyjnie podjęli natarcie z rejonu na południe od Iziumu i tradycyjnie zostali powstrzymani – oczywiście w dramatycznej bitwie, wściekłej wymianie ognia, wśród huku salw artyleryjskich i wystrzałów. Gorąca ziemia miasta znów była szarpana wybuchami pocisków z wszelkiej możliwej broni: moździerzy, haubic, czołgowych armat i rakiet z wieloprowadnicowych wyrzutni.

                                                    26 maja ciężkie walki toczyły się o wieś Ustyniwka po zachodniej stronie Dońca (ok. 5 km na południe od Lisiczańska). Wygląda to tak, jakby Rosjanie próbowali okrążyć dwa miasta: Lisiczańsk i Siewierodonieck. Działają na dwa sposoby – małe okrążenie szłoby wzdłuż Dońca z natarciem na Lisiczańsk od południa, duże z Popasnej w kierunku Siewierska. Oczywiście ten drugi wariant dałby im więcej korzyści, ale o wiele trudniej go zrealizować, bo trzeba by przejść jeszcze ok. 30 km, przeciąć drogę z Lisiczańska przez Siewiersk do Bachmutu w jedną stronę i do Słowiańska w drugą. Obie te drogi to teraz główny szlak zaopatrzenia zarówno dla Lisiczańska, jak i Siewierodoniecka (Rosjanie zablokowali bezpośrednią trasę Bachmut–Lisiczańsk w natarciu z Popasnej na północny zachód). Niestety, nawet droga przez Siewiersk wiedzie w zasięgu ognia rosyjskiej artylerii z północnego brzegu Dońca, nie jest więc całkiem bezpieczna. Ale trochę jest.



                                                    Ważny efekt psychologiczny

                                                    Dość silnie ufortyfikowane pozycje obronne Ukraińców we wsiach Zołote i Orichowe, wciśniętych między rosyjskie kliny (jeden idący wzdłuż Dońca na Lisiczańsk przez Toszkiwkę i Ustyniwkę i drugi, który z Popasnej dotarł do drogi Bachmut–Lisiczańsk), są w zasadzie odcięte. Nie są dosłownie okrążone, ale nie ma za plecami ani jednej porządnej drogi, którą można by dowieźć zaopatrzenie i która nie byłaby blokowana przez wroga. Uporczywa obrona takich miejsc może przynieść nadmierne straty. Ukraińcy przyjęli tu dość ofiarną zasadę „ani kroku w tył”. Chyba ze względów psychologicznych, bo z wojskowego punktu widzenia nie zawsze ma to sens.

                                                    Pocieszające, że poza drogą Bachmut–Lisiczańsk zdobytą na odcinku Jakowliwka–Berestowe Rosjanie nie zdołali posunąć się ani centymetr do przodu. Zostali zatrzymani i zamysł, by dotrzeć tędy do Siewierska, całkowicie odcinając Lisiczańsk i Siewierodonieck, wydaje się dość nierealny.

                                                    A pod Charkowem sytuacja bez zmian. Rosjanie ostrzeliwali z artylerii lufowej ukraińskie pozycje na północ od miasta, a ich wieloprowadnicowe zestawy rakietowe BM-30 Smercz, mogące wystrzeliwać rakiety kal. 305 mm do 70 km, uderzyły w centrum. Nie było w tym żadnej błyskotliwej myśli taktycznej, widać chcieli pokazać, że mimo odsunięcia ich na północ wciąż są w stanie ostrzeliwać środek Charkowa. Co prawda muszą w tym celu używać rakiet Smercz, których – mam nadzieję – zabraknie, gdy będą potrzebniejsze w konkretnej sytuacji uzasadnionej taktycznie. Ręce ich najwyraźniej świerzbiły.



                                                    .

                                                    .
                                                    Baltimor pod Woroneżem. Dzieje Botaszewa

                                                    22 maja pod Popasną ukraińskie wojska zestrzeliły samolot szturmowy Su-25SM – zginął 63-letni pilot (!), gen. bryg. rez. Kanamat Botaszew. Sprawa jest wyjątkowo dziwaczna, co bowiem ten dziadek robił za sterami samolotu bojowego? W dodatku rezerwista. A jeszcze śmieszniej – najemnik słynnej Grupy Wagnera. Latający własnością Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji. Wyobraźcie sobie, że pracownik firmy militarnej Blackwaters wsiada w myśliwiec F-16 USAF i wykonuje lot bojowy na wojnie w Iraku czy Afganistanie. Absurd.

                                                    Kanamat Botaszew urodził się w obwodzie karaczajo-czerkieskim pod Władykaukazem, jest więc najprawdziwszym Karaczajem z Kaukazu. W 1976 r. ukończył szkołę średnią i bezskutecznie usiłował wstąpić do Wyższej Oficerskiej Szkoły Morskiej Morza Czarnego im. adm. P. S. Nachimowa. Nie mógł zostać marynarzem, to zwrócił się ku lotnictwu i przebrnął przez Jejską Wyższą Szkołę Lotniczą im. W. M. Komarowa. Latał na bombowcach Su-24, a po Akademii Sztabu Generalnego Rosji w 2010 r. został dowódcą pułku bombowego, właśnie przezbrajanego na nowe Su-34, na które się przeszkolił. Chodzi o 47. Pułk Lotnictwa Bombowego rozmieszczony w bazie o ładnej nazwie Baltimor pod Woroneżem. Później Botaszew został zastępcą dowódcy 105. Mieszanej Dywizji Lotniczej w Woroneżu i przeszedł na stanowisko w sztabie Zachodniego Okręgu Wojskowego w Petersburgu.

                                                    Stąd w czerwcu 2012 r. udał się na jakąś kontrolę do 159. Noworosyjskiego Pułku Lotnictwa Myśliwskiego Gwardii w miejscowości Biesowiec w Karelii, latającym wówczas na myśliwcach Su-27. Do 1992 r. jednostka stacjonowała w Kluczewie pod Stargardem Szczecińskim i była nam dobrze znana. Jakoś w 1990 r. leciałem na Su-22UM3 na rozpoznanie pogody z dowódcą eskadry Gienkiem (byłem jego zastępcą) i nawiązaliśmy łączność z załogą Su-27UB, dwumiejscową szkolno-bojową odmianą myśliwca. Też wybrała się na rozpoznanie pogody. Postanowiliśmy wymienić się informacjami, tyle że Gienek ni w ząb po rosyjsku. Kiedy więc Rosjanin zapytał: – Na kakom eszełonie wypołniajetie? (na jakim poziomie, czyli wysokości, lecicie), Gienek mówi do mnie: – Ty mu powiedz, że my samolotem lecimy, a nie pociągiem jedziemy! Tak mu się skojarzył ten „eszełon”. Mówię: Gienek, cicho bądź, bo nie słyszę, na co lekko się obraził. Ale gdy Rosjanin zapytał: – Jest u was tuman? (czy jest u was mgła?), Gienek nie wytrzymał i rzecze: – Słyszałeś? Woła cię!

                                                    Wracając... kiedy gen. mjr Botaszew odwiedził pułk w Karelii, zapragnął przelecieć się dwumiejscowym Su-27UB z jakimś doświadczonym pilotem. Takie lekkie naginanie prawa i u nas się zdarzało, sam zostałem przewieziony przez kumpli i MiG-21UM, i MiG-23UB, i MiG-29UB, kiedy jeszcze byłem w służbie. Tyle że byłem odpowiedzialny i gdy dostałem stery w powietrzu, to działałem delikatnie i spokojnie, nie ma co szarżować na samolocie, którego zupełnie się nie zna. Botaszew zaszarżował. Zrobił zakazaną figurę „ślizg na ogon”, wykonywaną przez doświadczonych ludzi na pokazach. Obaj liniowi piloci stracili panowanie nad maszyną i musieli się katapultować. Wart kilka milionów dolarów myśliwiec został bezsensownie wbity w ziemię, a winowajcy stanęli przed sądem. Generała majora wylano ze służby, dostał cztery lata w zawiasach na pięć i sporą grzywnę, którą komornik ściągał mu z emerytury. Teraz Botaszew latał na kolejnym nieznanym sobie samolocie Su-25, co musiało się skończyć albo zestrzeleniem (brak umiejętności manewrowania i wykorzystania systemów samoobrony), albo katastrofą. Ukraińcy twierdzą, że zestrzelili tę maszynę, ale całkiem możliwe, że gen. mjr Botaszew swoim zwyczajem przeszarżował.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 28.05.22, 16:35
                                                    Cd 2 dla 93

                                                    Walki w mieście to wyzwanie

                                                    Rosjan czekają teraz ciężkie walki nie o jedno, a dwa miasta: Lisiczańsk i Siewierodonieck. Jak im idzie w mieście, pokazali już w Mariupolu i na przedmieściach Charkowa, ale też w Iziumiu, Rubiżnem i Popasnej. Każde z nich zdobywali ponad miesiąc, ponosząc przy tym kolosalne straty.

                                                    Walki w mieście są niesamowicie trudne i szczególnie wymagające. Do tego stopnia, że wiele armii prowadzi specjalne szkolenia w tym zakresie. W Polsce mamy np. ośrodek szkoleniowy Wędrzyn – na poligonie zbudowano miasteczko z domami z oknami bez szyb. Żołnierze piechoty, a nawet wojsk pancernych regularnie ćwiczą tu walki ofensywne i defensywne wśród najprawdziwszej miejskiej zabudowy i domów, w których nikt nigdy nie mieszkał, bo nie po to tu stoją.

                                                    Pierwsza zasada walk w mieście: świadomość, że obrońca ma zdecydowaną przewagę nad atakującym, zdecydowanie większą niż na otwartej przestrzeni. Miasto pozwala ulokować strzelców (także karabinów maszynowych, snajperów, operatorów granatników przeciwpancernych i przeciwpancernych wyrzutni rakietowych) w wyższych partiach budynków, na trzecim–czwartym piętrze, skąd rozciąga się wspaniały widok na okolicę i można prowadzić bardzo celny ogień. Dlatego nie lezie się do miast bez opamiętania, najpierw trzeba przeprowadzić staranną obserwację i rozpoznanie przy pomocy małych dronów.

                                                    Następnie przygotowuje się szczegółowy plan ognia, ustala, jak zneutralizować przeciwnika, a jednocześnie uważa na ludność cywilną. Rosjanie przyjęli chyba inną zasadę: rozwalają miasta artylerią i atakami lotniczymi, a potem się zastanawiają, jak przekroczyć poskręcane zwałowisko betonu, prętów zbrojeniowych, fragmentów konstrukcji stalowych i morza cegieł. Powstaje coś w rodzaju toru przeszkód dla najbardziej hardcorowych freestyle′owców. I jak przez ten bajzel przenieść moździerz?

                                                    Czytaj też: Kiedy nadejdzie silne ukraińskie kontrnatarcie?

                                                    Granatu lepiej do kuchni nie wrzucać

                                                    Druga zasada walk w mieście: rozpoznanie. Wsparcie ogniowe na dużą odległość jest bardzo, ale to bardzo utrudnione. Środki ogniowe mogą strzelać w ograniczonym zakresie, głównie wzdłuż ulic. Wsparcie ogniowe, np. czołgów, bardzo się przydaje, ale trzeba je starannie zaplanować. Generalnie atakujące wojska posuwają się wzdłuż najszerszych arterii, mają piechotę z przodu, czołgi ok. 300 m z tyłu, tak by nie ostrzelał ich ktoś z ręcznego granatnika, nie mówiąc o butelkach z benzyną, które w czasie walk miejskich są równie użyteczne co rakiety kierowane. Widziałem ćwiczenia naszej 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej na Wędrzynie i tak właśnie robili – piechota na własnych nogach posuwała się wzdłuż ścian budynków, nie wychodziła na otwartą przestrzeń; z lewej strony ulicy trzymała pod ogniem budynki i okna po prawej stronie, z prawej – budynki i okna po lewej stronie ulicy. Czołgi w razie potrzeby wysuwały się zza budynków z tyłu, oddawały umowny „strzał” wzdłuż ulicy i chowały się z powrotem.

                                                    Kolejna zasada: obrońcy siedzący wyżej na budynkach widzą dalej i lepiej niż atakujący dołem, dlatego należy dążyć do zajęcia tych różnych gmachów w czasie ataku i ustanowić tu (na wyższych piętrach i dachach) własne punkty obserwacyjne i ogniowe. Kiedy posuwamy się szerszymi arteriami, dążymy do tego, by porozcinać obronę przeciwnika: podzielić ją na małe kwartały i zablokować zaplecze. Prędzej czy później skończy mu się amunicja albo żywność, chyba że ma znaczne zapasy. Ale gromadzenie dużych zapasów w budynkach to zawsze ryzyko, że wpadną w ręce wroga.

                                                    Należy też pamiętać o czwartej zasadzie: budynki dają solidną osłonę, niektóre są jak bunkry. Równie groźne są pozycje ustanowione wysoko i te ukryte w solidnych piwnicach, gdzie nawet artyleria nie sięgnie. Dlatego trzeba przygotować mnóstwo granatników. I nie zaszkodzi łupnąć czasem z czołgu na wprost. Powtórzmy: trudno używać czołgów w mieście, ale jeśli już są i się o nie dba, to też są nieocenione. Szczególnie na szerokich, wielopasmowych arteriach – nie da się blisko do nich podejść, a one panoszą się ze swoimi armatami i pancerzem niczym władcy pola walki.

                                                    Co jeszcze? Bardzo często przydają się „tylne drzwi” do budynków – i saperzy, którzy podłożą ładunek pod wysoki betonowy mur lub ścianę bloku mieszkalnego, by wtargnąć do niego z niespodziewanej strony. Zaskakiwanie obrońców z różnych kierunków i zmuszanie ich do prowadzenia ognia naokoło to także jedna z głównych zasad walk w mieście. Kiedy piechota już wskakuje do pomieszczeń, to zawsze parami – pod jedną ścianę trzyma pod ogniem przeciwległy kąt, a następnie na krzyż, pod drugą ścianę, strzela w kąt po przekątnej. Nie bez kozery jest też wrzucić do środka granat odłamkowy, upewniając się wcześniej, że nie ma cywilów. Do kuchni lepiej nie, bo tam z kolei może być niespodzianka w postaci butli gazowej. I należy uważać na wszelkie pułapki, bo budynki to wymarzone miejsca do podkładania zmyślnych min i improwizowanych ładunków.

                                                    Thomas Piketty: To jest wojna imperialna z poprzedniej epoki

                                                    Obrońcy znają miasto jak własną kieszeń

                                                    Trzeba wreszcie mieć ze sobą ludzi, którzy dobrze znają miasto. Obrońcy i tak będą tu mieli przewagę: znają ukryte przejścia, wiedzą, w których klatkach piwnice się łączą (w moim bloku w Skierniewicach dzieciaki ganiają się w ten sposób, wpadając do pierwszej klatki i znikając, by niespodziewanie wyłonić się z ostatniej). Przygotowujące się wojska mogą przekopać przejście do podziemnych ciągów rur wodociągowych i poruszać się jeszcze swobodniej. Nawet taki Pałac Kultury w centrum Warszawy ma swoje tajemnice. Mało kto wie, że można do niego wejść od tyłu, od ul. Emilii Plater, wchodząc w bramę po jednej czy drugiej stronie Sali Kongresowej, i wśliznąć się na zamkniętym dziedzińcu w drzwi teoretycznie dla dostawców, a w praktyce ogólnodostępne.

                                                    Trzeba też mieć na uwadze, że wykorzystanie metra czy podziemnych garaży pod centrami handlowymi ma ograniczony sens, bo najczęściej w takich miejscach – a także kościołach, kinach itp. – chowają się cywile, których mimo walk o miasto należy bezwzględnie oszczędzać.

                                                    I wreszcie ostatnia zasada: walki w mieście to walki małych pododdziałów. Na konkretnej ulicy jest pluton, najwyżej kompania, i dowódca samodzielnie podejmuje kluczowe decyzje. Nikt mu niczego nie podpowie, bo nikt nie widzi, co dzieje się u niego na ulicy, na podwórku, na placu. Dowódca batalionu może znać położenie swoich kompanii, ale jak wygląda sytuacja na miejscu, to wie tylko z urywanych, nerwowych meldunków.

                                                    To chyba najważniejszy klucz niepowodzeń Rosjan – nie potrafią samodzielnie podejmować decyzji na niskich szczeblach, czekają na rozkazy. A wyżsi przełożeni podtrzymują ten stan rzeczy, rugując podwładnych za robienie czegokolwiek bez ich zgody. W rezultacie kapitanowie dowodzący kompanią, porucznicy stojący na czele plutonów, a zwłaszcza sierżanci na czele drużyn niczego sami nie wymyślą.

                                                    I jeszcze jedna zasada, której nie ma w żadnych podręcznikach NATO do Urabn Warfare, zapewne nie ma jej też w podręcznikach rosyjskich. Pralki i telewizory wynosimy dopiero po oczyszczeniu danej części miasta z wroga, w przeciwnym razie zostaniemy przy okazji zdziesiątkowani.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 10:58
                                                    Nie jest dobrze. Nie po naszej myśli....

                                                    94. dzień wojny. Mieszkańcom Ługańskiej Republiki nie jest do śmiechu
                                                    28 maja 2022
                                                    10 minut czytania
                                                    Siły prorosyjskie w Popasnej, 26 maja 2022 r.
                                                    Alexander Ermochenko / Reuters / Forum
                                                    Trwają ciężkie walki w Siewierodoniecku, na nim skoncentrowali się Rosjanie. Przydałby się jakiś sukces do wsparcia propagandy o oszałamiającej skuteczności armii rzekomo miłującej pokój. Wojska ukraińskie prowadzą natomiast niebezpieczną grę i mogą zostać okrążone.

                                                    Ukraińcy podjęli decyzję o uporczywym oporze, która z różnych względów też ma swoje zalety. Najważniejsze, że daje czas. Tak jak obrona Mariupola dała czas na przerzut sił do Donbasu i szykowanie tam pozycji, tak teraz obrona Siewierodoniecka pozwala przygotować nowe jednostki wyposażone w zachodni sprzęt, które wejdą do walki za mniej więcej miesiąc.
                                                    Rosjanie szturmują Siewierodonieck

                                                    Siewierodonieck to ostatni kawałek ziemi na wschodnim brzegu rzeki Doniec w obwodzie ługańskim. Ma znaczenie psychologiczne, bo po utracie Ługańska w 2014 r. pełnił funkcję stolicy tej części regionu, która pozostała pod kontrolą Ukrainy. Rosjanie włażą do miasta z trzech stron i tylko część przyległa do Dońca łączy się z resztą ukraińskiego terytorium. Między Siewierodonieckiem a Lisiczańskiem położonym na zachodnim brzegu rzeki podobno nadal działa jakiś most – tak wynika z porannej relacji reportera Mateusza Lachowskiego, który spędził noc w piwnicy z żołnierzami (mniej więcej co godzinę spadało na Lisiczańsk kilka salw artyleryjskich). Nie wiadomo, czy to uszkodzony i naprawiony most stały, czy może raczej most pontonowy ustawiony przez saperów. Ale przebywanie ukraińskich wojsk tutaj jest dość ryzykowne. Gdyby Rosjanom udało się przejść wzdłuż Dońca i odciąć Siewierodonieck od rzeki, znalazłyby się w pełnym okrążeniu.

                                                    Tymczasem rosyjskie wojska szturmują Siewierodonieck, wdzierając się między zabudowania. O miasto walczy 36. Łozowska Brygada Zmechanizowana Gwardii z 29. armii z Czyty w rejonie Bajkału, a prócz tego przekazany pod jej rozkazy 68. Żytomiersko-Berliński Pułk Czołgów Gwardii ze 150. Irdycko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej z 8. Armii Gwardii. Ponadto pojawili się tutaj opisywani przeze mnie niedawno Kadyrowcy z Czeczenii. Podobno to oni zdobyli duży hotel w północno-wschodniej części miasta.
                                                    Stareńkie czołgi i wysadzony pociąg

                                                    Ponieważ Rosjanie pod Iziumem utknęli kompletnie, niewykluczone, że główny wysiłek zostanie teraz przeniesiony nieco dalej na wschód, pod Łyman, skąd po przekroczeniu Dońca mogliby ruszyć od północnego wschodu na Słowiańsk. Pomysł doskonały, zważywszy, jak „wspaniale” wychodzi im forsowanie rzek. Walczy tu 90. Witebsko-Nowogrodzka Dywizja Pancerna Gwardii i dywizja zmechanizowana: 201. Gatczyńska Baza Wojskowa. Ta śmieszna „baza” w nazwie zamiast zwykłej dywizji wynika z faktu, że jednostka stacjonuje w Duszanbe w Tadżykistanie, czyli poza granicami Rosji. Obie walczą teraz pod dowództwem 2. Armii Gwardii z Samary, też z Centralnego Okręgu Wojskowego.

                                                    Ciekawe, że Rosjanie przerzucili tu spod Kupiańska 29. Samodzielną Warszawską Brygadę Wojsk Kolejowych. Wygląda na to, że chcą po zdobyciu Łymanu wykorzystać linię kolejową do Kupiańska, gdzie docierają tory z dwóch rosyjskich miast: Biełgorodu i Wałujki. 27 maja lotnictwo wroga zaatakowało pod Siewierskiem, jakby znów szykując się do forsowania Dońca. Mało im najwyraźniej było latania 41. armii na przeprawach przez rzekę 2–13 maja.

                                                    Pod Popasną znów tymczasem utknęli. Dotarli do drogi Bachmut–Lisiczańsk i nie są w stanie posunąć się o włos, Ukraińcy zdołali ich powstrzymać, chwilowo odsuwając groźbę większego okrążenia Lisiczańska i Siewierodoniecka. A pod Charkowem pas – strony ostrzeliwują swoje pozycje, ale nie są w stanie ruszyć.

                                                    Znalazły się natomiast stareńkie czołgi T-62, które Rosjanie zwieźli do Ukrainy. Przytargano je na południowy odcinek frontu, pod Chersoń, gdzie twardo się okopują, tworząc pas umocnień trudnych do przebycia. Szykują się tu do długotrwałej, uporczywej obrony. czołgi mają ich wzmocnić. Co ciekawe, na trasie kolejowej Wołnowacha–Krym operował też najprawdziwszy pociąg pancerny, ale 18 maja został wysadzony przez ukraińskich partyzantów w Melitopolu. Nie wiadomo który, bo w rejonie działały aż cztery: „Bajkał”, „Terek”, „Amur” i „Don”.

                                                    Thomas Piketty: To jest wojna imperialna z poprzedniej epoki
                                                    Ługańska marionetka pod kontrolą FSB

                                                    Obiecałem dokończyć opowieść o Ługańskiej Republice Ludowej, zwanej w Ukrainie pogardliwie Ługandą. To wesołe państwo, jak się domyślacie, raj na ziemi. Łatwo tu stracić wszystko łącznie z życiem.

                                                    Na przykład takie zdarzenie. 20 listopada 2017 r. Igor Płotnicki, wówczas „głowa republiki” (de facto prezydent, ale żeby nie był równy Putinowi, wymyślono dla marionetkowych państewek osobny tytuł: „głowę”), wylał ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych Igora Korneta. Zarzut: przywłaszczenie w 2014 r. domu, w którym mieszka do dziś. W normalnym państwie nie wyrzuca się mieszkańców z ładnej willi bez podstawy prawnej, by mógł tam zamieszkać jakiś minister, choćby i spraw wewnętrznych, ale takie są realia ługańskiego raju. Tymczasem 23 listopada Kornet ogłosił, że właśnie schwytano terrorystów związanych z 3. Pułkiem Specjalnym ukraińskiego GUR (wywiadu), planujących dokonać dywersji. Żeby poszło im łatwiej, postanowili najpierw ministra zdyskredytować. Patryk Vega by tego nie wymyślił.

                                                    Ale zadziałało. Igor Płotnicki zorientował się, co się święci – że za chwilę zostanie oskarżony o zdradę państwa i aresztowany – i w silnej eskorcie spruł do Rosji przez Izwarino, skąd z Rostowa nad Donem poleciał samolotem do Moskwy i tam szukał ratunku. Niedługo potem dotychczasowy minister bezpieczeństwa państwowego (tak, jest takie stanowisko, zupełnie jak w Polsce do 1956 r.) Leonid Pasecznik ogłosił, że Płotnicki zrezygnował z funkcji sam ze względu na stan zdrowia. A Kornet pozostał ministrem spraw wewnętrznych, którym jest do dziś. I pewnie nadal mieszka w skradzionej willi.

                                                    Co ciekawe, Kornet, generał major ługańskiej policji (tu milicja jest wojskiem, a policja policją, mocno jednak zaangażowaną w różne ciemne interesy), jest ścigany przez Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. To ciekawy organ podległy bezpośrednio Putinowi, ale de facto kierowany przez prokuraturę, która w Rosji ma związki z MSW (choć to samodzielny organ państwowy). Tak czy siak, Komitet Śledczy FR jest powiązany z FSB. I ściga Korneta za jego udział w zabójstwie obywatela Rosji Artioma Bułgakowa w listopadzie 2016 r. Kornet zarazem nadal jest generałem majorem policji i ministrem spraw wewnętrznych Ługańskiej RL, przypomnijmy: całkowicie zależnej od Rosji. Kto go chroni, że nawet Komitet Śledczy FR nie może go dosięgnąć?

                                                    Jest tylko jedna organizacja na świecie, która może chronić ministra przed rosyjskimi śledczymi. Dawne GRU, a obecne GU Sztabu Generalnego FR. Nazwa się zmieniła, ale siła i rola ta sama – to wszechpotężny wojskowy wywiad, który całkowicie opanował, jak się zdaje, władze i główne sprawy w Ługańsku. Bo w Doniecku króluje FSB.

                                                    Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk
                                                    Ministrowie bez oficjalnej biografii

                                                    Leonid Pasecznik stojący na czele Ługańskiej RL to kolejna ciekawa postać. Urodził się w 1970 r. w Woroszyłowgradzie (tak nazywał się Ługańsk za czasów ZSRR – na cześć „pierwszego marszałka” Klimenta Woroszyłowa). Jego ojciec był radzieckim milicjantem, ale musiał komuś podpaść, bo z atrakcyjnej wówczas Ukraińskiej Republiki Radzieckiej wyrzucono go w 1975 r. do Magadanu na Kołymie, by pilnował kopalni złota. Sam Leonid tuż przed rozpadem ZSRR ukończył Doniecką Wyższą Szkołę Oficerów Politycznych Wojsk Inżynieryjnych i Wojsk Łączności im. gen. armii A. Episzewa. Co robił oficer polityczny w wojskach łączności? Oczywiście pilnował przełożonych. Służby zawsze są zainteresowane wojskami łączności, a oficer polityczny jest w mniejszym czy większym stopniu z nimi związany. Generalnie kontrwywiadem w radzieckiej armii zajmował
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 11:04
                                                    Cd dla 94
                                                    Generalnie kontrwywiadem w radzieckiej armii zajmował się Wydział Specjalny KGB, ale i GRU miało swoich ludzi, pilnujących z kolei bezpieczniaków, żeby nie pakowali się w wojsku gdzie nie trzeba.

                                                    Pasecznik musiał mieć jakąś „szczególną” przeszłość, skoro w 1993 r. został przyjęty do Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), i to od razu w stopniu podpułkownika. W Ługańsku zwalczał przemyt i odnosił nawet pewne sukcesy. Wszystko szło świetnie, ale w grudniu 2013 r., nie bez przyczyny tuż po Majdanie, został wylany ze służby w stopniu pułkownika. Ukraińscy przełożeni domyślili się, że pracuje dla kogoś jeszcze.

                                                    Bardzo szybko wyszło na jaw, dla kogo. Pasecznik od razu przeszedł na stronę rebeliantów i zajmował we władzach Ługańskiej RL wysokie stanowiska. 9 października 2014 r. został mianowany ministrem bezpieczeństwa państwa. W 2015 wysunął zarzuty wobec Dmitrija Limana, ministra węgla, paliw i energetyki samozwańczej republiki. Chyba dobrze wiedział, że Liman z samym Płotnickim kręci interesy w handlu paliwami. Płotnicki od dawna siedział „w branży”, kilkanaście lat wcześniej miał nawet własną stację benzynową, założył też firmę handlującą paliwem. Pasecznik miał zapewne ten przeżerający gospodarkę Ługandy biznes ukrócić. Jak się domyślam, nie w trosce o porządek publiczny i uczciwość – paliwowa mafia najwyraźniej weszła komuś w paradę. Płotnickiego pogoniono z kraju, a nową „głową” państwa został były radziecki oficer polityczny Leonid Pasecznik.

                                                    Oczywiście sam minister węgla został wyrzucony – skompromitowanego Limana zmienił w 2015 r. Oleg Jurczenko, jego z kolei w kwietniu 2016 r. zastąpił Paweł Małgin. Który dla odmiany został aresztowany za przekręty we wrześniu 2021 r. Obecnie ministrem jest Konstantin Rogowczenko, podobnie jak poprzednicy człowiek bez oficjalnej biografii. Ciekawe, że przykładowo stanowisko ministra pracy i spraw socjalnych ŁRL nie jest tak atrakcyjne i o nie się wszyscy nie zabijają... Co w Ługańsku może być zresztą traktowane całkiem dosłownie.


                                                    Gdzie tak swobodnie człowiek oddycha...

                                                    21 lutego 2022 r. Leonid Pasecznik podpisał z Rosją umowę o przyjaźni, współpracy i wzajemnej pomocy. Otworzyło to nowy rozdział w dziejach tworu państwowego, w którym tak swobodnie człowiek oddycha... Jak to było? „Ja drugoj takiej strany nie znaju, gdie tal wolno dyszy czełowiek. Od Moskwy do samych okranin, s jużnych gor do siewiernych moriej, czełowiek prechodit kak chaziajin nieobjatnoj rodiny swojej”. Czyli: nie znam drugiego takiego kraju, gdzie tak wolno oddycha człowiek. Od Moskwy do samych obrzeży, od południowych gór do mórz północy człowiek chodzi niczym gospodarz bezgranicznej ojczyzny swojej.

                                                    Pewnie także mieszkańcy Ługandy, gdzie rządzą cyngle mafii paliwowej i innej ostro kontrolowanej przez GU (GRU), która okresowo upuszcza jej krew (stąd te zmiany ministrów od energetyki), czują jak gospodarze w ojczyźnie, z której nie ma dokąd wyjechać, bo i do Rosji niełatwo (jak się tłumaczy, z powodu braku ważnych paszportu – ŁRL nie jest uznawana nigdzie na świecie, a komu trzeba, wydaje się paszport rosyjski).

                                                    Cytowaną przeze mnie piosenkę zna całe moje pokolenie, bo śpiewało się na lekcjach rosyjskiego tę słynną „Sziroka strana moja rodnaja” („wielki mój kraj ojczysty”) obok jej polskiego („ukochany kraj, umiłowany kraj”).

                                                    Ale mieszkańcom ŁRL wcale na śpiewanie z radości się nie zbiera. Miało być tak pięknie, a wylądowali w bandyckim państwie, gdzie wybrani bogacą się na potęgę, afera goni aferę, winni pozostają bezkarni, chyba że są usuwani w ramach walk wewnętrznych, a całością kręci rosyjski wywiad wojskowy, który ma tu wysoko postawionych ludzi. Także takich, którym nie daje rady nawet Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej.
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.05.22, 20:18
                                                    Z tej analizy wypływa - w mojej ocenie - wniosek, że Zachód przyjął słuszną strategię zainstalowania na Ukrainie maszynki do rosyjskiego mięsa armatniego.

                                                    Dla przeprowadzenia skutecznej ofensywy musiałby armię Ukrainy uzbroić w systemy walki, które pozwoliłyby na prowadzenie działań zaczepnych przy możliwie małych stratach. Czyli artylerię, także rakietową, która zdolna byłaby do obezwładnienia artylerii rosyjskiej, różnorodne drony, lotnictwo i wozy bojowe, w tym czołgi.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 20:05
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Tu się nic nie zmienia, bo zasada jest taka:
                                                    > Oprócz czołgów wszystko ma pływać bez specjalnego przygotowania czyli: falochro
                                                    > n przed nos, pompy wodne na maxa, kominek na powietrze do góry, załoga w kapoki
                                                    > i do wody!


                                                    Z tym ze byl duzy nacisk na Inspektorat, przynajmniej wsród publicystów roznej masci, aby zrezygnowac z mozliwosci plywania, bo i taniej i lepiej opancerzyc mozna.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 20:14
                                                    Publicyści to idioci różnej maści.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 20:19
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Publicyści to idioci różnej maści.

                                                    Zawsze mnie zastanawialo, gdy toczyly sie te wszystkie dyskusje o wymogu plywalnosci dla BWP czy teraz dla wspólnej platformy od HSW, co na ten temat sądzą oficerowie średniego szczebla.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 00:43
                                                    Matrek, ty się nie zastanawiaj, tylko popatrz na mapę cieków wodnych, rzek, jezior, kanałów i innych sztucznych tworów hydrotechnicznych w Europie i sam sobie odpowiedz na pytanie: jak to q..wa wszystko pokonać?
                                                    :-))
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.05.22, 00:59
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Matrek, ty się nie zastanawiaj, tylko popatrz na mapę cieków wodnych, rzek, jez
                                                    > ior, kanałów i innych sztucznych tworów hydrotechnicznych w Europie i sam sobi
                                                    > e odpowiedz na pytanie: jak to q..wa wszystko pokonać?
                                                    > :-))


                                                    Przestałem polegać na własnym osądzie, gdy ścierał się z poglądami Różańskiego i Siemoniaka oraz ich akolitów, twierdzących, że trzon polskich sił obronnych powinien znajdować się przy południowo-zachodniej granicy Polski, a nie tam skąd grozi Polsce uderzenie. Bo kim jak k.wa jestem żeby się z takimi tuzami intelektualnie mierzyć.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.05.22, 12:22
                                                    "Z obrazu wynika, że Ukraińcy dokładnie zlokalizowali miejsce planowanych przepraw i drogi dojścia."
                                                    Mieli informacje wcześniej pewnie, jak i są filmiki jak obserwowali teren z dronów.

                                                    I znów wygląda, że to była jakaś oddolna inicjatywa orków- i jedna BGT poszła w ....błoto .
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.05.22, 22:40
                                                    "5. Gdy artyleria obrońców zniszczy most, a ich czołgi i piechota ruszą do kontrataku to obrońcom przyczółka w trosce o własne zdrowie nie pozostaje nic innego, jak wiać z powrotem na ten brzeg z którego przybyli po chwałę i ordery. Jak im ocalały transportery to nie ma problemu, ale jak ich nie ma to trzeba na drzwiach od rozwalonego niedaleko budynku, beczce, skrzynce po amunicji itp."
                                                    TO mnie zastanawia. Obecnie tak kiepsko sie robi po zniszczeniu mostu? Zostaje artyleria z drugiego brzegu i lotnictwo, które może obezwładnić kontratak . A PTS-y dowożą zaopatrzenie do momentu budowy nowego mostu.
                                                    Tu wygląda , że ich przyłapano we wczesnej fazie- nie zdązyli pogłębić przyczółka. Albo użyto zbyt skromne środki- taka razwiedka bajom.
                                      • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 21:01
                                        Orki zajęli Popasną.
                                        • bmc3i Tymczasem ruskie niszczą mosty, aby.... 08.05.22, 17:24
                                          maxikasek napisał:

                                          > Orki zajęli Popasną.


                                          Tymczasem jak podaje CNN ruskie niszczą mosty, aby.... opóźnić ukraińską kontrofensywę
                  • menel13 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.05.22, 12:40
                    odyn06 napisał:

                    > Za Fiszerem. To naprawdę mądry facet.
                    >
                    E tam. Tu mamy prawdziwego geniusza.
                    www.youtube.com/watch?v=CBFY4glgqwA
                    • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 03:22
                      menel13 napisała:

                      > odyn06 napisał:
                      >
                      > > Za Fiszerem. To naprawdę mądry facet.
                      > >
                      > E tam. Tu mamy prawdziwego geniusza.
                      > www.youtube.com/watch?v=CBFY4glgqwA


                      Naprawdę są w Polsce te banery gen. Miki? O co chodzi z ich przekazem?
                      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.05.22, 08:09
                        Matrek
                        To przecież fake news i u nas wiedzą to nawet przedszkolaki.
                        😂
                        • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 19:50
                          odyn06 napisał:

                          > Matrek
                          > To przecież fake news i u nas wiedzą to nawet przedszkolaki.
                          > 😂


                          Zastnowilo mnie co mialby robic generał na banerach... To ostatnie miejsce gdzie general w mundurze moglby wystepować.
                • ignorant11 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.05.22, 21:32
                  Tak ta chwiejna postawa Ukrainy własnie się na niej mści. Oddali niuki ale do NATO nie aspirowali, asiedzenie na płocie ma te niewygode, ze sztachety sie w dupsko wbijaja...
    • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:38
      Puls Zagranicy
      soteoc
      :
      3
      cg
      2
      3u1l

      2
      o
      a
      a
      3
      9

      j
      m
      1
      1it

      ·
      Rosjanie adaptują się do nowych warunków walki i dokonują znaczących postępów wzdłuż linii rzeki Doniec. O przełomie nie ma jednak mowy. Ukraińcy zbliżają się do punktu krytycznego. Raport z Ukrainy (02.05.2022)
      1. Zgodnie z moimi przewidywaniami, wraz z początkiem maja, na wschodzie Ukrainy obserwujemy znaczą eskalację i rozwinięcie rosyjskiej ofensywy w Donbasie. Rosyjska artyleria razi cele wzdłuż całej linii frontu - szczególnie intensywny ostrzał prowadzony jest na kluczowych kierunkach dla donbaskiej ofensywy, tj. pod Izium, Jampilem i Siewierodonieckiem. Jednocześnie Rosjanie cały czas atakują - przy pomocy rakiet balistycznych i lotnictwa – krytyczną infrastrukturę znajdującą się na ukraińskich tyłach m.in. węzły kolejowe, składy paliw, zakłady zbrojeniowe, a ostatnio także silosy zbożowe.
      2. Jednostki rosyjskie wycofane wcześniej spod Kijowa, Czernihowa i Sum otrzymały już częściowe uzupełnienia i są rzucane do walki w Donbasie. Siły te zostały przeorganizowane i skonsolidowane w większych grupach taktycznych. O ile pod Kijowem rosyjskie jednostki operowały na poziomie batalionowych grup taktycznych (BGT), o tyle teraz - jak się wydaje - Rosjanie operują "grupami bojowymi", złożonymi z kilku BGT. Z jednej strony chodzi o zniwelowanie strat poniesionych na poprzednich etapach wojny, a z drugiej o konsolidację "siły ognia" i łatwiejsze przełamywanie ukraińskich linii obronnych.
      3. Na korzyść Rosjan działa ogólna poprawa pogody na Ukrainie. Ulewne deszcze, które były zmorą atakujących w Donbasie jeszcze tydzień temu, obecnie ustały. Temperatura na wschodzie oscyluje w okolicach 15-20 stopni Celsjusza i występują tylko przelotne opady. Dzięki temu Rosjanie nie muszą już prowadzić uderzeń wzdłuż głównych szlaków komunikacyjnych, a ich siły zyskały większą zdolność manewrowania.
      4. Rosjanie wyciągnęli wnioski ze swojej porażki pod Kijowem. Biorąc pod uwagę intensywność rosyjskiego ostrzału artyleryjskiego prowadzonego w Donbasie, wydaje się że Rosjanie rozwiązali większość swoich problemów logistycznych. Żeby utrzymać taką intensywność ostrzału, Rosjanie potrzebują codziennie ton amunicji - gdyby ich logistyka nie działała poprawnie, to nie byliby w stanie prowadzić aż tak intensywnego ostrzału. Sabotażyści działający w okolicach Biełgorodu i Kurska co prawda nadal uszkadzają linie i mosty kolejowe, ale zdaje się nie mieć to większego znaczenia dla rosyjskiej logistyki w Donbasie.
      5. Widać już także wyraźnie zmianę w rosyjskiej taktyce prowadzenia walk. O ile w początkowych tygodniach wojny, standardem było wysyłanie przez Rosjan żołnierzy do ataku na ukraińskie linie obronne bez przygotowania artyleryjskiego lub z minimalnym wsparciem artylerii, o tyle teraz wygląda to zupełnie inaczej. Obecnie każdy rosyjski atak poprzedzony jest długą nawałą artyleryjską, podczas której Rosjanie starają się zniszczyć wszystkie punkty oporu przeciwnika. Dopiero po takim ostrzale, rosyjskie oddziały wysyłane są do ataku.
      Nie zawsze jednak przynosi to oczekiwane rezultaty. Zdarza się, że rosyjscy artylerzyści nie zniszczą wszystkich pozycji przeciwnika. W efekcie nierzadko nacierające rosyjskie siły natrafią na silne punkty oporu Ukraińców i odnoszą duże straty w ludziach i sprzęcie. Ponadto rosyjska taktyka "zaorania" ukraińskich pozycji artylerią przynosi dość ograniczone rezultaty na terenach mocno zurbanizowanych i uprzemysłowionych, co pokazują dobrze walki o miasto Rubiżne, położone obok Siewierodoniecka.
      Generalnie, jednak można powiedzieć, że Rosjanie walczą obecnie dużo sprawniej. Takie nagrania jak z lutego i marca spod Kijowa, gdy rosyjskie czołówki raz po raz wpadały w ukraińskie zasadzki, należą obecnie do rzadkości. Wydaje się, że - te pozytywne (z perspektywy Rosjan) – zmiany, są zasługą reorganizacji dowództwa. Od początku kwietnia, głównodowodzącym ofensywy w Donbasie jest gen. Dwornikow, dowódca Południowego Okręgu Wojskowego. Początkowo zbytnio nie wierzyłem, że ta zmiana przyniesie Rosjanom jakieś pozytywy, jednak obecnie widać faktycznie że rosyjskie wojska walczą dużo lepiej niż w początkowej fazie wojny.
      Nie uważam jednak, że wszystkie zasługi należy zapisać na konto Dwornikowa. Rosjanie posiadają bowiem wielu zdolnych dowódców - także niższego szczebla - którzy wykazują duże zdolności adaptacyjne. Tym młodym, ambitnym oficerom niższego szczebla jest obecnie tym łatwiej zademonstrować swoje umiejętności i awansować w hierarchii, że ich niedawni przełożeni zginęli na Ukrainie.
      6. Mimo, że w mediach pojawiają się doniesienia o dużych stratach rosyjskich w Donbasie, znacznie przewyższających straty Ukraińców, to mam co do tego pewne wątpliwości. Nagrań z porzuconym, czy zniszczonym rosyjskim sprzętem czy też poległymi rosyjskimi żołnierzami jest mniej niż w pierwszej fazie wojny. Moim zdaniem straty rosyjskie i ukraińskie w Donbasie mogą być obecnie na podobnym poziomie. Nie wykluczam nawet, że ukraińskie straty są większe niż te rosyjskie.
      7. W ostatnich dniach Rosjanie dokonali pewnych postępów pod Izium. Wojskom operującym po drugiej stronie Zbiornika Oskolskiego (na wschód od Izium), udało się wyprzeć Ukraińców z Jaćkiwki i Korowijego Jaru - pkt 1 na mapie. W ten sposób Rosjanie otoczyli ok. 1.000 ukraińskich żołnierzy w miasteczku Oskil. W pewnym momencie istniało realne ryzyko odcięcia tych wojsk przez Rosjan. Ukraińskie dowództwo zachowało jednak chłodną głowę i w odpowiednim momencie wycofało obsadę Oskila, jednocześnie niszcząc mosty na rzece o tej samej nazwie (r. Oskil).
      Rosjanie zbliżyli się także nieco do linii kolejowej Dnipro-Słowiańsk, przechodzącej przez Barwinkowo (na południe od Izium). Rosjanie posiadają pod Barwinkowem kontrolę ogniową nad fragmentem wspomnianej linii kolejowej, uniemożliwiając zaopatrywanie Słowiańska i Siewierodoniecka koleją - pkt 3 na mapie.
      Dodatkowo Rosjanie odnotowali ograniczone postępy pod Jampilem (pkt 2 na mapie), gdzie próbują przechwycić mosty na rzece Doniec znajdujące się na południe od miasta. Ukraińcy twardą się jednak tam bronią, spowalniając rosyjskie postępy. Dokładna sytuacja w mieście nie jest jasna. Rosjanie twierdzą, że zdobyli Jampil, Ukraińcy twierdzą że nadal trzymają miasto w swoich rękach. Moim zdaniem Rosjanie wdarli się już do Jampila, ale Ukraińcy nadal posiadają kontrolę nad częścią miasta.
      Jeśli mosty na południe od Jampilu trafiłyby w ręce Rosjan, to wojska ukraińskie znalazłyby się w bardzo niekorzystnej pozycji. Przeprawiając się bowiem na drugi brzeg rzeki Doniec pod Jampilem, Rosjanie wyszliby na tyły Ukraińców (pkt 4 na mapie) i mogliby okrążyć Siewiedonieck, Lisiczańsk i Rubiżne.
      8. Mimo pozytywnych zmian jakie zaszły na korzyść rosyjskich wojsk inwazyjnych, ciężko jest mówić że w Donbasie doszło do jakiegoś przełomu. Rzeka Doniec nadal stanowi ogromne wyzwanie dla Rosjan, którzy uchwycili tylko jedną przeprawę przez tę rzekę - pod Izium i to po miesiącu walk. Powolne tempo rosyjskiej ofensywy sprawia, że ukraińskie wojska wycofujące się pod naporem rosyjskiej nawały, są w stanie niszczyć za sobą kluczowe przeprawy na rzece Doniec i innych ciekach wodnych, których jest bardzo dużo w Donbasie, oraz tworzyć naprędce drugie linie obronne.
      9. Komentarz: Sytuacja w Donbasie jest bardzo skomplikowana. Rosjanie mają co prawda przewagę, ale bardzo ciężko wyrokować czy wystarczy to im do odniesienia zwycięstwa i przejęcia całego Donbasu. Ukraińskie dowództwo planuje możliwie jak najdłużej spowalniać rosyjskie wojska, a następnie wykrwawić je podczas walk o duże ośrodki miejskie znajdujące się na terenie Donbasu.
      Pojawiają się jednak pierwsze sygnały, że Ukraińcy w Donbasie dochodzą do momentu krytycznego. Siły broniące umocnionych pozycji wokół Doniecka, Ługańska oraz linii rzeki Doniec walczą na pierwszej linii frontu od pierwszego dnia rosyjskiej inwazji. Otrzymują one tylko ograniczone wsparcie w materiale i ludziach. Ich sytuację nieco poprawiło ściągnięcie do Donbasu oddziałów regularnej armii z półno
      • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:39
        Pojawiają się jednak pierwsze sygnały, że Ukraińcy w Donbasie dochodzą do momentu krytycznego. Siły broniące umocnionych pozycji wokół Doniecka, Ługańska oraz linii rzeki Doniec walczą na pierwszej linii frontu od pierwszego dnia rosyjskiej inwazji. Otrzymują one tylko ograniczone wsparcie w materiale i ludziach. Ich sytuację nieco poprawiło ściągnięcie do Donbasu oddziałów regularnej armii z północy Ukrainy - po tym jak Rosjanie wycofali się spod Kijowa. Jednak trzeba pamiętać, że jednocześnie zwiększyła się także liczba rosyjskich oddziałów w Donbasie, a ponadto regularne oddziały armii ukraińskiej - wycofane spod Kijowa, Czernihowa i Sum – zostały przerzucone do Donbasu otrzymując tylko bardzo ograniczone uzupełnienia.
        Ukraińcy formują kolejne oddziały z zmobilizowanych rezerwistów, ale te siły będą gotowe do walki dopiero pod koniec lata. Wtedy losy bitwy o Donbas mogą być już przesądzone.
        Dlatego na wielu odcinkach ukraińska obrona bazuje obecnie na osłabionych jednostkach armii regularnej, oddziałach obrony terytorialnej czy nawet grupach paramilitarnych. Przykładowo pod Izium, lewe skrzydło ukraińskiej obrony (Barwinkowo) obsadzają brygady z Ukraińskiego Korpusu Ochotniczego Prawego Sektora. Obrona terytorialna i oddziały paramilitarne są najczęściej słabiej wyposażone niż regularna armia, często brakuje im też doświadczenia bojowego (chociaż są wyjątki, bo np. wspomniany Prawy Sektor walczył w Donbasie). Jak ciężka jest sytuacja w Donbasie najlepiej świadczy fakt, że Ukraińcy rzucili tam do walki nawet jednostki obrony terytorialnej z zachodu kraju.
        Można mieć także wątpliwości co do morale i lojalności niektórych ukraińskich rekrutów. W ostatnich dniach pojawia się sporo nagrań przedstawiających ukraińskich jeńców, i to nie tylko rozbite po wioskach oddziały obrony terytorialnej, ale także oddziały armii regularnej np. pod Jampilem (jeden ze strategicznych punktów) do niewoli oddał się mały oddział żołnierzy z 79. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej. Oczywiście ciężko mówić, że nastąpiło załamanie się ukraińskiego morale, ale faktycznie chyba coś niedobrego dzieje się w ukraińskich szeregach. O spadku morale mówił między innymi kilka dni temu Ołeksij Arestowycz, potępiając defetystów i stwierdzająć że Ukraińcy nie powinni wątpić w zwycięstwo w obronie ojczyzny i że powinni brać za wzór obrońców Mariupola. Póki co nie wyciągałbym pochopnym wniosków na temat morale Ukraińców, bo dysponujemy tylko dowodami anegdotycznymi. Należy jednak pamiętać, że potencjalnie defetyzm, a co gorzej zdrada, może powodować załamanie się obrony ukraińskiej na niektórych odcinkach. Już mieliśmy tego przykłady. W Rubiżnym zdradził mer, a w Chersoniu generał SBU. W obu przypadkach zdrady umożliwiły Rosjanom wejście do miasta.
        Ponadto, mało się o tym mówi, ale Ukraińcy mają coraz większe problemy z paliwem, którego brakuje już nie tylko w Kijowie i innych miastach, ale pojawiają się także sygnały, że zaczyna go brakować także oddziałom frontowym. To efekt rosyjskich nalotów, które od marca skierowane są w ukraińskie składy paliw i rafinerie. Administracja prezydenta Zełeńskiego co prawda zapowiedziała, że problemy paliwowe kraju zostaną rozwiązane w ciągu 1-2 tygodni, ale nie wiadomo w jaki sposób.
        Mimo, że cały czas na Ukrainę trafia potężne wsparcie z krajów NATO, to Ukraińcy mają ogromne problemy z przerzutem tego wsparcia do Donbasu. Zwłaszcza chodzi o ciężki sprzęt, który najwygodniej przerzucać koleją.
        Linia kolejowa Dnipro-Donieck jest nadal sprawna i można za jej pomocą sprowadzać posiłki, ale tylko pod Donieck (południowa część Donbasu). Natomiast linia Dnipro-Słowiańsk-Kramatorsk-Siewierodonieck jest zablokowana przez Rosjan, których czołówki podeszły pod Barwinkowo (przez które przebiega wspomniana linia kolejowa). W ten sposób Rosjanie posiadają kontrolę ogniową nad linią kolejową w tym miejscu i blokują przerzut przez Ukraińców ciężkiego sprzętu przy pomocy kolei.
        W praktyce jest to ogromny problem. Biorąc pod uwagę zmianę taktyki przez Rosjan, Ukraińcom potrzeba ciężkiej artylerii, aby prowadzić ostrzał kontrbateryjny i razić rosyjską artylerię. Z zablokowaną linią kolejową, bardzo trudno sprowadzić do Donbasu potrzebną artylerię. Pewnym płomykiem nadziei są amerykańskie haubice M777, które są bardzo lekkie (jak na haubicę, bo ważą „tylko” 4 tony) i na krótszych dystansach mogą być holowane przy pomocy samochodów z napędem 4x4.
        Ukraińcom potrzebne jest także przeniesienie ciężaru walk w inne miejsce niż Donbas. Najlepszym miejscem byłby atak na wschód od Charkowa, na tyły rosyjskich wojsk operujących pod Izium. Ukraińcy już w poprzednich tygodniach odnieśli tutaj już pewne sukcesy, ale dysponują zbyt małymi siłami, aby wyprowadzić potężniejszy atak na pozycje Rosjan.
        PS 1 Dzisiaj tekst mocno ograniczony ze względu na majówkę. Po majówce ukaże się drugi tekst z cyklu Dylematy strategiczne dotyczące rosyjskiej operacji w Donbasie. Po zakończeniu cyklu materiał ten zostanie opublikowany w formie wideo na moim kanale na YT.
        PS 2 Moim zdaniem zasadne jest mówienie, że w Donbasie Rosjanie przystąpili już do generalnej ofensywy. Jeszcze tydzień temu wstrzymywałem się z określeniem rosyjskich ataków na wschodzie mianem "generalnej ofensywy", bo siły tam zaangażowane były stosunkowo małe, a Rosjanie skupiali się przede wszystkim na "przygotowaniu ogniowym" pod ofensywę. Teraz jednak, gdy Rosjanie rzucają na front coraz to nowe jednostki, mówienie o donbaskiej ofensywie jest jak najbardziej uzasadnione.
        • patmate Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.05.22, 00:41
          mapka
    • bmc3i M777 i czołgi podwodne 17.05.22, 06:21
      Obraz mówi więcej niż 1000 słów

    • cojestdoktorku Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 16:26
      wiadomosci.onet.pl/opinie/wyrwal-stan-na-dzis-ukraina-przegrywa-te-wojne/gjr1306
      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 19:17
        95

        Przez ostatnie dni, od upadku miasteczka Rubiżne, Rosjanie koncentrowali się na zdobyciu Siewierodoniecka we wschodniej części Donbasu. Co im da ten sukces? I czy w ogóle będzie to sukces?
        Siewierodonieck to jedno z najmłodszych miast na świecie. Zbudowano je dopiero w latach 50. XX w. Od 1934 r. powstawał tu duży kombinat chemiczny, a wokół niego przez kilkanaście lat rozrastało się osiedle. Ponieważ liczba ludności powoli przekraczała 50 tys., zaczęto się zastanawiać nad nadaniem regionowi praw miejskich (co nastąpiło w 1958). Pomysły na nazwę miasta były różne, najbardziej podoba mi się „Komsomolsk nad Dońcem” (na wzór Komsomolska nad Amurem, znanego z wielkich zakładów lotniczych Suchoja). Równie fajny był „Mendelejewsk”, chyba aluzja do tego, że tam, gdzie budowano w ZSRR zakłady chemiczne, w glebie i wodzie znajdowała się cała tablica Mendelejewa. Ostatecznie przyjął się Siewierodonieck.

        Wielkie azotowe zakłady chemiczne, dziś funkcjonujące jako Siewierodonieckie Predprijatia Azot (Siewierodonieckie Przedsiębiorstwo Azot), zatrudniają 8 tys. ludzi – sporo jak na nieco ponad 100 tys. mieszkańców. Produkowano tu głównie półprodukty do wyrobu tworzyw sztucznych, folii, farb, ale też broń chemiczną (tego zaprzestano w końcowej fazie istnienia ZSRR).

        To oczywiście niejedyny zakład chemiczny w Siewierodoniecku. Na przykład NPO Siewierodonieckij Stiekłopłastik oddano do użytku w 1959 r., produkował folię, włókna i maty szklane, epoksydowe żywice syntetyczne i inne materiały do produkcji tworzyw sztucznych i kompozytów. Jest instytut naukowo-badawczy przemysłu chemicznego OOO Chimtechnologia, gdzie projektuje się zakłady chemiczne i produkuje urządzenia dla nich, czy Siewierodonieckij ORGCHIM wytwarzający kotły i aparaturę dla energetyki cieplnej. Działa ZAO Ukrchimenergo, producent nawozów sztucznych, i wiele innych fabryk (w tym zakłady przemysłu maszynowego i mechaniki precyzyjnej). Ogółem pracuje w nich 31 tys. osób, pozostali robią w usługach, transporcie, administracji i edukacji (20 tys. to dzieci i emeryci). Do niedawna Siewierodonieck był całkiem prężnym miastem wielkości Wałbrzycha, Włocławka, Tarnowa czy Chorzowa.



        Po co Rosjanom ruiny miast?

        Logika rosyjskich działań jest nieodgadniona. Jeśli zamierzają przejąć potencjał Ukrainy, a jest całkiem pokaźny, to należy miasta zdobywać tak, by infrastruktura, przemysł i ludność za bardzo nie ucierpiały. Tymczasem działają tak, jakby zależało im wyłącznie na pustych propagandowych hasłach w rodzaju: zajęliśmy Mariupol. Żadnego Mariupola Rosjanie nie zajęli, bo go już nie ma. Zajęli miejsce, gdzie niegdyś stało miasto. 90 proc. zabudowy i praktycznie wszystkie zakłady przemysłowe to gruzy. Gdyby ktoś chciał odbudować Azowstal, musiałby włożyć gigantyczne pieniądze, kupić nowoczesne wyposażenie, musiałyby powstać nowe piece hutnicze, walcownie, odlewnie itd. Skąd Rosjanie chcą wziąć pieniądze czy nowoczesne oprzyrządowanie dla przemysłu metalurgicznego? Przy obecnym embargu nie będą w stanie wyprodukować obrabiarek, dziś sterowanych komputerowo – nie mają dostępu do procesorów i innych półprzewodnikowych elementów elektronicznych. Głównie je importowali, a teraz kicha. Dopiero wojna pokazała, jak bardzo zapyziała, nienowoczesna i skorumpowana jest Rosja.

        Gdyby udało im się zdobyć Siewierodonieck, będą to znów bezużyteczne ruiny, miejsca nienadające się pod uprawy, bo zawalone resztkami miejskiej zabudowy i złomem po instalacjach przemysłowych. Co z tym zrobić? Ano nic, rosyjscy żołnierze przeleją krew za kawałek ziemi, na której nawet ziemniaków posadzić nie można ani krów wypasać się nie da. O pierwotnym przeznaczeniu miasta jako jednostki osadniczej charakteryzującej się dużą intensywnością zabudowy i obecnością przynoszących zyski miejsc pracy – całkiem można zapomnieć.

        Pod Siewierodonieck Rosjanie dotarli 2 marca i już wtedy zaczęły się walki o okoliczne miejscowości. Ostrzał artyleryjski podjęli cztery dni później. 18 marca zajęli Kreminnę położoną kilka kilometrów na północny zachód od Rubiżnego, które z kolei prawie przylega od północy do Siewierodoniecka. Niedługo potem trwały walki właśnie o Rubiżne, o połowę mniejsze od Siewierodoniecka, także ważny ośrodek przemysłu: chemicznego, farmaceutycznego i papierniczego. Tutaj znajduje się największy w Ukrainie zakład produkujący leki kardiologiczne.

        Walki o Rubiżne ruszyły dokładnie 17 marca, początkowo uczestniczyła w nich tylko Milicja Ługańskiej Republiki Ludowej (czyli te ich tzw. siły zbrojne), później dołączyli żołnierze z 20. Armii Gwardii. Miasto padło 12 maja. Na szczęście Rubiżne nie było tak straszliwie zniszczone jak Mariupol, ale przemysł praktycznie stanął, brak możliwości dowozu surowców, zbiegła znaczna część pracowników.

        Rosjanie mają jeden sposób na walki w mieście – morderczy ostrzał artyleryjski. Zniszczeniu ulegają bezcenne instalacje przemysłowe, maszyny i urządzenia, których nie ma teraz jak zastąpić. Ukraina w toku odbudowy na pewno to kiedyś zrobi, ale rosyjscy okupanci tych zakładów do pracy nie przywrócą.



        Nowe siły walczące w Siewierodoniecku

        O Siewierodonieck walczą od początku dwie ługańskie brygady: 2. Brygada Zmechanizowana Gwardii im. Marszałka Klimenta Woroszyłowa oraz 7. Czistiakowska Brygada Zmechanizowana Gwardii. Pierwszą dowodził płk Andriej Ruzinski, oddelegowany z Armii Federacji Rosyjskiej, znany z tego, że jako dowódca 102. Bazy Wojskowej w Armenii przyczynił się do eskalacji konfliktu w Górnym Karabachu, a przy okazji załatwił osobiste porachunki – uczestniczył w rozstrzale części własnej ormiańskiej rodziny. Czy nadal dowodzi ługańską 2. Brygadą? Trudno powiedzieć, ale zapewne odcisnął swoje piętno na jednostce. Druga z brygad nabrała doświadczenia w ciężkich walkach o Debalcewo, które ostatecznie zgarnęła Doniecka RL (troszkę wbrew woli władz ługańskich).

        Poza nimi walczą oczywiście jednostki rosyjskie, stanowiące znacznie większą wartość bojową (choć też bez przesady). Największa jest 127. Dywizja Zmechanizowana z Ussuryjska z 5. Armii Wschodniego Okręgu Wojskowego, mająca trzy pułki zmechanizowane, pułk pancerny i pułk artylerii samobieżnej. Ponadto wprowadzono do miasta 36. Łozowską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii z 29. Armii Wschodniego Okręgu Wojskowego. Z kolei po stronie ukraińskiej najsilniejsze jednostki to 53. Brygada Zmechanizowana im. Kniazia Władimira Monomacha i 128. Zakarpacka Brygada Górsko-Szturmowa. Walczą tu też 111. Ługańska Brygada Obrony Terytorialnej oraz 4. Brygada Operacyjna im. Bohatera Ukrainy sierż. Siergieja Michalczuka Gwardii Narodowej Ukrainy.

        Starcie jest zatem zacięte, po obu stronach jest sporo batalionów – po rosyjskiej ok. 21, po ukraińskiej 12–16. Oczywiście tu i tu działa artyleria. Ukraińska jest rozmieszczona na zachodnim brzegu Dońca, bo stąd ma równie dobre pole rażenia całego ugrupowania wroga, tutaj łatwiej dowozić amunicję i w razie potrzeby można się ewakuować.
        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 19:20
          Cd dla 95

          Próby okrążenia Siewierodoniecka

          Są w sumie dwie metody na okrążenie Siewierodoniecka i Lisiczańska i obie mają wady. Ponieważ próby forsowania Dońca w rejonie Siewierska w pierwszej połowie maja skończyły się dosłownie pogromem rosyjskiej 41. Armii z Centralnego OW, zdecydowano, że dwa główne natarcia zmierzające do odcięcia miast zostaną podjęte od południa, gdzie nie trzeba przekraczać rzek. Jedna próba jest ambitniejsza – spod Popasnej zmierzałaby do szerszego okrążenia, druga nieco mniej – wzdłuż samego brzegu Dońca. Tutaj rosyjsko-ługańskie wojska zaatakowały z rejonu wsi Krymskie, zdołały zająć dużą wieś Toszkiwka i obecnie walczą o Ustiniwkę, wioskę leżącą ok. 5 km od południowego skraju Lisiczańska. Naciera tu ługańska 4. Brygada Zmechanizowana Gwardii, wspierana przez 80. Pułk Czołgów z 90. Witebsko-Nowogrodzkiej Dywizji Pancernej Gwardii. Co ciekawe, pułk wyposażony w bardzo wówczas nowoczesne T-80 stacjonował do 1992 r. w Bornym Sulinowie koło Wałcza. Rosjanie mimo uporczywych prób nie bardzo mogą się tu posunąć dalej, bo twardy opór stawia im 17. Kiworyska Brygada Pancerna im. Konstantina Piestuszka. A gdyby się posunęły, to co? Trafią na Lisiczańsk, niewiele mniejszy od Siewierodoniecka, też ważne miasto przemysłowe, znane przede wszystkim z jednej z największych w kraju rafinerii.

          Lisiczańsk bardzo ucierpiał w dobie kryzysu 2009–13, tj. w czasie niesławnych rządów Janukowycza. To wtedy zbankrutowała wielka huta szkła i przestał działać zakład remontu torów kolejowych. Rafineria miała zaś pecha, bo jesienią 2013 r. zaczął się tu kapitalny remont, wznowienie produkcji planowano na wiosnę 2014 r. Potem zakład znalazł się w strefie działań wojennych, a dwa lata później wznowił produkcję, przetwarzając dostarczaną z Rosji ropę. Powoli stawał na nogi, gdy w 2022 r. dostawy surowca zostały odcięte, a rafinerię wielokrotnie ostrzelano. Nie pracuje też część spożywczego przemysłu Lisiczańska, w tym wielkie zakłady mleczarskie, równie duże zakłady mięsne, a także zakład mielenia zbóż. Nie ma jak dowozić zaopatrzenia. W jedną stronę linia kolejowa wiedzie przez Rubiżne i Kupiańsk do Charkowa, a w drugą przez Popasną do Ługańska. O ile pierwsza linia była do 2022 r. wykorzystywana, o tyle druga z oczywistych względów stała od 2014. Teraz i tę pierwszą odcięto, dlatego nie pracuje też ważny zakład maszynowy Lismasz oraz spora koksownia Lisiczanskugoł. Cały ten przemysł nie tylko stoi, zakłady są ciągle przez Rosjan ostrzeliwane i niszczone.

          Gdyby rosyjskie wojska zdecydowały się na szturm Lisiczańska, by odciąć Siewierodonieck, to czeka je tu równie ciężka przeprawa. Czy Rosjanie jeszcze się nie nauczyli, że zdobycie każdego miasta to dla nich teraz co najmniej miesiąc walk?

          Groźna sytuacja rozwijała się pod Popasną. Dwie brygady piechoty morskiej wyrąbały tu dziury w ukraińskiej obronie, choć same przy tym uległy poważnemu osłabieniu. Ich miejsce zajęła teraz cała 150. Irdycko-Berlińska Dywizja Zmechanizowana (8. Armia Gwardii), sprowadzono też 76. Czernihowską Dywizję Powietrzno-Desantową Gwardii i 57. Krasnogradzką Brygadę Zmechanizowaną Gwardii z 5. armii ze Wschodniego Okręgu Wojskowego. Jeszcze na początku mijającego tygodnia Rosjanie odnosili tu sukcesy, dotarli do szosy Bachmut–Lisiczańsk, przecinając tę ważną drogę zaopatrzeniową. Jednak do Siewierska, by odciąć drugą drogę dostępną dla Ukraińców, pozostało im jakieś 30 km, a to już absolutnie poza ich zasięgiem.



          Łabędzi śpiew donbaskiej ofensywy?

          Niewykluczone, że Rosjanie jednak zdobędą Siewierodonieck i Lisiczańsk. Dokonają tego nadludzkim wysiłkiem, po czym, jak sądzę, przyjmą postawę obronną. Kreml ogłosi wyzwolenie całego obwodu ługańskiego, do którego dołączą ruiny Siewierodoniecka i Lisiczańska.

          Zakładam, że Rosjanie uznają wówczas, że nie ma co kruszyć kopii dalej. Niech teraz wykrwawiają się w atakach wojska ukraińskie. Sami się okopią, natworzą przeszkód inżynieryjnych, wykopią rowy przeciwpancerne, wszystko wokół zaminują, a wojska pochowają w ziemiankach i schronach polowych. Będą tak walczyli z pół roku, zanim Ukraińcy wysiudają ich za granicę swego państwa.

          A potem zacznie się druga faza wojny na wyczerpanie – nieustanne ataki z Rosji to tu, to tam, wieczne ostrzały. I tak to może potrwać latami. Jak wlokący się od 2014 r. konflikt w Donbasie.
          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.05.22, 19:24
            bi.im-g.pl/im/4a/31/1b/z28514122IH,Wojna-w-Ukrainie.jpg
            Uratowali kolejne sedesu i dywany przed Ukraińcami. Skur…ny.
          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.05.22, 19:12
            96

            Dużo ostatnio się mówi o dostawach broni dla Ukrainy. Co to za broń i jak zmieni sytuację? I dlaczego Ołeksij Arestowycz, doradca kancelarii prezydenta Ukrainy, przekonuje, że nowe jednostki będą w gotowości pod koniec czerwca?

            Tym razem starcia w Siewierodoniecku nie dały Rosjanom żadnych konkretnych zysków terenowych. O stratach obu stron trudno mówić, bo nie są znane wiarygodne dane. Przenosząc doświadczenia z dotychczasowych walk miejskich, można przypuszczać, że rosyjskie są znaczące – obrońcy mają tu z reguły większą przewagę nad atakującymi niż na otwartej przestrzeni.

            Rosjanie zwyczajowo przeprowadzili natarcie z Iziumu w kierunku Słowiańska i zgodnie z utartą już tradycją zostali odparci. Niedługo zacznie to przypominać slalom gigant pomiędzy własnym zniszczonym sprzętem porzuconym tu po poprzednich atakach. Nie ma komu go ściągać, bo ukraińskie traktory pracują już w polu, poza tym za mocno tu strzelają, a ruski złom nie jest wart narażania życia. Przyjdzie czas, że wszystko to pojedzie do jakiejś huty na przetopienie.

            Donbas. Impas

            Drugi silny atak Rosjanie przeprowadzili 29 maja w miejscowości Bohorodyczne ok. 30 km na południowy wschód od Iziumu. Próbowali sforsować Doniec ok. 30 km na północny wschód od Słowiańska. Oczywiście też zostali odparci. Obronę trzyma tu ukraińska 57. Brygada Zmechanizowana im. Koszogo Otamana Kostia Gordienka, a naciera 30. Brygada Zmechanizowana spod Samary z 2. Armii Gwardii z Centralnego Okręgu Wojskowego, a niewykluczone, że też 5. Tacyńska Brygada Pancerna Gwardii i 37. Budapesztańska Brygada Zmechanizowana Gwardii Kozaków Dońskich im. E. A. Szadenki. Dość znaczne siły w ostatnich dniach wyparły Ukraińców za Doniec (nie było sensu trzymać obrony na północnym brzegu ze względu na trudności z zaopatrzeniem przez niszczone mosty pontonowe). Ale rzeka jest dla nich dobrym oparciem.

            Kolejny atak Rosjanie przypuścili wzdłuż Dońca na południe od Lisiczańska – zostali odparci we wsiach Ustiniwka nad samą rzeką i Toszkiwka nieco dalej. W okolicy Popasnej tym razem próbowali uderzać na zachód, walcząc z wielką zaciętością pod wsią Wołodymyriwka 10–12 km na wschód od Bachmutu, ważnego węzła drogowego. Ale nie zdołali posunąć się z Popasnej w żadną stronę – natarcie utknęło także tutaj.
            .


            W Donbasie wyraźnie zarysował się impas. Rosjanie wciąż atakują, ale są już dość osłabieni, by stracić możliwości ofensywne. Próbują wyczerpywać i wykrwawiać obrońców, którzy wykazują niesamowitą wolę walki, odwagę i siłę psychiczną. Gdyby nie te cechy, obrona musiałaby w końcu pęknąć pod kolejnymi ciosami. Szczególnie groźna jest rosyjska artyleria, naściągano jej tu wielkie ilości. Rosjanie zawsze polegali na artylerii. Nie potrafili działać manewrem, piechota i wojska pancerne nie umiały współdziałać, a artyleria nie strzelała celnie. Dlatego ściągali potworne jej ilości, góry amunicji, którą wystrzeliwano w dwie godziny, salwa za salwą. Wymyślono nawet taki wskaźnik – liczba dział na kilometr frontu. I były to wartości rzędu 150 dział i więcej. Wyobrażacie sobie? Teoretycznie działa stały co 6–7 m na odcinku 3–5 km. W praktyce były urzutowane trochę w głąb, jedno za drugim. I takie zgrupowanie 500–850 dział, haubic i armat, kalibrów od 76,2 mm do 203 mm, oddawało po dziesięć strzałów na minutę, razem 5000–8500. I tak przez dwie godziny. Łatwo policzyć, że w tak morderczej nawale ogniowej wystrzeliwano nawet 600 tys. do miliona pocisków. A bywało i więcej...

            Podobno gdy Sowieci ruszyli do natarcia przez Odrę siłami 1. Frontu Białoruskiego i 1. Frontu Ukraińskiego w kwietniu 1945 r., po niewiarygodnie silnym przygotowaniu artyleryjskim znaleziono na pierwszej linii niemieckiej obrony nielicznych ocalałych, którzy z obłędem w oczach nie reagowali na żadne bodźce. Wielu z nich zostało trwale upośledzonych umysłowo. Nie było kawałka ziemi, który nie byłby przeryty pociskami.

            Tylko tak Sowieci odnosili zwycięstwa. Przez miesiąc zwozili amunicję artyleryjską – pociąg za pociągiem. Po czym te wielkie hałdy wystrzelali w dwie godziny. Potem do natarcia ruszała masa piechoty i setki czołgów. Tak wygrali II wojnę światową, choć Stalin przejęcia kontroli nad skrawkiem Europy na wschodzie za żadne zwycięstwo nie uznawał. Stracili przy tym miliony żołnierzy – jak żadna inna armia na świecie... Każda wygrana ma swoją cenę, jak swego czasu mawiał Gorbaczow.

            Na szczęście dziś nie ma ani takiej ilości artylerii, ani takich zapasów amunicji. Ale metoda się nie zmieniła. Walczą siłą, nie finezją, przy gigantycznych stratach, którymi nikt się nie przejmuje.


            Ukraina czeka na świeże siły

            Ukraina wbrew pozorom ma pod ręką znaczne rezerwy osobowe. Wojna toczy się dla niej już osiem lat. Przez strefę ATO (Anty-Terrorystyczna Operacja – działania przeciwko separatystom z Donbasu) przewinęło się tysiące, dziesiątki tysięcy ochotników, żołnierzy zawodowych, poborowych. Jest mnóstwo doświadczonych ludzi. A teraz do służby zgłosiło się ok. 800 tys. chętnych, w większości wcielonych do Wojsk Obrony Terytorialnej, o których napiszę oddzielnie, bo ich rola jest dość ciekawa.

            Uzupełnienia dla wojsk regularnych są rekrutowane głównie spośród żołnierzy obrony terytorialnej, bo mają już za sobą wstępne przeszkolenie. Nauczyli się posługiwania bronią, karabinkami i granatnikami przeciwpancernymi, niektórzy znają obsługę ręcznych karabinów maszynowych albo lekkiego kierowanego uzbrojenia przeciwpancernego, innych nauczono strzelać z moździerzy. Znają podstawowe zasady funkcjonowania w wojsku, rozróżniają stopnie, potrafią złożyć meldunek, wiedzą, jak funkcjonuje łączność i łańcuch dowodzenia. Potrafią też poruszać się po polu walki, czołgać się, szukać ukrycia, pokonywać krótkie odcinki, wzajemnie osłaniając się ogniem, posługiwać się lornetkami i ręcznymi GPS.

            A teraz trzeba z nich stworzyć jednostki zmechanizowane, pancerne czy artyleryjskie. Z nich i tych ochotników, którzy mają już jakieś doświadczenie bojowe. Od końca kwietnia do Ukrainy dociera nowy sprzęt, na który część ludzi już została wyszkolona za granicą. To oni stworzą szkielet nowych jednostek, kadrę dowódczą i specjalistyczną. Należy je teraz zapełnić częściowo już obeznanymi z fachem ochotnikami. Ile może potrwać przygotowanie takich jednostek, by mogły wkroczyć do walki i nie straciły cennego sprzętu?


            Kontrofensywa. Dlaczego koniec czerwca?

            Pytają mnie, dlaczego uważam, że nowe jednostki ukraińskie wejdą do działania pod koniec czerwca. Odpowiadam: to nie ja. Tak twierdzi doradca prezydenta Ukrainy Ołeksij Arestowycz, a on z reguły się nie myli. To, co mówił do tej pory, w przytłaczającej większości się sprawdzało, dlatego mu wierzę. Wie lepiej od nas wszystkich, jaki zachodni sprzęt jest już w Ukrainie, w jakiej ilości, gdzie się znajduje i kto się na nim szkoli. Wie nawet, na jakim etapie szkolenia są wojska.

            Minister obrony Ołeksij Reznikow podaje nieco inną datę – początek lipca. To samo mówi premier Denys Szmyhal. Przyznam się wam: oglądając urywki ukraińskich wiadomości, nie wiem dokładnie, który co mówi. Reznikow i Szmyhal są jak bracia bliźniacy, nie rozróżniam ich. Na szczęście obaj mówią o początku lipca, potwierdza to też prezydent Zełenski.

            Załóżmy, że wszyscy wprowadzają nas w błąd. Że tak naprawdę nie wiedzą, kto się gdzie szkoli i na czym, nie mają pojęcia, jaki sprzęt dotarł do Ukrainy i gdzie właściwie teraz jest. Że nikt im nie powiedział, a sami nie spytali, bo mają ważniejsze sprawy na głowie. Policzmy więc sami. Mamy czołg T-72 z Polski i trzech ludzi do obsługi, ochotników z Wojsk Obrony Terytorialnej (na ich miejsce wstępują nowi, którzy otrzymają tu za chwilę pierwsze przeszkolenie). Ta trójka trafia do ośrodka szkoleniowego. Pierwszego dnia odbierają kombinezony czołgowe, buty, specjalne hełmofony, dostają miejsce w koszarach, są prowadzeni na stołówkę, a następnie spędza się ich na apel, ustawia zgodnie z przydziałami do pododdziałów, przedstawia im dowódców.

            Potem przez tydzień uczą się budowy czołgu. Muszą się dowiedzieć maksymalnie dużo, przede
            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.05.22, 19:14
              Cd 96

              Potem przez tydzień uczą się budowy czołgu. Muszą się dowiedzieć maksymalnie dużo, przede wszystkim tego, jak czołg funkcjonuje. Przyszli kierowcy mają wykłady o zasadach prowadzenia wozu i drobnych naprawach, przyszli celowniczowie uczą się zasad pracy systemu kierowania ogniem i jego obsługi. Dowódcy czołgu są z innej puli – już byli czołgistami, teraz uczą się obserwacji pola walki i dowodzenia. To drugi tydzień teorii. I wreszcie trzeci – wszyscy razem uczą się zasad taktyki wojsk pancernych, współdziałania czołgów ze sobą, z piechotą, działania w różnym terenie.

              Po trzech tygodniach teorii cała trójka trafia na szkolenie praktyczne. Najpierw uczą się szybkiego wsiadania i wysiadania z czołgu, a łatwe to nie jest, potem na sucho zapoznają się z dźwigniami, przełącznikami, peryskopami, noktowizorami. Po kilku dniach zaczynają jazdy i celują do tarcz bez strzelania. Następnie zdają egzamin i po dwóch tygodniach praktyki zaczynają strzelania z ostrą amunicją. Następnie uczą się działania w różnym terenie i szybkiego otwierania ognia do pojawiającego się przeciwnika. Przy intensywnym szkoleniu sześć i pół dnia w tygodniu (niedzielne popołudnie na odpoczynek), do obiadu i po obiedzie – po trzech tygodniach teorii i czterech–pięciu praktyki potrafią już jako tako posługiwać się czołgiem.

              A wtedy czeka ich szkolenie zgrywające. Przez dwa tygodnie ćwiczą w składzie plutonu, potem kompanii. Na koniec wychodzą na ćwiczenia całym batalionem w pełnym współdziałaniu. Mają jeszcze z tydzień ćwiczeń z piechotą, poznają zasady pracy w ramach broni połączonych, dowódcy czołgów w tym czasie opanowują zaś wskazywanie celów artylerii z wnętrza czołgu. Ile to wychodzi? Tak, dobrze policzyliście, osiem–dziewięć tygodni. Oczywiście taki batalion pancerny będzie bardzo nieopierzony, ale w stopniu podstawowym wyszkolony. Na koniec wszyscy zdają egzamin, by dostać zgodę na dopuszczenie do walki. Ale prawdziwy egzamin będzie ich czekał w Donbasie albo pod Chersoniem... Najuczciwszy i najbardziej rzetelny, jaki może zdawać żołnierz.
              Lokalna ofensywa. Krok po kroku

              Wróćmy do Arestowycza. Duża fala sprzętu dotarła do Ukrainy na przełomie kwietnia i maja, kolejny napływa. Kiedy będą gotowe pierwsze bataliony z nowym sprzętem? Mnie wychodzi początek lipca. Czyli od końca czerwca będziemy mieć pierwsze jednostki, a więcej z czasem.

              Czy wejście do walki tych nowych jednostek coś zmieni? Powinno. Da pewien margines przewagi nad siłami wroga. Dziś ofensywę pod Charkowem prowadzi jedna brygada zmechanizowana wspierana brygadą obrony terytorialnej. I jakoś sobie radzą. A gdyby rzucić tam brygadę pancerną i dwie–trzy kolejne zmechanizowane? 12–16 nowych batalionów? Będzie efekt?

              Pewnie, że będzie. Tyle że Ukrainy nie stać na ofensywę na wszystkich frontach naraz. Najpierw siły ruszą więc tam, gdzie uderzenie będzie najdotkliwsze dla Rosjan, a trzy miesiące ich zwycięstw stracą sens – czyli na lądowe połączenie z Krymem. Nie ma tu większych wrogich sił, bo większość walczy w Donbasie, to będzie dla nich cios.

              Kiedy już załatwi się sprawę w jednym rejonie, trzeba zaplanować przerzut sił połączony z jego uzupełnieniem w inne miejsce i przeprowadzić kolejną lokalną ofensywę. I tak krok po kroczku...
              • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.05.22, 19:48
                Dxieki że wrzucasz tubte jnformacje. Nie zawsze je czytam, ale poczytuje czasami gdy wiesci z normalnych mediów są zbyt przybijające. Szukam wtedy iskierki nadziei w Twoich tekstach.
                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 31.05.22, 21:16
                  Kto chce, ten ma:
                  96
                  Ukraińcy mówią, że chcą 300 czołgów, 600 bojowych wozów piechoty, 300 haubic, 100 wieloprowadnicowych wyrzutni... Widzicie to samo co ja? Pewnie nie, nie każdy ma bzika na punkcie wojskowości. Już tłumaczę.

                  Ukraina ma spore rezerwy osobowe, paradoksalnie większe niż Rosja. Wielu ludzi pracowało bowiem za granicą, a teraz broni swego kraju. Według „Gazety Prawnej” do ojczyzny wróciło ponad 850 tys. osób.

                  W większości zgłosili się do wojska lub obrony terytorialnej, bo do wojska przyjmuje się głównie tych, którzy mają już za sobą pełne przeszkolenie, a najlepiej służbę w strefie działań wojennych w Donbasie w latach 2014–22. Dlatego Ukraińcy na brak ludzi nie narzekają, w ich siłach zbrojnych służy 320 tys. ludzi – 140 tys. jest w operacyjnej części wojsk lądowych (wliczając siły specjalne), 110 tys. w obronie terytorialnej, 55 tys. w siłach powietrznych (m.in. w jednostkach obrony przeciwlotniczej) i 15 tys. w marynarce (także piechocie morskiej). Liczba rezerwistów, a to przecież nie tylko ci, którzy wrócili z Polski, pozwala na niemal czterokrotną zmianę pełnych stanów wojsk.
                  Dobra i zła wiadomość dla Ukrainy

                  Mając taki zapas, w tym ludzi wyszkolonych i weteranów wojny z lat 2014–22, można pomyśleć o sformowaniu nowych jednostek. Dotychczas po prostu nie było dla nich sprzętu, ale to się przecież zmieniło. Ukraina określiła zapotrzebowanie na pewną ilość sprzętu i to jest pewna wskazówka, co planuje – o czym dalej.

                  U Rosjan jest inaczej. Ochotników niewielu, ludzie nie garną się do walki. Wojny nie ma, jest operacja specjalna, to i mobilizacji ogłosić nie sposób. A nawet jeśli się ogłosi, to ogołoci się gospodarkę z siły roboczej. Bo większość ludzi z tzw. lepszych rodzin za łapówki wymiga się od służby. Do wojska trafią głównie rolnicy, ale też pracownicy najmniej wykwalifikowani, ucierpią różne służby miejskie, zapewne branża budowlana. Do tego zapasy sprzętu są nieprzebrane, tyle że to fikcja. Większość jest niesprawna lub rozkradziona, dbano o niego tak, że nadaje się tylko do remontu. A z tym ciężko – bez elektroniki, której w Rosji się teraz nie produkuje, nic specjalnie zrobić się nie da.

                  Dwa wnioski. Po pierwsze, Ukraina, zapewne nadludzkim wysiłkiem i stopniowo zyskując przewagę, wyrzuci Rosjan ze swojego terytorium. Po drugie – i to zła wiadomość – to wcale nie zakończy wojny... Rosjanie będą podtrzymywali ten stan na wpół zamrożonego konfliktu. Dobra wiadomość: utknęli w Donbasie. Pod Iziumem już nawet nie nacierali, nie licząc pojedynczych ataków mających charakter rozpoznania bojem i ostrzału artyleryjskiego. Nie znaczy to, że odpuszczają ten kierunek. Próbują odbudować stację w Kupiańsku, co świadczy o tym, że być może zechcą uruchomić połączenie kolejowe do Iziumu i Łymanu, by dowozić zaopatrzenie jak najbliżej linii frontu. Przeładunek zapasów (amunicji, paliwa, racji żywnościowych, opatrunków) na ciężarówki i transport drogami wiele kilometrów okazuje się dość skomplikowany, a tempo jest niewystarczające. Możliwe też, że Rosjanie przerzucą pod Izium świeże siły.

                  Nieco gorsza sytuacja rozwinęła się pod Łymanem. Ukraińcy zostali wyrzuceni z miasta i musieli wycofać się na południowy brzeg Dońca, który daje skądinąd dobre oparcie obronne. Według ukraińskiego sztabu generalnego wojska bronią się jeszcze na południe od Łymanu, ale w kilku wioskach po północnej stronie rzeki. Jeśli zostaną zdobyte, to forsowanie Dońca przez Rosjan, biorąc pod uwagę ich dotychczasowe doświadczenia, jest mało prawdopodobne. A dokładniej: udane forsowanie. Bo że będą bezskutecznie próbować, to jest raczej pewne.
                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 31.05.22, 21:18
                    Cd 97, a nie 96:-)
                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 31.05.22, 21:20
                    Cd 97
                    Trudno atakować z dołu, z góry łatwiej się bronić

                    W Siewierodoniecku walki toczą się już o centrum. Rosjanie opanowali mniej więcej połowę zabudowy, a Ukraińcy zdołali stąd bezpiecznie wyprowadzić stąd znaczną część swoich wojsk. Oznacza to, że nawet jeśli miasto zostanie przez najeźdźców zdobyte, nie zdołają schwytać w pułapkę znaczących ukraińskich sił. Te z pewnością wyślizną się z rosyjskich łapsk i cofną się do Lisiczańska na drugim brzegu Dońca.

                    To miasto wydaje się łatwiejsze do obrony, gdyż od Siewierodoniecka oddziela je Doniec, który płynie w dolinie i stanowi naturalną przeszkodę. Poza tym Lisiczańsk jest położony 120–150 m wyżej, a od samej rzeki oddziela go pofałdowana skarpa o szerokości ok. 800 m. To idealna sytuacja: obrońcy mogą ostrzeliwać przeciwnika na całej głębokości jego ugrupowania, atakujący – tylko przedni skraj pozycji na wzgórzu. Atak pod górę zawsze ma „pod górę”. Jest o wiele trudniejszy i przynosi większe straty.

                    Od południowego wschodu cały czas trwa natarcie po obu stronach rzeki; walki toczą się już w Ustiniwce i na przedmieściach miasta Boriwskie. Rosjanie usiłują wyjść w kierunku Lisiczańska od zachodniego brzegu, który trzymają kilkanaście kilometrów dalej. Starcia są bardzo zacięte, a wieś Toszkiwka wciąż przechodzi z rąk do rąk – Rosjanie atakują, Ukraińcy kontratakują, front przetacza się przez tę niewielką miejscowość raz w jedną, raz w drugą stronę. Utrata tego rejonu byłaby problemem dla obrońców – do Lisiczańska pozostałoby kilka małych wiosek, w których trudno zorganizować obronę.

                    Wygląda na to, że Rosjanie zostali zatrzymani także w rejonie Popasnej. Nie mogą się posunąć dalej na północ, choć są blisko trasy Bachmut–Lisiczańsk. Według informacji ukraińskiego sztabu generalnego walki toczą się w miejscowościach Bilohoriwka, Berestowe, Komjuszuwacha i Nowołuhańsk. Wskazuje to na próbę przecięcia jednej z kluczowej dla Lisiczańska dróg (Bachmut–Lisiczańsk) i poszerzenia wyłomu. Nie wygląda jednak na to, by Rosjanie chcieli zająć Bachmut. To chyba poza ich możliwościami.


                    W oczekiwaniu na kontrofensywę

                    Pod Donieckiem najeźdźcy nadal stoją. W okolicach Awdiiwki (w obszarze Kruta Bałka) osiągnęli niewielkie postępy, nie przebili się jednak przez wszystkie linie obrony. Zaatakowali także miejscowości Kamianka, Wesele i Krasnohoriwka, ale wszędzie zostali odparci. Jedynym niepokojącym sygnałem jest sytuacja obrońców – pojawiają się doniesienia o dużych stratach i spadku morale. Nie ma to charakteru załamania, a wynika głównie z przemęczenia i braku rotacji. Nie ma po prostu kim ich zastąpić, nowe jednostki wciąż się szkolą.

                    Rusza powolutku kontrofensywa pod Chersoniem na południu kraju. Można w końcu potwierdzić ograniczone przełamanie rosyjskiej obrony w okolicach miejscowości Dawidiw Brod, gdzie zostali odrzuceni aż o 10 km do wsi Kostromka. Walki toczą się także w miejscowościach Biłohorka i Andrijiwka, choć te nie leżą na głównej osi ataku. Rosjanie wycofali się poza tym ze wsi Mikołajiwka. Ma to pewne znaczenie w kontekście przekroczenia przez Ukraińców rzeki Inhulec, na której opiera się obrona aż do Snihuriwki.

                    Choć kontratak jest tutaj ograniczony, może stanowić zagrożenie dla rosyjskich sił wysuniętych w kierunku Krzywego Rogu, jeśli Ukraińcy przebiją się do Dniepru. Mają do pokonania ok. 40 km do miejscowości Myłowe lub ok. 50 km w okolice Kachowki, ale wydaje się, że chwilowo nie mają sił na tak śmiały manewr. Teren sprzyja atakom – to płaski step bez obszarów leśnych na całej szerokości między rzekami. Priorytetem dla Rosjan jest więc wypchnięcie Ukraińców z powrotem za Inhulec. To w rejon Chersonia dotarły niedawno przestarzałe czołgi T-62 – Rosjanie mają najwyraźniej świeżo sformowane oddziały rezerwowe, które pozwolą zluzować część oddziałów liniowych.

                    Niewielkie zyski terenowe odnotowali Ukraińcy pod Charkowem. Może i tutaj powoli ruszy kontrofensywa. Ale znów: potrzeba świeżych sił.


                    Nowe jednostki, nowy sprzęt

                    Swoje zapotrzebowanie Ukraińcy sprecyzowali następująco: chcą 300 czołgów, 600 bojowych wozów piechoty, 300 haubic, 100 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 100 wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu, 50 samolotów bojowych, 50 śmigłowców, 300 rakiet przeciwokrętowych (bazowania lądowego). Ponadto kilku tuzinów baterii przeciwlotniczych małego i średniego zasięgu.

                    Tu małe wyjaśnienie. Przeciwlotnicy na całym świecie to dziwni ludzie. Bratają się w różnych krajach (o Rosji bym tego nie powiedział), bo mają świadomość, że nigdy nie będą walczyć bezpośrednio ze sobą. Piechota walczy z wrogą piechotą, czołgi z wrogimi czołgami, artyleria z artylerią, a lotnictwo z lotnictwem. Tylko przeciwlotnicy nie strzelają nawzajem do siebie, lecz do wrogich samolotów. Pilotów to w sumie nikt nie lubi, bo chwalipięty. Po czym dziewczyna może poznać, że właśnie minął półmetek randki z pilotem myśliwca? Po tym, że facet mówi: „no dobra, dość gadania o mnie. Opowiedzieć ci o moim samolocie?”.

                    Przeciwlotnicy operują też na dziwnych systemach. Są systemy bliskiego zasięgu, małego zasięgu, średniego zasięgu... I teraz najlepsze. Systemów dużego zasięgu jest jak na lekarstwo. Te, które są, takie jak Ground Baed RIM-161 Standard Missile 3, to systemy głównie przeciwrakietowe, a wtórnie przeciwlotnicze. I tak systemy przeciwrakietowe nadające się do zwalczania maszyn wyeliminowały klasę systemów przeciwlotniczych dużego zasięgu. Są zatem systemy zasięgu bliskiego, małego i średniego. Do tych ostatnich zaliczamy Patriota (zdolnego zwalczać wrogie rakiety balistyczne), a w tej pierwszej klasie znajdziemy przede wszystkim tzw. MANPADS-y, czyli Man Portable Air Defense System, systemy odpalane z ramienia (oraz ich odmiany umieszczane na pojazdach).

                    300 czołgów, 600 bojowych wozów piechoty, 300 haubic, 100 wieloprowadnicowych wyrzutni... Widzicie to samo co ja? Pewnie nie, nie każdy ma bowiem bzika na punkcie wojskowości. Ale już tłumaczę – to sprzęt dla dziesięciu nowych brygad zmechanizowanych.

                    Sprawa jest bardzo prosta. Jeden pluton piechoty ma trzy bojowe wozy piechoty, po jednym dla każdej drużyny. W kompanii są trzy plutony, a zatem dziewięć wozów, plus dziesiąty dla dowódcy i zespołu dowodzenia. Mamy dziesięć pojazdów pancernych w kompanii. W batalionie są trzy kompanie, to już 30 wozów i pojazd dla dowódcy. Razem – 31 bojowych wozów piechoty w batalionie. W przypadku czołgów jest identycznie: trzy w plutonie, dziesięć w kompanii, 31 w batalionie. Mowa o ukraińskiej organizacji wciąż wzorowanej na radzieckiej. Bo np. w polskim batalionie czołgów jest 45: po cztery w plutonie, 14 w kompanii (w tym dla dowódcy i jego zastępcy), 45 w batalionie (w tym dla dowódcy, zastępcy i szefa sztabu, bo 14 razy 3 to 42).

                    Wychodzi na to, że 300 czołgów (mniej więcej) to dziesięć batalionów pancernych, a 600 bojowych wozów piechoty to 20 batalionów piechoty zmechanizowanej. Złóżmy teraz te klocki – każda brygada to batalion czołgów i dwa bataliony piechoty zmechanizowanej, do którego można dodać trzeci, zmotoryzowany (na ciężarówkach lub lekkich pojazdach), lepiej nadający się do walk miejskich. I teraz działa. Do dziesięciu brygad potrzebujemy 180 haubic, jeśli damy im po jednym dywizjonie (trzy baterie po sześć haubic). Zostaje 120, co wystarczy na sformowanie kolejnych sześciu dywizjonów z niewielkim zapasem. Możemy te dywizjony zostawić na szczeblu dowództwa (wschód prowadzący walki w Donbasie, północ pod Charkowem i broniący Kijowa, południe – walki nad Morzem Czarnym i Azowskim). Ale możemy je też dać sześciu brygadom do wzmocnienia ich artylerii. 100 wyrzutni wieloprowadnicowych to pięć dywizjonów. Mamy cztery dywizjony dla pozostałych brygad i jeden w odwodzie do wzmocnienia określonej brygady na głównym kierunku działania. I teraz weźmy kilka (dwa–trzy) tuzinów baterii przeciwlotniczych. Dwie–trzy baterie tworzą dywizjon przeciwlotniczy, w sumie wychodzi 12 dywizjonów. A zatem każda z dziesięciu brygad dostaje po jednym dywizjonie, dwa mamy w odwodzie do osłony stanowiska dowodzenia na danym kierun
                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 31.05.22, 21:25
                      Dokończenie 97
                      A zatem każda z dziesięciu brygad dostaje po jednym dywizjonie, dwa mamy w odwodzie do osłony stanowiska dowodzenia na danym kierunku czy ważnej przeprawie.

                      Czy dziesięć brygad zmechanizowanych to dużo? Dość dużo. Obecnie ukraińskie wojska mają 13 brygad zmechanizowanych i cztery pancerne, ponadto dwie górsko-szturmowe i sześć powietrzno-szturmowych, które de facto też są zmechanizowane. Czyli zmechanizowanych jest 21. Doszłoby dziesięć. Czy wzrost sił jest widoczny? Moim zdaniem tak. Wadą tego rozwiązania jest to, że każdy oddaje to, co ma, więc w siłach zbrojnych Ukrainy pojawia się spora zbieranina sprzętu różnego typu. Z punktu widzenia szkolenia czy logistyki to koszmar. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby...
                      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.06.22, 17:40
                        98

                        To był kolejny trudny dzień zmagań w Ukrainie, ale Rosjanie znów nie zrobili większych postępów. Teraz najcięższe straty zadaje Ukraińcom artyleria, istotna część poszczególnych rosyjskich armii.
                        W Donbasie bez większych zmian. Pod Iziumem Rosjanie podjęli kolejne próby ataku i trwał ciężki ostrzał, ale o włos nie zbliżyli się do Słowiańska. Ile tak można? Okazuje się, że można. Mają świetne tradycje. Przez wiele lat komuny ukrywano operację „Mars”, zwaną też operacją „Rżewsko-Syczewską”, jakby nigdy jej nie było. Pod Stalingradem ruszyła wówczas „operacja Uran”, którą dowodził marszałek Aleksander Wasilewski; na zachód od Moskwy marszałek Gieorgij Żukow pchnął do czołowego natarcia na umocnione niemieckie pozycje wojska Frontu Kalinińskiego i Zachodniego. Przez dwa miesiące nie udało mu się wypchnąć przeciwnika, za to zdołał stracić 215 tys. żołnierzy, 1847 czołgi, kilka tysięcy dział i moździerzy.

                        Marszałek Żukow dzień w dzień słał wojska do ataku na tym samym kierunku i codziennie zasypywał Niemców stertą trupów sowieckich żołnierzy. Nie odpuszczał też wiosną 1943 r. Aż do momentu, gdy siły niemieckie, cofające się spod Stalingradu aż pod Kursk i Charków, odsłoniły południowe skrzydło wojsk feldmarszałka Waltera Modela, który w związku z tym postanowił zająć dogodniejszą pozycję, by wyrównać linię frontu. I obyło się bez krwawych natarć Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. W sumie ponad ćwierć miliona żołnierzy położyło pod Rżewem i Syczewką głowy tylko po to, by Niemcy cofnęli się z zupełnie innego powodu.

                        Wygląda na to, że metoda codziennych ataków w tym samym miejscu przez kolejne miesiące to utarta tradycja wojsk sowieckich, a dziś rosyjskich. Nikt nie patrzy na ponoszone przy tym straty, w końcu giną ludzie zajmujący się poza tym plądrowaniem okolicy i gwałceniem ukraińskich kobiet. Nawet dowódcy nie mają do nich szacunku.


                        Rosjanie rzucili wielkie siły

                        Co ciekawe, podobna sytuacja powstała pod Popasną. Główny ciężar natarcia skupił się na zajęciu drogi Bachmut–Lisiczańsk, czyli na kierunku północno-wschodnim. Do walk skierowano tu 234. Czarnomorski Pułk Powietrzno-Szturmowy Gwardii z 76. Czernihowskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej Gwardii, 57. Krasnogrodzką Brygadę Zmechanizowaną Gwardii (5. Armia, Wschodni Okręg Wojskowy), 80. Pułk Czołgów z 90. Witebsko-Nowogrodzkiej Dywizji Pancernej (Centralny OW), przypuszczalnie też 31. Brygadę Desantowo-Szturmową Gwardii (Centralny OW). Mimo nagromadzenia tylu sił Rosjanie zostali nawet lekko odrzuceni od drogi, którą wcześniej trzymali.

                        Teraz walki trwają najpewniej w miejscowościach Nyrkowe, Pokrowskie i Nahirne. Tu do obrony skierowano 111. Ługańską Brygadę OT, która walczy obok 14. Brygady Zmechanizowanej im. Kniazia Romana Wielikogo, 24. Brygady Zmechanizowanej im. Króla Daniła oraz 80. Brygady Powietrzno-Szturmowej (w istocie zmechanizowanej).

                        Rosjanie próbują atakować też w kierunku na zachód. Tu toczą się walki o Dolomitne i osiedla na wschód od Bachmutu, ale do samego miasta wróg raczej nie dojdzie. 30. Brygada Zmechanizowana im. Kniazia Konstantina Ostrozkogo i Batalion „Donbas” odpierają ataki uzupełnionej po stratach 35. Wołgogradzko-Kijowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii (41. Armia, Centralny OW), reszty 31. Brygady Powietrzno-Szturmowej Gwardii oraz Grupy Wagnera.

                        Z kolei od strony wschodniej walki toczą się o miejscowości Zołote i Komjuszuwacha. 17. Kiroworizka Brygada Pancerna im. Konstantina Pastuszka broni się przed atakami 336. Białostockiej Brygady Piechoty Morskiej (Flota Bałtycka), 4. Brygady Zmechanizowanej Gwardii Ługańskiej Milicji oraz części 106. Tulskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. Rosjanom może udać się wypchnąć Ukraińców z Hirskiego, co otworzy im dostęp do terenów na południe od Lisiczańska (Raj-Oleksandriwka, Nowoiwaniwka). Są tu wzgórza położone 60 m wyżej niż centrum miasta, a to ułatwiałoby jego ostrzał. Dlatego 17. Brygada Pancerna broni się uporczywie mimo strat.


                        Ukraińcy rozwijają natarcie

                        Wojska ukraińskie wycofały się natomiast z Łymanu na południowy brzeg Dońca, choć siły specjalne prowadzą działania nękające w lasach w okolicy, by utrudnić Rosjanom podejście do rzeki i zorganizowanie przepraw. Wojska wycofują się też stopniowo z Siewierodoniecka, by skoncentrować się na obronie w Lisiczańsku i oprzeć na Dońcu.

                        Niewielkie postępy zrobili Rosjanie w okolicach Doniecka – zajęli wieś Nowoseliwka Druha, walki toczą się teraz na rogatkach Nowobachmutiwki. Nie są to jednak znaczące osiągnięcia i zapewne na nich się tu skończy.

                        Na kierunku chersońskim Ukraińcy odnieśli zaś kolejny sukces – przejęli kontrolę nad drogą z Nowej Kachowki do Krzywego Rogu w rejonie miasteczka Dawydiw Brid. Tak się składa, że w okolicach Wysokopilla, nieco dalej na północny wschód, siedzą rosyjskie 11. Brygada Desantowo-Szturmowa Gwardii (wydzielona ze Wschodniego OW do dyspozycji 49. Armii Południowego OW) i 126. Gorłowska Brygada Obrony Wybrzeża (de facto zmechanizowana, także z 49. Armii), które swego czasu stwarzały zagrożenie w rejonie Krzywego Rogu. Brygady łączą z przeprawą w Nowej Kachowce dwie drogi. Jedna właśnie została przez Ukraińców przecięta, druga biegnie wzdłuż Dniepru trochę naokoło. Gdyby i tę udało się odciąć, byłby to pierwszy w tej wojnie przypadek okrążenia Rosjan w sile co najmniej brygady. Obie brygady można by uznać za całkowicie stracone, gdyby nie zdołały przebić się do Nowej Kachowki, w stronę tamy, po której biegnie droga zaopatrzenia z Krymu lub rejonów Morza Azowskiego. Trzymamy kciuki, by coraz lepiej rozwijające się ukraińskie natarcie osiągnęło ten cel.
                        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.06.22, 17:45
                          Cd 98
                          Jak się kurczyły rosyjskie wojska

                          Wymieniam tu często nazwy rosyjskich armii. Przypomnijmy tę dwunastkę. W Zachodnim Okręgu Wojskowym działają: 1. Pancerna Armia Gwardii (Odincowo pod Moskwą), 6. Armia (Sankt Petersburg) i 20. A. Gwardii (Woroneż). W Centralnym OW: 2. A. Gwardii (Samara) i 41. A. (Nowosybirsk). W Południowym OW: 8. A. Gwardii (Rostów nad Donem), 49. A. (Stawropol) i 58. A. (Władykaukaz). I we Wschodnim OW: 5. A. (Ussuryjsk pod Władywostokiem), 29. A. (Czyta), 35. A. (Biełogorodsk-24 przy chińskiej granicy) i 36. A. (Ułan-Ude).

                          Teoretycznie armia to formacja złożona z kilku dywizji (zorganizowanych w pułki) lub korpusów, w których występują brygady. Ogólnie rzecz biorąc, jest porównywalna wielkością z całym wojskiem polskim. Ale po redukcjach, jakie nastąpiły po upadku ZSRR, jednostki bardzo się skurczyły. W zasadzie zachowano rozbudowane formacje armijne, mające zwykle jedną–dwie brygady artylerii lufowej (haubice 152 mm holowane i samobieżne), brygadę rakiet taktycznych (Iskandery), artylerii rakietowej (wieloprowadnicowe wyrzutnie BM-30 Smercz), rakiet przeciwlotniczych (zestawy rakietowe średniego zasięgu 9K37 Buk), brygadę (lub nieco mniejszy pułk) inżynieryjno-saperską, brygadę dowodzenia i łączności. Do takich jednostek wsparcia przydałoby się mieć ze dwie–trzy dywizje, a przynajmniej pięć brygad (dwa–trzy razy mniejszych od dywizji), ale te są najczęściej mobilizowane, więc często w rosyjskich armiach są tylko dwie brygady.

                          Armia armii nierówna, niektóre są silniejsze, inne słabsze. Po prostu na wypadek wojny przeprowadza się mobilizację i zamianę baz materiałowo-technicznych, w których rdzewieją czołgi, bojowe wozy piechoty i działa samobieżne, w znacznym stopniu rozkradzione i niesprawne, na kolejne brygady zmechanizowane czy pancerne i wypełnia je rezerwistami.

                          Czytelników zaintrygowało, że numery armii nie idą po kolei, tylko jakoś tak „od czapy”. Jest np. 1. Armia Pancerna Gwardii, oczko w głowie rosyjskiego kierownictwa politycznego i wojskowego, potem 2. Armia Gwardii, ale 3. czy 4. Armii już nie ma – jest dopiero 5., a po niej 8.

                          Wyjaśnienie jest banalnie proste. Kiedyś występowały wszystkie armie, jedna po drugiej, od 1. do 70. Tyle Sowieci zdołali sformować w czasie II wojny światowej. 69. armia powstała w styczniu 1943 r., kiedy zakończono mobilizacyjne rozwijanie wojsk, a równolegle powołano 70. armię złożoną z żołnierzy NKWD (pogranicznicy, wojska wewnętrzne, obozowi klawisze), których zapędzono w kamasze i pognano do boju za ojczyznę.



                          Armie formowane i rozformowane

                          Armii było zresztą więcej, bo pancerne miały osobną numerację. Była więc 1. Armia i inna 1. Armia Pancerna. Pierwsza została sformowana w lipcu 1938 r., kiedy zaczęło się napięcie związane z ekspansją III Rzeszy. Wcześniej, od czasów wojny domowej, ZSRR obywał się bez dowództw, poszczególne dywizje podlegały bezpośrednio dowództwom okręgów wojskowych, których było wówczas kilkanaście. 1. Armia, cały czas operująca na Dalekim Wschodzie, powstała w 1953 r., gdy armia radziecka przestawiała się na atomowe pole walki, zmniejszając liczebność wojsk lądowych. Nigdy więcej już jej nie odtworzono. Nie należy jej mylić z 1. Armią Pancerną Gwardii, sformowaną w lutym 1943 r., przekształconą z dowództwa 29. Armii (tym samym 29. Armia przestała istnieć, ponownie sformowano ją dopiero w 1970 r.).

                          Po wojnie 1. Armia Pancerna, która dorobiła się (jak wszystkie pancerne) tytułu gwardyjskiego, została ulokowana w Dreźnie, gdzie stacjonowała aż do 1991. Po wycofaniu do Rosji w 1999 r. została czasowo rozwiązana i ponownie powołana do życia pod Moskwą w 2014 r.

                          3. Armia stacjonowała w Magdeburgu w NRD. Istniała do 1991 r. i nosiła piękną nazwę: 3. Armia Uderzeniowa (ros. 3-ja Udarnaja Armia), co odzwierciedlało czysto obronny charakter Układu Warszawskiego z miłującym pokój Związkiem Sowieckim na czele. W szczytowym okresie składała się z czterech dywizji pancernych i stanowiła potężną siłę na zachodniej granicy, na wprost Zagłębia Ruhry. Po 1991 r. przestała być potrzebna, dlatego została rozformowana, a numer zniknął ze spisu rosyjskich armii. Odnajdujemy też tutaj 8. Armię Gwardii, którą do 1991 r. rozmieszczono ze sztabem w Nohra pod Erfurtem nieco dalej na południe. Dopiero po rozpadzie ZSRR przeniesiono ją do Rostowa nad Donem.

                          Armia gwardyjska, niby-elitarna

                          Ciekawa jest sprawa z tytułem „gwardyjska”. We wrześniu 1941 r. Stalin, widząc kompletny upadek i rozkład moralny Armii Czerwonej i państwa, zrozumiał, że ludzie nie będą walczyć za sowiecką władzę. Dlatego odwołał się do patriotyzmu, jak się okazuje, dość głęboko zakorzenionego. Ten zabieg pomógł, w ludziach obudził się duch walki. Pomogli też Niemcy, którzy dowiedli swą brutalnością i podłością, że ich okupacja będzie gorsza od sowieckiej władzy.

                          W ramach „przywracania rosyjskości” próbowano zabiegu z nawiązaniem do elitarnych carskich formacji Lejbgwardii. Oczywiście pochodzący z niemieckiego przedrostek „lejb” odrzucono, została sama gwardia. Za wybitne osiągnięcia nadawano formacjom tytuł „gwardyjski”, a żołnierze i oficerowie mieli prawo stosować ten dodatek do stopnia wojskowego, co podkreślało ich elitarność. Pamiętam, że jako młody oficer czasem wkurzałem przełożonych, przedstawiając się przez telefon jako „gwardii porucznik Fiszer”, co miało podkreślić moją przynależność do elity (taki żarcik), a nie zawsze znajdowało uznanie u rozmówców.

                          I tak w maju 1943 r. dawna 62. Armia została przemianowana na 8. Armię Gwardii. Jednostki gwardyjskie numerowano bowiem oddzielnie – w ten sposób równolegle funkcjonowała 8. Armia (zwykła, rozformowana w 1945 r.) i 8. Armia Gwardii, która działa do dziś.

                          Zdobyte niegdyś tytuły gwardyjskie powinny być chyba odbierane tym jednostkom, które wykazały się wyjątkową nieudolnością, ale niczego takiego nie obserwujemy. Dziś więcej niż połowa rosyjskich wojsk nosi tytuł „gwardyjskich”, choć żadna z nich na ten tytuł nie zasłużyła. Mało tego, sławetna 64. Brygada Zmechanizowana z 35. Armii z Dalekiego Wschodu po odkryciu masakry w Buczy, której była głównym sprawcą, 18 kwietnia otrzymała tytuł „gwardyjskiej” na mocy rozporządzenia Putina.

                          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.06.22, 17:47
                            Dokończenie 98

                            58. Armia idzie w ślady poprzedniczki

                            Warto jeszcze wspomnieć o armii o najwyższym numerze – 58. W czasie II wojny światowej była formowana trzy razy. Pierwszy raz w listopadzie 1941 r. powstała z jednostek syberyjskich i wysłana na front, ale po wytraceniu jej dywizji piechoty sztab przeformowano w maju 1942 r. w dowództwo 3. Armii Pancernej. Drugiego formowania latem 1942 r. nigdy nie ukończono. W końcu sierpnia 1942 r. powstała po raz trzeci – na Zakaukaziu. Walczyła między Kaukazem a Dnieprem do września 1943 r. i poniosła takie straty, że została rozformowana i nigdy jej już nie odtworzono.

                            Dopiero w 1995 r. we Władykaukazie istniejący tu 42. Korpus Armijny rozbudowano do stanu pełnej armii, nadając jej numer 58. na pamiątkę tej pierwszej, która tak się wykrwawiła w walkach na Kaukazie i Kubaniu. Jednostka zasłużyła się wielce w czasie II wojny czeczeńskiej w 1999 r. Zasłużyła się tak, że Bucza to przy tym pikuś.

                            Teraz stanowi część Południowego Okręgu Wojskowego z Rostowa nad Donem i ona właśnie, we współdziałaniu z 8. Armią Gwardii, milicją Donieckiej RL i Kadyrowcami, dzielnie walczyła o Mariupol. Teraz usiłuje atakować w kierunku Zaporoża, ale jakoś słabo jej to idzie. Czy podzieli los drugowojennej 58. Armii i też zostanie rozwiązana z powodu strat? Tamta armia zakończyła żywot na wschodnim wybrzeżu Morza Azowskiego, na zachód od Krasnodaru. Nowa 58. Armia może wyzionąć ducha po drugiej stronie morza, pod Tokmakiem i Połohami.
                            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.06.22, 19:53
                              99

                              Wojna w Ukrainie nadal jest w fazie pozycyjnej. Front w Donbasie kompletnie się ustabilizował, za to pod Chersoniem Ukraińcy wciąż skutecznie atakują. Co na to wszystko rosyjska propaganda?
                              WDonbasie trwają walki, ale generalnie nie ma większych zmian w położeniu wojsk obu stron. Pod Iziumem w kierunku na Słowiańsk Rosjanie znów przypuścili atak i zostali odparci. Ciekawostką jest to, że Ukraińcy kontratakowali w przeciwną stronę, wykorzystując chaos po odrzuceniu Rosjan. Niestety także oni zostali powstrzymani, ale ta próba świadczy o ich stopniowo rosnącej sile.

                              Dalej na wschód, tam gdzie padł Łyman, Rosjanie skupili się na oczyszczaniu północnego brzegu Dońca z ukraińskich jednostek. Posunęli się wzdłuż rzeki na zachód, zajęli wieś Jarowa, walczą teraz o położone 2 km dalej miasteczko Swiatohirśk. Tam znajduje się most i z pewnością zostanie wysadzony, jeśli zajmą i to miasto. Należy przypuszczać, że nie zdołają przejść tutaj na południowy brzeg Dońca. Gdyby się jednak udało, stworzyłoby to niebezpieczną sytuację dla Słowiańska położonego tylko 10 km stąd. Na szczęście udane forsowanie rzek w przypadku Rosjan jest naprawdę mało prawdopodobne.



                              Ukraińska obrona nie pękła

                              Rosjanie kontynuują atak na Siewierodonieck. Ukraińskie dowództwo całkiem słusznie uznało, że ważniejsze od utrzymania miasta jest oszczędzanie wojsk, oparcie się na znacznie dogodniejszych pozycjach na Dońcu i położonym na wzgórzu Lisiczańsku. Pozwoli to prowadzić długotrwałą, uporczywą obronę i zadawać wrogom ciężkie straty. Ukraińcy wycofali się z centrum Siewierodoniecka, obecnie 70 proc. miasta jest w rękach Rosjan. Tymczasem na południowo-zachodnim brzegu Dońca agresorzy usiłują nacierać na Lisiczańsk wzdłuż brzegu, by uniknąć ryzykownego forsowania rzeki spod Siewierodoniecka czy Rubiżnego. Walki toczą się nadal w rejonie wsi Toszkiwka i Ustyniwka. Napór Rosjan jest niezwykle silny, ale są mimo wszystko powstrzymywani.

                              Kompletnie za to utknęli we włamaniu spod Popasnej w kierunku Bachmutu i drogi Bachmut–Lisiczańsk. Mimo silnego ostrzału artyleryjskiego i ponawianych prób ataku ukraińska obrona nie pękła, a położenie stron w tym rejonie się nie zmienia
                              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.06.22, 19:55
                                Cd 99

                                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.06.22, 19:57
                                  Cd 99

                                  Rosjanom kleszcze się nie zacisnęły

                                  Do tej pory pisałem o północnym i południowym „ramieniu kleszczy”, ale najwyraźniej błyskotliwa operacja zamknięcia znacznych ukraińskich sił w Łuku Słowiańskim całkiem Rosjanom nie wyszła. Nie powtórzyli sukcesu spod Stalingradu, gdy marszałek Aleksander Wasilewski doprowadził do eleganckiego okrążenia całej niemieckiej 6. Armii i części 4. Armii Pancernej, by następnie ten kocioł zlikwidować. Później, co ciekawe, takie „czyste” okrążenia zdarzały się rzadko: pod Czerkasami, nad Balatonem, w Prusach Wschodnich, w Inflantach, na Pomorzu. W dodatku nie zawsze udało się pokonać niemieckie zgrupowanie w kotle; pod Kamieńcem Podolskim czy znad Balatonu znaczna część ludzi po prostu wyciekła. Nawet z kotłów utworzonych w oparciu na Bałtyku Niemcy zdołali wyewakuować dużą liczbę ludzi, głównie cywilów. Czasem udało się Sowietom ich zatrzymać, jak w przypadku zatopienia statku MS „Wilhelm Gustloff” niedaleko Łeby 30 stycznia 1945 r. Zginęło ok. 9 tys. osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Wielokrotnie więcej niż w katastrofie Titanica.

                                  Tymczasem w Donbasie Rosjanie okazali się niezdolni do wykonania zadania. W tej sytuacji trudno mówić o kleszczach, które się nie zacisnęły i raczej się już nie zacisną.

                                  Pod Chersoniem natomiast Ukraińcy prowadzą ofensywę, choć wciąż brakuje im odpowiednich sił. Rosjanom udało się tu niestety zniszczyć dwa mosty pontonowe pod Dawydiw Brid na rzece Ingulec, nieznacznie tylko mniejszej od Dońca, w rejonie Izium–Siewierodonieck (Doniec płynie jeszcze kawał drogi i staje się coraz większy, Ingulec wpada zaraz do Dniepru). Ukraińcy mają jeszcze co najmniej jeden most, zbudują też zapewne jakiś nowy i nie dadzą się wyrzucić ze wschodniego brzegu Ingulca. Gdyby mieli świeże siły, które udałoby się wprowadzić w wyłom, można by myśleć o odcięciu co najmniej dwóch rosyjskich brygad. To naprawdę byłoby coś.


                                  Prawda propagandy

                                  Rosyjska wojna informacyjna jest tymczasem bardzo śmieszna, a już ta skierowana na użytek wewnętrzny – bardzo mało finezyjna. Opiera się na czterech zasadach: wielokonałowość, powtarzanie, luźny stosunek do prawdy i luźny stosunek do logiki.

                                  Po pierwsze chodzi o to, by przekaz propagandowy docierał do odbiorców ze wszystkich możliwych kierunków. Po to odcina się źródła informacji z Zachodu i likwiduje wolne media – do obywateli ma docierać tylko jeden przekaz. Człowiek buduje na tej podstawie swoją wizję świata, to nic, że całkowicie błędną. To samo zjawisko obserwujemy na Węgrzech, gdzie wolne media praktycznie zlikwidowano, a władza steruje ludźmi jak chce.

                                  Bezpośrednio wiąże się z tym zasada druga: trzeba w kółko powtarzać to samo, aż do znudzenia. Wojny nie nazywać wojną, tylko operacją specjalną. Bo wojna, wiadomo: niezwyciężona armia rosyjska wtargnie, zajmie, zrobi porządek i po sprawie. A przez „operację specjalną” każdy rozumie co chce. Na przykład czołowy propagandysta Władimir Sołowiow opowiada w swoim programie, że Rosja robi postępy powoli, bo stara się w maksymalnym stopniu ograniczyć straty w ludności cywilnej i własne. Działa zatem niezwykle ostrożnie, a wszelkie uderzenia wyprowadza z wielką precyzją. Gdybyśmy słuchali tylko Sołowiowa, tobyśmy się dowiedzieli, że rosyjskie wojska unikają ostrzeliwania cywilnych celów jak ognia, co oczywiście nijak się ma do rzeczywistości – jak wiadomo, na okrągło tłuką w miasta artylerią, rakietami, tudzież bombami zrzucanymi z samolotów.

                                  I tu dochodzimy do trzeciego punktu – to, co opowiada propaganda, wcale nie musi być prawdą. Na początku wojny Rosjanie wciskali odbiorcom kit, że ukraińskie władze z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim na czele opuściły Kijów i zbiegły na Zachód. A potem wróciły, bo przekonały się, że Rosjanie działają w sposób „chirurgiczny” i nie atakują obiektów cywilnych. Fakt, że Kijów był bombardowany, a następnie ostrzeliwany rakietami balistycznymi i skrzydlatymi, starannie pominięto. Po odkryciu zbrodni w Buczy bez żenady zaś ogłoszono, że to robota Ukraińców, wszak to „faszyści”, a faszysta to samo zło, szczególnie ukraiński – zabija bez opamiętania, co mu tam podlezie. Celuje w tym nie tylko Sołowiow, ale też twórcy talk show „60 minut” (to nic, że program z reklamami trwa trzy godziny, ot, rosyjskie 60 minut) Jewgienij Popow i Olga

                                  Rosja walczy z całym światem

                                  I dochodzimy do czwartego punktu – to nic, że przekaz nie ma nic wspólnego z logiką. Ukraińcy sami dokonują zniszczeń, bombardują własne miasta, żeby zrzucić winę na Rosję i przypodobać się Zachodowi. I mordują, bo noszą w sobie tyle złości, że sami siebie nie lubią. Zdjęcia ze zbrodni na ukraińskich jeńcach dokonywanych przez ługańską czy doniecką milicję (ich wojska) przedstawiają jako mordy jednych Ukraińców na drugich. Najśmieszniejsze jest to, że w sumie nie kłamią, bo separatyści chodzący na pasku Rosjan to mimo wszystko też Ukraińcy. Czegoś jednak rosyjskie media nie dopowiedziały... Skąd my to znamy?

                                  Od opowiadania jawnych głupot telewizja też nie stroni. Już w listopadzie 2014 r. mówiło się o bezeceństwach, których dopuszczają się ukraińskie mafie na terenach, gdzie Ługańska i Doniecka Republika Ludowa budują krainę szczęśliwości wolną od „faszystów”. Mimo to ci wciąż dopuszczają się strasznych czynów, jak zgwałcenie kobiety w autobusie w czasie ataku epilepsji, co z lubością relacjonował kanał Rosija 1.

                                  Rosjanie urządzają także show. 7 marca starannie wybrani dziennikarze-propagandyści pojechali do elektrowni atomowej w Enerhodarze pod Zaporożem i przeprowadzili wywiady z robotnikami wdzięcznymi za wyzwolenie. Oczywiście nie wiadomo, z kim rozmawiali tak naprawdę.

                                  Z kolei według komisarz Rady Najwyższej ds. Praw Człowieka Ludmiły Denisowej 6 kwietnia Rosjanie uprowadzili ukraińskich cywilów, by udawali jeńców wojennych. Rosja używa takich statystów we własnych celach propagandowych.

                                  Obecny motyw propagandy jest zaś taki, że Kreml walczy z NATO i z całym światem. Dlatego „specjalna operacja wojskowa” napotyka na tyle trudności. A mimo to osamotniona Rosja doskonale sobie radzi i wciąż czyni postępy. Już widzę, jak triumfalnie ogłosi zajęcie Siewierodoniecka, co niewątpliwie niestety nastąpi. W oczach przeciętnego obywatela będzie to sukces na miarę zdobycia Berlina w 1945 r.
                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.06.22, 20:00
                                    Dokończenie 99

                                    Ukraińcy. „Czarodzieje i faszyści”

                                    Anna Winogradowa w artykule na Gazeta.ru broni ponadto... barszczu ukraińskiego, twierdząc, że to tradycyjna rosyjska potrawa. Oburza się na Ukraińców, że nawet to zawłaszczają. I tak barszcz ukraiński stał się kolejnym narzędziem wojny. Propagandyści sugerują, że ukraińskie kobiety strzegą sekretnych przepisów i w złości swojej nie chcą się nimi podzielić z Rosjankami. Takie wredne są.

                                    Ale co tam barszcz. Najlepsze były sugestie RIA Nowosti. Otóż w miejscu, skąd strzelały ukraińskie moździerze w okolicach wsi Trochizbienka na wschód od Siewierodoniecka (rejon został zajęty przez Rosjan na początku marca), propagandyści zauważyli symbol ich zdaniem okultystyczny. Oto czarna magia wzmacnia ukraińską siłę ognia. Zapytano nawet kulturoznawczynię i specjalistkę od okultyzmu Jekaterinę Dajs o wyjaśnienia. Stwierdziła, że Ukraińcy rzucają na Rosjan urok, dopatrzyła się też odwróconego symbolu runicznego SS. Cholera, dwa w jednym, nie dość, że faszyści, to jeszcze czarodzieje! Nic dziwnego, że Rosjanie przegrywają...

                                    Na rosyjskich portalach społecznościowych rozpętała się burza. No tak, wredni „faszyści” rzucają na Rosjan uroki i dlatego im tak nie idzie. A wszystko z pomocą kotów! Zwierzęta te, popularne w Ukrainie, są rzekomo narzędziem czarów i przyczyną nieskuteczności rosyjskich wojsk. Z ich pomocą Ukraińcy rzucili urok na cały świat, by nałożył sankcje na kraj Putina, a im wysyłał broń.

                                    Rosjanie wierzą zatem, że magiczne sztuczki opóźniają operację w Ukrainie. Sam Sołowiow rzucił klątwę na prezydenta Ukrainy w swoim programie telewizyjnym. Zrobił to całkiem serio i choć za granicą wywołało to falę śmiechu, to w Rosji padło na podatny grunt. Zdarzyło się to 10 kwietnia, klątwa więc chyba nie podziałała.
                                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.06.22, 16:49


                                      Sto dni wojny w Ukrainie. Stawiam na to, że nie skończy się w tym roku
                                      3 czerwca 2022
                                      11 minut czytania


                                      Wojna trwa już sto dni, a Rosja nadal nie jest w stanie pokonać o wiele mniejszej od siebie Ukrainy. Wszyscy jesteśmy tym faktem zaskoczeni, dał się nabrać nawet wywiad USA. Co dziś możemy powiedzieć o starciach za naszą wschodnią granicą?

                                      Zaczniemy jak zwykle od Donbasu, gdzie nie ustają walki. Wygląda na to, że nic się tam specjalnie nie zmieni. Ukraińcy skracają linie obrony, wycofując się z północnego brzegu Dońca pod Łymanem i pomału wydostając z Siewierodoniecka. Bardzo dobrze, że tak robią, uporczywe pozostawanie tam nie ma najmniejszego sensu. Szczególnie teraz, gdy Rosjanie nagromadzili wielkie siły artylerii, zwieźli wagony amunicji i strzelają na okrągło, nie oszczędzając dział ani własnych ludzi.
                                      Emocje pierwszego i setnego dnia

                                      Ale dziś nie będę pisał o tym, co się dzieje na frontach, bo dzieje się mimo wszystko niewiele. Można oczywiście jak mantrę powtarzać, że toczą się ciężkie walki, co ma znaczenie przede wszystkim dla tych, którzy w nich uczestniczą. Dla nich każda minuta i każda godzina każdego dnia nieustannej wymiany ognia jest czymś nieludzkim, niewyobrażalnym. To całe ich życie, które może się nagle zakończyć. Ciągłe czekanie na to, co się może wydarzyć, szalenie wyczerpuje psychicznie. I choć naprawdę można się do pewnego stopnia ogarnąć, a nawet jakoś przywyknąć, to człowiek nigdy tego mentalnie nie akceptuje, nie ma stanu pełnej rutyny, emocje towarzyszą w sytuacji bojowej i pierwszego, i setnego dnia, choć te z dnia pierwszego są oczywiście nie do zniesienia. Człowiek nauczy się nad nimi panować, ale nigdy ich nie okiełzna, nie zdusi, nie stłumi. Zawsze walczymy z własną słabością. Pamiętajmy o tym, czytając nudne wzmianki o tym, że ostatniej doby ciężkie walki znów toczyły się tu czy tam...

                                      Zaskoczyć dał się nawet wywiad USA. Obecnie żąda się rozliczenia amerykańskich służb z dwóch oczywistych wtop: przecenienia możliwości i woli walki sił demokratycznych w Afganistanie i przecenienia potęgi rosyjskiej armii. Tudzież niedocenienia siły i woli walki talibów oraz Ukraińców.

                                      Bo takiego oporu nikt się nie spodziewał. Rosyjskie natarcie na Ukrainę trwało tydzień. A właściwie tylko przez pięć pierwszych dni robili znaczące postępy. W pierwsze dwie doby podeszli pod Kijów od zachodniej strony, w trzy zajęli Chersoń i Berdiańsk, po pięciu byli pod stolicą od strony wschodniej, zajęli Melitopol, otoczyli Mariupol, który bronił się niemal równo trzy miesiące, wiążąc siły wroga. A potem nagle ofensywa utknęła. Coś wywalczyli to tu, to tam, ale w skali całego teatru wojny po prostu stali.

                                      A potem zaliczali ciężkie wpadki. Mieli potężne braki w zaopatrzeniu, ponosili straty w bezsensownych atakach na dobrze przygotowane pozycje obronne, kulało wsparcie lotnicze, okazali się kompletnie nieprzygotowani taktycznie. Łączność i dowodzenie Rosjan to prawdziwa tragedia. W zasadzie nie działało nic.




                                      Nagle okazało się, że Rosjanie nie potrafią dowodzić operacją militarną. Właściwie przez dłuższy czas nie było wiadomo, kto dowodzi całością sił w Ukrainie. Przypuszczalnie zajmował się tym ze swoich wyżyn sam Sztab Generalny Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, ale to wielka, biurokratyczna instytucja, niezdolna podjąć szybkich decyzji i ich wyegzekwować. Dlatego rozkazy wydawali dowódcy poszczególnych jednostek. Pod Kijów po zachodniej stronie Dniepru wpakowano aż trzy armie ze Wschodniego Okręgu Wojskowego: 29., 35. i 36. Kto dowodził całością tych sił? Trudno to ustalić, zwłaszcza że jednostki kompletnie się wymieszały. Do tego doszły wojska powietrzno-desantowe mające własny łańcuch dowodzenia, Rosgwardia, która miała pilnować tyłów, a w istocie tylko potęgowała zamieszanie, a potem też Piechota Morska, gdy już było jasne, że żadnego planowanego pod Odessą desantu nie będzie, bo nie ma do tego warunków.

                                      Na wschód od Dniepru też każda armia robiła, co chciała. 41. nie zdołała dojść dalej niż do Czernihowa, który ominęła i przedarła się ciut na południe – i tam utknęła. Czernihowa nigdy nie zdobyto. 1. Armia Pancerna Gwardii i 2. Armia Gwardii dotarły do Browarów, przeszkadzając sobie nawzajem – do końca nie było wiadomo, kto idzie w pierwszym, a kto w drugim rzucie. 6. Armia weszła na krótko do Charkowa, ale została wyrzucona i stanęła na trzy miesiące. W ciągu ostatniego miesiąca tylko się cofała. Z kolei 20. Armia Gwardii zajęła teren między Charkowem a Ługańską Republiką Ludową, zdobyła nawet węzeł kolejowy w Kupiańsku, ale Czuhujewa nigdy nie wzięto. Największym sukcesem było zdobycie Iziumu i przekroczenie Dońca. Po ponad miesiącu walk.

                                      W zasadzie najlepiej poszło Południowemu Okręgowi Wojskowemu, który został zaangażowany w całości, spójnie, na jednym kierunku. Jego 8. Armia Gwardii przeszła przez Doniecką RL, podeszła pod Mariupol, gdzie spotkała się z nacierającą z Krymu 58. Armią. Ostatnia armia okręgu, 49., oraz niedawno utworzony 22. Korpus Armijny wyszły stąd i zajęły dwie przeprawy na Dnieprze (most i tamę), a następnie Chersoń. Natarcie na Mikołajów już się nie powiodło, podobnie jak natarcie na Zaporoże. W zasadzie po dwóch tygodniach walk ustanowiono – zajmując też Wołnowachę – pewne lądowe połączenie Krymu z Rosją przez obwody chersoński, doniecki i ługański.


                                      Największy przegrany: rosyjska łączność

                                      I na tym koniec sukcesów. Dalej Rosjanie nie byli w stanie pokierować wojskami tak, by sprawnie manewrowały, zadając Ukraińcom zaskakujące i nieoczekiwane ciosy. Ukraińcy wydawali się czytać wrogim dowódcom w myślach. Na planowych kierunkach uderzeń organizowali obronę, ściągali siły, szybko rozbudowywali inżynieryjne przeszkody, transzeje, ziemianki. Cud?

                                      Nie, nie cud. Rosyjska głupota. Łączność w rosyjskiej armii okazała się wielkim przegranym tej wojny. Nieszyfrowane połączenia radiowe były z łatwością nasłuchiwane przez ukraińskie jednostki walki radioelektronicznej, a w razie potrzeby zakłócane. Rosjanie zaczęli więc korzystać z telefonów komórkowych, ale wpadli z deszczu pod rynnę. Tak się bowiem składa, że telefon to nie jest magiczne płaskie pudełko z ekranem. To nadajnik radiowy korzystający z sieci przekaźników, dlatego co pewien czas napotykamy charakterystyczne wieże. Te przekaźniki do kogoś należą, a ten ktoś to operator telefonii komórkowej. Tak się złożyło, że w Ukrainie operator był ukraiński i miał własne serwery, na których rejestruje się wszystkie rozmowy. Rosyjskie telefony działały przez roaming, operator współpracował zaś z ukraińskim wywiadem GUR, który nasłuchiwał, nagrywał i analizował, dowiadując się bardzo dużo o działaniach rosyjskich wojsk. W wielu przypadkach znano zamiary i plany sztabów agresora właśnie z nasłuchu przekazywanych przez radio i komórki rozkazów. Oczywiście pomagały też środki rozpoznania elektronicznego państw NATO i inne źródła Sojuszu.

                                      Wydaje się, że Rosjanie poprawili w międzyczasie swoją łączność. Przestali paplać przez komórki, a z nieszyfrowanej łączności radiowej korzystają tylko do określonego szczebla dowodzenia, z reguły nie wyżej niż do szczebla batalionu. Zresztą gdy wojna w Donbasie przybrała formę pozycyjną, po prostu rozwinęli polowe linie telefoniczne, znacznie trudniejsze do podsłuchania. Trudno ciągnąć kable, gdy wojska prowadzą szybkie działania manewrowe – ale gdy stoją tygodniami w miejscu, nie ma z tym większego problemu.


                                      Mariupol wadził Rosji jak cierń

                                      Pod koniec marca rosyjski Sztab Generalny podjął zaskakującą decyzję. Wiadomo oczywiście, że nie sztab, ale sam Putin. Sztab Generalny SZ FR jest od wykonywania decyzji, a zatem wypracował odpowiednie rozkazy i przekazał je do wojsk.

                                      Nastąpił cud: Rosjanie wycofali się spod Kijowa. Po zachodniej stronie Dniepru cofnęli się na Białoruś, po wschodniej – do Rosji. Przez kolejne trzy tygodnie, aż do ostatnich dni kwietnia, przerzucali siły do Donbasu, by tu podjąć ofensywę. Zawęzili zamiary do całkowitego opanowania obwodów ługańskiego i donieckiego, a także do konsolidacji terenów pomiędzy ni
                                      • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.06.22, 16:53
                                        Jednym z czynników, który przyczynił się do rosyjskiej klęski pod Kijowem, było fatalne, kompletnie niedziałające zaopatrzenie. Formacje stały z braku paliwa, nie podejmowały walki z braku amunicji. Kilkakrotnie w czasie ataku musiały się zatrzymać, czekać na naboje i paliwo. Okazało się, że mając tylko pojedyncze drogi w wąskich klinach, jakie zdołali wybić w ukraińskiej obronie, nie są w stanie dowozić zapasów, zwłaszcza że na tyły przenikały ukraińskie siły specjalne i niszczyły konwoje z dostawami. Ukraińska propaganda przypisywała te sukcesy wojskom obrony terytorialnej, by ukryć działania rzeczywistego gracza. Tymczasem prawdziwe wojska obrony terytorialnej, rzucane do walki jak zwykłe wojska, okazały się słabsze. Niektórzy żołnierze OT protestowali, że zostali wysłani na front. Byli przekonani, że będą osłaniać obiekty na tyłach i łapać dywersantów, a nie że trafią na pierwszą linię, tymczasem bez artylerii i czołgów mieli mniejszą siłę bojową, były też widoczne braki w ich wyszkoleniu. Jednostki OT skutecznie wykorzystano natomiast jako zasób ludzki – mogą uzupełniać luki, bo mają już pewne obycie z wojskiem, bronią, dyscypliną i procedurami.

                                        Niemniej pojawia się tu ważny dla nas wniosek: wyszkolone rezerwy są niezwykle istotne. Straty trzeba przecież uzupełniać, a jak się ma zapasy broni lub taką broń się otrzyma, można tworzyć nowe jednostki. Wąskim gardłem są ludzie. O ile bowiem sprzętu z Zachodu można nawieźć sporo, o tyle ludzi na ten sprzęt wyszkolić szybko nie sposób. To proces, który musi potrwać, da się go przyspieszyć, ale są pewne minima czasowe, których się nie przeskoczy.

                                        Co do ukraińskiej logistyki – zawsze mnie dziwiło, jakim cudem Ukraińcy wciąż mają amunicję, choć ich zakłady są w większości zniszczone. Ot i kolejna zagadka. Ale wystarczy zrobić jedną rzecz. Przejrzyjmy mianowicie strony internetowe przedsiębiorstw produkujących uzbrojenie w Bułgarii, na Słowacji i w Polsce. Na przykład zakłady Nitrochem w Bydgoszczy. W państwach tych nadal produkuje się amunicję artyleryjską kal. 122 mm i 152 mm, rakiety do wyrzutni BM-21 Grad, granatniki przeciwpancerne i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (Mesko Skarżysko Kamienna). Co znajdziemy w internecie? Okazuje się, że wszędzie nagle zabrakło pracowników. Poszukuje się nowych, np. zakład bułgarski przyjmie od ręki aż trzystu, najlepiej techników. Skąd ta posucha w sile roboczej? Jest jedno wytłumaczenie – zakłady w ostatnim okresie radykalnie zwiększyły produkcję. Ciekawe, dlaczego...


                                        Rosyjskie lotnictwo oddało... dwa celne strzały

                                        Jednym z fałszywych wniosków, jaki można wyciągnąć z tej wojny, to niezbyt wielka rola lotnictwa. Kiedy wojnę prowadzą Amerykanie, lotnictwo wymiata. Niszczy przeciwnika w takim stopniu, że wojska lądowe wchodzą dosłownie na gotowe. Samoloty zadają silne, bardzo precyzyjne ciosy, doprowadzając do kompletnego paraliżu strony przeciwnej.

                                        Ale nie Rosjanie. Ich lotnictwo działa fatalnie. Nie ma uzbrojenia kierowanego, by uderzać precyzyjnie. Prowadzi ataki bronią niekierowaną, jakby to była epoka zakończona na Zachodzie na etapie pierwszej połowy wojny w Wietnamie. W zasadzie najlepiej wychodzi im burzenie miast. Do tego nie trzeba celności, nie trzeba też schodzić na małą wysokość, by oberwać Stingerem lub polskim Gromem. A jeśli chce się realnie wesprzeć własne wojska, to niestety trzeba zejść nisko i klasyczną bombą czy niekierowanymi rakietami trafić w mały obiekt. Na małej wysokości obrona przeciwlotnicza Ukrainy zadaje krwawe ciosy.

                                        Ach, gdyby tak Ukraina miała nowoczesne samoloty i dobrze wyszkolony personel. Tego ostatniego pewnie jeszcze trochę jest, ale przygotowanie lotników na nowy typ samolotu bojowego to proces długotrwały i niełatwy. Z tym jest największy problem. Gdyby Ukraina dysponowała choćby takim lotnictwem jak Polska, z 48 samolotami F-16, które mają niesamowite (nie przesadzam) zdolności bojowe – przenoszą tanie i zabójczo celne bomby kierowane GPS JDAM, pociski dalekiego zasięgu AGM-154 JSOW i AGM-158 JASSM, rakiety kierowane termowizyjnie Maverick, bomby kierowane laserowo Paveway. Mają zasobniki celownicze Sniper z kamerami pozwalającymi widzieć na odległość ponad 20 km, efektywne systemy zakłócające, ponadto doskonały radar, który może też wykrywać obiekty na ziemi. Mają system wymiany informacji taktycznej Link 16. Mogą wykonywać efektywne i zabójczo skuteczne ataki kilka razy dziennie, gdy trzeba. Mogłyby zadać Rosjanom takiego bobu, o jakim nie śnią w najgorszych koszmarach.

                                        Tymczasem rosyjskie lotnictwo lata jak w czasie II wojny światowej czy wojny koreańskiej, wali zwykłe bomby, strzela rakiety niekierowane i najczęściej w nic nie trafia. Chociaż nie – dwa razy (tak, już dwa razy) udało im się zniszczyć publiczną toaletę ekologiczną, raz pod Hulajpolem, raz pod Odessą. Co oni widzą w tych kiblach, nie wiem. Może ekologiczne są jakoś podejrzane?
                                        Wojna w Ukrainie potrwa jeszcze długo

                                        Warto się tej wojnie przyglądać i wyciągać wnioski. Trzeba się dobrze przygotować do obrony, bo czasy mamy, jakie mamy. Myślę, że wybrane obszary opiszę pod hasłem „doświadczenia z Ukrainy a polska obronność”. Tym tematem warto się zająć.

                                        Tymczasem starcie w Ukrainie potrwa jeszcze bardzo długo. Stawiam na to, że nie skończy się w tym roku. Ukraina w końcu wyrzuci Rosjan z własnego terytorium. Ale to niestety nie zakończy tej wojny...
                                        • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.06.22, 17:00
                                          Załączam nieco inną, pogłębioną analizę amb. Piotra Łukasiewicza, dyplomaty, ambasadora w Kabulu, oficera wywiadu.

                                          Pokój zdobyty czy wymuszony? Jak to ma się skończyć?
                                          2 czerwca 2022
                                          5 minut czytania
                                          Zachód obawia się, do jakiej eskalacji Ukraińcy mogą się posunąć.
                                          Dmytro Smolyenko/Ukrinform / EAST NEWS
                                          Z powodu dostępności obrazów wojny w mediach społecznościowych konflikt w Ukrainie postrzegany jest często jako seria potyczek, starć taktycznych, ostrzałów dronów i artylerii. Wojna na TikToku i Twitterze odarła to starcie z walorów strategicznych.

                                          Widzimy rozbite czołgi na drodze i myślimy, że tak się to kończy. Tymczasem ten obraz jest mylący, ponieważ na przebieg walk wpływ ma przede wszystkim niewidoczna w pierwszej chwili strategia stron albo nawet jej brak. I ten strategiczny, wysoko oddalony punkt spojrzenia nam się gubi. A strategia to pytanie: jak to się ma skończyć?

                                          Mamy żałośnie mało strategii, bo strony wojny i ich poplecznicy nie deklarują, czego chcą. Prezydenci Zełenski i Putin mało i enigmatycznie mówią o jej zakończeniu. Często więc pojawiają się autorytety zamienne, których słowa o wojnie i jej zakończeniu mylone są z zamiarami wojennymi prawdziwych aktorów tego dramatu.

                                          Przykrą reakcję wywołał niedawno Henry Kissinger, przebiegły lis amerykańskiej dyplomacji, który na Forum w Davos dywagował o dawaniu Putinowi drogi do zachowania twarzy i konieczności prowadzenia dyplomacji. Dostaje się również francuskiemu prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, który przestrzegał przed „upokorzeniem Rosji”, czy premierowi Włoch Mario Draghiemu, który zaproponował jakiś plan pokojowy, zakładający w istocie oddanie Rosji Krymu. Wszyscy trzej zapytali ostatnio publicznie: dokąd zmierza ta wojna? I postawili diagnozę: do pokoju! Inni życzliwi obserwatorzy, można by rzec „anglosascy”, też mówią o pokoju. Joe Biden, Boris Johnson, Justin Trudeau oraz przywódcy państw nadbałtyckich i skandynawskich. Ci pierwsi mówią jednak o „pokoju wymuszonym”, a ci drudzy o „pokoju zdobytym”.
                                          Pokój wymuszony

                                          Pokój wymuszony na Ukrainie to sytuacja, kiedy Ukraińcy walczą, ale otrzymują coraz mniejsze wsparcie wojskowe i polityczne, a Władimir Putin otrzymuje szansę na wyjście z twarzą z kryzysu, który tak głupio rozpoczął. Taki pokój zakłada, że Ukraina za cenę zachowania swojej państwowości ze stolicą w Kijowie zgodzi się na pozostawienie w rękach Rosji Krymu, Donbasu i może jeszcze tych dwóch zdobytych niedawno obwodów na południu: zaporoskiego i chersońskiego. „Pokój wymuszony” stwierdza to, co od pewnego czasu dostrzegają analitycy wojskowi: że Ukraina dzielnie się broni za pomocą sprzętu zachodniego, ale jej żołnierze są już zmęczeni, a tego sprzętu jest za mało, by przeprowadzić istotną kontrofensywę i odbić zajęte ziemie. Zakłada także, że niestety Rosja wciąż sprzętu ma pod dostatkiem, jak niedawno pokazane jadące do Ukrainy czołgi T-62, jeszcze z czasów głębokiego ZSRR. Rosjanie mają tego dużo. No i Putin może powołać rezerwy do walki, choćby i słabo przeszkolone, ale masowe.

                                          „Pokój wymuszony” to zatem raczej pat: ani przegrana Ukrainy, ani wygrana Rosji. Po prostu wymęczenie długim działaniem rosyjskiej ofensywy w Donbasie. Ukraińcy, a pewnie i Rosjanie, tracą w niej po stu żołnierzy dziennie. A ten pat wymaga, by myśleć o Rosji jako części przyszłego układu pokojowego i składnika przyszłej europejskiej stabilności. Myśleć z obrzydzeniem i potępieniem jej zbrodni, ale… inaczej się nie da. Argumentem ostatecznym jest zawsze bomba, broń atomowa, której Putin może użyć, jeśli poczuje się zagrożony od zewnątrz czy od wewnątrz. A drugim – „historia”, czyli stwierdzenie, że kiedy z europejskiego układu sił wyłączano Niemcy albo Rosję, jak np. w 1918 r., i tym samym upokarzano je, to oba państwa wracały jako najstraszniejsze totalitaryzmy i niszczyły Europę. Stąd słowa Macrona.
                                          Pokój zdobyty

                                          Pokój zdobyty przez Ukrainę to z kolei jej zwycięstwo, konkretne i widoczne. Zachód dostarczy jej tyle nowoczesnego uzbrojenia, że wyczerpana Rosja nie będzie w stanie Ukrainy przemóc swoimi starymi czołgami i niecelnymi rakietami. Zdemoralizowane „bandy orków”, jak się nazywa armię rosyjską, rozpierzchną się i uciekną.

                                          „Pokój zdobyty” opiera się na przekonaniu, że Ukraińcy mają wyjątkowego ducha bojowego, którego nie złamią okrucieństwa, morderstwa i gwałty Rosjan. Czasami zwolennicy nieustępliwej walki posuwają się nawet do przypuszczenia, że użycie przez Rosjan jakiejś strasznej broni i tak Ukraińców nie złamie. Nie da się przecież tego narodu zabić dwa razy. Można nawet zakładać, że Ukraińcy w szlachetnym zapale bojowym mogliby Rosjan przegonić z Donbasu, Chersonia, a może nawet z Krymu? Ho, ho, kto wie, może nawet mogliby niszczyć cele na terenie Rosji? To scenariusz odległy, ale jeśli wyobrazić sobie, że postępom ukraińskim towarzyszyć będzie upadek polityczny Putina i załamanie militarne Rosji, to kto wie, gdzie się ci Ukraińcy zatrzymają…

                                          Zachód wręcz obawia się, do jakiej eskalacji Ukraińcy mogą się posunąć. Dlatego dostarczenie ofensywnych środków walki dalekiego zasięgu, jak zestawy artylerii rakietowej HIMARS czy rakiet przeciwokrętowych Harpoon, jest wciąż przedmiotem namysłu i deliberacji Amerykanów. Zełenski o nie prosi, a Amerykanie się zastanawiają.
                                          Decyzja należy do Ukrainy

                                          Kwestia moralności: co wynika z porównania „pokoju wymuszonego” z „pokojem zdobytym”? Na pewno moralne potępienie zwolenników pierwszej postawy. Kiedy Kissinger na Forum w Davos mówił o konieczności powrotu do dyplomacji i może nawet do rozpoczęcia negocjacji według stanu wojsk sprzed 24 lutego, media rzuciły się na niego, przeinaczając słowa sędziwego Amerykanina. Pisano, że Kissinger „chce oddać Rosji ukraińskie ziemie”! W Polsce ta wzmianka o dyplomacji skojarzyła się z widmem z Jałty i mitem „zdrady Zachodu”.

                                          Bo „pokój zdobyty” rękami Ukraińców powinien przecież zmierzać do ostatecznego pokonania i poskromienia Rosji. Przekształcenia Federacji Rosyjskiej w skarlałe Księstwo Moskiewskie. To pragnienie wynika z chęci ukarania Rosji za dekady zbrodni i tyranii. I osiągnięcia tą drogą stanu jej osłabienia, kiedy Rosja już nikomu nie zagrozi. Tak dokładnie określił to szef Pentagonu Lloyd Austin. A Polacy i inni „Anglosasi” się pod tymi słowami podpisali.

                                          Wciąż jeszcze wspólnym mianownikiem obu pokojów pozostaje uznanie podmiotowości Ukraińców i podkreślenie, że to do nich należy decyzja, kiedy walczyć i jakie straty znieść. Ale to mianownik coraz słabszy, bo zwolennicy „pokoju wymuszonego” w istocie chcą Ukraińców zaszantażować: rozmawiajcie z Rosjanami, bo zaprzestaniemy pomocy.

                                          Stoimy na barkach Ukraińców, próbując wybrać między niehonorową dyplomacją a okrucieństwem wojny. Dla Zachodu, również dzięki przekazom w mediach, ta wojna stała się też niepożądanie pięknym zmaganiem o wartości, o honor, o demokrację. I zmaganiem okrutnym, w którym ludzie giną i się zabijają, a miasta zamieniają się w gruzowiska. Nie ma dobrego rozstrzygnięcia tego dylematu. Albo: jeszcze nie ma.
                                          • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.06.22, 17:23
                                            Fiszer 101 dzień.

                                            101. dzień wojny. Ukraiński blef z terytorialsami, fotelowi generałowie też się nabrali
                                            4 czerwca 2022


                                            Z ostatnich wiadomości najbardziej cieszy to, że Ukraińcy kontratakowali w Siewierodoniecku i że udało im się tam odbić blisko 20 proc. miasta. Kompletnie mnie tym zaskoczyli, bo spodziewałem się tam działań opóźniających przed zajęciem dogodnych pozycji obronnych. Warto też przyjrzeć się działaniom ukraińskiej Obrony Terytorialnej.

                                            W Donbasie nadal trwają walki, ale znów większych zmian w położeniu stron nie ma. Mimo rosyjskiego natarcia wciąż pasek terenu na północ od Dońca, między Studenokiem na wschód od Iziuma po sam Łyman, jest trzymany przez ukraińskie wojska, a Rosjanie nie są w stanie ich wyrzucić na południową stronę rzeki, co zapewne doprowadza ich do rozpaczy. Zaskakujący był też ukraiński kontratak w Siewierodoniecku przeprowadzony 3 czerwca, który spowodował wyrzucenie Rosjan z całkiem sporej części miasta. Zaskoczył on nie tylko wszystkich obserwatorów, ale zapewne też samych okupantów, którzy niczego takiego raczej nie oczekiwali. We wszystkich innych rejonach, w tym między Iziumem a Słowiańskiem, na południe od Lisiczańska, w rejonie Popasnej oraz pod Donieckiem żadnych zmian terytorialnych nie odnotowano. Wcale nie znaczy to, że orkowe wojska nie usiłowały nacierać, atakowały, a jakże! Dzień bez krwawego natarcia to dzień stracony. Rosyjscy żołnierze już wiedzą, że najpierw śniadanko (jak dowiozą), a potem, po ciężkim ostrzale artyleryjskim, znów ich pognają przez pola minowe, okopy i zasieki prosto pod ukraiński ogień. Znów pokryją pola swoimi trupami i spalonymi czołgami, a na koniec zostaną odparci. Był rozkaz atakować do skutku, to będą atakować, aż coś w końcu pęknie. Albo w ukraińskiej obronie, albo w ich własnej psychice. Bo przecież tak się w nieskończoność nie da...

                                            Po północno-wschodniej stronie Chersonia nadal trwa ukraińskie natarcie. Ukraińskim wojskom udało się postawić nowy most pontonowy na rzece Ingulec w miejscowości Andrijiwka, podobno poszerzają tu wywalczony przyczółek na południowo-wschodnim brzegu tej rzeki. Gdyby tylko mieli świeże siły i gdyby zdołali wprowadzić tu większe, świeże jednostki, mogliby osiągnąć nieoczekiwane rezultaty, z odcięciem dwóch rosyjskich brygad włącznie. Niestety, świeże siły wciąż się jeszcze szkolą.

                                            Nie zmienia się natomiast sytuacja na północ od Charkowa, gdzie obie strony są zbyt słabe, żeby nacierać. Wojna całkowicie przeszła w fazę pozycyjną, choć jest to chyba pierwszy dzień od początku wojny, w którym Rosjanie nie posunęli się o włos, a wojska ukraińskie powolutku, choć z mozołem, odzyskują jakiś teren.



                                            Trzeba przyznać, że w Polsce WOT mają mnóstwo zwolenników. Okazały się sposobem na tworzenie rezerw dla jednostek operacyjnych WP, choć zupełnie nie taki był zamiar przy ich tworzeniu. To, co krytykowano (ja też), to przekierowanie funduszy z modernizacji jednostek operacyjnych, które są ewidentnie niedoinwestowane, na tworzenie dość amatorskich formacji, których przydatność w razie wojny będzie ograniczona.

                                            Jak się jednak okazuje, w czasie wojny wojska obrony terytorialnej są przydatne, choć trzeba określić tej przydatności właściwe miejsce. Jest to bowiem formacja pomocnicza, która odwala kawał czarnej – potrzebnej, ale mało widowiskowej – roboty i odciąża tym wojska operacyjne, by te mogły skoncentrować się na najważniejszym: walce na froncie.

                                            Nadal uważam, że wojska operacyjne muszą mieć priorytet, choć osłona zaplecza walczących wojsk to rzecz niezwykle ważna, podobnie jak ochrona szlaków komunikacyjnych operacyjnych wojsk lądowych czy wielu istotnych instalacji. W przydziale nowoczesnego uzbrojenia i wyposażenia wojska OT powinny czekać w kolejce za wojskami operacyjnymi.

                                            Nie doceniłem, ba, nie dostrzegłem zupełnie innej roli wojsk OT – tworzenia rezerw dla wojsk operacyjnych. Bo zawsze łatwiej przenieść jest do jednostki piechoty zmechanizowanej przeszkolonego już żołnierza wojsk OT niż surowego rekruta. Takiego terytorialsa nauczy się obsługi cięższej broni, działania w formacji zmechanizowanej z wykorzystaniem znacznie silniejszego wsparcia ogniowego, niż zna on z macierzystej formacji, i w sumie będzie z niego pożytek. Można też przeszkolić go na artylerzystę, na łącznościowca – jak się zna na komputerach, na żołnierza wojsk inżynieryjnych, jeśli ma jakieś przygotowanie budowlane, na żołnierza batalionu remontowego, jeśli jest mechanikiem, wcielić do formacji zaopatrywania, jeśli umie prowadzić ciężarówkę. Przydatność żołnierza, który już zna broń, sposób posługiwania się wojskową łącznością, zasady dyscypliny wojskowej, jest zdecydowanie większa niż rekruta, którego wszystkiego trzeba uczyć od samego początku.
                                            • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.06.22, 17:28
                                              Cd 101
                                              Ukraiński blef się powiódł

                                              Na początku wojny nastąpiło ciekawe zjawisko. Ukraina dała się mimo wszystko zaskoczyć rosyjskim atakiem. Obrona była chaotyczna, reakcje dowódców różne, ogólnie panowało spore zamieszanie. Przez pierwsze dwa, trzy dni Rosjanie przesuwali się po 50 km dziennie. Później trochę zwolnili, ale dopiero po mniej więcej tygodniu ukraińska obrona okrzepła. Wydawało się, że rosyjskie wojska lada dzień zdobędą Kijów, Charków, Odessę i Dnipro (miasto Dniepr).

                                              Potrzeba było dodać ludziom otuchy, zmobilizować siły moralne, wlać w przerażonych obywateli ducha walki, zasiać ziarna wiary w zwycięstwo. Choćby to zwycięstwo miało oznaczać tylko samo przetrwanie państwa w nieco okrojonej postaci. Trzeba było ludziom coś dać, pokazać im, że jest za co walczyć.

                                              W tym właśnie celu urządzono słynną ustawkę z amerykańskim publicznym zapytaniem o ewakuację prezydenta Wołodymira Zełenskiego z Kijowa, na co on śmiało odpowiedział, również publicznie, że nie potrzebuje podwózki, lecz amunicji. Ustawka zadziałała, to był prawdziwy majstersztyk. Ludzie wiedzieli – za takiego prezydenta, który się nie boi, który zostaje z nimi w niedoli, który w nich wierzy, za takiego prezydenta warto umierać. Bo faktycznie warto, mimo że cały ten numer był zwykłym show: gdyby Amerykanie mieli ewakuować prezydenta Ukrainy, to odpowiednie uzgodnienia szłyby tajnymi kanałami, a o ewakuacji dowiedzielibyśmy się po fakcie, być może długo po. Nie byłoby wymiany lotnych haseł w tej sprawie.

                                              Mało kto zauważył, ale była też jeszcze jedna ustawka. A właściwie cały serial. Sytuacja była następująca: Rosjanie chcieli naśladować Amerykanów z ich słynnym Thunder Run do Bagdadu w 2003 r. I wbili się w stronę Kijowa trzema wąskimi szpilami – na zachód od Dniepra przez Czarnobyl, na wschód od Dniepra przez Czernihów i od wschodu przez Sumy. Każdy z tych długich wąskich klinów wycelowanych w ukraińską stolicę miał co najwyżej dwie drogi zaopatrywania wojsk. Były one bardzo narażone na ataki. Krążyły tu bayraktary, aż napisano o nich piosenkę, łupały równo po ciężarówkach, ale też po długich kolumnach wojsk, które utknęły w gigantycznych korkach, przy okazji blokując dowóz zaopatrzenia na czoło. Waliła ukraińska artyleria naprowadzana przez drony różnych typów. I wreszcie działały tu ukraińskie wojska specjalne. Te okazały się szczególnie skuteczne. Doskonale wyszkoleni ukraińscy komandosi przenikali na tyły przeciwnika przez słabiej bronione skrzydła owych klinów i urządzali zasadzki na kolumny zaopatrzenia. Po czym po swojemu, komandoskim zwyczajem, rozpływały się w okolicznych lasach, unikając obławy wściekłej Rosgwardii mającej wypełnić takie same zadania, jakie przypisano ukraińskim wojskom OT.

                                              A na czym polegała ustawka? Wszystkie te sukcesy przypisano ukraińskim wojskom OT. Co prawda niekiedy i one urządziły jakąś zasadzkę i lepiej lub gorzej dawały sobie w niej radę, zwłaszcza gdy w danej jednostce było sporo wojennych weteranów z ATO, czyli operacji wojskowych w Donbasie z lat 2014–22. Ale filmy, które pokazywano z działań dzielnych wojsk OT rzekomo urządzających zasadzki, trąciły sympatyczną myszką. Najpierw pokazano, jak dzielny żołnierz staje na środku pola, rozkłada granatnik przeciwpancerny, celuje z niego, niepewny czy rakietowy granat wyleci z przodu, czy z tyłu, a potem bum! Wystrzał go ogłusza, lekko szokuje, ale żołnierz uśmiecha się niepewnie, leciutko chwiejąc na nogach, bo łupnęło tak, że mu przytkało uszy i zaburzyło błędnik. A potem pokazują płonący rosyjski czołg i innych żołnierzy OT strzelających zza drzewa od Sasa do Lasa, długimi seriami sianymi na boki jak u legendarnego Antka Rozpylacza z polskiego ruchu oporu. Potem znów zdjęcia płonących ciężarówek i rozbitych pojazdów pancernych. Fajne były te filmiki, nie powiem.

                                              Ale swoją rolę spełniły. Ludzie utożsamiali się właśnie z obroną terytorialną. To nasi chłopcy, to my sami, ochotnicy, obywatele Ukrainy, którzy jeszcze wczoraj ciężko pracowali w Polsce, a dziś bronią ojczyzny z bohaterstwem i poświęceniem. Szczęśliwie to wszystko wlało ducha w ukraiński naród, a ich żołnierzom dodało skrzydeł. Ludzie stanęli z taką siłą woli, z taką wiarą w zwycięstwo, wykazali się takim męstwem, że skutecznie przeciwstawili się rosyjskiej agresji. Wola walki i zdolność do poświęceń była niesamowita.


                                              Fotelowi generałowie dali się nabrać

                                              Wówczas o tym nie pisałem, bo wiedziałem, o co kaman. Nie byłem jedynie pewien, czy sztuczka zadziała, czy nie. Zadziałała, ludzie się zmobilizowali, wstali z kolan, uwierzyli we własną siłę. Wiara czyni cuda i cuda zaczęły się dziać na froncie. Rosjanom spuszczono takie lanie, że na całym świecie przecierano oczy ze zdumienia.

                                              W USA takich różnych domorosłych strategów bez żadnego przygotowania nazywają armchair generals – fotelowi generałowie. Może mnie zarzucą, że się do nich zaliczam, i muszę ze skruchą przyznać, że do pewnego stopnia będą mieli rację. Co prawda, skończyłem szkołę oficerską (4 lata) i Akademię Obrony Narodowej (5 lat, studia doktoranckie już w cywilu), czyli edukowałem się łącznie 9 lat i 20 lat służyłem w wojsku, ale nie mam doświadczenia w dowodzeniu wielkimi jednostkami ani w prowadzeniu operacji militarnych. Dowodziłem jedynie eskadrą, czyli takim batalionem. Ale troszkę tam czytam profesjonalnej literatury wojskowej, a od 20 lat wykładam strategię militarną dla cywilnych studentów.

                                              Dlatego wydaje mi się, że dostrzegam więcej od ludzi, którzy w wojsku nigdy nie służyli ani nic wojskowego nie studiowali. Bardzo mnie dziwiło, gdy widziałem, jak fotelowi generałowie dali się nabrać na ten ukraiński blef. Jak łatwo łyknęli legendy o dzielnych terytorialsach, którzy po krótkim przygotowaniu przenikają jak duchy na tyły wroga, organizują profesjonalne zasadzki i rozwalają rosyjskie kolumny, z dziecinną łatwością pokonując w walce żołnierzy dowodzonych przez oficerów po kilkuletnich studiach w szkole wojskowej i po kilku latach zawodowej służby lub choćby po licznych ćwiczeniach i szkoleniach. W Polsce w mediach społecznościowych podniosła się wrzawa: WOT naszą główną siłą obronną! To właśnie one bronią dziś Ukrainę, to właśnie obrona terytorialna powstrzymała rosyjskie natarcie, gołymi rękami, bez artylerii i czołgów, samymi javelinami. Jeszcze trochę, a człek by uwierzył, że oni tymi rakietami sam Kreml w końcu rozwalą. A w sieci filmiki, siedzą w zasadzce dzielni terytorialsi, chowając się po obu stronach drogi. A mnie się krzyczeć chce: ludzie, czy wy nie widzicie, że w ten sposób, jak ktoś między nich wjedzie, to oni się sami wzajemnie powystrzelają? Przecież zasadzki organizuje się według zasady litery L, jedna grupa równolegle do drogi, a druga, po drugiej stronie – prostopadle do drogi, w ten sposób strzelają w atakowaną kolumnę pod kątem prostym do siebie, zostawiając z boku wolne pole ostrzału dla przeciwległej grupy tworzącej zasadzkę. Ale tych wszystkich zasad żołnierz uczy się tygodniami, miesiącami – uczy się obrony, ataku, wykorzystania wzgórz, walki w terenach leśnych, walki w terenach zurbanizowanych, współdziałania z czołgami i artylerią, unikania min, walki z obroną rozbudowaną o umocnienia. Uczy się zasadzek, zwiadu, obrony przeciwchemicznej, udzielania pomocy rannym, i w ogóle uczy się setek rzeczy, tygodniami, miesiącami, a i nieraz latami. Walka w nocy z noktowizorami to jeszcze inna bajka, walka we mgle czy deszczu... Prowadzenie działań na śniegu zimą, przy mrozie, kiedy grabieją ręce, a trzeba przeładować zimną jak lód broń. Wojsko to nie harcerstwo.


                                              Ukraińska obrona terytorialna spełnia bardzo ważne funkcje. Ochrania miasta i wsie przed dywersantami, jej żołnierze obserwują okolice, utrudniają lub uniemożliwiają poruszanie się wrogich grup specjalnych, wszędzie ich pełno. Stoją punkty kontrolne, zwane tu powszechnie blokpostami. Przy okazji chciałem zaapelować do polskich dziennikarzy, którzy ciągle posługują się określeniem blokpost. Panowie, to rusycyzm, choć pochodzi z Ukrainy. Dbajmy o czystość polskiego języka, nasza mowa
                                              • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.06.22, 11:05
                                                102
                                                102. dzień wojny. Ukraińscy specjalsi mają stalowe nerwy
                                                5 czerwca 2022

                                                Ukraińcy żołnierze w regionie Doniecka

                                                Ukraińskie źródła oficjalnie zmieniają narrację. Jeszcze 28 maja twierdzono, że Siewierodonieck może zostać stracony, a dziś mówi się o organizacji długotrwałej obrony. Tymczasem gdzieś na tyłach wroga działają cisi bohaterowie – siły specjalne.

                                                Po odzyskaniu części zajętego przez Rosjan Siewierodoniecka wzrósł optymizm w ukraińskiej administracji. Siergiej Gadaj, gubernator ukraińskiego obwodu ługańskiego powiedział, że do miasta przybyły posiłki, które zaczynają zmieniać balans sił na korzyść Ukrainy. Co ciekawe, Gadaj wspomniał o tym, że wielkie straty ponoszą tu jednostki czeczeńskie, czyli Kadyrowcy. Przestali się chwalić swoimi sukcesami na TikToku, jak to mają w zwyczaju.

                                                Między Iziumem a Łymaniem ciężkie walki toczyły się o miasteczko Swiatohirśk, w pobliżu którego przebiega linia kolejowa Łyman–Kupiańsk. Rosjanie mogliby ją wykorzystać do zaopatrywania własnych wojsk, ale najpierw muszą zająć Swiatohirśk.
                                                Dwie rosyjskie armie przestały istnieć

                                                Armia rosyjska ponownie próbowała atakować w kierunku na Słowiańsk spod Iziuma, ale została zatrzymana. Obrona ukraińska jest tam już dostatecznie rozbudowana i łatwo przełamać się jej nie da. Pojawiły się informacje, że dwie rosyjskie armie praktycznie przestały istnieć – 35. Armia ze Wschodniego Okręgu Wojskowego oraz 41. Armia z Centralnego Okręgu Wojskowego. W istocie jednak armie te potraciły swoje jednostki pancerne i zmechanizowane, ale została w nich jeszcze pewna ilość artylerii i wojsk saperskich, którymi wzmacnia się inne armie.

                                                Zresztą w niewiele lepszym stanie jest 36. Armia i 29. Armia ze Wschodniego, które zostały użyte do osłony szlaków zaopatrzenia z Biełgorodu do Kupiańska (linia kolejowa i drogi) oraz z Kupiańska do Iziuma i z Kupiańska do rejonu Łymania (drogi). Rosjanie są tu w o tyle dobrej sytuacji, że drogi te przebiegają poza zasięgiem ukraińskiej artylerii, podobnie jak na południu droga z Doniecka przez Mariupol w kierunku Chersonia i Krymu. Tutaj też usiłuje się wykorzystywać linię kolejową z Doniecka przez Wołnowachę i Tokmak na Krym przez Melitopol i Dżankoj oraz do Chersonia przez Nową Kachowkę. Ostatnio jednak wyleciał na tej linii pociąg pancerny, który ją patrolował.

                                                Istnieją też doniesienia o szczególnej aktywności „partyzantki” ukraińskiej na tym obszarze. Atakowane są kolumny transportowe. Rosjanie próbują się po amatorsku dopancerzać: swoje ciężarówki obkładają belkami drewnianymi, czasem dodatkową blachą. Oberwanie z granatnika przeciwpancernego lub seriami z broni maszynowej musi tam być całkiem realne, w przeciwnym razie kierowcy nie ograniczaliby sobie dobrowolnie pola widzenia.
                                                Putin kłamie po raz kolejny

                                                Ale wracając do sytuacji na froncie, to ani na południe od Lisiczańska, ani na północ od Popasnej Rosjanie znów nie zdołali przebić się przez ukraińską obronę mimo ponawianych ataków.

                                                Tymczasem na północ od Charkowa ukraińskie wojska poczyniły niewielkie postępy. Podobno walki toczą się o miejscowość Hotimlia po wschodniej stronie Dońca, niemal dokładnie na wschód od Charkowa, w miejscu, gdzie Doniec rozlewa się szeroko, tworząc podłużne jezioro. Na pozostałych obszarach większych zmian nie było.

                                                Okazuje się natomiast, że prezydent Putin po raz kolejny kłamie, mówiąc, że rosyjska Marynarka Wojenna nie blokuje ukraińskich portów i wywozu produktów rolnych drogą morską. Jest wprost przeciwnie, a ponadto Rosjanie na zajętych terenach kontynuują rabunek zboża i innych produktów, wywożąc je do siebie.

                                                Co najmniej dwie rakiety skrzydlate Ch-101 odpalone z bombowców strategicznych Tu-95MS spadły natomiast na Kijów. Celem były znów stacje kolejowe, ale takie ataki przynoszą naprawdę niewiele szkód. Wielkie stacje to duże i rozległe cele. Jednego Rosjanie nie potrafią – skoncentrowanych, zmasowanych ataków na określony element infrastruktury, by doprowadzić do jego całkowitego paraliżu. Teraz już zresztą za późno, bo nie mają do tego ani sił, ani odpowiednich zapasów uzbrojenia kierowanego, mogą więc tylko tak skubać, nękać i wkurzać po prostu, bez większego sensu militarnego.
                                                Ukraińskie Siły Specjalne

                                                Siły specjalne na całym świecie to elitarne pododdziały specjalnie wyszkolonych żołnierzy, których głównym przeznaczeniem jest prowadzenie działań nieregularnych na tyłach wroga lub na terenach objętych kryzysem, w oderwaniu od sił głównych, kiedy te są zdane na siebie. Sposób, w jaki dostają się na tyły wroga, jest różny. Mogą samodzielnie przeniknąć przez linię frontu czy granicę, jeśli są ku temu warunki. Mogą być przerzuceni śmigłowcami lub samolotami, skacząc na spadochronie z małej wysokości. Przeważnie taki przerzut odbywa się w nocy, na skrajnie małej wysokości, a śmigłowce czy samoloty mają nocne przyrządy obserwacyjne (najczęściej załoga ma gogle noktowizyjne) i rozbudowane systemy zakłóceń wrogiej obrony przeciwlotniczej.

                                                Działając na terenie wroga, wojska muszą mieć specjalne umiejętności. Specjalsi muszą więc mieć zdolność do przetrwania w najróżniejszych warunkach, umiejętność unikania wykrycia i identyfikacji, zdolność do długich nocnych marszów przez trudnodostępne tereny. Dzięki częstym zmianom swoich pozycji umykają poszukiwaniom – gdy stwierdzi się ich obecność w danym terenie i rozpoczyna tam ich poszukiwania, specjalsów już tam dawno nie ma.

                                                Ukraińskie wojska specjalne powstały dopiero w 2007 r. i początkowo były wzorowane na radzieckim czy rosyjskim specnazie. Jednak ostatnio Ukraińcy odbyli wiele ćwiczeń ze swoimi zachodnimi odpowiednikami. Zachodnie siły stały się dla nich wzorem, Ukraińcy zachowali jednak własną specyfikę. Choćby tę, że Ukraińcy doskonale znają swojego przeciwnika – Rosję, znają język, zwyczaje i w razie czego mogą udawać Rosjan, nie jest to dla nich trudne. 5 stycznia 2016 r. ukraińskie Wojska Specjalne uzyskały status samodzielnego rodzaju sił zbrojnych.

                                                Co prawda Dowództwo Operacji Specjalnych znajduje się w Kijowie, gdzie może łatwo koordynować działania ze Sztabem Generalnym, ale 99. Batalion Dowodzenia i Zabezpieczenia oraz 142. Centrum Szkolno-Treningowe Sił Specjalnych stacjonują w Berdyczowie. Ukraina ma dwa pułki wojsk specjalnego przeznaczenia, 3. Pułk Specjalnego Przeznaczenia im. Światosława Chrobrego z miasta Kropywnycki i 8. Pułk Specjalnego Przeznaczenia z Chmielnickiego.

                                                Ponadto w Wojskach Specjalnych Ukrainy jest 73. Morskie Centrum Operacji Specjalnych z Oczakowa, które odpowiada za prowadzenie działań przeciwko instalacjom portowym i na morzu (nurkowie bojowi) oraz 140. Centrum Operacji Specjalnych z Chmielnickiego, które wykonuje najtrudniejsze operacje specjalne. Są też cztery centra operacji psychologiczno-informacyjnych: 16. (w Gujwie), 72. (w Browarach), 74. (we Lwowie) i 83. (w Odessie). Własne jednostki ma też Gwardia Narodowa, jak bojowe – Batalion „Donbas” i Pułk „Azow”, ale też oddział „Skorpion” do ochrony elektrowni atomowych i jądrowych ośrodków badawczych, oddział antyterrorystyczny „Omega”, oddziały specjalne „Wega” (Lwów), „Ares” (Charków) i „Odessa” (Odessa). Swoją jednostkę specjalną ma służba bezpieczeństwa Ukrainy, SBU – „Alfa”, a nawet straż graniczna – 10. Oddział Specjalny „Dozor”. Te ostatnie są jednak przeznaczone do działań antyterrorystycznych, antydywersyjnych i ochrony konkretnych instalacji, zaś wojskowe jednostki mają operować na tyłach wroga.

                                                I operują, całkiem efektywnie. W pierwszej fazie wojny skutecznie polowały na rosyjskie kolumny zaopatrzenia, przenikając na tyły rosyjskich wojsk od strony słabiej chronionych skrzydeł kilku włamań w stronę Kijowa. Urządzały tam zasadzki i specjalizowały się w typowych dla działań specjalnych akcjach „uderz i ucieknij” (hit and run). Skutecznie wymykały się Rosjanom, choć ich straty poznamy zapewne za kilkanaście miesięcy.
                                                • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.06.22, 11:07
                                                  Cd 102
                                                  Specjalsi wykazali się niesamowitą odwagą

                                                  Poza atakami na kolumny zaopatrzenia ukraińskie Wojska Specjalne przeprowadziły wiele innych ataków. Kilkanaście razy odnaleziono i zniszczono rosyjskie składy amunicji na terenie Donbasu, wielokrotnie naprowadzano na cele lotnictwo lub częściej uzbrojone bezpilotowe aparaty latające Bayraktar, kierowano ogniem artylerii, szczególnie rakietowej, mającej większy zasięg.

                                                  Jednak do najbardziej spektakularnych akcji należy zaliczyć te, które przeprowadzono wprost na rosyjskim terytorium. Trzeba przyznać, że specjalsi wykazali się niesamowitą odwagą i mieli stalowe nerwy. Co najmniej dwa razy wysadzono składy amunicji w rejonie Biełgorodu. Podobno atak z 29 marca został przeprowadzony rakietą Toczka, choć wydaje się, że nie była to pojedyncza rakieta, bowiem w składzie miała miejsce cała seria wybuchów i potężny pożar, w którym zginęło ośmiu rosyjskich żołnierzy. Natomiast atak na skład w Starej Nielidowce pod Biełgorodem, w wyniku którego nastąpił gwałtowny pożar i miała miejsce kolejna seria wybuchów, to ewidentnie robota specjalsów.

                                                  Może ktoś powie, że magazyny amunicji w Rosji i tak okresowo się palą i wybuchają, bo już tak mają, ale na pewno nie wybuchają mosty kolejowe. Tymczasem na terenie Rosji w rejonach przy granicy z Ukrainą, czyli w obwodach kurskim, biełgorodzkim i woroneskim doszło do całej serii różnych tajemniczych wybuchów. Wyleciał w powietrze skład amunicji pod Kurskiem, a także w rejonie Woroneża, ok. 200 km od granicy z Ukrainą, choć dokładna data nie jest znana, ale też jakoś w końcu kwietnia. 11 kwietnia wysadzono w powietrze most kolejowy pod Szczebakino pod Biełgorodem, zaś 1 maja – most kolejowy na trasie Sudża–Sosnowy Bór pod Kurskiem. Inny most zniszczono 28 kwietnia na okupowanym przez Rosjan terytorium pod Melitopolem. Nie powiecie mi chyba, że mosty wylatują w powietrze jak składy amunicji – w wyniku zaprószenia ognia.

                                                  Okresowo wojska specjalne atakują też i stanowiska dowodzenia. Skąd się bowiem biorą niektóre dokumenty, na przykład spis żołnierzy i oficerów całej brygady? Przecież żaden oficer nie nosi tego w kieszeni... Ewidentnie tego rodzaju dokumenty, które publikuje ukraińskie Ministerstwo Obrony, musiały zostać zwinięte z zaatakowanego stanowiska dowodzenia, może nawet szczebla brygady. A ile cennych dokumentów zdobyto w ten sposób, ale nikt się nimi nie chwalił?
                                                  Wojna cybernetyczna i biomonitoring

                                                  Sukcesy ukraińskich Wojsk Specjalnych cieszą tym bardziej, że dziś jest niezwykle trudno działać komandosom w sposób skryty. Kompleksów leśnych jest coraz mniej, za to ludzkich osiedli coraz więcej. Do tego wszechobecny monitoring i ludzie z telefonami komórkowymi, natychmiast informujący władze o swoich spostrzeżeniach. Dlatego siły specjalne muszą dziś korzystać z usług specjalistów od działań cybernetycznych, by doprowadzić do paraliżu sieci teleinformatycznej w danym rejonie albo załatwić czasowy blackout, działając na system energetyczny i jego komputerowe zarządzanie. Jestem przekonany, że wojna cybernetyczna idzie w Ukrainie na całego.

                                                  Przy dużej gęstości zaludnienia jest jeszcze coś takiego, jak biomonitoring. Na wsiach, ale i w miastach, nie brakuje wścibskich ludzi, przeważnie są to przysłowiowe „babcie”, które doskonale wiedzą, kto z kim, po co i kiedy. Tego nie da się zablokować cyberatakiem. Pamiętam taką sytuację, którą opowiadał sam profesor nauk dywersyjnych, czyli gen. Roman Polko. Kiedyś dowodzona przez niego grupa specjalna zdawała egzamin z ukrywania się. Chłopaki wykonali takie ukrycie, że egzaminujący chodził po leśnej polance, gdzie byli schowani, i ich nie widział. Tymczasem oni wygrzebali saperkami spore dołki, przykryli je fragmentami jakiegoś płotu z desek, a na to rzucili mech i darnie, całość maskując tak, że można było na to wejść i się nie zorientować. I kiedy egzaminator miał już postawić piątkę, ze wsi przybiegła zdyszana starsza kobieta z wrzaskiem, by jej te łobuzy oddali płot, co to go w nocy rozebrali. I tak wiejska starsza kobiecina wytropiła komandosów, jak się jednak okazało, z pomocą wiejskiego biomonitoringu.

                                                  Znam to zjawisko nawet z własnego osiedla. Po śmierci żony starałem się jakoś funkcjonować, a że jestem modelarzem, zacząłem intensywnie kleić modele. Potrzebowałem specjalnych drobnych kamyków do dioramy z modelami samochodów, więc wybrałem się z samego rana do piaskownicy na placu zabaw przed blokiem. Grzebię w tych kamykach, chowając odpowiednie do wiaderka, a tu idą takie dwie elegancko ubrane starsze panie, które często krążą po osiedlu i wszystko wiedzą. Na mój widok stanęły jak wryte – siedziałem w piaskownicy z wiaderkiem i moimi kamyczkami do dioramy – po czym jedna do drugiej mówi na ucho, niezbyt cicho jednak: „Pani patrzy, niedawno zmarła mu żona, no i proszę!”.

                                                  Dlatego dzisiaj wojska specjalne muszą sobie radzić inaczej. Najczęściej najciemniej jest pod latarnią. Wyobraźcie sobie, że gdzieś w pobliże jakiegoś sztabu wojskowego podjeżdża ekipa remontowa rozklekotaną furgonetką, wysiada umorusana grupa robotników, wyciąga łopaty, jakieś skrzynie, jakieś kable, narzędzia... Ludzie to widzą i się nie dziwią, a pół godziny później – bum! Ale ani robotników, ani furgonetki już nigdzie nie widać. Zapewne teraz ta sama ekipa siedzi w całkiem innej furgonetce w kolejarskich mundurkach (w Rosji na kolei nosi się mundury). Różnie sobie radzą grupy specjalne, ale jak widać – są skuteczne.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.06.22, 11:15
                                                    103
                                                    103. dzień wojny. Siła fryzjera, czyli wnioski dla polskich specjalsów

                                                    Ukraina tworzy Wojska Obrony Terytorialnej według ciekawego schematu.
                                                    To niesamowite, ale Ukraińcy odzyskują panowanie nad Siewierodonieckiem. Kontynuują też ofensywę na północ od Charkowa. Wojna tkwi w fazie precyzyjnej i warto wysnuć przy okazji wnioski dla Polski. Dziś zajmę się działalnością specjalsów: co poprawić, dopóki jest czas?

                                                    Ukraińcy odzyskali większą część Siewierodoniecka, choć jeszcze niedawno mówiło się, że będą musieli opuścić to miasto. Doszli już do wschodnich przedmieść, wyrzucili Rosjan z części południowej, zajęli też ponoć okoliczne wsie Sytotyne i Lisna Dacza. Przeciwnik skierował tu podobno głównie siły obu brygad Ługańskiej Republiki Ludowej, 2. Brygadę Zmechanizowaną Gwardii im. Marszałka Klimenta Woroszyłowa i 7. Czistiakowską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii. Wbrew tytułom to raczej byle jakie jednostki, obsadzone rekrutami, którym nie bardzo chce się walczyć, ludźmi o niskim morale.
                                                    Rosjanie znów nie posunęli się o włos

                                                    Pod Iziumem w kierunku na Słowiańsk Rosjanie przeprowadzili 5 czerwca tylko słabe ataki i oczywiście zostali odparci. Nieco lepiej poszło im pod Łymanem, gdzie nieznacznie poszerzyli rejon okupowany na północ od Dońca.

                                                    W rejonie Popasnej wprowadzili 29. Armię Wschodniego Okręgu Wojskowego. Działa tu jedyna jej brygada manewrowa – 36. Łozowska Brygada Zmechanizowana Gwardii, zapewne sprowadzono tu też 200. Brygadę Artylerii, jedyną jednostkę artylerii armijnej poza 3. Brygadą Rakietową z Iskanderami. W ogóle 29. Armia jest w Rosji jedną z najmniejszych. I właśnie tu, w okolicy Popasnej, zginął 5 czerwca jej nowy dowódca gen. mjr Roman Kutuzow. Nowy, bo przecież już 11 marca jego poprzednik gen. mjr Andriej Kolesnikow zginął w klinie pod Kijowem, na zachód od Dniepru. Zapewne sprawdzał, co się dzieje na froncie. Mimo wprowadzenia świeżych sił i ostrzału artyleryjskiego w rejonie Popasnej i w kierunku Bachmutu Rosjanie nie posunęli się o włos.

                                                    Z kolei na północ od Charkowa ukraińskie wojska poczyniły niewielkie postępy, walcząc o kilka wiosek mniej niż 10 km od granicy z Rosją. Podobnie niewielkie osiągnięcia wypracowali na północny wschód od Chersonia.

                                                    Warto zająć się tymczasem różnymi aspektami wojny w Ukrainie pod kątem doświadczeń przydatnych do wykorzystania w Polsce. Dziś jeszcze więcej o wojskach specjalnych.


                                                    .


                                                    Polskie wojska specjalne. Czegoś tu brakuje

                                                    Nasze wojska specjalne należą do najlepszych na świecie. Miałem okazję poznać kilku wspaniałych oficerów: Romka Polkę, Piotrka Patalonga, Krzysia Przepiórkę, Maćka Zimnego, pośrednio Andrzeja „Wodza” Kruczyńskiego. Z Romkiem, Piotrkiem i Maćkiem byłem w Jugosławii, służyliśmy w Polskim Batalionie Piechoty w siłach UNPROFOR. To niesamowici, wyjątkowo sprawni i bardzo odważni ludzie. Dowódcą batalionu był komandos płk Jan Kempara. Pan Jan, Roman i Piotr dosłużyli się generalskich stopni.

                                                    Do wojsk specjalnych nie idzie byle kto, a ludzie wyjątkowi, wartościowi, zdecydowani, asertywni – niezwykła kombinacja siły i inteligencji. Dlatego żołnierze i oficerowie wojsk specjalnych, których inspektorat znajduje się w Krakowie, tworzą tak skuteczną organizację.

                                                    Mamy więc GROM na warszawskim Rembertowie, elitę elit. Jej częścią jest morska jednostka specjalna „Formoza”. Mamy AGAT w Gliwicach oraz NIL w Krakowie, która odpowiada za rozpoznanie, łączność i zaopatrywanie sił specjalnych. Ponadto Jednostkę Wojskową Komandosów w Lublińcu, dawny pułk, który wykonuje ciężką pracę na tyłach wroga. Na tyłach wroga operują także AGAT i GROM, ale prowadzą raczej działania rajdowe (przenikanie–akcja bezpośrednia–ewakuacja, takie „uderz i ucieknij przeciw najtrudniejszym celom”). Natomiast komandosi z Lublińca prowadzą długotrwałe akcje dywersyjne, szkolą partyzantów albo nimi kierują. W konfliktach o małej intensywności wszyscy wymienieni mogą szkolić lokalne siły specjalne.

                                                    Czego mi tutaj brakuje? Jednostek prowadzących działania psychologiczne i wojnę informacyjną. O tym za chwilę. Przydałoby się oddać specjalsom także jednostkę cybernetyczną, która wsparłaby działalność rozpoznawczą, mogłaby blokować określone sieci czy węzły łączności, włamywać się do centralek monitoringu, by podglądać obrazy z kamer na wrogim terytorium itd.


                                                    Najtrudniejszy jest Obwód Kaliningradzki

                                                    Zacznijmy od rejonów działania. Musimy przyjąć założenie, że Polska zostanie zaatakowana raczej dopiero, gdyby nie daj Boże upadła Ukraina. Niewykluczone, że pod Rzeszowem i Przemyślem graniczylibyśmy z terytorium okupowanym. Należałoby się liczyć z tym, że uderzenie spadłoby z różnych kierunków, nie tylko Obwodu Kaliningradzkiego i Białorusi. Tu na szczęście Rosjanie mieliby pewne trudności, bo musieliby przekraczać zalesione Mazury poprzecinane jeziorami i rzeczkami. Natarcia byłyby skanalizowane, choć sieć drogowa jest tu gęstsza niż w Ukrainie. Granica z Białorusią w południowej części przebiega wzdłuż Bugu, który trzeba sforsować, a w części północnej przez niełatwą, bo bagnistą i zalesioną Białowieżę. Mur na uchodźców nie jest żadną przeszkodą dla wojsk. Najtrudniej byłoby od strony Ukrainy, gdyby Rosjanie nad nią zapanowali, bo poza Bieszczadami teren jest dla żołnierzy w miarę dogodny.

                                                    Wojska specjalne miałyby więc cztery różne środowiska do działania: Obwód Kaliningradzki, Białoruś, okupowaną Ukrainę i okupowaną część polskiego terytorium. Każdy rejon ma swoją specyfikę, najtrudniejszy jest Kaliningrad – sami wrogowie. Na Białorusi można by liczyć na pomoc tamtejszej opozycji, choć ostrożnie, na Ukrainie – na życzliwość mieszkańców.

                                                    Celami naszych grup specjalnych byłyby te same obiekty co w Ukrainie: składy amunicji i paliw, mosty kolejowe i drogowe, stanowiska dowodzenia. Specjalsi musieliby też prowadzić rozpoznanie specjalne, wskazywać cele lotnictwu i niszczyć przeciwlotnicze zestawy rakietowe średniego zasięgu (S-300, S-400, Buk itd.). Lotnictwo bojowe używające szerokiej gamy uzbrojenia kierowanego (mamy przyzwoite zapasy, a można za niewielkie pieniądze sprowadzić na wypadek wojny znacznie więcej) może zdecydowanie wpłynąć na działania lądowe.

                                                    Oczywiście już w czasie pokoju trzeba określić, którymi drogami płynęłoby zaopatrzenie dla rosyjskich wojsk i zaplanować ich kompletne zablokowanie, głównie poprzez niszczenie mostów i wiaduktów. Trzeba sprawdzić, co da się ominąć i gdzie są wąskie gardła, których ominąć się nie da. Paraliż dostaw i zdecydowane kontrataki wojsk pancernych i zmechanizowanych na pozbawionych amunicji i paliwa Rosjan przyniosłyby zapewne zaskakujące rezultaty. Ustalenie tras zaopatrzenia (które drogi, które linie kolejowe, gdzie najłatwiej je przeciąć na dłuższy czas) oznacza koncentrację sił na tych obiektach, które mają największy wpływ na przebieg działań. Wojna bowiem to również staranne analizy, potężna gra intelektualna. Nie sztuką jest walić na oślep bez opamiętania, sztuką jest uderzyć tam, gdzie naprawdę zaboli.

                                                    I jeszcze jedna ważna rzecz, której nauczyła nas Ukraina: działania partyzanckie, o których mało wiadomo – poza tym, że są.
                                                    Legenda o fryzjerze z Lubochni

                                                    Ukraina tworzy Wojska Obrony Terytorialnej według ciekawego schematu. W każdym obwodzie jest brygada, a teraz powstaje jeszcze kolejna na bazie dużych miast. Każda brygada składa się z kilku batalionów (średnio sześciu), a każdy batalion powstaje na bazie mniejszych miast obwodu. U nas też tak się tworzy wojska OT, to logiczne. Dlatego ma ich być 17, tyle co województw.

                                                    Ale w Ukrainie poza brygadami są jeszcze samodzielne bataliony – po jednym w każdym obwodzie. Dlaczego nie wchodzą w skład brygad, a zostały wydzielone? W dodatku trafiają do nich głównie sportowcy, kulturyści, nauczyciele WF i różni specjaliści (od energetyki czy transportu), emerytowani saperzy i specjalsi... Ci ludzie są szkoleni przez oficerów wojsk specjalnych. Do czego?

                                                    To zalążki oddziałów partyzanckich. Na wypadek wojny, gdyby dany obwód został zajęty, brygada OT się wycofuje, nadal osłaniając zaplecze wojsk, które także zajmują no
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.06.22, 11:17
                                                    103
                                                    103. dzień wojny. Siła fryzjera, czyli wnioski dla polskich specjalsów
                                                    6 czerwca 2022
                                                    9 minut czytania
                                                    Ukraina tworzy Wojska Obrony Terytorialnej według ciekawego schematu.
                                                    2 Serhii Hudak / Ukrinform / ddp images / Forum
                                                    To niesamowite, ale Ukraińcy odzyskują panowanie nad Siewierodonieckiem. Kontynuują też ofensywę na północ od Charkowa. Wojna tkwi w fazie precyzyjnej i warto wysnuć przy okazji wnioski dla Polski. Dziś zajmę się działalnością specjalsów: co poprawić, dopóki jest czas?

                                                    Ukraińcy odzyskali większą część Siewierodoniecka, choć jeszcze niedawno mówiło się, że będą musieli opuścić to miasto. Doszli już do wschodnich przedmieść, wyrzucili Rosjan z części południowej, zajęli też ponoć okoliczne wsie Sytotyne i Lisna Dacza. Przeciwnik skierował tu podobno głównie siły obu brygad Ługańskiej Republiki Ludowej, 2. Brygadę Zmechanizowaną Gwardii im. Marszałka Klimenta Woroszyłowa i 7. Czistiakowską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii. Wbrew tytułom to raczej byle jakie jednostki, obsadzone rekrutami, którym nie bardzo chce się walczyć, ludźmi o niskim morale.
                                                    Rosjanie znów nie posunęli się o włos

                                                    Pod Iziumem w kierunku na Słowiańsk Rosjanie przeprowadzili 5 czerwca tylko słabe ataki i oczywiście zostali odparci. Nieco lepiej poszło im pod Łymanem, gdzie nieznacznie poszerzyli rejon okupowany na północ od Dońca.

                                                    W rejonie Popasnej wprowadzili 29. Armię Wschodniego Okręgu Wojskowego. Działa tu jedyna jej brygada manewrowa – 36. Łozowska Brygada Zmechanizowana Gwardii, zapewne sprowadzono tu też 200. Brygadę Artylerii, jedyną jednostkę artylerii armijnej poza 3. Brygadą Rakietową z Iskanderami. W ogóle 29. Armia jest w Rosji jedną z najmniejszych. I właśnie tu, w okolicy Popasnej, zginął 5 czerwca jej nowy dowódca gen. mjr Roman Kutuzow. Nowy, bo przecież już 11 marca jego poprzednik gen. mjr Andriej Kolesnikow zginął w klinie pod Kijowem, na zachód od Dniepru. Zapewne sprawdzał, co się dzieje na froncie. Mimo wprowadzenia świeżych sił i ostrzału artyleryjskiego w rejonie Popasnej i w kierunku Bachmutu Rosjanie nie posunęli się o włos.

                                                    Z kolei na północ od Charkowa ukraińskie wojska poczyniły niewielkie postępy, walcząc o kilka wiosek mniej niż 10 km od granicy z Rosją. Podobnie niewielkie osiągnięcia wypracowali na północny wschód od Chersonia.

                                                    Warto zająć się tymczasem różnymi aspektami wojny w Ukrainie pod kątem doświadczeń przydatnych do wykorzystania w Polsce. Dziś jeszcze więcej o wojskach specjalnych.

                                                    Czytaj też: Ukraińscy specjalsi mają stalowe nerwy
                                                    .
                                                    2Karolina Żelazińska/Polityka.

                                                    Polskie wojska specjalne. Czegoś tu brakuje

                                                    Nasze wojska specjalne należą do najlepszych na świecie. Miałem okazję poznać kilku wspaniałych oficerów: Romka Polkę, Piotrka Patalonga, Krzysia Przepiórkę, Maćka Zimnego, pośrednio Andrzeja „Wodza” Kruczyńskiego. Z Romkiem, Piotrkiem i Maćkiem byłem w Jugosławii, służyliśmy w Polskim Batalionie Piechoty w siłach UNPROFOR. To niesamowici, wyjątkowo sprawni i bardzo odważni ludzie. Dowódcą batalionu był komandos płk Jan Kempara. Pan Jan, Roman i Piotr dosłużyli się generalskich stopni.

                                                    Do wojsk specjalnych nie idzie byle kto, a ludzie wyjątkowi, wartościowi, zdecydowani, asertywni – niezwykła kombinacja siły i inteligencji. Dlatego żołnierze i oficerowie wojsk specjalnych, których inspektorat znajduje się w Krakowie, tworzą tak skuteczną organizację.

                                                    Mamy więc GROM na warszawskim Rembertowie, elitę elit. Jej częścią jest morska jednostka specjalna „Formoza”. Mamy AGAT w Gliwicach oraz NIL w Krakowie, która odpowiada za rozpoznanie, łączność i zaopatrywanie sił specjalnych. Ponadto Jednostkę Wojskową Komandosów w Lublińcu, dawny pułk, który wykonuje ciężką pracę na tyłach wroga. Na tyłach wroga operują także AGAT i GROM, ale prowadzą raczej działania rajdowe (przenikanie–akcja bezpośrednia–ewakuacja, takie „uderz i ucieknij przeciw najtrudniejszym celom”). Natomiast komandosi z Lublińca prowadzą długotrwałe akcje dywersyjne, szkolą partyzantów albo nimi kierują. W konfliktach o małej intensywności wszyscy wymienieni mogą szkolić lokalne siły specjalne.

                                                    Czego mi tutaj brakuje? Jednostek prowadzących działania psychologiczne i wojnę informacyjną. O tym za chwilę. Przydałoby się oddać specjalsom także jednostkę cybernetyczną, która wsparłaby działalność rozpoznawczą, mogłaby blokować określone sieci czy węzły łączności, włamywać się do centralek monitoringu, by podglądać obrazy z kamer na wrogim terytorium itd.


                                                    Najtrudniejszy jest Obwód Kaliningradzki

                                                    Zacznijmy od rejonów działania. Musimy przyjąć założenie, że Polska zostanie zaatakowana raczej dopiero, gdyby nie daj Boże upadła Ukraina. Niewykluczone, że pod Rzeszowem i Przemyślem graniczylibyśmy z terytorium okupowanym. Należałoby się liczyć z tym, że uderzenie spadłoby z różnych kierunków, nie tylko Obwodu Kaliningradzkiego i Białorusi. Tu na szczęście Rosjanie mieliby pewne trudności, bo musieliby przekraczać zalesione Mazury poprzecinane jeziorami i rzeczkami. Natarcia byłyby skanalizowane, choć sieć drogowa jest tu gęstsza niż w Ukrainie. Granica z Białorusią w południowej części przebiega wzdłuż Bugu, który trzeba sforsować, a w części północnej przez niełatwą, bo bagnistą i zalesioną Białowieżę. Mur na uchodźców nie jest żadną przeszkodą dla wojsk. Najtrudniej byłoby od strony Ukrainy, gdyby Rosjanie nad nią zapanowali, bo poza Bieszczadami teren jest dla żołnierzy w miarę dogodny.

                                                    Wojska specjalne miałyby więc cztery różne środowiska do działania: Obwód Kaliningradzki, Białoruś, okupowaną Ukrainę i okupowaną część polskiego terytorium. Każdy rejon ma swoją specyfikę, najtrudniejszy jest Kaliningrad – sami wrogowie. Na Białorusi można by liczyć na pomoc tamtejszej opozycji, choć ostrożnie, na Ukrainie – na życzliwość mieszkańców.

                                                    Celami naszych grup specjalnych byłyby te same obiekty co w Ukrainie: składy amunicji i paliw, mosty kolejowe i drogowe, stanowiska dowodzenia. Specjalsi musieliby też prowadzić rozpoznanie specjalne, wskazywać cele lotnictwu i niszczyć przeciwlotnicze zestawy rakietowe średniego zasięgu (S-300, S-400, Buk itd.). Lotnictwo bojowe używające szerokiej gamy uzbrojenia kierowanego (mamy przyzwoite zapasy, a można za niewielkie pieniądze sprowadzić na wypadek wojny znacznie więcej) może zdecydowanie wpłynąć na działania lądowe.

                                                    Oczywiście już w czasie pokoju trzeba określić, którymi drogami płynęłoby zaopatrzenie dla rosyjskich wojsk i zaplanować ich kompletne zablokowanie, głównie poprzez niszczenie mostów i wiaduktów. Trzeba sprawdzić, co da się ominąć i gdzie są wąskie gardła, których ominąć się nie da. Paraliż dostaw i zdecydowane kontrataki wojsk pancernych i zmechanizowanych na pozbawionych amunicji i paliwa Rosjan przyniosłyby zapewne zaskakujące rezultaty. Ustalenie tras zaopatrzenia (które drogi, które linie kolejowe, gdzie najłatwiej je przeciąć na dłuższy czas) oznacza koncentrację sił na tych obiektach, które mają największy wpływ na przebieg działań. Wojna bowiem to również staranne analizy, potężna gra intelektualna. Nie sztuką jest walić na oślep bez opamiętania, sztuką jest uderzyć tam, gdzie naprawdę zaboli.

                                                    I jeszcze jedna ważna rzecz, której nauczyła nas Ukraina: działania partyzanckie, o których mało wiadomo – poza tym, że są.
                                                    Legenda o fryzjerze z Lubochni

                                                    Ukraina tworzy Wojska Obrony Terytorialnej według ciekawego schematu. W każdym obwodzie jest brygada, a teraz powstaje jeszcze kolejna na bazie dużych miast. Każda brygada składa się z kilku batalionów (średnio sześciu), a każdy batalion powstaje na bazie mniejszych miast obwodu. U nas też tak się tworzy wojska OT, to logiczne. Dlatego ma ich być 17, tyle co województw.

                                                    Ale w Ukrainie poza brygadami są jeszcze samodzielne bataliony – po jednym w każdym obwodzie. Dlaczego nie wchodzą w skład brygad, a zostały wydzielone? W dodatku trafiają do nich głównie sportowcy, kulturyści, nauczyciele WF i różni specjaliści (od energetyki czy transportu), emerytowani saperzy i specjalsi... Ci ludzie są szkoleni przez oficerów wojsk specjalnych. Do czego?

                                                    To zalą
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 07.06.22, 11:20
                                                    Cd 103
                                                    To zalążki oddziałów partyzanckich. Na wypadek wojny, gdyby dany obwód został zajęty, brygada OT się wycofuje, nadal osłaniając zaplecze wojsk, które także zajmują nowe pozycje. A batalion zostaje w konspiracji. Funkcjonuje na pokojowych stanowiskach, bo to ludzie stąd i nikogo nie dziwi ich obecność. Ale gdy zapada noc, idą działać. A to most wyleci w powietrze, a to jakaś stacja transformatorów, a to bayraktar przyleci i zrzuci ładunki na wrogi sztab urządzony w opuszczonej szkole. Lub na skład amunicji w dawnej zajezdni autobusowej. Ludzie z batalionu znają okolicę i mieszkańców, wiedzą, co w trawie piszczy. Jak swego czasu pewien fryzjer w Lubochni.

                                                    Fryzjer z Lubochni to legenda dęblińskiej Szkoły Orląt, znają go ci, co szkolili się na Glinniku koło Tomaszowa Mazowieckiego. Dziś jest tam kawaleria powietrzna, wówczas był pułk szkolny na odrzutowcach TS-11 Iskra. Na przedłużeniu pasa startowego, po drugiej stronie gierkówki, jest duża wieś, Lubochnia właśnie, a tam charakterystyczny kościół z dwiema wieżami. Startowało się niemal dokładnie na niego, a nad nim chowało się już klapy. Niedaleko stąd był fryzjer, do którego chodziliśmy. Rozmawiał z klientami, którzy pletli o tym i owym. Miał niesamowitą wiedzę o wszystkim, co się dzieje. Jak komuś zginął rower – zawsze wiedział, kto go podwędził.

                                                    Wszędzie jest taki przysłowiowy „fryzjer z Lubochni”, trzeba tylko umieć do niego dotrzeć. Dzięki informatorom partyzantka organizowana przez specjalsów wie, jak działać, gdzie są potencjalne cele i słabe punkty.


                                                    Czasy ulotek się skończyły

                                                    Dlaczego taką partyzantką zajmują się w Ukrainie siły specjalne? Dlatego, że mogą rozsiewać wśród nieprzyjaciela różne informacje dostosowane do społecznych oczekiwań. Zbierają dane o tym, jakie nastroje panują na terenach okupowanych czy w Rosji. I w sumie polskie siły specjalne też mogłyby to robić na terenach okupowanych Polski, Ukrainy, na Białorusi czy w Obwodzie Kaliningradzkim. A potem informować centralę o tym tak, by ukierunkować odpowiedni przekaz, choć to już raczej robota dla wywiadu.

                                                    W Polsce działania psychologiczne trzeba zorganizować jako samodzielne i głównie w oparciu o wojska walki cybernetycznej, bo dziś walka informacyjna toczy się przede wszystkim w sieci. Czasy ulotek się skończyły. Choć nie zawsze, bywa, że nieprzyjaciel jest odcięty od internetu. Wówczas i ulotki mogą być ważnym środkiem oddziaływania. Jednocześnie puszcza się przekazy za pomocą silnych nadajników radiowych czy telewizyjnych – taka współczesna Wolna Europa.

                                                    Aspekty działań psychologicznych i wojny informacyjnej opiszę oddzielnie, bo mają dziś olbrzymi wpływ na przebieg wojen. Większy niż myślimy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 09:24
                                                    105
                                                    Przed Ukrainą najtrudniejszy, krytyczny tydzień. Rosjanie rzucili wszystko, artyleria i lotnictwo atakują jak wściekłe. Niecelnie w większości, ale intensywność ostrzału i tak powoduje straty. Mają świadomość, że wkrótce do działań wejdą nowo formowane ukraińskie jednostki szkolące się na zachodnim sprzęcie. A wtedy różnie może być.
                                                    W Siewierodoniecku bez zmian. Ciężkie walki kosztują obie strony wiele wysiłku i ofiar. Sprowadzona tu rosyjska artyleria burzy wszystko. Niedługo nie będzie można mówić o walkach ulicznych, bo nie będzie ulic – tylko morze ruin i zawaliska. Będzie się ciężko tam poruszać. Jak znam Rosjan, gdyby Siewierodonieck został w ich rękach, toby go nigdy nie odbudowali, przybrałby formę nowoczesnej Troi, jak Mariupol. Słyszeliście, by wzięli się w Mariupolu za jakąś odbudowę? A ma to być niby teraz ich terytorium.

                                                    Bo Rosjanie potrafią głównie burzyć. Pod Mariupol sprowadzili moździerze samobieżne 2S4 Tulipan 240 mm. Takich dział oblężniczych dawno nikt na świecie nie używał. To absolutne kuriozum – jakiś czas temu w Rosji wycofano je z uzbrojenia, teraz wróciły do łask. Najpierw rujnowały Mariupol, niedawno objawiły się pod Siewierodonieckiem i są używane zgodnie z przeznaczeniem – do burzenia, jak średniowieczna bombarda albo niemiecki „Karl-Gerät” (znany też jako 54 cm Mörser „Thor”). Ten ostatni burzył Warszawę, nie tak dawno znaleziono na Świętokrzyskiej pocisk leżący tu od czasów II wojny światowej. Wbił się w ziemię i nie wybuchł, a ludzie przez 70 lat żyli obok tej tykającej bomby. Do rosyjskiego Tulipana jeszcze wrócimy, bo to szalenie ciekawa sprawa.

                                                    Rosjanie znów zaatakowali silnie pod Iziumem, tym razem przesuwając się nieco (1–2 km) w stronę Słowiańska. Do 7 czerwca praktycznie opanowali też cały północny brzeg Dońca w rejonie Łymanu, Jarowej i Swiatohirska. Spodziewane są teraz próby przekroczenia rzeki na południe, by wesprzeć kosztowne i krwawe natarcia spod Iziumu. Niestety, obniżające się stany wody wróżą im sukces, zwłaszcza że będzie można w tym celu wykorzystać brody. W Donbasie nadchodzą naprawdę ciężkie dni.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 09:26
                                                    Cd 105
                                                    Kiedy ruszy ukraińska ofensywa

                                                    Rosjanie pchnęli do natarcia wszelkie dostępne siły również w rejonie Popasnej. Odparcie przyszło ukraińskim wojskom z dużym trudem. Doradca prezydenta Ukrainy Ołeksij Arestowycz przewiduje, że najbliższy tydzień będzie najtrudniejszy, bo Rosjanie zdecydowanie zintensyfikowali działania, polegając w znacznym stopniu na artylerii i lotnictwie. Potem – twierdzi Arestowycz – najeźdźcy wyczerpią się, zapasy amunicji w pobliżu frontu zostaną zdecydowanie uszczuplone, a do czasu uzupełnienia luk zapanuje względny spokój. Arestowycz dodał, że w lipcu przejdą do kontrofensywy świeże ukraińskie siły.

                                                    Idealnie byłoby, gdyby rzucono je en mass, w większym ugrupowaniu, gdy Rosjanie będą przeżywali kryzys – niskie zapasy amunicji artyleryjskiej i czołgowej, nieuzupełnione stany osobowe, żołnierze wyczerpani nieustannymi atakami. To byłby doskonały moment. Niewykluczone, że ukraińskie jednostki wejdą do działania wcześniej niż w lipcu. W przeciwnym razie prezydent Wołodymyr Zełenski nie jeździłby do Lisiczańska podnosić ludzi na duchu, by jeszcze trochę wytrzymali.

                                                    Czy faktycznie wytrzymają, trudno powiedzieć. Jeśli sytuacja między Popasną a Łymanem się pogorszy, rosyjskie wojska zagrożą ostatniej drodze do Lisiczańska biegnącej przez Siewiersk, wojska z Siewierodoniecka i Lisiczańska trzeba będzie wyprowadzić na zachód z zaciskającego się kotła. Nie można pozwolić na tracenie wojsk w okrążeniu, gdy mogą się o wiele bardziej przydać w ewentualnej kontrofensywie. Może uda się utrzymać pozycje we wschodniej części Donbasu, ale trzeba się też przygotować na konieczność wycofania.

                                                    Gdy Rosjanie umocnili się na południe od Zaporoża i ustawili tam w obronie stare czołgi T-62, które będą przypuszczalnie odgrywać rolę ruchomych pozycji obronnych, ot bunkrów na gąsienicach, inne jednostki są wycofywane i niewykluczone, że mają zluzować w Donbasie wykrwawione siły. Widać, że szukają rezerw, gdzie się da. Natomiast pod Chersoniem kontratakowali, usiłując odzyskać utracone ziemie, ale zostali odparci. Co ciekawe, działało tu ukraińskie lotnictwo, udzielając własnym wojskom skutecznego wsparcia.

                                                    Wściekłe ataki owocują głównie tym, że Rosjanie tracą nawet do 300 ludzi dziennie, straty ukraińskie sięgają do 100 zabitych na dobę i do 500 rannych. Po stronie agresora też jest wielu rannych, pewnie w granicach 1000, wielu z nich umiera z powodu słabego działania służb ewakuacji medycznej.


                                                    Rosji ubywa samolotów. Kryzys jest blisko

                                                    Rosyjskie lotnictwo znów zintensyfikowało uderzenia. Przypuszczalnie stracili ostatniej doby Su-34, i byłby to kolejny nowoczesny bombowiec taktyczny, jaki spadł w czasie tej wojny. Na pewno natomiast zestrzelono śmigłowiec szturmowy Ka-52 Aligator. Rosyjskie siły lotnicze zgromadzone wokół Ukrainy liczyły początkowo ok. 300 samolotów bojowych. Stany uzupełniono z czasem maszynami z innych jednostek. Te siły stopniowo się wykruszają, bo tempo produkcji nowych samolotów jest mniejsze niż tempo ponoszenia strat. Zresztą nie wiadomo, czy produkcja samolotów jest w ogóle kontynuowana. Wymaga wszak elementów elektronicznych, głównie półprzewodników procesorów i układów scalonych, które do tej pory Rosja importowała. Wskutek sankcji cierpi na niedobory. W dodatku zakupione zachodnie obrabiarki metali potrzebne do produkcji lotniczej i remontów silników przestały być serwisowane, a oprogramowanie nie jest aktualizowane.

                                                    Ciekawostką jest to, że w warunkach pokojowych rosyjscy piloci wylatywali ok. 100 godzin rocznie, co przekłada się mniej więcej na 150 godzin (pilotów jest ciut więcej). Ponieważ resursy międzyremontowe silników lotniczych wynoszą 600 godzin, zwykle silniki (rosyjskie samoloty bojowe mają po dwa) trafiały do remontu raz na cztery lata. Przy 900 samolotach bojowych daje to 1800 remontowanych silników w skali czterech lat, czyli 450 rocznie. Część z nich po trzecim remoncie kończyło żywot i należało je zastąpić.

                                                    Jak obliczyłem, rosyjskie samoloty w Ukrainie wylatały przez pierwsze sto dni wojny ok. 400 godzin na samolot. A to oznacza, że w większości silniki będą musiały trafić wkrótce do remontu – w sumie 600. Rosjanie zaczną więc cierpieć na niedobór samolotów bojowych. Na przykład 31. Niżniedniestrowski Pułk Lotnictwa Myśliwskiego w Millerowie, latający dotąd na otrzymanych w 2016 r. Su-30SM, powrócił do latania na myśliwcach MiG-29, które były zmagazynowane na lotnisku, odstawione do zapasu mobilizacyjnego. Szykuje się więc kryzys wynikający z coraz większego zużycia eksploatowanych maszyn, które poza wszystkim doznają uszkodzeń. Będzie okazja sprawdzić, jak wielkie są w Rosji zapasy części zamiennych, a nigdy nie były rewelacyjne. Miejmy nadzieję, że lotnictwo bojowe wykruszy się w pierwszej kolejności.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 09:30
                                                    Cd2 do 105
                                                    Artyleria, niedoceniany kopciuszek

                                                    Rosjanie zawsze kochali czołgi, z lubością je pokazywali, budowali w niewyobrażalnych ilościach, po czym okazywało się, że nie potrafią ich używać. Straty w wojskach pancernych były duże i dotkliwe w każdym kolejnym starciu: w II wojnie światowej, w Czeczenii, teraz w Ukrainie.

                                                    Tymczasem niedocenianym kopciuszkiem jest w Rosji artyleria, ostatnio nawet silniejsza niż wojska pancerno-zmechanizowane. Te ostatnie zwijano, zakładając ich mobilizacyjne rozwinięcie na wypadek wojny, składując sprzęt w bazach materiałowo-technicznych. Ale w armiach pozostał ich rozwinięty szkielet, w tym jednostki artylerii armijnej lufowej i rakietowej, jednostki przeciwlotnicze, inżynieryjno-saperskie, dowodzenia i łączności, obrony przeciwchemicznej itd.

                                                    Weźmy 1. Armię Pancerną Gwardii z Zachodniego Okręgu Wojskowego. Jest w jej składzie 288. Warszawsko-Brandenburska Brygada Artylerii. Ma cztery dywizjony (łącznie 72 działa) 2A65 Msta-B, czyli holowane armatohaubice 152 mm. W brygadach zmechanizowanych czy pancernych zwykle są jeden czy dwa dywizjony takich dział, ale w wersji samobieżnej – 2S19 Msta-S. Literki „S” i „B” oznaczają odmianę: samochodnaja (samobieżna) lub buksirowana (holowana). Dodatkowo w 288. brygadzie jest dywizjon z 18 wyrzutniami rakietowych zestawów wieloprowadnicowych BM-27 Uragan, po 16 rur do wystrzeliwania rakiet 220 mm na dystans do 40 km.

                                                    W 1. Armii Pancernej Gwardii jest też 112. Noworosyjska Brygada Rakietowa Gwardii z 12 wyrzutniami rakiet Iskander, które są ostatnio mniej aktywne. Natomiast dowolna armia z Zachodniego Okręgu Wojskowego może zostać wzmocniona przez 45. Swirską Brygadę Artylerii Wielkiej Mocy, która ma dwa dywizjony (36 samobieżnych armat) 2S7M Małka 203 mm i dwa dywizjony (36 samobieżnych moździerzy) 2S4 Tulipan 240 mm. Zachodni OW dysponuje też 79. Nowozybkowską Brygadą Artylerii Rakietowej Gwardii z 18 wyrzutniami BM-30 Smercz (12 rakiet 300 mm każda, zasięg do 70 km).

                                                    Armatohaubica Msta w obu odmianach, holowanej i samobieżnej, jest podstawowym działem rosyjskiej artylerii. Ma kaliber 152 mm i może wystrzeliwać pociski o masie 43,5 kg na odległość do 24 km. Pociski zawierają 7,6 kg materiału wybuchowego o skuteczności większej od trotylu. Są w stanie zniszczyć dom jednorodzinny albo rozrzucić odłamki na dystans do 500 m od miejsca wybuchu. O wiele groźniejsze są natomiast 2S7M Małka, strzelające pociskami o masie 110 kg na odległość do 37 km. Każdy z nich zawiera 17,8 kg materiału wybuchowego, pocisk potrafi całkowicie zawalić dużą kamienicę czy połowę typowego bloku mieszkalnego. 2S4 Tulipan miota granaty o masie 135 kg na dystans do 15 km. Takie pociski zawierają aż 32 kg materiału wybuchowego, czyli tyle, ile ma w sobie stukilogramowa bomba lotnicza. Wybuch pocisku z Tulipana czyni w mieście potężne szkody. Widzieliście kiedyś wybuch granatu ręcznego? Huk jest niezły. A przecież materiału wybuchowego jest w nim najwyżej ćwierć kilo. Porównajmy to z masą materiałów wybuchowych w pociskach – wyraźnie widać, jak niszczycielską mają

                                                    Rosjanie lubią burzyć miasta

                                                    Szczególną uwagę przykuwają ciężkie działa, w tym 240 mm moździerz samobieżny 2S4 Tulipan. Nikt na świecie takich nie używa. Niemal wszędzie artyleria przybrała jeden kaliber – 155 mm dla haubic, które dziś są w zasadzie armatohaubicami, bo łączą możliwości obu dział: do strzelania ogniem na wprost z dużą prędkością początkową pocisku, kiedy działa on też w znacznym stopniu własną energią kinetyczną (jak armata), oraz do strzelania na duże odległości wysokim łukiem, gdy pocisk działa głównie siłą wybuchu swojego ładunku i sianymi odłamkami (jak haubica). Ten jeden kaliber jest optymalny. Siła rażenia całkowicie wystarcza, by zniszczyć przy bezpośrednim trafieniu czołg czy inny pojazd pancerny, zaś pojazd nieopancerzony – nawet przy bliskim uchyleniu. Wystarczy do zniszczenia pojedynczego gniazda oporu, stanowiska moździerza, karabinu maszynowego czy drużyny piechoty na stanowisku obronnym.

                                                    Pocisk większej mocy na niewiele się zda, bo jest i tak za słaby, by razić sąsiedni cel, np. dwa pojazdy pancerne naraz. Za to ważące dwa razy tyle naboje stanowią koszmar dla logistyki, ta sama ich liczba wymaga bowiem dwukrotnie większego transportu. A zatem 155 mm (152 mm w Rosji i Chinach), z pociskami o masie 45–50 kg, okazał się kalibrem optymalnym.

                                                    Po co więc w Rosji działa 203 mm i 240 mm? Nadają się w zasadzie do dwóch celów – do niszczenia stałych umocnień, jak betonowe bunkry, albo do burzenia miast. Dziś już mało kto buduje betonowe bunkry na linii obrony. Działania wojenne zawsze mogą się bowiem zamienić w manewrowe i nigdy nie wiadomo, gdzie wypadnie organizować długotrwałą obronę. Można oczywiście pokryć cały kraj bunkrami, jak uczynił to w Albanii miejscowy dyktator Enver Hodża, mający na tym punkcie obsesję, ale potem wychodzi na to, że wylano wraz z betonem gigantyczne pieniądze, a schrony i tak nie zostaną wykorzystane. Dlatego nikt już nie buduje linii Maginota czy Zygfryda ani Wału Atlantyckiego. Jaki zatem cel pozostaje działom kalibru 203 czy 240 mm? Tak, macie rację. Miasta. Te działa są jak średniowieczne bombardy oblężnicze.

                                                    Miasta można bowiem zdobywać jak Amerykanie Falludżę w 2004 r., gdy piechota morska (US Marines), walcząc o każdy dom i ulicę przy minimalnym wsparciu ogniowym kierowanym bardzo precyzyjnie, opanowała rejon pełen cywilów, ograniczając straty wśród nich naprawdę do minimum. A można je zdobywać tak, jak Rosjanie szturmowali Grozny w 1999 r. – artyleria zamieniła je w morze ruin. Jak widać, wolą tę drugą metodę.



                                                    Izium jak Verdun w 1916

                                                    Tak intensywne użycie dział spowodowało, że w wielu z nich po prostu kompletnie zużyto lufy. Rosjanie mają zapas i luf, i dział, jak się okazuje. Naprodukowali tego kiedyś naprawdę niesamowite ilości.

                                                    Największą bolączką artylerii jest przy tym jej mała efektywność. Z dronów widać, że ziemie pod Iziumem wyglądają jak okolice Verdun w 1916 r. Są kompletnie przeryte lejami po pociskach artyleryjskich i w końcu nie wiadomo: Ziemia to czy Księżyc. Policzyłem w przybliżeniu na jednym ze zdjęć, że najwyżej 10 z ok. 500 pocisków w cokolwiek trafiło. 490 przeryło puste pole. Rozrzut był znaczny.

                                                    Widać też linię drzew, gdzie zapewne biegnie jakiś rów czy rzeczka. Idealne miejsce do urządzenia pozycji obronnych. Tymczasem wybuchy układają się w równy ser szwajcarski w odległości nawet do 500 m od tego rowu. Widać, że nie chodziło o wstrzeliwanie się, ale sianie powierzchniowe, ot, ostrzał dywanowy. Możliwe, że cel, czyli te linie obronne, obserwowano z drona i usiłowano w nie trafić. Jednak zużyte intensywnym ostrzałem lufy są już mocno rozkalibrowane – rozrzut z dział był taki, jakby strzelały haubice sprzed stu lat.



                                                    Na froncie pojawiły się też starsze działa. Ściągnięto holowaną i samobieżną wersję armatohaubicy Hiacynt (2A36 Hiacynt-B i 2S5 Hiacynt-S) 152 mm. Pojawiły się starsze odmiany Małki, 2S7 Pion (Piwonia). Coraz częściej Rosjanie używają też starych haubic samobieżnych 2S3 Akacja 152 mm, zaś doniecką i ługańską armię zaopatrzono w jeszcze starsze 2S1 Goździk 122 mm.

                                                    Niestety, zapasy rosyjskich dział są dość spore. Przydałyby się Ukraińcom samoloty bojowe i śmigłowce szturmowe, ale na razie muszą wystarczyć artyleria kierowana radarami przeciwartyleryjskimi, uzbrojone bezpilotowce oraz amunicja krążąca zwana przez dziennikarzy „dronami kamikaze”.

                                                    Co ciekawe, nie widać, by dużą ilość dział zachodniej produkcji skierowano na front, nie licząc pojedynczych egzemplarzy, które zapewne służą do zebrania doświadczeń. Większość nowej artylerii Ukraińcy skierowali do szkolonych jednostek, które wejdą do działania w sposób spójny, zorganizowany, wywierając zdecydowany wpływ na przebieg działań, a nie rzucane kawałkami na pożarcie rosyjskim wojskom. To bardzo dobre podejście – jednostki wyposażone w solidną, silną artylerię mogą zmienić stosunek sił i podjąć stanowcze działania ofensywne, zmierzające do wyrzucenia rosyjskich sił z własnego terytori
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 09:38
                                                    Dokończenie 105
                                                    To bardzo dobre podejście – jednostki wyposażone w solidną, silną artylerię mogą zmienić stosunek sił i podjąć stanowcze działania ofensywne, zmierzające do wyrzucenia rosyjskich sił z własnego terytorium.
                                                  • rzewuski1 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 11:07
                                                    co do artylerii to Ukraińcy mogą mieć przewagę w liczbie nowoczesnych dostatek
                                                    www.youtube.com/watch?v=u8fm6C_XQvE

                                                    Rosja słynęła z dobrej artylerii , nie zgodziłbym bym się ze zawsze to u nich szwankowało.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 11:26
                                                    Nie zawsze zgadzam się z twierdzeniami Fiszera.
                                                    Z artylerią ty masz rację. Nie ma armii która skupiałyby 300 luf na jednym km.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 22:30
                                                    106

                                                    Nie ustają ataki w Donbasie, Rosjanie stopniowo wypychają obrońców z Siewierodoniecka, a raczej z ruin tego miasta. Prowadzą też ostrą wojnę psychologiczną. Tymczasem duże nadzieje pokłada się w artyleryjskich wyrzutniach rakietowych M142 HIMARS, które trafią do Ukrainy. Czy słusznie?
                                                    Siewierodonieck był wściekle atakowany, Rosjanom udało się wypchnąć ukraińskie wojska na same obrzeża. Niewykluczone, że niedługo trzeba będzie opuścić to miasto i ewakuować się do Lisiczańska, przynajmniej dopóki Rosjanie nie przebiją się spod Popasnej do Dońca pod Siewierskiem i nie dostaną za plecy obrońców właśnie tu. Udało się za to odeprzeć ich natarcie na południe od Lisiczańska, pod Toszkiwką.

                                                    Podobnie było w przypadku Popasnej w kierunku drogi Bachmut–Lisiczańsk. Rosjanie zostali tu odepchnięci na odległość ok. 1 km, Ukraińcy odbili wieś Nahirne, ciężkie walki toczą się też na podejściach do Berestowa. Wróg znów tutaj utknął.

                                                    Okazało się ponadto, że Ukraińcy nadal walczą w Swiatohirśku pod Łymanem po północnej stronie Dońca. W nocy z 6 na 7 czerwca grupa wojsk specjalnych zaatakowała pozycje wrogiej artylerii, niszcząc działa przy pomocy ręcznych granatników przeciwpancernych. Co ciekawe, ostatniej doby Rosjanie nie podejmowali prób ataku z Iziumu w kierunku Słowiańska, lecz prowadzili tu ostrzał. Teren wygląda jak powierzchnia Księżyca, cały jest przeryty pociskami i rakietami z wyrzutni wieloprowadnicowych. Trudno powiedzieć, czy po półtora miesiąca walenia głową w mur Rosjanie w końcu zrozumieli, że nie da się przebić twardej, mocno rozbudowanej obrony. Przypomina się Gieorgij Żukow, który z uporem maniaka wysyłał żołnierzy do natarcia pod Rżewem i Syczewką w końcu 1942 r. i wiosną 1943, codziennie w tych samych miejscach, łącznie ponad sto razy. Całkowicie wytracił wojska dwóch frontów (odpowiednik współczesnego okręgu wojskowego), ale jak wiadomo, wielkim dowódcą był i rozmach miał, nie to co szef sztabu gen. armii Walerij Gierasimow, który wytracił marne dwie armie.

                                                    Rosjanie ślą esemesy

                                                    Rosyjscy zawodowi hakerzy pracujący dla wywiadu wojskowego zdobyli tymczasem numery telefonów i ustalili konta w mediach społecznościowych swoich przeciwników. Niedawno rozpoczęła się akcja wysyłania do oficerów i żołnierzy licznych esemesów i wiadomości za pomocą takich platform jak Telegram, Viber, Signal i WhatsApp. Nakłaniają do poddania się albo nawet przejścia na stronę wroga. Zawierają też groźby ostrzelania ich domów i zabicia rodzin. Wiadomości rozwścieczyły Ukraińców, którzy zapowiadają odwet za tę podłość jeszcze większą determinacją w walce.

                                                    Tymczasem pojawiły się oznaki rozkładu moralnego w dwóch elitarnych rosyjskich dywizjach: 76. Czernihowskiej Dywizji Powietrzno-Szturmowej Gwardii z Pskowa i 106. Tulskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej Gwardii z Tuły. Obie należą do Wojsk Powietrzno-Desantowych (słynne niebieskie berety) i teoretycznie służą w nich najlepsi żołnierze, głównie z europejskiej części kraju. W istocie wielu z nich odmówiło jednak dalszego udziału w walkach, godząc się nawet na więzienie, byle uniknąć śmierci czy trwałego kalectwa, co w Rosji za wesołe nie jest, jest bowiem znana z wyjątkowej troski o niepełnosprawnych, którzy wegetują w najpodlejszych warunkach bez opieki. W obliczu tego dość masowego buntu obie dywizje zostały podobno wycofane do ojczyzny.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 22:32
                                                    Cd 106
                                                    10 mln pocisków

                                                    W stacji TVN24, którą dość intensywnie oglądam, czy raczej słucham, pracując, usłyszałem ciekawą rzecz. Dziennikarka pokazała zdjęcie ostrzelanych ukraińskich pozycji wzdłuż linii drzew i krzaków, po obu stronach rozciągało się płaskie pole uprawne. To znaczy kiedyś było płaskie, teraz jest straszliwie przeorane lejami (na oko z 500) po pociskach artyleryjskich. Komentowano, że Rosjanie celowo niszczą uprawy rolne, pogłębiając kryzys żywnościowy. A mnie się od razu włączyło liczenie – jakby to było, gdyby to była prawda.

                                                    Leje, tak na oko 10 m jeden od drugiego, czyli jeden na ar (100 m kw.) – wychodzi sto na hektar. Przy 1 km kw. daje to już 10 tys. pocisków. Ukraina ma nieco ponad 100 tys. km kw. pól uprawnych, ile więc potrzeba do zniszczenia tą metodą 1 proc. terenów rolniczych? A jakże, to też policzyłem. 10 mln pocisków. Jeden nabój artyleryjski to ok. 75 kg, do tego trzeba doliczyć skrzynki z uchwytami, w których są przewożone, razem blisko 100 kg na jeden nabój. Czyli milion ton amunicji artyleryjskiej do zniszczenia 1 proc. ukraińskich upraw. Jakieś 300–400 długich pociągów. Nie, tak się upraw niszczyć nie da.

                                                    Te zryte pola to zwykły ostrzał widocznych pośrodku zdjęcia linii transzei zamaskowanych w krzakach i wśród drzew. Rosyjska artyleria jest tak celna, że aby wsadzić z dziesięć pocisków do okopów, musiała wystrzelić jakieś 500. Jedne lecą dalej, inne bliżej, jedne wiatr znosi, inne mniej, bo nie wieje równo, lecz podmuchami. A wystrzelony na 15–20 km pocisk artyleryjski leci do celu 25–30 sekund. Wiatr 10 m/s przenosi go o 250–300 m. Jak akurat dmucha, to niesie go o ćwierć kilometra, gdy przycicha, to trafia ćwierć kilometra z boku. I tak się właśnie robi księżycowy krajobraz. Amunicja była poza tym przechowywana nie w klimatyzowanym magazynie, ale w stertach pod brezentem. Jedne ładunki miotające nieco zawilgotniały i są słabsze, inne są suche i mają pełną moc. Ta różnica w sile miotania w stosunku do nominalnej to kolejne dziesiątki czy setki metrów bliżej lub dalej.

                                                    Celność artylerii zdecydowanie poprawia skomputeryzowany system kierowania ogniem, który na bieżąco bierze poprawki na wiatr i zmusza żołnierzy do zmiany nastaw na działach. Obserwacja upadku kolejnych salw z drona też pomaga w korekcji. No i o amunicję trzeba dbać, musi być przechowywana należycie, a nie rzucona byle jak na stercie pod brezentową plandeką.



                                                    Katiusza strzela i wyje

                                                    HIMARS to taka współczesna Katiusza, ale lepsza. Przed drugą wojną światową w ZSRR opracowano prochowe rakiety, które miały zastąpić tradycyjną artylerię. Nie potrzebowały specjalnych, utwardzonych luf, których wykonanie jest bardzo trudne i pracochłonne. Przecież otwór w lufie jest drążony obrabiarką z wielką precyzją w trudnej, kwasoodpornej stali. To mozolna praca i dlatego działo kosztuje tak drogo. Rakieta nie potrzebowała lufy, mogła przenosić ładunek wybuchowy na tę samą odległość co pocisk wystrzelony z działa. Okazało się jednak, że rakiety prochowe są bezużyteczne, bo mają beznadziejną celność. Stalinowi bardzo się nie podobało marnotrawienie państwowych środków na projekty, które prowadziły donikąd, i w styczniu 1938 r. rozstrzelano głównego konstruktora systemu Gieorgija Langemaka. Oraz jego zastępcę Iwana Klejmionowa. Tylko trzeciemu konstruktorowi się upiekło, karę śmierci zamieniono mu na osiem lat łagru. Był nim Siergiej Koroliow. Tak, ten sam, który wiele lat później skonstruował pierwszą rakietę kosmiczną Wostok, pierwszego satelitę Sputnik 1 i statek kosmiczny, którym leciał w kosmos Jurij Gagarin. W 1938 r. cudem uniknął śmierci – tylko dlatego, że był trzeci w hierarchii.

                                                    Potem wyszło na to, że rakiety doskonale nadają się do przenoszenia broni chemicznej. Salwa może rozsiać pojemniki z gazem bojowym na określonym obszarze wroga. Dlatego podjęto produkcję. Okazało się też, że rakiety odpalone z samolotów z niewielkiej odległości od celu są nadzwyczaj celne, zdecydowanie bardziej od zrzucanych z tych samych maszyn bomb. I tak narodziła się legenda szturmowego Ił-2, samolotu niezwykle skutecznego dla wsparcia wojsk. Strzelał rakietami RS-82 i RS-132 z wielką celnością. Te same rakiety odpalane z lądowych wyrzutni BM-8 i BM-13 na większą odległość już takie dokładne nie były. „BM” pochodzi od „Bojowej Maszyny” (pojazd bojowy). Rakiety były tak tajne, że ich wyrzutni nie nazywano wyrzutniami, lecz właśnie pojazdami bojowymi. Ta tradycja utrzymała się do dziś (por. BM-30 Smercz).

                                                    Jak wiadomo, broni chemicznej w drugiej wojnie nie użyto. Ale stosunkowo tanie (w stosunku do dział artylerii lufowej) wyrzutnie rakiet przydały się na polu walki. Zorganizowano je w pułki, a później brygady „moździerzy gwardyjskich” (ach, ta tajemnica!) i rzucano do wsparcia wielkich ofensyw, gdzie w masie dział skutecznie potęgowały ich ogień, zalewając określony obszar deszczem pocisków. Wściekłe wycie rakiet było dodatkowym czynnikiem doprowadzającym wroga do szaleństwa.

                                                    Niemcy podjęli produkcję podobnych rakiet, u nich nazywały się Nebelwerfer. O ile jednak o Katiuszach dzięki propagandzie słyszał każdy, o tyle o Nebelwerferach – mało kto. Niemieckie rakiety wyły tak samo jak sowieckie, dlatego warszawscy powstańcy raczeni ostrzałem nazwali je „krowami”. W jakiejś czytance do języka polskiego pisano o tym ostrzale „krowami”, co mnie bardzo zainteresowało. Ale polonistka nie potrafiła po prostu powiedzieć, że były to rurowe wyrzutnie prochowych rakiet niekierowanych Nebelwerfer 105 mm.

                                                    Po wojnie jedynym krajem, który rozwijał podobne wyrzutnie, był Związek Radziecki. Powstało mnóstwo: BM-14 140 mm i wielkie Andriusze BM-31 310 mm. Później zbudowano legendarny już dziś BM-21 Grad 122 mm, dysponujący aż 40 rurowymi wyrzutniami dla rakiet.

                                                    Spośród państw zachodnich jedynie RFN miało wyrzutnie Wegman 110 LARS (Leichte Artillerieraketensystem), wprowadzone do służby w latach 60., ale też głównie pod kątem broni chemicznej. A Sowieci mieli zamiar używać ich po prostu w sposób zmasowany, do dywanowego ostrzału określonych obszarów. I tak to praktycznie wygląda do dziś.


                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.06.22, 22:34
                                                    Cd 2 do 106
                                                    Broń kasetowa leci na Charków

                                                    Sytuacja zmieniła się z chwilą rozwoju broni kasetowej. Rakiety doskonale nadawały się do wystrzeliwania na dużą odległość pojemników z setkami małych pocisków, które pokrywały teren olbrzymią ich ilością. Po prostu część z nich musiała w coś trafić. W czasie zimnej wojny Amerykanie widzieli w tym przeciwwagę dla potężnych sowieckich zgrupowań pancerno-zmechanizowanych. Dlatego od 1976 r. opracowywali własny artyleryjski system rakietowy M270 MLRS – Multiple Rocket Launcher System. Wystrzeliwał 12 rakiet kalibru 227 mm na odległość do 45 km. Każda zarzucała pole wielkości połowy boiska piłkarskiego masą 644 malutkich ładunków M77 Dual-Purpose Improved Conventional Munition (DPICM) o działaniu przeciwpancernym i pociski odłamkowe, stąd owo „podwójne przeznaczenie” w nazwie.

                                                    W ogóle używane w latach 80. i 90. ładunki do rakiet MLRS były wyłącznie kasetowe. Później w miejsce rakiety M26 odpalanej z wyrzutni MLRS o zasięgu 45 km wprowadzono rakietę M30 o zasięgu 70 km, też z ładunkiem kasetowym, choć liczbę ładunków zredukowano do 518. W kolejnej odmianie wprowadzono w kasetach rakiet M30 42 ładunki Sense and Destroy ARMor (SADARM), mające głowice samonaprowadzające na wrogie pojazdy pancerne (i inne) lub działa za pomocą czujnika podczerwieni. Tych głowic kasetowych z ładunkami kierowanymi użyto w czasie inwazji na Irak w 2003 r.

                                                    Tu mała dygresja: mówimy o ładunkach kasetowych, zdaniem mediów zakazanych. Ale to nieprawda. Rosja, Ukraina, Polska czy Stany Zjednoczone nie są sygnatariuszami konwencji Convention on Cluster Munitions (CCM) z 2010 r. zakazującej użycia amunicji kasetowej (akt podpisało 110 innych państw). Cywilizowane kraje zakładają jednak, że takiej broni o powierzchniowej (a nie punktowej) sile rażenia, czyli amunicji kasetowej lub zapalającej, nie używa się w terenie zurbanizowanym, o czym ogólnie mówi jedna z konwencji genewskich z 1949 r. (w części o ochronie niewalczących). Amunicji kasetowej można używać przeciwko wojskom przeciwnika, ale nie miastom, co Rosjanie robią nagminnie. Na przykład wczoraj ostrzelali Charków zestawami BM-30 Smercz o zasięgu 70 km, a systemy te przenoszą tylko głowice kasetowe, bo inne nie mają sensu, biorąc pod uwagę ich niską dokładność trafienia.

                                                    Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

                                                    Kilka wyrzutni wiosny nie czyni. Ale...

                                                    Ukraina ma dostać dwa rodzaje wyrzutni MLRS – oryginalne gąsienicowe M270 od Wielkiej Brytanii i nowoczesne kołowe M142 HIMARS od USA. Te ostatnie są lżejsze i zamiast dwóch pakietów po sześć rakiet M30 przenoszą jeden. Można go wymienić na pojemnik-wyrzutnię taktycznej rakiety balistycznej ATACMS o zasięgu 300 km, ale tych Ukraina nie dostanie, przynajmniej na razie.

                                                    Ma za to dostać nową wersję rakiety M30, nazywaną GLMRS, czyli Guided MLRS (kierowany MLRS) – ma bezwładnościowy system nawigacyjny korygowany GPS, dzięki czemu może trafiać w cel z zabójczą precyzją – 2–3 m uchylenia niezależnie od odległości odpalenia, zawierającej się w przedziale 15–70 km. Taka rakieta ma solidną burzącą głowicę bojową z 90 kg ładunku wybuchowego, niczym 250-kg bomba lotnicza. Trafienie z taką precyzją np. w most z reguły go niszczy, chyba że jest to jakiś potężny Golden Gate.

                                                    Ukraina ma otrzymać na razie cztery wyrzutnie HIMARS i kilka M270 od Wielkiej Brytanii. Z samych HIMARS-ów w jednej salwie można odpalić 24 rakiety kierowane i precyzyjnie trafić różne obiekty. Na przykład stanowiska dowodzenia, przeprawy przez rzeki albo wykryte składy amunicji. Natomiast na rosyjską artylerię idealne są właśnie ładunki kasetowe. Salwa kilku rakiet może unicestwić całą baterię naraz, trzy celne salwy – i nie ma całego dywizjonu wrogiej artylerii.

                                                    Nie wiadomo jednak, czy Ukraina dostanie rakiety z głowicami kasetowymi. Kilka HIMARS-ów i kilka oryginalnych starszych MLRS-ów wiosny nie czyni. Ale Ukraina zyska możliwość atakowania obiektów na dość dużej głębokości rosyjskiego ugrupowania. Gdyby z nich skorzystać w sposób przemyślany, np. do zniszczenia wszystkich przepraw przez Doniec pod Iziumem naraz (dzięki zabójczej celności GLMRS jest to całkowicie wykonalne), można by odciąć duże zgrupowanie od dopływu zaopatrzenia. Gdyby to duże zgrupowanie jednocześnie zmusić do stoczenia ciężkich walk, można by spowodować, że Rosjanie wystrzelają się z amunicji. Jakże piękny jest szczęk zamka karabinka kałasznikowa trafiającego w pustą komorę nabojową i jeszcze rezonans pustego magazynka... Ech, gdyby ten dźwięk przetoczył się masowo przez rosyjskie ugrupowanie z czołgami bez pocisków i artylerią bez amunicji. Umiejętne użycie nielicznych nawet wyrzutni o takich możliwościach w połączeniu z innymi przemyślanymi działaniami może dać efekt. Ale będzie to tylko jeszcze jedna cegła w murze całej ukraińskiej obrony. Bardzo ważna, dająca nowe możliwości, ale nie jedyna.

                                                    Jeśli Ukraińcy pokażą, że mając owe cztery HIMARS-y, nie ostrzeliwują Biełgorodu czy innych celów na terenie Rosji, to wierzę, że w ślad za pierwszymi popłyną dostawy kolejnych wyrzutni tego typu z odpowiednim zapasem rakiet. Wtedy armia zyska poważniejszą niż dziś siłę ognia.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:31
                                                    Rozmowa z Fiserem. Ciekawa
                                                    Juliusz Ćwieluch
                                                    N
                                                    Michał Fiszer w rozmowie z „Polityką”: Trzecia wojna już trwa.
                                                    Kijów, na horyzoncie płonące przedmieścia.

                                                    Michał Fiszer, emerytowany major, pilot, komentator wojskowy polityki.pl, o tym, czy Ukraina ma szansę się obronić, a jeśli nie, czy Rosjanie pójdą dalej na zachód.
                                                    „Przekazaliśmy Ukrainie 236 czołgów T-72. Czego Rosjanie – o czym mówią wprost – nigdy nam nie zapomną.”
                                                    Ints Kalnins/Reuters/Forum
                                                    „Przekazaliśmy Ukrainie 236 czołgów T-72. Czego Rosjanie – o czym mówią wprost – nigdy nam nie zapomną.”
                                                    Michał Fiszer
                                                    materiały prasowe
                                                    Michał Fiszer
                                                    JULIUSZ ĆWIELUCH: – Musiała wybuchnąć?
                                                    MICHAŁ FISZER: – Musiała. Ja już w grudniu napisałem, że wybuchnie, i niestety się nie pomyliłem.

                                                    Dlatego z panem rozmawiam. Ale dalej nie wiem, dlaczego musiała?
                                                    Gdyby Rosjanie ostatecznie nie zaatakowali, musieliby ponieść olbrzymie straty. Wojna to są liczby. Wystarczyło je ze sobą poskładać. Czy pan wie, ile jest z Ułan Ude do Kijowa? Podpowiem: 6353 km. W rzeczywistości to jeszcze dalej, bo przecież linia kolejowa nie idzie jak po sznurku, a takiej formacji nie przemieszcza się na kołach. Kiedy zobaczyłem, że pod granicę z Ukrainą ściągnięto 36. Armię z Ułan Ude, to już wiedziałem, że w zasadzie nie ma innego scenariusza jak wojna. Nie przemieszcza się armii na takie odległości na postrach. Przeanalizowałem również ilość i strukturę ściągniętych sił, i okazało się, że to była klasyczna grupa uderzeniowa.

                                                    Jak u Czechowa, strzelba nabita w pierwszym akcie musi wypalić w trzecim?
                                                    Mniej więcej tak. Przy takim nagromadzeniu sił w pewnym momencie działa same zaczynają strzelać. Z logicznego punktu widzenia ta wojna nie ma sensu. Ale czy z logicznego punktu widzenia pierwsza wojna światowa go miała?

                                                    Pan ma dar logicznego opowiadania o nielogicznych sytuacjach.
                                                    To pewnie dlatego, że mam zespół Aspergera.

                                                    Potrafi pan również zażartować z wojny i, jak widać, z samego siebie.
                                                    Ale z tym Aspergerem to akurat nie jest żart. Naprawdę mam zdiagnozowaną tę przypadłość, bo nie chcę mówić, że to choroba. Po prostu mój mózg pracuje inaczej, gromadzi mnóstwo danych, łączy często odległe ze sobą fakty. Zawsze tak było, ale kiedy w 1981 r. przyjmowali mnie do wojska, to pojęcia nie mieli o autyzmie. Dzięki temu zostałem pilotem. Teraz pewnie by mnie już nie przyjęli.

                                                    A to już wiem, jak pan zdemaskował fejkowy news Rosjan, że się wycofują znad ukraińskiej granicy.
                                                    To akurat było bardzo proste. Ja i mój starszy syn jesteśmy pasjonatami kolei. Lokomotywa CzME3, którą Rosjanie pokazali w tym materiale, służy do przetaczania składów po torach i bocznicach. Ponadto to nie był Biełgorod, co syn poznał po rodzaju trakcji elektrycznej. W ustaleniu, że było to Dżankoje na Krymie, pomógł znajomy ukraiński maszynista. To również mnie utwierdziło, że dojdzie do ataku.

                                                    Czegoś pan nie przewidział?
                                                    Szczerze mówiąc, ogromnym zaskoczeniem była dla mnie słabość rosyjskiej armii. Tego nie przewidziałem.

                                                    Kiedy trzeciego dnia wojny mer Kijowa kazał mieszkańcom napełniać butelki benzyną, to dawałem Ukrainie tydzień.
                                                    Nie pan jeden. Ja też się bałem, że Ukraińcy mogą nie wytrzymać tego naporu. Ale ciągle analizowałem fakty i z godziny na godzinę widać było dramatyczną słabość rosyjskiej armii. To najeźdźca nie wytrzymywał presji, bo Ukraińcy walczyli jak lwy. Dodatkowo Rosjanie przegrywali sami ze sobą. Sprzęt mieli w żałosnym stanie, części porozkradane. Czołg na przejechanie 100 km zużywa 600, 700 litrów paliwa. Nawet jak stoi w miejscu, to zużywa 25 litrów na godzinę, żeby podtrzymywać gotowość bojową systemów. A dowóz paliwa i amunicji przerastał możliwości Rosjan. Na dodatek konwoje zaopatrzenia atakowały ukraińskie wojska specjalne. Ukraińcy nie stracili czasu, jaki minął pomiędzy aneksją Krymu a kolejną eskalacją wojny.

                                                    Czyli Putin popełnił błąd, że nie zajął całej Ukrainy w 2014 r.?
                                                    Putin to psychopata. Gdyby wiedział, że reakcja Zachodu będzie taka beznadziejna, to pewnie by się zdecydował zająć całą Ukrainę już w 2014 r. Słaba reakcja Zachodu zaskoczyła go i nie był przygotowany do wprowadzenia wojsk na pełną skalę. Putin nie liczy się z uczuciami ludzi, nie ma w nim empatii, kalkuluje na zimno, a przy tym potrafi oczarować i zmanipulować innych. Macron czy Scholz dali się na to nabrać. Putin działa jak Stalin, inny psychopata nieodczuwający lęku. Uważa, że Ukraińcy pragną połączenia z Rosją, zaskoczył go niesamowity ukraiński opór. Tego nie było w 2014 r.

                                                    Nie był pan w Siewierodoniecku. A walki w tym mieście opisuje pan, jakby się tam wychował. Tu wysoki most, tam bagna. Ze skarpy ma się dobry wgląd w centrum. Jak pan to robi?
                                                    Wstaję mniej więcej o godz. 6 nad ranem i do późnej nocy ślęczę przy komputerze. Tam jest właściwie wszystko. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie i jak szukać. Samo Google Maps to kopalnia informacji.

                                                    Mapa jest płaska.
                                                    Można tak zrobić, żeby nie była. Wystarczy nałożyć na obraz poziomicę. Jest wiele różnych źródeł informacji o tej wojnie. Ja się nawet zacząłem intensywnie uczyć ukraińskiego, żeby i w tamtych źródłach konfrontować informacje.

                                                    Nie kojarzę drugiej tak zmanipulowanej medialnie wojny jak ta.
                                                    Ciężko się z tym nie zgodzić. Ale kłamstwo to konstrukcja. Mając dostęp do różnych źródeł i spory zasób wiedzy własnej, można obalić wiele takich fałszywych konstrukcji. Na przykład Putin poległ na przekonaniu, że podniósł z kolan rosyjską armię. Nie wiedział, że armia ciągle jest w fatalnym stanie, i pod Kijowem przegrał.

                                                    Przegrał bitwę, co nie znaczy, że całą wojnę.
                                                    To coś więcej niż przegrana bitwa. Ukraina broni się już ponad 100 dni, choć najwięksi optymiści mówili o miesiącu, góra dwóch. Putin nie zrealizował żadnego z celów, które sobie początkowo postawił. Nie tylko nie zdobył Kijowa, ale nawet miasta, które uchodziły za prorosyjskie, bronią się do ostatniego naboju.

                                                    Gen. Radosław Kujawa, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, w udzielonym ostatnio wywiadzie wymienił kilka przykładów kolaboracji. Studził również entuzjazm. Wcale nie jest powiedziane, że Ukraina wygra, a nawet przetrwa.
                                                    Nie jest. Ukraińcy to wiedzą i tym mężniej walczą, bo w tej wojnie nie ma się dokąd cofać. Wielu z nich już zasmakowało ruskiego miru w Donbasie czy Ługańsku. Wiedzą, jak się żyje w takim bandyckim, mafijnym państwie. I choć zagłosowali nogami, masowo stamtąd uciekając, to Putin i tak wyciągnął po nich rękę. Stąd wielka determinacja po stronie Ukraińców. Ale samą determinacją wojny się nie wygra. Tym bardziej że jednak Rosjanie zaczynają popełniać mniej błędów.

                                                    Sięgnęli po swój największy atut – artylerię. W 1942 r. to artylerią zatrzymywali faszystowską nawałę. A teraz zmasowanym ogniem setek dział prą do przodu jak taran, niszcząc na swojej drodze wszystko, co napotkają. Nie liczą się z cywilami, z totalnym zniszczeniem kraju. Pod zmasowanym ostrzałem załamują się nawet najsilniejsi psychicznie. Człowiek nie tylko boi się pocisku, przed którym właściwie nie ma się gdzie ukryć, ale przeraża go sam huk, który jest potworny. A pomnożony przez tysiące pocisków przyprawia o szaleństwo.

                                                    Dlatego Ukraińcy proszą świat o dostawy 300 haubic?
                                                    Artylerii potrzebują w pierwszej kolejności, żeby zniszczyć rosyjską, która zadaje im obecnie bardzo ciężkie straty. Ale swoje potrzeby określili precyzyjnie: 300 czołgów, 600 bojowych wozów piechoty, 2000 ciężarówek, 100 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 300 dział artylerii lufowej, 100 wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu, 50 samolotów bojowych i 50 śmigłowców. Plus 300 rakiet przeciwokrętowych. No i ile się da baterii przeciwlotniczych. Takie zamówienie świadczy o tym, że Ukraina formuje właśnie 10 kolejnych brygad zmechanizowanych. Byłaby to wyraźna siła bojowa, która mogłaby powoli przechylać szalę zwycięstwa na ich korzyść.

                                                    Jaki jest odzew na te potrzeby?
                                                    Moim zdaniem ciągle za słaby. Na przykład jeśli chodzi o artylerię, to dostali dopiero połowę tego, co potrzebują. Francuzi pomagają głównie materiałowo, przekazując mniej sprzętu. Niemcy ciągle się wahają, choć mają duży potencjał. Z jed
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:38
                                                    Cd rozmowy.
                                                    Jaki jest odzew na te potrzeby?
                                                    Moim zdaniem ciągle za słaby. Na przykład jeśli chodzi o artylerię, to dostali dopiero połowę tego, co potrzebują. Francuzi pomagają głównie materiałowo, przekazując mniej sprzętu. Niemcy ciągle się wahają, choć mają duży potencjał. Z jednej strony boją się reakcji Rosjan. Z drugiej, zaczynają się orientować, że reakcja Rosjan nie będzie zależała od tego, co zrobią, ale od tego, co Rosjanie będą chcieli zrobić. Jednym słowem, że racjonalne postępowanie nie ma znaczenia w obliczu nieracjonalnego państwa.

                                                    I co w nich przeważy?
                                                    Niebawem się przekonamy po skali pomocy dla Ukrainy. W Niemczech trwają właśnie rozmowy o przekazaniu Ukrainie 100 bojowych wozów piechoty Marder, które ciągle są względnie nowoczesne i byłyby dużym wzmocnieniem. Tylko że ten sprzęt już powinien być w Ukrainie, żeby w ciągu najbliższych 4–5 tygodni przeszkolić na nim ludzi i rzucić ich do walki. Jeśli Ukraina chce przetrwać jako państwo, musi wyprzeć Rosjan ze swojego terytorium. O pokoju można zapomnieć, bo Rosjanie za dużo stracili, żeby zadowolić się jakimś ochłapem.

                                                    Ten ochłap jest wielkości jednej czwartej Francji.
                                                    To samo mówią Ukraińcy, kiedy pojawiają się sugestie m.in. we Francji, żeby dla świętego spokoju oddać Rosji kawałek Ukrainy i próbować w ten sposób zakończyć wojnę. Nie ma większej głupoty. Za jakiś czas Rosjanie znowu zaatakują, co już przerabialiśmy w tej wojnie. Putin nie chce pokoju. Po drugie, niech Francja odda Rosji Lazurowe Wybrzeże, ciekawe, czy ten pomysł by się im spodobał.

                                                    100 dni wojny Ukraińcy zawdzięczali temu, że umiejętnie wykrwawiali Rosjan, jednocześnie minimalizując straty własne. W kontrofensywie straty byłyby dużo większe. Czy Ukraina może sobie na to pozwolić?
                                                    Ja bym odwrócił pytanie. Czy Ukraina może sobie pozwolić na to, żeby nie poprowadzić kontrofensywy? Po ośmiu latach walk w Donbasie widać, że Rosjan nie da się wykrwawić. Trzeba ich wypchnąć z kraju, zadając możliwie najcięższe straty.

                                                    Jak?
                                                    Są dwie metody. Jedna, na którą Amerykanie mówią piecemeal, czyli kawałki żarcia, to rozdrobnienie sił i łatanie nimi dziur na różnych odcinkach, gdzie gorzej sobie radzą. Ja bym im to odradzał. Powinni skupić siły i dokonać silnego kontruderzenia. Tym bardziej że żeby całkowicie wypchnąć Rosjan z Ukrainy, potrzebują dwa razy tyle sił.

                                                    Na jakim kierunku powinni zaatakować?
                                                    W pierwszej kolejności wyrzuciłbym Rosjan z zachodniego brzegu Dniepru – tam, gdzie siedzą pod Chersoniem. Trzeba ich wyrzucić na wschodnią stronę Dniepru. A później przekreślić pierwszy rosyjski sukces w tej wojnie, czyli rosyjski korytarz lądowy na Krym. To byłby dla nich cios. Dopiero w następnej kolejności koncentrowałbym się na Donbasie.

                                                    Osiem lat walczyli o Donbas, jaki to ma sens?
                                                    Taki, żeby po wypchnięciu Rosjan ze swojego terytorium zgłosić akces do NATO i wejść w procedurę członkowską do UE. Inaczej ta wojna nigdy się nie skończy. Trzeba wykorzystać słabość Rosji. Z każdym miesiącem będą się wzmacniać, bo mają duży potencjał mobilizacyjny i nie liczą się ze stratami. W czasie drugiej wojny światowej Rosja poświęciła 11 mln żołnierzy. Dla porównania Ameryka straciła 420 tys. żołnierzy. Podobno w tym czasie w Stanach więcej ludzi zginęło w wypadkach drogowych.

                                                    Rosjanie walczyli na oślep i znowu popełniają ten błąd, to ratuje Ukraińców.
                                                    Współczesne wojska używają mnóstwa elektronicznych urządzeń. Namierzając pracę tych urządzeń, można narysować całe ugrupowania wojsk. Mamy ich jak na dłoni i możemy zniszczyć, pod warunkiem że to potrafimy i mamy czym. Na zdjęciu propagandowym widziałem niedawno ładny obrazek – na start kołuje nowoczesny Su-34, cały obwieszony bombami OFAB-100-120, o masie po 100 kg każda. A mnie się łza w oku zakręciła. 30 lat temu sam zrzucałem takie bomby z Su-22 i już wtedy były przestarzałe.

                                                    Może te lepsze bomby trzymają na nas?
                                                    Rosjanie z pewnością nie zużyli całego arsenału. Ale po tym, co zastosowali dotychczas, widać, że produkcja najnowocześniejszych rodzajów uzbrojenia precyzyjnego była śladowa. Więcej w tym było przechwałek i zapowiedzi. Nakłady były gigantyczne, ale korupcja jeszcze większa. Na dodatek wielu barier technologicznych nie pokonali, co widać choćby po zasobniku celowniczym Sapsan. Najpierw z dumą ogłosili zbudowanie własnego, a następnie od Francuzów kupili licencję na ich zasobnik Damocles. Ale też ich nie wyprodukowali za dużo, bo do tego potrzeba procesorów i półprzewodnikowych układów scalonych, których nie produkują u siebie.

                                                    Pan się tak zgrabnie prześlizgnął nad moim pytaniem, skupiając się na sprzęcie, a ja pytam: czy Polska będzie następna?
                                                    Nie, następne będą najprawdopodobniej państwa bałtyckie. Najłatwiej będzie je zaatakować, a NATO trudniej będzie je obronić ze względu na brak tzw. głębi operacyjnej i małą liczebność tamtejszych armii. Polska zostanie zaatakowana dopiero po nich.

                                                    Rzeczywiście pocieszające. Przecież atak na któreś z państw sojuszu to murowana trzecia wojna światowa.
                                                    Trzecia wojna światowa już się zaczęła. I teraz zasadniczą kwestią jest to, czy uda się tę wojnę zdusić w zarodku, czy rzeczywiście konflikt zbrojny rozleje się na świat. Na razie udział świata ogranicza się do przekazywania sprzętu. My w tej wojnie też już uczestniczymy, choćby w ten sposób, że przekazaliśmy Ukrainie 236 czołgów T-72. Czego Rosjanie – o czym mówią wprost – nigdy nam nie zapomną.

                                                    Czyli trzeba było nie przekazywać?
                                                    Wręcz przeciwnie. Trzeba było przekazać, jak najszybciej się dało. Prawda jest taka, że ukraińska armia też nie jest kuloodporna i ma duże straty.

                                                    W codziennych relacjach pisze pan o tym oszczędnie.
                                                    Staram się w ogóle oszczędnie pisać o Ukraińcach, zwłaszcza o ich słabych stronach, żeby nie ułatwiać zadania Rosjanom. Raz napisałem, że głupotą są te ich ataki na duże ukraińskie węzły kolejowe. Nie dość, że ciężko to zniszczyć, to na dodatek łatwo przywrócić ruch, bo zawsze któraś z nitek kolejowych ocaleje. A gdyby zbombardowali mosty kolejowe na rzekach, to efekt byłby murowany. I krótko po tym zaatakowali te mosty, na szczęście większość ocalała.

                                                    Widać przeczytali. A nawet na swój sposób pana chwalą. W rosyjskiej telewizji wymieniono pana jako jednego z amerykańskich agentów.
                                                    Sprawdziłem przelewy na konto i ciągle nic nie wpłynęło z Ameryki. Zresztą w rosyjskiej telewizji, którą namiętnie oglądam, słyszałem lepsze rzeczy. Maria Zacharowa, rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, powiedziała, że za ukraińskimi sukcesami stoją czary. Ukraińcy wygrywają, bo rzucają na rosyjskich żołnierzy urok i stosują czarną magię.

                                                    Pan też mnie tu nieźle czaruje dygresjami. Zaatakują Polskę czy nie?
                                                    Moim zdaniem, jak tylko będą mogli, to zaatakują. Gdyby pokonali Ukrainę, to na wiosnę 2023 r. zaczną tam instalować własne państwo. Będą potrzebowali ze dwa, trzy lata na regenerację. Później Łotwa, Litwa, Estonia. Myślę, że mamy czas maksymalnie do 2027, 2028 r. Chyba że się wykrwawią w Ukrainie, a następnie dojdzie do politycznego załamania w Rosji. Na gospodarcze bym nie liczył, bo kraj jest duży. Naród przywykły do ciężkich warunków. Bez pepsi i McDonaldsa dadzą radę. Kwas chlebowy też można pić.

                                                    Raczej wódkę, na pożegnanie świata, który wyparuje w atomowym obłoku.
                                                    Myślenie, że broń atomowa powstrzyma Rosjan przed trzecią wojną światową, jest nielogiczne. W czasie pierwszej wojny światowej użyto broni chemicznej. Mówiono, że drugiej wojny światowej nie będzie, bo ludzkość wybije się masowo już wówczas produkowaną bronią chemiczną. Skończyło się tak, że wojna wybuchła. A broni chemicznej nie użył nawet Hitler, choć miał jej pełne magazyny. Trzecia wojna światowa może być równie konwencjonalna co druga. Tyle że będzie jeszcze brutalniejsza i większa będzie skala zniszczeń.

                                                    A my damy sobie radę, jak nas zaatakują?
                                                    W pojedynkę nie. Tak jak w pojedynkę nie dałaby sobie rady Ukraina. Ten kraj trwa dzięki światowej kroplówce. Głównie w postaci zachodniego sprzętu i pieniędzy. Polsce do przetrwania potrzebna jest silna integracja z UE. Przecież N
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:40
                                                    Dokończenie
                                                    Rozmowy
                                                    A my damy sobie radę, jak nas zaatakują?
                                                    W pojedynkę nie. Tak jak w pojedynkę nie dałaby sobie rady Ukraina. Ten kraj trwa dzięki światowej kroplówce. Głównie w postaci zachodniego sprzętu i pieniędzy. Polsce do przetrwania potrzebna jest silna integracja z UE. Przecież NATO i UE to w zasadzie dwie strony jednego medalu. Gdyby UE się rozpadła, NATO zostałoby na papierze, a Rosja nas połknęła. Tak jak próbuje teraz połknąć Ukrainę. Kto uderza w Unię Europejską, ten pomaga Rosji.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:44
                                                    107
                                                    Mimo trudnej sytuacji w Donbasie wydaje się, że Ukraina powoli wygrywa tę wojnę. Ale wciąż czyha na nią wiele niebezpieczeństw. Najpoważniejszym jest skuteczność rosyjskich działań informacyjnych, które mogą skłonić Zachód do odstąpienia od pomocy Ukrainie. A to byłby jej koniec.
                                                    Wygląda na to, że obie strony w Donbasie mocno osłabły. Rosjanie przerwali ataki spod Iziumu w kierunku Słowiańska i zaczęli się okopywać, rozbudowują obronę. Jakby zeszło z nich powietrze. Czyżby koniec wielkiej ofensywy?

                                                    Niestety nie. Są doniesienia, że atakowali przez Doniec pod niedawno zdobytym Swiatohirśkiem niedaleko Łymanu. Według źródeł ukraińskich zostali tu odparci, ale niebezpieczeństwo pozostaje. Okazało się, że długie działania opóźniające na północnym brzegu rzeki dały obrońcom czas na zbudowanie na południowym jej brzegu solidnych, głębokich transzei, ziemianek, stanowisk karabinów maszynowych, zamaskowanych pozycji moździerzy i w ogóle silniejszej obrony.

                                                    Ciężkie walki wciąż toczą się też w Siewierodoniecku, to obecnie główny rejon starć piechoty i sił specjalnych przy wsparciu artylerii. Sytuacja zmienia się tu z godziny na godzinę. Obrońcy znów przejęli nieco więcej miejskich terenów, a raczej ruin, ale i Rosjanie kontratakują, odbijając kolejne fragmenty. Wydaje się, że wycofanie się ukraińskich wojsk wcześniej na obrzeża było spowodowane nie tyle atakiem wroga, ile jego nieprawdopodobnie silnym ostrzałem artyleryjskim. Kiedy trochę zelżał, wrócili do miasta.

                                                    Pod Lisiczańskiem i Popasną odparli z kolei wszelkie ataki i nikt nic nie zyskał. Nie prowadzono natomiast żadnych działań ofensywnych ani pod Charkowem, ani pod Zaporożem, ani pod Chersoniem. Obie strony trzymają tu kontrolowane tereny, zbierają siły na dalsze walki.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:46
                                                    Cd 107
                                                    Rosja – NATO. Tu jest pat i szach

                                                    Co grozi Ukrainie? Odpowiedź wydaje się bardzo prosta: wstrzymanie dostaw uzbrojenia, amunicji, finansowania. Gdyby to wszystko przestało docierać, byłby to początek jej upadku.

                                                    Ale Zachód nie przestanie wspomagać Ukrainy, prawda? Zapytam: skąd ta pewność? Większość przywódców ma świadomość, że jeśli nie pokonają Rosji teraz, przyjdzie kolej na ich kraje. Ale nie wszyscy. Jedną z najgłupszych wypowiedzi była ta, że Putina nie można upokarzać. Podszyte strachem oświadczenie czy chęć przypodobania się dyktatorowi? Za późno, jak się już pomogło Ukrainie, u Putina jest się skreślonym.

                                                    Czy europejscy przywódcy zdają sobie sprawę, że Rosja na Ukrainie nie poprzestanie? Dlaczego miałaby się zatrzymać po ewentualnym zwycięstwie? Bo oznaczałoby to starcie z całym NATO? A przepraszam bardzo, jeśli państwa Sojuszu pompują w Ukrainę różnorodne uzbrojenie w znaczących ilościach, to czy nie jest to już jakieś starcie Zachodu z Rosją? Czego więcej Rosja miałaby się bać? Dwóch niemieckich dywizji? Duńskiej brygady? Dwóch holenderskich? No tak, NATO ma broń jądrową, ale i Rosja ma. Tu jest pat. Wzajemny szach. Ale na polu działań konwencjonalnych wszystkie opcje wchodzą w grę.

                                                    Najbardziej zainteresowane pomocą są państwa, które są bezpośrednio zagrożone agresją, jak Polska czy kraje bałtyckie. Ale gdzie indziej przywódcy robią to, czego pragną ludzie. Jeśli zaczną protestować przeciwko pomocy Ukrainie, to i ta pomoc ustanie. Wystarczy przecież, żeby ludzie stracili instynkt samozachowawczy, wystarczy, że przestaną wierzyć w rosyjskie zagrożenie. Najwyraźniej nie wierzy w nie Francja ani Włochy. Sami Niemcy też chyba nie bardzo. W imię czego ponosić koszty pomocy? Moja chata z kraja...

                                                    I to jest właśnie szansa Rosji. Nie da rady na polu walki, ale może dać radę w mediach społecznościowych, w internecie. To wystarczy. Wszak wojnę w Wietnamie wygrała dla komunistów amerykańska telewizja i ruchy antywojenne. Pokój za wszelką cenę? Po co w ogóle walczyć? Antywojenna retoryka wytworzyła w USA taką atmosferę, że nikt nie miał ochoty przeciwstawiać się komunistycznej ekspansji. Na szczęście sam komunizm w latach 70. trzeszczał już w szwach. Leniwy Breżniew chciał korzystać z życia i dać żyć towarzyszom, pozwolił więc na rozkradanie imperium, które zaczęło gnić od podstaw.

                                                    Jak lepić ludzi

                                                    Wojna informacyjna to prawdziwa potęga, bardziej niszczycielska od całej armii pancernej gwardii, może poczynić większe niż ona spustoszenia. Ludzi da się zmanipulować, żeby zaczęli robić najgłupsze rzeczy. Mogą np. rzucić się na sojuszników w obliczu zewnętrznego zagrożenia. Jak ćmy lecące prosto w ogień. Gdy widzę takich, co wobec poważnego zagrożenia ze Wschodu rzucają kalumnie na Zachód, że to niby stamtąd płynie dla nas niebezpieczeństwo, to ręce mi opadają.

                                                    Mózg to niesamowite narzędzie, ale trzeba go używać. Zestawiać fakty, łączyć je w logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe. Ważyć siłę argumentów, samemu sobie zadawać mnóstwo pytań. I próbować odpowiedzieć, by wyłapać sprzeczności, niedorzeczności.

                                                    Rosjanie znają siłę manipulacji i dezinformacji. Dezinformacja to utrwalanie fałszywych przekonań, rozpowszechnianie ich, przemycanie wśród prawdziwych doniesień, by je uprawdopodobnić. Manipulacja jest trudniejsza. To prawdziwa sztuka wprowadzania w błąd bez kłamania. Umiejętnie używając faktów, też można wytworzyć całkiem fałszywe wyobrażenie i błędną wizję świata. Jak to się robi?


                                                    Jednym z teoretyków zajmujących się propagandą, dezinformacją i manipulacją był Władimir Wołkow (1932–2005). Może nazwisko na to nie wskazuje, ale Wołkow (lub Volkoff) to najprawdziwszy Francuz z rodziny rosyjskich emigrantów. Urodził się we Francji, był profesorem Sorbony, pracował dla wywiadu, był oficerem. Tutaj profesjonalnie zetknął się z manipulacją i dezinformacją. I zaczął badać techniki wprowadzania ludzi w błąd.

                                                    Gdy poznamy, jak się to robi, nagle rozumiemy, jak często sami padamy ofiarą rozmaitych manipulacji. Miałem szczęście, że jeszcze w końcu lat 80., kiedy byłem młodym oficerem Wojska Polskiego, pilotem wyszkolonym w zrzucie taktycznej bomby atomowej (z tego powodu mój przyjaciel i mentor mówił, że z zawodu jest „architektem krajobrazu”), opozycyjni znajomi sprezentowali mi wydaną w drugim obiegu publikację Volkoffa. Książka „Montaż” jest absolutnie rewelacyjna, tłumaczy, jak pięknie montuje się społeczeństwo, jak ulepić je w pożądany sposób. Ludzi można prowadzić jak stado baranów, wodzić za nos. Można np. im wmówić, że naszym głównym wrogiem są Niemcy, gdy rosyjskie czołgi miażdżą Ukrainę. W Niemcach nadzieja, gdy te czołgi przyjadą miażdżyć Polskę... Może i złudna, ale to jeszcze nie powód, by atakować ich teraz – elementarna logika podpowiada, żeby się trzymać razem. Trzeba tylko mieć świadomość, że dziś Ukraina, jutro Polska, a pojutrze? No kto?

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.06.22, 17:50
                                                    Z szulerem nie gra się w karty

                                                    Jeśli ktoś myśli, że z Rosjanami można się dogadać, to się grubo myli. Był już taki jeden, co się dogadywał. Nazywał się Joachim Ribbentrop. Niby-hrabia, a dał się wyprowadzić w pole jak dziecko. Dwa lata później, jak już się dogadał z Mołotowem, zdał sobie sprawę, że go wyrolowano. Zrobiono w bambuko. Niemcy już wiedzieli, że jeśli sami nie zaatakują, to na nich spadnie sowiecki atak. Stalin liczył na to, że walcząc ze sobą, Europa wykrwawi się, wzajemnie osłabi. Zgodnie z planem MP-41 zatwierdzonym 16 maja 1941 r. Sowieci mieli uderzyć w Niemcy w pierwszej połowie lipca 1941 r. Dlatego właśnie 22 czerwca 1941 hrabia Ribbentrop wręczył Władimirowi Diekanozowi, sowieckiemu ambasadorowi w Berlinie, notę z wypowiedzeniem wojny. W uzasadnieniu wprost napisano, że Niemcy poczuły się zagrożone potencjalnym atakiem ZSRR. Tym razem ocena była trafna, ale ciut spóźniona.

                                                    Cztery lata później sowieccy żołnierze dopuścili się w Berlinie takich ekscesów, jakich nie znają cywilizowane narody. Taki był efekt tego dogadania się. Po prostu z szulerem nie siada się do gry w karty.

                                                    Ale ludziom można wmówić coś całkiem przeciwnego: że wszyscy przez tę wojnę cierpimy i trzeba ją jak najszybciej zakończyć. W imię pokoju. Żeby skończyć z zabijaniem, a ceny węgla i paliw nie rosły pod sufit. I ludzie to kupią, trzeba tylko poruszyć właściwe struny. Jak to się robi? Ano tak...



                                                    Ośmieszyć prawdę, zmienić kontekst

                                                    Żeby uzyskać pożądany efekt, należy zastosować techniki manipulacji. Najbardziej finezyjne są te, w których kłamstwa nie widać (pierwsza metoda). A zatem kłamiemy wtedy, kiedy nie da się tego zweryfikować. Kiedy nikt nie jest w stanie ustalić, jak było naprawdę.

                                                    Można też podpinać kłamstwo pod prawdę, żeby ją zdyskredytować (metoda druga). Załóżmy, że przyłapano kogoś na zdradzie in flagranti, nie da się z tego wykręcić. Wtedy trzeba opowiadać, że jego czy jej współmałżonek zdradza na okrągło. Wówczas nasza zdrada blednie, pojawia się zrozumienie, usprawiedliwienie, a nawet współczucie dla tego, kto faktycznie zdradził.

                                                    Prawdę można też zdeformować, ośmieszyć, wyśmiać. To (trzecia) metoda często stosowana wobec osób LGBT. Czasem z ludzkiej tragedii robi się farsę. Lecą niewybredne żarty, kpiny. Można twierdzić, że orientacja seksualna to moda, jakaś ideologia, a nie siła natury. Klasyczny przykład deformacji prawdy.

                                                    Kolejna, czwarta, to zmiana kontekstu. W przypadku Ukraińców podnosi się np. lament, jakie to przywileje się im daje, że mogą za darmo jeździć tramwajem. Odrywa się cały kontekst, czyli odpowiedź na proste pytanie: czy ten człowiek przyjechał tu pojeździć za darmo tramwajem, czy może dlatego, że jego dom zburzyły bomby lotnicze? Ale manipulacja usuwa niewygodny kontekst. Pomija, przemilcza. Pozostaje to drażliwe pytanie: dlaczego on może jechać bez biletu, a mnie zaraz capną kanary?

                                                    Piąta metoda to zacieranie. Odciąga się np. uwagę od czegoś niewygodnego: szalejącej inflacji, nepotyzmu, afer. Wyciąga się dziesiątki różnych spraw, nawet tak mało istotnych jak sławetny „dupiarz”. A ludzie się na to łapią. Ważne rzeczy przechodzą obok całkiem niezauważone.

                                                    Kejsy latają po internecie

                                                    Metoda szósta to selekcja faktów. Te niewygodne się pomija. Żonglowanie faktami to sprytna sztuczka, z lubością stosowana przez polityków. Klasyka to opłaty za emisje CO2. Z uporem maniaka pomija się fakt, że pieniądze zostają w budżecie, a połowę z nich trzeba wydać na poprawę jakości powietrza. Większość ludzi myśli, że środki płyną do kasy UE.

                                                    Metoda siódma to komentarz podtrzymywany. Jedną sprawę wałkuje się na okrągło, by się utrwaliła, zapadła w pamięć, silnie oddziaływała na emocje, by złość czy oburzenie nie opadły. Pobudzanie emocji to sprytny sposób, bo emocje deformują myślenie. Nakręcony człowiek nie myśli racjonalnie, obca jest mu chłodna kalkulacja.

                                                    Metoda ósma to generalizacja. Na podstawie jednego czy dwóch faktów wyciąga się wnioski co do ogółu. Chętnie ją stosowali antyszczepionkowcy. Wyciągano przypadek niepożądanych reakcji poszczepiennych, by na tym jednostkowym przykładzie snuć opowieść o szkodliwości szczepień. U mnie na uczelni mówi się, że we współczesnym świecie ludzie posługują się „kejsami” (od case). Opisuje się konkretny przykład, najczęściej zresztą kompletnie wydumany, i tworzy na jego bazie całą teorię. Kejsy często latają po internecie. Na przykład: a wczoraj moja znajoma nie dostała się do lekarza, bo w pierwszej kolejności przyjmowano Ukraińców. Jaki z tego wniosek? Że Ukraińcy w Polsce obsiedli wszystkie przychodnie, szpitale, SOR-y i izby przyjęć, a Polaków nikt już nie leczy.



                                                    Trzeba sobie zadać dwa pytania

                                                    Dwie ostatnie metody są bardzo subtelne, ale łatwe do zastosowania. Metoda części nierównych polega na tym, że przedstawia się dziesięć wygodnych dla nas opinii, dla „równowagi” i uwiarygodnienia prezentując jedną przeciwną. W ten sposób wywołuje się wrażenie, że wszyscy myślą tak, a tylko nieliczni inaczej. Ludzie lubią przynależeć do stada, lgną do większości. Dlatego politycy tak manipulują sondażami. Jest całkiem sporo ludzi, którzy głosują na partie przodujące w badaniach popularności, nieświadomie zniekształcając ideę demokracji.

                                                    Jeszcze bardziej wyrafinowana jest metoda części równych. Tu pojawia się tylko jeden głos „za” i jeden „przeciw”. Ale zdanie „za” wygłasza znany, elokwentny komentator, najlepiej profesor, zaś opinię „przeciw” – jakiś podchmielony menelik, który nie potrafi się nawet dobrze wysłowić. Idealnie, kiedy to i owo trzeba wypikać. I znów gra na emocjach – ludzie chętniej utożsamiają się z elitą, ludźmi mądrymi i popularnymi, niż z „marginesem społecznym”. Odruchowo chwytają podsuwane im opinie i przyjmują je za własne.

                                                    Wszystko to jest bardzo niebezpieczne, niesamowicie łatwo wprowadzić nas w błąd. Są na szczęście różne sztuczki logiczne, które pozwalają wykryć manipulację. Zawsze np. należy pytać o motyw. Dlaczego ktoś robi to, co robi? Kolejne jest pytanie o konsekwencje: do czego to zmierza, co się stanie, jeśli ludzie zaczną tak myśleć, tak robić? Warto czasem sobie odpowiedzieć, zamiast przyjmować informacje bezrefleksyjnie. Łatwo bowiem stać się czyimś ślepym narzędziem – często na własną zgubę.
                                                  • cojestdoktorku Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 11:29
                                                    >Sowieci mieli uderzyć w Niemcy w pierwszej połowie lipca 1941 r. Dlatego właśnie 22 czerwca 1941 hrabia >Ribbentrop wręczył Władimirowi Diekanozowi, sowieckiemu ambasadorowi w Berlinie, notę z >wypowiedzeniem wojny

                                                    co za popieprzone kłamstwo
                                                    Hitler atak na zsrr miał w planach od czasu gdy napisął "mein kampf", a nie ze zdecydował o tym nagle w 1941
                                                    cała polityka te anschlussy, remilitaryzacje, a póxniej cała wojna te wszystkie napasci na rózne kraje miały tylko jeden cel - to wszystko było przygotowywaniem gruntu do głównego zadanai a wiec ataku na zsrr

                                                    „Jesteśmy pięćdziesiąt albo sto lat za krajami rozwiniętymi. Musimy pokonać ten dystans w ciągu dziesięciu lat. Albo zrobimy to, albo nas zniszczą.“ — Józef Stalin na zebraniu partyjnym w 1931, u progu szybkiego uprzemysłowienia.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 11:59
                                                    I dlatego nie zawsze się z Fiszerem zgadzam.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 15:39
                                                    Fiszer nie zajmuje się historią, stąd ma prawo się mylić ;-)
                                                    A pisane łatwym słowem teorie Suworowa, SOłonina, Zychowicza znajdują łatwy posłuch- własnie dlatego że są pisane ładnie, czytelnie i z włąściwym doborem dowodów-czyli te przeczące naszej tezie odrzucamy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 22:06
                                                    Dwóch autorów, Juan Lopez i Oliver Wiewiorka napisało świetną książkę pt. Mity II wojny światowej.
                                                    W rozdziale 4, autorstwa Juan Lopeza i Lasha Othmezuni, autorzy rozprawiają się z twierdzeniem, że Hitler jedynie uprzedził atak Stalina.
                                                    Twierdzenie to, na podstawie badań naukowych, określają jako legendę, i bajkę wymyśloną przez Rezuna/Suworowa i ochoczo podchwyconą przez wielu, w tym przez uczestnika naszego forum.
                                                    Autorzy podkreślają, że żaden z historyków zachodnich i żaden uznany ośrodek badawczy nie dały się na te bajeczki nabrać.
                                                    Sprawę zaczął artykuł z maja 1995 roku opublikowany w Paryżu. Potem poleciało....
                                                    Autorzy podkreślają, że wypociny Suworowa nie są pracą uniwersytecką i nie spełniają surowych norm pracy naukowej.
                                                    Jest to żarliwy panflet i mowa oskarżycielska przeciwko Stalinowi.
                                                    Historyce bez trudu rozbroili argumentację Lodołamacza, która obfituje w błędy faktyczne, zniekształcone cytaty, niepodparte twierdzenia i ignorowanie intencji niemieckich.
                                                    Reszta w książce.
                                                    PS:Wybrania bibliografia zawiera kilkadziesiąt pozycji i nie są to rzewne dyrdymały.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 22:49
                                                    108
                                                    Obserwujemy krwawy konflikt pozycyjny: króluje artyleria, zadając potężne straty obu stronom. A przecież nikt specjalnie artylerii nie doceniał ani nie uważał jej za coś, co odegra wielką rolę w takim starciu, jakie narzucili Rosjanie. A jest to starcie pośrednie: między wojną współczesną a rekonstrukcją historyczną.
                                                    .


                                                    Sytuację na froncie można scharakteryzować krótko: nic się od wczoraj nie zmieniło, nawet walki toczą się w tych samych miejscach, czyli między Iziumem a Słowiańskiem, pod Swiatohirśkiem, w rejonie Siewierodoniecka i Lisiczańska (tu są najbardziej intensywne), pod Popasną i Donieckiem. Największym wyzwaniem na dziś jest niesamowicie silny ostrzał artyleryjski.

                                                    Zaczyna być z tym problem. Rosjanie zgromadzili nieprawdopodobne ilości artylerii, haubic, armatohaubic i wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, nawieźli góry amunicji, a teraz tłuką w Ukraińców jak opętani, dzień i noc. Według doradcy prezydenta Ukrainy ds. bezpieczeństwa Ołeksija Arestowycza na każde ukraińskie działo w Donbasie przypada 10–15 rosyjskich. I choć wróg nie strzela celnie, to sama intensywność ognia powoduje, że któryś pocisk musi w coś trafić – wpaść do okopu, urządzić małą jatkę, zniszczyć pozycje moździerza, karabinu maszynowego czy jakąś ciężarówkę. A przede wszystkim artyleria jak kostucha – zbiera krwawe żniwo wśród żołnierzy, niestety wśród cywilów też. Nieustanny, niewiarygodny huk przyczynia się prócz tego do skrajnego zmęczenia wojskowych żyjących w ciągłym stresie. Trudno się dziwić, że są u kresu wytrzymałości.


                                                    Rosjanie nawieźli artylerii

                                                    Sprawa nie jest prosta. Przy tak intensywnym ogniu działa muszą w końcu się zużyć, ale Rosja ma zapasy i może produkować góry amunicji. Działa stały w magazynach, jest też dość dużo rozwiniętych jednostek artylerii. Każda brygada zmechanizowana czy pancerna ma jeden–dwa dywizjony lufowe z haubicami samobieżnymi 152 mm (18–36 dział), do tego dywizjon wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych BM-21 Grad (18 wyrzutni). Jeżeli piechota i czołgi są zorganizowane nie w brygady, lecz większe dywizje, to i tu jest sporo artylerii. Dywizja ma cztery pułki (jeden pułk czołgów i trzy zmechanizowanej piechoty albo odwrotnie, jak w przypadku pancernej), a w każdym pułku jest dywizjon artylerii, choć często pracuje na starszych i słabszych działach 2S1 Goździk 122 mm. Dywizja też ma osobny pułk artylerii, czyli kolejne trzy dywizjony haubic samobieżnych 152 mm i dywizjon wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Armie mają ponadto swoje brygady artylerii (haubice holowane 152 mm – 72 działa), a te dosłane do Ukrainy z okręgów wojskowych mają wielką moc – ze swoimi 36 haubicami 2S7 Pion 203 mm i 36 moździerzami 2S4 Tulipan 240 mm (współczesne bombardy oblężnicze do burzenia miast).

                                                    Mają tego Rosjanie w bród. Dosłownie tysiące haubic i setki wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych (współczesnych Katiusz). Ciężarówki amunicyjne krążą nieustannie, zwożąc naboje. W wielu miejscach są mniejsze lub większe i dobrze pilnowane składy polowe. I choć okresowo niszczone, to amunicji najwyraźniej nie brakuje. Dział holowanych też nie, stoją w składach mniej więcej kompletne. Z takiego działa nie bardzo jest co ukraść, nie to co z czołgu, w którym są bloki elektroniki z mnóstwem miedzianych kabli i pozłacanych styków. Za coś takiego na złomie co nieco się dostanie. Z czołgów w rosyjskich składach wykradano czasem najwyżej całe silniki, bo odlewane z aluminium korpusy to prawdziwy skarb.

                                                    A z działa co? Lufę ktoś odkręci i wyniesie? To tylko stal, więcej się zużyje paliwa na transport, niż za to dostanie. Poza tym czołg bez silnika nadal wygląda jak czołg, a działo bez lufy od razu rzuca się w oczy...


                                                    Pociski trzeba z gleby wydłubać

                                                    Artyleria pompuje pociski, dziurawiąc pola przed i za linią okopów i pozycji ogniowych. Te miejsca wyglądają już jak dobry ser szwajcarski, więc ludzie dają się nabrać, że to pola są celem – żeby nie nadawały się do upraw. Rosyjska celność przypomina tymczasem grę w totolotka. Mnóstwo strzałów panu Bogu w okno, lej przy leju na pustym terenie. Ale co jakiś czas coś się szarpnie, coś się trafi, choćby jakaś trójka w postaci gniazda karabinu maszynowego czy kilku ukraińskich żołnierzy w transzei, do której wpadnie pocisk. Ot, lucky shot. Szóstka ze składem amunicji czy stanowiskiem dowodzenia zdarza się bardzo rzadko – na szczęście dla Ukrainy.

                                                    Druga sprawa: takie zryte pociskami pole po wojnie długo trzeba będzie przywracać do normalnego stanu, bo nie dość, że trzeba je wyrównać, to jeszcze rozminować. W ziemi utkwiły setki niewybuchów. Amunicja przechowywana w polowych składach traci na jakości, jest nadpsuta jak pomidory w supermarkecie. Znaczny odsetek pocisków wjeżdża głęboko w ziemię i w niej zostaje. Wydłubać to wszystko z gleby to zadanie na lata...

                                                    Dlatego wrogą artylerię trzeba niszczyć, rozwalać działa na amen, żeby nie nadawały się do ponownego wykorzystania po naprawie. Celne trafienie może zabić obsługę, ale nie zniszczy samych dział, choć z pewnością je uszkodzi.

                                                    Swoją drogą zabicie obsługi też ma swoją wagę – artylerzystów szkoli się nieco dłużej. Już konstrukcja działa jest intrygująca. Wiecie, że w jednej z haubic znalazła się np. część o wdzięcznej nazwie „zawleczka przetyczki główki karbowanej osi wąsa ramienia wyrzutnika”? Samo opanowanie nazw wszystkich części, które trzeba znać, by działo rozebrać i naprawić lub wyczyścić tak, jak czyści się broń, to wyzwanie. Zwłaszcza dla tych, którym do głowy niewiele wchodzi poza wódką.

                                                    Najważniejsza jest jednak wiedza oficerów artylerii kierujących ogniem – tego nie da się nauczyć na korespondencyjnych kursach wieczorowo-weekendowych online przez aplikację na telefon. W warunkach pokoju potrzeba czterech–pięciu lat intensywnej lekcji: m.in. matematyki (obliczenia balistyczne), fizyki (mechanizmy balistyki i kinematyki, by wiedzieć, jakie obliczenia zastosować), topografii (by umieć czytać mapę – określać różnicę wysokości położenia działa i celu, „zdejmować” współrzędne, przeliczać je na azymut i odległość), meteorologii (by określić wiatr i zmierzyć takie czynniki jak ciśnienie, gradient ciśnienia, temperatura itp.), chemii (by poznać skład materiałów miotających, ich właściwości, reakcję na temperaturę, wilgotność itd. – wszelkie zmiany wpływają na energię, z jaką pocisk jest wyrzucany z lufy). Co prawda dziś pomagają komputerowe systemy balistyczne, do których wprowadza się dane, ale od oficerów wymaga się, by potrafili wszystko przeliczyć, posługując się mapą, tabelami balistycznymi i ewentualnie małym kalkulatorem. Tak na wypadek rozładowania baterii w laptopie...


                                                    Łupią w Pruszkowie, słychać na Mokotowie

                                                    Co zatem robić? Najlepsze byłyby śmigłowce szturmowe i samoloty bojowe, ale też uzbrojone drony. Wykrywanie przez radary artyleryjskie pozycji wrogich dział, których poszukują także bezpilotowe aparaty latające, pozwala naprowadzić samoloty czy śmigłowce, zdolne zmieść cały dywizjon artylerii w jednym skutecznym uderzeniu. Ale Ukraina ma ich jak na lekarstwo. Pozostają inne środki, głównie własna artyleria (artylerię wymyślono po to, by walczyć z artylerią przeciwnika) z odpowiednim kierowaniem: wspomniane radary i drony rozpoznawcze, ale też amunicja krążąca, czyli drony kamikadze oraz zwykłe uzbrojone bezpilotowce wielokrotnego użytku, jak bayraktary itp.

                                                    Dlatego Ukraina prosi teraz o więcej dział i systemów obserwacji dla nich – radarów artyleryjskich, bezpilotowców rozpoznawczych, no i oczywiście jak najwięcej amunicji. W Ukrainie nie produkowano amunicji 155 mm, to typowy kaliber stosowany w NATO. Zapasy amunicji kalibrów typowych dla dawnego ZSRR (głównie 122 mm i 152 mm) też się kończą, o tym również mówił Arestowycz. Domyślam się, że produkcja takiej amunicji albo stoi, albo jest niewystarczająca. Ukraina jest teraz całkowicie zdana na pomoc z zewnątrz.

                                                    Najdziwniejsze jest przy tym to, że artyleria jest powszechnie niedoceniana. W wielu armiach, nie tylko w Polsce, to troszkę kopciuszek. Już na misji UNPROFOR w Jugosła
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.06.22, 22:52
                                                    Cd 108

                                                    Artyleria. Cichy, ale głośny bohater

                                                    Stare działa miały bardzo małą szybkostrzelność. Trzeba było wsypać proch, przepchnąć go przez całą lufę i wsunąć pocisk od przodu. Początkowo były to lite kule działające energią kinetyczną, później wymyślono pociski wybuchające, burzące (kartacze) i odłamkowe (szrapnele). Wystrzał następował po podpaleniu prochu przez specjalny otwór z tyłu działa. Ale działa nie dało się znowu załadować, bo w lufie mogły się tlić resztki prochu. Dosypanie nowego mogło przynieść widowiskowy efekt... Dlatego lufę trzeba było najpierw wytrzeć wyciorem. Wszystko razem trwało z pięć minut. Czyli co pięć minut następował jeden strzał.

                                                    W pierwszej połowie XIX w. pojawiła się broń palna ładowana od tyłu lufy, w tym słynne rewolwery Colta. W 1855 r. brytyjski konstruktor i przedsiębiorca sir William Armstrong opracował działo z otwieranym z tyłu zamkiem i nabojem z łuską jak w broni palnej nowego typu. I choć nazwa brzmi nieco śmiesznie, bo jest to „działo ładowane odtylcowo”, to jednak była to prawdziwa rewolucja. Ładowanie takiego działa to otwarcie zamka, wsunięcie naboju, wsunięcie łuski z ładunkiem miotającym, zamknięcie i zaryglowanie zamka i wystrzał mechanizmem spustowym z iglicą. Po strzale: otwarcie zamka, wyrzucenie pustej, dymiącej łuski i już można znów wsunąć nabój, nową łuskę, zamknąć i zaryglować zamek… Jeden strzał na 10 sekund, sześć na minutę. Z jednego działa słano teraz tyle pocisków co z 30 przedtem. Dziesięć nowych dział to ekwiwalent 300 starych.

                                                    Po raz pierwszy takiej artylerii użyto w wojnie burskiej pod koniec XIX w., w której brał udział kawalerzysta mjr Winston Churchill. A potem nadeszła I wojna światowa.

                                                    Wszyscy kojarzymy ją z okopami, zasiekami z drutu kolczastego i ujadającymi nieustannym staccato karabinami maszynowymi, których użyto po raz pierwszy na masową skalę. To karabin maszynowy przykuł uwagę ówczesnych gazet i ukradł sławę artylerii. Tymczasem krwawsze żniwo zbierała właśnie szybkostrzelna artyleria, ładowana odtylcowo, wyposażona w gwintowane lufy, dzięki czemu radykalnie wzrosła celność strzału. Opracowano też techniki obliczeń balistycznych i po raz pierwszy korygowano ogień z balonów na uwięzi.

                                                    W II wojnie światowej artyleria również odegrała olbrzymią rolę i znów była niedoceniana. Na przykład alianci odnosili zwycięstwa w Normandii i później dzięki działom właśnie. Artylerię mieli bardzo dobrze zorganizowaną, działał system korygowania ogniem z lekkich samolotów obserwacyjnych, takich latających nad własnymi pozycjami awionetek w wojskowych barwach, które zastąpiły balony. Polacy też mieli taki dywizjon – 663. wchodzący w skład II Korpusu Polskiego we Włoszech, latający na lekkich austerach, nazywanych przez żołnierzy „Kubusiami”. W dywizjonie służyli artylerzyści przeszkoleni na pilotów, bo Brytyjczycy całkiem słusznie uznali, że łatwiej artylerzystę nauczyć latać awionetką niż pilota tego wszystkiego, co musi umieć artylerzysta.

                                                    Artyleria była cichym bohaterem (no nie wiem, czy takim cichym...) wszystkich kolejnych konfliktów zbrojnych, używana w obu amerykańskich operacjach w Zatoce Perskiej, choć teraz jej ogień korygowały głównie śmigłowce (1991) lub bezpilotowce (2003). Dziś artyleria jest jeszcze skuteczniejsza, bo ma własne oczy (drony) i uszy (radary artyleryjskie), a także skomputeryzowane systemy kierowania ogniem, jak polski Topaz firmy WB Electronics z Ożarowa. Pierwszym takim systemem był amerykański AN/GSG-10 TACFIRE wprowadzony w latach 70., a dziś Amerykanie używają nowoczesnego oprogramowania Advanced Field Artillery Tactical Data System (AFATDS), będącego częścią sieciowego systemu zarządzania walką Army Battle Command System (ABCS).

                                                    Rosjanie zatrzymali się co prawda na latach 80., ich artyleria strzela ogniem zmasowanym, słabo kierowanym i mało celnym, ale poprzez swoją masę i intensywność użycia jest szalenie groźna. Powinniśmy wyciągnąć wnioski – polska artyleria jest dziś wyjątkowo szczupła. Zajmę się tym jutro, żebyście wiedzieli, na czym stoimy, gdyby wróg wdarł się na nasze podwórko.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.06.22, 12:43
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > Rosjanie zatrzymali się co prawda na latach 80., ich artyleria strzela ogniem z
                                                    > masowanym, słabo kierowanym i mało celnym, ale poprzez swoją masę i intensywnoś
                                                    > ć użycia jest szalenie groźna. Powinniśmy wyciągnąć wnioski – polska artyleria
                                                    > jest dziś wyjątkowo szczupła. Zajmę się tym jutro, żebyście wiedzieli, na czym
                                                    > stoimy, gdyby wróg wdarł się na nasze podwórko.


                                                    Nawet nie chcę o tym myśleć. Mam tylko nadzieję, że w SG i ISZ są ludzie wyznaczeni od codziennego analizowania tego co dzieje sie na Ukrainie i przedstawiania wniosków dla naszych SZ.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.06.22, 18:32
                                                    To jest zadanie dla wywiadu
                                                    A kto ma to robić? Celnicy?strażnicy leśni, czy cywilne odrzuty z Miłobędzkiej ?
                                                    Ilu jest w wywiadzie oficerów dyplomowanych?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 00:15
                                                    109

                                                    Ostatniej doby walki się zintensyfikowały, Rosjanie posunęli się kilometr pod Iziumem i dwa spod Popasnej, Ukraińcy poczynili podobne postępy pod Chersoniem. Artyleria nadal odgrywa największą rolę w tych działaniach. Patrząc na to, co się dzieje, może warto by pomyśleć o kondycji polskiej artylerii?
                                                    Rosjanie przypuścili kolejne natarcie z Iziumu na Słowiańsk i zdołali przepchnąć ukraińskie wojska do wsi Dolina leżącej pod Krasnopillią na głównej szosie Izium–Słowiańsk, ale według ukraińskiego sztabu generalnego zostali odepchnięci na pozycje wyjściowe dzięki kontratakom wspartym czołgami. Nieco dalej na zachód najeźdźcy usiłowali atakować pod Brażkiwką i Wirniopillią, czyli tym razem wzdłuż szosy Izium–Barwinkowe, ale i tu zostali powstrzymani.

                                                    W głębi Łuku Słowiańskiego, w Siewierodoniecku, ciężkie walki nie ustają. Strony walczą ze sobą o każdy dom. Ukraińcy nadal kontrolują ok. 30 proc. miasta, w tym dzielnicę przemysłową z zakładami Azot. Po raz kolejny odparli też natarcie pod Toszkiwką na południe od Lisiczańska, w pobliżu Dońca.

                                                    Pod Chersoniem Ukraińcy podeszli nieco bliżej Chersonia. Walki toczą się o miejscowości Kyseliwka, Sołdatske i Ołeksandriwka, a to dosłownie 15–20 km stąd. Rosjanie przeprowadzali tu silne kontrataki, by powstrzymać postępy Ukraińców. Zapewne z chwilą wprowadzenia świeżych sił ofensywa Ukrainy ponownie ruszy.



                                                    Rosja myśli o jesieni

                                                    Zastępca szefa ukraińskiego Głównego Zarządu Rozpoznawczego GUR Wadim Skibicki oświadczył, że w Ukrainie działają 103 batalionowe grupy bojowe, w Rosji pozostaje zaś ok. 40. Z reguły jest tak, że każda brygada wystawia do czterech batalionowych grup bojowych (zmechanizowanych, pancernych, piechoty desantowej), a dywizja około dziewięciu.

                                                    Do Rosji chwilowo wycofano 3. Wiślańską Dywizję Zmechanizowaną oraz 144. Jelnińską Dywizję Zmechanizowaną Gwardii, obie z 20. Armii Gwardii z Woroneża, 25. Sewastopolską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii z 6. Armii z Petersburga, 37. Budapesztańską Brygadę Zmechanizowaną Kozaków Dońskich Gwardii z 36. Armii z Ułan-Ude, 138. Krasnosielską Brygadę Zmechanizowaną Gwardii z 6. Armii. Do rezerwy niedaleko Biełgorodu został ściągnięty 11. Korpus Armijny z Obwodu Kaliningradzkiego z jego niedawno utworzoną (w istocie jeszcze nie została sformowana) 18. Insterburską Dywizją Zmechanizowaną Gwardii z Gusiewa. Prócz tego składającą się z tylko dwóch batalionów piechoty arktyczną 80. Brygadę Zmechanizowaną spod Murmańska, stanowiącą część 14. Korpusu Armijnego. Łącznie to właśnie ok. 40 batalionów, ale jednostki, które już w Ukrainie były i zostały cofnięte do Rosji, mają mocno ograniczone stany i nie mogą wziąć udziału w walkach do czasu uzupełnienia ludźmi i sprzętem i przeszkolenia.

                                                    Wadim Skibicki poinformował też, że wśród rosyjskich jeńców pojawili się i tacy, którzy zostali zrekrutowani przez prywatną firmę ochroniarską, a w istocie wysłano ich do wojska. Mówiono im, że będą ochraniać obiekty na terenie Rosji, później powiedziano, że ich firmy zostały zmilitaryzowane, a następnie wysłano ich do uzupełnienia stanów jednostek w Ukrainie. Kompletnie ich to zaskoczyło. Ale najwyraźniej Rosja musi się już uciekać do takich podstępów, przynajmniej do czasu ogłoszenia mobilizacji, co zapewne nastąpi jesienią (i raczej w ograniczonym zakresie). Jesienią, gdyż będzie po żniwach, a w Rosji znaczny odsetek poborowych pochodzi ze wsi lub prowincjonalnych miasteczek. Ci nieco bardziej majętni i mieszkańcy większych miast zwykle potrafią tak zakombinować, posługując się różnymi administracyjno-prawnymi sztuczkami lub łapówkami, by od służby się „wyreklamować”.

                                                    Ciekawą informacją podaną przez Skibickiego było to, że rosyjski sztab generalny przygotował właśnie plany działań wojennych w Ukrainie na kolejne 120 dni, czyli do października. To wyraźna zmiana, do tej pory planowanie obejmowało najbliższy miesiąc. Rosyjskie dowództwo przyjęło zatem do wiadomości, że wojna w Ukrainie potrwa cztery miesiące, choć niewykluczone, że jeszcze dłużej. Moim zdaniem nie skończy się przed końcem roku, chyba że dostawy z Zachodu zostaną znacznie zredukowane lub ustaną.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 00:18
                                                    Cd 109
                                                    Nasi dowódcy artylerii „nie czuli”

                                                    W przeciwieństwie do np. Niemców Polacy artylerii nigdy jakoś specjalnie nie doceniali. Przed II wojną światową nasze dywizje miały po pułku artylerii lekkiej z trzema dywizjonami po 12 dział, ale ich uzbrojenie stanowiły wyłącznie działa pochodzące sprzed I wojny. Podstawą była 75 mm armata Schneidera wprowadzona do służby we Francji w 1897 r., najpopularniejsze działo w tym kraju artylerii polowej w czasie I wojny światowej. Używano też haubic 100 mm czeskiej firmy Škoda, którą z kolei z powodzeniem używała armia Austro-Węgier. Wszystko oczywiście o ciągu konnym.

                                                    Mimo to piechota polska miała w miarę przyzwoite wsparcie ogniowe, ale w kawalerii sytuacja była żałosna. Brygady kawalerii liczące po trzy-cztery pułki ułanów, szwoleżerów czy strzelców konnych, były w istocie zubożonymi dywizjami piechoty. Mimo bowiem tradycyjnych kawaleryjskich nazw, w myśl których ułan walczył szablą, szwoleżer – lancą, zaś strzelec konny używał broni palnej, to najczęściej kawaleria wchodziła do boju pieszo, jak zwykła piechota. W dobie karabinów maszynowych poruszanie się po polu walki na koniu było samobójstwem, typowe szarże były więc wyjątkowo rzadkie i zwykle ograniczone do sytuacji skrajnego zaskoczenia przeciwnika. Ale cała ta wielka brygada miała tylko jeden dywizjon z 12 działami, a w nim post-rosyjskie armaty wz. 02/26 produkowane w zakładach Putiłowskich w Petersburgu od 1902 r. W 1926 r. w Polsce włożono im do luf „koszulki” zmieniając ich kaliber z 76,2 mm na 75 mm, dzięki czemu te armaty znane u nas jako „prawosławne”, używały tej samej amunicji co piechocińskie Schneidery produkcji francuskiej.

                                                    A artylerii armijnej u nas praktycznie nie było. Przed wojną mieliśmy co prawda pułki artylerii ciężkiej z dywizjonami haubic 155 mm i armat 105 mm, oba działa produkcji francuskiej i też pochodzące z I wojny. Jednak zamiast zachować owe pułki dla armii, by dowódca mógł nimi wzmacniać krytyczne kierunki, rozdysponowano je głupio między dywizje, tworząc dla każdej dywizjon artylerii ciężkiej, mający baterię czterech armat 105 mm i baterię 4 haubic 155 mm. I co miał z takim dywizjonem zrobić dowódca dywizji? Ani to jakaś znacząca siła, by wpływać na przebieg walk, a zaopatrzenie w amunicję kulało. Bo wozić nietypową amunicję do ponad 30 dywizji, z których każda ciągle się przemieszczała, to koszmar. Z reguły więc dywizjony artylerii ciężkiej wystrzelały to, co miały w ramach ugrupowania dywizyjnego pułku artylerii lekkiej, niespecjalnie potęgując jego ogień, a następnie, po krótkich walkach, działa te często niszczono i porzucano, bo brakowało amunicji.

                                                    Widać, że nasi dowódcy „nie czuli” artylerii. Niemcy mieli w swoich korpusach dodatkowe samodzielne pułki armat 100 mm, armat 170 mm i haubic 210 mm. Niemiecka artyleria była też dobrze zorganizowana i miała efektywne jednostki rozpoznania wskazujące działom cele i korygujące ich ruchy.

                                                    Polska artyleria na wzór sowiecki

                                                    Jednak nawet Niemcy też do końca „nie czuli” artylerii. Tutaj zarówno Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona, jak i US Army czy British Army miały wyraźną przewagę. Co prawda radziecka dywizja miała pułk z trzema dywizjonami (armaty kal. 76,2 mm i haubice kal. 122 mm), to jednak alianci zachodni dali swoim dywizjom po cztery dywizjony. Amerykanie mieli w dywizjach piechoty haubice kal. 105 mm i 155 mm (jeden z czterech dywizjonów), a ponadto we wszystkich tych armiach istniało coś takiego jak dodatkowa artylerii pozostająca w dyspozycji korpusów i armijny (artyleria korpuśna i armijna), mająca z reguły cięższe działa. U Amerykanów były to na przykład armaty kal. 155 mm i haubice kal. 203 mm, zaś u Rosjan armaty kal. 122 mm oraz haubice kal. 152 mm i 203 mm. Warto tu dodać, że krótkolufowe haubice strzelające na mniejszą odległość miały z reguły większe kalibry niż ekwiwalentne długolufowe armaty, dlatego haubica M-30 kal. 122 mm stanowiła część artylerii lekkiej (dywizyjnej), zaś armata A-19 kal. 122 mm była zaliczana do artylerii ciężkiej (korpuśnej i armijnej), wraz z haubicami MŁ-20 kal. 152 mm, które notabene ustawiono na dokładnie tym samym łożu z podwoziem i ogonami. Dlatego oba działa na pierwszy rzut oka łatwo pomylić, bo różnią się tylko lufą i zamkiem. Haubice B-4 kal. 203 mm zaliczano zaś do artylerii najcięższej (wielkiej mocy) i występowały one na szczeblu frontu (zmobilizowanego okręgu wojskowego).

                                                    Polska artyleria po II wojnie światowej została ukształtowana na wzór sowiecki, a zatem narzucono nam posiadanie silnej artylerii. Tak się jednak złożyło, że kierownicze stanowiska w Wojsku Polskim zajmowali głównie piechurzy lub czołgiści, artylerzystów wśród nich nie było. Ostatni szef Sztabu Generalnego WP z okresu PRL, gen. broni Józef Użycki był piechurem, podobnie jak jego poprzednik, gen. armii Florian Siwicki. Dowodzący w 1989 r. Pomorskim Okręgiem Wojskowym gen. dyw. Zbigniew Blechman to też piechur, zaś dowodzący w 1989 r. Śląskim OW gen. broni Henryk Szumski to czołgista, tak jak i jego następca, gen. broni Tadeusz Wilecki. Jedynie dowódca Warszawskiego OW z 1989 r., gen. dyw. Jan Kuriata wywodził się z rozpoznania (tak jak gen. armii Wojciech Jaruzelski), ale potem też wylądował jako dowódca piechocińców. Czołgistą był też gen. broni Eugeniusz Molczyk, szef Inspektoratu Szkolenia WP.



                                                    „Goździki” za „babcie”

                                                    A gdzie artylerzyści? Nie było, nigdy się nie przebili. Z reguły najwyższe stanowiska, jakie zajmowali, to dowódca Wojsk Rakietowych i Artylerii WP w składzie Sztabu Generalnego (dziś szef Zarządu Wojsk Rakietowych i Artylerii w Inspektoracie Wojsk Lądowych DG WP). Nieliczni artylerzyści doszli do stopnia gen. dyw. służąc poza swoim rodzajem wojsk, jak np. gen. dyw. Włodzimierz Sąsiadek, szef Zarządu Planowania Operacyjnego Sztabu Generalnego WP w latach 90.

                                                    Mimo to do upadku komuny dojechaliśmy z minimum tego, co wymagano od nas w ramach Układu Warszawskiego, nie wychylając się nic ponadto. Mieliśmy zatem jedną frontową, 5. Brygadę Artylerii Armat (BAA) w Głogowie i trzy armijne brygady: 1. Warszawską BAA w Węgorzewie dla 4. Armii (formowaną na bazie Warszawskiego Okręgu Wojskowego), 23. Śląską BAA w Zgorzelcu dla 2. Armii Pancernej (Śląski OW) oraz 6. Pomorską BAA w Grudziądzu dla 1. Armii (Pomorski OW). Niemal do samego końca komuny brygady te dociągnęły z haubicami MŁ-20 kal. 152 mm i armatami A-19 kal. 122 mm pochodzącymi z II wojny światowej. Jedynie 5. BAA z Głogowa zdążyła otrzymać osiem haubic 2S7 Pion kal. 203 mm dla pierwszej baterii jednego ze swoich dywizjonów, docelowo planowano zakup 18 haubic tego typu, ale nie zdążono przez rozpadem PRL. Nie mieliśmy też w tych brygadach wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, jedynie w 1985 r. dla 23. BAA zakupiono dwa dywizjony (po 12 wyrzutni) czeskich RM-70.

                                                    W dywizjach do końca komuny używano pochodzących z II wojny światowej haubic M-30 kal. 122 mm oraz armat D-44 kal. 85 mm znanych powszechnie jako „babcie”. Pierwsze samobieżne haubice dostaliśmy dopiero z początkiem lat 80. – produkowane w Hucie Stalowa Wola na radzieckiej licencji działa 2S1 Goździk 122 mm, właściwie wtedy były one już przestarzałe. Sprowadzono też 90 haubic samobieżnych wz. 77 Dana 152 mm z Czechosłowacji na podwoziu kołowym. A zatem nasza artyleria przez cały XX w. była beznadziejnie przestarzała, niedoinwestowana i zaniedbana, a do dziś niewiele się zmieniło.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 00:20
                                                    Cd 2 do 109
                                                    Polska vs. rosyjska artyleria. 1:20

                                                    Najdziwniejsze, że nikt nie zadbał o znaczące unowocześnienie artylerii przez ostatnie 30 lat. Najważniejszy jest rodzący się w bólach program Krab, w ramach którego udało się w końcu wprowadzić do uzbrojenia doskonałą haubicę standardu NATO AHS Krab 152 mm. Kraby trafiają do dywizyjnych pułków artylerii i docelowo ma ich być 120 (sześć dywizjonów po 18 dział i 12 dział do szkolenia), ale to i tak za mało. Każdy dywizyjny pułk miał mieć bowiem dwa dywizjony haubic 155 mm i dywizjon artylerii rakietowej z wyrzutniami WR-40 Langusta (czyli mocno zmodernizowane sowieckie BM-21 postawione na podwoziu Jelcza). Jednak był to sprzęt dla trzech pułków, a teraz mamy cztery dywizje, potrzebne są więc co najmniej kolejne dwa dywizjony.

                                                    Weźmy nawet sprzęt dla czterech pułków, czyli 144 haubice AHS Krab 155 mm oraz 72 wyrzutnie WR-40 Langusta (po 40 prowadnic dla rakiet 122 mm). Do tego dochodzi 12 brygadowych dywizjonów, spośród których dwa mają czeskie Dany 152 mm, ale pozostałe dziesięć używają stareńkich 2S1 Goździk 122 mm, razem 36 + 180, czyli 216 dział. Będziemy mieć też jeden dywizjon z 18 amerykańskimi wyrzutniami M142 HIMARS, na razie czekamy na dostawę.

                                                    Jak się te liczby mają do Rosji, która samych haubic 2S19 Msta 152 mm ma w służbie czynnej 925? A do tego 800 starszych 2S3 Akacja, też 152 mm, i 270 2S1 Goździk/2S34 Chosta 122 mm. Jest jeszcze artyleria armijna i frontowa (okręgowa): 114 samobieżnych 2S5 Hiacynt-S kal. 152 mm, 250 holowanych 2A65 Msta-S, 140 holowanych 2A36 Hiacynt-B (obie kal. 152 mm), no i jeszcze ponad setka ciężkich samobieżnych haubic 2S7M Małka 203 mm i ponad 60 moździerzy 2S4 Tulipan 240 mm. A przecież w rezerwie stoją tysiące kolejnych dział: 1100 2A36 Hiacynt-B, 600 2A65 Msta-B, 4400 holowanych D-30 kal. 122 mm, 2000 2S1 Goździk kal. 122 mm, 1000 2S3 Akacja kal. 152 mm, 850 2S5 Hiacynt-S kal. 152 mm, 260 2S7M Małka kal. 203 mm, 390 2S4 Tulipan kal. 240 mm. Jak się te tysiące dział mają do naszych 120 haubic Krab 155 mm, łącznie 90 Dana 152 mm i blisko 200 Goździków 122 mm? Przecież to ledwie 410, a u Rosjan, gdzie liczba dział w służbie czynnej sięga blisko 2700, a w rezerwie jest jeszcze 10 600? Łącznie mają 33 razy tyle co my, choć gdybyśmy wydobyli nasze nieliczne rezerwy (głównie 2S1 Goździk), to może ta przewaga wyniosłaby już 20 do 1.

                                                    Pod względem liczebności nasza artyleria jest więc bardzo mizerna. Ale pod względem jakości – niewiele tylko lepsza, przede wszystkim dzięki wyposażeniu dział w komputerowy Zautomatyzowany Zestaw Kierowania Ogniem „Topaz”. Mamy też całych siedem (wow!) radarów artyleryjskich RZRA „Liwiec”, ale dla odmiany nie mamy bezpilotowych aparatów latających do kierowania ogniem. Z tymi aparatami to w ogóle jest jakiś ciężki problem, o tym musi być oddzielny tekst, Polska ma do nich wyjątkowego pecha. Ciągle coś nie wychodzi.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 05:05
                                                    odyn06 napisał:


                                                    > Pod względem liczebności nasza artyleria jest więc bardzo mizerna. Ale pod wzgl
                                                    > ędem jakości – niewiele tylko lepsza, przede wszystkim dzięki wyposażeniu dział
                                                    > w komputerowy Zautomatyzowany Zestaw Kierowania Ogniem „Topaz”. Mamy też całyc
                                                    > h siedem (wow!) radarów artyleryjskich RZRA „Liwiec”, ale dla odmiany nie mamy
                                                    > bezpilotowych aparatów latających do kierowania ogniem. Z tymi aparatami to w o
                                                    > góle jest jakiś ciężki problem, o tym musi być oddzielny tekst, Polska ma do ni
                                                    > ch wyjątkowego pecha. Ciągle coś nie wychodzi.


                                                    No i co tu powiedzieć? Nawet nie ma dokąd uciekac.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 04:54
                                                    odyn06 napisał:

                                                    > To jest zadanie dla wywiadu
                                                    > A kto ma to robić? Celnicy?strażnicy leśni, czy cywilne odrzuty z Miłobędzkiej
                                                    > ?
                                                    > Ilu jest w wywiadzie oficerów dyplomowanych?


                                                    Wywiad służy do zbierania informacji. Ich analizą i przedstawianiem wniosków, zwłaszcza tych o charakterze operacyjnym i strategicznym, zajmują się ludzie wyżej. Żaden wywiad nic nie poradzi, jeśli Ci wyżej nie wezmą sobie płynących z tego wniosków do serca.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 08:47
                                                    W działalności rozpoznawczej są cztery punkty krytyczne.
                                                    Brak informacji, nadmiar informacji, niemożność przetworzenia informacji i brak reakcji decydentów na informacje.
                                                    Te dwie ostatnie są najgorsze…
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 19:39
                                                    Rozmowa Polityki z Anną Appelbaum. Laureatka Pulitzera, na Rosji i Ukrainie się zna.

                                                    Rozmowa z Anne Applebaum o tym, jak zakończyć wojnę w Ukrainie
                                                    13 czerwca 2022

                                                    Anne Applebaum

                                                    Rozmowa z Anne Applebaum o tym, jak zakończyć wojnę w Ukrainie. I dlaczego polski rząd, jeśli chce pomóc Ukrainie, musi się pogodzić z Unią Europejską.

                                                    MAREK OSTROWSKI: – Jak pani przeżywa tę wojnę? Pytam w końcu autorkę „Czerwonego głodu”, książki o ludobójstwie, jakiego Stalin dopuścił się na Ukraińcach.
                                                    ANNE APPLEBAUM: – Ciągle zmagam się z tym odczuciem, że historia się powtarza. Rzeczy, o których pisałam, wracają… I wiem, jak się kończą. Stąd to silne pragnienie, by ten bieg wydarzeń zatrzymać.

                                                    Nie widać oznak, by ta wojna miała się wkrótce skończyć.
                                                    Problem polega na tym, że jeśli to wszystko skończy się rosyjską okupacją jeszcze większego terytorium Ukrainy niż dotąd, to nie będzie żadnego końca wojny, tylko jej odroczenie. Rosjanie wykorzystają okazję, by się przegrupować, zdobyć nową broń, wyszkolić więcej żołnierzy i zacząć znowu. Tak jak po 2014 r. jedynym trwałym rozwiązaniem byłoby zdecydowane zwycięstwo Ukrainy. Wiem, że to trudne, może nawet niemożliwe do osiągnięcia; przez zwycięstwo rozumiem przynajmniej wypędzenie Rosjan z terytorium, które zajęli od lutego, jakieś gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy i powrót uchodźców do domu.

                                                    Ale tu niezbędne będzie trwałe wsparcie Zachodu dla Ukrainy. A już widać pierwsze objawy zmęczenia.
                                                    To byłaby wielka szkoda, bo potężny sojusz dla pokonania Hitlera trwał wiele lat.

                                                    Można przewidywać, że w stosunki między Ukrainą i Zachodem wkradnie się napięcie wskutek trudności gospodarczych, wzrostu cen benzyny, braków żywnościowych, nawet głodu.
                                                    Nie sankcje powodują głód, lecz wojna. Na dłuższą metę, nawet jeśli pragniemy tylko uniknąć braków żywnościowych, to też trzeba pokonać Rosjan, bo ciągłe walki w Ukrainie utrudniają zarówno produkcję, jak i eksport żywności. I tu wracamy do punktu wyjścia: nie ma trwałego rozwiązania bez wypchnięcia Rosjan. W sprawie eksportu żywności istnieje przynajmniej tymczasowe rozwiązanie, wiem, że się o nim dyskutuje: międzynarodowe konwoje żywności pod egidą Światowego Programu Żywnościowego, może chronione przez okręty francuskie, tureckie i egipskie, które nie dopuściłyby również do rosyjskiego ataku na Odessę.

                                                    Henry Kissinger niedawno w Davos bronił pokoju za cenę jakiegoś kompromisu, również terytorialnego. Starła się z nim pani, obawiając się nowego Monachium.
                                                    Rozmawiałam z Kissingerem parę dni temu. Twierdzi, że został źle zrozumiany, nie miał zamiaru powiedzieć, że Ukraina powinna oddać terytoria, które Rosja ostatnio zdobyła.

                                                    Trudno jednak nie zauważyć rozdźwięku między przeważającymi głosami w Ameryce, że Rosję trzeba wykrwawić, maksymalnie osłabić, i głosami europejskich sojuszników, że wojnę należy szybko zakończyć.
                                                    Amerykanie też chcą zakończyć tę wojnę, wszyscy chcieliby ją zakończyć. Jednak Europejczycy wykazują się brakiem realizmu, myśląc, że można to zrobić poprzez wymianę terytorium. Jeśli pozwoli się Rosjanom zatrzymać ziemie, które zdobyli w ciągu ostatnich trzech miesięcy, to nie zakończymy wojny, lecz zachęcimy ich do kontynuacji. Nie rozumiem tego stanowiska, uważam je za nierealistyczne.

                                                    To samo można powiedzieć o apelach prezydenta Francji Emmanuela Macrona, żeby Rosję jakoś włączyć do nowej architektury bezpieczeństwa w Europie i „nie upokarzać”.
                                                    Nie mam nic przeciwko temu, że Macron rozmawia z Władimirem Putinem i próbuje sobie wyobrazić przyszłość Europy z Rosją – przecież ona będzie istnieć po wojnie i musimy jakoś z nią żyć. Mam natomiast problem z hasłem, że Rosji nie należy upokarzać, bo w tym tkwi niezrozumienie sprawy.

                                                    Analogie historyczne, którymi ludzie posługują się przy podejmowaniu decyzji, są odmienne w różnych krajach. Niemcy myślą, że jesteśmy w 1914 r., a więc głównym celem jest zapobieżenie szerszej europejskiej wojnie. Nie chcą powtórki następstw zamachu w Sarajewie. Francuzi myślą, że jesteśmy w 1918 r. – nie możemy narzucać Rosji nowej wersji traktatu wersalskiego, bo to doprowadzi do czegoś jeszcze gorszego w przyszłości. Polacy myślą, że to jest 1939 r. i czeka nas wielka wojna, przeciwnik ideologiczny łatwo nie ustąpi.

                                                    Sama jestem w tym polskim obozie, wraz z niektórymi Brytyjczykami i Amerykanami, może też Szwedami. Ale to nie znaczy, że Francuzi są zwolennikami appeasementu albo że są niemoralni. Chodzi o odmienne oceny ryzyka i scenariusze wojny. Francuzi nie mają racji i poświęcam wiele czasu, aby przekonać ich o tym, że opierają swoje rozumienie tej wojny na niewłaściwych porównaniach historycznych.

                                                    Jak można w tych warunkach umacniać prawdziwy sojusz wojskowy?
                                                    Problem nie jest nowy. Nawet podczas zimnej wojny w NATO funkcjonowały odmienne oceny Związku Radzieckiego. W Wielkiej Brytanii i Niemczech działały ruchy pokojowe – to często byli ludzie, którzy wcale nie widzieli w Związku Radzieckim wroga. Nie było zgody co do tego, czym jest Związek Radziecki i z czym powinniśmy walczyć. Trzeba o tym pamiętać. Dziś Amerykanie są w stanie narzucić swoją perspektywę, gdyż ich zdolność dostarczania broni jest nieporównanie większa od innych. Nie wiem, czy ludzie w Polsce zdają sobie z tego sprawę, ale USA dostarczają Ukrainie 30 czy 40 razy więcej broni niż wszystkie inne kraje razem wzięte. Jeśli więc zmienią zdanie, jeśli powiedzą, że to sprawa europejska, wtedy problem postrzegania zagrożeń może wyglądać inaczej.

                                                    Ale przynajmniej do lutego głównym wyzwaniem dla Ameryki były Chiny, a nie Rosja.
                                                    Głównym wyzwaniem są nadal Chiny.

                                                    Jak więc teraz wyważyć te wyzwania?
                                                    Ekipa w Waszyngtonie dużo o tym mówi. Sekretarz stanu Antony Blinken był właśnie w Azji, prowadzone są regularne rozmowy z Japonią i Koreą Południową. Waszyngton dalej uważa, że amerykańska obecność w Azji jest ważna. Ale jednocześnie docenia wagę wojny Ukrainy z Rosją. Teraz rywalizacja z Chinami nie ma charakteru militarnego, to bardziej spór ideologiczny i gospodarczy. Amerykanie dyskutują na przykład, jak przygotować się na sytuację, gdy handel z Chinami będzie dużo mniejszy. Nie ma więc sprzeczności między wyzwaniami wobec Rosji i wobec Chin.

                                                    Zbigniew Brzeziński w książce „Wielka szachownica” przestrzegał, by w razie konfliktu z Chinami mieć Rosję po stronie Zachodu.
                                                    Rosja jest obecnie z Chinami, choć wydaje się, że Pekin ma bardzo ambiwalentny stosunek do tych relacji – nie ma tam zgody co do tego, czy popierać wojnę. Chiny uważnie przyglądają się rosyjskim strategicznym i militarnym porażkom. Wiem, że prezydent Joe Biden na wszelkie sposoby próbuje je przekonać, że popieranie Rosji to niedobry pomysł.

                                                    Z jakimś sukcesem?
                                                    Chińczycy ostrożnie podchodzą do sankcji – nie współpracują z obłożonymi nimi firmami. Niektóre rosyjskie apele o pomoc pozostają bez odpowiedzi. Ale gdyby Chińczycy chcieli zakończyć tę wojnę, to prawdopodobnie tak by się stało. Z ich punktu widzenia ta wojna ma też jednak dobre strony – choćby osłabienie Zachodu, który prowadzi kosztowne operacje militarne. Z drugiej strony Rosjanie rozpoczęli tę wojnę, bo wiedzieli, że mają Chińczyków po swojej stronie.

                                                    A wracając do samych Rosjan – co się stało z „rosyjską duszą”, rzekomo skorą do wzruszeń, współczucia, szlachetnych gestów, religijności? Nie umiem tego pogodzić z postępowaniem młodych rosyjskich żołnierzy, skłonnych do barbarzyństwa.
                                                    Nikt już nie wierzy w „rosyjską duszę”, to mit z odległej przeszłości. W ostatnich latach Putin usiłował wykreować zgoła inny mit: że Rosja jest obrończynią białej chrześcijańskiej cywilizacji przeciwko kolorowym, przeciwko islamowi i genderowej, homoseksualnej lewicy. Oczywiście to bzdura, mało kto w Rosji chodzi do kościoła, niemal nikt nie czyta Biblii, utrzymuje się wysoki wskaźnik aborcji i rozwodów. Nie ma nic szczególnie chrześcijańskiego w Rosjanach. Ale oni wykorzystują ten mit, by przekonać do siebie skrajną prawicę na Zachodzie, także polską skrajną prawicę. Elementy języka, którego używa Prawo i Sprawiedliwość, są podobne do języka Putinowskiego o zdeg
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.06.22, 19:45
                                                    Cd wywiadu z Anną Appelbaum

                                                    Ale oni wykorzystują ten mit, by przekonać do siebie skrajną prawicę na Zachodzie, także polską skrajną prawicę. Elementy języka, którego używa Prawo i Sprawiedliwość, są podobne do języka Putinowskiego o zdegenerowanym Zachodzie, prawach gejów i tak dalej. Oni więc kopiują rosyjski sposób określania świata. Mam nadzieję, że wojna to zakończyła. Nie ma nic chrześcijańskiego w gwałceniu kobiet, torturowaniu, zabijaniu przypadkowych ludzi.

                                                    Dziś mamy jednak apele, by bojkotować wszystko, co rosyjskie, z Czajkowskim, Szostakowiczem i Czechowem włącznie.
                                                    Przeciwnie, należy zachęcać i popierać alternatywną Rosję: prozachodnią, europejską, liberalnych Rosjan, którzy chcą żyć inaczej i opuścili swój kraj – mam nadzieję, że odzyskają go w kolejnej dekadzie. Musimy wspierać ich samych i tę rosyjską kulturę, która jest otwarta na świat. Jej bojkot na Zachodzie często dotyczy indywidualnych ludzi, na przykład pewna orkiestra symfoniczna nie chciała proputinowskiego dyrygenta, który otwarcie popierał wojnę. I to rozumiem. To samo dotyczy sportowców, którzy popierają wojnę, afiszują się z literą „Z”. Ale jednocześnie powinniśmy wspierać rosyjską opozycję i słuchać jej, bo mam nadzieję, że będzie przyszłością Rosji.

                                                    Jak ich wspierać, finansowo?
                                                    Również finansowo, ale przede wszystkim moralnie. Chodzi o podtrzymywanie kontaktów, zapraszanie, by byli partnerami naszych rozmów. Sam prezydent Wołodymyr Zełenski to robi, w początkach wojny udzielił wywiadu czterem dziennikarzom z rosyjskich niezależnych mediów i mówił po rosyjsku. Znam wiele osób z tego środowiska i stale z nimi rozmawiam. Chciałabym, żeby odniosły sukces. Nie walczymy z Rosjanami jako z narodem, walczymy z rosyjskim imperium.

                                                    Co w tym kontekście powinien zrobić polski rząd?
                                                    Natychmiast naprawić stosunki z Unią Europejską, podporządkować się zasadom rządów prawa, usunąć zmiany, jakie wprowadził do wymiaru sprawiedliwości – tak, by Polska stała się szanowanym członkiem Unii i była w niej skutecznym adwokatem Ukrainy. Obecnie jeden z poważnych problemów Ukrainy w Europie stanowi właśnie Polska, bo choć jest proukraińska, to inne kraje europejskie jej nie ufają, zwłaszcza Niemcy i Francja.

                                                    Szokuje mnie, że polskie przywództwo tego nie widzi. Dzięki wojnie ta ekipa wreszcie się zorientowała, że potrzebuje jak najlepszych stosunków z Joe Bidenem, któremu dawniej jako prezydentowi odmawiała uznania, opisywała administrację amerykańską jako bardzo lewicową – to był błąd. Teraz trzeba uznać, że wojna z Unią też jest błędem. To byłoby bardzo korzystne zarówno dla Polski, jak i dla Ukrainy.

                                                    ROZMAWIAŁ MAREK OSTROWSKI

                                                    ***

                                                    Anne Applebaum (rocznik 1964) – amerykańsko-polska dziennikarka związana z magazynem „The Atlantic”. Jest autorką wielu prac o Europie Wschodniej, m.in. „Czerwonego głodu”, „Za żelazną kurtyną”.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 00:55
                                                    110
                                                    Wiele jest doniesień, że Rosjanie gonią resztkami sił, mają problemy z zaopatrzeniem, nie mogą uzupełnić stanów, a mimo to wciąż atakują, strzelają, walczą, jak gdyby nic się nie stało. Zadziwiająca jest ta zdolność absorbowania strat, nie wytrzymałoby tego chyba żadne inne państwo świata. No, może Chiny.

                                                    Obecnie najcięższe walki nadal toczą się w Siewierodoniecku. Trudno określić, jaka jest aktualna sytuacja, bo fragmenty miasta są na przemian kontrolowane przez najeźdźców lub obrońców. Co ciekawe, Rosjanie zniszczyli dwa mosty na Dońcu łączące Siewierodonieck i Lisiczańsk na zachodnim brzegu i ostrzelali trzeci. Oczywistym celem jest próba powstrzymania dopływu zaopatrzenia dla obrońców, a także odcięcie walczących tu wojsk, by nie mogły się wycofać. Ale zarazem Rosjanie niszczą sobie dogodne przeprawy przez Doniec. Jak im wychodzi forsowanie rzek, to widać już jak na dłoni. Pod Kijowem zatrzymał ich Irpień, a na wschód od Iziumu aż po Siewierodonieck skutecznie blokuje ich Doniec, nawet mimo spadku stanów wody.

                                                    Kolejne ataki na Słowiańsk prowadzone 12 czerwca nie dały większych rezultatów poza tym, że Rosjanie usiłowali obejść ukraińskie pozycje obronne od wschodu, zajmując wieś Bohorodyczne. Wygląda na to, że weszły tu jednostki 11. Korpusu Armijnego z Kaliningradu, choć na potwierdzenie trzeba poczekać. Walczą tu natomiast oddziały donieckiej milicji (czyli sił zbrojnych Donieckiej RL), co też świadczy o szukaniu rezerw, gdzie się da.

                                                    Rosjanie usiłowali poza tym kontratakować pod Charkowem, by odepchnąć Ukraińców od swojej granicy, ale zostali odparci. Na pozostałych odcinkach frontu też nie było większych zmian.
                                                    Dziury łatane „świeżakami”

                                                    Pojawiła się kolejna informacja, tym razem pochodząca z opublikowanych analiz brytyjskiego wywiadu wojskowego, że Rosjanie usiłują przeorganizować swoje jednostki, by wygenerować dodatkowe batalionowe grupy bojowe. Po stratach każda z brygad mogła wystawić najczęściej dwie takie grupy, po trzy kompanie piechoty zmechanizowanej i jedna lub dwie kompanie czołgów (albo w odwrotnej proporcji, jeśli ma to być pancerna batalionowa grupa bojowa). Do tego dołącza dywizjon artylerii, bateria przeciwlotnicza, kompania saperów i elementy logistyczne.

                                                    Jakim cudem Rosjanie wycisną po trzy batalionowe grupy bojowe z jednej brygady zamiast dwóch? Są dwa wyjaśnienia. Albo będą one słabsze, albo – co bardziej prawdopodobne – dostali jednak jakieś uzupełnienia zarówno w personelu, jak i sprzęcie. Reorganizacja wynika z odtwarzania zredukowanych batalionów. Po stratach bardziej bowiem opłacało się czasowo rozwiązać jakiś batalion w brygadzie, by ludzi i sprzęt skierować do uzupełnienia trzech pozostałych. Teraz, kiedy przybyli (być może) nowi rekruci czy powołani rezerwiści, należy proces odwrócić – wyciągnąć doświadczony personel rozwiązanego batalionu i stworzyć go z powrotem, a dziury połatać „świeżakami”.

                                                    Jaką wartość mają takie bataliony? Liczebnie taką jak poprzednio. Oczywiście są niezgrane, żołnierze nieostrzelani, będą wychodzić braki w wyszkoleniu. Zadadzą straty wojskom ukraińskim, choć nie tak duże, jakie sami poniosą. Ale nic to, Rosjanie będą ginąć, kolejni zaczną atakować. Trochę to przypomina namolne muchy na wsi – tłuczesz je dziesiątkami, a ich jakby nie ubywało, wciąż są dokuczliwe, paskudne, denerwujące.


                                                    Gdzie się podziały rosyjskie fronty

                                                    Tak jak kiedyś w ZSRR, tak i dziś w Rosji nikt się stratami nie przejmuje. Bo niby po co? Jakie istnieje niebezpieczeństwo dla państwa? W wigilię Bożego Narodzenia 25 grudnia 1943 r. (w tym wypadku niemieckiego, bo Sowieci, jeśli już je po cichu obchodzili, to według prawosławnego kalendarza) działały cztery sowieckie fronty: 1., 2., 3. i 4. Front Ukraiński, dowodzone przez generałów armii (kolejno) Nikołaja Watutina, Iwana Koniewa, Rodiona Malinowskiego i Fiodora Tołbuchina. Trzech z nich jeszcze w 1944 r. awansowało do stopnia marszałka Związku Radzieckiego, jedynie gen. Watutin zginął w kwietniu 1944, ale też pewnie zostałby marszałkiem.

                                                    Tu mała dygresja. We wszystkich innych krajach fronty nazywano grupami armii. Kiedy nastąpiła mobilizacja do II wojny światowej, istniejące w czasie pokoju dywizje (złożone z pułków) pogrupowano w korpusy, korpusy w armie i w pewnym momencie okazało się, że miliony żołnierzy wcielonych do służby tworzą setki dywizji, kilka tuzinów korpusów i dosłownie dziesiątki armii. Potrzebny był jeszcze jeden szczebel dowodzenia – tak powstały grupy armii. Niemcy, napadając na ZSRR 22 czerwca 1941, wystawili trzy grupy armii: GA Północ, GA Środek i GA Południe. Z kolei alianci mieli w Europie Zachodniej trzy grupy armii, a czwartą na froncie włoskim. Na przykład feldmarszałek Bernard Montgomery dowodził 21. Grupą Armii (numery „z sufitu” dla zmylenia przeciwnika), w składzie której była 1. Armia Kanadyjska i 2. Armia Brytyjska. W tej pierwszej walczyła polska 1. Dywizja Pancerna gen. dyw. Stanisława Maczka.

                                                    Za to w ZSRR grupy armii nazwano frontami. Fronty nie miały numerów, lecz nazwy pochodzące od terenów, na których w danym momencie operowały. Jeżeli na jakimś obszarze działało więcej frontów, to dodawano im numery w ramach ich nazwy. Na przykład 2. Front Ukraiński do października 1943 r. był Frontem Stepowym. Nie był ukraiński w sensie służących w nim żołnierzy – była to mieszanka wszelkich sowieckich nacji. Był też np. 2. Front Białoruski, którym pod koniec wojny dowodził marszałek ZSRR Konstanty Rokossowski, a też nie był białoruski w sensie składu osobowego. Do października 1943 r. był to Front Zachodni.

                                                    W ZSRR fronty tworzono na bazie okręgów wojskowych i w obecnej rosyjskiej organizacji jest tak samo. Dowództwo okręgu wojskowego (są cztery) na wypadek wojny dzieli się na dowództwo frontu oraz część administracyjną, taką komendanturę pod nazwą „okręg wojskowy”, zajmującą się formowaniem nowych jednostek, mobilizowaniem i dosyłaniem uzupełnień do „macierzystego” frontu, choć fronty mogą nosić inne od okręgów nazwy. Dlaczego dziś w Ukrainie nie walczą żadne fronty? Dlatego, że według rosyjskiego przywództwa żadnej wojny nie ma. Jest operacja specjalna.

                                                    Czytaj też: Artyleria. Aż mnie ciarki przechodzą na myśl o tym huku
                                                    Zawsze gotowi do wojny

                                                    Ale wróćmy do ataku nad Dnieprem z grudnia 1943 r. Wielka ofensywa aż czterech frontów potrwała do 6 maja 1944. Było to pierwsze z legendarnych dziesięciu uderzeń Stalina z 1944, znane pod nazwą „Operacja Dnieprzańsko-Karpacka”, która przeszła do historii jako „wyzwolenie prawobrzeżnej Ukrainy”. Taką nazwę narzucili historykom Sowieci, choć „wyzwolenie” może budzić wątpliwości.

                                                    Trwająca ponad cztery miesiące operacja była gigantycznym przedsięwzięciem. Rosjanie przekroczyli Dniepr w wielu miejscach, od Kijowa po Zaporoże, cztery wielkie fronty przetoczyły się z północnego wschodu na południowy zachód, do linii Karpat na granicy z Rumunią, Słowacją i południową Polską. Tutaj wyczerpana Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona zatrzymała się.

                                                    Cios był potężny, ale na tym etapie Armia Czerwona miała już miażdżącą przewagę nad Wehrmachtem. Dowódcy wiele się też nauczyli przez trzy wojenne lata, poprawiło się zaopatrywanie wojsk, dowodzenie, łączność, organizacja. Nieco gorzej było z wyszkoleniem taktycznym, a nawet znacznie gorzej, bo Armia Czerwona cały czas ponosiła straty i je uzupełniała, mając wiecznie w szeregach mnóstwo niedoświadczonych żołnierzy, dopiero co zapędzonych do boju.

                                                    Jaki więc był bilans Operacji Dnieprzańsko-Karpackiej? Niemcy ponieśli olbrzymie, niewyobrażalne straty, które zdecydowanie ich osłabiły – blisko 42 tys. zabitych i 158 tys. rannych, dodatkowo 51 tys. ludzi trafiło do niewoli (niewielu ją przeżyło). Sowieci stracili 270 tys. osób, ponad ćwierć miliona! To tak jakby nagle całe Katowice przestały istnieć, a przecież to tylko jedna operacja wojskowa. Prawie 840 tys. sowieckich żołnierzy poniosło rany. Z szeregu wypadł nagle ponad milion. Czy spowodowało to utratę zdolności do prowadzenia działań bojowych? Ależ skąd! Potrzebny był tylko odpoczynek i uzupełnienie sta
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 00:58
                                                    Cd 110
                                                    Czy spowodowało to utratę zdolności do prowadzenia działań bojowych? Ależ skąd! Potrzebny był tylko odpoczynek i uzupełnienie stanów. Już 13 lipca 1944 r. 1. Front Ukraiński, teraz dowodzony przez Koniewa, podjął kolejne uderzenie, Operację Lwowsko-Sandomierską, zakończoną na linii południowej Wisły z końcem sierpnia 1944 r. W sierpniu 1944 r. 2. i 3. Front Ukraiński rzucono na Rumunię, a 4. Front Ukraiński do ataku na Słowację.

                                                    I jeszcze taka ciekawostka. Operację Dnieprzańsko-Karpacką sowieckie wojska podjęły, mając 2015 czołgów i dział samobieżnych. W toku działań straciły 4777. Jak to możliwe? Cały czas napływały uzupełnienia. Sowieci wytracili pancerne pojazdy bojowe więcej niż dwa razy. A mimo to, kiedy operacja się skończyła, w linii mieli 2652 sprawne czołgi i działa samobieżne, kolejnych 611 było w naprawie. Armia Czerwona je traciła, ale wciąż otrzymywała nowe, a do szeregów trafiali czołgiści szkoleni masowo w licznych ośrodkach na tyłach.

                                                    Sowieci niewątpliwie mieli spore zasoby. Przez całą II wojnę światową przez Armię Czerwoną przewinęło się 34,5 mln żołnierzy, z czego zginęło ok. 11,8 mln. Kolejne 3,8 mln ucierpiało trwale i zostało zdemobilizowanych. Prawie 600 tys. skazano i zesłano do więzień, a 3,6 mln trafiło do pracy w przemyśle. W ciągu ostatnich dwóch lat wojny w wojsku trzymano 10–11 mln ludzi, to w zupełności wystarczało. W każdej wielkiej operacji można było tracić po ćwierć miliona żołnierzy, a rezerwy wciąż były. W 1946 r. ZSRR liczył ok. 170 mln ludności, z czego ok. 70 mln to mężczyźni. W wieku poborowym było ok. 25 mln, z tego w wojsku 1 lipca 1945 r. było 11,79 mln. Wciąż dało się zmobilizować drugie tyle. ZSRR był gotowy stoczyć następną II wojnę światową, znów stracić 12 mln ludzi i wciąż mieć prawie 12-milionową armię, z jaką zakończył wojnę w 1945 r.

                                                    Dlatego stratami nikt się nie przejmował. Było dość mężczyzn do przeprowadzenia nowej wojny podobnej skali. Oczywiście pojawiłby się problem w przemyśle, bo niemal wszyscy niezmobilizowani mężczyźni pracowali w produkcji wojennej. W kołchozach pozostały niemal same kobiety, to one jeździły traktorami i kosiły zboże, nie było innego wyjścia.


                                                    Niemcy mniej stracili, a przegrali

                                                    W normalnym państwie nic takiego nie mogło się zdarzyć. Wyobrażacie sobie, co by zrobiono z gen. Normanem Schwarzkopfem, gdyby w czasie operacji „Desert Storm” w 1991 r. stracił ćwierć miliona amerykańskich żołnierzy i jeszcze 800 tys. poniosłoby rany? Czy to w ogóle mieści się w jakimś pojmowaniu?

                                                    W czasie wojny w Wietnamie od początku 1965 r. do końca 1973 Amerykanie stracili łącznie 58 281 ludzi, 1584 uznano za zaginionych i 153 372 było rannych, ponadto ok. 115 zmarło w niewoli (zostali de facto zabici). Przez dziewięć lat – niecałe 60 tys. zabitych, a kraj oszalał. Przez USA przetoczyła się fala manifestacji, wybory prezydenckie wygrał Richard Nixon, który obiecał zakończenie wojny. I faktycznie musiał wojska USA zabrać do domu, inaczej jego rząd by upadł. Ameryka nie wytrzymałaby takich strajków i zamieszek, gdyby działania wojenne kontynuowano, a przez kolejne lata dalej ginęli żołnierze.

                                                    W ZSRR czterech generałów armii w cztery miesiące z niewielkim hakiem wytraciło cztery i pół razy więcej ludzi w jednej operacji. Jeden zginął, pozostali wkrótce zostali marszałkami. Dobra robota! To nic, że Niemcy straciły w tej samej operacji 42 tys. osób, a 51 tys. wzięto do niewoli. Dla nich to była katastrofa. A przecież III Rzesza miała tylko o połowę mniej rdzennej (niemieckiej i austriackiej) ludności niż ZSRR. Ale morale Niemców łamało się pod wpływem takich strat, cofali się pobici, zniechęceni, przerażeni. I tak wykazali się odwagą, uporczywie broniąc się w Królewcu, we Wrocławiu czy Berlinie, i tak byli gotowi do wielkich poświęceń. Niemcy według różnych ocen na wszystkich frontach straciły od 4,4 do 5,3 mln żołnierzy. Proporcjonalnie do swojej ludności nawet nieco mniej niż Rosjanie (6 proc. populacji, Rosjanie ok. 7 proc.). A jednak to Niemcy przegrały, a Sowieci znaleźli się wśród zwycięzców.

                                                    Mimo wszystko Niemcy mogły sobie pozwolić na takie straty, bo były państwem totalitarnym; każdy przejaw sprzeciwu krwawo tłumiono, pod tym względem Hitler nie był lepszy od Stalina, zresztą pod żadnym względem jeden nie był lepszy od drugiego, obaj byli siebie warci.

                                                    W USA, które w 1945 r. liczyły 139 mln ludności, zginęło w czasie całej II wojny – na wszystkich jej frontach – 405,4 tys. żołnierzy. Dla porównania warto dodać, że w latach 1941–45 (włącznie) 154 tys. ludzi zginęło w Stanach w wypadkach samochodowych. A gdyby straty wyniosły jakieś 7–8 mln (proporcjonalnie do populacji)? Niewyobrażalne, prawda? Przecież Amerykanie dawno wycofaliby się z wojny.


                                                    Rosjanie nie chowają swoich zabitych

                                                    Każde normalne państwo reaguje na straty w ten sam sposób – zmusza władze do zakończenia konfliktu za wszelką cenę. Ale ZSRR czy Rosja to nie są normalne państwa. Tutaj to tak nie działa.

                                                    Nie chodzi tylko o totalitarny system władzy. Nie chodzi o samo zastraszanie ludzi konsekwencjami. Po prostu ZSRR czy Rosja są przeżarte charakterystyczną pogardą dla życia. Brak szacunku i pomiatanie innymi to norma. Rosjanin, odbierając telefon, nie używa słów „halo” ani „proszę”, tylko słynne „szto”, coś w rodzaju naszego „czego?!”. Szczególnym przykładem jest to, co usłyszałem dziś od Mateusza Lachowskiego: Rosjanie nie zabierają ciał swoich zabitych, bo nie mają już miejsca w lodówkach. Dlatego zbierają je z pola walki Ukraińcy i przechowują we własnych chłodniach. A potem przekazują, wymieniając na swoich zabitych. Dla Rosjan trupy własnych żołnierzy to rzecz niegodna uwagi.
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 02:13
                                                    odyn06 napisał:


                                                    > Rosjan trupy własnych żołnierzy to rzecz niegodna uwagi.


                                                    Super sa te jego tekstu. Spojrzenie na wojne zupelnie innymi oczyma niż "Jarzębina Czerwona"
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 09:10
                                                    Fiszer to nie Wolski.
                                                    Fiszer to żołnierz, który był na wojnie na Bałkanach i mu koło głowy świstały pociski.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 19:13
                                                    "Fiszer to żołnierz, który był na wojnie na Bałkanach i mu koło głowy świstały pociski."
                                                    Nie przesadzaj Odynie. BYł na wycieczce z UN (tak to nazywali wówczas).
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.06.22, 19:56
                                                    Ta ich zmiana do spokojnych nie należała…..
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.06.22, 20:31
                                                    111
                                                    Wojna na wyniszczenie w Donbasie wkracza w etap przesilenia: w każdej chwili może nastąpić załamanie po dowolnej stronie. Ukraina bardzo potrzebuje artylerii i innych środków do walki. A niedługo będą jej potrzebne czołgi i bojowe wozy piechoty do prowadzenia efektywnych kontrataków.

                                                    Rosjanie wyparli ukraińskie wojska z centrum Siewierodoniecka, ale wciąż nie zdołali przejąć nad nim kontroli. 13 czerwca zniszczyli ostatni most na Dońcu łączący Lisiczańsk z Siewierodonieckiem, ukraiński sztab twierdzi jednak, że obrońcy nie są odcięci. Zapewne funkcjonuje tam jakaś uruchamiana w porze nocnej przeprawa promowa lub na łodziach saperskich, a więc dowóz zaopatrzenia, choć znacznie utrudniony, jest do pewnego stopnia możliwy. To jednak nie Mariupol, gdzie śmigłowce Mi-8MT dokonywały cudów zręczności, dostarczając zapasy do Azowstalu i ponosząc przy tym spore straty. Tu wystarczy przeskoczyć przez rzekę na odległość 3–4 km i już ma się kontakt z wojskami. W taki sam sposób obrońcy mogą być cofani na zachodni brzeg Dońca, choć możliwości ewakuacji cywilnej ludności już się raczej skończyły. W pierwszej kolejności łodziami będą transportowani uzbrojeni żołnierze.

                                                    Oczywiście dalej na zachód, czyli pod Iziumem, Rosjanie znów uporczywie atakowali. Starając się obejść obronę od wschodu i posuwając się wzdłuż południowego brzegu Dońca, dotarli do leżącej na północ od Słowiańska wsi Bohorodyczne. Zdołali nawet uchwycić jej zachodni skraj, ale tu zostali powstrzymani. 13 czerwca w rejonie toczyły się ciężkie walki. Z kolei na głównej szosie na Słowiańsk Rosjanie zostali znów odparci.

                                                    Z Popasnej zaatakowali zaś w kierunku na południowy zachód, wzdłuż swojej linii frontu, posuwając się w stronę Doniecka. Dotarli do wsi Mironiwka na południe od Bachmutu – toczą się tutaj ciężkie boje. Wygląda na to, że Rosjanie chcą „zrolować” ukraińską obronę od Popasnej do Doniecka, idąc z boku, wzdłuż jej pozycji. Ukraińcy sprawnie jednak odwrócili front o 90 st. i temu zapobiegli.

                                                    Ukraińskie rozpoznanie, prowadzone zapewne za pomocą bezpilotowych aparatów latających, oraz zdjęcia satelitarne pokazują, że Rosjanie koncentrują się wokół Kreminnej na zachód od Rubiżnego, czyli na północny zachód od Siewierodoniecka, zamierzając ponownie zaatakować przez Doniec w kierunku Siewierska. Gdyby wyprowadzili stąd natarcie i spotkali się z siłami, które spod Popasnej dotarły do szosy Bachmut–Lisiczańsk, zamknęliby Ukraińców w okrążeniu. Taki udany atak jest jednak mało prawdopodobny, teren jest dobrze przygotowany do obrony.



                                                    Czołg. Czołgający się traktor

                                                    Pod koniec października 1904 r. amerykański przedsiębiorca z Kalifornii Benjamin Holt zademonstrował pierwszy na świecie pojazd gąsienicowy – parowy traktor rolniczy. Dzięki gąsienicom nie grzązł na zaoranych polach i okazał się bardzo przydatny w rolnictwie, które szybko się mechanizowało. Później produkowano takie pojazdy z silnikami spalinowymi.

                                                    Tu mała ciekawostka semantyczna. Swój pojazd Holt nazwał crowling tractor – czołgającym się traktorem. W języku angielskim i rosyjskim czołg to „tank” (czyli zbiornik), dlaczego, to wyjaśnię za chwilę. Po niemiecku to panzer – pojazd pancerny. Po francusku char de combat – wóz bojowy. Podobnie po włosku – carro armato. Skąd zatem polski „czołg”? Przypuszczalnie właśnie od „crowling tractor”, czołgającego się traktora.

                                                    Czołgi pojawiły się w I wojnie światowej jako sposób na pokonywanie zasieków z drutu kolczastego oraz ognia karabinów maszynowych. Takie pojazdy zaproponował Winston Churchill, wówczas I Lord Admiralicji, czyli taki minister od marynarki wojennej. Wpadł na ciekawy pomysł: skoro piechota brnie przez zasieki, masakrowana ogniem karabinów i siekana odłamkami wybuchów artyleryjskich, to dlaczego nie dać jej tego, co od dawna mają marynarze? Ot, lądowy pancernik z działami i karabinami maszynowymi. Oczywiście nie tak wielki jak te pływające po morzach, ale idea była ta sama – chodziło o nosiciela uzbrojenia osłaniającego załogę pancerzem. Niech toruje drogę piechocie, niewrażliwy na ogień broni maszynowej i odłamki pocisków. Trzeba mu też oczywiście dać gąsienice, by mógł pełznąć po polu walki, przez leje po pociskach i wrogie transzeje.

                                                    Gąsienice i zbiorniki

                                                    Właściwie skąd „gąsienica” w nazwie? Po angielsku to track – czyli tor. Tak samo po niemiecku – gleiskette, łańcuch torowy. Po francusku chenille, czyli łańcuch. Po włosku cignollo – to całkiem nowe słowo. Tylko w polskim i rosyjskim są „gąsienica” i gusienica, jak jeden z typów larwy motyli czy błonkówek. Wzięło się to stąd, że tak nazwał swój napęd sam Benjamin Holt, który po fuzji wytwórni z inną firmą stworzył traktorowo-spychaczowe imperium – Caterpillar Tractor Company. A caterpillar to gąsienica właśnie. Ta larwa.

                                                    Pojazdy powstałe wówczas w Wielkiej Brytanii, nazwane Mark I, określano w korespondencji jako tank, czyli zbiornik, by ukryć właściwe przeznaczenie przed szpiegami. I tak ten tank się przyjął. Co ciekawe, pierwsze wozy Mark I budowano w dwóch wersjach: z dwoma działami kal. 57 mm w kazamatach (czyli takich bocznych wykuszach) i trzema karabinami maszynowymi lub pięcioma karabinami bez armat. Nie obowiązywała poprawność polityczna, więc te pierwsze, z lufami dział, nazywano „męskimi” (Mark I Male), a te z samymi karabinami maszynowymi – „żeńskimi” (Mark I Female). Czołgi zadebiutowały w bitwie nad Sommą w połowie września 1916 r., jednak co potrafią, pokazały dopiero pod Cambrai w końcu 1917. Dzięki nim uzyskano przełamanie linii frontu i udało się wtargnąć na głębokość 20 km w niemieckie ugrupowanie.

                                                    Zalety czołgu dostrzeżono w wielu państwach, ale najbardziej w ZSRR i Niemczech, gdzie uczyniono z niego narzędzie torowania wojskom drogi. W czasie II wojny światowej narodziło się znane do dziś trio: czołgi, piechota zmotoryzowana i artyleria motorowa (te dwa rodzaje wojsk mogły nadążyć za czołgami). Niesamowity użytek zrobiły z tej wiedzy w pierwszej fazie wojny Niemcy, a kiedy i Sowieci w końcu się tego nauczyli, też zaczęli odnosić sukcesy.

                                                    Pojawiły się i polskie wojska pancerne: na zachodzie 1. Dywizja Pancerna gen. dyw. Stanisława Maczka, która zasłynęła m.in. uporczywym blokowaniem wyjścia Niemców z okrążenia pod Falaise, a później zdobyciem Bredy i wejściem do Wilhelmshaven, ale też mniej znana 2. Warszawska Brygada Pancerna, która walczyła w składzie korpusu gen. Władysława Andersa we Włoszech, a jej pododdziały m.in. pod Ankoną.


                                                    Wojska pancerne. Trzeba umieć ich używać

                                                    Na Wschodzie bywało różnie. Nasza 1. Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte wyróżniła się pod Studziankami koło Góry Kalwarii, a później w walkach na Pomorzu. Była to jedyna większa jednostka pancerna 1. Armii WP obok 4. Pułku Czołgów Ciężkich, za to 2. Armia WP miała cały 1. Korpus Pancerny dowodzony przez sowieckiego gen. Iwana Kimbara, z trzema brygadami pancernymi, brygadą piechoty zmotoryzowanej i trzema pułkami artylerii samobieżnej. Ponadto działała też samodzielna 16. Dnowsko-Łużycka Brygada Pancerna – sowiecka, przydzielona do Wojska Polskiego z powodu braku rodzimych wyszkolonych czołgistów. Polscy dowódcy na Wschodzie nie czuli jednak tematów pancernych. Dowódca 2. Armii WP gen. broni Karol Świerczewski 22 kwietnia 1945 r. wepchnął 16. Brygadę Pancerną w okrążenie pod Budziszynem – do końca miesiąca praktycznie przestała istnieć, z „kotła” wydostała się tylko część personelu.

                                                    Wojska pancerne to bowiem straszne narzędzie, ale trzeba umieć ich używać. Jeśli ktoś tego nie potrafi, lepiej niech się do tego nie bierze.

                                                    Po wojnie w Polsce rozwijano wojska pancerne na wzór radziecki. W Pomorskim Okręgu Wojskowym były: 16. Kaszubska Dywizja Pancerna z Elbląga i 20. Warszawska Dywizja Pancerna im. marszałka Konstantego Rokossowskiego ze Szczecinka, ale w Śląskim Okręgu Wojskowym na wypadek wojny przeformowywanym w 2. Armię Pancerną zostały: 5. Saska Dywizja Pancerna, 10. Sudecka Dywizja Pancerna i 11. Drezdeńska Dywizja Pancerna.

                                                    Dziś wojsk pancernych jest dużo mniej. Mamy tylko jedną 11. Lubuską Dywizję Pancerną
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.06.22, 20:34
                                                    Mamy tylko jedną 11. Lubuską Dywizję Pancerną z dwiema brygadami pancernymi (34. Brygada Kawalerii Pancernej w Żaganiu na T-72 i 10. Brygada Kawalerii Pancernej w Świętoszowie na leopardach), w 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej jest 9. Braniewska Brygada Kawalerii Pancernej z Braniewa na PT-91 Twardy, zaś w 18. Dywizji Zmechanizowanej mamy 1. Warszawską Brygadę Pancerną w Wesołej na leopardach. Każda ma po dwa bataliony czołgów, po jednym batalionie czołgów jest jeszcze w 2. Brygadzie Zmechanizowanej Legionów ze Złocieńca, 15. Giżyckiej Brygadzie Zmechanizowanej z Giżycka, 20. Bartoszyckiej Brygadzie Zmechanizowanej w Bartoszycach i 21. Brygadzie Strzelców Podhalańskich z Rzeszowa.

                                                    Razem mamy więc 12 batalionów pancernych (cztery na leopardach 2, cztery na PT-91 Twardy i cztery na T-72M). W Rosji w samej 1. Armii Pancernej Gwardii jest 27 batalionów czołgów, w 6. Armii i 20. Armii Gwardii z tego samego Zachodniego Okręgu Wojskowego – kolejnych 14, razem 41. Co prawda rosyjskie bataliony mają po 31 czołgów, a polskie po 45, ale to jednak 1271 pojazdów w linii w jednym tylko okręgu wojskowym wobec 540 czołgów w linii u nas. W obu przypadkach pomijamy czołgi w ośrodkach szkolenia, jednostkach remontowych i zapasie.


                                                    Nawet Chruszczow wieszczył czołgom śmierć

                                                    Co ciekawe, zmierzch czołgów wieszczono już wielokrotnie. Pierwszy raz tuż po I wojnie, kiedy opracowano działa przeciwpancerne, wystrzeliwujące pociski z wielką prędkością początkową. Drugi raz – po II wojnie, gdy powstała broń jądrowa. To właśnie atak rakietą z głowicą albo bombą atomową zrzuconą z samolotu miał wyrwać dziurę we wrogiej obronie, po co więc czołg? Przypomnijmy: czołg to bardzo silnie opancerzony pojazd gąsienicowy, nosiciel armaty i dwóch–trzech karabinów maszynowych, który ma się wbijać we wrogie linie obrony, niszcząc każdy punkt oporu z działa i ogniem karabinów maszynowych. Sam jest przy tym niewrażliwy na trafienie przez niemal żaden z pocisków z wyjątkiem wyspecjalizowanej broni przeciwpancernej.

                                                    Okazało się, że czołgi doskonale znoszą wybuch broni jądrowej, a zatem świetnie nadają się na atomowe pole walki: zarówno do obrony, jak i do natarcia przez wyłom poczyniony takim atakiem. Dowiodły tego ćwiczenia na poligonie Tockoje 14 września 1954 r., gdy bombowiec Tu-4 zrzucił bombę atomową RDS-2 o mocy 38 kT (dwa razy tyle co w Hiroszimie), a 40 minut później przez epicentrum wybuchu puszczono 44 tys. żołnierzy ze 128. Gumbinowskiego Korpusu Strzeleckiego z Brześcia na Białorusi, z nim 600 czołgów, 600 transporterów opancerzonych, liczne ciężarówki, działa samobieżne i holowane. To nic, że wielu żołnierzy zmarło później na chorobę popromienną, przytłaczająca większość, zwłaszcza chronionych pancerzem w czołgach i transporterach piechoty, zachowała pełną zdolność do walki. Pokazano w ten sposób, że wojska mogą operować na atomowym polu walki.

                                                    Trzeci raz zmierzch czołgów ogłosił sam Nikita Chruszczow. Na początku lat 60. uznał, że kierowane rakiety przeciwpancerne są skuteczne i czołgi na polu walki nie mają najmniejszych szans. Ale pomysły towarzysza Chruszczowa nie sprawdziły się. Czołgów nadal z powodzeniem używano w różnych konfliktach zbrojnych, a tak jak tarcza nie wyeliminowała miecza, tak groźne kierowane rakiety przeciwpancerne nie przepędziły czołgów do lamusa. Same wyrzutnie rakiet mogą być bowiem z powodzeniem niszczone.


                                                    Pole walki przez dziurkę od klucza

                                                    Istotą użycia czołgu jest bowiem współdziałanie. Po pierwsze, jednostek pancernych używamy po starannym rozpoznaniu, a od tego mamy bezpilotowe aparaty latające, śmigłowce i zwiad naziemny. Ten ostatni np. sprawdza, czy teren nie jest zbyt miękki i czołgi nie ugrzęzną, zamieniając się w łatwe cele. Kiedy już wprowadzamy je do ataku, musi im towarzyszyć piechota, która osłania je przed ostrzałem z granatników przeciwpancernych i wskazuje pozycje rakiet przeciwpancernych. Bo z czołgu mało co widać. Załoga ma do dyspozycji tylko małe peryskopy i działa tak, jakby pole walki oglądała przez dziurkę od klucza. Dlatego czołgi współdziałają, a w ramach plutonu każdy wóz otrzymuje swój sektor obserwacji. Oczywiście kiedy piechota z czołgami trafi na silny ogień przeciwnika, musi mieć możliwość natychmiastowego wezwania artylerii i wskazania jej celów. Artyleria może prowadzić ogień do indywidualnych, wskazanych celów bateriami lub dywizjonami, a może też postawić przed własnym ugrupowaniem wał ogniowy, stopniowo przesuwany w stronę nieprzyjaciela, by na oszołomionego i pokiereszowanego wroga zza tej zapory ognia i stali wyjechały czołgi z piechotą zmechanizowaną.

                                                    Ponadto czołgi muszą zająć odpowiednie miejsce. W czasie natarcia w otwartym polu ustawiają się w klin, przodem do przeciwnika i z szerokim polem ostrzału, niezależnie od tego, gdzie pojawi się wróg. W czasie przemarszu węższymi przesmykami czołgi poruszają się skokami na przemian – raz jeden pluton staje w osłonie, a drugi rusza, potem zmiana. Na drogach każdy czołg ma swoje pole obserwacji: czołowy z przodu, kolejny po lewej, następny po prawej, oczywiście zachowują potrzebne odstępy, a na postoju zatrzymują się po przeciwległych stronach drogi kilkanaście metrów od siebie, jeden z lewej, ten za nim z prawej, i tak na przemian, by mogły kontrolować określone wycinki terenu. Zasadę tę stosuje się szczególnie w miastach.



                                                    Jeśli cały czas zapewniamy czołgom rozpoznanie, ścisłe współdziałanie z piechotą, artylerią i saperami (miny też są dla czołgów groźne), czujna obserwacja i zachowanie właściwego ugrupowania pozwalają im na pełną dominację na polu walki. Wówczas czołg niezwykle trudno zniszczyć, a sam jest jak młot, jak taran, którego ciężko powstrzymać.

                                                    O czymś zapomniałem? Nie wspomniałem o wsparciu lotniczym. Rosjanie nie potrafią go sobie zapewnić, a Ukraińcy nie mają czym, ale warto o tym powiedzieć, i to już niedługo, bo dobrze będzie i nam wyciągnąć z tej wojny wnioski. Byle właściwe, a nie zafałszowane określonymi czynnikami.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.06.22, 20:40
                                                    112
                                                    Ciężkie walki toczą się w Siewierodoniecku i trwa nieustanny ostrzał artyleryjski. Na froncie niewiele się więc zmienia, obie strony ponoszą duże straty. Co by to dało, gdyby Ukraina otrzymała większe wsparcie lotnicze dla swoich wojsk?

                                                    Niepokojące doniesienia z Siewierodoniecka: Rosjanie odcięli podobno silną ukraińską obronę w zakładach Azoty od reszty miasta. Byłaby to zła wiadomość, bo znaczyłaby, że nie ma teraz szans na ewakuację rannych, ograniczona byłaby też możliwość dostarczania zaopatrzenia do tego ogniska oporu.

                                                    Pocieszające, że z chwilą zniszczenia mostów na Dońcu, na wypadek gdyby Siewierodonieck padł, Rosjanie będą musieli podjąć forsowanie rzeki, walczyć o przyczółki na drugim brzegu i utrzymanie mostów pontonowych, które z pewnością będzie ostrzeliwać ukraińska artyleria.
                                                    Po lewej Doniec, po prawej gęsty las

                                                    Rosjanie kontynuują przerzut sił na północny zachód od Siewierodoniecka, na wprost Siewierska, przez który wiedzie jedyna teraz droga do zaopatrywania Lisiczańska. Gdyby udało im się sforsować Doniec z rejonu Kreminnej na północny zachód od Rubiżnego, mogliby uderzyć na Siewiersk i przeciąć tę drogę. Gdyby doszli dalej na południe i spotkali się z wojskami nacierającymi spod Popasnej, okrążyliby całe zgrupowanie Ukraińców w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Na szczęście ukraińskie dowództwo jest świadome tego zagrożenia i podejmuje kroki: rozbudowuje obronę skierowaną frontem na północ. Na razie cały ten rejon jest silnie ostrzeliwany przez rosyjską artylerię.

                                                    Na południowy wschód od Iziumu, pomiędzy nim a Łymanem, Rosjanie zdobyli już 12 czerwca dużą wieś Bohorodyczne nad brzegiem Dońca (po jego południowej stronie). Teraz gromadzą siły zapewne po to, by dokonać ataku od północy na Słowiańsk. Dowództwo ma nadzieję obejść od wschodu silną obronę zorganizowaną wzdłuż głównej drogi Izium–Słowiańsk, która wydaje się nieprzemakalna.

                                                    Problemem jest teren – gdy przyjrzymy się mapie, widać, że w kierunku Słowiańska prowadzi jedna droga, która pod kątem prostym dołącza do owej silnie bronionej szosy Izium–Słowiańsk. To zatem ślepa uliczka. Gdyby jednak pójść na przełaj, przez pola, to po 3–4 km natrafia się na szeroki na 4–5 km masyw leśny. Nawet czołgi i bojowe wozy piechoty będą miały problem, żeby przedrzeć się przez ten gęsty i dość wysoki las. Można go obejść od północy, posuwając się przez pagórkowaty teren na Sydorowe, a potem dużą wieś Majaki. Co prawda droga tu licha, ale opierając się na dwu wsiach, da się stworzyć naprawdę solidną obronę. Majaków się nie obejdzie, idąc od północy na Słowiańsk – bo po lewej Doniec, a po prawej gęsty las.
                                                    Rosjanie zbliżają się do własnej granicy

                                                    Rosjanie koncentrują siły też pod Łymanem. Po południowej stronie Dońca leży miasteczko Rajhorodk, to tylko 5 km na północny wschód od Słowiańska. Rzeka przepływa tutaj najbliżej miasta, a od Łymanu biegnie szosa przez Rajhorodk do Słowiańska. W Rajhorodku są dwa mosty, drogowy i kolejowy, przypuszczalnie dawno zniszczone. Na szczęście dla Ukraińców Doniec płynie tu zakolami, tworząc różne dzikie odnogi, a teren wygląda na podmokły. Gdyby udało się Rosjanom zdobyć mosty, mieliby zadanie ułatwione, ale wątpliwe, że jeszcze stoją. W tym przypadku znów byliby skazani na forsowanie rzeki, do czego się ostatnio nie kwapią.

                                                    Na południu Rosjanie ostrzeliwują Bachmut i podejmują różne próby natarcia z włamania na północ i północny zachód od Popasnej. Atakowali tu w różnych kierunkach. Według wpisów na Telegramie Grupa Wagnera uchwyciła wioskę Widrodżennia ok. 15 km na południowy wschód od Bachmutu, ale ukraińskie źródła tego nie potwierdzają. Mimo wszystko obrona trzyma front, a rosyjskie wojska wciąż nie zdołały przeciąć szosy Bachmut–Lisiczańsk.

                                                    Na północ od Charkowa Rosjanie twierdzą, że kontynuują ofensywę w kierunku miasta, by odzyskać utracone tereny. Ogłosili, że odparli kontrataki pod Staricją i Izbickiem, a obie wsie leżą zaledwie 4 km od rosyjskiej granicy, więc ta ich ofensywa jakoś nie w tę stronę idzie... Niespecjalnie mnie to martwi pod warunkiem, że Ukraińcy tu wytrzymają.

                                                    Na południu, atakując, Ukraińcy podeszli na 18 km do Chersonia. Rosjanie uporczywie rozbudowują tu obronę i stawiają setki min tam, gdzie spodziewają się natarcia. Okresowo prowadzą też kontrataki, ale są odpierani.

                                                    .


                                                    Artyleria, czyli jak podzielić koło

                                                    Straty po obu stronach są duże, choć Rosjanie wciąż ponoszą większe. Największym problemem pozostaje artyleria. Prezydent Joe Biden potwierdził, że Ukraina otrzymała dużą ilość zachodniej broni ciężkiej, ale trwa szkolenie. Nie jest proste opanowanie obsługi nowoczesnego sprzętu wojskowego. Dopóki Ukraina dostawała sprzęt po Układzie Warszawskim, mogło to trwać nieco krócej, ale zachodni ma całkiem inną filozofię działania, inne zakresy pracy systemów kierowania, inne zobrazowania na monitorach itd.

                                                    Na przykład taki drobiazg: artyleria i jej miary. Ukraina i Rosja, a wcześniej cały Układ Warszawski posługiwały się nie stopniami, lecz tysięcznymi. Koło dzielono nie na 360 st., a na 6 tys. części („tysięczna z niedomiarem”). Kiedyś mieliśmy przez to problem, bo nieopodal naszego lotniska ćwiczyli przeciwlotnicy. Fajne chłopaki, mieli swoje zestawy 9K33 Osa, wtedy cud techniki, był koniec lat 80. Robiliśmy swoje loty szkolne i treningowe, a oni nas namierzali i ćwiczyli strzelania „na sucho”, bez rakiet oczywiście, tylko radar odpracowywał swoją sekwencję. Albo ćwiczyli śledzenie telewizyjne, bez radaru. Nabijali się z nas, że możemy sobie stosować elektroniczne zakłócenia (mieliśmy zasobniki zakłócające SPS-141), a oni i tak nas widzą przez kamerę z długim obiektywem.

                                                    Pewnego wieczoru zaproponowali integrację. Rozpaliliśmy ognisko, poszły w ruch kije z kiełbaskami, no i oczywiście „rakietowa mocna”, którą dostarczyli. Okazało się, że mieli do nas interes. Czekał ich egzamin i chcieli, żebyśmy podali im kierunki nalotu na nich, to dostaną lepsze oceny, bo i czas reakcji szybszy, i śledzenie łatwiej uchwycić. Dobra, nie ma sprawy. Podaliśmy godziny przelotów i kursy, jak to lotnicy – w stopniach. Takich zwykłych, gdzie koło ma ich 360.

                                                    Następnego dnia przeciwlotnicy byli ciężko na nas obrażeni. Wszystko nie tak! Przylecieliśmy z innych kierunków, niż podaliśmy. Wtedy się zorientowaliśmy, że choć przeciwlotnicza, to jednak artyleria – oni się posługują danymi tysięcznymi, w których koło dzieli się na 6 tys. części. Sądzili, że to, co im dyktujemy, to też części tysięczne. Tymczasem lotnictwo operuje w stopniach...

                                                    Na całym świecie artyleria nie używa stopni, bo nie są dość dokładne. Tyle że NATO korzysta z nieco innych tysięcznych, znanych jako tysięczne z nadmiarem lub miliradiany. Koło dzieli się na 6400 części, a nie 6000. Jeśli ukraińscy artylerzyści mieli swoje wzory i sztuczki do przeliczenia poprawek przy korygowaniu ognia, jak każdy artylerzysta, to teraz nic z tego. Muszą to sobie przemodelować, opracować nowe tabele albo nauczyć się korzystać z otrzymanych. Wszystko trzeba w głowie przestawić i ciągle pamiętać, że zmiana o ileś tam jednostek w prawo to na dystansie 15 km będzie 80 m, a nie 110 m w prawo... Takie drobiazgi, takie szczególiki są dosłownie wszędzie, przy każdym elemencie obsługi nowego sprzętu.


                                                    Wsparcie lotnicze. Nic trudniejszego

                                                    Do tego o wsparciu lotniczym można niestety w Ukrainie pomarzyć, a niewątpliwie by pomogło. I tak lotnictwo obu stron wykonuje teraz głównie misje na bezpośrednie wsparcie pola walki oraz izolację na bliskim zapleczu.

                                                    Bezpośrednie wsparcie lotnicze to jedno z najtrudniejszych zadań lotnictwa. Polega na atakowaniu przeciwnika, który jest w kontakcie bojowym z własnymi wojskami. Czyli walczą tuż obok siebie, czasem nieco zmieniają położenie, jedni atakują, drudzy się cofają. W zasadzie konieczny jest oficer naprowadzania lotnictwa w ugrupowaniu własnych wojsk. W NATO to norma, przy każdej brygadzie jest grupa naprowadzania lotnictwa, a każdemu batalionowi przydziela się odpowiedni zespół – oficera z uprawnieniami, łącznościowca, kierowcę. Kiedyś taki oficer naz
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.06.22, 20:44
                                                    Cd 112

                                                    W NATO to norma, przy każdej brygadzie jest grupa naprowadzania lotnictwa, a każdemu batalionowi przydziela się odpowiedni zespół – oficera z uprawnieniami, łącznościowca, kierowcę. Kiedyś taki oficer nazywał się Forward Air Controler, czyli FAC. Wymawiano „fak”, więc po angielsku brzmiało dziwnie. Szczególnie gdy oficer leciał dwumiejscowym bojowym samolotem rozpoznawczym, wskazując cele nieco dalej w głębi wrogiego ugrupowania. Na oficera naprowadzania lotnictwa w samolocie mówiono Fast FAC, co brzmiało jeszcze bardziej prowokująco.

                                                    Dlatego kilkanaście lat temu Amerykanie nie zdzierżyli i zmienili nazwę na Joint Terminal Attack Controller – połączony (w sensie wspólnego dla Sił Powietrznych i Wojsk Lądowych) kontroler ataku końcowego. Teraz wymawia się „dżejtak” i brzmi nieco lepiej. Ale funkcja się nie zmieniła. Kontroler nawiązuje łączność z samolotem szturmowym lub myśliwsko-bombowym, opisuje mu w określony sposób, co trzeba zaatakować, posługując się uzgodnionymi punktami terenowymi jako odniesieniem. Kiedy widzi, że samolot kieruje się we właściwą stronę, pada sakramentalne „cleared hot!”, co oznacza zgodę na użycie uzbrojenia (często tuż obok własnych wojsk). Pomyłki w celowaniu są koszmarem bezpośredniego wsparcia lotniczego CAS (Close Air Support).


                                                    Rosja ma silne lotnictwo, ale nieskuteczne

                                                    W Rosji i Ukrainie nieco inaczej to zorganizowano. Kontroler naprowadzania lotnictwa, zwany tu nawigatorem dowodzenia i naprowadzania, działał w ramach specjalnego pododdziału: Centrum Dowodzenia Bojowego (CDB). Podpinał się pod dowództwo armii, stąd wysyłał oficerów zwanych nawigatorami do poszczególnych dywizji czy pułków. Czyli działał doraźnie. Nie było tak, że grupa naprowadzania lotnictwa jest na stałe przy każdej brygadzie ani nawet przy tych batalionach, które prowadzą najcięższe boje. Dlatego koordynacja bezpośredniego wsparcia lotniczego w Rosji o wiele bardziej kuleje. Ukraina coraz częściej przyjmuje model natowski, ale nie ma niestety dość lotnictwa.

                                                    Rosjanie mają bardzo silne: wyspecjalizowane w bezpośrednim wsparciu lotniczym samoloty szturmowe Su-25, śmigłowce bojowe Ka-52 Aligator, Mi-28N oraz starsze, ale zmodernizowane Mi-35M (głęboka modernizacja znanego śmigłowca Mi-24). Jednak ich skuteczność, mimo wykorzystania do wsparcia wojsk także taktycznych bombowców Su-34, jest dużo mniejsza od tego, czego można by oczekiwać. Jedną z przyczyn jest właśnie słaba koordynacja z wojskami lądowymi.

                                                    W Rosji wojska powietrzno-kosmiczne i lądowe to oddzielne, udzielne księstwa, obdarzające się wzajemnie głęboką pogardą. Co oni będą tam wysyłać swoich nawigatorów ze swoimi radiostacjami i wskaźnikami laserowymi do jakichś zapijaczonych piechurów czy umorusanych czołgistów. Wiadomo nie od dziś, ręce w błocie, ch… w towocie, to czołgista przy robocie, jak wspomniał kiedyś sam gen. broni Waldemar Skrzypczak. Dlatego rosyjskie lotnictwo przy tak dużych środkach jest niesamowicie nieskuteczne we wspieraniu własnych wojsk. Jakby nie mieli do tego serca, jakby nie bardzo im się chciało, robią tyle, co każe Sztab Generalny.

                                                    Jutro napiszę o tym nieco więcej, bo temat rosyjskich samolotów i śmigłowców bezpośredniego wsparcia lotniczego jest szalenie ciekawy. Postaram się też Państwu przybliżyć, jak to wygląda u nas.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.06.22, 19:19
                                                    114

                                                    Walki toczą się ze zmiennym szczęściem w Donbasie, ale też pod Charkowem i Chersoniem. Wciąż żadna ze stron nie może uzyskać przewagi. Mówi się o dostawach ciężkiego sprzętu do Ukrainy, w tym pancernych pojazdów dla piechoty. Czym jest bojowy wóz piechoty?
                                                    Pod Charkowem sytuacja rozwija się ciekawie. Tutaj Rosjanie niby prowadzą kontrofensywę w celu odzyskania straconych wcześniej terenów, jednocześnie jednak informują, że ciężkie walki toczą się pod Dementiwką, Prudjanką i Szopynem, czyli zaledwie 3–4 km od rosyjskiej granicy, ale tym razem jest to rejon idealnie na północ od Charkowa. Wczoraj pisałem o walkach na północny wschód od miasta. Cięgi zbiera tu 200. Peczengska Brygada Zmechanizowana (arktyczna) z Murmańska walcząca w składzie 6. Armii.

                                                    Ciekawie jest też pod Iziumem. Podczas gdy Rosjanie nacierają na południe od tego miasta, na Słowiańsk po południowo-wschodniej stronie i Barwenkowe po południowo-zachodniej stronie Iziuma, Ukraińcom udało się przerzucić i utrzymać most pontonowy przez Doniec pod Protopopiwką, na zachód od Chersonia. Wojska ukraińskie zajęły wieś Zawody po południowej (swojej) stronie Dońca, ale też Spiwakiwkę, leżącą naprzeciwko, po północnej (okupowanej przez Rosjan) stronie Dońca, i położoną na wschód od niej wieś Pridonieckie. Z tej ostatniej miejscowości do granic Iziuma jest tylko 10 km, a do centrum – 14 km. Miasta broni 38. Witebska Brygada Zmechanizowana Gwardii z 35. Armii Wschodniego Okręgu Wojskowego oraz 423. Jampolski Pułk Zmechanizowany Gwardii z 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii z 1. Armii Pancernej Gwardii Zachodniego Okręgu Wojskowego. Które dowództwo armii sprawuje kierownictwo nad tą obroną, Bóg raczy wiedzieć, Rosjanom znów zdarza się mieszać jednostki ze sobą od Sasa do lasa. Ponadto są tu pozycje 45. Swirskiej Brygady Artylerii Wielkiej Mocy (haubice 2S7M Małka kal. 203 mm i moździerze 2S4 Tulipan kal. 240 mm) z Zachodniego OW, 79. Nowozybkowskiej Brygady Artylerii Rakietowej Gwardii z wyrzutniami BM-30 Smercz, także z Zachodniego OW oraz 30. Brygada Artylerii z 36. Armii Wschodniego OW, z haubicami 2A65 Msta-B kal. 152 mm. Całkiem sporo artylerii, trzeba przyznać, dobrze by było, gdyby Ukraińcom udało się ją poniszczyć albo zdobyć. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby ukraińskie wojska zniszczyły przeprawy przez Doniec w Iziumie, powodując ciężkie problemy z zaopatrzeniem wojsk rosyjskich na południe od tego miasta. A tych wojsk jest tu zatrzęsienie, nagłe pozbawienie ich amunicji i paliwa to byłoby coś!

                                                    Gorzej jest niestety w Siewierodoniecku. Co prawda Ukraińcy nadal bronią się tu w części miasta, ale łatwo wcale nie jest. Niewykluczone, że w końcu będą się musieli wycofać na zachodni brzeg Dońca. Gorzej, że na południe od Lisiczańska po zachodniej stronie rzeki miejscowość Toszkiwka została przypuszczalnie zdobyta przez Rosjan. Stwarza to zagrożenie dla Lisiczańska od południa i ukraińskie wojska będą musiały sobie z tym jakoś poradzić.

                                                    Dalej trwają ciężkie walki pomiędzy Wołodymyriwką a Striapiwką, pod Sołedarem, czyli w odległości ok. 8 km na wschód od Bachmutu. Wygląda na to, że w tym rejonie Rosjanie posunęli się ok. 1 km na zachód, ale droga Bachmut–Lisiczańsk nadal jest w rękach ukraińskich i rosyjskie bicie głową w mur nic nie daje, tej ważnej drogi wciąż przeciąć nie mogą. Z ciekawostek: pojawił się film z zestrzelenia rosyjskiego śmigłowca szturmowego Mi-35M w tym rejonie. Rosyjska załoga leci na małej wysokości przez środek pola po prostej, choć niedaleko ma linię drzew, do której mogłaby się przytulić i lecieć wzdłuż niej. Wówczas można by uniknąć trafienia, bo Rosjan zasłaniałyby drzewa, a z drugiej strony ciężko byłoby uchwycić ślad termiczny śmigłowca na tle pobliskich drzew, które też są źródłem promieniowania podczerwonego. Obsłudze przeciwlotniczego przenośnego zestawu rakietowego byłoby o wiele trudniej namierzyć śmigłowiec swoją głowicą samonaprowadzania pracującą w podczerwieni. Ale cóż, już tego załogi nikt nie nauczy, bowiem po trafieniu pociskiem w okolice wylotu gazów spalinowych z turbin śmigłowca maszyna straciła sterowność, zaczęła się obracać i spadła, efektownie wybuchając na ziemi. Nie ma szans, by ktoś przeżył.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.06.22, 19:22
                                                    Cd 114

                                                    Ślady ukraińskich służb specjalnych

                                                    Ukraińcy dokonali też dwóch udanych ataków swoimi rakietami ziemia–ziemia 9K79M Toczka-U o zasięgu do 120 km. W jednym przypadku zniszczono skład amunicji w Nowej Kachowce, na wschód od Chersonia. Drugi atak był jeszcze bardziej spektakularny, bo trafiono koszary w mieście Chrustalnyj w Ługańskiej Republice Ludowej. Koszary te Ukraińcy znali, bo przed 2014 r. należały do nich, ale informacja o nagromadzeniu w nich wojsk musiała zostać dostarczona przez wywiad lub siły specjalne. W dodatku zwieziono tu olbrzymie ilości amunicji artyleryjskiej i właśnie ta amunicja została idealnie trafiona. Później nastąpił bezpłatny pokaz fajerwerków i ogni sztucznych, w wyniku którego zniszczeniu uległa też pewna część zgromadzonego tam sprzętu wojskowego.

                                                    Ślady działalności ukraińskich sił specjalnych można znaleźć też gdzie indziej. Pod Biełgorodem w Rosji spalił się wojskowy park samochodowy, a w nim spora liczba ciężarówek Ural używanych przez Rosjan do zaopatrywania wojsk.

                                                    W opisywanych działaniach w Donbasie wielką rolę odgrywa też piechota zmechanizowana. To ona ponosi główny ciężar odpierania ataków Rosjan i prowadzenia własnych kontrataków. Warto wiedzieć, czym się przemieszcza po polu walki.


                                                    Koniec pieszej piechoty

                                                    W czasie I wojny światowej i przez cały okres międzywojenny piechota była tym, na co wskazuje nazwa – formacją złożoną z żołnierzy, których środkiem transportu były ich własne nogi. Oczywiście szybkość, z jaką wojsko się przemieszczało, nie była imponująca. Zwykle było to 15–20 km dziennie. To i tak dość dużo, jak dla przeciętnego człowieka obciążonego karabinem, ładownicą pełną naboi, hełmem, maską przeciwgazową, plecakiem ze zmianą bielizny i rzeczami osobistymi oraz przytroczonym do niego kocem. Przeciętnego, bo do piechoty często trafiali właśnie zmobilizowani rezerwiści. Piechota potrzebowała najwięcej żołnierzy, stanowiła bowiem główną masę bojową, ale najłatwiej było wyszkolić właśnie piechura. Kawalerzysta musiał umieć jeździć konno, artylerzysta – obsługiwać działo i prowadzić jego proste naprawy, saper – minować i rozminowywać, budować mosty, drogi, ziemianki i pozycje umocnione, łącznościowiec – kłaść i łączyć z centralką polowe linie telefoniczne, obsługiwać radiostację. A piechur musiał umieć strzelać i działać w zespole z kolegami, ukrywać się przed ogniem wroga, jego szkolenie trwało więc najkrócej.

                                                    I dziś tak jest, choć współczesny piechur jest zdecydowanie większym profesjonalistą. Kiedyś tylko część piechurów potrafiła rzucać granaty – nazywano ich grenadierami, dziś każdy piechur to potrafi. Normalny żołnierz piechoty nosił powtarzalny karabin, ale wyspecjalizowane grupy szturmowe uzbrajano w pistolety maszynowe, takie jak niemiecki MP-38 Schmeisser czy sowiecki PPSz-43, czyli słynną pepeszę („nic tak nie cieszy jak seria z pepeszy”) – tych nazywano fizylierami. Dziś każdy piechur ma strzelający seriami karabinek automatyczny. Chyba że jest strzelcem ręcznego karabinu maszynowego albo strzelcem wyborowym – wówczas ma karabinek wyborowy („snajperkę”). Obecnie piechurzy posługują się też granatnikami podwieszanymi pod karabinki, rakietowymi granatnikami przeciwpancernymi, kierowanymi pociskami przeciwpancernymi, takimi jak Javelin czy używane w Polsce Spike-ER, produkowane na izraelskiej licencji, potrafią też udzielać pierwszej pomocy medycznej, korzystać z noktowizorów do nocnej obserwacji i z lekkich przenośnych radiostacji, a także podłączonych do nich laptopów, by przesłać meldunek w formie elektronicznej lub wykonane na polu walki zdjęcie mające określoną wartość dla przełożonych. Korzystają też z odbiorników GPS, by zlokalizować swoje położenie. Potrafią walczyć w dzień i w nocy, na polu i w lesie, na terenach wiejskich i w terenie zabudowanym. Dlatego dziś nawet piechura szkoli się bardzo długo.

                                                    Ciekawe jest to, że piechota tylko w niektórych, głównie słowiańskich, językach nosi nazwę od chodzenia pieszo. W językach zachodnich jest infantry (angielski), infanterie (niemiecki i francuski) czy fanteria (włoski). A wszystko od słowa „infant” – niemowlak. Bo piechur głosu nie ma. Ma słuchać rozkazów i je wykonywać, bez gadania. Jest niemy, jak niemowlak.

                                                    Wiadomo natomiast, że od dawna piechota nie porusza się na piechotę, chyba że bezpośrednio na polu walki. Na większe odległości przemieszcza się różnymi pojazdami.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.06.22, 19:24
                                                    Cd2 do 114

                                                    Mechaniczne konie i Rudy „102”

                                                    Historycznie pierwsze zaczęły się motoryzować jednostki kawalerii, bowiem już w I wojnie światowej walczyły one pieszo, konie służyły im do szybkiego przemieszczenia się z miejsca na miejsce, by na określonym odcinku szybko spotęgować własne siły i uzyskać przewagę nad przeciwnikiem. Dlatego konie zmieniono na ciężarówki, które przewoziły piechurów z miejsca na miejsce, ale do walki szły one pieszo. Było to nawet wygodne, ciężarówki nie wymagały, by spora część kawalerzystów je pilnowała (tzw. koniowody), nie uciekały nawet w obliczu głośnych odgłosów walki. Ale ciężarówki nie chroniły przed jakimkolwiek ostrzałem, dlatego piechocie współdziałającej z czołgami dano transportery opancerzone. Chyba wszyscy widzieli półgąsienicowe pojazdy niemieckie Demag czy Hanomag, które wyglądały jak opancerzona ciężarówka, tylko zamiast tylnego mostu miały gąsienicowy zespół napędowy, a z przodu zwykłe koła do skręcania. Niemal identyczne były amerykańskie half-tracki.

                                                    Tylko Sowieci nie stworzyli podobnego pojazdu, mieli inne priorytety. Ich bataliony zmotoryzowane dla brygad pancernych miały trzy kompanie. Pierwsza była fizylierów, których sadzano na pancerze czołgów, jechali tak jak słynny sierżant Czernousow (ten od „jołki-połki”) ze swoją drużyną przylepiony z tyłu do wieży znanego czołgu „102” Rudy. A dwie pozostałe kompanie wożono za czołgami amerykańskimi ciężarówkami Studebacker, których Sowieci dostali dziesiątki tysięcy od dobrych Amerykanów w ramach tego pierwszego Lend Lease. Tu mała dygresja, wiecie skąd się wziął numer czołgu „102”? Janusz Przymanowski, autor „Czterech Pancernych i Psa”, był oficerem politycznym. Numery na „001” to dowództwo 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Numery na „100” to numery 1. Pułku Czołgów tejże brygady, a jego poszczególne kompanie miały numery na „110” (1. Kompania), „120” (2. Kompania) itd. Natomiast w samym dowództwie pułku to: „100” – dowódca pułku, „101” – szef sztabu pułku, a „102” – wiecie kto? Tak, zastępca dowódcy pułku ds. politycznych… Jak sam autor Janusz Przymanowski, też politruk. Czołg „103” to zastępca ds. liniowych, „104” dowódca plutonu zwiadu pułku itd. W 2. Pułku Czołgów brygady polityczny pułku jeździł wozem z numerem „202”. Notabene we wrześniu 1944 r. brygadę przeformowano z dwóch pułków w trzy mniejsze bataliony, a numery taktyczne zmieniono na czterocyfrowe, ale nasz „102” do Berlina dojechał z pierwotnym numerem…

                                                    Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

                                                    Transportery na atomowe pole walki

                                                    Ale wróćmy do piechoty. Po wojnie, na atomowym polu walki, transportery opancerzone dla piechoty stały się koniecznością, bowiem w rejonach skażonych lepiej było poruszać się pod pancerzem. Teraz transportery nie były już odkryte z góry, bo w rejonach skażonych musiały być hermetyczne. W latach 60. powstał niezwykle udany amerykański transporter opancerzony M113 używany do dziś do różnych zadań. Było to takie pudełko na gąsienicach, uzbrojone w zewnętrznie montowany najcięższy karabin maszynowy Browning kal. 12,7 mm, słynną półcalówkę. Strzelec musiał jednak obsługiwać broń ręcznie, częściowo wychylając się na zewnątrz pojazdu. Pojazd wykonano z lekkiego, choć odpornego pancerza aluminiowego o grubości chroniącej przed ogniem broni strzeleckiej i odłamkami pocisków artyleryjskich, które wybuchały obok.

                                                    Te produkowane dziesiątkami lat transportery powstały w olbrzymiej liczbie i teraz ok. 200 takich pojazdów otrzymuje od USA Ukraina. Z pewnością będą przydatne, jeśli nie dla samej piechoty zmechanizowanej (ta używa dziś bojowych wozów piechoty, o czym dalej), to dla saperów, łącznościowców, do ewakuacji medycznej, dla stanowisk dowodzenia oraz dla wojsk obrony terytorialnej, by je ewentualnie zmechanizować. Dziś ich podstawowym środkiem transportu jest nieopancerzona ciężarówka. Polska wraz z czołgami Leopard też otrzymała od Niemców transportery M113 używane przez nich razem z czołgami w roli wozów dowódczych oraz do ewakuacji medycznej. Polskie M113 służą w 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej z Żagania.

                                                    Czytaj także: Wyobraźcie sobie, co czują Rosjanie za sterami Su-25

                                                    Współczesne rydwany bojowe

                                                    Jeszcze w 1958 r. w ZSRR wojskowi wpadli na ciekawy pomysł. A co, jeśli w rejonach skażonych radioaktywnie po wybuchach jądrowych nieprzyjaciel zorganizuje obronę? Wówczas przejście przez wyłom w obronie uzyskany uderzeniem jądrowym mogłoby zostać zatrzymane, a żołnierze byliby zmuszeni do długotrwałego przebywania na terenie skażonym. Kto niby miałby się bronić na takich terenach, tego nie wiadomo, ale zapewne Sowieci mierzyli potencjalnego wroga swoją własną miarą. W każdym razie wymyślili, że trzeba piechocie dać transporter opancerzony, który pozwalałby jej walczyć z wnętrza pojazdu, za pancerzem chroniącym przed skażeniami. Ale też i przed zwykłą bronią strzelecką na nieskażonym polu walki. To byłoby coś! Taki współczesny rydwan bojowy, jak te słynne rzymskie.

                                                    I taki pojazd opracowano, w ostatecznej postaci był gotowy w 1964 r. Nazwano go Bojewaja Maszyna Piechoty, czyli Bojowy Wóz Piechoty – BMP-1, w Polsce znany jako BWP-1. Wyglądał jak zmniejszony czołg, niski kadłub, z przodu po prawej silnik, a po lewej kierowca i dowódca drużyny, mający swoje optyczne peryskopy do obserwacji terenu. W środku mała, ciasna wieża ze strzelcem, który obsługiwał gładkolufowy granatnik kal. 73 mm, karabin maszynowy kal. 7,62 mm oraz wyrzutnię kierowanych pocisków przeciwpancernych rakietowych 9M14 Malutka. Z tyłu za wieżą był przedział desantowy dla ośmiu żołnierzy, z których dwóch było strzelcami ręcznych karabinów maszynowych kal. 7,62 mm, a sześciu pozostałych miało standardowe „kałachy” AK-47. Dlatego boczne wykusze zasłaniane pancernymi osłonami miały dwa duże otwory i sześć małych, po jednym dużym i trzech niewielkich z każdej strony.

                                                    Wozy BMP-1, które dodatkowo pływały, okazały się prawdziwym hitem. Wprowadzono je do produkcji w 1966 r. i od razu zaczęły wypełniać jednostki zmechanizowane: pułki zmechanizowane w dywizjach pancernych i co najmniej jeden z trzech pułków zmechanizowanych dywizji zmechanizowanych. Pozostałe dwa często dostawały kołowe transportery BTR-60, ale o nich napiszę oddzielnie, to ciekawy temat: czy piechota ma się poruszać na gąsienicach, czy na kołach? Nigdy nierozwiązany dylemat, wiele armii ma takie i takie jednostki piechoty zmechanizowanej. Wozy gąsienicowe sprawdzają się w terenach wiejskich, zaś kołowe tam, gdzie gęstość dróg bitych jest większa, a także w terenach zurbanizowanych, kiedy mogą poruszać się relatywnie szybko i sprawnie. Pojazdy na gąsienicach są w miastach dosyć nieporadne.

                                                    Czytaj też: A polska artyleria? Mizerna. Z Rosją nie miałaby szans

                                                    Dominacja bojowych wozów piechoty

                                                    W każdym razie BMP-1 nadał ton. Od nazwy tego konkretnego pojazdu wzięła się nazwa całej klasy. Po angielsku to Infantry Fighting Vehicle (IFV), po francusku véhicule de combat d'infanterie, a po włosku veicolo corazzato da combattimento della fanteria, wszędzie tak samo – przetłumaczona nazwa rosyjska. Szybko odkryto, że strzelanie z wnętrza pojazdu to utopia, wóz w ruchu trzęsie i się kołysze, więc serie z broni maszynowej leciały we wszystkich możliwych kierunkach, ale nie we wroga. Poza tym piechota przez swoje małe peryskopy guzik widziała. Strzelanie z wnętrza wozu było bez sensu. Okazało się natomiast, że bojowy wóz piechoty jest niezwykle przydatny, bowiem w przeciwieństwie do transportera opancerzonego, który wyrzucał piechotę przed frontem nieprzyjaciela i się zwijał, by nie wystawiać się na trafienie, bojowy wóz piechoty zostawał i wspierał walczących piechurów ogniem ze swojej broni pokładowej.

                                                    Chyba dlatego w RFN, które jako drugie po ZSRR państwo opracowało własny bojowy wóz piechoty Marder 1 (Kuna), nazwano go schützenpanzer, czyli czołg dla strzelców (dla piechoty). Później pojawił się amerykański M2 Bradley, który dość solidnie opancerzono, a w ZSRR ulepszono BMP-1, zamieniając wieżę na
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 19.06.22, 18:24
                                                    115

                                                    Na froncie nadal pas, ale widać, że Rosjanie mimo rozpaczliwych prób nie są w stanie przejść do poważniejszych działań ofensywnych. Wciąż czekamy na wejście do walki szkolonych na zachodnim sprzęcie wojsk ukraińskich. Tymczasem opowiedzmy sobie o Donieckiej Republice Ludowej, królestwie rosyjskiej FSB.

                                                    Na północ od Charkowa nastąpiła wymiana ciosów we wschodniej części frontu, wzdłuż Dońca, który tu wypływa z Rosji i płynie na południe. Odnotowano próby rosyjskiego rozpoznania walką, lecz według źródeł ukraińskich wszystkie ataki zostały odparte. Źródła rosyjskie mówią o zajęciu jednej małej wsi. Ogólnie front przebiega tu wzdłuż dużych wsi Ternowa (2 km od granicy z Rosją), Bairak i Rubiżne nad Dońcem (nie miasto Rubiżne w obwodzie ługańskim).

                                                    Pod Iziumem nadal trwają próby rosyjskich ataków. Ukraińskie wojska kontratakowały i odbiły z rąk napastników wieś Dmitriwkę, która leży na głównej drodze Izium–Barwinkowe. Z kolei bezpośrednio na Słowiańsk nacierał 237. Pułk Czołgów i 752. Pietrokowski Pułk Zmechanizowany Gwardii z 3. Wiślańskiej Dywizji Zmechanizowanej z 20. Armii Gwardii Zachodniego Okręgu Wojskowego. Wschodnie skrzydło głównego ataku osłania 39. Brygada Zmechanizowana z 68. Korpusu Armijnego z Sachalina, tracąc część miejscowości Bohorodyszcze na wschód od Krasnopolia. Wspomniany korpus, który pod różnymi nazwami broni od II wojny światowej Sachalinu, to wojsko trzeciej kategorii, choć 39. Brygada jest o tyle ciekawa, że ma pomocnika dowódcy ds. religijnych (w brygadzie służy sporo Ajnów, Nowchów i Ewenków wyznających m.in. animizm oraz japońskie shinto, a także buddyzm).

                                                    Dalej na wschód, w rejonie Łymania Rosjanie prowadzili intensywny ostrzał południowego brzegu Dońca, jakby w przygotowaniu gruntu pod forsowanie rzeki. Ostrzał prowadził 400. Transsylwański Pułk Artylerii Samobieżnej ze składu 90. Dywizji Pancernej Centralnego OW, a także 120. Stalingradzka Brygada Artylerii Gwardii z 41. Armii oraz 385. Odeska Brygada Artylerii Gwardii z 2. Armii Gwardii (obie z Centralnego OW). Wygląda na to, że do forsowania szykuje się tu 90. Dywizja Pancerna Gwardii z jej czołgami T-72BW, T-72B3M i bojowymi wozami piechoty BMP-2.

                                                    Z kolei w Siewierodoniecku Rosjanie wprowadzili do walki 68. Żytomiersko-Berliński Pułk Czołgów Gwardii ze 150. Irdycko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej z 8. Armii Gwardii Południowego OW. Należy przypuszczać, że walczą tu też inne jednostki 8. Armii Gwardii, która jest zdecydowanie silniejsza niż walcząca tu poprzednio 5. Armia ze Wschodniego OW. Ukraińcy w Siewierodoniecku bronią się głównie w Zakładach „Azot”, w których schroniła się też ludność cywilna, w tym ośmioro dzieci. Planuje się ewakuację tych cywili, ale chwilowo uniemożliwia to nieustanny ostrzał rosyjski. Poza zakładami ukraińskie wojska bronią się na zachodnich i południowych przedmieściach Siewierodoniecka oraz w małych wsiach po południowej stronie miasta.

                                                    Z kolei po drugiej stronie Dońca, w rejonie Toszkiwki (na południe od Lisiczańska), rosyjski 394. Pułk Zmechanizowny ze 127. Dywizji Zmechanizowanej z 5. Armii dał się wypchnąć z części zdobytego wcześniej miasteczka. Wojska 5. Armii to raczej jednostki drugiej, jak nie trzeciej kategorii, w znacznym stopniu złożone z poborowych z Dalekiego Wschodu.

                                                    Dalej na zachód południowego odcinka Łuku Słowiańskiego, między Popasną a Lisiczańskiem (czyli w rejonie Hirskie–Zołote) rosyjskie siły wkroczyły do Wrubiwki, ale nie kontrolują raczej całego miasteczka. Wojska ukraińskie są tu otoczone z trzech stron, nie wykluczone, że będą chciały się wycofać, choć z pewnością znajdujących się tu wzgórz będą bronić tak długo, jak się da.

                                                    Przy drodze Bachmut–Lisiczańsk bez zmian. Według komunikatu sztabu generalnego ataki na Berestowe, Nyrkowe oraz Wasiliwkę zostały odparte, co świadczy o ukraińskiej kontroli nad tymi miejscowościami. Siły ukraińskie odzyskały kontrolę nad szosą Bachmut–Switłodarsk (miasteczko na południe od Popasnej), wyrzucając Rosjan na wschodnią stronę.

                                                    Obiekty wojskowe pod Donieckiem były silnie ostrzeliwane przez ukraińską artylerię oraz atakowane z powietrza przez lotnictwo. Wokół miasta szaleje dużo pożarów, głównie w jednostkach wojskowych i składach amunicji, aczkolwiek pociski spadały także na samo miasto. Prawdopodobnie Rosjanie wykorzystują fakt aktywności wojsk ukraińskich i „dokładają” swoimi pociskami w miasto, aby móc oskarżyć obrońców o ataki na osiedla mieszkalne.

                                                    W obszarze całego Donbasu trwa bardzo intensywny ostrzał. Według różnych szacunków 60–80 proc. sił rosyjskich skupionych jest w rejonie Izium–Siewierodonieck–Popasna–Donieck i cały czas przerzucane są tam kolejne. Mimo tego postępy rosyjskie są mniej niż mizerne, a morale obrońców nie spada. Pikuje za to w szeregach sił Ługańskiej i Donieckiej RL, jednak w tym przypadku utrzymują je oddziały „zaporowe”, szybko dyscyplinujące uciekających z frontu ogniem z broni maszynowej.

                                                    Rosjanie zabierają siły spod Zaporoża, rezygnując z działań ofensywnych w tym rejonie, bo chcą przerzucić je do Donbasu. Pod Chersoniem zwiększa się aktywność ukraińskiego lotnictwa, które coraz częściej atakuje cele oddalone od linii frontu. Zniszczone w ten sposób miały zostać: baza remontowa w okolicach Nowej Kachowki, kolumna zaopatrzenia w okolicy Berysławia czy pozycje wyrzutni przeciwlotniczych na przedmieściach Chersonia. Ołeksandr Arestowicz w wieczornym wywiadzie stwierdził, że otrzymał zdjęcia od ukraińskich żołnierzy, na których widać Chersoń z odległości 15–18 km. Musiałoby to oznaczać wyzwolenie Kisieliwki, aczkolwiek żaden komunikat o tym nie mówił.
                                                    Czy Ukraińcy przegrywają?

                                                    Na koniec mała uwaga. Pojawiają się dość pesymistyczne oceny mówiące o tym, że Ukraina przegrywa tę wojnę. Że w Donbasie Rosjanie wystrzeliwują codziennie 60–70 tys. pocisków artyleryjskich, a Ukraińcy tylko 5–6 tys. To akurat prawda, kwestia tylko tego, jak wygląda kierowanie ogniem po stronie rosyjskiej i ukraińskiej. Ukraiński ostrzał, choć mniej intensywny, jest mimo wszystko bardziej celny, co pokazują różne filmy wykonane z dronów, zaś rosyjskie pociski najczęściej ryją pola i wyrywają drzewa z korzeniami w lasach – tylko część zadaje realne straty wojskom ukraińskim.

                                                    Gdyby też ta wojna miała tak wyglądać do końca świata, to Ukraina faktycznie by tego nie wytrzymała. Ale wciąż czekamy na wprowadzenie do działań świeżych sił formowanych z wykorzystaniem zachodniego sprzętu. Ten napływ nie jest jednak tak szybki, jak by się chciało, ale jest, a wiele z dostarczonego uzbrojenia nie zostało jeszcze użyte w walce. To jednak świadczy o tym, że coś się wokół tego sprzętu tworzy, jakieś kolejne formacje, pewnie ok. 10 brygad, których wprowadzenie naprawdę może zacząć zmieniać sytuację. Z naciskiem na „zacząć”. Pozostaje pytanie, jak na to zareagują Rosjanie, bo mogą ogłosić powszechną mobilizację, która zapewne będzie u nich farsą.


                                                    Doniecka Republika Ludowa, królestwo FSB

                                                    Doniecka Republika Ludowa powstała 7 kwietnia 2014 r. w wyniku masowych wówczas protestów społecznych w Donieckim Zagłębiu Węglowym. W znacznym stopniu sterowana przez Kreml propaganda wmawiała mieszkańcom, że zwrot na Zachód, jaki nastąpił po słynnym Majdanie z 2013 r., spowoduje upadek przemysłu ciężkiego na wschodzie Ukrainy. Stąd strajki i niepokoje na całym wschodzie kraju, od Mariupola po Charków, przez Donieck, Ługańsk, Słowiańsk i Siewierodonieck. Wszędzie ludzie chcieli związać się z Rosją, budować gospodarkę w oparciu o silną – jak im wmawiano – gospodarkę rosyjską i wzajemną wymianę handlową oraz współpracę ekonomiczną. Większość ludności tej części Ukrainy mówiła po rosyjsku, a spora część jeździła do Rosji do pracy.

                                                    Już w samym momencie powstania Donieckiej Republiki Ludowej kontrolę nad jej władzami przejęła rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa. Pierwszy (od maja do sierpnia 2014 r.) prezes rady ministrów samozwańczej republiki Aleksandr Borodaj (później do października 2014 r. zastępca prezesa rady ministrów) był generałem majorem FSB. Uważano jednak, że – jakkolwie
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 19.06.22, 18:27
                                                    Cd 115

                                                    Już w samym momencie powstania Donieckiej Republiki Ludowej kontrolę nad jej władzami przejęła rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa. Pierwszy (od maja do sierpnia 2014 r.) prezes rady ministrów samozwańczej republiki Aleksandr Borodaj (później do października 2014 r. zastępca prezesa rady ministrów) był generałem majorem FSB. Uważano jednak, że – jakkolwiek to brzmi – zbyt łagodnym. Jego związki z FSB są dość trudne do określenia, bowiem przez wiele lat pracował jako dziennikarz i korespondent wojenny, by w 2002 r. zostać rzecznikiem prasowym tej służby. Później okazało się, że ma stopień generała majora FSB. To najniższy stopień generalski w Rosji, choć nie był on typowym funkcjonariuszem zza biurka, a całe życie operował „w terenie” pod przykrywką.

                                                    Szybko został wygryziony przez Aleksandra Zacharczenkę (1976–2018). Ten syn górnika urodzony w Doniecku, a wychowany w Bachmucie, miał średnie wykształcenie (był technikiem elektromechanikiem, pracował w kopalni, na powierzchni). Później w jego życiorysie jest dziura. Podobno zajmował się przedsiębiorczością, będąc udziałowcem różnych firm, był powiązany m.in. z Rinatem Achmetowem, najbogatszym człowiekiem w Ukrainie, byłym prezesem Szachtara Donieck. W 2014 r. Achmetow wahał się, ale ostatecznie opowiedział po stronie Ukrainy, a w 2022 r. twardo stoi u boku ukraińskich władz. Zacharczenko, który mógł prowadzić różne interesy w imieniu mocodawców z FSB, stał się z oczywistych względów zagorzałym separatystą. Pod jego rządami Doniecka RL zamieniła się w kompletnie mafijne państwo, które zaczęło przegrywać na polu militarnym.

                                                    Dziwny wybuch windy w bloku Motoroli

                                                    Jeszcze w końcu maja 2014 r. siły wierne ukraińskim władzom odbiły z rąk separatystów Międzynarodowy Port Lotniczy im. Siergieja Prokofiewa położony po północnej stronie Doniecka. Był to poważny cios dla Donieckiej RL, dlatego swój szturm na lotnisko separatyści, wspierani prawdopodobnie przez regularne wojska rosyjskie, przypuścili 28 września. Do ataku ruszyli przy silnym wsparciu artylerii i wyrzutni rakiet BM-21 Grad (to już ewidentnie była pomoc Rosji). Pierwsze natarcia zostały odparte, dopiero 3 października separatystom udało się wedrzeć na jego skraj. 9 października zajęto większość lotniska, ale ukraiński kontratak ich odrzucił. W końcu 21 stycznia 2015 r. donieckim separatystom udało się zająć całe lotnisko i przejąć nad nimi kontrolę. Wojskami donieckimi dowodził płk Arsen Pawłow, znany jako „Motorola”, były podoficer armii rosyjskiej służący w łączności 77. Moskiewsko-Czernihowskiej Brygady Piechoty Morskiej Gwardii (istniała w latach 2000–08 we Flotylli Kaspijskiej) i weteran walk w Czeczenii. Niewykluczone, że Motorola był związany z GRU, dlatego został tu oddelegowany. Wskazuje na to fakt, że w 2012 r. został skazany na karę więzienia w Rostowie nad Donem za kradzież samochodu, ale kary nie odbył – został wysłany do Donbasu w Ukrainie. Tutaj był jednym z organizatorów protestów separatystów. Później został dowódcą Batalionu „Sparta” należącego do samozwańczej Milicji Ługańskiej. Związki Motoroli z GRU jadą na kilometr.

                                                    Rywalizacja między FSB a GRU o przejęcie kontroli nad władzami separatystycznych republik była silna i w 2015 r. jeszcze nierozstrzygnięta. Ostatecznie jednak GRU wywalczyło przewagę w Ługańskiej RL, a FSB w Donieckiej, i dlatego Motorola musiał odejść. 17 października 2016 r. wybuchła winda w bloku, w którym miał mieszkanie. Windy z natury swojej wybuchają rzadko, ale dla Motoroli zrobiły wyjątek. Był to zamach typowy dla FSB. Inni jednak przypisują go ukraińskim służbom specjalnym. Niedługo potem zginął znienawidzony przez Ukraińców dowódca Batalionu Somali ppłk Michaił Tołstych, były mechanik pochodzenia gruzińskiego, awanturnik i zbrodniarz wojenny. Uczestniczył w kilku ważnych bitwach w Donbasie, m.in. w okrążeniu i rozbiciu sił ukraińskich pod Iłowajśkiem w sierpniu 2014 r. Tołstycha zabito w Makiejewce (mieście przyległym bezpośrednio do Doniecka od wschodu) 8 lutego 2017 r. w jego własnym gabinecie w koszarach. Ktoś wstrzelił mu przez okno rakietę typu Trzmiel z głowicą zapalającą, z ręcznego granatnika. Spłonął żywcem, bo to był taki rakietowy miotacz ognia przeznaczony do niszczenia bunkrów przez wstrzeliwanie pocisku z masą zapalającą przez otwory strzelnicze.

                                                    12 kwietnia 2014 r. wyróżnił się inny dowódca separatystów, zdecydowanie funkcjonariusz FSB, przypuszczalnie w stopniu pułkownika w wydziale do walki z terroryzmem. To Igor Girkin, znany też jako Igor Striełkow, który zorganizował śmiałą akcję zajęcia Kramatorska i Słowiańska (nastąpiła przy bierności sił ukraińskich). W mieście pojawili się wtedy także żołnierze rosyjskiej 45. Brygady Specnazu Gwardii z wojsk powietrzno-desantowych (nie z GRU). Tymczasem ukraińska 25. Syczesławska Brygada Powietrzno-Desantowa okryła się tu wówczas hańbą, część jej żołnierzy wraz ze sprzętem (sześć pojazdów pancernych na bazie transportera desantowego BMD) przeszła na stronę separatystów. Brygada miała zostać rozwiązana dekretem ówczesnego prezydenta Petra Poroszenki, ale skończyło się tylko na radykalnych czystkach. Dziś ta sama brygada dzielnie walczy w Donbasie.

                                                    Następnie prorosyjscy separatyści i sami Rosjanie dopuścili się zbrodni na romskiej ludności Słowiańska. Były morderstwa, pobicia, gwałty i rabunki. Wówczas świat nie chciał dostrzec rosyjskich zbrodni na Romach. A okazuje się, że ruski mir już od dawna znaczył wciąż to samo: umiłowanie do zadawania ludziom cierpień.

                                                    21 kwietnia 2014 r. ruszyła ukraińska operacja militarna i odbito Swiatohirsk, najdalej wysuniętą na północ pozycję separatystów (niedawno to miasto zostało ponownie zdobyte przez wojska rosyjskie). Ukraińcy skupili się potem na odcięciu Słowiańska i Kramatorska od głównej części Donieckiej RL. Używając głównie jednostek powietrzno-desantowych, przy wsparciu artylerii i lotnictwa rozpoczęli operację 5 maja 2014 r., ale czekały ich ciężkie walki. Dopiero dwa miesiące później doniecka milicja (czyli zorganizowane przez Rosjan siły zbrojne Donieckiej RL) wycofała się aż na same przedmieścia Doniecka. W ręce sił ukraińskich wpadło nawet miasteczko Awdijiwka.


                                                    Wojna wojną, a żyć trzeba

                                                    Z tą Awdijiwką wiąże się ciekawa historia. W mieście tym mieszczą się duże zakłady koksownicze, w których pracuje spora część mieszkańców Doniecka. Od stycznia 2015 r., kiedy wygasły ciężkie walki na granicy Donieckiej RL i pozostałej, nieokupowanej części Ukrainy, aż do lutego 2022 r. normlanie chodzili do pracy w tej koksowni. Wojna wojną, a żyć przecież trzeba. Oficjalnej granicy nie było, ale były „blokposty”, czyli punkty kontrolne obu stron. Część ludzi pozałatwiała sobie jakieś lewe przepustki, choć te nie zawsze były honorowane. Większość wydeptała różne ścieżki przez las i przez pola, obchodząc owe blokposty. I tak codziennie, bo koksownia to zakład pracy ciągłej, na trzy zmiany. Spora część ludności Doniecka chodziła do pracy do Ukrainy, tam też robiąc zakupy, bo w Donieckiej RL od 12 maja 2014 r. oficjalną walutą jest rubel rosyjski.

                                                    Co ciekawe, do 2016 r. za prezydentury Poroszenki Ukraina kupowała węgiel z Donbasu. Odbywało się to dość śmiesznie, bo pociąg z Donbaskiej RL był przepychany przez granicę przez lokomotywę separatystów do połowy, po wcześniejszym telefonicznym uzgodnieniu. Kiedy pociąg stał w połowie w Ukrainie, a w połowie w Donieckiej RL, odczepiano z tyłu lokomotywę „doniecką”, a z przodu doczepiano ukraińską. Zwrot wagonów następował w odwrotnej kolejności.

                                                    Doniecka RL stoi gospodarczo nieco lepiej od Ługańskiej, szczególnie dzięki wielkim zasobom węgla, który sprzedawano głównie do Rosji, a ta dalej – w tym do Polski. Do dziś funkcjonują tu liczne kopalnie, znane z wielu katastrof i wypadków (w kopalni im. A. F. Zasjadko w Jakowliwce 30 listopada 2007 r. w wyniku wybuchu metanu zginęło 101 górników, osiem lat później w podobnej katastrofie życie straciły 34 osoby).

                                                    Rozkradanie państwa kontynuowano jednak na całego i rozpasanie władz przekraczało nawet cierpliwość
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 19.06.22, 18:29
                                                    Dokończenie 115

                                                    Rozkradanie państwa kontynuowano jednak na całego i rozpasanie władz przekraczało nawet cierpliwość FSB. Dlatego 31 sierpnia 2018 r. Aleksandr Zacharczenko, oficjalna „głowa państwa”, zginął w centrum Doniecka. Bomba przeznaczona dla Zacharczenki wybuchła w czasie jego ostrej libacji ze współpracownikami i współpracownicami w kafe Separ. Później wyszło na jaw, że maczał w tym palce Denis Puszylin, obecna „głowa” Donieckiej RL. Między Puszylinem a Zacharczenką funkcję tę pełnił inny funkcjonariusz rosyjskiego FSB Dmitrij Trapezników, rdzenny Rosjanin z Krasnodaru (ale on tylko czasowo, przez tydzień, nim na oficjalną głowę wybrano Puszylina).

                                                    O Puszylinie koniecznie muszę napisać oddzielnie, bo to wielce ciekawa postać i jak w zwierciadle odbija wiele cech „rosyjskiego miru”. A sam Trapeznikow dziś pracuje w rosyjskie administracji państwowej, bowiem i w niej funkcjonariusze FSB odgrywają ważną rolę, z samym prezydentem państwa na czele.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 20.06.22, 11:28
                                                    116

                                                    Wciąż mnie intryguje słabe wsparcie z powietrza, zwłaszcza ze strony rosyjskiej, która ma przecież pokaźną siłę, w tym olbrzymią liczbę śmigłowców, również tych bojowych. Na papierze.
                                                    Rosjanie kontynuowali natarcie na Siewierodonieck i poczynili niewielkie postępy na przedmieściach miasta. Rosyjskie pociski artyleryjskie trafiły w zbiorniki chemikaliów w zakładach „Azot”, które palą się żółtopomarańczowym płomieniem. Jest niebezpieczne, bo toksyczne opary zagrażają nie tylko walczącym tu żołnierzom, ale też ponad 600 cywilom, wśród których – jak się okazuje – jest nie ośmioro, lecz 68 dzieci. Walki toczą się też o małe miasteczko Metolkine po południowo-wschodniej stronie Siewierodoniecka. Oczywiście swoim zwyczajem rosyjska artyleria ostrzelała także Lisiczańsk.

                                                    Na południowym odcinku frontu pod Bachmutem i Popasną ukraińskie wojska ponownie odparły atak na Nyrkowe, Rosjanie nadal nie są w stanie przeciąć drogi Bachmut–Lisiczańsk. Rosjanie kontynuują natomiast kontrataki w okolicach Charkowa oraz między Charkowem a Iziumem, wiedząc, że ukraińskie wojska są w stanie zagrozić ich liniom komunikacyjnym prowadzącym do rejonu walk pod Iziumiem. A tam Rosjanie zgromadzili bardzo duże siły. Najbardziej niepokoi ich fakt, że ukraińska artyleria z rejonu miejscowości Ternowa zaczęła ostrzeliwać linię kolejową Biełgorod–Kupiańsk. To jednotorowa linia niezelektryfikowana, używana jednak do zaopatrywania rosyjskich wojsk, jako że pod Biełgorodem znajduje się wiele składów. Z Kupiańska biegnie też linia dwutorowa i zelektryfikowana do miejscowości Wałujki na północnym wschodzie, już po rosyjskiej stronie, skąd są połączenia z Kurskiem i z Woroneżem, gdzie też jest sporo składów. Ta linia jest jednak poza ukraińskim zasięgiem.

                                                    Według źródeł rosyjskich Rosjanie przypuścili zmasowany kontratak wzdłuż osi Chersoń–Mikołajów, ale nie potwierdzają tego źródła ukraińskie. Poza ciągłym ostrzałem artyleryjskim na południu Ukrainy panował względny spokój.

                                                    Rośnie natomiast aktywność partyzantów na południu Ukrainy. 17 czerwca dokonano zamachu na Jewgenija Soboliowa, majora ukraińskiej służby więziennej, który kolaboruje z Rosjanami. Podobno klawisz zdrajca wyszedł z zamachu ciężko ranny, ale przeżył. Partyzantka przeprowadza też wiele innych akcji w tym rejonie.

                                                    Mamy przerąbane, więc co za różnica?

                                                    Powoli uwidaczniają się znów oznaki niskiego morale rosyjskich wojsk. Nagrania rozmów telefonicznych żołnierzy opublikowane przez ukraiński wywiad GRU pokazują, że niektórzy z Rosjan skarżą się na podłe warunki, paskudne traktowanie, brak wszystkiego z wyżywieniem włącznie oraz na ciężkie straty. Według nich niektóre batalionowe grupy bojowe skurczyły się do stanu 10–15 niepełnych plutonów. Trzy plutony to kompania, a dziewięć to batalion, a z kompanią wsparcia to 12 plutonów, ale biorąc pod uwagę, że batalionowa grupa bojowa ma różnorodne wzmocnienie, to powinna mieć ponad 30 plutonów, a zatem wspomniane grupy bojowe zmalały do połowy lub mniej ich pierwotnych stanów. Niestety, rosyjscy żołnierze skarżą się od dawna, ale nic z tego nie wynika. Co prawda część sprzeciwia się wysyłaniu ich do walki, ale cała reszta jest gnana do boju, więc mimo narzekań wciąż walczą. Taka już rosyjska natura, i tak mamy przerąbane, więc co za różnica?

                                                    Mnie tymczasem wciąż intryguje słabe wsparcie z powietrza, zwłaszcza ze strony rosyjskiej, która ma przecież pokaźną siłę, w tym olbrzymią liczbę śmigłowców, również

                                                    Co warte są śmigłowce na wojnie

                                                    Rosyjska śmigłowcowa armada jest całkiem potężna. Na papierze. Rosjanie zaczynali wojnę, mając 408 śmigłowców szturmowych, a w tym: 100 Mi-24 i 64 zmodernizowane Mi-24 do postaci Mi-35, 104 Mi-28N, 140 Ka-52, 505 śmigłowców transportowych Mi-8MT i 33 ciężkie śmigłowce transportowe Mi-26. Razem jest to 946 śmigłowców, a do tego dochodzą 52 szkolne śmigłowce Ansat, czyli razem blisko tysiąc wiropłatów. Imponująca liczba. Polskie Wojska Lądowe mają 134 śmigłowce, Siły Powietrzne 76 i Marynarka Wojenna 26, razem śmigłowców wojskowych w Polsce jest 236, a przecież w tym zestawieniu nie liczyłem śmigłowców posiadanych przez rosyjską Marynarką Wojenną, a tych jest 193. Łącznie rosyjskie wojsko ma więc ok. 1,2 tys. śmigłowców, a Polska pięć razy mniej.

                                                    W czasach ZSRR lotnictwo śmigłowcowe dla wojsk lądowych było rozdzielone między armie a okręgi wojskowe (na wypadek wojny – fronty), tworząc wojska lotnicze armii (WWA) i wojska lotnicze frontu (WWF). Pierwsze zawsze miały dwa pułki śmigłowców bojowych i jeden śmigłowców transportowych, a drugie, formowane na bazie armii lotniczej z danego okręgu wojskowego, miały mieszany pułk śmigłowców transportowych i walki radioelektronicznej.

                                                    Oczywiście najważniejsze były wojska lotnicze armii. W przeciwieństwie do zachodnich rosyjskie lotnictwo śmigłowcowe miało jeden główny cel – wysadzanie taktycznych desantów powietrznych. Dlaczego tak? Dlatego że Armia Radziecka miała nacierać i tylko nacierać, o żadnej obronie nie było mowy. A w natarciu trzeba było chwytać mosty i inne ważne obiekty terenowe, których zdobycie bez elementu zaskoczenia mogło być trudne. Dlatego każdy pułk śmigłowców bojowych miał dwie eskadry szturmowych Mi-24 i eskadrę transportowych Mi-8, zaś pułk śmigłowców transportowych – dwie eskadry Mi-8 i eskadrę ciężkich transportowych Mi-6.

                                                    Mi-24 nie był zwykłym śmigłowcem bojowym. Był zoptymalizowany do szturmu z powietrza. Dlatego poza uzbrojeniem i załogą mógł też transportować ośmiu żołnierzy. Z założenia Mi-24 wpadał nad wybrany rejon desantowania, niszczył swoim uzbrojeniem wszelką obronę wroga, a następnie wyrzucał transportowaną drużynę piechoty. Eskadra 12 Mi-24 transportowała pełną kompanię szturmową, dziewięć drużyn piechoty z trzech plutonów i pluton wsparcia kompanii wraz z jej dowództwem. Kompania zajmowała lądowisko, a następnie w drugiej fali główne siły batalionu szturmowego przewoziły Mi-8 (każdy zabierał pełny pluton – 28 żołnierzy) w eskorcie Mi-24. W ten sposób pułk śmigłowców bojowych mógł wyrzucić batalion powietrzno-szturmowy, a ten był w stanie zająć most albo zablokować drogę podejścia wrogich odwodów. W natarciu pędziła dywizja pancerna jako tzw. oddział wydzielony, nie przejmowała się zaopatrzeniem, omijała wszelkie punkty oporu, nie wdając się w walki. Miała jak najszybciej dotrzeć do uchwyconych przez bataliony brygad powietrzno-szturmowych przepraw i innych ważnych obiektów, jak dominujące nad okolicą wzgórza. Dla tej dywizji zaopatrzenie dowoził pułk śmigłowców transportowych, dlatego nie musiała ona dbać o szlaki zaopatrzenia. Dopiero za nią szły główne siły armii, likwidując ominięte przez wydzieloną dywizję punkty oporu i konsolidując zdobycze, obsadzając teren piechotą dywizji zmechanizowanych.

                                                    Taka właśnie wojna marzyła się Rosjanom w Ukrainie. Już pierwszego dnia podjęli próbę wysadzenia desantu powietrznego na lotnisko Hostomel pod Kijowem, ale skończyło się katastrofą. Dlatego lotnictwo armijne przeszło do zadań typowych dla podobnych jednostek w reszcie świata.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 20.06.22, 11:32
                                                    Cd 116

                                                    Chowa się za drzewami, potem atakuje

                                                    Ta reszta niekoniecznie marzy o jego podboju. Dlatego w wielu armiach śmigłowce wojsk lądowych są zarówno instrumentem wsparcia w obronie, jak i w ataku, który nieuchronnie musi nastąpić w formie kontrofensywy w celu odbicia straconych ziem. Dlatego śmigłowce dzielą się na cztery grupy.

                                                    Jedna z nich to wyspecjalizowane śmigłowce szturmowe. W przeciwieństwie do wielkiego jak krowa 11-miejscowego Mi-24 (3 osoby załogi i 8 desantu) zachodnie śmigłowce szturmowe są nieodmiennie dwumiejscowe – pilot i operator uzbrojenia. Dzięki temu są stosunkowo lekkie i bardzo zwinne. A mają nie gorsze od Mi-24 uzbrojenie: 4–8 kierowanych pocisków przeciwpancernych i 2–4 zasobniki na wiązkę rakiet niekierowanych każdy. Ponadto mają ruchome działko szybkostrzelne.

                                                    Kierowane rakiety przeciwpancerne są używane do niszczenia czołgów i pojazdów pancernych, odpala się je z dużej odległości, nawet do 8 km. W ten sposób śmigłowiec stara się działać poza zasięgiem działek przeciwlotniczych i broni strzeleckiej wrogiej piechoty, ale też i przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych.

                                                    Teraz śmigłowce często mają system celowniczy umieszczony nad masztem wirnika. Tak umieszczony system z kamerami telewizyjnymi i termowizyjnymi ma rosyjski Mi-28N czy europejski Airbus Tiger, a amerykański AH-64 Apache Longbow ma nad wirnikiem precyzyjny radar milimetrowy spełniający tę samą funkcję, w dodatku działający poprawnie także we mgle i przy słabej widzialności. Nie ma jednak tego podstawowy rosyjski śmigłowiec bojowy Kamow Ka-52 Aligator, który taki system ma umieszczony w tradycyjny sposób, pod nosem kadłuba.

                                                    Dlaczego nad wirnikiem? Zakłada się bowiem, że śmigłowiec szturmowy przed atakiem chowa się za drzewa czy inne przeszkody, gdzie jest nie tylko niewidoczny, ale nie można go też trafić rakietą przeciwlotniczą. Ponad przeszkodę wysuwa tylko system celowniczy nad wirnikiem. Do odpalenia rakiety kierowanej wyskakuje na chwilę do góry, odpala ją i chowa się z powrotem.

                                                    Jeśli są warunki, czyli gdy obrona przeciwnika jest słabsza, śmigłowce atakują cele rakietami niekierowanymi. W tym celu wznoszą się na krótko do góry, wchodzą w płytkie nurkowanie i celując całą maszyną, opróżniają zasobniki rakiet w grupę piechoty czy pozycje artylerii albo w kierunku kolumny zaopatrzenia. Tak samo śmigłowce atakują wrogie wojska w marszu. Dzięki namiarom od bezpilotowców lecą, chowając się za przeszkody terenowe, by znienacka wyskoczyć znad drzew do góry, odpalić rakiety niekierowane i po ostrym zwrocie schować się za drzewa. Jeśli załoga śmigłowca zauważy strzelca z przeciwlotniczym zestawem rakietowym, może szybko ostrzelać go z działka.

                                                    Ruchome działka na śmigłowcach szturmowych to też ciekawa sprawa. Jeszcze w latach 70. Amerykanie wymyślili system, w którym strzelec miał celownik na hełmie. Lufy działka automatycznie wodziły za jego wzrokiem. Wystarczyło, że strzelec spojrzał przez celownik na atakowany obiekt i nacisnął spust. Pozwalało to na błyskawiczne otwarcie ognia do zauważonego celu. Taki właśnie system bardzo ładnie pokazano w kultowym filmie „Błękitny Grom”, z nieodżałowanej pamięci Royem Schneiderem w roli głównej, znanym z thrillera „Szczęki”. Rola pilota policyjnego śmigłowca bojowego w filmie przyszła Schneiderowi o tyle łatwo, że w latach 50. był wojskowym kontrolerem ruchu lotniczego, odszedł z wojska w stopniu kapitana.



                                                    Jak się lata śmigłowcem?

                                                    Śmigłowce, aby uniknąć zestrzelenia, muszą latać bardzo, ale to bardzo nisko, chowając się za przeszkody terenowe. Co ciekawe, śmigłowiec jest łatwiejszy nieco do wykrycia przez radar, bowiem jego obracający się wirnik powoduje dość specyficzne zmiany częstotliwości odbitych fal radarowych (efekt Dopplera), które można wydzielić na tle odbić od przeszkód terenowych. Niełatwo to było opanować, na przykład w marcu 1984 r. prototyp amerykańskiego artyleryjskiego zestawu przeciwlotniczego Sergeant York zniszczył ogniem ze swoich działek wojskową toaletę na poligonie, bo miała wentylator do przewietrzania, który radar zestawu wziął za wirnik śmigłowca.

                                                    Dziś te systemy działają już poprawnie i dlatego śmigłowce muszą nad polem walki nieustannie chować się za przeszkodami terenowymi. A latanie śmigłowcem jest wyjątkowo trudne, więc wymaga od pilotów szczególnej wprawy.

                                                    Pilot śmigłowca ma do dyspozycji drążek sterowy i pedały steru kierunku jak w samolocie, ale zasady pilotowania są inne. Drążkiem sterowym można spowodować przechylenie się śmigłowca w dowolną stronę, a kiedy już śmigłowiec się przechyli, do przodu, w bok czy do tyłu, to zaczyna w tę stronę lecieć. Nieważne – do przodu, w bok czy do tyłu – leci w stronę przechylenia. Z kolei w lewym ręku pilot trzyma kolektywną dźwignię mocy i skoku wirnika, którą reguluje ciąg wirnika. Kiedy ją się podniesie, śmigłowiec wznosi się do góry, a kiedy opuści – opada w dół.

                                                    Śmigłowiec z jednym wirnikiem, który obraca się w określoną stronę sam w powietrzu, obracałby się w stronę przeciwną, dlatego ma z tyłu śmigło ogonowe, które go stabilizuje. Naciskając pedały w śmigłowcu, zmieniamy ciąg tego śmigła, tak wywołujemy obrót w zawisie lub skręcanie w locie postępowym, w tym ostatnim przypadku wspomagając się ciągiem głównego wirnika, których pochylony w bok ułatwia zmianę kierunku lotu. Nie jest to łatwe. Na przykład przy starcie, jak tylko podniesiemy śmigłowiec nad ziemię płynnym ruchem dźwigni kolektywnej, zaraz po oderwaniu, maszyna zaczyna się obracać jak fryga. Żeby utrzymać kierunek, trzeba pamiętać o natychmiastowym wciśnięciu pedału w kierunku zgodnym z obrotem wirnika, by zatrzymać ruch śmigłowca w przeciwną stronę. Zabawne jest, gdy pilot zachodniego śmigłowca przesiada się na maszynę produkcji radzieckiej lub rosyjskiej – albo odwrotnie. W śmigłowcach wschodnich wirnik (patrząc na śmigłowiec z góry) obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a w zachodnich – w przeciwną stronę. We wschodnim śmigłowcu w momencie oderwania wciskamy mocno prawy pedał, by trzymać go prosto, a w zachodnim – lewy. Pilot mający niewłaściwe nawyki potrafi zrobić ze śmigłowca prawdziwy wirujący wiatrak.

                                                    Pilotowanie śmigłowca jest wściekle trudne. Pilot samolotu ma w prawym ręku drążek sterowy, a w lewym – dźwignię mocy silnika. Ruszając lewą ręką w przód lub w tył i zmieniając ciąg silnika, powoduje wzrost lub spadek prędkości, a poruszając prawą ręką w przód lub w tył – opadanie lub wznoszenie się samolotu. Jest to jakieś naturalne, człowiek wręcz ma taki odruch – do góry, to drążek do siebie. Czujemy to.

                                                    A w śmigłowcu pilot, ruszając prawą ręką drążkiem sterowym w przód i w tył, pochyla śmigłowiec do przodu – przyśpiesza bądź zwalnia, a lewą ręką na dźwigni kolektywnej reguluje wysokość lotu, unosząc ją w górę lub w dół. Śmigłowiec reaguje na te ruchy z pewnym opóźnieniem, dlatego w locie na bardzo małej wysokości trzeba niezwykle uważać. Śmigłowiec jest też zupełnie niestateczny i bardzo łatwo go tak rozkołysać, że się traci nad nim panowanie, zwłaszcza w zawisie. Zawis jest jak utrzymanie równowagi na cyrkowej

                                                    Magik ustawia iglicę, pilotka zrywa folię

                                                    Mimo to są prawdziwi fachowcy. Swego czasu 37. Pułkiem Śmigłowców Transportowych w Łęczycy dowodził płk Jerzy Tolala. To właśnie on na dużym śmigłowcu Mi-17 (eksportowa odmiana rosyjskiego Mi-8MT) ustawiał na przykład iglicę na hotelu Marriott. Ładunek był podwieszony pod śmigłowiec, a jego pilotowanie było podwójnie trudne – poza samym śmigłowcem można też rozbujać wiszący ładunek. I kiedy ustawiał ową iglicę, co pokazano w telewizji w schyłkowym PRL, stojący na dachu Marriotta asystent, też pilot z dowództw pułku, mówi przez radio coś takiego: „Jurek, 30 cm w prawo”. I wisząca pod śmigłowcem iglica powolutku przesuwa się w prawo, niemal dokładnie o żądane 30 cm. Jak on to robił? Magik…

                                                    Co do lotów na bardzo małej wysokości pewna znana mi pilotka latająca w wojsku na śmigłowcu Sokół miała taką przygodę. Poleciała do strefy lotów na małej wysokości, by ćwiczyć tzw. lot profilowy, czyli tuż nad
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 20.06.22, 11:33
                                                    Dokończenie 116

                                                    Co do lotów na bardzo małej wysokości pewna znana mi pilotka latająca w wojsku na śmigłowcu Sokół miała taką przygodę. Poleciała do strefy lotów na małej wysokości, by ćwiczyć tzw. lot profilowy, czyli tuż nad ziemią, z omijaniem przeszkód takich jak las czy słupy. Wracając, nieco przeciągnęła lot na małej wysokości świadoma, że nie ma tam zabudowań – nie straszy się ludzi. Ale facet postawił pod lasem wielką folię z pomidorami. Sokół wyskoczył znad lasu wprost na ową folię. Chcąc przelecieć nad nią nieco wyżej, pociągnęła za dźwignię kolektywną, by poderwać maszynę. I to był błąd. Turbiny zawyły, wirnik ostro zafurkotał, a silny strumień powietrza zerwał część owej folii. Załoga postanowiła się z dogadać z właścicielem, bo choć w zasadzie nie doszło do złamania przepisów – zadanie przewidywało lot na bardzo małej wysokości – to zawsze lepiej to załatwić samemu niż gdyby trzeba było występować do wojska o odszkodowanie. Pojechała, po krótkich negocjacjach cenowych zapłaciła. Na koniec właściciel folii mówi: „Wie pani, ci moi Białorusini, co w tej folii pracują, to tak się wystraszyli, że się poszli napić i już mi tego dnia do roboty nie wrócili…”. Na co dobrze wychowana pilotka zdecydowała się przeprosić i pracowników, którzy wciąż robili wielkie oczy: „O pani, wiertaliot, kak wylietieł!”. Wyjechała, a tu dzwoni właściciel: „Wie pani co? Jak ci moi Białorusini zobaczyli, że śmigłowiec pilotowała mała, drobna dziewczyna, to z wrażenia znowu się poszli nawalić i już mi do roboty nie wrócą…”.

                                                    Rosyjskie śmigłowce są mimo wszystko niezwykle nieskuteczne, a przy tym ponoszą wielkie straty. Czy to więc koniec śmigłowców szturmowych? Też nie, tak jak w przypadku czołgów. Po prostu ich też trzeba umieć używać. Temat jest bardzo ciekawy, dlatego jutro postaram się napisać, dlaczego rosyjskie śmigłowce szturmowe są tak dramatycznie nieefektywne.
                                                  • kaczkodan Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 22.06.22, 01:08
                                                    To że Stalin chciał zaatakować Niemcy i ogólnie podbić w pierwszej kolejności Europę a najlepiej cały świat jest kwestią bezdyskusyjną.
                                                    Jedyną kwestią wątpliwą jest data. Otóż jest bardzo prawdopodobna teza, że Stalin zorientował się o przewadze niemieckiej i postanowił atak ten przesunąć w czasie aż nastąpi wymiana generacyjna sprzętu. Według pierwotnych planów rzeczywiście miał się on odbyć w 1941, ale operacja została odwołana.
                                                    Dlatego Rezun co najmniej częściowo ma rację.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 22.06.22, 15:24
                                                    Kolego
                                                    Wiara w mity ma coś z religii, bo:
                                                    - każe przyjmować objawienia jako pewnik;
                                                    - tworzy liczną rzeszę alkolitów, skupionych wokół mitu, gotowych go bronić siłą i godnością osobistą;
                                                    - nie wymaga dowodów, a wątpiących czyni niedowiarkami, idiotami i do tego pedofilami też, bo to nośne teraz;
                                                    - zwalnia od krytycznego myślenia;
                                                    - odmienny pogląd traktuje jako atak na mit;
                                                    - manipulowanie mitem i jego umiejętna propaganda pozwala dobrze zarobić.

                                                    I tak to q..wa działa……

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 22.06.22, 16:47
                                                    119
                                                    Na frontach bez większych zmian, za to Rosjanie wymieniają przypuszczalnie wysoką kadrę dowódczą. Nie ma jeszcze potwierdzenia, ale prezydent Putin jest najwyraźniej niezadowolony z działań swojego wojska. A my dodatkowo zajmiemy się ciekawym wątkiem – bezpilotowymi aparatami latającymi, które są prawdziwym hitem tej wojny.
                                                    Zanim omówię sytuację na frontach, muszę wspomnieć o tych zmianach. Zacznijmy od wylania dowódcy Wojsk Powietrzno-Desantowych (WDW) gen. płk. Andrieja Serdiukowa. To bardzo ceniony dowódca, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Powietrzno-Desantowych z Riazania z 1983 r., który niemal całą zawodową karierę spędził w tych wojskach. Tymczasem WDW w Ukrainie bardzo rozczarowały. Najpierw zawaliły niezwykle istotną operację zdobycia lotniska w Hostomlu, w końcu lotnisko zdobywając kosztem wielkich strat, ale nie oczyszczając jego otoczenia, przez co lądowanie samolotów transportowych na nim było niemożliwe. Poza tą jedną nieszczęsną operacją desantowania wojsk i jedną próbą desantu spadochronowego, którą przerwano po stracie dwóch samolotów transportowych Ił-76, rosyjskie WDW nie wysadziły w Ukrainie ani jednego desantu taktycznego. Tempo operacji wojsk lądowych było bowiem tak fatalne, że taktyczne desanty powietrzne nie miały szans na wytrwanie do czasu nadejścia głównych sił. Także używane jako zwykła piechota WDW nie wykazały się szczególną efektywnością, jak na rzekomo elitarne jednostki przystało. Walczyły nawet gorzej od piechoty zmechanizowanej, co było bardzo rozczarowujące. Okazało się bowiem, że do WDW trafia się nie ze względu na wysokie kompetencje, ale dzięki znajomościom, koneksjom, a być może i za łapówki. Poziom wyszkolenia WDW jest stosunkowo niski, choć panuje powszechne przekonanie, że szkolenie w tych wojskach jest bardzo wymagające i rygorystyczne, ale jak się okazało – tylko na pokaz. Nowym dowódcą WDW został inny „desantowiec” – gen. płk Michaił Teplicki, będący dotąd szefem Sztabu Centralnego Okręgu Wojskowego.

                                                    Inna zmiana, na razie niepotwierdzona, to zastąpienie gen. armii Aleksandra Dwornikowa na stanowisku dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego przez gen. armii Siergieja Surowikina, dotychczasowego dowódcę Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji. Gen. Surowikin, który z wykształcenia jest piechurem wojsk zmechanizowanych, a nie lotnikiem, trafił do sił powietrznych, by robić porządek, ale jak się okazało – nie zdołał. Teraz wraca do „zielonych” na równorzędne stanowisko dowódcy okręgu wojskowego. Według doniesień zwolnienie gen. armii Dwornikowa (jeśli się potwierdzi) miało związek nie tylko z jego lichym dowodzeniem operacją w Donbasie, ale także z jego coraz częstszym nadużywaniem alkoholu. O tym, że gen. Dwornikow lubi sobie golnąć, donosi bazująca w Holandii międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat. Teraz rozdzielono też funkcję dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego od funkcji głównodowodzącego wojskami rosyjskimi w Ukrainie. Według doniesień operacją kieruje teraz gen. płk Genadij Żytko, szef Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego (GWPU) Sztabu Generalnego. Jest to o tyle ciekawe, że szef zarządu politruków nie ma własnego sztabu poza specjalistami od propagandy i opowiadania banialuków. Podejrzewam zatem, że operacją realnie nadal kieruje dowództwo Południowego OW, a gen. płk Żytko to taki polityczno-wojskowy nadzorca mający im patrzeć na ręce.



                                                    Rosjanie zesłani na Wyspę Węży?

                                                    Na foncie natomiast rosyjskie wojska dotarły od południa do rejonu zaledwie 10 km od południowego skraju Lisiczańska i przypuszczalnie stąd podejmą próbę ataku na to miasto, bez potrzeby kosztownego (w sensie strat) i trudnego forsowania rzeki Doniec. Natarcie na Lisiczańsk zagrozi też ukraińskim pozycjom w Sewierodoniecku, gdzie Ukraińcy trzymają się już resztkami sił. Ale i Rosjanie cierpią na braki, głównie piechoty. Okazało się, że niedobory uzupełnia się żołnierzami z Rosgwardii. Podobno też i marynarze służby zasadniczej uratowani z zatopionego krążownika „Moskwa”, a obecnie przebywający na pokładzie starej fregaty „Ładnyj”, mają być 30 czerwca skierowani do uzupełnienia piechoty w wojskach lądowych.

                                                    Z kolei w rejonie Popasnej i przy drodze Bachmut–Lisiczańsk Rosjanie zajęli wieś Wrubiwka, przez którą wiodła droga do miasteczka Hirskie i dużej wsi Zołote. Są one położone na bardzo ważnych wzgórzach dominujących nad okolicą. Teraz są wciśnięte między zgrupowanie rosyjskich wojsk pod Toszkiwką po wschodniej stronie a zgrupowaniem wojsk i Grupy Wagnera w rejonie Popasna–Wrubiwka po zachodniej stronie. Broniące się tu wojska mają teraz połączenie z tyłami wyłącznie przez pola, na przełaj, nie prowadzi już do nich żadna droga bita. Z dobrych wiadomości jest taka, że 1. Sławiańska Brygada Zmechanizowana Milicji Donieckiej RL musiała zostać wycofana z działań ze względu na ciężkie straty, jakie poniosła.

                                                    Dla odmiany po północnej stronie frontu w Donbasie, na osi Izium–Słowiańsk, mimo ponawiania rosyjskich ataków żadnych zmian terytorialnych nie było. Kolejne niewielkie postępy odnotowały natomiast ukraińskie siły nacierające pod Charkowem. Ukraińskie wojska zajęły wieś Rubiżne nad Dońcem (nie mylić z miasteczkiem Rubiżne w obwodzie ługańskim). Wciąż jednak daleko jest od zagrożenia rosyjskich linii zaopatrzenia Biełgorod–Kupiańsk–Izium i Łyman.

                                                    Z kolei na południu Ukraińcy stracili swój przyczółek po wschodniej strony rzeki Ingulec w rejonie Chersonia. Rosjanie starają się tu nadrabiać braki własnych wojsk zmechanizowanych i pancernych silnym ogniem artylerii polowej. Poza tym żadnych terytorialnych zmian tu nie było.

                                                    Na Morzu Czarnym natomiast ukraińskie siły ponownie zniszczyły rosyjski garnizon na Wyspie Węży. Ataków dokonano z użyciem bezpilotowych aparatów latających, przypuszczalnie bayraktarów ukraińskiej Marynarki Wojennej. Ostatnio zatopiły one też rosyjski holownik, który miał zaopatrzyć garnizon na wyspie. W obliczu systematycznych likwidacji rosyjskich garnizonów na wyspie, które Rosjanie uporczywie ustanawiają ponownie, dochodzę do wniosku, że służba w tym miejscu musi być niezłym zesłaniem, chyba za karę. Coś jak polska „Wyspa Węży”, jak nazywano Obóz Oficerski nr 23 ustanowiony na szkockiej wyspie Bute przez gen. Władysława Sikorskiego w sierpniu 1940 r. Na tamtej „Wyspie Węży” internowano różnych oficerów i urzędników, którzy nie mogli służyć w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Trafił tu m.in. były premier Marian Zyndram-Kościałkowski i gen. Stefan Dąb-Biernacki. Jednak nasza polsko-szkocka Wyspa Węży z pewnością była bardzo łagodnym zesłaniem w porównaniu do tej ukraińskiej Wyspy Węży, gdzie Rosjanie są wysyłani na niemal pewną śmierć.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 22.06.22, 16:50
                                                    Cd 119

                                                    Ćmy, pszczoły i trutnie, czyli bezpilotowce na wojnie

                                                    Aparaty bezpilotowe coraz powszechniej nazywa się z angielskiego dronami. Tyle że angielskie słowo „drone” znaczy… truteń, taki od pszczółek. Skąd się ta nazwa wzięła? Sprawa jest bardzo ciekawa. W 1935 r. Brytyjczycy przebudowali blisko 400 starszych dwupłatowych samolotów szkolnych DH.60 Moth i DH.82 Tiger Moth na zdalnie sterowane, bezpilotowe cele latające dla artylerii. W tylnej kabinie umieszczono zespół wielokanałowego odbiornika z mechanizmami wykonawczymi połączonymi ze sterami. Dzięki temu samoloty te można było sterować z ziemi, by bez pilota mogły stać się obiektem do ćwiczeń artylerii przeciwlotniczej Royal Navy (Marynarki Wojennej). Ponieważ moth to po angielsku „ćma”, to nazwę bezpilotowca utrzymano w owadzim stylu – queen bee, czyli królowa pszczoła.

                                                    Tak się złożyło, że niedługo po ich opracowaniu strzelania ćwiczebne do realnych celów pokazano amerykańskiemu admirałowi Williamowi H. Standleyowi. Ten po powrocie do Stanów Zjednoczonych wezwał do siebie szefa Biura Technicznego US Navy kmdr. por. Delmera Fahrneya i nakazał mu zbudowanie podobnego, zdalnie sterowanego celu latającego. Ponieważ kmdr por. Fahrney nie był zachwycony perspektywą kopiowania rozwiązania brytyjskiego, złośliwie nazwał swój projekt drone, czyli truteń. A jak wiadomo, jedyną rolą trutnia jest zapłodnienie królowej pszczoły…

                                                    I tak ten drone się przyjął, najpierw w odniesieniu do wszystkich zdalnie sterowanych celów latających, a później w ogóle dla bezpilotowych aparatów latających. A ja mam taką propozycję: zamiast głupio małpować angielski język i mówić „dron”, dbajmy o czystość języka polskiego i mówmy „truteń”. Na przykład: na nasze wesele wynająłem operatora trutnia z kamerą, żeby zrobić ładne zdjęcia na Instagrama. Pięknie brzmi, prawda? W wojsku starannie się dba, by nazwy dron nie używać. Po polsku to BAL (Bezpilotowy Aparat Latający), co jest nawiązaniem do angielskiego fachowego UAV (Unmanned Aerial Vehicle). W wojskach NATO bardzo powszechnie używa się tego UAV w piśmie, ale też i w mowie, wymawiane „juejwi”. A jeśli aparat jest uzbrojony, wówczas mówi się UCAV, czyli Unmanned Combat Aerial Vehicle, co się wymawia jako „jukejw”. I tak zamiast „dron” profesjonalnie mówi się „juejwi” albo „jukejw”, dla mnie brzmi to jakoś logiczniej. Może zaadoptujmy to do polskiego?

                                                    Tu mała dygresja – coraz częściej to „u” nie jest od unmanned (bezobsługowy), lecz od uninhabited (bezludny, niezamieszkały). Dlaczego? Ano dlatego, że większość juejwów i właściwie wszystkie jukejwy są obsługiwane. Pilot znajduje się na ziemi, najczęściej w specjalnym kontenerze, gdzie urządza mu się wygodną namiastkę kabiny załogi z odpowiednimi organami sterowania (zwykle w postaci joysticka tylko – jak w grze komputerowej), monitorami i klawiaturą oraz innymi przełącznikami.



                                                    Rozpoznawcze bezpilotowce – duże i małe

                                                    Lotnictwo rozpoznawcze było zawsze najbardziej niebezpiecznym rodzajem lotnictwa. Wszyscy podziwialiśmy odwagę lotników myśliwskich, a nikt nie doceniał rozpoznawczych, którzy zdobywali bezcenne informacje, wlatując w nieznane. Doskonale opisał to gen. broni dr hab. pil. Jerzy Gotowała w swojej książce o lotnictwie rozpoznawczym „Najkrócej żyją motyle”. A wiecie, kto jest najbardziej znanym na świecie lotnikiem rozpoznawczym, który notabene zginął w czasie wykonywania jednego ze swoich lotów bojowych? Właśnie, to Antoine de Saint-Exupéry, który zginął 31 lipca 1944 r. w locie rozpoznawczym nad Marsylią na amerykańskim samolocie F-5 Lightning (rozpoznawcza odmiana myśliwca P-38) używanym przez lotnictwo Wolnej Francji. Autor „Małego Księcia” i takich wspaniałych książek, jak „Nocny lot” czy „Ziemia, planeta ludzi”.

                                                    Kiedy stało się jasne, że zadania rozpoznawcze mogą wykonywać zdalnie sterowane aparaty, pojawiła się okazja, by wyeliminować pilota – nie narażać na niebezpieczeństwo człowieka. Po raz pierwszy takie loty wykonywano w Wietnamie w latach 1966–73 na aparatach Ryan BQM-34 Firebee (znowu pszczoła, choć tym razem „ognista”…).

                                                    Niesamowity rozwój elektroniki datujący się od ery tranzystorów, układów scalonych i mikroprocesorów począwszy od lat 70. oraz komputerów cyfrowych od lat 80. doprowadził do tego, że powstała szeroka gama bezpilotowych aparatów rozpoznawczych, od tak wielkich jak amerykański RQ-4 Global Hawk, który ma rozmiary Boeinga 737 i może latać przez ponad dwie doby w stratosferze, wykonując loty rozpoznawcze z jednej półkuli naszego globu na drugą, aż po tak malutkie, że mieszczą się na dłoni i służą do bezgłośnego zaglądania w okna, gdzie terroryści przetrzymują

                                                    Kto wytrzyma 12 godzin?

                                                    Jeśli używamy aparatów latających ponad 12 godz., to w porównaniu z samolotami mają one jeszcze jedną ważną zaletę. Ich obsługa może się co parę godzin zmieniać. Tak długi lot w kabinie myśliwca, przy tankowaniu w powietrzu, to koszmar. Przeloty myśliwcami nad Atlantykiem przy kilku tankowaniach w powietrzu to często ok. 12 godz. Jeśli pytacie, jak pilot w ciasnej kabinie, w kombinezonie i zapięty w pasy na fotelu katapultowym jest w stanie to wytrzymać, to odpowiem. Nie dość, że jest wściekle niewygodnie, to bez pampersa dla dorosłych się niestety nie da… Nikt nie wytrzyma 12 godz. wiadomo bez czego. I lepiej przed takim lotem za dużo nie jeść. A bezpilotowcem można latać i dwie doby. Załoga amerykańskiego Global Hawka, który wystartował z bazy Sigonella na Sycylii i lata dwa dni nad Morzem Czarnym, zmienia się co 8–10 godz. Jak ktoś chce wyjść do toalety, nie ma problemu, kolega posiedzi na stanowisku operatora. A ci, co kończą zmianę, wracają do domu, pełny komfort. Ale nawet nie ta wygoda jest najważniejsza, lecz fakt, że nikt się nie naraża.

                                                    Jednym ze światowych liderów w dziedzinie konstrukcji bezpilotowych aparatów latających jest Izrael. To otoczone przez wrogów państwo zawsze szukało wysokotechnologicznych force multiplayerów, czyli sposobów na pomnożenie swojej siły militarnej dzięki różnym zaawansowanym wynalazkom. Izraelskich bezpilotowców używają chyba wszyscy na świecie, w tym Polska, która ma w 12. Bazie Bezzałogowych Statków Powietrznych im. gen. bryg. pil. Jerzego Piłata w Mirosławcu m.in. aparaty Orbiter, a niedługo dołączą do nich polskie bayraktary.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 22.06.22, 16:56
                                                    Dokończenie 119

                                                    Radar nie wykryje, pocisk nie łapie, człowiek nie widzi

                                                    Wszyscy znamy już chyba aparaty Bayraktar TB2 produkcji tureckiej, które są jednymi z mniejszych przedstawicieli klasy MALE (Medium-Altitude Long-Endurance). Takie aparaty, od tych mniejszych byraktarów czy brytyjskich Hermes 450 (też pochodzenia izraelskiego) aż po te większe amerykańskie RQ-1 Predator czy RQ-9 Reaper to typowe UCAV-y. Są one jak zdalnie sterowane samoloty, startują i lądują na pasie startowym na własnym, najczęściej chowanym podwoziu.

                                                    Weźmy nawet takiego bayraktara. Waży 650 kg, ma skrzydła o rozpiętości 12 m, a jego napęd stanowi tłokowy silnik Rotax 912 o mocy 100 KM. Nie lata szybko, zaledwie 220 km/godz., i niezbyt wysoko, do ok. 6 tys. m. Lata w zasięgu radiowego sterowania z ziemi, czyli do 150 km, ale może wisieć w powietrzu ponad dobę, 27 godz. Dlaczego zatem jest taki trudny do zniszczenia? Głównie dlatego, że wykonano go z kompozytów żywiczno-epoksydowych, a te są prześwietlane przez radar, nie odbijają jego fal. Odbicie radarowe ma bayraktar mizerne, przy swoim małym silniczku to i ślad termiczny słabiutki, więc i głowice na podczerwień go słabo przechwytują. Silnik pracuje cichutko, a biało-szare malowanie utrudnia jego dostrzeżenie na tle nieba. Radar go wykrywa słabo, głowice przenośnych przeciwlotniczych pocisków rakietowych nie za bardzo go „łapią”, a i człowiek nie zawsze go dostrzeże wysoko na niebie… A kosztuje taki aparat dwudziestą część tego, co współczesny myśliwiec. Dlatego jest taki niesamowity. Co prawda uzbrojenie ma niezbyt silne, pociski rodziny MAM o masie po 22,5 kg, dwa lub cztery. Ale te rakiety z różnymi systemami sterowania są niezwykle precyzyjne i potrafią efektywnie zniszczyć nieprzyjacielski pojazd pancerny (czołg, transporter czy działo samobieżne). Ma też głowicę z kamerą telewizyjną i termowizyjną, może więc być używany do rozpoznania, zarówno w dzień, jak i w nocy.

                                                    Co ma Ukraina

                                                    Poza nimi Ukraińcy używają też powszechnie małych taktycznych aparatów wypuszczanych z ręki, a lądujących lotem szybowym na łące, jak modele zdalnie sterowane. Takim popularnym aparatem jest na przykład Leleka 100 czy Spectator 100 produkcji ukraińskiej, ale też otrzymano od Polski nasze własne WB Electronics FlyEye. Są to wszystko aparaty małego zasięgu o masie od kilku do kilkunastu kilogramów, ale mają kamerę i doskonale widzą, co przeciwnik robi.

                                                    Ponadto Ukraińcy kupują też komercyjne aparaty zbudowane w układzie quadrocoptera, czyli takie popularne „drony”, jakich u nas używa się do filmowania wesel. Są bardzo stabilne w locie i dość proste w obsłudze, a zestrzelić coś takiego wcale nie jest łatwo, zwłaszcza jak polecimy nim dość wysoko.

                                                    Skąd ta rewolucja?

                                                    Okazało się, że podstawową zaletą bezpilotowców jest ich cena. W porównaniu do cen innego sprzętu wojskowego są one śmiesznie tanie. Nasz FlyeEye kosztuje ćwierć miliona dolarów, ale pilotowany myśliwiec jest tysiąc (!) razy droższy. Można więc kupić jednego F-16 czy z pół F-35 albo tysiąc aparatów FlyEye. Bayraktar TB2 kosztuje 2 mln dol., ale to wciąż jakieś 120 razy mniej niż nowy myśliwiec F-16 (wraz z uzbrojeniem i wstępnym serwisem). A komercyjne drony kupowane dla kompanii czy batalionów ukraińskich wojsk kosztują po 2–3 tys. dol., czyli tyle, co dobry karabinek szturmowy. Takich dronów można mieć na kopy, mogą ich nad frontem latać całe roje. A każdy z nich dostarcza bezcennych informacji. Przecież nawet kamera telewizyjna na małym aparacie, która zagląda przeciwnikowi w karty, daje wielkie pojęcie o rozmieszczeniu wrogich pododdziałów. A co dopiero profesjonalne systemy, jak bayraktar, które mają też kamerę termowizyjną i mogą prowadzić rozpoznanie w nocy? Ponadto mogą zobaczyć pojazdy ukryte szczelnie pod siatkami maskującymi, jeśli ich silnik był niedawno uruchamiany.

                                                    Rosjanie też używają bezpilotowców, ale dużo mniej. Najpopularniejszym jest rozpoznawczy Orłan 10 o masie 15 kg, wystrzeliwany z wyrzutni na ciężarówce, lądujący na spadochronie. Dużo rzadziej Rosjanie używają swoich Forpostów, czyli uzbrojonych aparatów, takich odpowiedników ukraińskich bayraktarów. W istocie jest to bowiem stary dobry izraelski IAI Searcher, produkowany w Rosji na licencji, ale za wiele ich nie zbudowano.

                                                    Większość tych taktycznych małych aparatów wypuszczanych z ręki jest kontrolowana przez operatorów z laptopami, siedzących gdzieś w ugrupowaniu wojsk, z reguły na stanowisku dowodzenia kompanii czy batalionu. Dowódca zagląda operatorowi w ekran i podpowiada – zajrzyj mi jeszcze tam, za ten lasek. A operator musi uważać, by latać swoim aparatem w taki sposób, by jak najmniej narażać się na zestrzelenie przez nieprzyjaciela. Tani to tani, ale po co go tracić bez potrzeby?

                                                    Operatorzy bayraktarów czy nowych RQ-9B Skyguardianów, które obiecali Ukrainie Amerykanie, mają większy komfort. Siedzą w klimatyzowanych kontenerach dużo dalej od linii frontu, działają na rzecz brygad lub wyższych dowództw, z reguły przy lotnisku. Oczywiście ich odpowiedzialność jest większa, bo i aparaty dość kosztowne. Ale jak myślę o tym komforcie pilotów bezpilotowców w porównaniu do pracy pilota myśliwca, to nawet im zazdroszczę. Przypomina mi się zaraz historyjka z ćwiczeń NATO, których byłem uczestnikiem. Duński myśliwiec F-16 przechwycił „cel” ćwiczebny, którym był duży holenderski czterosilnikowy samolot patrolowy P-3 Orion z załogą złożoną z kilku osób. Duńczyk popisał się kilkoma figurami akrobacji lotniczej i złośliwie pyta pilota tej krowy: „Orion 21, a ty co robisz?”. Na co Holender nie pozostał mu dłużny: „Fighter 5, ja to wypiłem kawę, potem byłem w toalecie, a teraz czytam gazetę. A ty?”. No cóż, piloci dużych dronów mają jednak podobny komfort. Ale jak powiedziałem, ich odpowiedzialność jest też bardzo duża, a samo efektywne wykonanie lotu bez straty aparatu – niezwykle trudne.

                                                    Podsumowując, drony w Ukrainie robią niesamowitą robotę. Obnażają rosyjskie ugrupowania, wykrywają nawet najbardziej schowane wojska i inne ważne obiekty, korygują ogień artylerii, a nawet atakują ważne elementy, takie jak wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych, stanowiska dowodzenia, pozycje artylerii.

                                                    A jak to wygląda w Wojsku Polskim? Niestety, też cienko, o czym warto by z pewnością napisać.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 11:11
                                                    Są kraje, którym obojętne są zbrodnie Putina na Ukrainie. Najważniejsze jest to, że jest im z tym dobrze.

                                                    W załączeniu artykuł z najnowszej Polityki. Autor zna się na rzeczy.

                                                    Rozpoczynający się w środę szczyt krajów BRICS to dowód, jak bardzo iluzoryczne jest patrzenie na świat przez pryzmat euroatlantyckiej bańki. Poza nią istnieje rzeczywistość polityczna oparta na zupełnie innych wartościach.
                                                    Przywódcy Chin, Brazylii, RPA oraz Indii spotykają się już po raz 15. Gospodarzem, tym razem wirtualnie, jest reżim w Pekinie, który wiele sobie po tym szczycie obiecuje. Państwowe media od dawna zapowiadają „dyplomatyczną kontrofensywę” Xî Jinpinga, który chce zachęcić partnerów do współpracy w modelu innym niż ten narzucony przez kapitalizm, liberalizm i globalizację. Jeszcze w maju, jak donosi portal Al Jazeera, wezwał pozostałe kraje należące do bloku do „odrzucenia zimnowojennej mentalności” i „budowy nowej architektury bezpieczeństwa”. To, czego nie dodał, ale co wyraźnie wybrzmiewa, to założenie, że w jej centrum stanie właśnie Pekin.

                                                    Tu Putina nikt nie potępia

                                                    W stolicy Chin, za granicą po raz pierwszy od 24 lutego, wystąpi również Putin. W BRICS nikt jego ani Rosji nie odrzuca, nie marginalizuje ani nie zamierza potępiać. Żaden z krajów członkowskich nie wystąpił jednoznacznie przeciwko rosyjskiej agresji i zbrodniom popełnianym na ukraińskich obywatelach. Żaden nie ogłosił sankcji. Rosyjskie samoloty nadal mają wstęp do przestrzeni powietrznej Chin czy Indii, oba kraje importują też rosyjskie surowce energetyczne.

                                                    Osłabia to efekt zachodnich sankcji i ich długoterminowy cel, jakim jest postawienie rosyjskiej gospodarki na krawędzi funkcjonowania. Moskwa nie może eksportować surowców prawie w ogóle do Europy, więc szuka alternatywnych odbiorców i znajduje ich bez problemu, bo Chin czy Indii wojna w Ukrainie zwyczajnie nie obchodzi.

                                                    Rządy w Dheli i Pekinie korzystają na tym i ostro negocjują. W maju Indie złożyły Moskwie ofertę: kupimy waszą ropę, ale za nie więcej niż 70 dol. za baryłkę. W tym czasie ceny na światowych rynkach przebijały barierę 100 dol. (dziś ok. 102). Indyjskie rafinerie dodały do negocjacji swoje trzy grosze, domagając się stałej zniżki. Ropa ma do nich trafiać zawsze za 35 dol. za baryłkę mniej, niż wynosi globalna cena. Moskwa musiała się zgodzić, bo nikt inny takiej ilości ropy by nie przyjął.

                                                    Efektów nie trzeba nawet komentować. Na koniec 2021 r. udział rosyjskiej ropy w indyjskim imporcie wynosił 1 proc. W maju 2022 – pięć razy więcej. Według doniesień „New York Timesa” na subkontynent trafia 760 tys. baryłek dziennie. Podobnie jest w Chinach, które import rosyjskiej ropy zwiększyły w maju o 28 proc. miesiąc do miesiąca. Oba kraje mają gigantyczne i energochłonne gospodarki, w znikomym stopniu oparte na odnawialnych źródłach, więc tania ropa spada im z nieba, zwłaszcza biorąc pod uwagę majaczący na horyzoncie zastój i spadek wydajności przemysłu. Cieszy się też Kreml – sprzedaż ropy na Wschód przyniosła w maju zyski wyższe o 1,7 mld dol. w porównaniu z kwietniem.


                                                    BRICS, czyli przyjaźń i interesy

                                                    Wbrew pozorom na trwającym szczycie BRICS nie chodzi o Rosję, a na pewno nie przede wszystkim. Imprezę organizują Chińczycy, by odbudować swój model współpracy międzynarodowej. Pekin nie próżnował, gdy uwaga zachodnich mediów i ekspertów koncentrowała się na Ukrainie. Regularnie prowadzi loty zaczepne wokół Tajwanu, a na Wyspach Salomona tworzy swój przyczółek – dzięki bilateralnej umowie zakładającej m.in. inwestycje, pogłębienie portu, ale też możliwość wysłania na wyspy chińskiej policji, jeśli zajdzie konieczność i zaistnieje wola obu stron, Chiny zapewniły sobie strategiczną kontrolę nad bramą do południowej części Pacyfiku. Przestraszeni Amerykanie próbują odpowiadać, reaktywując ambasadę na Wyspach Salomona, ale mleko dawno się rozlało.

                                                    Nie inaczej jest z pozostałymi „literkami” ze skrótu BRICS. Brazylia chętnie spogląda ku rynkom azjatyckim, zwłaszcza z myślą o eksporcie żywności. To dla kraju główne źródło zysku, a Chiny są największym odbiorcą brazylijskiej soi i wołowiny. Jair Bolsonaro, który obściskiwał się z Putinem na Kremlu tuż przed inwazją, nawet nie ukrywa, że wojna jest mu na rękę. On też walczy z inflacją i kroczącą recesją, a przed nim wybory. Ma więc plan, by Brazylia zastąpiła Rosję w roli kluczowego gracza w globalnym łańcuchu dostaw jedzenia. Do tego będzie potrzebował rynków zbytu i pomocy logistycznej – i do tego posłuży mu BRICS.

                                                    Współpraca chińsko-brazylijska ma wieloletnie tradycje, ale i szerszy kontekst geopolityczny. Chiny eksportują broń i sprzęt wojskowy aż do 21 krajów Ameryki Łacińskiej. I to się raczej nie zmieni, nawet mimo widocznego odbicia kontynentu w lewą stronę. W październiku – jeśli Bolsonaro nie zabije brazylijskiej demokracji – do władzy wróci Lula, który od obecnego prezydenta różni się niemal we wszystkim, ale w kwestii BRICS ma podobne nastawienie. Był zresztą jednym z jego współtwórców i entuzjastą budowania sojuszy bez Europy i USA. Chiny są też potrzebne chilijskiemu przywódcy Gabrielowi Boricowi, który wieszczył „śmierć neoliberalizmu” i odejście od doktryn zglobalizowanego wolnego handlu, ale walczy ze słabnącą gospodarką, blokującą wiele jego prospołecznych reform.

                                                    O wpływach – handlowych, politycznych, militarnych – Rosji i Chin w Afryce też już sporo napisano. Od początku istnienia sojuszu Republika Południowej Afryki była jednak najbierniejszym jego członkiem. Sama poza paroma surowcami ma niewiele do zaoferowania, jest jednak kluczem do ekspansji na kontynencie: indyjskie i chińskie inwestycje w RPA rosną, Pekin odwdzięcza się dostępem do rynku dla tamtejszej żywności. Władze w Pretorii mówią zresztą, że najważniejszym celem szczytu są dla nich rozmowy z delegacją Indii, gdzie widzą dla siebie najwięcej szans.

                                                    RPA wyraźnie gra na wielu frontach – prezydent Cyril Ramaphosa trzy dni po szczycie BRICS skorzysta z zaproszenia kanclerza Niemiec Olafa Scholza i będzie gościem na spotkaniu grupy G7.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 11:13
                                                    Dokończenie

                                                    Putin ma swój świat i swoich partnerów

                                                    Już sama organizacja szczytu BRICS z udziałem wszystkich członków w chwili, gdy Rosja łamie międzynarodowe normy, może zapewne oburzać. Problem w tym, że to tylko euroatlantycki punkt widzenia. Od dziesięcioleci Putin i podobni mu przywódcy tworzą własny porządek, w którym gra się według innych zasad niż w NATO czy Unii Europejskiej. Co więcej, naiwnością jest sądzić, że ten porządek kreuje się teraz na naszych oczach i widać jakieś wielkie przesunięcia tektoniczne. Alternatywny dla liberalnego ekosystem istnieje od lat i ma się doskonale, nawet w trakcie wojny toczonej przez jednego z jego głównych aktorów. Waszyngton, Berlin czy Bruksela za długo patrzyły w inne strony albo po prostu na siebie nawzajem, ignorując inne kierunki współpracy gospodarczej i dyplomatycznej.

                                                    Nie jest przypadkiem, że – to dane rankingu Democracy Perception Index 2022 – wszystkie kraje, w których dominują pozytywne opinie o Rosji (m.in. Chiny, Wietnam, Indie, Maroko, Arabia Saudyjska), znajdują się w Azji Południowo-Wschodniej, Afryce lub na Bliskim Wschodzie. Tam Putin i jego zbrodnie nikomu nie przeszkadzają.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 20:32
                                                    120

                                                    Sytuacja w Donbasie niestety się pogarsza. Trzeba przygotować się na to, że upadnie Siewierodonieck, może też Lisiczańsk. Wciąż czekamy na wejście ukraińskich jednostek z nowym sprzętem. Tymczasem powiedzmy, jakie informacje są potrzebne do prowadzenia działań wojennych.
                                                    Z frontu nie ma dobrych wieści. Na głównym kierunku nieustanny, uporczywy i nieznośny nacisk Rosjan zaczyna w końcu przynosić efekty. Co prawda fragmenty Siewierodoniecka nadal są trzymane przez Ukraińców, ale na zachodnim brzegu ofensywa wroga przedarła się przez Toszkiwkę, pokonała też obronę we wsiach Pidlisne i Myrna Dolina leżących na południe od Lisiczańska. Obecnie walki toczą się w Biłej Gorze, która bezpośrednio przylega do miasta.

                                                    Na szczęście jest tu dzielnica przemysłowa, a jak pokazują dotychczasowe doświadczenia, zakłady są doskonałym oparciem dla obrońców. Także wzgórza przy miejscowościach Hirskie i Zołote, leżące między Popasną a Lisiczańskiem, są obecnie niemal całkowicie okrążone. Nie jest jasne, czy ukraińskie wojska wycofały się stąd, czy są tu nadal. Wygląda jednak na to, że wciąż się bronią, nie ma informacji, by Rosjanie usadowili się na wzgórzach. Walczy tu 4. Brygada Zmechanizowana Gwardii ze składu Milicji Ługańskiej wspierana przez 394. Pułk Zmechanizowany ze 127. Dywizji Zmechanizowanej dalekowschodniej 5. Armii. Bronią się zaś 17. Kriworozka Brygada Pancerna im. Konstantina Pastuszka oraz 111. Ługańska Brygada Obrony Terytorialnej.
                                                    Ukraińskie drony silnie atakują

                                                    Z kolei do natarcia na Słowiańsk Rosjanie pchnęli, poza walczącymi dotąd elementami 1. Armii Pancernej Gwardii i 20. Armii Gwardii z Zachodniego Okręgu Wojskowego, także 35. Armię i uzupełnioną w końcu 29. Armię, obie ze Wschodniego OW. Dodatkowo wprowadzili tu 68. Korpus Armijny z Sachalinu i jednostki wojsk powietrzno-desantowych. Na szczęście ani tu, ani pod Łymanem nie poczynili większych postępów. Ostrzelali za to zabudowę Słowiańska przy pomocy artylerii lufowej i rakietowej, co ma wymiar czysto terrorystyczny.

                                                    Nie ma większych zmian w rejonie Charkowa i Czuhujewa, a bardzo niejasna sytuacja panuje w rejonie Chersonia. Rosjanie przeprowadzili kontratak w kierunku Mikołajowa, odbijając trzy wsie siłami 49. Armii, 8. Armii Gwardii, 22. Korpusu Armijnego i 7. Dywizji Powietrzno-Szturmowej Gwardii. Ciekawostką jest wprowadzenie tu elementów 8. Armii Gwardii, walczącej dotąd na kierunku donieckim, gdzie Rosjanie przez blisko dwa miesiące nie są w stanie posunąć się o włos. Zapewne natarcie na Awdijiwkę najzwyczajniej w świecie sobie odpuścili, zabierając siły do Chersonia. Jeśli wzmacniają ten kierunek, sytuacja musi się robić bardzo gorąca. Według oświadczeń terenowej administracji ukraińskiej wojska Ukrainy są 15 km od Chersonia.

                                                    Z innych informacji „frontowych”: pojawiły się doniesienia o silnym wzmacnianiu obrony przeciwlotniczej rosyjskich wojsk w Donbasie. To efekt coraz większej aktywności ukraińskich bezpilotowców w tym rejonie. Rosjanie czynią desperackie próby uszczuplenia tej floty aparatów bezpilotowych. Wczoraj nad ranem ukraiński dron kamikaze, czyli pocisk amunicji krążącej, zaatakował rafinerię naftową w Nowoszachtińsku pod Rostowem nad Donem, wywołując silny wybuch i bardzo intensywny pożar. To jedyna rafineria w tej części Rosji, co zapewne odbije się na zaopatrywaniu Rosjan w paliwo w południowej części Ukrainy.



                                                    Wszystkie wymiary wojny

                                                    Wojna to konfrontacja na pięciu głównych polach: militarnym, politycznym, ekonomicznym, informacyjnym i społecznym. Pierwszy wymiar jest oczywisty – to użycie sił zbrojnych na lądzie, w powietrzu, morzu i w domenie specjalnej (działania nieregularne). Drugi wymiar wymaga wskazania kierunku, w jakim ma podążać państwo, to także dyplomacja, negocjacje z agresorem i zyskanie przychylności sojuszników. Trzeci wymiar to finansowanie wojny, zapewnienie funkcjonowania kraju i ekonomiczne (sankcyjne) oddziaływanie na przeciwnika. Wymiar informacyjny to propaganda, rzetelne informowanie, walka z dezinformacją, wpływanie na społeczeństwo wroga i społeczeństwa sojuszników. Wymiar społeczny to zaś wola walki – konsolidacja ludzi wokół sprawy, ale też troska o potrzeby ludności i morale poprzez okazywanie szacunku dla życia, dbanie o przesiedlonych i cywilów na zagrożonych terenach, organizacja służb ratunkowych i obrony. Wszystkie te elementy są równie ważne, a razem prowadzą do zwycięstwa, czyli do stanu pożądanego.

                                                    Same działania militarne mają trzy poziomy: strategiczny, operacyjny i taktyczny. Strategiczny mówi, dokąd zmierzamy jako państwo i co chcemy osiągnąć, jak używać wszystkich dostępnych państwu instrumentów (militarnych, politycznych, ekonomicznych, informacyjnych), by zrealizować cel. Poziomem strategicznym nie zajmują się wojskowi, to domena polityków. Tylko oni mają w ręku wszystkie narzędzia. Dlatego często naczelnym dowódcą sił zbrojnych jest prezydent.

                                                    Ale czy wojsko nie prowadzi ataków strategicznych? Owszem, prowadzi. Uderzając w obiekty, których zniszczenie ma bezpośrednio doprowadzić do zakończenia wojny. Ukraińcy musieliby np. zbombardować Kreml, Łubiankę, wszelkie obiekty administracji rosyjskiej i resortów siłowych, przynajmniej w największych miastach, albo większość systemu energetycznego Rosji, paraliżując jej funkcjonowanie na długo. To właśnie są ataki strategiczne. Jeżeli natomiast niszczy się obiekty, które mają tylko osłabić potencjał militarny, np. zakłady produkujące amunicję i remontowe, stanowiska dowodzenia, składy amunicji i paliw, mosty na trasach zaopatrzenia – to jest to poziom operacyjny, a nie strategiczny.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 20:37
                                                    Cd 120

                                                    Ukraina. Dwie kampanie, sześć operacji

                                                    Sztuka operacyjna to umiejętność planowania, przygotowania, prowadzenia i oceny skutków operacji militarnej. Rosjanie w Ukrainie przeprowadzili lub nadal prowadzą dwie kampanie: ukraińską i wschodnioukraińską. Nikt ich jeszcze tak nie nazwał, zrobiłem to ja. W ramach pierwszej przeprowadzono trzy operacje: nieudaną kijowską, nieudaną charkowską i udaną chersońsko-mariupolską. W ramach trwającej kampanii wschodnioukraińskiej też prowadzą trzy operacje: główną ofensywną donbaską, obronną charkowską i obronną chersońsko-zaporoską. Żadna z nich nie została zakończona, więc nie wiemy, czy można je uznać za udane.

                                                    Planowanie, organizowanie i prowadzenie każdej z sześciu operacji to właśnie sztuka operacyjna. Tym zajmują się przede wszystkim wojskowi. Kampanie i operacje planuje sztab generalny, szczegóły operacji ustalają zaś dowództwa na konkretnych kierunkach. Sztuka operacyjna jest jedna – instrument militarny powinien być monolitem.

                                                    Taktyka zaś to sposób użycia wojsk. Dlatego taktyk jest całe mnóstwo, tyle ile ich rodzajów. Jest oczywiste, że sposób użycia (czyli taktyka) lotnictwa będzie się zdecydowanie różnić od sposobu użycia (taktyki) wojsk pancernych, głównie z tego powodu, że czołgi nie latają, choć w przypadku rosyjskich za lataniem najwyraźniej tęsknią ich wieże. Mamy więc taktykę piechoty, artylerii, saperów, wojsk łączności, lotnictwa, floty itd. Ponadto taktykę walk w terenach wiejskich i zurbanizowanych, działań nocnych i dziennych itd.

                                                    Dodajmy do tego wymiar czwarty – logistyczny. Można zaplanować nawet najbardziej błyskotliwą operację, ba, można mieć nawet siły na jej wykonanie, ale logistyka to zawsze wąskie gardło. Pięta achillesowa. Siły są bowiem tylko tyle warte, ile mają zapasów niezbędnych do prowadzenia działań i ile są w stanie zorganizować dostaw na bieżąco, regularnie. Czy są w stanie remontować sprzęt i naprawiać popsuty, a także zadbać o ludzi: wyżywić ich, zapewnić podstawowe potrzeby, np. higieniczne, efektywną opiekę medyczną i skuteczną ewakuację rannych. To wszystko, co mało elegancko nazywamy „tyłami”.

                                                    Pamiętam, że kiedy byłem młodym podchorążym, mieliśmy wykładowcę od „logistyki i tyłów”, który wywodził się z żywnościówki i z lubością opowiadał o kuchniach polowych, ich konstrukcji, parametrach poszczególnych modeli. Na przykład kuchnia polowa KP-340 ma trzy kotły z płaszczem olejowym i dwa bez płaszcza olejowego, jest opalana olejem albo drewnem. Opowiadał nam też o czasie i sposobie gotowania zup różnych typów czy smażenia kotletów. Byliśmy młodzi, wiecznie w ruchu i wiecznie głodni, a on miał nieszczęście opowiadać nam o tych zupach i kotletach przed samym obiadem. Nie ma co, potrafił zainteresować słuchaczy...



                                                    Znać cele, plany i zamiary

                                                    I tu zaczynają się schody. Żeby planować i zarządzać działaniami na danym poziomie, potrzeba mnóstwa informacji. A na każdym poziomie potrzebne są inne. Na przykład na poziomie taktycznym artyleria musi wiedzieć o celach: ich położeniu i charakterze (obiekt punktowy, liniowy, powierzchniowy, umocniony, odsłonięty itd.). Informacji dostarczają jej przede wszystkim bezpilotowce i radary artyleryjskie, które wyparły systemy rozpoznania dźwiękowego. Wojska pancerne czy zmechanizowane potrzebują znać położenie punktów oporu przeciwnika, schematu jego ugrupowania i sił, teren (przejezdność dróg, położenie wzgórz, zabudowań, lasów), pogodę itd. I znów pomocne są drony, ale też zwiad naziemny, nasłuch radiowy przeciwnika, przesłuchania jeńców itd.

                                                    Na poziomie operacyjnym będzie to mniej więcej to samo co na szczeblu taktycznym, ale ogólniej i bardziej kompleksowo. Ponadto potrzeba tu informacji o systemie dowodzenia wojskami przeciwnika (położenie stanowisk dowodzenia, system łączności), tyłach wroga (położenie składów i magazynów, szlaki zaopatrzenia oraz ich obciążenie tudzież przepustowość, położenie baz remontowych, stan zapasów, np. czy bardziej brakuje amunicji, czy paliwa), o morale wojsk (gdzie jest najsłabsze) itd. To ostatnie może się okazać bardzo ważne. Na przykład jedną z przyczyn powodzenia operacji „Saturn”, czyli okrążenia niemieckich wojsk pod Stalingradem, było to, że sowieckie kleszcze zaciskały się przez ugrupowania wojsk rumuńskich i włoskich na skrzydłach niemieckich. Chodziło tu nie tylko o ich gorsze wyposażenie, ale też o znacznie słabsze morale – Rumuni i Włosi nie widzieli sensu walki gdzieś na peryferiach świata.

                                                    Najwięcej i najciekawiej dzieje się na szczeblu strategicznym. Tutaj najważniejsze to znać plany i zamiary wroga, a robi się to na dwa sposoby. Pierwszy jest wywiad osobowy (HUMINT), drugi wywiad biały (OSINT). O tym nie doniesie nam żaden satelita fotografujący terytorium przeciwnika. Ani nawet nasłuch rozmów radiowych (COMINT), bo o takich rzeczach nie gada się przez radio.

                                                    No i jeszcze jedno. Czy jeśli chodzi o plany i zamiary, to powinniśmy zdobywać informacje tylko o przeciwniku? Nie, moi drodzy, równie ważne jest, by tego samego dowiedzieć się o sojusznikach, bardzo ostrożnie oczywiście. Za żadne skarby nie można się przyznać do szpiegowania sojuszników. Ale czy wystarczy wierzyć w gorące zapewnienia i płomienne przemówienia? Czy może lepiej po cichu się dowiedzieć, co w trawie piszczy i z czym borykają się nasi partnerzy, gdy nam pomagają? No i oczywiście na ile są zdeterminowani, by tej pomocy nam udzielać, czyli dlaczego naprawdę to robią. Chyba nie wierzycie, że państwa wspomagają Ukrainę z dobroci serca i wpisanej w konstytucję empatii międzynarodowej? Ci, którzy wspierają Ukrainę na poziomie państwowym, robią to wyłącznie dlatego, że z różnych względów uważają to za korzystne.



                                                    Czy Brytyjczycy wiedzą coś więcej?

                                                    Dlaczego państwa bałtyckie, Polska czy Słowacja wspierają Ukrainę z całych sił? To akurat oczywiste, nigdzie świadomość, kto będzie następny, nie jest większa niż tu. Ale dlaczego z taką siłą robi to położona dość daleko Wielka Brytania dysponująca bronią jądrową? A może dlatego, że brytyjski wywiad obok izraelskiego i chińskiego należy do najlepszych i najskuteczniejszych na świecie? Co wiedzą Brytyjczycy, że są aż tak gorliwi?

                                                    Myślę, że doskonale zdają sobie sprawę, że jeśli Ukraina upadnie, to Putin pójdzie dalej. Dlaczego miałby się zatrzymywać? 2008 r. – Gruzja, 2014 – Donbas, 2022 – cała Ukraina. Czy nie widać tu jakiejś prawidłowości, analogii? Marzec 1938 r. – Austria, październik 1938 – Kraj Sudetów, marzec 1939 – reszta Czechosłowacji, wrzesień 1939 – Polska. Co prawda rosyjskie agresje są bardziej rozciągnięte w czasie, ale to tak samo pełzająca ekspansja co ta hitlerowska. Oczywiście Brytyjczycy nie boją się inwazji na swoje wyspy. Ale boją się destabilizacji Europy, załamania gospodarczego, krachu. A może biorą pod uwagę możliwy sojusz francusko-niemiecko-rosyjski?

                                                    Osobiście uważam, że Brytyjczycy mają dużo większą wiedzę, niż nam się wydaje. I na bazie tej wiedzy podejmują kluczowe decyzje. Amerykanie taką wiedzę też mają. Powtarzam: nie ma w stosunkach międzynarodowych dobrego serca i empatii, są interesy, wyłącznie. Z jednej strony to smutna prawda, z drugiej – po to za podatki zatrudniam pana premiera i resztę jego rządu, żeby dbał o moje interesy. Jeśli nie będzie się wywiązywał, to go wyleję z pracy w lokalu wyborczym.

                                                    I teraz pytanie: czy myślicie, że dogłębna i wydaje się, że rzetelna wiedza Brytyjczyków, na podstawie której podejmują takie, a nie inne decyzje, dotyczy tylko Rosji, ewentualnie Rosji i Ukrainy? Nie, moi drodzy, oni taką samą wiedzę mają o Francji, Niemczech, Polsce. Bo tak to się właśnie robi i należy z nich brać przykład.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 20:39
                                                    Dokończenie 120

                                                    Satelita nie pokaże, co boli Rosjanina

                                                    Aby podejmować strategiczne decyzje, trzeba też mieć jak najlepszą wiedzę o funkcjonowaniu państwa przeciwnika, jego systemie zarządzania, systemie finansowym, bankowym, o grupach nacisku i różnych lobby, o społeczeństwie i jego mentalności, na co jest podatne, na co nie, o przemyśle, transporcie, zapasach, potencjale intelektualno-innowacyjnym. Skąd mamy bowiem wiedzieć, jakie sankcje zadziałają, a jakie nie? Skąd wiedza, jakie środki przeciwdziałania sankcjom wróg może podjąć, by je obejść?

                                                    Oczywiście, sporo tych informacji dostarczają satelity obserwujące przemysł i sieć transportu, bazy wojskowe i ruchy żołnierzy, nasłuchy rozmów itd. Ale bardzo dużo musi nam podsunąć też wywiad. Satelita nie pokaże, o czym myśli i marzy Rosjanin, co go boli, co go wkurza i czego nie jest w stanie znieść.

                                                    Dlatego wywiad jest tak niezwykle istotny. Osobowe źródła informacji mogą zdobyć przeróżne, bardzo ważne dane, które połączone stworzą pełny obraz. Niesamowicie ważny jest tzw. biały wywiad, czyli zbieranie informacji z otwartych, ogólnodostępnych źródeł. W organizacjach wywiadowczych każdego kraju, ale też w różnych think tankach mniej lub bardziej finansowanych przez państwo, siedzi mnóstwo ludzi, którzy śledzą, pieczołowicie gromadzą dane, przyglądają się im (przyglądanie się i poznawanie elementów cząstkowych to istota analizy), a potem je łączą (łączenie spostrzeżeń z analizy to istota syntezy), a potem wyciągają wnioski (głównie przez dedukcję, czyli eliminację błędnych przypuszczeń, lub indukcję, czyli analogię i interpelowanie, przedłużanie określonego ciągu przyczynowo-skutkowego). Proces: zbieranie informacji – analiza – synteza – wnioskowanie, to jest właśnie biały wywiad, ważny, by państwo podejmowało właściwe decyzje.



                                                    Cztery miesiące wojny

                                                    Po tym nudnawym wprowadzeniu zajmę się bliżej pracą wywiadu, ale to pojutrze. Jutro miną cztery miesiące od początku wojny. Dlatego napiszę, jakie są możliwe warianty rozwoju sytuacji w Ukrainie, czyli spróbujemy klasycznej interpolacji na zasadzie: zdarzyło się 2, 4, 8, 16, co będzie dalej? Tak, macie rację: 32, 64... Na tym polega interpolacja.

                                                    Przy złożonym środowisku i dziesiątkach czynników nie jest to wcale takie proste. Bardzo łatwo pomylić zależności rzeczywiste z pozornymi. Na przykład: zestawcie straty w pożarach z liczbą zastępów, które pożar gaszą. Co wyjdzie? Ano to, że im więcej strażaków gasi pożar, tym straty są większe. To klasyka zależności pozornej. W istocie jest trzeci czynnik – wielkość pożaru, jego skala, łatwopalność obiektu oraz jego wartość. To pierwotne czynniki, właśnie one decydują o tym, jakie są straty oraz ilu strażaków wysyła się do gaszenia pożaru. Te dwa ostatnie czynniki są wtórne.

                                                    Bardzo łatwo też pomylić przyczynę ze skutkiem. Pamiętam badanie socjologiczne, które usiłowało nam wmówić, że ludzie pogodni i weseli bogacą się szybciej niż smutni i sfrustrowani. A ja mam jakieś dziwne wrażenie, że jest odwrotnie: jeśli człowiek się bogaci, to jest wesoły i pogodny, a jak biednieje, to staje się smutny i sfrustrowany.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 23.06.22, 21:46
                                                    Nie zgadzam się z Fiszerem.
                                                    Biały wywiad (Osint) wymaga całej armii analityków i jest najmniej wiarygodny.
                                                    Bardziej wiarygodne są kwity z pancernej szafy, czyli Humint.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:30
                                                    121
                                                    Wydano rozkaz opuszczenia Siewierodoniecka, co było rozsądnym posunięciem, nikt nowego Mariupola nie chce. Jednak pętla zaciska się również wokół Lisiczańska. Co z tego wyniknie?
                                                    Dziś mało będzie wiadomości z frontu, nadrobimy to jutro. Mijają właśnie cztery kalendarzowe miesiące wojny, od 24 lutego do 24 czerwca. Dziś wydano rozkaz opuszczenia Siewierodoniecka, widać, że Ukraina nie chce drugiego Mariupola. Chce raczej zachować swoje siły, by mieć czym kontratakować. Obecni oficerowie młodsi być może obejmą wyższe funkcje oficerskie w nowo formowanych jednostkach, ich miejsce częściowo zajmą oficerowie rezerwy, częściowo nowi absolwenci przyspieszonych wojennych szkoleń, a częściowo awansowani podoficerowie, którzy pokazali się z dobrej strony jako myślący i rozsądni dowódcy najniższego szczebla. W każdym razie do nowo formowanych jednostek trzeba wstrzyknąć kroplówkę w postaci pewnej liczby doświadczonych frontowców. A ich miejsce na froncie mogą zająć nowo szkoleni. Zostaną zachowane proporcje między „świeżakami” a starymi wygami, morale się nie załamie, tak samo wartość bojowa. Mam nadzieję, że dowództwo ukraińskie postępuje właśnie tak, jak to podpowiada rozsądek. Wszystko zaś wskazuje na to, że ukraińskiemu dowództwu i Sztabowi Generalnemu rozsądku nie brakuje.


                                                    Przewidywanie czy wróżenie z fusów?

                                                    Oto trzy wybrane, a w naszej ocenie najbardziej prawdopodobne warianty dalszego rozwoju sytuacji. Niestety, szybko ta wojna się nie zakończy, powtarzam to od tygodni. Może to zaczyna powszednieć, jak w jednej z komedii z Flipem i Flapem, kiedy Flip (ten chudszy) chodzi po średniowiecznym grodzie i krzyczy: Dziewiąta! Godzina dziewiąta! W tym momencie podchodzi do niego Flap i pyta: przepraszam pana, która godzina? Na co Flip: Panie! Od pół godziny krzyczę, że dziewiąta!

                                                    To powszednienie wojny, to oswajanie się z tym, że toczy się ona niedaleko, jest dla Ukrainy bardzo niebezpieczne. Społeczeństwa bowiem są podatne na oddziaływanie wrogiej propagandy, na rosyjskie farmy trolli, które jątrzą: a po co właściwie pomagamy Ukrainie? A dlaczego oni się tak u nas (w Polsce, w Niemczech, w Rumunii) panoszą? Dlaczego my mamy ponosić koszty tej wojny? I tak dalej, na Facebooku, na Twitterze, na Instagramie, ale też i w innych mediach. Ten rak zwątpienia, zniecierpliwienia, zapomnienia, podsycany przez kogo trzeba, toczy ludzkie umysły. Jak to było? Nie będziemy umierać za Gdańsk? Jak się zresztą okazało, skłócone, podzielone społeczeństwo za Paryż też umierać nie chciało. Co ich kosztowało cztery lata niezbyt miłej okupacji, choć nie tak straszliwej jak u nas.

                                                    Zawsze mamy tendencję to przyjmowania aktualnego stanu środowiska międzynarodowego jako danego raz na zawsze. A tymczasem wszystko się może zmienić dosłownie z dnia na dzień. I za każdym razem ludzie się dziwią, że jak to? Dlaczego? Przecież to wydawało się niemożliwe, abstrakcyjne, nierealne. Co byście powiedzieli, gdyby w 2000 r. ktoś wam powiedział, że zostanie zaatakowany Pentagon? W Waszyngtonie? W sercu największej atomowej potęgi militarnej na świecie? Ale nie ma się czego wstydzić, zrobiłbym to samo, co wy: wyśmiałbym. A tymczasem świat nas zaskakuje.

                                                    Wszystko staje się jasne, gdy przyswoimy sobie dwie proste prawidłowości. Pierwsza: władze państwowe robią to, co uznają za opłacalne. W państwach demokratycznych opłaca się głosić, że kierujemy się określonymi wartościami, bo tego chcą ludzie, pragną świata uporządkowanego, przewidywalnego, bezpiecznego. Tego chcą wyborcy i to dostają, to się władzy opłaca – będzie ich demos wybierał, a oni sobie będą dalej rządzić. Ale czasem wyborcy nie chcą wartości, ale kasy – wtedy władza depcze wartości, sypiąc groszem, a ludzie też są zadowoleni.

                                                    A na przeciwnym biegunie? Saddam Hussein, gdy uznał, że opłaca się napaść na Kuwejt, to napadł. A Władimir Putin jak uznał, że opłaca mu się zająć Ukrainę, to rozpętał obecną wojnę. Bo sobie przekalkulował, że w ten sposób zrealizuje swój plan. Że w ten sposób wejdzie na trwałe do historii (tu się nie pomylił), a Rosjanom się to przedstawi tak, że też będą zadowoleni.

                                                    I druga zasada: szczególnie w dyktaturach hierarchia potrzeb władzy i skala pomiaru opłacalności może być całkowicie inna od naszej. My na przykład uznamy, że to niemożliwe, bo przecież jak zrobią to czy to, spotka ich tamto – i koniec końców im się to nie opłaci. To prawda, ale to, jak jest naprawdę, nie jest ważne. Ważne jest to, co oni uznają za opłacalne. Na przykład Hitler napadł na ZSRR 22 czerwca 1941 r., mając ok. 3,5 tys. czołgów, podczas gdy Rosjanie mieli ich ponad 22 tys. Napadł, bo uznał, że wygra wojnę nim nastąpi zima, więc nie wyposażył wojska w kożuchy, ciepłą bieliznę, odpowiednie kurtki, czapki i rękawice, nie przygotowano też zimowych smarów do broni i olejów smarowniczych dla pojazdów odpornych na mróz. Uznał, że wystarczy pokonać 1,5 tys. km do Moskwy. W Dyrektywie nr 21 (plan Barbarossa) napisano: „ostatecznym obiektem jest ustanowienie linii obronnej na granicy europejskiej części ZSRR, mniej więcej od rzeki Wołga do miasta Archangielsk. Potem, w razie potrzeby, ostatni rejon przemysłowy w Rosji na Uralu może być wyeliminowany przez Luftwaffe”.

                                                    Wiecie oczywiście, że to stek bzdur. Że rosyjski przemysł zbrojeniowy istniał też w Taszkiencie, w Ułan-Ude, w Nowosybirsku czy Komsomolsku nad Amurem, daleko za Uralem. Że na przykład wielki zakład produkcji czołgów T-34 Sowieci zorganizowali w Omsku w ciągu kilku miesięcy.

                                                    Ale teraz zaczyna się najlepsze. Niemcy nie mieli bombowców mających nawet połowę tego zasięgu, by od wskazanej linii dolecieć do Uralu, a na wschód od Moskwy aż po Ural w zasadzie nie było lotnisk. A zimą takich zbudować się nie da. Tam nie było też za wiele szlaków komunikacyjnych. To nic, że napisano bzdurną dyrektywę, że przygotowano nierealne plany. Rozsądny człowiek mógłby powiedzieć – nie ma szans, by w tej sytuacji poważyli się na atak. Ale oni to zrobili, wbrew zdrowemu rozsądkowi.

                                                    Dlatego właśnie logika myślenia i zdrowa kalkulacja może być zwodnicza.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:32
                                                    Cd 121
                                                    Nie oddać nic w łapska Zachodu

                                                    Jeśli przyjmiemy do wiadomości dwie powyższe zasady, to jesteśmy już na dobrej drodze, by spróbować przewidzieć rozwój wypadków. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie, jak dalej rozwinie się konflikt zbrojny, trzeba przyjąć jakąś prostą metodykę według schematu: analiza-synteza-wnioskowanie.

                                                    Analiza to rozkład. Dzielimy jakąś materię na jej części składowe, by przyjrzeć się każdej z osobna, wówczas łatwiej jest dostrzec jej istotę. Dlatego szukając odpowiedzi na pytanie, co teraz nastąpi w ukraińskim konflikcie, dzielimy materię wojny na:

                                                    Cele użycia sił zbrojnych przez Rosjan (ostateczne i cząstkowe na danym etapie);
                                                    Dostępne siły i środki do realizacji tych celów – na polu militarnym, ekonomicznym, socjalnym, politycznym;
                                                    Efekty dotychczasowych działań po obu stronach;
                                                    Możliwości w zakresie dostępności zasobów w dalszej części wojny.
                                                    Później łączymy te spostrzeżenia w jeden obraz sytuacji, czyli dokonujemy syntezy. A następnie wyciągamy wnioski, posługując się dedukcją, czyli eliminacją tego, co niemożliwe lub mało prawdopodobne. To, co zostanie, może być najbardziej prawdopodobnym wariantem rozwoju wydarzeń.

                                                    Pierwsze pytanie: po co Rosjanie zaatakowali? Ponieważ Władimir Putin nie ukrywa swoich zamiarów przywrócenia wpływów dawnego Związku Radzieckiego. Czyli chce je odzyskać na terenach, na których się rozciągały. ZSRR zresztą planował dalszą ekspansję i zapewne Putinowi się ona marzy. Ale to już jego następcy, trzeba tylko namaścić tych, którzy dzieło będą kontynuowali. A o to w Rosji nietrudno. Rosjanom się to podoba, Rosjanie jako naród chcą być wielkim imperium, z którym liczy się cały świat. Dlatego w latach 60. i 70. żartowano, że ZSRR zmieni herb na amorka. Bo on doskonale pasuje: goły tyłek, ale za to uzbrojony. Dowcip był przaśny, ale trafiał w sedno. Mogą biegać za potrzebą za stodołę, a jak w trzaskającym mrozie spojrzą w rozgwieżdżone niebo ze świadomością, że gdzieś tam wśród gwiazd latają jego rodacy, podbijają kosmos, a cały świat się ich boi, to i ten mróz staje się jakiś przyjemny. Obywatele oczekują: stańmy się znów imperium, światowym mocarstwem, wtedy będziemy znosić nawet ciężkie warunki życia. Bo my żyjemy światłą ideą, a nie jak zgniły Zachód – dobrobytem, pięknymi domami i samochodami.

                                                    Ukraina była dla ZSRR tym, czym Indie dla Imperium Brytyjskiego, perłą w koronie. Całkiem spora kraina rolnicza, która żywi wiele innych krajów świata. A przy tym zasobna w bogactwa: rudę żelaza, węgiel, rudy innych metali. I uprzemysłowiona, ze znacznym potencjałem, nie tylko technologicznym, ale i intelektualnym, z wieloma zdolnymi inżynierami i konstruktorami, jak pochodzący z Żytomierza Siergiej Korolow, konstruktor radzieckich rakiet (w tym tej dla Gagarina), z którym Nikita Chruszczow rozmawiał sobie po ukraińsku, czym strasznie wkurzał Rosjanina Władimira Semiczastnego, szefa KGB w latach 1961–67, lubiącego osobiście podsłuchiwać najważniejsze osobistości ZSRR.

                                                    Ale nawet nie o ten cały potencjał Ukrainy Putinowi chodzi, ale by ów potencjał nie dostał się w łapska Zachodu. Bo Ukraina jest jego i tylko jego, to ważna część imperium, które na wzór ZSRR odbudować trzeba. Potem przyszłaby kolej na państwa bałtyckie, dające lądowe połączenie z Obwodem Kaliningradzkim i rzetelny dostęp do Morza Bałtyckiego. A potem trzeba by ponownie odzyskać Europę Środkowo-Wschodnią i przez Bałkany wykopać dostęp do Morza Śródziemnego i do Bliskiego Wschodu. Bo mając Bliski Wschód w strefie swoich wpływów, można złapać zachodnią Europę za szyję i ścisnąć. Skąd mają mieć paliwa i gaz, jak nie z Rosji czy z szeroko rozumianego świata arabskiego, od Libii po Irak? Norwegia i Wielka Brytania wszystkich nie zaopatrzą…

                                                    Jeśli uznamy, że to o czym Putin mówi, czego nie ukrywa, a co konsekwentnie realizuje co najmniej od 2008 r. (Gruzja), to zrozumiemy, jakie są jego rzeczywiste cele. Że nierealne? Że naiwne? Powiedzcie to Putinowi, nie mnie, ja wam mogę tylko przytaknąć, ale co z tego?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:34
                                                    Dokończenie 121
                                                    Wariant optymistyczny

                                                    Nie będę zanudzał opisem poszczególnych etapów naszej analizy, a później syntezy, od razu opiszę wnioski.

                                                    A zatem: pierwszy wariant, optymistyczny. Walcząc w Donbasie, Ukraina osiąga trzy rzeczy: kupuje czas, powstrzymuje postępy Rosjan i zadaje im poważne straty, których łatwo uzupełnić się nie da. Po co czas? Analizując potencjał i zasoby stron, te własne oraz te otrzymane od sprzymierzonych państw świata, zakładamy, że Ukraina otrzymane uzbrojenie wykorzystuje do formowania nowych związków taktycznych, które oceniamy na ok. dziesięć brygad (aktualnie kończą proces szkolenia). Ten proces zakończy się przypuszczalnie niedługo. Może już na początku lipca.

                                                    Po osiągnięciu gotowości bojowej przez te siły zostają one wprowadzone do kontrataku, ale poza Donbasem. Dlaczego? Bo te siły Ukraina rzuci tam, gdzie Rosjanie są o wiele słabsi. By uzyskać zdecydowaną przewagę, co zagwarantuje powodzenie takiej operacji. A zatem – Charków, Czuhujew czy Chersoń? Charków raczej nie, tam zysk jest niewielki. Zostaje atak z rejonu Czuhujewa na Kupiańsk albo atak z Mikołajewa czy z rejonu na południe od Krzywego Rogu na Chersoń i Nową Kachowkę (wsparty atakiem z rejonu Zaporoża na rejon Melitopolu, ku Morzu Azowskiemu). Wariant czuhujewsko-kupiański przyniósłby wielki sukces w postaci odcięcia wielkich sił rosyjskich na południe od Iziuma, ich likwidacja po wyczerpaniu zapasów amunicji i paliwa byłaby wówczas dość łatwa. Ale tam powodzenie operacji zależałoby od szybkości. Gdyby Ukraińcy utknęli po drodze do Kupiańska, to koniec. Rosjanie ściągną tam szybko wiele sił, zablokują ich, powstrzymają i odrzucą z powrotem.

                                                    Wariant chersoński? Tam wzmocnienie sił rosyjskich nie jest łatwe. Trzeba by je zabrać z Donbasu, przerzucać kawał drogi albo przez Mariupol – Melitopol, albo nawet drogą morską przez Krym. Tymczasem dość znaczne siły ukraińskie mogłyby zadać silny cios. Przeciąć lądowe połączenie Krymu z resztą Rosji. Zlikwidować jedyny sukces Moskwy.

                                                    Co wówczas? Zachód zachęcony ukraińskim powodzeniem śle Ukrainie coraz więcej broni, Ukraina odzyskuje coraz większe tereny. Aż w końcu, może do końca 2022 r., ale prędzej wiosną 2023 r. wyrzuca Rosjan nie tylko z obwodów chersońskiego i zaporoskiego, ale też i z ługańskiego oraz donieckiego. A może nawet i z samego Krymu – co do tego się waham, to osobny temat.

                                                    W każdym razie w wariancie optymistycznym Ukraina wraca do konstytucyjnych granic z 2013 r., może z Krymem, a może bez. Jednocześnie sankcje gospodarcze zaczynają coraz mocniej działać, Rosja podupada ekonomicznie, mimo surowych represji przez kraj przewala się fala niezadowolenia. Rosja nie jest w stanie kontynuować wojny. Godzi się na pokój, przyciśnięta i upokorzona uznaje Ukrainę jako niepodległe i niezawisłe państwo, niechętnie pozwala na przyjęcie jej do NATO i UE. Stan pognębienia Rosji trwa przez dającą się przewidzieć przyszłość albo się dalej rozpada na poszczególne republiki i kraje, albo trwa w stanie wegetacji przypominającej tę z lat 90.

                                                    Co można dodać? Że Ukraińcy żyją długo i szczęśliwie.



                                                    Wariant optymistyczno-pesymistyczny

                                                    To, co opisałem wyżej, to marzenie. Uda się tylko wtedy, jeśli nikt nie zejdzie z obranej drogi. I jeśli Zachód zachowa jedność i spójne, niezmienne stanowisko wobec konfliktu w Ukrainie.

                                                    Ale może być tak, że Rosja nie zostanie pognębiona, nie zostanie upokorzona. Że jej wojska zostaną z Ukrainy wyrzucone, ale poza tym nic się nie zmieni. Wówczas mamy dalszy ciąg, zamrożony, trwający w nieskończoność konflikt. Coś jak okres 2014–22, tylko na nowej, odzyskanej granicy państwowej. Aż wybuchnie nowa wojna.

                                                    Wariant pesymistyczny

                                                    Niestety wcale nie jest wykluczone, że Rosjanie zdobędą nie tylko Siewierodonieck, ale i Lisiczańsk. Nie mogąc się doczekać nowych dostaw broni, Ukraińcy rzucają do boju w Donbasie te jednostki, które są już gotowe, i to uzbrojenie, które dostali. Częściami, po kolei. A rosyjska machina wojenna mieli je kawałek po kawałku, ponosząc przy tym niewyobrażalne straty, ale się nimi nie przejmując. Rosyjski walec toczy się dalej.

                                                    We wrześniu (powiedzmy) pada Słowiańsk i Kramatorsk, a do końca roku Rosjanie dochodzą do Dniepru. Teraz przegrupowują siły i wiosną 2023 r. rusza nowa ofensywa na Kijów, tym razem od południa, przez Krzywy Róg, od południowego wschodu, przez Dnipro (miasto Dniepr), od wschodu, na około okrążonego i odciętego Charkowa. I ponownie od północy, przez Białoruś. Ukraińska wola walki zaczyna się łamać.

                                                    Co jednak najważniejsze, w zachodniej Europie wybuchają masowe protesty. Ludzie przeorani covidem mają też dość szalonego wzrostu cen paliw, energii elektrycznej oraz opału na zimę 2022/2023. A dostawy z Rosji są odcięte. Rządy państw europejskich uginają się pod presją społeczną, ponad głową Ukrainy dogadują się z Moskwą i przynajmniej rozluźniają sankcje. USA też się cofają, skoro Europa nie chce sobie pomóc sama? Niech sobie budują swoje relacje z Rosją, ciekawe, czym się to skończy, a nasza chata z kraja – na Dalekim Wschodzie, tam gdzie Chiny wyciągają swoje macki.

                                                    Niemożliwe? Możliwe. Czym by to się mogło skończyć? Atakiem na podzielone NATO i wahającą się Unię Europejską. Najpierw na Państwa Bałtyckie. A potem, kiedy by one upadły, mogłaby przyjść kolej na Polskę. Bo tak jak Ukraina była perłą w koronie wewnątrz sowieckiego imperium, tak polska była na zewnątrz, w imperialnej strefie wpływów. Wiadomo, kura nie ptica, a Polsza nie zagranica.

                                                    Wszystko także i w naszych rękach. Musimy wytrzymać, musimy sprawić, by to Ukraina walczyła za nas, wspierajmy ją, dajmy jej, ile się da w sensie sprzętu wojskowego, pomocy ekonomicznej. Bo dopóki Ukraina jest w grze, to nam nic nie grozi. A jak Ukraina nie da rady, to przyszłość nie jawi się w różowych barwach.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:39
                                                    122
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:40
                                                    122

                                                    Przegrana bitwa o Siewierodonieck wcale tak bardzo nie wpłynie na przebieg wojny, pod warunkiem że ukraińska kontrofensywa sił formowanych na zachodnim sprzęcie faktycznie niedługo ruszy. Czekając na jej rozpoczęcie, przyjrzyjmy się pracy wywiadu.
                                                    Ukraińskie wojska wycofują się stopniowo z Siewierodoniecka, by uniknąć całkowitego odcięcia i likwidacji. W działaniach militarnych nie chodzi bowiem o to, by kurczowo trzymać teren, ale tak manewrować, by zadać przeciwnikowi jak największe straty, maksymalnie unikając własnych. Nie ma głupszej koncepcji niż „ani kroku w tył”. Czasem trzeba się uporczywie bronić w jakimś punkcie czy na danym odcinku, ale to nie może być sztywna reguła – bo z reguły nie prowadzi do niczego dobrego.

                                                    Najgorsze w tej części Donbasu jest to, że zagrożony jest też Lisiczańsk na zachodnim brzegu Dońca. Rosjanie zajęli wzgórza Hirskie i Zołote, choć Ukraińcy w większości zdołali się stąd wycofać. Według ukraińskich źródeł do niewoli wroga dostało się w trzech grupach ok. 50 żołnierzy, co wygląda na jakąś straż tylną, osłaniającą odwrót głównych sił. Rosjanie oczywiście twierdzą, że mają 3 tys. jeńców, ale ich propaganda słynie z wybujałej fantazji. Okazuje się, że dowodzi tu gen. płk Aleksandr Łapin, dowódca Centralnego Okręgu Wojskowego. Czyżby gen. armii Aleksandr Dwornikow, dowódca Południowego OW, poszedł w odstawkę?

                                                    Osoba, która chętnie udziela informacji

                                                    Tymczasem pod Iziumem i Słowiańskiem odparto kolejne ataki Rosjan, linia frontu nie zmieniła się też pod Limaniem, na kierunku Popasna–Bachmut ani pod Charkowem, za to pod Chersoniem Ukraińcy nadal nacierają, powolutku spychając wroga. Okazało się, że znów są na zachodnim brzegu rzeki Ingulec, zdobyli ponadto wieś Olhyne w połowie drogi między Krzywym Rogiem a Nową Kachowką. Rejon Chersonia wizytował osobiście dowódca Rosgwardii gen. armii Paweł Zołotow, jeden z zaufanych Putina. Wygląda na to, że Rosjanie są poważnie zaniepokojeni rozwojem sytuacji w tym rejonie.

                                                    Tu, na południu, ukraiński wywiad GUR organizuje wiele udanych działań partyzanckich. Dlaczego akurat GUR, któremu podlega też klasyczny wywiad osobowy (HUMINT – Human Intelligence)? Dlatego, że partyzanci potrzebują wielu informacji i sami sporo ich dostarczają, pozyskując je m.in. z przesłuchań schwytanych jeńców.

                                                    Wywiad czerpie informacje od tzw. źródeł osobowych; w Polsce to OZI – Osobowe Źródła Informacji. Dlaczego nie mówi się po prostu agent lub informator wywiadu? Dlatego, że OZI nie zawsze jest świadome, że jest OZI. Czasem to podsłuchiwana pleciuga, innym razem człowiek, który dobrowolnie dzieli się informacjami, nie wiedząc nawet, z kim dokładnie. Na przykład turyści wyjeżdżający w ciekawe zakątki globu mogą otrzymać propozycję rozmowy z dziennikarzem portalu o turystyce. Tymczasem to w istocie oficer wywiadu, który umiejętnie zadaje pytania, wyłuskując ważne rzeczy spomiędzy typowo „turystycznych” odpowiedzi.

                                                    Zdarza się, że człowiek opowiada o istotnych sprawach nowym „znajomym”, np. przechwala się sukcesami w pracy albo narzeka na szefa. Nie trzeba go werbować, gada sam z siebie. W żargonie taki człowiek to Osoba Chętnie Udzielająca Informacji. Wychodzi z tego bardzo ładny skrót (OChUI), odzwierciedlający stosunek do takich plotkarzy.



                                                    Oficer, inżynier, operatorka kserokopiarki

                                                    Istotą wywiadu jest więc pozyskiwanie OZI, a następnie ich eksploatacja. Każdy informator ma oficera prowadzącego i zna tylko jego, choć najczęściej niewiele o nim wie. W razie potrzeby łatwo ucina się wszelkie więzi i kontakty. Gdyby obcy kontrwywiad chciał znaleźć oficera prowadzącego, okaże się to niemożliwe, bo nie bardzo wiadomo, kim jest. Nawet jeśli to dyplomata z placówki, powiedzmy w Wiedniu, to dawno już pracuje na placówce w Bangkoku.

                                                    Ważna zasada: oficer wywiadu przenigdy nie zbliża się osobiście do interesujących go obiektów. Budynków rządowych, zakładów zbrojeniowych, ważnych jednostek wojskowych, biur konstrukcyjnych. Ci, którzy pojawiają się w pobliżu takich miejsc, są rejestrowani przez monitoring i sprawdzani, jeśli coś wzbudzi podejrzenie oficera obiektowego, czyli funkcjonariusza sprawującego nad nim kontrwywiadowczą pieczę. W życiu te charakterystyczne dla starych filmów szpiegowskich obrazki nie występują: oficer w nocy włamuje się do wrogiego obiektu, otwiera wytrychem szafę pancerną i przy lampce fotografuje dokumenty miniaparatem. Trąci myszką, prawda?

                                                    Tymczasem cała robota oficera wywiadu to umiejętne nawiązywanie kontaktów z tymi, którzy w danym obiekcie pracują, ale i mają dostęp do istotnych tajemnic. Nie muszą to być ważne osoby. Nasz najsłynniejszy szpieg płk Marian Zacharski wyciągnął w latach 80. kluczowe części dokumentacji układu kierowania ogniem systemu przeciwlotniczego Patriot, werbując w nieistniejącym już oddziale firmy Hughes Aircraft (obecnie Raytheon) w El Segundo w Kalifornii aż dwie osoby – inż. Williama Bella i operatorkę kserokopiarki. Sam w pobliżu obserwowanego przez FBI obiektu się nie pojawiał.



                                                    Lustereczko w łyżeczce do herbaty

                                                    Oficerowie wywiadu dzielą się na tzw. legalów i nielegalów. Legalni to ci, którzy są w obcym państwie oficjalnie, głównie pracownicy ambasad z immunitetem dyplomatycznym. Wszyscy podejrzewają oczywiście attaché wojskowych, z reguły słusznie. Ale bardzo często są to też ci, których nikt nie podejrzewa, np. attaché kulturalny albo trzeci sekretarz, ludzie nawiązujący szerokie kontakty pod pozorem pracy zawodowej. Oni zwykle nie werbują własnych OZI, a już zwłaszcza nie robi tego attaché wojskowy – jest ciągle obserwowany, kontrwywiad bacznie mu się przygląda. Ale na oficjalnych pokazach, spotkaniach, prezentacjach czy wizytach da się wiele zauważyć, jeśli tylko uważnie się patrzy i umie wyciągać wnioski.

                                                    Można się w ten sposób dowiedzieć ciekawych rzeczy. W dowództwie Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej w latach 90. (kiedy tam pracowałem) przy okazji na wpół żartobliwej rozmowy rosyjski attaché lotniczy zapytał jednego z pułkowników z szefostwa szkolenia lotnictwa, gdzie spędza urlop. Pułkownik nie w ciemię bity udzielił na wpół wymijającej odpowiedzi. A gdyby wskazał konkretny kurort? „Charty” rosyjskiego wywiadu znaleźliby go. Namierzyli i wystawili do werbunku oficerowi wywiadu, zapewne nielegalowi, który przebywał akurat w tym samym hotelu i chodził na kolacyjki o tej samej porze...

                                                    Taka ciekawostka. Miałem okazję poznać kiedyś osobiście Władimira Riezuna, piszącego książki jako Wiktor Suworow, przez wiele lat oficera radzieckiego GRU. Zbiegł do Wielkiej Brytanii, był wykładowcą w Royal Military Academy w Sandhurst. Przeprowadzaliśmy z nim wywiad i luźno gawędziliśmy. Musieliśmy zakończyć, gdy siedzący tyłem do sali kawiarni Riezun bez oglądania się za siebie bezbłędnie wskazał palcem kobietę i stwierdził, że teraz ona na niego czeka – dziennikarka innej prasy. Byliśmy zaskoczeni, jak ją dostrzegł, przecież cały czas siedział twarzą do nas: za nami ściana, a on ani razu się nie obejrzał.

                                                    Władimir uśmiechnął się i uniósł łyżeczkę do herbaty. Wcześniej mieszał nią i się nią bawił – sprytne lusterko. Ale zanim to nastąpiło, w czasie „luźnej rozmowy” Władimir opowiedział anegdotę: „Najbardziej mnie śmieszyło, kiedy kontrwywiad danego kraju usiłował dociec, kto z ambasady pracuje dla radzieckiego wywiadu: GRU czy KGB. Nie przyszło im do głowy, że wszyscy! W taki czy inny sposób: szukając miejsc do spotkań, skrzynek kontaktowych czy ustalając niezbędne dane. Ta robota nie obciążała oficera wywiadu, on miał ważniejsze zadania”.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 18:46
                                                    Cd 122

                                                    Łakomy kąsek dla wywiadu

                                                    Nielegalowie to rzesza oficerów lokowanych w danym kraju pod tzw. legendą, czyli pracujący jako przedstawiciele firm, dziennikarze albo udawani emigranci. To oni często werbują informatorów albo prowadzą swoich ludzi „chętnie udzielających informacji”. Nie chroni ich immunitet, ale nie są też aż tak prześwietlani przez wrogi kontrwywiad, nie trafiają pod stałą obserwację, mają o wiele większą swobodę działania.

                                                    Werbowanie odbywa się w sposób klasyczny albo „pod fałszywą flagą”. Ktoś np. myśli, że pracuje dla wywiadu amerykańskiego, a w istocie robi dla izraelskiego. Klasyka: zwerbowany sądzi, że udziela informacji jakiejś organizacji międzynarodowej (np. Amnesty International), tymczasem jest aktywem obcego wywiadu, bo jego oficer prowadzący wcale nie jest działaczem tej organizacji, lecz np. majorem GRU.

                                                    Przyczyny nawiązywania takiej współpracy są różne. Najczęściej materialne. Człowiek mający dostęp do ważnych tajemnic, który popadnie w kłopoty finansowe, to łakomy kąsek dla obcego wywiadu. Albo taki, który szczególnie lubi dobra doczesne, a później nie bardzo wiadomo, jaki jest jego prawdziwy majątek i skąd pochodzi. Czasem wykorzystuje się jakąś pasję, np. zapalonym numizmatyką podsuwa się cenne, rzadkie monety, a filatelistom – trudne do dostania znaczki. Zanim się bowiem podejmie werbunek, jest on starannie przygotowywany, zbiera się dane, monitoruje kontakty, obserwuje obiekt i rozpracowuje. Sam werbunek jest rejestrowany przez osobę lub osoby trzecie współpracujące z oficerem werbującym m.in. z myślą o ewentualnym szantażu.



                                                    Kto kogo nie znosi, kto z kim spiskuje

                                                    Znam sytuację z wojska, gdy jednego z oficerów usiłował zwerbować rosyjski wywiad (przypuszczalnie GRU) i umówił się z nim na spotkanie „pod fałszywą flagą”. Numer rozmówcy wyświetlił mu się, a jakże. Tyle że dla kontrwywiadu był bezużyteczny – nie został jeszcze sprzedany przez operatora, który notabene żadnej rozmowy nie odnotował w systemie. Jak oni to zrobili? Magicy.

                                                    Dlatego załamał mnie kiedyś znajomy informatyk jednej sieci komórkowej. Po rozwiązaniu WSI nowa SKW wystąpiła do operatora o bilingi paru osób. Rozumiecie? Oficjalnie wystąpiła. Szanujące się służby mają w takich miejscach swoich ludzi. I jeśli potrzebują bilingów czy zapisów rozmów, to dostają je po cichu, bez rozgłosu. Nieoficjalnie. Obce wywiady też od razu wiedzą, o czyje bilingi pyta lokalny kontrwywiad.

                                                    Wywiad (HUMINT – Human Intelligence) interesuje przede wszystkim to, czego nie widzą satelity, nie ustali SIGINT (rozpoznanie radioelektroniczne Signal Intelligence) i czego nie można się dowiedzieć inaczej. Tu dygresja: SIGINT to mało znana dziedzina rozpoznania. Składa się na nią ELINT i COMINT, czyli Electronic Intelligence i Communication Intelligence. To pierwsze ustala położenie i identyfikuje po parametrach pracy wszelkie wojskowe (w razie potrzeby i cywilne) urządzenia radioelektroniczne: radary, systemy nawigacyjne, środki łączności, systemy zakłóceń. Drugi to nasłuch rozmów radiowych i prowadzonych przez telefony (komórkowe czy satelitarne). Chodzi o przechwycenie, rozszyfrowanie i interpretację prowadzonej korespondencji. Nawet nie wiecie, jak wiele można ustalić przez SIGINT. Wykrywamy np. kilka radiostacji w jednym miejscu i radar o bardzo wysokiej częstotliwości powtarzania impulsów. To radar artyleryjski – ma wielką dokładność śledzenia szybkich obiektów kosztem zasięgu, bo dużego nie potrzebuje. I mamy ustaloną pozycję stanowiska dowodzenia wrogą artylerią.

                                                    Albo coś takiego: system lądowania przyrządowego w szczerym polu, a obok radiostacja na częstotliwościach lotniczych. Co to jest? Lądowisko polowe dla śmigłowców. I tak dalej. Tak też można narysować wrogie ugrupowanie bez wsparcia rozpoznania obrazowego (IMMINT – Immage Intelligence), czyli drona z kamerami.

                                                    Ale wróćmy do wywiadu. Innymi metodami trudno zdobyć plany, zamiary, poznać morale, powiązania personalne. Ustalić, kto kogo nie znosi, kto przeciw komu spiskuje, kto z kim tworzy nieformalne związki, np. jakąś frakcję we władzach. Nastroje społeczne, mentalność. Przydaje się też wywiad techniczny i przemysłowy – dane o urządzeniach, technologiach, wynalazkach, o profilu produkcji i wydajności zakładów, sieci kooperantów, zapasach komponentów i półproduktów do produkcji końcowej, opinie o jakości wykonania itp.

                                                    Część roboty wykonywanej niegdyś przez tradycyjny wywiad osobowy dziś „załatwia się” cyberatakami, wykradając dane i włamując się do systemów. Szczególnie celują w tym Chińczycy. Mają mnóstwo uzdolnionych hakerów i agresywnie wchodzą w branżę IT, czerpiąc z tego dodatkowe korzyści – mają swoje sposoby na instalowanie różnych „robaków” przy okazji sprzedaży własnych produktów dla sieci komórkowych czy internetowych. To oddzielny temat.

                                                    Wywiad biały, Basia i Zosia

                                                    OSINT to Open Source Intelligence, czyli analiza źródeł otwartych, powszechnie dostępnych. Kiedyś chodziło o czytanie prasy, oficerowie dawnych służb pracowali z teczkami papierowymi i nożyczkami, pracowicie gromadząc wycinki na dany temat, mozolnie składając z nich większy obraz. Dziś to foldery plików na zabezpieczonych komputerach przechowywanych w zamkniętych, niedostępnych sieciach LAN (Local Area Network). Dzięki rozwojowi mediów społecznościowych i powszechnej informacji OSINT jest w stanie dokonywać cudów.

                                                    Dziś potrafimy gromadzić przez OSINT takie informacje, o jakich się nam kiedyś nie śniło. Kiedyś np. ustaliłem, nie odchodząc od komputera, wiele cennych informacji o różnych siłach zbrojnych – gdybym przyznał się do ich posiadania, w wielu krajach trafiłbym na „konwojera”, czyli wielogodzinne przesłuchanie bez snu i przez różnych śledczych. A przecież łączyłem ze sobą tylko informacje powszechnie dostępne, jak ogniwa łańcucha. Za czasów WSI OSINT-em zajmowała się Basia, którą rozbudowano do Zosi. Oczywiście zarówno Basia, jak i Zosia analizowały też informacje ze źródeł poufnych, ale to stanowiło niewielką ich część. Wyjaśnijmy: Basia to Biuro Studiów i Analiz (BSiA), Zosia – Zarząd Studiów i Analiz (ZSiA). Zarząd to już duża struktura, zatrudniająca wielu pracowników i analityków. Rozbudowa BSiA w ZSiA miała związek właśnie z dostępnością większej ilości informacji i rozwojem internetu.



                                                    Tutaj muszę ostrzec – nikt jeszcze nie przechytrzył wywiadu. Jeśli ktoś z ciekawości podejmie współpracę z obcą służbą, to przepadł. Jeśli myśli, że może się z tego łatwo wyplątać, przepadł. Oczywiście wywiady z reguły nie mszczą się, nie działają emocjonalnie, tylko racjonalnie. Jak ognia unika się tzw. mokrej roboty, choć w razie potrzeby załatwia się sprawy tak, że albo dochodzi do wypadku, albo świadkowie czy sprawcy giną w tajemniczych okolicznościach, jak Jean-Paul Andanson znaleziony w spalonym samochodzie niedługo po śmierci księżnej Diany. Według teorii to jego Fiat Uno zderzył się z limuzyną księżnej. Do dziś nic nie wiadomo na pewno, ale jeśli faktycznie za śmiercią stoją brytyjskie służby specjalne, to był to majstersztyk. W istocie jest to tylko jedna z tzw. hipotez, według mnie krucha. Tyle że tak to właśnie robią służby specjalne, jeśli muszą. Nikt nigdy nie dojdzie, jak było. Albo zostawią ślady wskazujące na kogoś innego. Służby potrafią takie rzeczy.

                                                    Ale korzystają z tych umiejętności w ostateczności. W normalnych warunkach wycofują się, znikają, zacierają wszelkie ślady. Jeśli ktoś je nawet okradł z pieniędzy, ale nie stanowi dla nich zagrożenia, to też się go zostawia w spokoju. Zimna kalkulacja, zero emocji. To drugi najstarszy zawód świata, pozbawiony skrupułów tego pierwszego.

                                                    Wywiad jest nas w stanie osaczyć, ustawić, sprowokować określone sytuacje, a nam się wydaje, że nie mamy innego wyjścia. Polecam mało znany film „Kim jest ten człowiek?” z 1984 r., oparty na faktach. Rzadko pokazywany, a odsłania kulisy pracy wywiadu jak żaden inny polski obraz. Oczywiście wywiadu przedwojennego (ale niewiele się odtąd zmieniło).

                                                    Gdy podejrzewacie próbę werbunku, należy bezzwłocznie zgłosić to policji czy ABW, bo
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 25.06.22, 20:10
                                                    Dokończenie 122

                                                    Gdy podejrzewacie próbę werbunku, należy bezzwłocznie zgłosić to policji czy ABW, bo z pewnością ta próba została zarejestrowana i jeśli nie zameldujecie tego służbom państwowym, to możecie być elegancko szantażowani. Szantaż jest wbrew pozorom rzadziej stosowany niż zachęta materialna (z niewolnika nie ma pracownika), ale to drugi co do ważności sposób werbunku. Kto skrywa mroczne tajemnice, a zajmuje ważne stanowiska, jest łakomym kąskiem dla obcych służb wywiadowczych. Szkoda, że przy urnach wyborczych ludzie zapominają o wychodzących na jaw dziwnych sprawach z przeszłości tego czy innego polityka.

                                                    Wywiad nie jest wszechmocny, ale to niesamowite narzędzie. Może pozyskiwać informacje (czyli skłaniać do przestępstwa szpiegostwa), może wpływać na decydentów, rozsiewać dezinformacje, manipulować opinią publiczną. Prawdziwych profesjonalistów wyławia do tej pracy sama „firma”. Wiecie, po czym poznać amatorów? Po otwartych dla wszystkich werbunkach do służby. Sami ustalcie, jakie organizacje na świecie tak robią.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.06.22, 23:01
                                                    123

                                                    Siewierodonieck został całkowicie opuszczony, zaczęły się walki na przedmieściach Lisiczańska. Obserwując wydarzenia w Ukrainie, warto odpowiedzieć, dlaczego pociski przeciwpancerne nie wyeliminowały czołgu z pola bitwy.
                                                    Rosyjski resort obrony po raz pierwszy ogłosił, kto dowodzi „operacją specjalną” w Ukrainie. Co ciekawe, na czele całości sił stoi gen. płk Genadij Żydko. Ma 57 lat, urodził się w Uzbekistanie (źródła milczą, czy jest Uzbekiem z pochodzenia) w radzieckim dniu czołgisty, czyli 12 września. W 1987 r. skończył pancerną szkołę oficerską w Taszkiencie. Był dowódcą pancernym i przechodził kolejne szczeble do stanowiska dowódcy dywizji. Później dowodził też armiami, a następnie Wschodnim Okręgiem Wojskowym. Od roku jest politrukiem – szefem Głównego Zarządu Politycznego Wojsk Rosji. Zapewne skierowano tam dowódcę z krwi i kości, by zagonił „politycznych” nieco do roboty. U nas w czasach PRL w sekcji politycznej najciężej pracował wentylator...

                                                    Domyślam się, że gen. płk Żydko dowodzi z wykorzystaniem komórek Sztabu Generalnego. Podlegają mu dwa kierunki: centralny i południowy, przy czym za „centralny” uważa się odcinek od Charkowa po Popasną, za „południowy” zaś ten od rejonu na zachód od Popasnej aż po Chersoń. Chociaż rosyjskie ministerstwo obrony używa określeń „centralna grupa wojsk” i „południowa grupa wojsk”, to dowództwa opierają się na sztabach Centralnego i Południowego Okręgu Wojskowego. Wśród etatowych dowódców wymienia się (odpowiednio) gen. płk. Aleksandra Łapina i gen. armii Siergieja Surowikina. Ten ostatni do niedawna dowodził siłami powietrzno-kosmicznymi Rosji, choć żadnym lotnikiem nie jest, lecz typowym „zmecholem” (oficerem piechoty).



                                                    Ukraińcy w kieszeni pod Lisiczańskiem

                                                    Mimo wycofania się z Doniecka i rosyjskiego natarcia spod Popasnej w stronę szosy Bachmut–Lisiczańsk ukraińskie pozycje pod Lisiczańskiem są trzymane pewnie. Wygląda na to, że Ukraińcy będą się tu bronić nieco dłużej, choć trudności z zaopatrzeniem mogą ich z czasem zmusić do wycofania się z tej „kieszeni”. Na szczęście ani w rejonie Iziumu, ani Łymanu, ani Popasnej, ani Doniecka Rosjanie nie zdołali poczynić większych postępów.

                                                    Pod Charkowem z kolei naciskają wojska ukraińskie, ale chwilowo i tam jest impas. Pod Chersoniem czynią niewielkie postępy, uderzają coraz mocniej, partyzantka poczyna zaś sobie coraz śmielej tu i w rejonie Melitopola. Co chwila dochodzi do jakiegoś zamachu.

                                                    Rosjanie ostrzelali natomiast kilkanaście celów w całej Ukrainie, używając wszelkich możliwych pocisków: od balistycznych Iskanderów po odpalane z okrętów Kalibry, sięgnęli też po stare rakiety skrzydlate Ch-22 zrzucane ze strategicznych samolotów bombowych Tu-22M, które na czas ataków przerzucono do bazy Szajkowka na Białorusi. Była to jedna z rosyjskich baz w czasach ZSRR, samoloty te dawno tutaj nie operowały. Mikołajów i Odessę zaatakowano z kolei rakietami przeciwokrętowymi odpalanymi w awaryjnym trybie „ziemia-ziemia”. Czternaście trafiło w Kijów. Właściwie nie wiadomo, w jakim celu Rosjanie je odpalili, bo nie ma mowy o szkodach w infrastrukturze wojskowej (choć możemy o tym nie wiedzieć), są za to doniesienia o trafieniach w obiekty cywilne.

                                                    Tymczasem do tych, co wieszczą zmierzch czołgu, chciałbym skierować dalszą część naszego tekstu.



                                                    Czołgi, papier, kamień i nożyce

                                                    Spór o prymat pancerza nad pociskiem bądź odwrotnie trwa w wojsku już jakiś czas i przypomina spór o wyższość świąt Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, jest niemal odwieczny, a po drugie, wysuwane są całkiem racjonalne i przekonujące argumenty na rzecz ich obu, a mimo to konflikt pozostaje nierozstrzygnięty, bo teoria sobie, a życie sobie. Kiedy w latach międzywojennych pojawiły się działa przeciwpancerne, wielu teoretyków, m.in. francuskich, ogłosiło, że czołgi są w odwrocie i już nie trzeba się ich bać, bo działa zniszczą je wszędzie, gdzie się pojawią.

                                                    Wcale tak jednak nie było, już wówczas odkryto zresztą dwie ważne prawidłowości. Pierwsza: użycie czołgów musi poprzedzać staranne rozpoznanie, bo łatwo wpakować je w zasadzkę albo podmokły teren, w którym ugrzęzną. Druga prawidłowość to konieczność ścisłego współdziałania wozów z piechotą, artylerią i dodatkowo z saperami.

                                                    Kiedy więc pojawiały się pozycje dział przeciwpancernych, co najczęściej dostrzegała piechota, wzywano na pomoc artylerię, która je niszczyła, torując drogę czołgom. Te z kolei torowały ją piechocie, niszcząc inne punkty oporu. Piechota zajmowała teren, na który przenosiła się artyleria, by mieć przeciwnika w zasięgu ognia. Coś jak zabawa w „papier, kamień i nożyce”. Tylko w pełnej jedności siła. Kiedy latem 1941 r. Sowieci atakowali samymi czołgami, bez rozpoznania i współpracy z piechotą i artylerią, w kilka miesięcy udało im się wytracić kilkanaście tysięcy czołgów. To coś absolutnie bez precedensu. Jak się okazuje, każdego narzędzia trzeba umieć używać.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.06.22, 23:04
                                                    Cd 123

                                                    Pancerz jak kostki margaryny

                                                    Czołg trudno zniszczyć, bo chroni go niesamowity pancerz, kiedyś wykonywany z walcowanych, utwardzanych powierzchniowo blach z wysokogatunkowej stali. Ciekawe, że najlepszą stal pancerną wytwarzano od lat 30. w zakładach Kruppa w Essen i stalowni w Mariupolu.

                                                    W czasach wojny poszukiwano sposobów na przebicie takiego pancerza. Pierwszy pomysł to stalowy „szot” bez ładunku wybuchowego, który wystrzeliwano z wielką prędkością, by sama jego energia kinetyczna rozłupała pancerz, jak gdyby ktoś przyłożył do niego przecinak i uderzył go gigantycznym młotem. Od tych „szotów” wywodzą się pociski podkalibrowe znane z angielskiego jako „sabot”, czyli cienkie strzałki wykonane ze stali z rdzeniem wolframowym lub, od niedawna, z rdzeniem ze zubożonego uranu (zupełnie niegroźnego). Taka strzałka może być wystrzeliwana z lufy dzięki specjalnym pierścieniom (sabotom), które natychmiast się rozpadają. Także one wbijają się w pancerz siłą energii kinetycznej, rozgrzewając się w ułamku sekundy – zarzucają wnętrze czołgu rozpędzonymi kroplami ciekłej stali. Dlatego po trafieniu czołg ma tylko dziurkę, a w środku jest kompletnie zdemolowany.

                                                    W czasie II wojny światowej wymyślono też inny sposób, by dobrać się do grubego na ponad 10 cm pancerza – tzw. pociski kumulacyjne, przeciwpancerne, zawierające materiał wybuchowy, ale odpowiednio ukształtowany, z wgłębieniem od strony czubka pocisku. Energia wybuchu skupiała się w jednym kierunku, czyli na wprost, wytwarzając tzw. strumień kumulacyjny. Wypala on w pancerzu otwór, wprowadza do czołgu bardzo wysokie ciśnienie i temperaturę, demolując go od wewnątrz.

                                                    W latach 70. wymyślono bardzo efektywne pociski kumulacyjne. Dotąd ładunki kumulacyjne stosowano głównie w kierowanych rakietach przeciwpancernych, ale paradoksalnie miały za małą prędkość (trzeba było nimi sterować), by wywołać efekt kinetyczny typowy dla pocisku podkalibrowego. Rozwiązaniem okazał się pancerz reaktywny, czyli obłożony kostkami z materiałem wybuchowym. Gdy w te kostki trafiano, wybuchały w odwrotnym kierunku, rozpraszając strumień kumulacyjny. Niewielki materiał w kostce nie wybucha pod wpływem strzału np. z karabinu maszynowego, a tylko od pocisku przeciwpancernego (lub artyleryjskiego). Dlatego rosyjskie, ale też ukraińskie czołgi wyglądają, jakby były obłożone kostkami z margaryną pomalowaną na zielono. Takie jest przeznaczenie tych dziwnych klocków naokoło pancerza wozów T-64BW, T-72BW, T-80BW. „W” pochodzi od słowa wzrywatielnaja i oznacza pancerz wybuchowy. Nowsze czołgi, jak T-72B3M czy T-80U, mają inny typ pancerza reaktywnego, który wygląda już nie jak kostki margaryny, a jak płyty chodnikowe. Szczególnie te ułożone naokoło wieży tworzą charakterystyczny talerzowy wianuszek.

                                                    Nowoczesne przeciwpancerne kierowane pociski rakietowe z głowicami tandemowymi (podwójnymi) przebiją każdy pancerz. Pancerze chronią więc przed trafieniem z broni strzeleckiej, działek szybkostrzelnych, dział artylerii polowej (chyba że pocisk z haubicy przypadkowo trafi w czołg z góry), przed moździerzami i ręcznymi granatnikami przeciwpancernymi. Potrafią ochronić nawet przed pociskami wystrzelonymi z czołgu z większej odległości (choć jak wróg łupnie celnie z bliska, to po zawodach). Groźne są zatem tylko owe przeciwpancerne pociski kierowane. Jak działają?


                                                    Pepeki. Kierowane rakiety przeciwpancerne

                                                    W Polsce często mówi się o nich „pepek” w liczbie pojedynczej, a w NATO nazywa ejtidżiem. Oba to skróty: PPK – Przeciwpancerny Pocisk Kierowany, ATGM to Anti-Tank Guided Missile (Amerykanie mówią entaj-tenk, Brytyjczycy – anti-tank). Pierwsze pepeki powstały tuż po II wojnie światowej. Były to powolne, poddźwiękowe rakiety z dużymi skrzydłostatecznikami, kierowanymi za pomocą kabla. Operator siedział i kierował pociskiem specjalnym dżojstikiem, góra-dół, lewo-prawo, obserwując dymiący z silnika rakietowego pocisk i wrogi czołg. Szalenie trudne zadanie, nawet na ćwiczeniach ciężko było trafić.

                                                    Dlatego wymyślono półautomat nazywany SACLOS (Semi-Automatic Command to Line of Sight). Zadaniem operatora było teraz trzymać krzyż celownika na celu, czujnik podczerwieni śledził zaś pocisk, a prosty (lata 70.) komputer automatycznie opracowywał komendy dla rakiety, sprowadzając ją na linię celownik–czołg, czyli na „linię celowania” (line of sight). Nagle trafienia stały się o wiele pewniejsze, o wiele łatwiej było po prostu trzymać krzyż celownika na celu, czekając, aż rakieta sama do niego doleci i uderzy. Początkowo komendy do rakiet wydawano przez kabel, później drogą radiową. Ta ostatnia znalazła szczególne zastosowanie na śmigłowcach, które po odpaleniu często odlatywały w bok, bo operator uzbrojenia był w stanie trzymać krzyż na celu także z boku śmigłowca. Ale na wielu typach pocisków, jak amerykański TOW, pocisk nadal ciągnął za sobą cieniutki kabelek rozwijany z bębna przy wyrzutni.

                                                    Przełomem okazał się amerykański pocisk dla śmigłowców AGM-114 Hellfire. Miał bardzo skuteczne naprowadzanie laserowe, półaktywne. Teraz trzeba było skierować na cel promień lasera, niewidoczny z zewnątrz, bo pracował w podczerwieni. Światło lasera nie było ciągłe, lecz impulsowe, pulsujące według określonego schematu. Teraz rakieta mogła lecieć z prędkością naddźwiękową, skracając drogę do celu. A czas ma wielkie znaczenie – śmigłowiec wystawia się na wrogi ogień, więc im krócej to trwa, tym oczywiście lepiej. To jedno. Po drugie, cel mógł być podświetlony laserem nie ze śmigłowca, ale przez oficera naprowadzania lotnictwa na ziemi albo przez dron. Ten kod zawarty w impulsowym świetle pozwalał na jednoczesne odpalenie kilku pocisków do różnych celów (pod warunkiem podświetlenia każdego z nich z innego źródła), nawet gdyby promienie lasera się krzyżowały. I tak pocisk kierował się na odbicie tego, który zawierał „jego” kod.

                                                    Dlatego śmigłowce AH-64 Apache z rakietami AGM-114 Hellfire okazały się tak skuteczne, a pocisk jest prawdziwym „ogniem piekielnym”. A to jeszcze nic. Nowe rakiety, te, które są obecnie używane, mają układy samonaprowadzania typu „odpal i zapomnij”, czyli tuż po odpaleniu można się schować albo odjechać z danego miejsca, bo pocisk sam już sobie leci do celu. Jak tego dokonano? Sposobów jest kilka. Najpopularniejszy to kamera termowizyjna w pocisku, czyli pracująca w podczerwieni, co pozwala użyć go w dzień i w nocy. Komputer dzieli obserwowany obraz na kwadraty i mierzy poziom jasności na każdym z nich. Kieruje się w punkt, w którym proporcje jasności w przylegających do niego kwadratach są takie same przy zbliżaniu się pocisku do celu, czyli dokładnie we wskazany mu cel. System jest prosty i pewny. Taki układ samonaprowadzania „na kontrast termowizji” ma europejski pocisk przeciwpancerny do śmigłowców Trigat-LR czy amerykańska rakieta FGM-148 Javelin.

                                                    Oba wyposażono w jeszcze jedną sztuczkę – to laserowy pomiar odległości do celu, dzięki czemu mogą lecieć łukiem do góry i zaatakować wrogi czołg tam, gdzie ma najsłabszy pancerz. Dlatego Rosjanie klecą na swoich wozach słynne „antyjavelinowe klatki”, czyli zespawane z rur i stalowych prętów dziwaczne „suszarki na bieliznę” nad wieżami. Mają zdetonować głowicę pocisku, zanim trafi bezpośrednio w pancerz. Ciekawe, czy choć trochę pomagają – zamontowali je nawet na starych T-62, więc może coś tam dają. Ale zapewne niewiele, skoro sporo czołgów niszczą rakiety przeciwpancerne. Rosjanie tracą je też w klasycznych pancernych pojedynkach.

                                                    Dla porządku dodajmy, że nowe Hellfire mają zamiast systemu termowizyjnego radarowy układ samonaprowadzania pracujący w paśmie milimetrowym, równie skuteczny.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 26.06.22, 23:06
                                                    Dokończenie 123


                                                    Jak się ustrzec przed pepekami

                                                    Kierowane rakiety przeciwpancerne nie wyeliminowały czołgów, to nadal świetne narzędzie, prawdziwy rydwan bojowy, taran wyłupujący wyrwy we wrogiej obronie. Kluczem do unikania pozycji rakiet przeciwpancernych jest doskonałe rozpoznanie, pomocne są oczywiście drony. Na pozycje tych rakiet, nawet jeśli to żołnierz rozstawiający Javelina, jest kierowany ostrzał z daleka. Czołgi poruszają się ostrożnie, unikając miejsc, które są wymarzoną pozycją przeciwpancerną. Pomaga im w tym osłaniająca je piechota. A jednocześnie czołgi potrafią zmieść każdą inną pozycję obronną niemal bezkarnie, poruszając się skokami, przy osłonie ogniem nie tylko ze swoich dział, ale i z pokładowych karabinów maszynowych. Po to właśnie czołg je ma.

                                                    Dlatego czołg, pepeki, piechota, artyleria, drony, śmigłowce i samoloty nadal współistnieją na polu walki, tak jak na rynku medialnym współistnieją telewizja, internet, radio i papierowa gazeta, choć jedne miały wyeliminować drugie (telewizja miała doprowadzić do zaniku radia, internet – gazet i telewizji, ale nic takiego się nie stało). Dopóki coś jest przydatne, dopóty się tego używa. Tu raczej prawdziwą rewolucję niesie robotyzacja i sztuczna inteligencja, która zapewne zmieni pole walki, ale nieprędko. Kiedy czytam czasem niektóre wpisy w internecie, to myślę, że sztuczna inteligencja może mieć jednak jakąś przyszłość.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.06.22, 19:22
                                                    124

                                                    W Donbasie jest coraz gorzej, Rosjanie dotarli na odległość 5 km do Bachmutu. Teraz los Ukrainy zależy od dostaw z Zachodu. A skoro jesteśmy przy Zachodzie – czy Rosja nie toczy z nim już wojny? I najważniejsze: czy pójdzie dalej i poważy się na atak na terytorium państwa NATO?
                                                    Rosjanie skoncentrowali teraz swoje wysiłki na poszerzaniu włamania spod Popasnej w kierunku zachodnim, północno-zachodnim i północnym. Cały czas próbują przerwać drogę Bachmut–Lisiczańsk, by odciąć Ukraińcom szlaki zaopatrzenia. Ale wspomniana trasa, pod ciągłym ostrzałem, i tak jest już bezużyteczna. Zapasy dla walczących w Lisiczańsku wojsk trzeba wozić jedyną dostępną drogą, przez Siewiersk, który notabene też jest w zasięgu rosyjskiej artylerii. Oczywiście marzeniem Rosjan byłoby całkowite okrążenie Ukraińców, wyjście z rejonu Popasna–Bachmut na północ, przez Siewiersk, do Dońca. Wówczas Lisiczańsk i znajdujące się tam wojska byłyby otoczone ze wszystkich stron. Bez możliwości zaopatrywania czy odwrotu. Dlatego mam nadzieję, że ukraińskie dowództwo w razie potrzeby postąpi równie rozsądnie co w przypadku Siewierodoniecka i Wzgórz Hirskich, gdy wycofało się, zanim zacisnęły się kleszcze, które uchwyciły próżnię w swoje szpony... W żargonie „próżnia” to rejon, gdzie nie ma wojsk przeciwnika.

                                                    Oczywiście Rosjanie nie byliby sobą, gdyby znów nie atakowali spod Iziumu w stronę Słowiańska. Który to już szturm? Jubileuszowy, pięćdziesiąty? Przypominają się słynne natarcia na Rżew i Syczewkę jesienią 1942 r. i wczesną wiosną 1943. Łupanie głową w mur godne samego Żukowa, który prowadził tamtą operację i stracił bezproduktywnie setki tysięcy żołnierzy.



                                                    Walki aktywne, ale pozycyjne

                                                    Co ciekawe, Rosjanie ogłosili, że w rejonie Doniecka trwały „aktywne walki pozycyjne”. Fajny eufemizm na nieudane natarcie. Wyobraźcie sobie, jak pułkownik melduje przełożonemu: panie generale, moja dzielna dywizja przez cały dzień niezłomnie i uporczywie prowadziła aktywne walki pozycyjne! Taka gimnastyka na siedząco, coś dla prawdziwych wyczynowców.

                                                    Teraz najśmieszniejsze – ukraiński sztab donosi, że pod Donieckiem ostatniej doby panował względny spokój. Czyżby nie dostrzegł rosyjskich aktywnych działań pozycyjnych? Nie słyszał okrzyków „hurra!”? Kiedyś do natarcia się biegło, a teraz można je najwyraźniej prowadzić „pozycyjnie”. Czyli jak? Chyba tylko w podskokach...

                                                    Utknęło z kolei ukraińskie kontrnatarcie na północ od Charkowa. Ewidentnie widać, że to nie jest priorytet sztabu generalnego. Wojska odpierają tu obecnie coraz silniejsze rosyjskie natarcia, ale znaczących zmian terenowych nie odnotowano.

                                                    Najmniej natomiast wiadomo o rejonie Chersonia, Nowej Kachowki i obszarów na południe od Zaporoża. Wiadomo, że ukraińskie wojska nieustannie tam atakują, choć nie są to jeszcze te docelowe siły, które szkolą się na zachodni sprzęt. Nawet te wojska odnoszą jednak jakieś sukcesy. To fakt, że Ukraina założyła silną blokadę informacyjną na wiadomości z tych stron. Kroi się tam chyba coś poważnego.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.06.22, 19:26
                                                    Cd 124

                                                    Czy NATO jest całkiem bezpieczne?

                                                    Teoretycznie oczywiście tak, NATO jest bezpieczne. W końcu mamy sakramentalny art. 5. traktatu północnoatlantyckiego: „Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51. Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi Stronami działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.

                                                    Zbrojna napaść – jak to zdefiniować? W przypadku Ukrainy sprawa jest prosta, nikt nie ma wątpliwości, że taka napaść nastąpiła. Ale rozważmy inny scenariusz: weźmy państwa bałtyckie. Szczególnie na Łotwie mieszka duża rosyjskojęzyczna mniejszość, to niemal jedna czwarta ludności (ok. 24 proc.), a dla jeszcze większej liczby osób rosyjski to pierwszy język (37 proc.). Okresowo dochodzi na tym tle do różnych napięć. A gdyby nagle ludność ta wystąpiła, zażądała przyłączenia do Rosji? Gdyby trafiło w jej ręce sporo uzbrojenia? Mało już dziś mówimy o „zielonych ludzikach” z Ukrainy w 2014 r., ale my pamiętamy. Także tę żarliwą dyskusję, na ile rosyjskie wojska zaangażowały się w ów konflikt bezpośrednio. Okazało się, że w pełni, choć osiem lat temu wielu ten fakt kwestionowało.

                                                    A teraz wyobraźmy to sobie na Łotwie. Poza pół milionem Rosjan mieszka w tym kraju 200 tys. bezpaństwowców. Mają bardzo ograniczone prawa i najłatwiej ich zbuntować. Weźmy taki scenariusz: zamieszki, starcia, w końcu wymiana ognia między łotewską policją, może nawet wojskiem i rosyjskimi separatystami, którzy dziwnym trafem mają mnóstwo broni. Z Moskwy płyną groźby, sankcje, a w końcu rosyjskie siły specjalne wchodzą na Łotwę, by chronić swoją mniejszość etniczną. Jednocześnie wypływa cała masa „dowodów” ciężkich represji, jakich dopuszczają się rzekomo łotewskie władze. Mamy napaść czy nie mamy? Rosyjskich wojsk na Łotwie, załóżmy, przybywa, a przywódcy niektórych państw NATO, jak Francja, Niemcy i Włochy, wzywają do pokojowego rozwiązania konfliktu.

                                                    Pomocy udzielają Łotwie sąsiednie Litwa i Estonia, które doskonale rozumieją, co się święci. Oczywiście czynią to jako sojusznicy z NATO, więc Francja i Niemcy podnoszą raban: jaka sojusznicza pomoc, a kto to z nami uzgodnił? Trwają jałowe dyskusje, jest wielki szum medialny, a rosyjskie wojska miażdżą w tym czasie państwa bałtyckie.

                                                    Niemożliwe?


                                                    A co z Polską? Trzeba zohydzić

                                                    Z Polską sprawa też jest prosta. Trzeba ją sojusznikom zohydzić. Sprawić, by była niepraworządna, wystąpiła z Unii Europejskiej tworzonej w 80 proc. przez państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, których rządy stracą zainteresowanie Warszawą jako poważnym partnerem handlowym, przemysłowym, ekonomicznym i politycznym. Które widzą w Polsce kolejną homofobiczną, niepraworządną dyktaturę: skasowała w UE grube miliardy, po czym zawinęła się, wystawiając wszystkich do wiatru, i poszła własną orbanowsko-łukaszenkowsko-lepenowską drogą.

                                                    Nawet Amerykanie nie bardzo chcą się angażować w obronę takiego kraju. Ciężko się sparzyli w Afganistanie, gdzie zrozumieli, że jak ktoś sam nie chce żyć jak wolny człowiek w poszanowaniu podstawowych zachodnich wartości, takich jak prawa człowieka i równość, to za żadne skarby pomóc się mu nie da. Nikogo nie sposób uszczęśliwić na siłę.

                                                    Oczywiście, żeby doprowadzić do takiego rozprężenia w NATO, trzeba mocno popracować informacyjnie. Musi ostro działać rosyjska propaganda i dezinformacja szczująca na Ukrainę i Ukraińców. Zasiewająca wątpliwości, czy pomoc Ukrainie w ogóle się opłaci. Przecież pomagacie nacjonalistom, banderowcom! Przez nich tracicie, rosną ceny paliwa, wszystko drożeje, żyje się gorzej, zastanówcie się, czy to nie ma związku z wojną? Putinflacja! A wszystko przez ukraiński opór, ale i upór – nie mogą się, do cholery, jakoś dogadać? W tym kierunku pójdą propaganda, manipulacja i dezinformacja. Z przykrością stwierdzam, że już przynoszą efekty. Rosjanie przeciągają na swoją stronę nie tylko Polaków, ale przede wszystkim Europę Zachodnią. Najgorzej jest w „państwach centralnych” – Niemcy, Beneluks, Francja, Włochy. Tutaj zrozumienie dla wojny jest minimalne, a sympatie prorosyjskie dość duże. Z czego one wynikają, trudno powiedzieć. Ale występują.

                                                    Gdyby Rosjanie – w pewnej perspektywie czasowej – doprowadzili jednak do zwycięstwa sił radykalnych w wyborach w Europie, to byłby koniec solidarności i wspólnej obrony. Łatwiej byłoby im połykać państwa luźniej związane albo wcale niepowiązane. Jaka byłaby wola udzielenia innemu państwu wszelkiej niezbędnej pomocy w przypadku napaści?



                                                    Francja i Niemcy są silne, a Rosjanie uparci

                                                    Jakie są tymczasem możliwości NATO? Co faktycznie może zrobić? Dość silne są wojska Francji – pełne dwie dywizje, które można wystawić do obrony, choćby Polski. W tych dywizjach – sześć brygad. Dwie pancerne (de facto pancerno-zmechanizowane), dwie piechoty (górskiej i morskiej), jedna lekka pancerna oraz brygada spadochronowa. Jest jeszcze siódma – powietrzno-szturmowa piechota na śmigłowcach. Mają te siły 220 czołgów Leclerc i 630 kołowych bojowych wozów piechoty VBCL, 100 haubic samobieżnych i 12 (tak: dwanaście!) holowanych.

                                                    Równie silne są wojska niemieckie – to aż trzy dywizje! Jedna raczej się nie liczy, bo to dywizja szybkiego reagowania, wystawiająca dwie brygady lekkiej piechoty do działań w rejonach kryzysowych. Ale pozostałe dwie – najprawdziwsze pancerne. Jedna to nawet ma dwie brygady pancerne i dwie zmechanizowane. Druga jest mniej pancerna, ma tylko jedną pancerną brygadę, jedną zmechanizowaną i jedną piechoty górskiej. Razem blisko 270 czołgów Leopard 2, 350 bojowych wozów piechoty Puma i prawie 400 starszych Marder, 120 haubic samobieżnych Panzerhaubize 2000 i 32 wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe MLRS. No masa tego! Razem z Francją mają tych wojsk i sprzętu tyle co sama 1. Armia Pancerna Gwardii ze swoimi trzema dywizjami, w tym dwiema pancernymi, i z samodzielną brygadą zmechanizowaną.

                                                    Może ktoś powie, że armia Rosji to kolos na glinianych nogach. Na pewno nie jest tak sprawna jak wojska zachodnie. Jest niezdyscyplinowana, ponosi potworne straty, działa raczej siłą niż finezją. Współdziałanie i rozpoznanie szwankują. Niestety wiele jednak poprawiła. Rosjanie uczą się powoli, ale systematycznie. Drastycznymi środkami zaprowadzają jakiś porządek, może daleki od tego, jaki cechuje zachodnie armie, ale wystarczający do jako takiego działania.

                                                    Ich siła ma dwa źródła. Po pierwsze, to zdolność do uzupełnienia strat i niewrażliwość na nie. Rosjanie giną tysiącami, ale mają to gdzieś, wciąż ściągają rekrutów i wpieriod! Za rodinu! Mogą tak w nieskończoność. Po drugie, niesamowity upór. Gdy na Zachodzie widać oznaki zniecierpliwienia, zmęczenia, zniechęcenia, słabnie poparcie dla ukraińskiego oporu, Rosjanie uporczywie atakują, strzelają, rąbią z dział dziesiątkami tysięcy pocisków dziennie, ciągle atakują i giną, giną, ale atakują… Czy im się to nie znudzi? Nie, nie znudzi się. Będą męczyć, gnębić, skubać, cisnąć, aż wycisną. Wszystkie wojny tak wygrywali, jeśli je wygrali. Masą i uporem. Niewrażliwością na straty.

                                                    Co by było, gdyby Rosjanie wprowadzili do Polski kilka armii, łącznie sześć dywizji i cztery brygady Zachodniego Okręgu Wojskowego, cztery dywizje i sześć brygad Południowego OW, dwie dywizje i sześć brygad Centralnego OW i ze cztery dywizje powietrzno-desantowe? To razem 16 dywizji i 16 brygad (ekwiwalent 208 batalionowych grup bojowych). Czy cztery dywizje niemieckie i francuskie (ekwiwalent 42 batalionowych grup bojowych) bardzo nam pomogą?

                                                    Na szczęście mogą dołączyć jeszcze wojska włoskie z dziewięcioma brygadami, razem kolejne 24 batalionowe grupy bojowe. Gdyby Amerykanie dosłali
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 27.06.22, 19:32
                                                    Dokończenie 124

                                                    Na szczęście mogą dołączyć jeszcze wojska włoskie z dziewięcioma brygadami, razem kolejne 24 batalionowe grupy bojowe. Gdyby Amerykanie dosłali do tego ze cztery dywizje i 36 batalionowych grup bojowych... To razem 102 bataliony bojowe na ponad dwieście rosyjskich (w odwodzie pozostaje Wschodni OW z jego czterema armiami).

                                                    Dlaczego silne liczebnie rosyjskie wojska nie mogą pokonać ukraińskiej armii? Ano dlatego, że wojska Ukrainy były liczniejsze, niż myślicie. Ukraińcy mieli tyle czołgów co Niemcy (270), Włochy (200), Belgia (0), Holandia (0), Dania (44), Francja (220) i Wielka Brytania (227) razem wzięte. Razem nawet tysiąc się nie zbierze (961). Ukraina samych T-64 w linii miała 720, kolejne 584 w magazynach. Do tego zmagazynowanych ok. 500 sztuk T-72 i 100 T-80, wymagających remontu, później częściowo przeprowadzonego. W toku wojny Ukraina wystawiła do walki prawie 1500 czołgów (w tym otrzymane i zdobyczne). Podobna liczba do obrony Polski uzbierałaby się z połączenia wsparcia wymienionych wyżej państw i naszych wojsk. Mielibyśmy mniej więcej taki sam impas, jaki jest we wschodniej Ukrainie. Pod warunkiem że sojusznicy by pomogli. Bo jeśli nie, to...



                                                    Rosjanie już nie boją się NATO

                                                    Przyjmijmy rosyjski punkt widzenia – czego mieliby się obawiać? Przecież poza bezpośrednim udziałem wojsk NATO już mają z Sojuszem do czynienia. Zachód dostarcza broń, szkoli żołnierzy, przekazuje dane wywiadowcze, a może doradza też dowódcom.

                                                    Gdyby doszło do konfrontacji z wojskiem natowskim, to znów – czego mieliby się bać? 1500, może 2000 (z hiszpańskimi i greckimi) czołgów? Dziś walczą z zaprawionymi w realnych bojach ukraińskimi czołgistami na 1500 wozach. Amerykanie mogliby dorzucić kolejny tysiąc, może nawet 1500. A Rosjanie mogliby ogłosić wojnę z powszechną mobilizacją. Wyjąć te 7 tys. T-72 z magazynów i jeszcze ok. 3 tys. T-80… A może już wcześniej, w ramach przygotowań, zadbają o ich remont?

                                                    NATO przestało być straszne. Dla Rosjan. Ale nie jest jeszcze tak źle, jak myślimy, bo Sojusz ma prawdziwego gejmczendżera, którego Rosjanie nie doceniają. A nawet dwa. Pierwszy to bardzo efektywne rozpoznanie i precyzja rażenia, nie trzeba w potwornym huku wywalać po 60 tys. pocisków artyleryjskich dziennie, NATO może zadać te same straty, wystrzeliwując kilkaset sztuk amunicji kierowanej. Drugi to siły powietrzne. Efektywność działania natowskich samolotów byłaby dla Rosjan zaskoczeniem, tak jak dla państw arabskich zaskoczeniem była siła oddziaływania lotnictwa Izraela w kilku konfliktach. I właśnie te możliwości trzeba w Polsce rozwijać – nie możemy o tym zapominać.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 28.06.22, 18:08
                                                    Ogólna analiza mjr. Fiszera na dzień 28.06.2022.

                                                    Rosja w Donbasie, zamiast szybkiego zwycięstwa, ma krwawą wojnę na wyniszczenie. Jednocześnie Ukraińcy z otrzymanego z Zachodu sprzętu tworzą nowe jednostki, które mogą zadecydować o rezultacie tej wojny.
                                                    Od początku agresji Rosja przeprowadziła w Ukrainie dwie kampanie, które roboczo można nazwać wschodnioukraińską i donbaską. Od 24 lutego do 31 marca Rosjanie usiłowali zająć całą wschodnią Ukrainę, mniej więcej do linii Dniepru, a dodatkowo Kijów i wybrzeże Morza Czarnego, z Odessą włącznie. Celem tej kampanii miała być wyimaginowana „denazyfikacja”, czyli de facto rusyfikacja Ukrainy. Przeprowadzono trzy operacje: kijowską, charkowską i mariupolsko-chersońską. Spośród nich wyszła tylko ta ostatnia, udało się zająć dość szeroki pas ziemi wzdłuż wybrzeża Morza Azowskiego. Dzięki temu Krym zyskał lądowe połączenie z Rosją oraz zaopatrzenie w słodką wodę.

                                                    W tej pierwszej fazie wojny obie strony popełniły wiele błędów, ale Rosjanie przeszli samych siebie. Lotnictwo, logistyka, wyszkolenie – wszystko u nich zawiodło. Nie prowadzili skutecznego rozpoznania, obieg informacji rozpoznawczej był fatalny, a dowódcy różnych pododdziałów nie potrafili ze sobą współdziałać. Ukraińcy też popełnili błędy. Na południu część lokalnych władz zdradziła, wojsko pozwoliło Rosjanom zająć nieuszkodzony most w Chersoniu oraz tamę w Nowej Kachowce, przez którą łatwo przeprawili się na zachodni brzeg Dniepru.

                                                    Druga kampania tej wojny rozpoczęła się na początku kwietnia – od przerzutu rosyjskich sił do Donbasu. Ich cele zostały ograniczone do opanowania całych obwodów ługańskiego, donieckiego, a przy sprzyjających okolicznościach także zaporoskiego. W ten sposób całe donbaskie zagłębie przemysłowe znalazłoby się w rękach Rosjan. Zapewne nie chodzi o to, by Rosjanie z tego jakoś skorzystali. Wielkie zakłady metalurgiczne Azowstal obrócili w perzynę, podobnie jak zakłady chemiczne Azot w niedawno zdobytym Siewierodoniecku. Huty, kopalnie i zakłady przemysłu maszynowego z okupowanych części obwodów ługańskiego i donieckiego rozkradali systematycznie od 2014 r., doprowadzając wiele z nich do upadku. W zasadzie funkcjonuje tam jedynie wydobycie węgla, i to też nie na pełną skalę. Ale najważniejsze dla Rosjan jest to, że i Ukraina z tego potencjału nie skorzysta.

                                                    Jak na razie operacja w Donbasie idzie Rosjanom źle. Zamiast szybkiej akcji odcięcia całego Łuku Donbaskiego, terenów, które wcinają się półokręgiem w rosyjskie ugrupowanie, ledwie zajęto Łyman, Rubiżne, Siewierodonieck i Popasną, czyli niewielką ich część. Rosjanie ponieśli przy tym poważne straty, choć widać u nich poprawę w organizacji wojskowej i logistyce. Przede wszystkim ściągnęli do Donbasu artylerię, która prowadzi morderczy, codzienny ogień i powoli wykrwawia Ukraińców.

                                                    Ukraińcy wciąż mają niewiele zachodniego sprzętu w pierwszej linii. Większość posłużyła do formowania nowych brygad, o czym niedawno mówił doradca prezydenta Ukrainy Ołeksandr Arestowicz. Wspomniane jednostki kończą obecnie szkolenie i ukraiński Sztab Generalny, całkiem zresztą słusznie, chce je rzucić do walki w sposób zmasowany, jednoczesny, co da Ukraińcom lokalną, ale wyraźną przewagę nad Rosjanami.

                                                    Wspomniane siły raczej nie trafią do Donbasu. Najbardziej prawdopodobny rejon ukraińskiej kontrofensywy to Chersoń i rejon na południe od Zaporoża. Rosjanie zabrali stąd znaczne siły właśnie do Donbasu, pozostawiając tu wojska wystarczające ich zdaniem do obrony. Umacniają się tu, a ponadto ściągnęli w ten rejon stare czołgi T-62 pełniące funkcję ruchomych bunkrów. Jeśli ukraińska kontrofensywa się powiedzie, Rosjanie będą mieli dylemat: czy zabrać siły z Donbasu i rzucić je do obrony przed ukraińską kontrofensywą pod Chersoniem, czy też odpuścić Chersoń, stracić lądowe połączenie z Krymem i skupić się na Donbasie?

                                                    Niestety, istnieje też scenariusz pesymistyczny – że Zachód nie wytrzyma przedłużającego się konfliktu i przerwie dostawy uzbrojenia dla Ukrainy. Ukraińcy będą wtedy przegrywać i powoli się cofać. A nawet jeśli teraz Rosjanie zadowoliliby się obecnymi zdobyczami, to za dwa–trzy lata znowu zaatakują i sięgną po więcej, aż zajmą całą Ukrainę.
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 28.06.22, 22:20
                                                    Kilka uwag:

                                                    1. NATO jest sojuszem obronnym. Na tę chwilę spełnia swoją rolę, Rosja nie zaatakowała żadnego z państw członkowskich.

                                                    2. Przegrywająca (nie tak, jak teraz, tylko jeszcze bardziej wyraźnie) Rosja to ból głowy dla NATO, bo może sięgnąć po broń jądrową. Planując jakąkolwiek reakcję wobec obecnej wojny NATO musi ten czynnik uwzględniać.

                                                    3. Sama liczba państw członkowskich NATO oraz ich czasem rozbieżne interesy powodują, że w praktyce trudno skoordynować działania. W ostatecznym rozrachunku o efekcie decyduje to, co zrobią Amerykanie.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 12:21
                                                    Ad 2.
                                                    Agresja na Ukrainie to praktyczny sprawdzian systemu ostrzegania, wywiadu i wszystkich rodzajów rozpoznania NATO.
                                                    Nie będąc zaangażowanym bezpośrednio można prowadzić pełnoskalowe działania na terenie Ukrainy.
                                                    Dziwnym byłoby, gdyby dzisiaj na terenie Ukrainy nie działały wojska specjalne członków NATO.
                                                  • azyata Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 14:02
                                                    Na pewno Amerykanie i Brytyjczycy wspierają informacyjnie Ukrainę na miejscu - choćby danymi z własnych systemów rozpoznawczych.

                                                    Czy biorą udział w bezpośredniej walce? W każdym razie - nie dali się na tym przyłapać. Albo nie o wszystkim się mówi...
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 11:44
                                                    125

                                                    Czy Ukraińcy utrzymają otwartą kieszeń lisiczańską? A Rosjanie przestaną podejmować próby szturmu wciąż w tym samym miejscu? Do Ukrainy zaczyna w tym czasie płynąć nowoczesne uzbrojenie. Co zmieni?
                                                    Rosyjskie wojska powolutku posuwają się na północny wschód między Lisiczańskiem a Bachmutem, ale wciąż nie zdołali przeciąć drogi Bachmut–Lisiczańsk. Teraz ma to raczej wymiar symboliczny, bo trasa pozostaje w zasięgu nie tylko ognia, ale i obserwacji, Rosjanie mogą więc ostrzelać wszystko, co się na niej pojawi (Ukraińcy zaopatrują się drogą biegnącą dalej na północ, przez Siewiersk). Powstrzymywanie tu rosyjskich ataków ma jednak wielkie znaczenie dla utrzymania otwartej kieszeni lisiczańskiej, w przeciwnym razie najeźdźcy mogliby przejść 20–22 km do Dońca i zamknąć rejon w szczelnym okrążeniu.

                                                    Trzeba zwalczyć artylerię

                                                    W samym Lisiczańsku Rosjanie szturmujący od południa trafili na dzielnicę przemysłową, a to dla nich koszmar. Są nieco skuteczniejsi w walkach miejskich, ale w zakładach nadal idzie im źle. Do legendy przeszła obrona Azowstalu, podobnie było w Azotach w Siewierodoniecku, których broniono bardzo zawzięcie. Teraz boje toczą się na terenie wielkiej rafinerii w Lisiczańsku (Linik) i zakładach produkcji żelatyny (OOO Melit). W pozostałych rejonach Donbasu Rosjanie, mimo ponawianych ataków, nie zdołali posunąć się naprzód.

                                                    Ukraińskie wojska zaczęły używać tu wyrzutni rakiet kierowanych HIMARS, z której można wystrzeliwać pojedynczo lub salwą do sześciu rakiet 227 mm, wyposażonych w system samonaprowadzania na koordynaty geograficzne na bazie GPS. Ich celem są niemal wyłącznie składy amunicji w obwodzie ługańskim, skąd pociski czerpie rosyjska artyleria. Jeżeli tempo niszczenia (w ostatnich dniach poszło z dymem kilka składów) nie spadnie, to musi się to w końcu odbić na intensywności ognia, obecnie zmory ukraińskich wojsk. Mimo słabej celności te niekończące się nawały siłą rzeczy zadają dotkliwe straty nie tylko w wojskach, ale niestety też wśród ludności cywilnej w przyfrontowych wsiach i miasteczkach. Niszczenie składów amunicji osłabi ten efekt, docelowo trzeba też będzie niszczyć same działa. Na pewno będzie to łatwiejsze, kiedy ostrzał wroga „zelżeje”.



                                                    Rosja werbuje wśród emerytów

                                                    Zgadnijcie, co między Iziumem a Słowiańskiem? Tak, Rosjanie przypuścili tu kolejny szturm i znów zostali odparci. Ile jeszcze razy ich czołgi będą ruszać przez zryte pociskami pola, osłaniając falę biegnącej piechoty, którą po raz kolejny spotka lawina ognia? Pole pokrywa się wrakami wozów i transporterów, a nade wszystko trupami żołnierzy, nad losem których nikt nie zapłacze. Ile tak można? 50 razy, 70? W tym rejonie tak to właśnie wygląda. Może za sto pierwszym razem się uda...

                                                    Pod Charkowem Rosjanie uporczywie bronią pozycji, ostatniej doby wyprowadzili nawet silny kontratak wzdłuż szosy Biełgorod–Charków, ale zostali odparci. Linia frontu zmienia się tu tylko minimalnie, raz w jedną, raz w drugą stronę. Najmniej informacji mamy spod Chersonia, ale wygląda na to, że Ukraińcy częściowo przełamali pierwszą linię obrony wroga na północ i zachód od miasta – Rosjanie donoszą o rozbudowie linii drugiej i trzeciej. Z niecierpliwością czekamy na rozwój sytuacji.

                                                    Rosjanie usiłują tymczasem uzupełnić stany, stosując mechanizmy częściowej, tajnej mobilizacji w niektórych regionach i werbując ochotników, co przynosi jak na razie marne efekty. Największym problemem są dziury w kadrze oficerskiej. Pojawiają się sygnały, że zaczynają powoływać oficerów rezerwy i emerytów wojskowych.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 11:46
                                                    Cd 125

                                                    Atak na dom towarowy w Krzemieńczuku

                                                    27 czerwca Rosjanie dokonali bezprecedensowego ataku na dom towarowy w Krzemieńczuku. Zginęło ponad 20 osób. Dziwne, że użyli do tego rakiety Ch-22 odpalonej z bombowca strategicznego. Był to Tu-22M3 należący do 52. Ciężkiego Pułku Lotnictwa Bombowego z 22. Donbaskiej Ciężkiej Dywizji Lotnictwa Bombowego Gwardii. Pułk stacjonuje na lotnisku Szajkowka między Smoleńskiem a Białorusią.

                                                    Co Rosjanie mieli na myśli, angażując takie siły? W Krzemieńczuku jest bardzo ważny most na Dnieprze, z którego droga i linia kolejowa (puszczone jednym mostem) wiodą wprost do Charkowa. Oba szlaki są niezwykle ważne dla zaopatrywania ukraińskich wojsk w tym rejonie, ale też pod Czuhujewem na północ od Iziumu. Ale Rosjanie zostawili most w spokoju i walnęli ciężką kierowaną i kosztowną rakietę w dom towarowy. Po co cała ta akcja: wylot strategicznego bombowca, ciężka rakieta kierowana lecąca prosto w stoiska z ciuchami, AGD, kosmetykami i proszkami do prania? Żeby zabić niewinnych cywilów? Prawdziwe osiągnięcie, wielkie militarne zwycięstwo... Co ciekawe, ukraińskie ministerstwo obrony zna nazwiska członków załogi.



                                                    Ukraińcy polecą na F-16?

                                                    Amerykański Kongres uchwalił niedawno ustawę zezwalającą ukraińskim pilotom na szkolenia w USA. Co ciekawe, natychmiast pokazano kilku ukraińskich pilotów, którzy zrobili sobie zdjęcie z kongresmenami. Piloci „Juice” i „Moonfish” udzielili z kolei wywiadu jednej z amerykańskich telewizji – wystąpili w amerykańskich kombinezonach lotniczych. Domyślam się, że własne akurat oddali do prania...

                                                    Mówiąc serio: myślałem z początku, że Amerykanie przekażą Ukrainie myśliwce starszych serii, F-15 i samoloty szturmowe A-10. Oba typy byłyby dla nich stosunkowo łatwe do opanowania, bo nie mają jeszcze aktywnego układu sterowania ani „glass cockpitów”, czyli wielofunkcyjnych monitorów w miejsce klasycznych przyrządów w formie charakterystycznych „zegarów”. Oczywiście modernizowano je i wkładano im do kabiny pojedyncze monitory, ale to dodatki do klasycznego zobrazowania. Nauka pewnego czytania na takich monitorach zajmuje sporo czasu, bo co prawda pilot dostaje mnóstwo ważnych informacji, ale dostrzec to wszystko, ogarnąć, stworzyć kompletny obraz sytuacji w głowie – to trudne i czasochłonne.

                                                    Podobnie jest z aktywnymi układami sterowania – pozwalają pilotom na wykonywanie bardzo ostrych manewrów i w istocie ułatwiają pilotowanie, ale wyszkolony lotnik mający nawyki z klasycznego układu sterowania często wchodzi w niezamierzone interakcje z automatyką układów, powodując trudne do opanowania rozkołysanie maszyny. Na początku nabierali się na to nawet piloci doświadczalni, zjawisko to doczekało się swojej nazwy: PIO – Pilot Induced Oscillations. Przestawienie się na aktywny układ sterowania wymaga czasu, ale kiedy człowiek już to opanuje, może na samolocie robić cuda niedostępne dla klasycznych konstrukcji.

                                                    Przypuszczalnie się myliłem. Obejrzałem wywiad bardzo uważnie, wykonałem kilka zrzutek ekranowych i na kombinezonie jednego z ukraińskich pilotów dostrzegłem naszywkę F-16, charakterystyczną, bo wydawaną tylko pilotom latającym na tym typie. Robi się ciekawie.

                                                    Samoloty bojowe to zwierzęta stadne

                                                    W dziedzinie obrony przeciwlotniczej do Ukrainy także zaczyna płynąć nowoczesne uzbrojenie. W tym system National/Norwegian Advanced Surface to Air Missile System (NASAMS), produkowany wspólnie przez amerykańską firmę Raytheon i norweską Kongsberg Defence&Aerospace (KDA). A pomysł jest tu bardzo prosty.

                                                    W latach 90. Amerykanie wprowadzili do uzbrojenia niesamowicie skuteczną rakietę powietrze-powietrze AIM-120 AMRAAM. Skąd ta skuteczność? Z pomysłu na układ kierowania. 30 lat wcześniej do uzbrojenia w USA i ówczesnym ZSRR wprowadzono pierwsze rakiety kierowane radarem, które mogły atakować wrogi samolot daleko poza zasięgiem wzroku pilota. Przykładem amerykański AIM-7 Sparrow. Na myśliwcu w nosowej części zamontowano radar, który wykrywa wrogą maszynę w odległości 50 czy 70 km. W normalnych warunkach nie ma szans, by lecąc nad Skierniewicami, dostrzec samolot nad Warszawą. Ale radar go zobaczy i pokaże na ekranie.

                                                    Teraz wystarczyło, by radar wysłał wiązkę fal radiowych na samolot przeciwnika – jej odbicie odbiera pocisk rakietowy. Radar samolotu „podświetla” cel, pocisk odbiera odbicie, układ sterowania kieruje rakietę wprost na nie. Tak działał Sparrow. Do celu odległego o 50 km pocisk leciał jakąś minutę, dlatego myśliwiec też musiał w tym czasie lecieć w stronę wroga. Pokonywał ok. 15 km, a jeśli myśliwiec przeciwnika też się zbliżał, to i on pokonywał 12–15 km w naszym kierunku. Gdy odpalony z 50 km pocisk trafiał, realna odległość między myśliwcami wynosiła ok. 20 km. Jeżeli leciała grupa samolotów (zawsze tak jest, samoloty bojowe to stworzenia stadne), to drugiej rakiety z daleka (BVR – Beyond Visual Range) odpalić się nie dało. Dlatego nieuchronnie następowało nawiązanie walki manewrowej z bliska, klasyka rodem z epoki bitwy o Wielką Brytanię. Gwoli ścisłości dodajmy, że do jednego celu często strzelano salwę dwóch rakiet dla pewności.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 11:49
                                                    Dokończenie 12t

                                                    Rakieta, która zmieniła wszystko

                                                    AMRAAM zmienił wszystko. Konstruktorzy z Hughes Aircraft w Kalifornii (firma niegdyś należała do milionera ekscentryka Howarda Hughesa) umieścili miniaturowy radar w samym pocisku. Udało się go opracować w technice cyfrowej na układach scalonych tak, że był wyjątkowo tani jak na radar. To ważne – w końcu był jednorazowy... AMRAAM może być odpalony z odległości 25–30 km, kiedy jego pokładowy radarek przechwyci cel, albo z 50–60 km i wtedy strzela się w rejon celu, a pocisk w połowie drogi odbiera od myśliwca uaktualnione położenie (MCU – Mid-Course Update). Wówczas dopiero jego radar sam przechwytuje cel (zasięg miniradaru AMRAAM nie przekracza 30 km) i się na niego kieruje.

                                                    To była rewolucja. Zamiast lecieć minutę na spotkanie wroga, podświetlając radarem cel własnej rakiecie, można było czterem–sześciu AMRAAM-om wskazać indywidualne cele i odpalić salwę. Do sześciu samolotów naraz! Jeden atak i niszczymy całą szóstkę. Co prawda takiego wyczynu nikt w dotychczasowych walkach nie dokonał, ale atak i odejście powodowały, że samolot uzbrojony w AMRAAM-y był śmiertelnie groźny dla wroga.

                                                    Norwedzy wpadli na pomysł: zamiast z myśliwca odpalajmy te rakiety z ziemi. Oczywiście trzeba było zmodyfikować silnik, dać maszynie wstępnego „kopa”: myśliwiec wyrzuca taki pocisk, lecąc prawie 1000 km/h lub więcej, a wyrzutnia stoi w miejscu. Trzeba było dodać doskonały radar AN/MPQ-64 Sentinel, trójwspółrzędny, cyfrowy, o fazowanej sieci antenowej (pasywne skanowanie elektroniczne), by wskazać rakietom cele. Takie radary są w stanie wykrywać i śledzić (pokazywać bieżące położenie) kilkuset obiektów powietrznych naraz, a Sentinel okazał się rewelacyjny. Nie dość, że wykrywał powietrzne obiekty pewnie i z dużą dokładnością, to jeszcze był bardzo odporny na zakłócenia. Mając taki radar, wystarczyło dodać centralkę kierowania ogniem, czyli skomputeryzowany system, który nakieruje radary pocisków AMRAAM tkwiących na wyrzutni na konkretne cele. Dziś takie komputerowe centrale kierowania ogniem umieją nawet wskazać, które ich zdaniem obiekty są najgroźniejsze – bo lecą wprost na osłaniany obiekt i zbliżają się najszybciej.

                                                    Radar AN/MPQ-64A3 Enhanced Sentinel wykrywa cele z dystansu 140–160 km, jeśli lecą wysoko, lub do 50 km, jeśli lecą nisko (ok. 200 m). Jeśli lecą bardzo nisko, to odległość wykrycia spada do ok. 35 km. Rakiety są przygotowane i z czterech sześciopojemnikowych wyrzutni można teoretycznie naraz odpalić do 24 – każda do innego celu! Nie muszą to być samoloty w jednej grupie, mogą się zbliżać z różnych kierunków. Maksymalna efektywna odległość odpalenia tych rakiet to 30 km, a maksymalna wysokość, na jakiej leci cel, to 20 tys. m.

                                                    Tu mała dygresja: dziennikarze telewizyjni powtarzają, że zasięg systemu to aż 160 km, ale to nieprawda. To zasięg wykrycia, z tego dystansu możemy na wrogi samolot popatrzeć na ekranie. Natomiast zasięg zwalczania celów to 30 km. Drobna różnica. A to jeszcze nic. Pewien publicysta wykłócał się ze mną, że zasięg wyrzutni rakietowej BM-21 Grad to 700 km. Podesłał nawet linki. Byłem bardzo zdziwiony, bo w zależności od typu rakiety donośność Grada to 15–21 km. No duża różnica. Okazało się, że człowiek się nie mylił. Wyrzutnia BM-21 Grad jest umieszczona na ciężarówce Ural 4320. Jak nalejemy do niej diesla na ful, przejedzie 700 km. I to był właśnie ten „zasięg BM-21 Grad” – odległość, jaką może pokonać wyrzutnia na jednym zatankowaniu. Ale jeśli chcemy z niej w coś strzelić, to rakiety dolecą najwyżej na 21 km.



                                                    Obrona przeciwlotnicza składa się z warstw

                                                    NASAMS, poza specjalną jednostką osłony Waszyngtonu, nie jest używany przez Amerykanów, ale to się zapewne zmieni. Rozwój obrony przeciwlotniczej w USA po zimnej wojnie był bowiem mocno zakłócony. Mieli wielowarstwowy system obrony z systemami Hawk w segmencie „średniego zasięgu” między Patriotem a przenośnym Stingerem, montowanym też na samobieżnych wyrzutniach Avenger. Później działania w Iraku czy Afganistanie, gdzie przeciwnik powietrzny był mało groźny, sprawiły, że ze starzejących się Hawków zrezygnowano, a z wprowadzeniem następcy się nie spieszono. Właściwie do dziś go nie ma.

                                                    Ale w Europie jest już inaczej. Brytyjczycy wprowadzili system Land Ceptor z rakietami o zasięgu do 40 km. Francuzi z Włochami wykorzystują modułowe rakiety Aster w wersji średniego zasięgu Aster 15 (40 km) i dalekiego zasięgu Aster 30 (120 km). W Polsce od jakiegoś czasu prowadzimy program Narew, który ma nam dać obronę przeciwlotniczą średniego zasięgu, ale na razie finału nie widać. Dobrze, że kupiliśmy chociaż patrioty w segmencie rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu w ramach Wisły.

                                                    Obrona przeciwlotnicza w wojsku jest zbudowana wielowarstwowo. Zaczynając od dołu – to pociski bliskiego zasięgu (do 6 km), przeważnie przenośne, odpalane z ramienia, czasem montowane na wyrzutniach samobieżnych po kilka. W Polsce mamy przenośne zestawy Grom, jeszcze lepsze Piorun polskiej produkcji oraz ich wersję na samochodzie terenowym Poprad. Służą do bezpośredniej obrony poszczególnych batalionów przed atakami śmigłowców i nisko lecących samolotów szturmowych czy myśliwsko-bombowych.

                                                    Kolejny segment to pociski małego zasięgu (do 25 km; ten podział na „bliskiego” i „małego” zasięgu jest dla osób postronnych mylący). W Polsce mamy jeszcze postsowieckie, choć zmodernizowane zestawy 9K33 Osa AK oraz 2K12 Kub. O ile pociski w pierwszym segmencie są naprowadzane głowicą pracującą w podczerwieni na źródło ciepła, o tyle druga klasa jest już kierowana radarem, bo na odległości 20–30 km, kiedy trzeba przygotować rakietę do odpalenia, wrogiego samolotu nie widać. Zestawy małego zasięgu służą do wzmocnienia obrony przeciwlotniczej w kluczowych miejscach – w rejonie stanowisk dowodzenia, na przeprawach, głównym kierunku obrony czy ataku itd.

                                                    Dalej mamy segment pocisków średniego zasięgu (25–100 km). Służą do obrony lotnisk i osłony wojsk na większym obszarze. Roztaczają parasol ochronny nad całą brygadą albo bronią lotniska. To właśnie w tę kategorię wchodzi NASAMS. Dopiero jeśli wrogie samoloty przedrą się przez ich „warstwę obronną”, trafiają na systemy bliskiego, niekiedy też małego zasięgu. Pokonanie wielu różnych typów rakiet przeciwlotniczych jest koszmarem, bo każdy wymaga innych zakłóceń. Na przykład powszechnie znane flary pułapki odpalane z samolotów czy śmigłowców działają doskonale na systemy kierowane w podczerwieni (źródło ciepła), ale radar nawet nie wie, że zostały odpalone... À propos podczerwieni – przypomina mi się fragment filmu „Błękitny Grom”, kiedy płk Cochrane (Malcolm McDowell) odpalił rakietę kierowaną na podczerwień do śmigłowca policyjnego Franka Murphy′ego (Roy Scheider), ale ten przeleciał obok wielkiej chińskiej restauracji z olbrzymim rożnem. Po wybuchu pocisku pieczone kurczaki pięć minut sypały się na ulicę...

                                                    I wreszcie mamy klasę dużego zasięgu (ponad 100 km) – Patrioty lub rosyjskie S-300 Faworit czy S-400 Triumf, które rozciągają kolejny parasol ponad pociskami średniego zasięgu. Osłaniają rejon kilku brygad, a nawet kilku dywizji, chronią też ważne obiekty na tyłach – miasta, zakłady zbrojeniowe itd. Poza niszczeniem samolotów, śmigłowców, rakiet skrzydlatych i bezpilotowców, co mogą też zestawy średniego zasięgu, mają dodatkowy atut – toczą efektywną walkę z rakietami balistycznymi przeciwnika. Tymi absolutnie najtrudniejszymi do niszczenia, bo lecą z olbrzymią prędkością, pokonując zwykle 2–3 km na sekundę. Szybsze są tylko pociski hipersoniczne.

                                                    Na koniec ciekawostka. Ukraińcy rozbudowują obronę przeciwlotniczą głównie na południowym odcinku frontu, a NASAMS posłuży do osłony prawdopodobnie jednego z lotnisk. Dalsze wnioski zostawiam Państwu.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 21:09
                                                    126

                                                    Istnieje niestety prawdopodobieństwo, że Ukraińcy opuszczą także Lisiczańsk, zaopatrywanie garnizonu przebiega z coraz większym trudem. Wciąż czekamy na wejście zachodniego uzbrojenia do szerszego użycia.
                                                    Prawdziwym symbolem tej wojny stał się turecki dron Bayraktar TB2. Powstały o nim piosenki, wierszyki, jego sukcesy działają pokrzepiająco. Co to w ogóle jest – ten bayraktar? Litwa przeprowadziła nawet zrzutkę pieniędzy, za które kupiono aż trzy aparaty tego typu. A dokładnie rzecz biorąc: zebrane pieniądze turecki producent oddał Ukrainie w formie pomocy humanitarnej, a bayraktary przekazał jej za darmo. Teraz na dron zbierają się Polacy, o czym więcej w dalszej części tekstu.

                                                    Lisiczańsk w kieszeni, Rosjanie w saku

                                                    Z samej Ukrainy tak krzepiące wieści nie płyną. Coraz cięższa sytuacja w atakowanym ze wszystkich stron Lisiczańsku skłania ukraiński Sztab Generalny do bardzo słusznej decyzji – wycofania się z pułapki na zachód. Po co tracić ludzi? Może jeszcze tego lata teren się odzyska, ale musi mieć kto to zrobić. Podobno wojska już wysuwają się z lisiczańskiej kieszeni, działając w sposób zorganizowany. Według planu wycofują się na kolejne pozycje obronne, nie jest to zatem paniczna ucieczka ani wymuszony, chaotyczny odwrót.

                                                    Rosjanie wcale nie mają tu łatwo. Wyczerpane wojska, które stoczyły ciężkie walki o Siewierodonieck, będą musiały przekroczyć Doniec w kierunku na zachód i zbudować przeprawy. Ukraina ma już znacznie więcej artylerii i HIMARS-y, może więc niszczyć je precyzyjnymi uderzeniami, topiąc w rzece rosyjskich żołnierzy wraz z czołgami, które, jak wiadomo, nie pływają, choć mają latające wieże.

                                                    W międzyczasie rosyjskie wyższe dowództwo spotykają kolejne wyrazy uznania za skuteczną operację. Ze stanowiskiem dowódcy Zachodniego Okręgu Wojskowego (najsilniejszego w Rosji) pożegnał się gen. płk Aleksandr Żurawliow. Najwyższy czas na emeryturę – dowodzenie i właściwe przygotowanie wojsk gen. Saszy niezbyt dobrze wyszło. Jego miejsce zajął dotychczasowy dowódca 8. Armii Gwardii z Południowego OW gen. por. Andriej Syczewoj (objął dowodzenie w marcu, po śmierci gen. por. Andrieja Mordwiczewa w ataku na lotnisko Czarnobajewka). Swoją drogą, 8. Armia Gwardii okazała się jak dotąd jedną z najskuteczniejszych po stronie Rosji, choć ostatnio i ona stanęła, nie czyniąc większych postępów.

                                                    Co na pozostałych odcinkach frontu? Rosjanie zbliżyli się do Bachmutu od strony południowo-wschodniej. Natarcie spod Iziumu jak zwykle im nie wyszło, ale tym razem ich główny wysiłek skupił się na miejscowości Zalyman ok. 25 km na północny zachód od miasta i 8 km od szosy Czuhujew–Izium. Gdyby ukraińskie wojska zdołały pokonać te 50 km do Dońca, miałyby silne zgrupowanie wroga pod Iziumem w saku. Nie byłoby go jak zaopatrywać. Jeszcze do niedawna przejście 50 km to był kosmos dla Ukraińców, ale co będzie, gdy już wprowadzą na front wojska szkolone na zachodnim sprzęcie?

                                                    Pod Charkowem Ukraińcy odpierają rosyjskie ataki skierowane na odzyskanie straconych terenów. Na razie skutecznie. O Chersoniu nadal wiadomo niewiele.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 21:11
                                                    Cd 126

                                                    Dron dronowi nierówny

                                                    Dla większości ludzi dron to dron. Nic dziwnego, dla mnie np. grypa to grypa, choć długo myliłem ją z przeziębieniem. Cywilizacja stworzyła tyle ciekawych rzeczy, że tracimy już nawet podstawową wiedzę o nich wszystkich. A niewiedza o wojsku przybiera czasem komiczne formy. Dziś w zaprzyjaźnionej stacji radiowej usłyszałem o amerykańskiej „piątej kwaterze”. Mieszkanie Amerykanie w Poznaniu wynajęli czy co? Tymczasem chodzi o dowództwo i sztab (headquarters) V Korpusu armii USA, który ma się znaleźć w Polsce (to zapowiedź Joe Bidena ze szczytu Sojuszu w Madrycie). Ale „piąta kwatera” brzmi przezabawnie, dobrze, że nie „piąty element”.

                                                    Podobny problem mają ludzie z dronami, czyli aparatami bezpilotowymi. Tymczasem to ekwiwalent „pojazdu lądowego”. Równie dobrze może to być hulajnoga, rower, samochód, ciężarówka, autobus, a nawet pociąg. Postawmy obok siebie hulajnogę elektryczną i Pendolino. Łapią się do tej samej kategorii – pojazd lądowy – ale jest między nimi pewna widoczna nawet gołym okiem różnica.

                                                    Piszę o tym, bo gdy pojawił się pomysł, by zebrać w Polsce pieniądze na bayraktara dla Ukrainy, od razu podniosły się głosy: a dlaczego kupować dron w Turcji? Przecież produkujemy doskonałe drony, ba – Ukraina już ich używa!

                                                    Tak, to prawda. Ale niecała. Świetny bezpilotowiec WB Electronics FlyEy wspaniale się sprawdza do obserwacji pola walki. Wypuszcza się go z ręki, lata tak daleko, jaki ma zasięg łączności radiowej, maksymalnie 50 km, zwykle ciut mniej, przez dwie i pół godziny. Wyposażony w kamerkę, przesyła obraz na laptop. Dowódca batalionu czy nawet kompanii może zajrzeć nad linie wroga – gdzie siedzą żołnierze, gdzie są pozycje moździerzy, gdzie rakiet przeciwpancernych – i skierować ogień artylerii dokładnie w te miejsca. Gdy ruszą czołgi i piechota, wrogie wyrzutnie pocisków przeciwpancernych będą już rozbite, podobnie jak wspierające je moździerze i gniazda karabinów maszynowych.

                                                    Szkoda tylko, że polska armia tak późno się przekonała do prywatnej firmy z Ożarowa. Wcześniej stawiano na państwowe molochy, w których wszystkie ważne stanowiska zajmowali swoi. Niewiele im teraz wychodzi, bo istotą sprawy jest to, by pakując na stołki swojaków, zostawić nieco niezależnych fachowców. Ktoś musi się jednak na tym znać. Bez tego ani rusz.


                                                    Bayraktary, samoloty z laminatu

                                                    Ale wróćmy do Bayraktara. To aparat zupełnie innej klasy i ma odmienne przeznaczenie. Dość powiedzieć, że FlyEye waży 12 kg, a Bayraktar TB2 – 650 kg. Jest większy od sportowej Cessny, tak naprawdę to samolot naturalnej wielkości, który startuje i ląduje na własnym podwoziu, chowanym w locie. Może latać aż 27 godzin, ale co najważniejsze: jest uzbrojony.

                                                    Nawet rozpoznanie, które prowadzi, jest inne. Nie chodzi o oglądanie przylegających do linii frontu pól, wiosek czy lasów. To wlot na 100 czy nawet 150 km w głąb wrogiego zgrupowania, najlepiej w nocy, kiedy większość żołnierzy takiego aparatu nie zauważy.

                                                    Bayraktar nie ogląda pozycji moździerzy czy artylerii, od tego są jeszcze inne drony, coś pomiędzy FlyEye a Bayraktarem dla dowództw brygad wojsk lądowych. Bayraktar szuka zaś na tyłach koncentracji wojsk, składów, stanowisk dowodzenia, rozpoznaje szlaki komunikacyjne, drogowe i kolejowe, w które warto uderzyć, żeby je przerwać. Informacje o tym, gdzie nieprzyjaciel zwozi wojska czy dokąd płyną uzupełnienia i zapasy zaopatrzenia, dają dużo do myślenia. Bo może na określonym kierunku coś się szykuje? Dlatego takie aparaty jak Bayraktar trafiają do sił powietrznych Ukrainy. Operuje nim lotnictwo wojskowe, a nie lądowe (ono zajmuje się dronami taktycznymi i małego zasięgu). Informacje dostarczane przez bayraktary dają szeroki obraz sytuacji z pola walki sztabowi generalnemu i dowództwom kierunków operacyjnych, czyli poszczególnym armiom.

                                                    No dobrze, ale czy nie wykryje ich radar? Popatrzmy. Aparat ma rozpiętość skrzydeł 12 m i długość kadłuba 6,5 m. Weźmy popularną awionetkę Piper PA-28 Cherokee, która jest podobnej wielkości (rozpiętość skrzydeł 10,8 m, długość 8,3 m), ale waży do startu 1315 kg. Odejmijmy teraz cztery osoby z bagażem po 100 kg – to nadal sporo. Bayraktar TB waży tymczasem tylko 650 kg, prawie dwa razy mniej.

                                                    Cud? Nie, aparat wykonano po prostu w większości z kompozytów epoksydowo-węglowych, czyli tzw. laminatu. Jest z plastiku, niektóre elementy nośne ma z lekkiego duraluminium. Od plastiku fale radiowe nie odbijają się prawie wcale, ładnie odbijają się od metalu (i innych materiałów, choć znacznie słabiej). Laminat epoksydowy jest dla fal radaru jak szkło dla światła. Przechodzi na wylot. To jedno.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 29.06.22, 21:14
                                                    Dokończenie 126

                                                    Polak z Gruzinem i usterzenie motylkowe

                                                    A teraz popatrzcie na kształt Bayraktara. Czy nie zastanawiało was, dlaczego kadłub wygląda tak, jakby nadepnął na niego jakiś olbrzym i mocno go spłaszczył? Szczególnie w rejonie połączenia ze skrzydłami to na wpół placek. Kiedy fale radiowe trafią na taki spodek i mimo wszystko się odbiją, to w dół albo w górę. A stateczniki? Dlaczego statecznik Bayraktara to odwrócone „V”? To tzw. usterzenie motylkowe, ale do góry nogami. Usterzenie motylkowe odkrył notabene polski inżynier Jerzy Rudlicki, konstruktor słynnych samolotów Lublin, w tym R.XIII stanowiących podstawowe uzbrojenie naszych eskadr obserwacyjnych we wrześniu 1939 r. Po wojnie wyemigrował do USA, gdzie przyjął go pod skrzydła Gruzin Alexander Kartveli (Kartweliszwili). Znali się wcześniej, studiowali na słynnej francuskiej politechnice lotniczej Ecole Superiere d’Aeronautique w latach 1921–22, mogli rozmawiać po rosyjsku, bo Rudlicki był oficerem carskiego lotnictwa wojskowego, choć w wojnie polsko-bolszewickiej latał bojowo już po polskiej stronie. Kartveli był głównym konstruktorem znanej firmy Republic Aviation, spod jego ręki wyszedł P-47 Thunderbolt, najsłynniejszy amerykański myśliwiec II wojny światowej. Po wojnie Kartvelli z Rudlickim skonstruowali jedne z pierwszych odrzutowców dla US Air Force: F-84 Thunderjet i F-84F Thunderstreak. Były to też, swoją drogą, pierwsze taktyczne nosiciele broni jądrowej w USA. Dla Amerykanów opracował je Gruzin z Polakiem urodzonym w Ukrainie (w Odessie). Niesamowicie symboliczne...

                                                    Wracając do Bayraktara. Turcy wzięli „usterzenie Rudlickiego”, spopularyzowane już na masowo produkowanym amerykańskim samolocie sportowym Beechcraft Bonanza, i odwrócili je do góry nogami. Wyszło ciekawie, sprawuje się wspaniale, usterzenie odbija fale radarowe do góry, prosto do nieba.

                                                    Dlatego bayraktara trudno zestrzelić, choć wydawałoby się, że jest powolny, lata na średnich wysokościach i dla rakiet przeciwlotniczych nie ma łatwiejszego celu. Pomaga mu owo dość słabe echo radarowe i, nie oszukujmy się, opieszałość Rosjan, którzy w dziedzinie obrony przeciwlotniczej mają spory bałagan.



                                                    Bayraktar. Złóżmy się dla Ukrainy

                                                    W obszarze uzbrojonych bezpilotowców jest kilkanaście całkiem udanych typów aparatów w powszechnym użyciu. Najbardziej chyba znany jest amerykański General Atomics MQ-1 Predator oraz jego powiększone rozwinięcie RQ-9 Reaper. Co prawda Predator jest droższy, ale też wyraźnie większy, do startu waży ponad tonę, a rozpiętość jego skrzydeł sięga prawie 15 m. Predator i Reapor okazały się niezwykle przydatne w Afganistanie i Iraku, gdzie były wręcz niezastąpione jako środki do głębokiej, dalekiej obserwacji i precyzyjnego niszczenia różnych obiektów. Predatory i reapery mają dodatkowo łącze satelitarne – mogą latać dużo dalej w głąb obcego terytorium.

                                                    Nie sposób wspomnieć tu o całej gamie aparatów izraelskich, a Izrael też wnosi sporo w dziedzinę rozwoju dronów tej klasy. Odpowiednikiem Predatora jest np. IAI Heron TP czy jego nowsza wersja Eitan.

                                                    Nie jest więc tak, że akurat bayraktary są jakieś niezwykłe. Jest kilka podobnych, równie skutecznych typów. Źródło sukcesu i „legendy Bayraktara” leży całkiem gdzie indziej.

                                                    Wszystkie wymienione aparaty amerykańskie i izraelskie były dotąd używane w lokalnych konfliktach o małej intensywności. Irak, Afganistan, Syria, Kurdystan itp. Natomiast Bayraktar TB2 – tak się złożyło – został użyty w pełnoskalowej, konwencjonalnej wojnie. I to nie w Ukrainie, lecz w krótkotrwałym konflikcie o Górski Karabach w październiku–listopadzie 2020 r. Używały go siły Azerbejdżanu przeciwko wyposażonym przez Rosjan siłom Armenii. Już wtedy było jasne, że aparaty są skuteczne nawet w środowisku silnej obrony przeciwlotniczej. Tylko Izrael zacierał ręce: my już to wiemy, nasze herony latają swobodnie nad terenami opanowanymi przez syryjskie wojska rządowe i nic wielkiego im się nie dzieje. Ale reszta świata to przegapiła. Ot, wojna o zasoby w postaci kruszyw i materiałów budowlanych z Górskiego Karabachu.

                                                    Ukraina pokazała, że Rosja ma problem z dronami. Dzięki skali użycia powodują rozproszenie wysiłków wrogiej obrony przeciwlotniczej – są jak namolne muchy.

                                                    Na koniec więc słowo o inicjatywie znanego polskiego dziennikarza Sławomira Sierakowskiego. Wzorem Litwy postanowił zorganizować zbiórkę na zakup dla Ukrainy „polskiego” bayraktara. Jeśli ktoś z Państwa jest zainteresowany, szczegóły są tutaj. Ja się dokładam.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.06.22, 21:44
                                                    127

                                                    Mało kto zauważył, że Ukraińcy zmienili koncepcję walki. Mimo to niepokoimy się, co będzie, kiedy stracą Donbas. Tymczasem tak naprawdę niewiele się zmieni, jeśli chodzi o powody do zmartwień.
                                                    Łysyczańsk jest pomału otaczany z trzech kierunków. Rosyjskie wojska szły od południa, od strony miejscowości Wrubiwka, leżącej nieco na zachód od zajętych niedawno Wzgórz Hirskich. Natarcie ma uzupełnić atak od południowego wschodu, prowadzony wzdłuż Dońca. Co gorsza, Rosjanie przeprawili się przez rzekę w rejonie miejscowości Prywillja – wybrali pętelkę, kiedy Doniec nie tylko zmienia kierunek z „na wschód” na „na południe”, ale koryto tworzy tu charakterystyczną „omegę”. To idealne miejsce, bo naokoło stoją rosyjskie wojska gotowe wspierać desant ogniem, ostrzeliwując obrońców z obu boków. To nie jest dobry znak, widać, że rosyjscy dowódcy powolutku odrabiają lekcje. Przynajmniej planują działania częściej „z głową”, choć oczywiście nie są w stanie wyeliminować wszystkich plag swojej armii.

                                                    W rejonie Bachmutu silne rosyjskie natarcie przyniosło marginalne zyski terenowe ok. 15 km od miasta, w kierunku na południowy wschód. Nadal nie udało się natomiast przekroczyć szosy Bachmut–Łysyczańsk, która i tak jest wyłączona z użycia z powodu nieustannego ostrzału. Zapewne wygląda jak ser szwajcarski z dziurami i lejami nie do pokonania przez samochód.



                                                    Powstanie gubernia donbaska?

                                                    Pod Iziumem natomiast ciężkie walki ponownie toczą się w rejonie wsi Bohorodyczne i Kransopole, czyli wzdłuż głównej szosy Izium–Słowiańsk. Nie musimy dodawać, że Rosjanie przypuścili jak zwykle nieskuteczny atak. Nie odpuszczają. Ruszyli na Dementijiwkę, wieś leżącą 10 km od granicy z Rosją i jakieś 15 km od Charkowa. Twierdzą, że zajęli tę wieś, ukraińska administracja obwodowa przekonuje zaś, że wróg został odparty. Ale w sumie nie w tym rzecz. Chcielibyśmy nieśmiało zauważyć, że Charków leży zdecydowanie poza Donbasem. Jeśli ostatecznym celem Rosjan jest Donbas, to po jakie licho z takim uporem usiłują wrócić pod Charków?

                                                    Ukraińskie wojska coraz częściej naciskają na południowym odcinku frontu. Walki toczą się obecnie m.in. w rejonie Wuhledaru, zaledwie 20 km od Wołnowachy. Co prawda kontratak pomógł odzyskać maleńką wieś Szewczenko, ale samo starcie w pobliżu Wołnowachy z pewnością budzi niepokój Rosjan. Wszak przebiega przez nią linia kolejowa Donieck–Wołnowacha–Tokmak–Dżankoj i na Krym oraz główna droga Donieck–Mariupol, łącząca się tu z siecią dróg wiodących do Chersonia i na półwysep. Z kolei pod samym Chersoniem Ukraińcy zdobyli wieś Barwinok (ok. 15 km na północ od Chersonia).

                                                    Mówi się, że Rosjanie planują ustanowić na południowych terenach Ukrainy nową jednostkę administracyjną: gubernię taurydzką (ros. gubernia tawriczewska). Taki rejon istniał w latach 1802–1921 i, co ciekawe, jego granice niemal idealnie pokrywały się z obecnymi zdobyczami agresora na południu. Sięgały terenów na południe od Dniepru aż po obwód zaporoski, od wschodu granicząc z dzisiejszym obwodem donieckim. Jedyną różnicą jest to, że Rosjanie mają dziś skrawek obszaru na północ od Dniepru w rejonie Chersonia i naprzeciw Nowej Kachowki (na południowym brzegu Dniepru). Gubernia taurydzka obejmowała też cały Krym. Co ciekawe, książę Grigorij Potiomkin podbił te tereny w latach 1776–89 z Mikołajowem włącznie. Na jego cześć nazwano jeden z okrętów liniowych Imperialnej Floty Czarnomorskiej Kniaziem Potiomkinem-Tawriczeskim, bardziej i niesłusznie znanym jako „pancernik Potiomkin” z powodu udziału w rewolucji 1905 r.

                                                    Taka próba włączenia do Rosji terenów na prawach odtwarzania historycznej krainy jako swojej guberni (Krym z przyległościami) świadczy o tym, że nie sprawdziła się formuła niby-samodzielnych, a w istocie bandycko-mafijnych „republik ludowych”. Niewykluczone, że z Donbasem Rosjanie zechcą zrobić to samo i stworzyć, powiedzmy, gubernię donbaską czy podobny twór.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.06.22, 21:47
                                                    Cd 127

                                                    Ukraina zmienia koncepcję walki

                                                    Mało kto zauważył, że ukraińskie wojska zdecydowanie zmieniły operacyjną koncepcję działań (chodzi o poziom pomiędzy strategią a taktyką). Rzecz w tym, że do niedawna była to obrona za wszelką cenę. Co miało wówczas głęboki sens.

                                                    Ale sytuacja się zmieniła. Ukraina otrzymuje znaczną ilość sprzętu od poszczególnych państw NATO. Tworzy na ich bazie nowe jednostki, a do walki rzuca tylko pojedyncze pododdziały. Większość podobno jeszcze się szkoli. Swego czasu doradca prezydenta Ołeksandr Arestowycz powiedział, że gotowość bojową osiągną w końcu czerwca. Zełenski twierdził, że raczej na początku lipca.

                                                    Teraz też wspominają o planowanej kontrofensywie, ale cała trójka (jeszcze szef wywiadu GUR gen. mjr Kyryło Budanow) podaje różne daty (pewnie wszystkie co najmniej niedokładne). Zełenski – połowa lipca. Budanow – pierwsza połowa sierpnia. Arestowycz – koniec sierpnia. Dziennikarze zapytali tego ostatniego, dlaczego zmienił zdanie, na co odpowiedział, że jednostki skierowano na doszkolenie. Gładko i bez zająknięcia.

                                                    Tymczasem z naszych wyliczeń wynika, że spora część tych sił po intensywnym „wojennym” szkoleniu powinna już być gotowa. Ale są trzymane i bardzo słusznie. Potrzeba bowiem nawet kilkunastu nowych brygad, by stworzyły rzeczywistą, niekwestionowaną przewagę. Rzucanie ich na front kawałkami ma swoje określenie: „roztrwonić siły”.

                                                    Mając świadomość formowanych, pieczołowicie gromadzonych sił, ukraiński Sztab Generalny postanowił zmienić sposób postępowania. Skończyła się uporczywa, kosztowna, ale na tamtym etapie jakże potrzebna obrona spod hasła „ani kroku w tył”. Pora na postępowanie w zgodzie z zasadami działań manewrowych. Chodzi o to, by zadawać wrogowi jak największe straty, zmniejszając własne do minimum (po pewnym czasie proporcje sił się odwracają). Tak funkcjonował mistrz feldmarszałek Manfred Manstein, który zdobył Krym i odniósł ostatnie niemieckie zwycięstwo na Froncie Wschodnim – odbił Charków w marcu 1943 r. Hitler rok później go wylał, bo miał obsesję na punkcie „ani kroku w tył”. Jak wiadomo, na nic mu się to nie zdało, nie obronił III Rzeszy.

                                                    Zresztą nie mając innego wyjścia, Ukraińcy też tak walczyli. W pierwszej połowie czerwca wytracili w ten sposób niemal całą 81. Brygadę Aeromobilną (częściowo zmechanizowaną), mocno doświadczoną w bojach o Jampił, Łyman i Swiatohirśk po północnej stronie Dońca.



                                                    Lepiej wyjąć głowę z kleszczy

                                                    Ukraińcy prowadzili teraz obronę Siewierodoniecka, ale nie uporczywą, nie ślepą, nie głupią. Zadali Rosjanom określone ciosy, po czym cofnęli się do Łysyczańska. Tu bronili się przez wiele dni, ale kleszcze się zaciskają. Siedzieć z głową w zaciskających się kleszczach czy może lepiej ją wyjąć? Przeciwnik w międzyczasie ciągle się wykrwawia, traci siły... Oczywiście ukraińskie wojska też, ale obrońcy z natury ponoszą mniejsze straty. Rosjanie nadrabiają niesamowicie intensywnym i średnio celnym ogniem artylerii. Ale i to się skończy, służba w artylerii już niedługo stanie się dla nich przekleństwem.

                                                    W bojach o Ukrainę w 1942 r. rosyjska artyleria często zostawała sama w obronie i musiała strzelać na wprost do widocznych celów, a nie odległych, jak to artyleria ma w zwyczaju. Sowieci nazywali ten sposób walki „proszczaj rodinu”, czyli „żegnaj ojczyzno”. Ile było w tym ironii, wie tylko ten, kto w wojsku służył. Jeden z moich przyjaciół na ćwiczeniach odebrał telefon od samego plk. Kułagi (późniejszego posła i generała) i usłyszał coś takiego (to się nazywa symulowana „podgrywka”): „Koło waszego sztabu nieprzyjaciel wykonał uderzenie sarinem i somanem”. Przyjaciel wrzasnął w słuchawkę: „Niech żyje Polska!”. Zapadła grobowa cisza. Zdębiały pułkownik wykrztusił: „Słucham?!”. Kolega sprecyzował: „Panie pułkowniku, wszyscy tu umieramy za ojczyznę!”. Co usłyszał w odpowiedzi, przytoczyć nie mogę, ale sparafrazuję: „Nie ..., tylko zakładać mi zaraz maski przeciwgazowe!”.


                                                    Pomogą pagórki, krzaki i drzewa

                                                    Ukraińskie wojska cofną się, a my możemy się założyć, że na przedpolach linii Bachmut–Sołedar–Siewiersk trwają już intensywne prace fortyfikacyjne. Kopane są transzeje, ziemianki, w wielu częściowo zniszczonych budynkach w okolicznych wsiach ustawia się karabiny maszynowe, urządza stanowiska dla ręcznych granatników i kierowanych rakiet przeciwpancernych. Spójrzcie na mapę. Teren tu, choć dominują obszary rolnicze, jest lekko pofalowany, są pagórki, zbawienne dla obrony, dla atakujących przeklęte. Z większej wysokości widać lepiej i można prowadzić bardzo celny ogień. Ci z dołu mają znacznie trudniej.

                                                    I jeszcze jedno. Z mapy Google wynika, że pola są podzielone rzędami krzaków i drzew. Może nie są to szczelne żywopłoty, jak w Normandii w 1944 r., ale można je doskonale wykorzystać. Wyłaniasz się zza takiej linii i niespodzianka... W czerwcu i lipcu 1944 alianci dreptali niemal w miejscu, bo weszli w podobny teren, słynne bocage. Były to żywopłoty wzmacniane niskimi kamiennymi murkami. Brytyjczycy i Amerykanie ugrzęźli, mozolnie sunąc od żywopłotu do żywopłotu. Co żołnierzy tam czekało, było łatwe do przewidzenia – lawina ognia z karabinów maszynowych i ukryte działa przeciwpancerne. Ukraińskie wojska zgotują może Rosjanom podobną łaźnię we własnym bocage między Bachmutem a Siewierskiem.

                                                    Ale załóżmy, że najeźdźcy przełamią i tę obronę. To też możliwe. Pojawia się kolejna linia obrony, oparta na dwóch całkiem sporych miastach, Słowiańsku i Kramatorsku, które teraz Rosjanie mogliby zaatakować od wschodu. Przypuśćmy, że zostaną w końcu zdobyte. Rosjanie będą na to potrzebowali kilku, kilkunastu tygodni. I co dalej? Nic. Musieliby wyjść na otwartą przestrzeń, nie mając osłony od północy i południa. Gdyby szli na Łozowe czy dalej, do Pawłohradu, można by ich atakować ze wszystkich stron. Od północy, od zachodu, od południa... Rosjanie najzwyczajniej nie mają na to sił. Dlatego staną na linii Słowiańsk–Kramatorsk. Jeśli w ogóle tu dojdą.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 30.06.22, 21:50
                                                    Dokończenie 127

                                                    Tragedii nie ma. Naprawdę nie ma

                                                    Anatolij Diatłow, zastępca głównego inżyniera w Elektrowni Atomowej im. Lenina w Prypeci pod Czarnobylem, odczytując parametry reaktora Bloku nr 4, stwierdził ponoć: „Tragedii nie ma”. Weszło to już do języka, jak nasze polskie „no ładne cacko”. Tyle że naprawdę uważamy, że zajęcie Łysyczańska, Bachmutu, Siewierska, a nawet Słowiańska i Kramatorska żadnej tragedii nie oznacza.

                                                    Tutaj bowiem z Rosjan zejdzie para. Tu się zatrzymają, ogłoszą wielkie zwycięstwo i sukces pierwszego etapu „operacji”. Oczywiście nie będzie to wcale koniec wojny, bo nie chodzi im o jakiś niespełna 100-tysięczny Łysyczańsk czy tylko ciut większy Słowiańsk. Ani nawet Bachmut liczący przed wojną 73 tys. mieszkańców. Czy ktoś w Rosji słyszał o Bachmucie, który do 2016 r. nazywał się Artiomowsk, takiej ichniejszej Wieliczce? Czy Rosjanie zaangażowali całe swoje wojska lądowe i walczą od ponad czterech miesięcy, bo nie mają czym posolić kotletów?

                                                    Muszą się zatrzymać. Ściągnąć uzupełnienie, młodych, którym da się do ręki karabin i zagoni do boju. Trzeba ich będzie zintegrować z pododdziałami, dać przydział do brygad, w ich ramach do batalionów, kompanii, plutonów, drużyn... Doszkolić i zgrać z resztą. Zużyty, uszkodzony sprzęt odesłać zaś do napraw i remontów, otrzymując w zamian nowy, wyciągnięty z magazynów, rozkonserwowany i pobieżnie sprawdzony.

                                                    W rosyjskich wojskach zapanuje pewien rozgardiasz. Ludzie czekają w obozach bez przydziałów, decyzji nie ma, czołgi i transportery zabrano do napraw, a nowego sprzętu jeszcze nie wydano.

                                                    I wtedy spada na nich kontratak. Nie, nie w Donbasie, ale pod Zaporożem czy Chersoniem. W tym momencie Rosjanie muszą zabrać się z Donbasu i udać na południe w takim stanie, w jakim są – w bałaganie i chaosie.

                                                    Dlatego strata Donbasu nie oznacza rosyjskiego zwycięstwa. Do rozstrzygających wydarzeń dojdzie gdzie indziej. Już dziś Rosjanie niespodziewanie wzmacniają siły pod Bierdiańskiem i Tokmakiem. A może wiedzą coś więcej niż my? Bo nie wydaje się, żeby chodziło wyłącznie o przeciwdziałanie coraz śmielej sobie poczynającej partyzantce. A właściwie dlaczego ta partyzantka działa tak intensywnie akurat tam? Naszym zdaniem sprawa jest rozwojowa.

                                                    Stąd różne szacunki co do startu ukraińskiej kontrofensywy. Nastąpi w lipcu czy dopiero w sierpniu? Właśnie rozwój sytuacji zdecyduje, a nie tylko gotowość wojsk. Zapewne przy podpowiedzi różnych oficerów z państw trzecich moment wprowadzenia do walki szkolonych rezerw nastąpi wtedy, kiedy Rosjanie będą na to najmniej gotowi.



                                                    Wcale też niewykluczone, że właściwa ukraińska kontrofensywa ruszy w momencie, gdy będą gotowe samoloty bojowe otrzymane od Stanów Zjednoczonych. Bo że ukraińscy piloci i technicy szkolą się już w USA, staje się pomału tajemnicą poliszynela. Dla Rosjan byłby to kolejny cios.

                                                    Bo choć mozolnie posuwają się naprzód, to wszystko idzie im nie tak. Sojusz Północnoatlantycki rozszerza się o Finlandię i Szwecję, neutralne nawet w czasach zimnej wojny. NATO się obudziło, UE zjednoczyła, są jednomyślne w kwestiach zasadniczych, chcą się zbroić i wygląda na to, że nici z dalszych podbojów Moskwy. A tak dobrze żarło! Ekscentryczny Donald Trump, który chciał redukować amerykańskie wojska w Europie, radykalne ugrupowania we Francji (Zjednoczenie Narodowe), Niemczech (Alternatywa dla Niemiec), we Włoszech (Liga Północna), na Węgrzech (Fidesz) itd. – poza Fideszem nie wzięły władzy w swoich krajach mimo silnego wsparcia Kremla. A tu zamiast rozkładu, zamiast „nikt nam w obcych językach nie będzie tu mówił...” – jedność! I wsparcie militarne dla Ukrainy, jakie nam się nie śniło.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.07.22, 20:51
                                                    128

                                                    Na lądzie niewiele się zmienia, choć pomału widać wzrost skuteczności ognia ukraińskiej artylerii. Tymczasem Rosjanie opuścili Wyspę Węży. Czy to coś zmienia w sytuacji na Morzu Czarnym?
                                                    Sytuacja pod Lisiczańskiem jest już wyjątkowo ciężka. Rosjanie zajęli rafinerię, jeden z ważniejszych zakładów przemysłowych miasta. Rafineria ta znajduje się w Wierchnokamiańce, mniej więcej 7 km na zachód od Lisiczańska. Cały problem jednak w tym, że tuż obok znajduje się skrzyżowanie dróg – tu łączą się drogi z Siewierska i z Bachmutu. Czyli w tym momencie, nawet jeśli Lisiczańsk nie jest jeszcze całkowicie okrążony, to jednak nie ma już żadnej drogi dostępnej dla ukraińskich wojsk, którą można by do Lisiczańska dotrzeć. Mam nadzieję, że większość sił ukraińskich wycofano już z tego miasta, bowiem za chwilę znajdą się one w pułapce.

                                                    Dalej na południowy zachód Rosjanie rozwijają natarcie w kierunku Sołedaru, leżącego tylko kilka kilometrów od Bachmutu. Wygląda na to, że teraz rosyjskie wojska chcą osiągnąć ukraińską linię obrony na osi Siewiersk–Bachmut szybciej niż wycofujące się z Lisiczańska jednostki ukraińskie. Gdyby Rosjanom udało się wbić w linię obronną zanim zostanie ona solidnie obsadzona, mogą stworzyć dość trudną sytuację.

                                                    Chociaż Rosjanie jak zwykle nacierali w kierunku Słowiańska, pod Iziumem zwycięstwo odnieśli tym razem Ukraińcy. Artyleria 95. Brygady Powietrzno-Szturmowej (de facto zmechanizowanej) zniszczyła kolumnę zaopatrzenia rosyjskich wojsk w miejscowości Nowopawliwka oraz bazę remontową w miejscowości Kunje, obie w rejonie Iziuma.

                                                    Coraz skuteczniej zaczęła też działać ukraińska artyleria rakietowa (HIMARS i MLRS). Jak dotąd zniszczono składy amunicji w Doniecku, Alczewsku, Krasnym Łuczu, Rodakowie, Irminie oraz Popasnej, a wczoraj wyleciał w powietrze jeszcze jeden, tym razem w Stachanowie.

                                                    Pod Charkowem ukraińskim wojskom udaje się powstrzymywać rosyjską ofensywę ukierunkowaną na odzyskanie wcześniej utraconych terenów. Siły stron są tu bardzo wyrównane, a zatem zapanował impas, żadna nie jest w stanie posunąć się w znaczący sposób. Za to pod Chersoniem ukraińska kontrofensywa rozwija się powolutku, ale systematycznie. Ostatniej doby wyzwolono dwie kolejne wsie na północ od tego miasta.

                                                    Po wycofaniu się Rosjan z Wyspy Węży sytuacja na Morzu Czarnym ulega pewnej zmianie. Czy zostanie to wykorzystane przez stronę ukraińską? Czy znajdą się armatorzy zdolni zaryzykować wysłanie własnych jednostek morskich do Odessy po ładunek zboża i innych płodów rolnych? Zobaczmy, na czym polega niebezpieczeństwo.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.07.22, 20:54
                                                    Cd 128

                                                    Rosyjska flota nawodna na Morzu Czarnym

                                                    Flota Czarnomorska wcale nie jest aż taka silna, jakby mogło się wydawać. Ma tylko trzy fregaty z prawdziwego zdarzenia: „Admirał Grigorowicz”, „Admirał Essen” i „Admirał Makarow”. To mniej więcej takie okręty jak nasze dwie polskie fregaty, choć znacznie nowsze, weszły do służby w latach 2016–17. Ostatni z nich 27 grudnia 2017 r., zgodnie ze znaną tradycją pospiesznego przekazywania do służby jednostek przed końcem roku, by zmieścić się w planie.

                                                    Co mogą te fregaty? Przede wszystkim mogą niszczyć ukraińską żeglugę. Ukraina nie ma w chwili obecnej własnej marynarki wojennej poza małymi jednostkami patrolowymi, a zatem wspomniane trzy fregaty mogą w miarę bezkarnie działać na Morzu Czarnym i mogą atakować statki handlowe płynące do i z ukraińskich portów, głównie z Odessy.

                                                    Wychodzący z Odessy statek załadowany np. eksportowanym zbożem ok. 150 km do wód terytorialnych Rumunii za Wyspą Węży pokonuje w czasie mniej więcej 10 godz. Przez te 10 godz. jest narażony na atak. Fregata typu Admirał Grigorowicz musiałaby ten statek wykryć przy pomocy pokładowego śmigłowca Ka-27, przenoszonego w hangarze na rufie. Wtedy mógłby do niego odpalić rakietę Kalibr, która ma też wersję przeciwokrętową naprowadzaną własnym radarem. Pociski te mają zasięg nawet do 300 km, więc trzy wspomniane fregaty mogłyby je wystrzelić tuż po wyjściu z Sewastopola.

                                                    Na szczęście Ukraina otrzymała od Danii naziemne wyrzutnie pocisków RGM-84L-4 Harpoon Block II, które mają zasięg zwiększony do 300 km. Amerykańskie harpoony to jedne z najlepszych pocisków przeciwokrętowych na świecie. Przy pomocy trzech harpoonów 18 kwietnia 1988 r. zatopiono irańską fregatę „Sahand” (F 74). Poza tym harpoon mają na koncie zatopienie kilku innych mniejszych jednostek. Mimo iż pocisk został opracowany w latach 70., wciąż jest ulepszany i modernizowany. Kolejne wersje były oznaczane literami w porządku alfabetycznym, odmiana, która trafiła do Ukrainy, to już „L”, widać zatem, jak daleką drogę przeszła ta konstrukcja.



                                                    Czym strzelać w okręty?

                                                    Zasada działania tego pocisku jest prosta. Kiedy wykryje się wrogi okręt 200 czy nawet 300 km dalej, do komputera pocisku wprowadza się współrzędne celu. Dokładnie rzecz biorąc – wyliczone miejsce, w którym będzie znajdował się cel w czasie dolotu rakiety, biorąc pod uwagę jego szacowaną prędkość i kurs. Napędzany silnikiem odrzutowym harpoon leci z prędkością 15 km/min, czyli 150 km pokonuje w 10 min, ale na maksymalny zasięg 300 km leci aż 20 minut. Jeżeli wroga jednostka płynie ok. 20 węzłów, to w tym czasie przepłynie ok. 12 km. W odległości ok. 30 km od przewidywanego miejsca znajdowania się celu włączany jest radar pocisku, który sam już szuka wrogiego okrętu. Jak go przechwyci, kieruje się na niego, a pocisk schodzi na wysokość 5–10 m nad wodę. Ostatnie 25 km, tak mniej więcej, harpoon sunie kilka metrów nad wodą, jest więc dość trudny do zniszczenia.

                                                    Identycznie działa ukraiński neptun, no i także rosyjski 3M54 Kalibr. Od wersji 3M14 strzelanej do celów naziemnych, która ma bezwładnościowy układ nawigacyjny korygowany GPS lub rosyjskim Głonassem, różni się tym, że kosztem mniejszego ładunku wybuchowego ma właśnie radar do samonaprowadzania się na obiekt morski.

                                                    Poza wspomnianymi trzema fregatami Rosjanie na Morzu Czarnym mają jeszcze cztery mniejsze korwety typu Bujan-M: „Wysznyj Wołoczok”, „Oriechowo-Zujewo”, „Inguszetia” i „Grajworon”. Każda z nich też przenosi po osiem kalibrów w wersji przeciwokrętowej lub do ataków na cele lądowe.

                                                    Mamy więc siedem rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym mogących stanowić realne zagrożenie dla ukraińskiej żeglugi. Czym one się różnią? Głównie tym, że na trzy fregaty potrzeba dwóch, trzech celnych harpoonów do ich zatopienia, a na cztery mniejsze korwety wystarczy jeden lub dwa harpoony.

                                                    Oczywiście żegludze na Morzu Czarnym mogą też zagrozić rosyjskie okręty podwodne. Nie ma ich wiele, ale stanowią one pewne zagrożenie, choć jak dotąd były one bardzo mało aktywne. Ale o rosyjskich okrętach podwodnych opowiemy innym

                                                    Dlaczego Rosjanie tak słabo radzą sobie na morzu?

                                                    Rosyjskie okręty nawodne w ciągu ostatnich 150 lat nie odniosły żadnego zwycięstwa, dosłownie – żadnego. Nie udało im się nigdy zatopić żadnej znaczącej jednostki wroga, same zaś ulegały w walce nader często. Czasami zastanawiam się, jak to w ogóle jest możliwe, dlaczego Rosjanie mają tak lichą rękę do działań na morzu? Odpowiedź leży chyba w stosunku oficerów floty do służby. W 2021 r. wybuchła afera, że w czasie remontu w stoczni Jantar w Kaliningradzie z niszczyciela „Bezpokojnyj” jego własny kapitan z pomocnikami rąbnął jego śruby. Wielkie śruby niszczyciela wykonano z cennego brązu. Zamiast tego podmieniono je na podobne, ale znacznie mniej odporne, stalowe. Opylone przez kapitana śruby przyniosły mu dochód 39 mln rubli. Jeśli więc rosyjscy kapitanowie kradną z własnych okrętów śruby…

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.07.22, 21:00
                                                    Dokończenie 128

                                                    Wyspa Węży bez Rosjan

                                                    Niewątpliwie największym sukcesem wczorajszych zmagań było oficjalne wycofanie się wojsk rosyjskich z Wyspy Węży. I wbrew pozorom jest to nie tylko sukces propagandowy. Ta malutka wysepka leży 35 km od wybrzeża, przy granicy Ukrainy z Rumunią. Rosjanie ustanowili tu niewielki garnizon obsadzony głównie personelem 1229. Centrum Rozpoznania Floty Czarnomorskiej. Mieli tu przenośne systemy rozpoznania radioelektronicznego i zapewne jakiś radar do obserwowania celów morskich. Pozwalało to na monitorowanie ruchów statków między Wyspą Węży a Białogrodem nad Dniestrem. Statki opuszczające Odessę mogły być tu wykrywane, a informacja o nich przekazana do sił rosyjskiej floty wojennej, która mogła te statki zatopić.

                                                    A teraz odwrotnie, teraz Ukraina może ustanowić tu posterunek obserwacji radiolokacyjnej i radiotechnicznej. I pilnować, by rosyjskie okręty nie zbliżały się na mniejszą odległość do szlaku żeglugowego.

                                                    Czy wraz z otrzymaniem większej liczby harpoonów i likwidacją rosyjskiego posterunku obserwacyjnego na Wyspie Węży sytuacja na Morzu Czarnym ulegnie zmianie? Czy uda się teraz wykorzystać Odessę jako port do eksportu żywności i czy może ruszyć żegluga z wykorzystaniem rumuńskich i bułgarskich wód terytorialnych? Przypomnijmy – wody terytorialne obejmują 12 mil morskich od brzegu, to jest mniej więcej 20 km. Na otwartym morzu można atakować statki płynące do oraz z portów strony przeciwnej. Ale kiedy wchodzą one na wody terytorialne państwa trzeciego, są pod ochroną. Atak na statki płynące po wodach terytorialnych byłby naruszeniem terytorium tego państwa, do którego te wody należą.

                                                    Pozostają jeszcze miny. Część z nich postawiła Ukraina, blokując podejścia do Odessy w oczekiwaniu na rosyjski desant. Obecnie jednak stał się on skrajnie mało prawdopodobny. Ale jak się okazuje, swoje pola minowe postawili też Rosjanie. Niebezpieczeństwo natrafiania na minę morską jest bardzo realne. Niestety, ukraińska flota handlowa niemal nie istnieje, jeszcze przed wojną była zaniedbana. Muszą to więc być statki obcych bander, a te nie kwapią się do niezbyt bezpiecznych wojaży.



                                                    Wyspa Węży była ostrzeliwana przez ukraińskie wojska co najmniej od połowy maja. Zniszczono tu wówczas m.in. śmigłowiec Mi-8. Śmiałego ataku dokonało także ukraińskie lotnictwo, samolotami Su-27. Jednak najsilniejsza seria ataków rozpoczęła się 20 czerwca. Wtedy właśnie na wyspie wylądowały pociski M31A1 wystrzelone z zestawu HIMARS, co można obejrzeć na filmie nagranym przez bayraktara. M.in. ofiarą tych rakiet padł rosyjski dość nowoczesny zestaw przeciwlotniczy Pancyr S1. W tym samym czasie zostały zaatakowane platformy wiertnicze Czernmornieftgazu, zajęte przez Rosję w 2014 r. W późniejszych dniach ataki ponawiano, także za pomocą haubic CEASAR, dostarczonych przez Francję, jednak bayraktary znów nie zawiodły – za pomocą tych bezpilotowców korygowano ogień artylerii, a ponadto używano ich do bezpośrednich ataków na wyspę. Jeszcze 12 maja bayraktary trafiły rosyjski okręt zaopatrzeniowy „Wsiewiełod Bobrow”, choć ostatecznie nie wiadomo, czy został on zatopiony. Zatonął natomiast holownik zaopatrzeniowy „Spasatiel Wasilij Biech”. Trafiony z bayraktara 17 czerwca 2022 r.

                                                    I na koniec taka ciekawostka. Podobno Rosjanie opuścili Wyspę Węży w geście dobrej woli. Łaskawcy! Zupełnie jak feldmarszałek Friedrich Paulus, który zapewne też poddał się pod Stalingradem wraz całą 6. Amią w geście dobrej woli. Dobry humor, jak widać, Rosjan nie opuszcza.

                                                    A nas nurtuje zupełnie co innego. Jeśli Rosjanie poszli sobie z Wyspy Węży, to ciekawe dokąd? Czy posłuchali udzielonej im niegdyś rady? Nie daje nam to spokoju.
                                                  • maxikasek Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.07.22, 18:53
                                                    Ukraińcy wycofali się w Lisiczańska. Dziś pojawił się filmik, jak orki stawiają czerwony sztandar na pomniku II WŚ w parku miejskim
                                                    twitter.com/GirkinGirkin/status/1543206252284723200

                                                    I ewakuacja z Priwilli (nad Płn. Dońcem na płn- zach. od Lisiczańska) na Siewiersk- tam orki sforsowały rzekę.
                                                    twitter.com/OttoHansWolf1/status/1543103828941279237

                                                    I prawdopodobnie Bonus w akcji
                                                    twitter.com/Blue_Sauron/status/1543124620223680512
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.07.22, 18:55
                                                    129

                                                    Co rosyjskie lotnictwo strategiczne zdołało osiągnąć w Ukrainie? Zniszczyło ośrodek wczasowy. Dom towarowy. Płot zakładów produkujących maszyny do asfaltu. Aż strach pomyśleć, co jeszcze zniszczy, ale mogę im podsunąć kilka pomysłów.
                                                    Rosjanie zbliżają się do Lisiczańska ze wszystkich już stron. Od północy ich wojska opanowały miasteczko Nowodrużeśk. Z kolei od zachodu nadal trwają walki o rafinerię lisiczańską, która faktycznie znajduje się od 7 km od miasta, w Werchnokamiance. Okazuje się, że część zakładu nadal jest trzymana przez ukraińskie wojska, głównie po północnej stronie rozległego terenu. Nieco na wschód od rafinerii trwają ciężkie walki o wieś Topoliwka. Z kolei w samym mieście Rosjanie zajęli na chwilę zakład produkcji żelatyny OOO Melit, ale ukraiński kontratak odrzucił ich poza teren fabryki. Nad samym Dońcem rosyjskim wojskom nie udało się nawet wejść do Lisiczańska, walki trwają tu we wsi Bila Hora, przylegającej do miasta od południowego wschodu. Wciąż trwa bitwa na terenie Lisiczańskich Zakładów Gumowo-Technicznych w południowo-wschodniej części miasta.

                                                    Z kolei na wschód od Lisiczańska, na północ i północny zachód od Popasnej Rosjanie wciąż nie zdołali przekroczyć szosy Bachmut–Lisiczańsk, mimo wielokrotnie ponawianych szturmów. Wojska ukraińskie walczą z wielką zaciętością, by utrzymać korytarz potrzebny do odwrotu spod Lisiczańska, kiedy zdecydują się już go w pełni przeprowadzić. Istnieją sprzeczne informacje, czy już się zaczął. Przypuszczalnie wycofano głównie te formacje, które nie są w mieście koniecznie potrzebne.

                                                    Ale teraz sensacyjna wiadomość. Rosjanie nie przeprowadzili 1 lipca żadnego ataku z Iziuma na Słowiańsk. Zadziwiające, ale kolejnego bezsensownego szturmu nie było. Oczywiście ich artyleria strzelała nadal, zarówno tu, jak i dalej na wschód, w stronę Łymania. Jednak ataków na lądzie nie było. Ukraińskie wojska meldują, że Rosjanie się tu przegrupowują, przenoszą jednostki z jednych miejsc na drugie, zastępują je innymi, a być może uzupełniają straty.

                                                    Z kolei udane uderzenia na północ od Iziuma przeprowadziły wojska ukraińskie. W rejonie miejscowości Kunje na północ od miasta silnie ostrzelano polową bazę remontu i obsługi śmigłowców rosyjskich, zniszczono też bazę napraw pojazdów mechanicznych oraz skład amunicji. Ukraińska artyleria jest coraz celniejsza i skuteczniejsza.

                                                    Rosyjskie wojska nie prowadziły też aktywnych działań pod Charkowem, ograniczając się do ostrzału artyleryjskiego i ataków lotniczych. Identycznie było pod Chersoniem, skąd nie ma dosłownie żadnych wieści. Ukraińcy założyli dziwną blokadę informacyjną na wiadomości z południowego odcinku frontu, jakby się tam nic nie działo. Poinformowano tylko, że trzy rakiety Ch-22 odpalone z bombowców Tu-22M3 trafiły w miejscowość wczasowo-wypoczynkową Serhijiwka nad Morzem Czarnym, pod Białogrodem nad Dniestrem w obwodzie odeskim. Jeżeli Rosjanie strzelają z rakiet przenoszonych przez strategiczne bombowce w miejscowości wczasowe, to nie mamy najmniejszego pojęcia, co chcą tym osiągnąć. My tu sobie myślimy, że wśród obiektów w Polsce najbardziej narażone na ataki są jakieś lotniska wojskowe, zakłady zbrojeniowe w Radomiu, Pionkach, Gliwicach, w Świdniku, Mielcu czy Stalowej Woli, a tu wcale nie! Być może najbardziej narażone na atak jest molo w Sopocie, a być może nawet sam Giewont!
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.07.22, 18:56
                                                    Cd 129

                                                    Rosyjskie lotnictwo strategiczne i muzeum

                                                    Dziś rosyjskie lotnictwo strategiczne jest już tylko cieniem tego, jakie istniało w dalekiej przeszłości. Wciąż nosi tradycyjną nazwę Lotnictwa Dalekiego Zasięgu i ma swoje dowództwo w Moskwie, jakiś kilometr od stadionu Łużniki, w łuku rzeki Moskwa. Obecnie składa się z 43. Orłowskiego Centrum Szkolenia Bojowego oraz dwóch dywizji. Jedna z nich jest daleko od Ukrainy: to 326. Tarnopolska Ciężka Dywizja Bombowa w bazie Ukrainka nad Amurem (dyslokowana z dwoma pułkami Tu-95MS w tejże bazie, pod chińską granicą i z dwoma pułkami na Tu-22M3 w bazie Biełaja niedaleko od Irkucka). Natomiast przeciwko Ukrainie działa druga: 22. Donbaska Ciężka Dywizja Bombowa Gwardii stacjonująca w Engels pod samym Saratowem nad Wołgą. Ma ona trzy pułki bojowe. 121. Sewastopolski Ciężki Pułk Bombowy Gwardii lata na nielicznych posiadanych przez Rosję naddźwiękowych bombowcach Tu-160. Mają ich 16 sztuk i nie ma dowodów na ich bojowe użycie przeciwko Ukrainie. W tej samej bazie stacjonuje też 184. Ciężki Pułk Bombowy wyposażony w 18 samolotów Tu-95MS (z 60 posiadanych obecnie przez Rosję). Niemal wszystkie Tu-95MS i Tu-160 mają indywidualne nazwy, jak okręty wojenne, jest m.in.: „10” – Saratow, „11” – Workuta, „12” – Moskwa, „14” – Woroneż itd.

                                                    To właśnie z tych samolotów i głównie z tego pułku odpalano w ciągu pierwszych dwóch miesięcy wojny dość nowoczesne rakiety skrzydlate Ch-555 (konwencjonalna wersja atomowych Ch-55) i jeszcze nowsze Ch-101. To są rakiety mniej więcej odpowiadające amerykańskim tomahawkom, choć okazało się, że tylko te ostatnie mają w miarę przyzwoitą celność.

                                                    Trzeci z pułków, stacjonujący w Szajkowce (ok. 100 km na północ od Briańska i jakieś 150 km na wschód od Smoleńska) to 52. Ciężki Pułk Bombowy Gwardii, wyposażony w 23 bombowce Tu-22M3. Rosja ma ich w sumie 61 (30 stacjonuje w bazie Biełaja pod Irkuckiem przy granicy z Mongolią, gdzie mają straszyć Chiny). I to właśnie te samoloty przenoszą rakiety skrzydlate Ch-22, ostatnio tak ochoczo używane przez rosyjskie Lotnictwo Dalekiego Zasięgu.

                                                    Tak więc niemal połowa rosyjskich bombowców strategicznych to Tu-22M3. Kiedy maszyny te pojawiły się w uzbrojeniu w latach 70., mając naddźwiękową prędkość i rakiety skrzydlate Ch-22 o zasięgu do 1 tys. km, Zachód naprawdę się z nimi liczył. W NATO bombowce te nazwano backfire i przy każdej rozmowie rozbrojeniowej robiono wszystko, by ich liczbę ograniczyć. Łącznie zbudowano ich niemal 500, za granicę eksportowane nigdy nie były. Dziś Tu-22M3 są bezużyteczne, chyba żeby zastosować je do atakowania bronią jądrową. Okazuje się bowiem, że rakiety Ch-22 na odległości 1 tys. km mają uchylenie od celu sięgające minimum kilometra, co we współczesnym świecie brzmi dość kuriozalnie. Swego czasu planowano używanie też przeciwokrętowej odmiany tej rakiety z radarem do samonaprowadzania na duży okręt wojenny. W 2016 r. przyjęto nawet do uzbrojenia poprawioną odmianę Ch-32 z cyfrowym, rzekomo odpornym na zakłócenia radarem. Na ile byłyby one skuteczne w atakowaniu okrętów, trudno powiedzieć, ale cudów bym się nie spodziewał.

                                                    Natomiast Ch-22 to wspaniałe muzeum, które mają niemal zerową przydatność. Niestety, znalazły zastosowanie do zabijania .

                                                    Tęczowe rakiety

                                                    Podobnie jak większość tego typu rosyjskich pocisków Ch-22 (rosyjskie „Ch” ma postać łacińskiej litery „X”, przez co czasem niesłusznie nazywa się je X-22) powstały w biurze konstrukcyjnym MKB „Raduga” z Dubnej, 50 km na północ od Moskwy. W Polsce zapewne państwowe biuro konstrukcyjne nie mogłoby się tak nazywać, bo raduga to po rosyjsku tęcza.

                                                    Ch-22 wygląda jak szybki samolot myśliwski, ale oczywiście nie ma kabiny pilota. W latach 60., kiedy go opracowano, i w 70., kiedy go rozwijano, żadnego GPS nie było, więc system kierowania oparto na bezwładnościowym układzie nawigacyjnym. Na czym to polega? Na specjalnych uchwytach kardanowych umieszcza się platformę z żyroskopem, która ma pełną swobodę ruchu we wszystkich płaszczyznach. Żyroskop zapewnia, że platforma ta ma stałe położenie względem współrzędnych astronomicznych. Teraz wystarczy na tej platformie, która nie zmienia położenia, umieścić tzw. przyspieszeniomierze, czyli ciężarki na delikatnych sprężynkach połączone z potencjometrem. Platforma bezwładnościowa mierzy przyspieszenia wzdłuż osi X, Y i Z, które po scałkowaniu w funkcji czasu dają nam aktualną prędkość względem danej płaszczyzny. A mając prędkość w funkcji czasu, mierzoną oddzielnie w osi X, Y i Z, mamy możliwość obliczyć drogę przebytą przez samolot czy pocisk.

                                                    I tak to działa w pocisku Ch-22. Cyfrowa elektronika rakiety pochodzi z lat 70. oraz 80. (w kolejno produkowanych wersjach), nie jest to więc szczyt możliwości technologicznych. Właśnie dlatego błędy tego systemu nawigacyjnego są dość znaczące. Z każdym przebytym kilometrem pocisk coraz bardziej odchyla się od zadanego toru lotu. Dlatego Ch-22 nadaje się wyłącznie do atakowania z głowicą jądrową. Użycie tego pocisku z głowicą konwencjonalną mija się z celem. Jest bez sensu.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 02.07.22, 18:58
                                                    Dokończenie 129

                                                    Rosyjski targeting, czyli kulą w płot

                                                    W NATO funkcjonuje taka specjalna dziedzina wiedzy, zwana targetingiem, czyli doborem celów (targets) do zniszczenia. Jak to działa? Dowódca teatru działań wojennych ma pomysł na przeprowadzenie operacji i chce przy tym maksymalnie ją ułatwić. Musi zatem sprawić, by nieprzyjaciel nie ściągnął odwodów na miejsce planowanego uderzenia. Wtedy specjaliści od targetingu patrzą na mapę i sprawdzają: odwody są w rejonie „A”, a my chcemy zaatakować w rejonie „B”. Ile dróg i linii kolejowych prowadzi z „A” do „B”? W którym miejscu ich zniszczenie będzie najtrudniejsze do odbudowy? Oczywiście najbardziej wrażliwe są zawsze mosty, ale mogą to być też i ważne skrzyżowania w trudno dostępnym terenie. Na tej podstawie wyznaczają oni cele do zaatakowania. Istotą sprawy jest to, by jednocześnie przeciąć wszystkie drogi i wszystkie linie kolejowe. Pozostawienie choćby jednej przejezdnej drogi może być poważnym problemem, bo nieprzyjacielskie odwody dotrą tam, gdzie nie chcemy, by dotarły.

                                                    Albo np. niszczymy wszystkie możliwe fabryki amunicji i wszystkie te składy amunicji, których położenie znamy. Trzeba to robić konsekwentnie i z dużą cierpliwością, by wywołać poważny kryzys w dostawach amunicji. A bez niej nie można prowadzić wojny.

                                                    Dlatego sztuka targetingu jest tak niesamowicie istotna. Nie mogli się jej nauczyć na przykład Niemcy podczas II wojny światowej. W czasie bitwy o Wielką Brytanię chcieli wywalczyć panowanie w powietrzu nad Anglią, postanowili więc zniszczyć brytyjskie lotnictwo myśliwskie na ziemi. Zaczęli więc bombardować lotniska, ale zamiast wybrać te, na których stacjonowały brytyjskie samoloty myśliwskie, bombardowali jak leci, także te z bombowcami i nawet te lotnictwa morskiego, podczas gdy wiele lotnisk myśliwskich w ogóle nie tknęli. Oczywiście wymagany efekt nie został osiągnięty, choć trzeba przyznać, że gdyby Niemcy konsekwentnie niszczyli lotniska, byłoby inaczej. Zamiast tego rzucili się na bombardowanie Londynu, co oczywiście nic nie dało.

                                                    Idźmy dalej. Choć włoski teoretyk gen. Giulio Douhet rekomendował atakowanie ludności cywilnej, mylił się. Ani bombardowania Londynu, ani naprawdę ciężkie bombardowania niemieckich miast w II wojnie światowej nie przyniosły upadku morale ludności. Jedynym efektem była ucieczka ludzi do bezpieczniejszych wsi, a tym samym pewien odpływ pracowników z przemysłu. Największym efektem ciężkich bombardowań było niszczenie znajdujących się tam zakładów przemysłowych. W bombardowaniach niemieckich miast miały też udział polskie załogi Bomber Command. Przeczytajcie książkę aktora Mieczysława Pawlikowskiego (filmowy Zagłoba) „Siedmiu z Halifaxa »J«”, który w czasie wojny latał jako strzelec bombardier na tych samolotach. Polecam też książkę Zbigniewa Neugebauera „Wracajcie szczęśliwie do bazy”, pilota bombowego, który przytacza m.in. napisy umieszczane na bombach: „A w Reichstagu wielki popłoch, biega przerażona tłuszcza, bo załoga Janka Kwity, Hitlerowi wp...l spuszcza”.

                                                    Mimo wysiłków amerykańskich, brytyjskich, kanadyjskich i polskich załóg bombowych nigdy nie doprowadzono do załamania się morale III Rzeszy. Za to porządnie ucierpiał niemiecki przemysł, który nigdy nie był w stanie rozwinąć tak masowej produkcji, jak przemysły USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii.

                                                    A teraz popatrzmy na rosyjski targeting. Dwie rakiety Ch-22 odpalono kilka dni temu na Krzemieńczuk. Rosjanie przypadkowo przyznali się, że celowali w „zakład zbrojeniowy”. I tak chyba faktycznie było. Chodziło chyba o zakład CzAO „Kredmasz”, bowiem jedna rakieta trafiła w Dom Towarowy „Amstor” (czyli tuż obok), zaś druga… w płot zakładu przy parku. Kulą w płot można powiedzieć. Rakieta ta wywaliła gigantyczny lej, niszcząc spory fragment ogrodzenia oraz wewnętrzną drogę zakładową, ale poza tym nie zrobiła Kredmaszowi większej szkody. A teraz najlepsze. Cóż to za ważny zakład zbrojeniowy? Wyobraźcie sobie, że produkuje się tam maszyny do wytwarzania asfaltu, nawet nie takie maszyny drogowe, ale wielkie instalacje do produkcji płynnego asfaltu, którym napełnia się maszyny, które go kładą. Jak to ma osłabić obronę Ukrainy, nie mam zielonego pojęcia. Czyżby płynny asfalt był tym, bez czego wojska Ukrainy obejść się nie mogą?

                                                    Najśmieszniejsze jest jednak to, że w Krzemieńczuku są „godne zaatakowania” zakłady. Weźmy na przykład Kremenczućkyj Awtomobilnyj Zawod, czyli słynny KrAZ. Ciężkie ciężarówki KrAZ do dziś są używane w polskim wojsku, a ukraińskie jest niemal w całości w nie wyposażone. Ale od wielu już lat produkuje się tam także ciężarówki średniej wielkości, powstają tam też pojazdy pancerne Spartan i Shrek One. Tyle tylko że zakłady KrAZ znajdują się w północnej części Krzemieńczuka, a zaatakowany zakład „asfaltowy” – w południowej.

                                                    W Ukrainie jest zresztą wiele cennych celów dla rakiet, które nie zostały zaatakowane. Był nawet taki moment, że rosyjskie bombowce strategiczne i rakiety balistyczne atakowały składy paliwowe, wywołując nawet krótkotrwały kryzys. Ale potem się im znudziło. I znów zaczęli pakować bez ładu i składu, byle jak, głównie w dzielnice mieszkaniowe. Po co? Co oni chcą tym osiągnąć?

                                                    Amerykańskie lotnictwo strategiczne bombowce B-52 Stratofortress, B-1B Lancer i B-2A Spirit też wielokrotnie używało w konfliktach zbrojnych. Odpalały one rakiety ALCM albo zrzucały bomby kierowane JDAM. Za każdym razem ich uderzenia były śmiertelnie efektywne. Masa kierowanych bomb trafiała z zabójczą celnością, zadając przeciwnikowi olbrzymie straty. To właśnie B-52 zmiotły z powierzchni ziemi iracką Gwardię Republikańską w Kuwejcie i w południowym Iraku w czasie operacji Desert Storm. To właśnie B-1B sparaliżowały iracki system dowodzenia w operacji Iraqi Freedom w 2003 r.

                                                    A rosyjskie lotnictwo strategiczne? Co zdołało osiągnąć w Ukrainie? Zniszczyło ośrodek wczasowy. Dom towarowy. Płot zakładów produkujących maszyny do asfaltu. Aż strach pomyśleć, co jeszcze zniszczy, ale mogę im podsunąć kilka pomysłów: wysypiska śmieci, może jakieś duże szroty?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.07.22, 19:18
                                                    130

                                                    Najważniejszą wiadomością jest już potwierdzone planowe wycofanie się wojsk ukraińskich z Lisiczańska. Dzięki niemu uniknięto okrążenia i drugiego Mariupola. Tymczasem istnieją doniesienia o podjęciu przez Rosjan tajnej mobilizacji rezerw osobowych, głównie z dalekich prowincji. Oczywiście, od razu rzucają owe rezerwy do walki.
                                                    Wycofanie z Lisiczańska to w zaistniałej sytuacji rozsądny ruch. 2 lipca Rosjanie zaatakowali miasto z trzech kierunków – od południa, od wschodu i od północy, ale wszystko wskazuje na to, że trafili w próżnię – na pokazanych zdjęciach z centrum Lisiczańska śladów walk nie ma. W czasie walk wzięto niewielu jeńców z wojsk Ukrainy, ale co ciekawe, schwytano kilku Brazylijczyków z Legionu Międzynarodowego. Potraktowanie ich tak samo jak Brytyjczyków, czyli skazanie na śmierć, może zantagonizować jednego z nielicznych sojuszników Rosji – Brazylię.



                                                    Obecnie, po zajęciu Lisiczańska, Rosjanie nacierają na zachód, wypychając obrońców z worka, w którym nie zdołali ich okrążyć. Ataki są prowadzone na trzech kierunkach: od Szypiliwki na Bilohoriwkę (tutaj nocny atak został odparty), wzdłuż Dońca, na jego południowym brzegu, z rafinerii Lisiczańsk w kierunku na Wierchnokamiańskie oraz z Mikołajiwki na Spirne i Berestowe. Do chwili obecnej Rosjanie nie poczynili znaczących postępów na żadnym z kierunków.

                                                    Przewidywana ukraińska linia obrony będzie raczej oparta o Siewiersk, Soledar i Bachmut, które leżą w dolinie rzeki Bachmutki. Nie jest to ostatnia linia obrony Donbasu, jednak po jej osiągnięciu cały obwód ługański znajdzie się pod okupacją, co na pewno wykorzysta rosyjska propaganda. Tymczasem w okolicach Popasnej Ukraińcy ostrzelali rosyjski magazyn amunicji, niszcząc go i doprowadzając do dużego pożaru. Najpewniej był to kolejny precyzyjny atak ukraińskiej artylerii, która działa coraz lepiej.

                                                    Rosjanie po jednodniowej przerwie wznowili ataki spod Iziuma w kierunku na Słowiańsk, tym razem atakując nieco dalej na zachód, w stronę wsi Mazaniwka. Tradycyjnie już ich atak został odparty. Jednocześnie ukraińskie ataki na linie zaopatrzenia do Iziuma przybrały formę ostrzałów artyleryjskich, ale prowadzonych precyzyjne. Celami były m.in. jedna ze stacji kolejowych oraz pozycje rosyjskich wojsk w Sulihiwce, w miejscu, gdzie koncentrowały się one do ataku na Słowiańsk.



                                                    Od południa Rosjanie podjęli próbę ataku na Nowomichaijiłwkę, atak został powstrzymany. Wokół Adwijiwki, nieco na północ od Doniecka, Rosjanie ostrzeliwali oraz bombardowali pozycje ukraińskie, jednak są one w tym miejscu bardzo rozbudowane, gdyż istnieją od 2015 r. Ataki na tym kierunku nabiorą znaczenia po ewentualnym załamaniu się drugiej linii obrony w Donbasie (Bachmut – Siewiersk). Linia Gorłowka–Drużiwka–Kramatorsk–Słowiańsk stanowi trzecią linię ukraińskiej obrony. Rosjanie po jej osiągnięciu będą zmuszeni do przerwy operacyjnej i przegrupowania wzdłuż całej linii frontu, aby wznowić natarcie na całej jej szerokości. Najpewniej zostanie to ogłoszone jako zwycięstwo i zakończenie I fazy „specoperacji”. Kolejnym celem będzie natarcie na Dniepr, co dla Rosjan byłoby wielkim wyzwaniem. Nie są w stanie tego rozpocząć od razu, dlatego zapewne po zajęciu Donbasu znów nastąpi przerwa operacyjna na odtworzenie stanów wojsk rosyjskich, które znajdują się obecnie w coraz gorszym stanie.

                                                    Wokół Charkowa zasadniczo bez zmian. Rosjanie w ciągu dnia próbowali atakować w Dementiiwce oraz w Prudiance, ale bez sukcesów. Kontynuowali także ślepy ostrzał artyleryjski okolic. Chociaż wiele wskazuje na to, że jak na razie nie zamierzają wznowić ofensywy w tym rejonie, to jednak zawzięcie bronią swoich pozycji. Używają systemów walki radioelektronicznej, którymi zakłócają ukraińską łączność, a także sygnały GPS. Głównym zadaniem Rosjan na tym kierunku jest obrona linii zaopatrzenia i dopóki trwa bitwa o Donbas, nic się nie zmieni. Charków jest obecnie celem drugorzędnym, jednak Rosjanie nie zrezygnowali z możliwości ataku na miasto w przyszłości.

                                                    Znów najmniej wiadomo o froncie południowym. W rejonie Chersonia ukraińskie wojska zdobyły wieś określoną jako Iwaniwka na północny-zachód od Chersonia, ale problem polega na tym, że w okolicy znajdują się co najmniej trzy wsie o tej nazwie, więc trudno dokładnie powiedzieć, o którą z nich chodzi.


                                                    Spod Zaporoża z kolei nadal żadnych wieści nie ma. Ale przypuszczalnie panuje tu spokój, bowiem na mapie pożarów NASA nie ma ich tu zbyt wiele. Dużo więcej pożarów pojawia się w Donbasie, szczególnie w okolicach Iziuma, Lisiczańska, ale też pod Rubiżnem po rosyjskiej stronie, gdzie zapewne coś padło ofiarą ukraińskiej artylerii.

                                                    Mobilizacja po rosyjsku

                                                    Pojawiły się doniesienia o formowaniu nowych batalionów rosyjskich na miejsce tych, które musiały zostać rozwiązane w związku z poniesionymi przez nie stratami. Na przykład w 200. Pieczengskiej Brygadzie Zmechanizowanej (arktycznej) utworzono dodatkowy batalion piechoty zmechanizowanej złożony z funkcjonariuszy żandarmerii wojskowej, załóg okrętów Floty Północnej, różnych żołnierzy garnizonów Murmańsk i administracji wojskowej, ale też i rezerwistów, którzy się zgłosili na ochotnika. Mimo najlepszych chęci taka zbieranina nie będzie bez odpowiedniego przeszkolenia sprawnie funkcjonować jako piechota zmechanizowana.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.07.22, 19:21
                                                    Cd 130
                                                    Ale jednocześnie też próbuje się potajemnie ogłosić mobilizację w wybranych rejonach na dalekiej prowincji, powołując żołnierzy, podoficerów i oficerów rezerwy na ćwiczenia, a następnie po przeszkoleniu przymusowo kierując ich na front, gdzie rzuca się ich w formie uzupełnienia do pokiereszowanych jednostek. W ten sposób rosyjskie formacje otrzymują swoistą kroplówkę podtrzymującą ich w stanie życia, choć kondycja tych jednostek systematycznie słabnie z powodu dość mizernego wyszkolenia owych rezerwistów.

                                                    90. dzień wojny: Mobilizacja na łapu-capu. Jacy Rosjanie pójdą w kamasze?

                                                    Ściągana w różny sposób rezerwa nie jest gromadzona, by formować nowe jednostki. Nie ma sygnałów o tym, że bazy materiałowo-techniczne są rozwijane w nowe brygady zmechanizowane czy pancerne, których wprowadzenie na front mogłoby bardzo przyspieszyć operacje wojsk rosyjskich. Rzucenie do walki nowych, w pełni skompletowanych jednostek zawsze wpływa na wyraźną zmianę stosunku sił. Ale Rosjanie nie gromadzą rezerw w sposób planowy, nie formują nowych brygad, zamiast tego tych rezerwistów, których udaje im się ściągnąć podstępnie, wysyłają na front do istniejących jednostek, gdzie bardzo często idą do walki niedługo po przybyciu. Ci, którzy są na froncie od jakiegoś czasu, z reguły wiedzą, jak unikać ostrzału, gdzie należy się ukryć przy ostrzale artyleryjskim, jak nie wleźć na minę czy nie wystawić się na strzał snajpera. I choć nie gwarantuje to im pełnego bezpieczeństwa, to jednak prawdopodobieństwo śmierci czy zranienia jest istotnie zredukowane. Młodzi żołnierze bez odpowiedniego przeszkolenia takich nawyków po prostu nie mają, więc częściej stają się Gruz 200 lub przy odrobinie szczęścia Gruz 300 (rosyjskie kody na zabitych i rannych).

                                                    Taką metodą Rosjanie nie osiągną nic. Do pewnego momentu są w stanie trzymać pod respiratorem własne jednostki coraz bardziej wykrwawiane w toku walk, ale ogólnie jest to jednak marnotrawienie posiadanego potencjału. Gdyby zaś udało się sformować nowe brygady, dać im wyposażenie i solidnie je przeszkolić, to po wprowadzeniu do działań owe brygady byłyby, jak to się dziś mówi, game changerem.

                                                    Mobilizacja powszechna i tajna

                                                    Teorię mobilizacji, która z pewnymi modyfikacjami obowiązuje w Rosji do dziś, opracował w latach 30. marszałek ZSRR Borys Szaposznikow. Był dobrze wykształconym pułkownikiem rosyjskiego carskiego Sztabu Generalnego, a w toku późniejszej służby w Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej nosił już tylko stopnie generalskie. Mimo że był wysokim stopniem oficerem rosyjskich wojsk imperialnych, przez Stalina był niezwykle ceniony i szanowany, był jednym z nielicznych ludzi, do których Stalin zwracał się per „pan” (po rosyjsku to po imieniu i tzw. otczestwie, czyli w tym wypadku „Borysie Michaiłowiczu”), zamiast zwyczajowego per „towarzyszu” (np. „towarzyszu Jeżow”) lub „na ty”. Od sierpnia 1940 do lipca 1941 r. był zastępcą ministra obrony ZSRR, od lipca 1941 do maja 1942 r. – szefem Sztabu Generalnego RKKA, a od maja 1942 do czerwca 1943 r. – ponownie zastępcą ministra obrony ZSRR. W latach 1943–45 r. był komendantem Wyższej Akademii Wojskowej im. Klimenta Woroszyłowa, nosząc tytuł profesora, co było dla niego odpowiednim zajęciem po 60. Zmarł na nieuleczalną wówczas gruźlicę w marcu 1945 r.

                                                    Szaposzników napisał książkę „Mózg armii”, która zasadniczo dotyczyła dowodzenia wojskami na szczeblu sztabu generalnego. Trzecią część książki poświęcił w niej jednak mobilizacji i uzupełnieniu zasobów. Opisał, jak należy kompletować rezerwy ludzkie i materiałowe, jak należy przestawiać przemysł na tory wojenne i jakiego przemysłu powinno to dotyczyć. Najważniejsze jest jednak to, że Szaposznikow zaproponował podział mobilizacji na część tajną (ograniczoną) i jawną (powszechną). Początkowo należy ściągać przeszkolonych rezerwistów na ćwiczenia wojskowe. Ćwiczenia należy przedłużać, a po ich zakończeniu rezerwistów nie zwalniać, lecz pozostawiać w szeregach. Istniejące jednostki wojskowe należy organizować tak, by w każdej jeden z oddziałów był mobilizowany. Zwykle wojsko ma typową organizację trójkową, a zatem w dywizji miały być dwa pułki piechoty rozwinięte i jeden skadrowany, mobilizowany. Co znaczy skadrowany? To znaczy, że w służbie czynnej pozostaje dowódca danej jednostki, jego zastępcy i szef sztabu oraz dowódcy batalionów i kompanii. Okresowo przyjmują oni rezerwistów, którzy wypełniają stany plutonów, kompanii, batalionów i całego pułku, w tym także sztabów tych jednostek. Czyli poza żołnierzami w kompanii pojawiają się oficerowie – dowódcy plutonów, zastępca dowódcy kompanii itd., a w sztabie pułku wypełniają się oficerami rezerwy wszystkie stanowiska – oficera operacyjnego, rozpoznawczego, logistyki, łączności itd. Po ćwiczeniach znów pozostaje szkielet takiej jednostki.



                                                    W Polsce w okresie PRL też mieliśmy takie skadrowane jednostki, zwane przez żołnierzy „wykastrowanymi”. Istniały one głównie w drugorzutowym Warszawskim Okręgu Wojskowym, który na wypadek wojny wystawiał 4. Armię. W formie skadrowanej funkcjonowały 3. Pomorska Dywizja Zmechanizowana im. Romualda Traugutta z Lublina i 9. Drezdeńska Dywizja Zmechanizowana w Rzeszowie. W czasie pokoju całe wspomniane dywizje liczyły ok. 2,3 tys. oficerów i żołnierzy, a na wypadek wojny ich stany rosły pięciokrotnie. Ich pułki pancerne, 5 Sudecki Pułk Czołgów Średnich z Włodawy dla dywizji lubelskiej i 26. Pułk Czołgów Średnich z Sanoka dla dywizji rzeszowskiej aż do 1986 r. używały słynnych „kaczuszek”, czyli stareńkich czołgów T-34-85. Produkowano je w Polsce dość długo, aż do 1956 r., i to właśnie te powojenne egzemplarze z Huty Łabędy w Gliwicach zapełniały owe trzeciorzędne, mobilizowane jednostki.

                                                    W Rosji obecnie też istnieją takie „wykastrowane” brygady – noszą one nazwy „baza materiałowo-techniczna”. Część z nich jest całkowicie „na workach”. Czyli poza personelem pilnującym zakonserwowanego sprzętu w magazynach, garażach i na placach nie ma w nich nikogo, a dokładnie rzecz biorąc, oficerowie i żołnierze są w workach. W formie kart powołania mobilizacyjnego, które na odpowiedni rozkaz otwiera się i rozsyła lub wręcza osobiście, za pokwitowaniem.

                                                    Tajna mobilizacja jest prowadzona w sposób ograniczony i po cichu, choć w Rosji nawet tajna jest bezprawna. Dlatego kilka dni temu Duma zmodyfikowała prawo, zezwalając władzom na podjęcie środków niezbędnych do wspierania „operacji specjalnej” w Ukrainie. Teraz na przykład firmy, także te prywatne, nie mogą odmawiać w przypadku otrzymania zamówienia na produkty czy usługi na potrzeby „operacji specjalnej”. Także zmieniono zasady służby poza granicami Rosji, dzięki czemu możliwe jest wysłanie do działań w Ukrainie powołanych „na ćwiczenia” rezerwistów.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 03.07.22, 19:23
                                                    Dokończenie 130

                                                    O czym zapomniał Putin?

                                                    Władimir Putin zapomniał właśnie o naukach Szaposznikowa, który napisał m.in.: „aby wygrać wojnę, potrzebny jest wysiłek nie tylko całej armii, ale całego kraju, całej ludności, przemysłu, transportu, rolnictwa itd.”. Nie zapomniał o tym prezydent Wołodymir Zełenski, przestawiając Ukrainę na tory wojenne. Ale Putin założył sobie, że samo wysłanie wojsk rosyjskich do Ukrainy spowoduje szybki upadek tego kraju. Ponadto Szaposznikow napisał: „ciągła koncentracja sił społecznych na przygotowaniach do wojny rujnuje kraj. Dlatego w czasie pokoju armia i przemysł zbrojeniowy powinny zużywać minimum zasobów. Konieczne jest jednak przygotowanie kraju, jego mieszkańców, aparatu administracyjnego, przemysłu, transportu, rolnictwa, systemów komunikacyjnych, aparatu ideologicznego itd. do najszybszego i najpełniejszego przejścia od reżimu pokojowego życia do reżimu wojny”. A do tego Putin najwyraźniej się zupełnie nie przygotował. Wygląda na to, że ludzie w Rosji też nie są gotowi mentalnie na mobilizację. Kiedy tylko pojawiają się plotki o takiej możliwości, zaczynają płonąć biura rekrutacyjne, a w internecie pojawiają się zapytania o „wyreklamowanie” się od służby wojskowej. Jednym ze sposobów jest załatwienie sobie zaświadczenia o niezdolności do służby wojskowej, co w Rosji kosztuje podobno 500–700 zł (od 7 tys. do 10 tys. rubli). W przypadku ogłoszenia jawnej, powszechnej mobilizacji cena zapewne znacznie wzrośnie, ale prawdopodobnie pojawią się też przypadki samookaleczania się, a także wykorzystania innych możliwości, np. podjęcie pracy tam, gdzie pracownicy z mobilizacji są w znacznym stopniu zwolnieni – np. na kolei albo w zakładach zbrojeniowych.



                                                    Jednocześnie jednak Szaposznikow ostrzegał, że: „mobilizacja to przejście całego kraju ze stanu pokojowego do działań militarnych. Mobilizacja jest nieodwracalna i nieodwołalna”. Chodziło mu też o to, że mobilizacja powszechna powoduje rujnowanie gospodarki kraju, należy więc po jej ogłoszeniu jak najszybciej wygrać konflikt zbrojny, po czym ponownie wrócić do stanu pokojowego, odbudowując zrujnowaną gospodarkę.

                                                    Tymczasem Putin stoi w rozkroku. Rozpoczął wojnę, która zamiast błyskawicznego rozstrzygnięcia przerodziła się w długotrwały konflikt. A Rosja nie zmobilizowała swojej gospodarki. Nie przestawiła się na tor wojenny. Teraz ma dwa wyjścia: albo przyznać się do porażki, ogłosić stan wojny i powszechną mobilizację, wystawić wiele nowych jednostek z powołanych rezerwistów i ze zgromadzonych zapasów sprzętu, a przy tym do reszty zrujnować podupadającą już gospodarkę nagłym wojennym szokiem, albo trzymać się półśrodków i powolutku upuszczać z gospodarki krew, jednocześnie trzymając posiadane siły „na kroplówce” aż do ich pokonania przez zmobilizowane wojska ukraińskie. Pierwsze rozwiązanie jest dla Rosji niezwykle ryzykowne, bowiem taki szok dla gospodarki i sprzeciw społeczeństwa może wywołać naprawdę poważne zamieszki, które nie będą łatwe do opanowania. Zostałby bowiem przekroczony pewien Rubikon, przy którym rosyjskie społeczeństwo przestałoby się bać represji. Co za różnica bowiem zginąć w Ukrainie czy dostać się na kilka lat do kolonii karnej.

                                                    A nie ma w zasadzie żadnych wątpliwości, że Ukraina szkoli znaczne liczby nowych formacji. Ilości sprzętu otrzymanego z zachodu są bardzo znaczne, ale w większości tego sprzętu na froncie nie widać. Używa się jego śladowe ilości, by poznać jego możliwości i właściwości w warunkach bojowych, w warunkach ukraińskich. Zebrane doświadczenia pomagają w szkoleniu tych jednostek, które mają tego sprzętu użyć w sposób bardziej zmasowany.


                                                    Tylko trzeba być cierpliwym i mieć nadzieję, że Putin nadal będzie stał w rozkroku, sącząc do wojska uzupełnienia stopniowo, w niewystarczających ilościach, jednocześnie marnotrawiąc swoje zapasy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.07.22, 22:16
                                                    131

                                                    Od kiedy Ukraińcy otrzymali amerykańskie wieloprowadnicowe zestawy artyleryjskie HIMARS, tłuką nimi z zabójczą precyzją. Właśnie wyleciały w powietrze dwa rosyjskie składy amunicji przy lotnisku w Melitopolu. I teraz najlepsze... Usiądźcie, bo za potłuczenia po przewrotce nie odpowiadam.
                                                    Rosjanie potwierdzili, że 3 lipca zdobyli Łysyczańsk. Ukraińcy wycofali się z miasta i ani nie było tu drugiego tragicznego Mariupola, ani kompletnie już zapomnianej bitwy pod Debalcewem z 2015 r., kiedy uporczywa obrona przyniosła poważne straty (267 zabitych żołnierzy i 110 wziętych do niewoli). Powstaje pytanie: na ile racjonalnie działa Ukraina?



                                                    Nie da się tak po prostu skręcić w bok

                                                    Z całą pewnością w Łysyczańsku nie ma już wojsk ukraińskich. Teraz nastąpi krótka przerwa, bo Rosjanie i ługańska milicja muszą sprawdzić, czy nie ma w mieście pozostawionych kieszeni oporu, które mogłyby się ujawnić w najmniej spodziewanym momencie. Niewykluczone, że wykorzystują okazję, by złupić to i owo. Pojawienie się tu tiktokowców, czyli tzw. Kadyrowców, też świadczy o tym, że do miasta ściągają żądni dóbr „wojownicy”.

                                                    Trudno powiedzieć, kiedy ponownie ruszy natarcie w Donbasie, podejrzewam, że bez zbędnej zwłoki. Tym razem Rosjanie będą nacierać ze wschodu na zachód, muszą zatem zmienić front. Nie śmiejcie się, w wojsku nie da się po prostu zrobić „w lewo/prawo zwrot!”. Przodem zawsze idą jakieś pododdziały zwiadu, za nimi pierwszy rzut obficie wzmocniony czołgami, dalej więcej konsolidującej zdobycze piechoty. Za drugim rzutem ustawia się artylerię na pozycjach, stanowisko dowodzenia, jakąś jednostkę przeciwlotniczą, która przykryje oba elementy, a jeszcze dalej grupuje się kolumny zaopatrzenia, rozstawia polowe składy amunicji (takie podręczne, dla danej jednostki), składy paliw i smarów, polowe warsztaty naprawcze, szpitale polowe, magazyny kwatermistrzowskie, łaźnie, piekarnie polowe.

                                                    To wszystko, w sumie kilkaset pojazdów i kilka tysięcy żołnierzy w ramach brygady, trzeba poustawiać w takim właśnie porządku, jedno za drugim. Nie da się po prostu skręcić wszystkim w bok i na prawym skrzydle nacierać batalionem pancernym, a na lewym – szpitalem polowym i warsztatem remontowym. Poprzestawianie tego, powiadomienie zainteresowanych, gdzie co jest, ustanowienie łączności, ustalenie schematu wykorzystania dróg – to zajmuje nieco czasu. I właśnie tego czasu będą Rosjanie potrzebowali. W języku NATO to regrouping i obejmuje też możliwe uzupełnienia, odpoczynek, tak prozaiczne sprawy jak uzupełnienie amunicji w wozach, tankowanie (w Rosji dotyczy nie tylko pojazdów, ale i personelu), kąpiel, wymiana bielizny, zużytych elementów wyposażenia i umundurowania.

                                                    Od razu sobie powiedzmy: to nie jest ta wielka przerwa operacyjna potrzebna do uzupełnienia stanów osobowych, remontu sprzętu, pobrania nowego z transportów celem odtworzenia ilości w jednostkach, napełnienia składów zapasami, wypełnienia papierów w sztabach i administracji. No i oczywiście rozdzielenia sprzętu i ludzi, naniesienia potrzebnych oznaczeń, zapoznania „nowych” z dowódcami i kolegami, doszkolenia „świeżaków”, zapoznania ich z lokalnymi procedurami itp.

                                                    Przez większą część oficerskiej służby byłem w armii funkcjonującej jak natowska w ramach Partnerstwa dla Pokoju, a później faktycznie jako wojsko NATO. Gdy tylko trafiłem na ćwiczenia, szkolenie czy inne podobne przedsięwzięcie, a już szczególnie do misji ONZ, to po wskazaniu mi kwatery, stołówki, podaniu przydziału i krótkiej informacji o lokalnych zwyczajach dostawałem do ręki wielką księgę SOP. Czyli Standard Operating Procedure. Wszystko tu było: informacje, jak się funkcjonuje w danej jednostce, ale i szybkie szkolenie pożarowe. W misjach zaczynaliśmy prócz tego od szkolenia minowo-saperskiego, zasad użycia broni (ROE – Rules of Engagement) i z pierwszej pomocy. Trwało to w sumie kilka dni. W przypadku żołnierza idącego na front – minimum dziesięć.

                                                    Kiedy to wszystko analizuję, zastanawiam się, czy Rosjanie w ogóle mają jakieś ROE. Czy ktokolwiek ustala zasady, do czego lub do kogo wolno strzelać i w jakich okolicznościach. Jakie są warunki otwarcia ognia. Bo wygląda na to, że walą do wszystkiego, co im się nawinie – niestety z cywilami włącznie – i żadnym ROE się nie przejmują. Jak by to było po rosyjsku? Prawilia Wiedienia Ognia? W skrócie PWO, ale PWO to po wojskowemu Protiwo-Wozduszna Oborona, czyli obrona przeciwlotnicza. A może w ogóle tego nie mają? Bo prawilia, owszem, występują, ale w instrukcjach broni jako zasady celnego prowadzenia ognia, czyli zupełnie innym kontekście.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.07.22, 22:19
                                                    Cd 131

                                                    A teraz najlepsze, ale musicie usiąść

                                                    Od kiedy Ukraińcy otrzymali amerykańskie wieloprowadnicowe zestawy artyleryjskie HIMARS, tłuką nimi z zabójczą precyzją. Rosyjskie składy amunicji wylatują jeden po drugim. W niedzielę wyleciały w powietrze dwa przy lotnisku w Melitopolu. A teraz najlepsze. Musicie siedzieć, za potłuczenia po przewrotce nie odpowiadam.

                                                    Otóż wyznaczony przez Rosjan mer Melitopola Jewgienij Walicki powiedział, że Ukraińcy celowali w dzielnice mieszkalne, ale wadliwa amerykańska rakieta zboczyła z trasy i przypadkiem trafiła w magazyn amunicji przy lotnisku. Opowiada jak zawodowy stand-uper: Ukraińcy zapewne od dawna strzelają we własną ludność, ale trafić nie mogą, bo Amerykanie podesłali im buble, które, nie wiedzieć czemu, lecą wprost w rosyjskie składy i podobne obiekty. Za każdym razem! Co za barachło im z USA przysłali!

                                                    Tymczasem ukraiński wywiad donosi, że mimo przyjęcia ustawy zmuszającej rosyjskie firmy prywatne i państwowe do akceptowania zamówień od wojska, jeśli dotyczą „operacji specjalnej”, to jednak coś ciut kuleje. Jak zawsze rzecz rozbija się o pieniądze: wojsko wymyśliło, że skoro zakłady i tak muszą przyjąć zamówienie, to po co im płacić? Zwłaszcza że chodzi o firmy państwowe, a nawet takie pół-wojskowe.

                                                    W Rosji, podobnie jak u nas w PRL, funkcjonuje coś takiego jak Centra Technicznej Obsługi i Zabezpieczenia Techniki Wojskowej. U nas były Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne nr... (1 – Zamość, później Siemianowice Śląskie, 2 – Łódź, 3 – Głowno, 4 – Wrocław, 5 – Poznań). Dziś niemal wszystkie to firmy prywatne. Ale w Rosji to wciąż zakłady zmilitaryzowane z przypisanym numerem jednostki wojskowej.

                                                    I teraz znów coś dobrego: z jakiejś przyczyny wojskowa administracja nie zapłaciła im za dotychczasowe naprawy. Zakłady odmówiły więc przyjęcia kolejnych aut. Za chwilę będzie kicha z ciężarówkami. Jak się chce, to można znaleźć setki wymówek (np. brakuje wymaganych części zamiennych). Że też ci Rosjanie nie pomyślą... Znam speca z okolic Poddębic, który wszystko wyklepie, nawet Urala po trafieniu Javelinem. Ale kolejka u niego straszna.



                                                    Jak Ukraina przestawiła się na wojenne tory

                                                    Ukraina uznała od początku, że wojna to wojna, a zatem trzeba przestawić gospodarkę na wojenne tory – ale z głową. Nie jest to prosta sprawa.

                                                    Zacznijmy od ludzi. Mamy pewien zasób mężczyzn i kobiet (nawet jakaś część tych, które mają dzieci, decyduje się wstąpić do armii). Trzeba ustalić zasady poboru. Pichci się ustawy jeszcze w czasie pokoju, musi też być ciągle uaktualniane rozporządzenie. Wyobraźmy sobie taką sytuację: mamy bardzo zdolnego informatyka, pisze genialne, optymalne oprogramowania do algorytmów naprowadzania pocisków na cel. Ale nie pracuje w zakładzie zbrojeniowym, tylko w cywilnej firmie – np. „1024 Software klik-klik Venture”. Firma od pocisków dała mu odpowiedni certyfikat i właśnie zamawia kolejne wersje oprogramowania, odporne na zakłócenia. I co – ma go teraz wojskowa komenda uzupełnień zgarnąć w kamasze, dać karabin i pognać do boju w Donbasie, bo jego firmy nie było na liście ministerialnej?

                                                    Jak już mamy ludzi, można działać na dwa sposoby. Załadować taką wystraszoną grupę na Urala i zawieźć do jakiejś 12. Końskowolskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii, gdzie wyda się kałachy i pogna „jednorazowych” do najbliższego szturmu z Iziumu na Słowiańsk. Gdy wrócą, to rzuci im się menażkę kartoszków i następnego dnia wezmą udział w nowej „edycji” szturmu.

                                                    Ale można inaczej: ustalić, że poza już walczącymi jednostkami będą formowane nowe brygady. Dla każdej wybrać koszary lub obóz szkoleniowy, podzielić szkolenie na fazy w zależności od wymaganej specjalności i zgodnie z etatem jednostki. Wybrać miejsca na kursy za granicą (na konkretny sprzęt, zależnie od planu rozwinięcia danej jednostki). Siedzi cała kupa mądrych ludzi w sztabie i myśli – z Norwegii podesłali to, z USA tamto, z Polski to, z Australii tamto. Co z czym może współdziałać, co nie będzie się „gryzło” choćby z powodu użytych środków łączności? Co ma podobną obsługę techniczną i używa tej samej amunicji, nawet jeśli to różny sprzęt?

                                                    Każdej nowej brygadzie sprzęt trzeba przydzielić indywidualnie, według klucza, w wymaganych ilościach, by wszystko zagrało jak dobrze naoliwiona maszyna. Masa administracyjnej roboty. A kiedy się całą tę papierkową robotę odwali, w wojsku panuje porządek. Każdy ma ustalone miejsce pobytu, stołówki wiedzą, ile osób wyżywić, finansówka wie, komu i jakie diety przyznać na szkolenie za granicą.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 04.07.22, 22:21
                                                    Dokończenie 131

                                                    Który system Wam się bardziej podoba?

                                                    Nie wszystko trzeba wozić z Zachodu. Wiele rzeczy Ukraina jest sobie w stanie wyprodukować sama. Na przykład amunicję do czołgów. Potrzebne są odlewane korpusy pocisków zamówione w odpowiednich hutach. Pocisk jest stalowy, ale pierścień wodzący z mosiądzu, czyli trzeba zaangażować dwie różne huty. Do tego potrzebna jest elaboracja materiałem wybuchowym, czyli znów specjalistyczny zakład. A skąd wziąć materiał wybuchowy? Często produkuje się go w miejscu elaboracji. Ale potrzebne są różne komponenty, siarka, saletra, substancje nitro, a te z kolei wytwarzają różne zakłady chemiczne. Dla nich produkty wydobywają kopalnie. W nasz pocisk mamy już zaangażowanych siedem do dziesięciu zakładów. Każdy musi dostać zamówienie, znać plan dostaw, wykorzystania transportu, powierzchni magazynowych. A gdzie zapalniki? No właśnie! A to niby tylko jakiś głupi pocisk do działa. Wsunąć, popchnąć ładunkiem miotającym, zaryglować i łup! Moment i nie ma.

                                                    Taka ciekawostka: w pewnym momencie Ukraina ogłosiła, że kończą się jej zapasy amunicji artyleryjskiej. Wiadomo, przechodzą na zachodnie działa 155 mm, starsze są już zużyte albo zniszczone. Ale pocisków czołgowych im nie zabrakło! Nikt nie zgłaszał braków.

                                                    Wygląda na to, że to wszystko było dobrze zaplanowane. Produkcja amunicji czołgowej dla wozów postradzieckich jest kontynuowana, bo i czołgów tego typu jeszcze w uzbrojeniu sporo. A postradziecka artyleria się kończy, pora na natowską. Stare działa do szkolenia, a na front – nowe, amerykańskie, niemieckie. Ukraina pięknie ma to wymyślone. Produkcję, remonty, obsługi, uzupełnienia... Nawet personel: zaczyna od wojsk OT, a gdy żołnierz nabierze ogłady – idzie do jednostki frontowej i tu nie trzeba już go intensywnie uczyć.

                                                    Co nam to mówi o Ukrainie? Że to zupełnie inny kraj niż Rosja. Że ma całkiem sprawną administrację. Jest zorganizowana i pracowita. A w Rosji? Bajzel, jakich mało. Kapitanowie sprzedają śruby z własnych okrętów wojennych, a wojskowe centra obsługi nie chcą naprawiać ciężarówek. Nikt nie potrafi zorganizować jako takiej mobilizacji.

                                                    Który system Wam się bardziej podoba?

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.07.22, 21:29
                                                    132

                                                    Wydaje się, choć jednak bardzo trudno to ocenić, że z Rosjan już zaczyna schodzić para. Tymczasem wydarzenia pod Chersoniem napawają pewnym optymizmem. Czy NATO może pokonać Rosję rękoma Ukrainy?
                                                    Jest sprawą oczywistą, że po zajęciu Łysyczańska Rosjanie musieli zrobić krótką przerwę i się przegrupować – nacierali na miasto od północy i południa, a teraz muszą skręcić na wschód, na Siewiersk. A to oznacza przestawienie szyku całych oddziałów. To można zrozumieć. Ale każdy, kto kiedykolwiek uczył się jakiejś taktyki, wie, że natarcie składa się z czterech faz: 1. organizacja ataku i koncentracja sił, 2. przygotowanie artyleryjskie i przełamanie obrony, 3. rozwinięcie powodzenia (czyli manewr wewnątrz ugrupowania przeciwnika), oskrzydlenie i okrążenie zgrupowania wroga w miarę możliwości oraz 4. pościg za odchodzącym nieprzyjacielem.



                                                    Rosjanie późno się obudzili

                                                    Bardzo często nawet zawodowi wojskowi przywiązują zbyt małą wagę do tej ostatniej fazy. Jest bardzo ważna, choć upojeni powodzeniem o niej zapominamy, tymczasem w pościgu depczemy przeciwnikowi po piętach, nie pozwalamy mu zająć pozycji obronnych, umocnić się na nich i solidnie przygotować do odparcia kolejnego ataku.

                                                    Ja rozumiem, że Rosjanie muszą się przegrupować i odwrócić front. Ale przewidujący dowódca miałby w odwodzie ze dwie batalionowe grupy bojowe, które na taki moment by czekały. Nie brałyby udziału w walkach o Łysyczańsk, ale stały w ugrupowaniu przedbojowym na południe i północ od miasta, czekając na sygnał: teraz! Gdy tylko ukraińskie wojska zaczęły się wycofywać z Łysyczańska, należało od razu pchnąć te bataliony za ich plecy – w klasycznym pościgu. Na całe szczęście dla Ukrainy, i na całe szczęście dla nas, bo nie należy zapominać, że Ukraina także za nas walczy, rosyjski dowódca nie zadbał o to. Albo mu się nie chciało, albo nie wierzył w szybkie zwycięstwo, albo najzwyczajniej w świecie nie miał świeżych odwodów. Co miał, rzucił do walki.

                                                    Oczywiście Siewiersk ostrzelała rosyjska artyleria, poniewczasie przeprowadzono też słabe rozpoznanie bojem. I jeszcze jedna ważna sprawa: Ukraińcy przeprowadzili odwód w sposób wyjątkowo zorganizowany. Na nową linię obrony ściągnęli co mieli. Wycofali pierwszy rzut i zajęli nowe pozycje. Drugi rzut cofał się ze strażą tylną. Jej zadaniem jest opóźnianie pościgu (choć wydaje się, że żadnego bezpośredniego nie było). Kiedy już zajęli pozycje, wtedy dopiero Rosjanie się obudzili.


                                                    Skład amunicji znów wyleciał w powietrze

                                                    Pod Charkowem linia frontu się nie zmienia, choć Ukraińcy odparli ataki na Prudiankę i Sosniwkę. Rubiżne (to z obwodu charkowskiego, nie ługańskiego) prawdopodobnie jest w rosyjskich rękach, nie po raz pierwszy zresztą. Za to Ukraińcy próbują przenieść ciężar walk bardziej na zachód – na kierunek Udy i Kozaczną Łopań – nadal mamy tu równowagę sił, więc sytuacja jest patowa. Żadna ze stron nie jest zdolna mocniej przepchnąć drugiej na północ lub południe.

                                                    W kierunku Słowiańska Rosjanie swoim zwyczajem atakowali Dolinę oraz Bohorodyczne – jak zwykle bez sukcesu. Zdobyli za to to małą wieś Mazaniwka, leżącą w środku pól i lasów, daleko od drogi, nie gwarantuje zatem Rosjanom jakiejś przewagi. Po prostu nie ma stąd dokąd pójść. Istnieją dowody, że Rosjanie pchnęli dodatkowe siły w wielkości batalionu w kierunku na Barwinkowe, może więc to tam należy spodziewać się ponownych ataków. Co oczywiście raczej nie zapewnia ich powodzenia.

                                                    Intensywniejsze walki toczyły się w rejonie Bachmutu, gdzie Rosjanie skoncentrowali się głównie na atakach w kierunku elektrowni Wułhehirskiej. Działają tu grupa Wagnera oraz Specnaz. Jednym sukcesem agresora godnym odnotowania jest zajęcie Nowoseliwki Drugiej, położonej na wzgórzach, dominującej nad Adwijiwką koło Doniecka, co daje możliwość prowadzenia celniejszego ostrzału artyleryjskiego miasta.

                                                    Ukraińcy z wielką konsekwencją niszczą rosyjskie składy amunicji. Tym razem wyleciał w powietrze zakład w Kadijewce, choć Rosjanie próbują blokować informacje o sukcesach artylerii przeciwnika. Jeśli te działania będą kontynuowane z dotychczasową skutecznością, wkrótce Rosjanie będą mieć problem ze skutecznym wsparciem artyleryjskim. Intensywność ich ostrzału na wielu odcinkach frontu już wyraźnie spadła.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.07.22, 21:31
                                                    Cd 132

                                                    Chersoń. Ukraińcy prowadzą natarcie

                                                    Południowy odcinek frontu spowija gęsta mgła, o dane stąd bardzo trudno i zapewne o czymś to świadczy. Strona ukraińska oficjalnie założyła częściową blokadę informacyjną na ten kierunek, ale nie dlatego, że ma powód do wstydu. Jest raczej odwrotnie. Sytuacja jest tu dla Rosjan coraz bardziej niekorzystna i niewykluczone, że zostały jednak wprowadzone do działania nowe ukraińskie formacje, formowane z użyciem sprzętu z zagranicy.

                                                    Jedyne oficjalne informacje z tych stron mówią o rosyjskiej próbie odzyskania kontroli nad Iwaniwką (nieopodal obwodu archangielskiego) i Potjomkinem. Nieliczne, ale jednak, dowody przemawiają za tym, że to strona ukraińska prowadzi natarcie. Ukraińcy odzyskali przyczółek po wschodniej stronie rzeki Ingulec, choć nieco na południe od Dawidiw Brodu, w miejscowościach Biłohirka i Łozowe.

                                                    Intensywne walki miały miejsce też w rejonie Snihuriwki. Niewiele wiadomo poza tym, że to Ukraińcy są stroną atakującą, a Rosjanie dość silnie się tu okopali. O intensywności starcia mówi nam wręcz absurdalna liczba pożarów w okolicy, które dziwnym trafem koncentrują się blisko linii frontu, ale po rosyjskiej stronie. Przewidujemy, że to tutaj rozpocznie się zapowiadana silniejsza kontrofensywa Ukrainy.

                                                    Ukraińscy partyzanci doprowadzili ponadto do wykolejenia pociągu pancernego na szlaku Melitopol–Taszczenak, choć szczegóły tej akcji nie są znane. Na szlaku nieopodal stacji Switłodolińska runął także most kolejowy na rzece Mołoczna, zapewne również w wyniku działań partyzantów, które wydają się dobrze skoordynowane. Warto zauważyć, że to linia wiodąca z Doniecka przez Wołnowachę w kierunku Chersonia, więc może jej przerwanie nie jest przypadkiem.


                                                    Kiedy silna ukraińska kontrofensywa?

                                                    Kiedy ruszy kontrofensywa? To zależy od dwóch rzeczy. Po pierwsze od tego, kiedy Rosjanie opadną z sił na dobre i będą potrzebować przerwy. Ten moment może być bliżej, niż się wydaje. Po drugie, to wymaga ścisłej współpracy z państwami NATO, gdyż to one dostarczają teraz uzbrojenie obrońcom i prowadzą szkolenia. Sojusz odgrywa obecnie kluczową rolę w obronie Ukrainy, mimo że poszczególne jego kraje nie są bezpośrednio zaangażowane w działania wojenne.

                                                    Jesteśmy niemal absolutnie przekonani, że kraje takie jak USA, Wielka Brytania, Polska, Hiszpania, Norwegia, Australia i inne, bo przecież i Włochy, i Holandia też dostarczyły pewne ilości ciężkiej broni, chcą mieć wpływ na wykorzystanie przekazanego uzbrojenia. Po co? Państwa NATO i zaprzyjaźnione z nim (jak Australia) mają określony, oczywisty cel: pokonać Rosję rękoma Ukraińców i odsunąć zagrożenia z tej strony. Nie oszukujmy się – Zachód kupuje sobie własne bezpieczeństwo i jest to z gruntu słuszne. Na szczęście dla nas świat nie okazał się aż tak krótkowzroczny i naiwny, żeby schować głowę w piasek.

                                                    To ważna inwestycja, którą należy odpowiednio zarządzać. W NATO zgromadzono spore doświadczenie na polu organizowania i prowadzenia operacji militarnych, rozwijana jest sztuka wojenna także na polu teoretycznym. W przeciwieństwie do wielu innych krajów, w tym Rosji, podchodzi się do sprawy bardzo poważnie. Wypracowano zasady i doktryny użycia wojska w różnych warunkach, dostrzeżono pewne prawidłowości. W dodatku do funkcjonowania w owych doktrynach dostosowano sprzęt, który teraz trafia do Ukrainy – trzeba wiedzieć, jak go używać w sposób optymalny, efektywny.

                                                    Dlatego Ukraina uzgadnia działania z NATO. Zobaczcie, jak działa targeting. Rosjanie walą rakietami w obiekty od sasa do lasa, a najczęściej w budynki cywilne. Ukraina ledwo otrzymała HIMARS-y – i już nastąpił prawdziwy pomór rosyjskich magazynów amunicji. Ile jej wyleciało w efektownych fajerwerkach na okupowanych terenach? Ile kosztowało wyprodukowanie jej i transport? Jestem przekonany, że niemało... Najgorsze dla Rosjan jest jednak to, że jak tak dalej pójdzie, to nie będą mieli czym strzelać.



                                                    Pierwszy as NATO

                                                    Pierwszym asem NATO jest oczywiście uzbrojenie, które przekazano w bezprecedensowej ilości. Zwróćcie uwagę, jak dziś precyzyjnie strzela ukraińska artyleria. To widać pod Chersoniem, gdzie Rosjanie się cofają, mimo że całkiem solidnie przygotowali się tu do obrony.

                                                    Ale jest jeszcze coś. Słuchaliście uważnie prezydenta Joe Bidena na szczycie NATO w Madrycie? Powiedział m.in., że Ukraina otrzyma „systemy przeciwrakietowe”. A tak w amerykańskim arsenale określany jest sprzęt od Patriota w górę. Wygląda na to, że Amerykanie zamierzają wyposażyć ukraińskie wojska właśnie w patrioty. Kiedy to nastąpi, to nie tylko Iskandery przestaną być groźne dla Kijowa, ale żaden rosyjski samolot nie zbliży się do linii frontu. Oczywiście tych patriotów nikt jeszcze nie potwierdził, ale czy Biden się pomylił?

                                                    Amerykański przywódca powiedział o jeszcze jednej sprawie: szkoleniu na samolotach F-16. To naprawdę będzie coś! Gama uzbrojenia o wielkiej celności, jaką te samoloty przenoszą, powoduje, że realne straty mogą być wyjątkowo dotkliwe dla Rosjan. Z F-16 nieprzyjacielskie dowodzenie da się całkowicie sparaliżować, podobnie jak dostawy zaopatrzenia. Można też niszczyć wrogie wojska z zabójczą skutecznością.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 05.07.22, 21:33
                                                    Dokończenie 132

                                                    Natowski as nr dwa, trzy i cztery

                                                    Wbrew pozorom szkolenie to bardzo ważny element. Większość ludzi nie docenia tego czynnika. Mamy tendencje do liczenia żołnierzy na sztuki bez oglądania się na jakość. Tymczasem proponuję Wam pewien eksperyment: zamiast uznanego fachowca z jego odpowiednio „wyszkoloną” ekipą weźcie do remontu mieszkania ludzi z ulicy i obiecajcie im wysoką sumę za robotę: wygładzenie i malowanie ścian, położenie płyt podłogowych, kafelków itd. A potem spójrzcie na efekt. Pytanie: odpowiednie umiejętności i doświadczenie mają znaczenie czy nie? A przecież drobne prace budowlane nie są znowu aż tak skomplikowane.

                                                    W wojsku kwestia wyszkolenia jest absolutnie kluczowa. Narzekamy na naszą piłkarską reprezentację i słusznie. Ale jestem przekonany, że gdybyście zorganizowali z nimi mecz przeciwko chłopakom skrzykniętym z podwórka, roznieśliby ich z dwucyfrowym wynikiem. Bo są po prostu profesjonalnie wyszkoleni, a chłopaki z podwórka ot, pykają sobie w piłkę. Tak samo jest w przypadku personelu wojskowego. Dlaczego człowiek kładący kafelki albo grający w piłkę na kontrakcie za kilkaset tysięcy miesięcznie ma być fachowcem, a żołnierz i oficer nie? Umiejętności i doświadczenie są po prostu kluczowe dla każdej pracy, a wojsko nie jest tu wyjątkiem. Przeciwnie, tu umiejętności są jeszcze ważniejsze.

                                                    Szkolenie ukraińskich wojsk według natowskich standardów gwarantuje przekazanie im bardzo wysokich umiejętności. A przecież robi się to także poza granicami Ukrainy. To bezcenna wiedza, wyrobienie właściwych nawyków to rzecz może mało wymierna, ale równie ważna. Rosjanie zdziwią się, gdy natrafią na całe formacje wyszkolone według najlepszych standardów na świecie. Mam nadzieję, że i w tym przypadku wynik będzie dwucyfrowy.

                                                    As numer trzy to przeniesienie działań w obszar powietrzny, wykorzystanie przewagi, jaką dzięki pomocy z Zachodu Ukraina ma szansę tu wywalczyć. Tego tematu nie będę na razie rozwijał. Wrócimy do niego, gdy pojawią się na froncie pierwsze F-16. Wrócimy też do asa numer cztery – rozpoznania. Przekazywanie danych rozpoznawczych Ukrainie jest absolutnie niedocenianym aspektem tej wojny. Ale o tym w jednym z kolejnych odcinków.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.07.22, 20:40
                                                    133

                                                    Na frontach, zgodnie z przewidywaniami, nie ma większych zmian. Rosjanie po anemicznych wypadach w stronę Siewierska na razie stanęli. Ale ochoty na wojnę nie stracili. Polityczne kierownictwo stało się harde.
                                                    Po podbiciu Łysyczańska Rosjanie zajęli się rozminowywaniem okolic. Znając życie, trochę to potrwa. Zapewne ukraińskie wojska rozstawiły miny tak, by to agresorzy byli ofiarami, a nie cywile.

                                                    Oczywiście nie było żadnych szybkich natarć w kierunku na Siewiersk. Kontynuowano jedynie atak po południowej stronie Bachmutu, ale tam to już trwa od jakiegoś czasu. Główne natarcie poszło na miejscowość Nowołuhanśke przy samej granicy z terenami zajętymi już w 2014 r. Gdyby Rosjanie dotarli do szosy biegnącej od południa, mogliby podjąć atak na Bachmut z dwóch kierunków i wzajemnie udzielić sobie wsparcia. Widać, że dowódcy jednak się uczą.

                                                    Co ciekawe, ukraińskie wojska podjęły ograniczoną kontrofensywę pod Donieckiem. 30 km na południowy zachód od miasta odzyskały niewielką wieś Sołodke. Pod Charkowem nacierali z kolei Rosjanie – ale bez sukcesów. A na południowym froncie pod Chersoniem Ukraińcy odparli kontrataki pod Łozowem (wieś z obwodu chersońskiego; wiele miejscowości nosi w Ukrainie tę nazwę), co oznacza, że przekroczyli rzekę Ingulec w więcej niż jednym miejscu. Ciekawe, co będzie dalej.

                                                    Tym, którzy żywili jakieś płonne nadzieje, że Rosjanie zmienili cele i zadowolą się Donbasem. Tym, którzy uważają, że gdyby Ukraina oddała Donbas, zapanowałby wieczny pokój i świat znów byłby piękny. Tym wszystkim dedykuję wypowiedź Nikołaja Patruszewa. To nie byle kto. Gen. armii, były dyrektor FSB, obecnie sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta. Jeśli on coś mówi, to wie, co mówi.

                                                    A tym razem przypomniał, jakie są cele wojny. I że nie uległy zmianie od 24 lutego. Powtórzył to, o czym powiedział wówczas Putin: o denazyfikacji, demilitaryzacji i że jedyne, co Rosję zadowoli, to na wieki całkowicie neutralne państwo między NATO a Rosją. Oczywiście takie, co to by chodziło na pasku Kremla. Tego ostatniego Patruszew już nie powiedział, ale można to było wyczytać między wierszami. A zatem 5 lipca ogłoszono oficjalnie, że Rosja będzie walczyć aż do „denazyfikacji” całej Ukrainy – po granice z Polską i Słowacją. Więc żaden tam Donbas i chwatit. Moskwa liczy na długotrwały konflikt na wyniszczenie i zwycięstwo nad Zachodem, bo Zachód prędzej czy później może się znudzić i już. A wtedy Ukrainę się weźmie. Wniosek z tego jeden – każda wojna z Rosją będzie długotrwała i ciężka. Trzeba się przygotować na maksymalne wykorzystanie zasobów i przygotować

                                                    Ile znaczą rezerwy na wojnie

                                                    Kiedyś sądziłem, że w działaniach wojennych zasadnicza służba wojskowa nie ma już sensu. I jak widać po wojskach rosyjskich, chyba nie ma. Zmuszanie ludzi do odbywania służby mija się z celem, z nich nigdy żołnierzy nie będzie. Stara prawda: z niewolnika nie ma pracownika.

                                                    Żołnierskiego rzemiosła trzeba się nauczyć. Ale może się tego nauczyć tylko ten, kto chce. Wierzymy, że w obliczu poważnego zagrożenia państwa chce się tego nauczyć bardzo wielu obywateli, nie inaczej jest np. w Polsce. Jak ten problem rozwiązać? Przywracanie obowiązkowej służby zasadniczej kompletnie mija się z celem. Pamiętam tamte czasy. Często te wojaki odziane w mundur polowy z mocno poluzowanym pasem wyglądały jak nieszczęście, cała ich postawa wyrażała lekceważenie. Rosyjscy oficerowie nazywają żołnierzy służby zasadniczej „jednorazowymi”. W Polsce mówiło się „szwejki”. Nie znaczy to, że na wypadek wojny nie należy przymusowo powołać do szeregów wszystkich mężczyzn, których można (zdolnych do służby i z pominięciem tych, których aktualna praca ma istotne znaczenie dla wysiłku obronnego kraju). Jak najbardziej należy, w końcu istnieje powszechnie akceptowany ustawowy obowiązek obrony kraju. Dlatego trzeba w społeczeństwie promować wojskowe szkolenia w trudnych czasach.

                                                    Okazuje się, że w przypadku Rosji mamy do czynienia z przeciwnikiem, który się zapiera i nie zrażają go porażki. Państwo potrafi latami prowadzić działania wojenne – w Ukrainie praktycznie od 2014 r. A klasyczną agresję ciągnąć miesiącami; mimo strat i konsekwencji rosyjscy żołnierze wciąż lezą, artyleria strzela, choć państwo podupada, a ludzie giną jak muchy. Pokonać takiego wroga można tylko równą wytrwałością, mobilizacją, wystawianiem nowych wojsk, które otrzymają uzbrojenie od sojuszników. W tych trudnych czasach Ameryka znów musi się stać arsenałem demokracji, co jej samej w dłuższej perspektywie oczywiście się opłaci.

                                                    Zatem rezerwy osobowe są, także współcześnie, kluczowe dla efektywnego prowadzenia działań wojennych. Problem polega na tym, że trzeba je umieć przygotować. Najłatwiej oczywiście zarządzić przymus, ale nie tędy droga.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 06.07.22, 20:43
                                                    Cd 133

                                                    Kapitan, który wysadził „o jeden most za daleko”

                                                    Jedną z nielicznych dobrych rzeczy, jaką polska władza zrobiła bądź chce zrobić, jest przywrócenie do szkół przysposobienia obronnego. Teraz tylko należy zadbać, by przedmiotu nauczali właściwi edukatorzy. Muszą być dla młodzieży wzorem, zainteresować ją wojskiem. Za tzw. komuny różnie z tym bywało. Ja akurat miałem w liceum świetnego nauczyciela od PO (dzisiejsze ministerstwo nazwie ten przedmiot pewnie inaczej, takiego skrótu raczej nie zdzierży). Ale na Uniwersytecie Łódzkim od przysposobienia wojskowego był pewien zwolniony z wojska kapitan, o którym było wiadomo, że wysadził w powietrze „o jeden most za daleko”. Wylecieć z wojska to była wtedy prawdziwa sztuka, z reguły nawet tych, którzy się do linii nie nadawali, pakowano na różne ciepłe posadki w licznych instytucjach administracyjnych i paramilitarnych, składnicach, komendach zapasowych itd.

                                                    Ów dzielny kapitan faktycznie wywalił w powietrze most, za co nawet dostał jakiś wyrok w zawieszeniu. A było tak: na wielkich ćwiczeniach na Drawsku Pomorskim dla grupy specjalnej zbudowano drewnianą makietę mostu, która miała zostać wysadzona. W zasadzie to zbudowano prawie normalny most, tyle że poskładany z drewnianych bali i desek – nie miał żadnej wytrzymałości, trzeszczał, jak się po nim chodziło. Prowadzący grupę kapitan nocnym forsownym marszem przedarł się do mostu, który miał być (dla niepoznaki wraz z innymi obiektami) osłaniany przez jakąś tam ćwiczącą jednostkę wojskową. Ucieszona, że nikt go nie pilnuje, grupa założyła ładunki wybuchowe i bum! Pofrunęły belki i deski, radości nie było końca, że tak gładko poszło.

                                                    Tyle że to nie był ten most. Grupa wyszła na polną drogę koło miejscowości Głębokie na granicy poligonu, gdzie stał bardzo podobny, ale prawdziwy drewniany most, z którego korzystali okoliczni mieszkańcy. To właśnie ten obiekt wyleciał w powietrze, a odległa o kilka kilometrów makieta ocalała. I tak narodziła się historia kapitana, który wysadził „o jeden most za daleko”.

                                                    Tacy jak on lądowali w szkołach jako nauczyciele PO czy na studium wojskowe przy uczelniach wyższych. Mieli po kilka etatów, krążyli po różnych szkołach, dość szybko stawali się swoistym folklorem. Dziś byliby inspiracją dla memów, a wówczas osiągnęli jedno: przekonanie, że w wojsku służą ludzie niezbyt rozgarnięci. Taka opinia o „głupich trepach” bardzo długo krążyła w społeczeństwie i była inspiracją dla kabaretów, co oczywiście nie zachęcało młodzieży do idei obronności, służby czy zwykłego przeszkolenia wojskowego (by zostać rezerwistą).

                                                    Mamy cichą nadzieję, że teraz będzie inaczej. Że pojawią się w szkołach emerytowani oficerowie, którzy z różnych względów odeszli z wojska w młodszym wieku, ale nie zostali z niego wyrzuceni. Dużo jest takich: chcieli spróbować sił w cywilu, niektórym „siadło” zdrowie, inni chcieli się przeprowadzić do większego miasta, a nie mieszkać wiecznie w jakimś leśnym garnizonie. Są wykształceni, elokwentni, doskonale znają angielski, dobrze rozumieją system obronności państwa. Ta znajomość angielskiego też bywała źródłem kabaretowych żartów, ale dziś z tym jest znacznie większy problem w wielu innych armiach sojuszniczych. Na ćwiczeniach NATO w Karup byłem świadkiem, jak Amerykanin zapytał tureckiego pilota: „Where are you from?” (skąd jesteś?), a ten wypalił: „I am turkey”. Amerykanin: „Are you serious? You look like a man!” (biedny pilot powiedział, że jest indykiem).



                                                    System w powijakach

                                                    Strzelnice dla każdego? To też dobry pomysł. Byle rzeczywiście powstały profesjonalne i bezpieczne, tak by można było postrzelać nie tylko z broni pneumatycznej, ale i palnej. Dlatego trzeba zadbać, by spełniały wszelkie normy, zatrudnić profesjonalnych instruktorów (może tych samych, którzy uczyliby PO w szkołach – wiadomo, z nauczycielskiej pensji wyżyć trudno). Bo z bronią palną żartów nie ma. Obowiązkowo musi też być kierownik, który odpowiadałby za procedury i całość działalności strzelnicy. Trzeba by też je wyposażyć w całkiem dobre polskie karabinki MSBS Grot, które są standaryzowane w wojsku RP. Dziś jeżdżę do różnych jednostek wojskowych jako reporter i gadam z żołnierzami. Chwalą go, choć Grot miał to nieszczęście, że został zamówiony przed końcem pełnego cyklu badań i wyszły mu różne „choroby dziecięce”.

                                                    Jeszcze jedno zastrzeżenie. Jesteśmy absolutnie przeciwni ułatwieniom w dostępie do broni. Obecne prawo to maksimum tego, na co w naszym kraju można sobie pozwolić. Niech broń palna pozostanie domeną państwa. A dla hobbystów – pneumatyczna, bo też doskonale uczy zasad celowania.

                                                    Trzeba podnieść poziom WF w szkołach, bo dziś młodzież, poza wyjątkami, jest coraz mniej sprawna. Tak, piszę to, choć sam miałem z WF w wojsku wieczne problemy, zaliczałem na marne, często naciągane tróje. Ale wiem, jak bardzo jest w wojsku potrzebna wytrzymałość, wytrwałość, odporność na stres.

                                                    Należy się zastanowić, czy nie zmodyfikować służby w Narodowych Siłach Rezerwy, które zostały zaniedbane przez różne władze. Za pozostawanie do dyspozycji w ramach NSR, pod warunkiem uczestnictwa w ćwiczeniach (dwa tygodnie co pół roku i z sześć weekendów na rok na szkolenia teoretyczne), powinno się wypłacać stałą, niewielką gażę. A już za sam udział w ćwiczeniach i zaliczenie ich – pełną pensję.

                                                    Trzeba też pomyśleć nad mechanizmem, w ramach którego nowi rekruci powołani na wypadek wojny trafiają do Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie zastępują tych wyszkolonych, przekazywanych do wojsk operacyjnych (a tam o wiele łatwiej przeszkolą żołnierza WOT na czołgistę, piechura zmechanizowanego, artylerzystę czy zwiadowcę).

                                                    Dlaczego o tym piszemy? Bo Wojska Obrony Terytorialnej dowiodły, że jest bardzo wielu chętnych, którzy chcą żyć tak jak do tej pory w cywilu, a jednocześnie w jakiejś formie odbywać służbę wojskową. W Stanach Zjednoczonych też przecież funkcjonują rezerwy sił regularnych, jest jeszcze Gwardia Narodowa. Ta ostatnia nie jest oczywiście żadnym WOT, to zwykłe wojsko z czołgami, artylerią, śmigłowcami, a nawet lotnictwem, tyle że formalnie należące do władz stanowych, a nie federalnych. Ten system przypomina nasze WOT.

                                                    Cały ten system w Polsce jest jeszcze w powijakach. W sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, trzeba go zdecydowanie rozwinąć.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 10:57
                                                    134
                                                    Mimo powtarzających się oficjalnych informacji o pauzie operacyjnej wojsk rosyjskich częstotliwość ataków, które przeprowadzają, nie spadła. Widoczne jest głównie przegrupowanie na kierunku Lisiczańsk–Siewiersk. W międzyczasie ukraińska artyleria łupie coraz celniej, także dzięki informacjom otrzymanym od NATO.
                                                    Jedynie intensywność ostrzału rakietowego wydaje się spadać, ale może mieć to związek z wyczerpaniem zapasu rakiet Kalibr na okrętach podwodnych na Morzu Czarnym. Nie wiadomo, czy zapasy te można jeszcze uzupełnić. Kiedy po intensywnym i bezproduktywnym użyciu rakiet wszelakich – od balistycznych, lecących jak rakieta kosmiczna szerokim łukiem, po lecące jak samolot bez pilota na małej wysokości pociski skrzydlate – ta intensywność odpaleń drastycznie spadła, wszyscy uważaliśmy, że zapasy tych pocisków w Rosji po prostu się kończą. Tymczasem Rosjanie wciąż je wystrzeliwują, co prawda w liczbie po kilka i kilkanaście sztuk, sięgając także po stare i mało użyteczne pociski Ch-22, pozbawione satelitarnych układów nawigacyjnych, oraz rakiety przeciwokrętowe w awaryjnym trybie ziemia–ziemia lub woda–ziemia. Celność zarówno tych starszych, jak i przeciwokrętowych w zwalczaniu celów naziemnych nie jest porażająca. Jednak precyzja uderzeń nigdy nie była mocną stroną ani Rosji, ani poprzedniczki – ZSRR. Pamiętam z lat mojego dzieciństwa, jak krążył taki dowcip. Wietnamczycy otrzymali z ZSRR kolejną partię rakiet przeciwlotniczych z adnotacją: „Wysyłamy wam sto rakiet ziemia–powietrze”. Ale Wietnamczycy odesłali je z powrotem, dołączając następ.”



                                                    Jeśli już jesteśmy przy rakietach, to działająca pod Biełgorodem rosyjska 448. Brygada Rakietowa im. S. P. Niepobiedimogo z 20. Armii Gwardii odpaliła kilka pocisków Iskander-M w kierunku Charkowa. Dwie rakiety się jednak popsuły i po wykonaniu kilku wesołych fikołków na niebie wokół Biełgorodu spadły niedaleko wyrzutni. Pozostaje pytanie, czy to kwestia przechowywania tych pocisków w warunkach polowych oraz zawilgocenia układów elektronicznych, czy może to rakiety z nowo wyprodukowanej partii, w których pokładowe komputery wykonano z użyciem dostępnych i nie najlepszych procesorów.

                                                    Jednym z wyjaśnień, dlaczego Rosjanie wciąż mają możliwość odpalania niewielkiej liczby nowoczesnych rakiet kierowanych przeciwko Ukrainie, jest to, że udaje im się kontynuować produkcję nowych pocisków na ograniczoną skalę z wykorzystaniem zgromadzonych zapasów części i komponentów lub zastępczych mikroprocesorów.

                                                    A na frontach bez zmian

                                                    Kierunek charkowski pozostaje kierunkiem drugorzędnym dla obu stron. Lokalne walki toczą się w miejscowościach Sosniwka i Switłychne i ograniczają się przede wszystkim do wymiany ognia artyleryjskiego. Rosjanie, mając niewielką przewagę w artylerii, prowadzą ostrzał głębszej przestrzeni, obejmującej obszar od linii frontu do północnej granicy Charkowa. Po stronie rosyjskiej ostrzał prowadzi głównie 244. Niemańska Brygada Artylerii z 11. Korpusu Armijnego z Kaliningradu oraz 856. Kobryński Pułk Artylerii Samobieżnej Gwardii ze 144. Jelnińskiej Dywizji Zmechanizowanej Gwardii z 20. Armii Gwardii. Kilka dni temu pod kontrolę rosyjską wróciło Rubiżne, ale dopiero teraz można ten fakt potwierdzić. Mimo przeniesienia ciężaru walk na zachodni odcinek nie wydaje się, aby linia frontu miała się w najbliższej przyszłości zmienić, choć Charków nadal pozostaje celem Rosjan. Co ciekawe jednak, poza 6. Armią, która zebrała tu potężne cięgi, do działań wprowadzono tu elementy 20. Armii Gwardii oraz cały 11. Korpus Armijny z Obwodu Kaliningradzkiego.

                                                    Według komunikatu ukraińskiego Sztabu Generalnego po raz kolejny doszło do próby ataku z kierunku Izium na Słowiańsk, a atakowana miała być Mazaniwka, co oznacza, że miejscowość ta wróciła pod kontrolę ukraińską. Atak 36. Łozowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii z 29. Armii Wschodniego OW zakończył się fiaskiem. Według źródeł nieoficjalnych Mazaniwka pozostaje pod ukraińską kontrolą. Kolejny nieudany atak miał przeprowadzić 12. Szepietowski Pułk Czołgów Gwardii z 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej Gwardii z 1. Armii Pancernej Gwardii na miejscowość Bohorodycze. Ten odcinek również jest intensywnie ostrzeliwany przez obydwie strony, a w lasach na zachód od Iziumu prawdopodobnie nadal działają ukraińskie siły specjalne. Załamanie się ukraińskiej obrony na tym odcinku mogłoby być katastrofalne w skutkach, bo otwarta zostałaby dla Rosjan droga na Słowiańsk. Ale na to się na szczęście nie zanosi. Nie widać zmian w rosyjskiej taktyce, atakowane są dokładnie te same miejsca, a postępów praktycznie brak.

                                                    Najgorętszym odcinkiem pozostaje linia obrony Siewiersk–Sołedar–Bachmut. Mimo bardzo ciężkiego ostrzału artyleryjskiego Ukraińcy zdołali przeprowadzić lokalny kontratak i odzyskali Bilohoriwkę, miejscowość leżącą w połowie drogi między Siewierskiem a Lisiczańskiem, niedaleko od rzeki Doniec. Dokonała tego prawdopodobnie 4. Brygada Szybkiego Reagowania im. Bohatera Ukrainy sierż. Siergija Michalczuka Gwardii Narodowej. Mimo że jest to jednostka Gwardii Narodowej, to ma w swoim składzie dwa zmotoryzowane bataliony operacyjne i batalion czołgów, przypomina więc lekką brygadę zmechanizowaną z wojsk operacyjnych.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 10:59
                                                    Cd 134

                                                    Oczywiście po północnej stronie tego frontu Rosjanie są mało aktywni, tak jak przewidywaliśmy – przegrupowują się do dalszych ataków. To spowolnienie, przy jednoczesnym spadku aktywności na południowym odcinku frontu od Doniecka po Enerhodar oraz po północnej stronie Dniepru w rejonie Chersonia, skłoniło niektórych analityków do oceny, że właśnie następuje dłuższa rosyjska przerwa operacyjna. Ale przeczą temu doniesienia z południowego skrzydła frontu w Donbasie, z rejonu Bachmutu.

                                                    Najsilniejszy atak Rosjanie wyprowadzili w miejscowości Wierchnokamiańskie. Próby natarcia dokonuje 24. Brandenburska Brygada Specnazu Gwardii GRU (stacjonuje pod Czytą) wsparta Grupą Wagnera, 39. Brygadą Zmechanizowaną z 68. Korpusu Armijnego z Sachalinu i 394. Pułkiem Zmechanizowanym ze 127. Dywizji Zmechanizowanej z 5. Armii Wschodniego OW. Mimo dużej koncentracji sił obrona ukraińskiej 17. Kriworyskiej Brygady Pancernej im. Konstantina Piestuszka wsparta Legionem Międzynarodowym oraz 81. Brygadą Aeromobilną pozostaje na pozycjach i odpiera ataki. Obydwie strony ponoszą ciężkie straty, choć po stronie ukraińskiej wynikają one bardziej z ostrzału artyleryjskiego niż z bezpośrednich starć. Sukcesem okazał się rosyjski szturm na Spirne. Miejscowość została zdobyta i trwają próby przesuwania się naprzód, do miejscowości Iwano-Dariwka. Biorąc pod uwagę koncentrację sił na tym odcinku, trudno to w ogóle nazwać sukcesem.

                                                    Ciekawe rzeczy dzieją się pod Chersoniem. Według niepotwierdzonych na razie źródeł ukraińskie wojska są już kilometr od miasta. Należy spodziewać się serii rosyjskich kontrataków, mających na celu odtworzenie tu sytuacji.



                                                    Rosyjskie pociski spadły na miejscowość Nieczajanie, ok. 30 km na zachód od Mikołajowa. Według dostępnych danych nie ma tu żadnych instalacji wojskowych, najważniejszym obiektem jest duża świniarnia. Niewykluczone jednak, że ukraińskie wojska miały tu obóz i że to właśnie w nie celowano, choć po Rosjanach wszystkiego można się spodziewać. Świniarnia jako cel jak ulał pasuje do wyobrażeń o wojskach rosyjskich, które same zdołały o sobie wykreować.

                                                    Rozpoznanie NATO – na ile pomaga?

                                                    Dostępne siły NATO prowadzą intensywne rozpoznanie obszarów południowej Ukrainy i Krymu bez wlatywania w ukraińską, a tym bardziej w rosyjską przestrzeń powietrzną. Z wyjątkiem oczywiście rozpoznania satelitarnego, które jest wszechobecne. Tyle tylko że rozpoznanie satelitarne wielu państw sojuszu jest zasobem narodowym, a nie sojuszniczym. Oczywiście w zakresie rozpoznania satelitarnego główne skrzypce odgrywają Stany Zjednoczone, a tam zajmuje się tym National Geospatial-Intelligence Agency (NGA), która podlega pod Departament Obrony. Obrobione materiały ze zdjęć pochodzących z satelitów obecnie podległych Wojskom Kosmicznym USA mogą być za pośrednictwem łączności satelitarnej wysyłane od razu do dowództwa Supreme Headquarters Allied Powers Europe (SHAPE) NATO w Mons w Belgii. Tutaj zapewne jest hub, w którym zbierane są wszelkie dostępne informacje rozpoznawcze dotyczące działań w Ukrainie. To bardzo ważne dowództwo i choć w latach 90. skrót SHAPE rozwijano jako Super Holliday At Public Expense (superwakacje na koszt publiczny), to jednak dziś dowództwo to, jako Allied Command Operations – ACO, czyli dowództwo operacyjne NATO w Europie, odgrywa wielką rolę w koordynacji pomocy wojskowej dla Ukrainy. Zakładamy, że stąd przygotowane pakiety informacji rozpoznawczych są przekazywane do Biura Łącznikowego NATO, które funkcjonowało w Kijowie już przed wojną. Na początku konfliktu biuro zostało ewakuowane do Lwowa, ale niewykluczone, że obecnie ponownie jest w Kijowie. Albo za jego pośrednictwem, albo za pośrednictwem wybranej ambasady dane rozpoznawcze, zapewne transmitowane głęboko szyfrowanymi łączami satelitarnymi, trafiają do Sztabu Generalnego Ukrainy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 11:01
                                                    Dokończenie 134

                                                    Poza satelitami NATO ma do dyspozycji bezpilotowe aparaty latające RQ-4 Global Hawk, samoloty rozpoznania radiolokacyjnego E-8C Joint STARS, samoloty rozpoznania radioelektronicznego RC-135V/W i najnowszy Bombardier ARES, patrolowe samoloty US Navy P-8 Poseidon.

                                                    Najpoważniejszym uzupełnieniem rozpoznania satelitarnego jest tu rozpoznanie radioelektroniczne SIGINT (Signal Intelligence). Są to odbiorniki i namierniki pasywne, które odbierają, namierzają, analizują i identyfikują wszelkie środki radioelektroniczne. Mogą to być radiostacje, radary, systemy nawigacyjne, systemy transmisji danych, a nawet telefony komórkowe. Współczesne jednostki wojskowe używają bardzo wiele takiego wyposażenia elektronicznego, a poszczególne typy są charakterystyczne dla określonych środków. Ponadto jednostki do łączności używają określonych, przydzielonych im pasm częstotliwości, a zatem po samych pogaduszkach można narysować ugrupowanie określonego batalionu. Takim namierzaniem i klasyfikowaniem środków radioelektronicznych zajmuje się ta część SIGINT, która jest znana pod nazwą ELINT – Electronic Intelligence. Ale jest jeszcze COMINT, czyli Communication Intelligence. To nieco wyższa szkoła jazdy, bowiem polega na przechwytywaniu, nagrywaniu, rozszyfrowywaniu i interpretacji samej treści prowadzonej korespondencji. Można się z takiej korespondencji wiele dowiedzieć, ale współczesne komputerowe szyfrowanie jest sporym wyzwaniem. Jak jednak wiadomo, powstają też oprogramowania do łamania szyfrowania i jest wieczna, nigdy nierozstrzygnięta walka „pocisku z pancerzem”.

                                                    Z kolei rozpoznanie radiolokacyjne to nic innego jak latające radary do obserwacji celów naziemnych czy nawodnych. Dzięki samolotom takim jak Joint STARS możemy zajrzeć na odległość do 200 km. Jeśli więc taki samolot przeleci 100 km od Krymu nad wodami międzynarodowymi, to może obserwować każdy pojazd stojący czy poruszający się 100 km od brzegów Krymu, może narysować jego niemal fotograficzny obraz dzięki technice znanej jako SAR (Synthethic Aperure Resolution), czyli tworzeniu brył na podstawie bardzo precyzyjnych pomiarów radarowych do różnych punktów obserwowanego obiektu. To zadziwiające, ale radar pracujący na zakresie SAR (i pochodnych, takich I-SAR) potrafi pokazać przypominający nieco niewyraźną czarno-białą fotografię obraz celu, widząc ten obiekt z odległości nawet 100–200 km.



                                                    Jakie cenne informacje może otrzymywać Ukraina?

                                                    Dzięki opisanemu wyżej rozpoznaniu można np. ustalić położenie składów amunicji. W jaki sposób? Zastanówcie się: co jest charakterystyczne w składach amunicji? Muszą być odpowiednie magazyny do przechowywania amunicji, najlepiej zabezpieczone naokoło wałami ziemnymi. Do takich składów wciąż przyjeżdżają ciężarówki, a sam przeładunek następuje z zachowaniem odpowiednich środków ostrożności, ciężarówki podjeżdżają więc pojedynczo. W dodatku są to specjalne wozy amunicyjne. Łatwo je poznać po tym, że wydech z silnika mają wyprowadzony z przodu, gdzieś pod kabiną, a nie pod skrzynią, by nie podgrzewać przewożonego ładunku. Na zdjęciach satelitarnych od razu takie składy rzucają się w oczy. Jeszcze łatwiejsze do rozpoznania są składy materiałów pędnych i smarów, tu są często zbiorniki gumowe, zbiorniki stałe, beczki itp. No i oczywiście jest tu duży ruch cystern. W obu przypadkach w pobliżu nie ma zbyt wielu żołnierzy.



                                                    Najłatwiej jest wykryć czynne stanowisko dowodzenia. Może być ono rozmieszczone w zabudowaniach albo w lesie w kontenerach. W obu przypadkach towarzyszy mu jednak duża liczba środków łączności pracujących na różnych częstotliwościach w szerokim zakresie różnych fal radiowych.

                                                    Oczywiście cenne są też informacje o położeniu lądowisk śmigłowców, o ruchach wojsk i ich rozmieszczeniu, a także o położeniu polowych baz remontowych. Wszystkie te dane, kiedy trafią do ukraińskiego dowództwa, pozwalają na precyzyjne niszczenie najważniejszych obiektów. Po drugie, informacje o ruchach wojsk, ich koncentracji, pozwala na przewidywanie, skąd należy się spodziewać nieprzyjacielskiego ataku i gdzie trzeba wzmocnić obronę.

                                                    Oczywiście Ukraina ma swoje rozpoznanie. Są to jednostki rozpoznawcze realizujące zwiad naziemny, źródłem informacji są też bezpilotowe aparaty latające oraz meldunki od własnych wojsk. Atutem uzupełniającym rozpoznanie jest ukraiński wywiad osobowy, który działa wyjątkowo skutecznie w oparciu o informatorów pozostających na okupowanych terytoriach (z Krymem włącznie), ale też na terytorium Rosji. Po złożeniu tych puzzli z wszystkich dostępnych kawałków Ukraina ma pełny obraz sytuacji w skali operacyjnej. Dlatego też ich wojska są w stanie działać tak skutecznie.



                                                    A rola informacji na wojnie jest jak możliwość podglądania kartki przeciwnika w znanej, choć dziś już rzadko pamiętanej, gry w okręty. Pewna informacja daje niewyobrażalną przewagę. To, że NATO wykorzystuje swoją machinę rozpoznawczą, przekazując dane Ukrainie, jest dla Ukrainy wielką, choć mało docenianą pomocą. To jeden z czterech natowskich asów w rękawie w wojnie o wolność Ukrainy.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 18:00
                                                    135

                                                    Rosjanie oficjalnie ogłosili przerwę operacyjną, po czym kontynuowali gdzieniegdzie działania ofensywne. Daje im się we znaki ukraińska artyleria, która choć słabsza, to jest celniejsza. Czekamy na kolejne efekty dostaw uzbrojenia od NATO.
                                                    Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg
                                                    NATO
                                                    Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg
                                                    Mimo przerwy rosyjskie wojska przypuściły silny atak na Bohorodyczne ok. 5 km na wschód od drogi Izium–Słowiańsk, niedaleko rzeki Doniec. Natarcie zostało odparte. W odwecie Rosjanie ostrzelali z artylerii całą okolicę, niemal wszelkie możliwe wsie w promieniu 15 km od Słowiańska.

                                                    Kontynuowano też ataki w kierunku na Siewiersk. Siły Milicji Donieckiej Republiki Ludowej walczyły na wschodnim skraju wsi Spirne, ok. 10 km na południowy wschód od Siewierska. Rosjanie posunęli się tu ok. 1 km na zachód. Walki toczyły się też w dużej wsi Werchniokamjanka leżącej bezpośrednio na drodze Lisiczańsk–Siewiersk (Spirne jest nieco na południe od tej szosy), nieco dalej na wschód, bo ok. 15 km od Siewierska. Jak na wieś to Werchniokamjanka jest całkiem nieźle uprzemysłowiona, według naszych standardów to miasteczko. Są tu warunki, by stawiać dłuższy opór.

                                                    Poza tym Rosjanie kontynuowali ataki na wschód i południe od Bachmutu, usiłując wedrzeć się w ukraińską obronę. Oczywiście wzdłuż całego krótkiego frontu w Donbasie, od Siewierska po Bachmut, prowadzono silny ostrzał. Mimo zniszczenia wielu składów amunicji wojska wroga wciąż mogą prowadzić dość intensywny ogień – choć zniszczono ponad 20 takich magazynów, to według szacunków stanowi to jedynie koło jednej piątej części wszystkich składów amunicji artyleryjskiej (czyli jest ich ponad setka).

                                                    Dalej na południe, w rejonie Awdijiwki i Doniecka, panował względny spokój. Poza anemicznym ostrzałem żadnych działań ofensywnych tu nie prowadzono. Co ciekawe, linia frontu przebiega niemal w tym samym miejscu, w którym ustaliła się w 2015 r.

                                                    Z kolei pod Charkowem Ukraińcy odparli jeden atak, a sami przeprowadzili kilka kontrataków, które z kolei odparli Rosjanie. Co ciekawe, Rosjan odparto 8 km od granicy, co wskazuje na to, że ukraińskie wojska znów posunęły się lekko na północ. Ostrzał artyleryjski z obu stron jest tu codzienną normą.

                                                    We wschodniej części obwodu chersońskiego, na kierunku Krzywego Rogu, doszło do silnych starć w miejscowościach Dobrjanka i Myroljubiwka. Nie ma natomiast żadnych doniesień z pozostałych części obwodu, choć obrazy pożarów udostępniane na bieżąco przez NASA pokazują, że w rejonie samego Chersonia musi trwać bardzo intensywny ostrzał, niewykluczone, że dochodzi tu do ciężkich walk. Za to pod okupowanym Melitopolem, 25 km na północ, znów wyleciał w powietrze most kolejowy. Zapewne jest to efekt działalności partyzantów.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 18:03
                                                    Cd 135

                                                    Czy NATO będzie zdolne zmienić sytuację w Ukrainie?

                                                    Na zakończonym tydzień temu szczycie NATO w Madrycie zapadły kluczowe, wiążące decyzje. Chociaż Sojusz jest aliansem obronnym, czyli teoretycznie nie może interweniować poza obszarem swojej odpowiedzialności (chyba że na podstawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ), to w oficjalnej strategii uchwalonej w hiszpańskiej stolicy znalazł się ciekawy zapis: „będziemy kontynuować prace w kierunku sprawiedliwego, łączącego wszystkie państwa i trwałego pokoju, pozostając bastionem ładu międzynarodowego opartego na zasadach (…). Wojenna agresja Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie zmiotła pokój i w poważny sposób zagroziła naszemu środowisku bezpieczeństwa. To brutalna i bezprawna inwazja związana z powtarzającym się łamaniem międzynarodowego prawa humanitarnego, a haniebne ataki oraz akty okrucieństwa wywołały nieopisane cierpienia i zniszczenia. Silna i niepodległa Ukraina ma żywotne znaczenie dla stabilności rejonu euroatlantyckiego. Zachowanie Moskwy odzwierciedla wzorzec rosyjskich agresywnych działań przeciwko swoim sąsiadom i szerszej społeczności transatlantyckiej”.

                                                    Fajnie napisane, prawda? Zwróćcie uwagę na ostatnie zdanie. Gdyby je dokładniej przeanalizować, to brzmi tak, jakby Rosja już zaatakowała NATO. Wzorzec agresywnych zachowań przeciwko szerszej społeczności transatlantyckiej... O włos od uruchomienia art. 5. Rosjanie nie wtargnęli do naszego domu, ale zanieczyścili nam podwórko.

                                                    Mam tylko nadzieję, że państwa NATO będą to rozumiały tak, jak to zostało napisane, czyli dosłownie. A mieści się w tym niewielkim akapicie bardzo wiele.

                                                    1. „Będziemy działać w kierunku trwałego i sprawiedliwego pokoju”, czyli zmierzać do sytuacji, gdy żadne państwo nie napada na inne. Co znaczy „pracować” dla takiego pokoju? To znaczy działać tak, by pokój wreszcie zapanował, czyli by Ukraina znów stała się nie tylko państwem niepodległym, ale i silnym. A czyż okrojona ze swoich wschodnich terenów może być państwem silnym? Nie, nie może być. NATO nie tylko chce, ale potrzebuje silnej Ukrainy, czyli posiadającej całe swoje terytorium.

                                                    2. „Wojenna agresja Federacji Rosyjskiej przeciwko Ukrainie zmiotła pokój i w poważny sposób zagroziła naszemu środowisku bezpieczeństwa”. Czy możemy jako Sojusz tolerować sytuację, w której nasze środowisko bezpieczeństwa jest zagrożone? Wyobraźcie sobie spotkanie Rady Północnoatlantyckiej, ministrów obrony wszystkich członków (albo spraw zagranicznych). Takie spotkanie następuje nie rzadziej niż raz na pół roku. Sekretarz generalny NATO jako prowadzący pyta naczelnego dowódcę wojsk Sojuszu w Europie (SHAPE) gen. Christophera G. Cavoli: jak tam nasze środowisko bezpieczeństwa? Na co gen. Cavoli odpowiada: z dostępnych nam danych rozpoznawczych wynika, że jest zagrożone jak jasna cholera! Przez Rosję oczywiście. Sekretarz generalny zwraca się teraz do ministrów: panowie, słyszeliście, co ma do powiedzenia gen. Cavoli. Jakieś propozycje? Nikt nie ma żadnych propozycji, wiadomo, zagrożone to zagrożone, co z tego?

                                                    Czy uważacie taką sytuację za realistyczną? Odpowiemy: taka sytuacja jest wykluczona. NATO będzie cały czas identyfikowało naturę zagrożeń i podejmowało wszelkie środki, w tym militarne, by wokół rejonu północnoatlantyckiego przywrócić akceptowalny stan środowiska bezpieczeństwa. Czyli taki, w którym zagrożenia zostałyby zneutralizowane.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 08.07.22, 18:05
                                                    Dokończenie 135

                                                    Jak NATO może sprawić, by zwyciężyła Ukraina?

                                                    To, że główne państwa skupione w Sojuszu Północnoatlantyckim nie zamierzają dopuścić do całkowitej klęski Ukrainy, jest chyba jasne. Kwestia techniczna: jak zamierzają to zrobić? Jak sojusznicy chcą pokonać Rosję rękoma Ukraińców?

                                                    Wszyscy mówimy o dostawach ciężkiego sprzętu. Od razu zaznaczę: nie istnieje coś takiego jak sprzęt obronny i ofensywny. Każdy typ sprzętu wojskowego, od karabinu po bombowiec strategiczny, może być używany zarówno w operacji ofensywnej, jak i w „czystej” obronie. To był propagandowy chwyt stosowany na początku wojny, bez żadnego znaczenia praktycznego. W istocie jednak dostarczano tańszą broń lekką w miejsce szalenie kosztownej broni ciężkiej. Z dwóch powodów. Na początku lęk poszczególnych państw NATO przed zaangażowaniem się w konflikt z Rosją był wielki. Bardziej obawiano się, że jeśli nastąpi przekazanie ciężkiego sprzętu (czołgów, jednostek artylerii, bojowych wozów piechoty, śmigłowców), a potem spotka się to z odwetem Rosji, nie zostanie to uznane za napaść wrogiego państwa (w każdym razie nie za niesprowokowaną). Druga obawa dotyczyła własnego społeczeństwa. Było wielce prawdopodobne, że nawet gdy rząd się nie wystraszy, to wystraszą się ludzie i dojdzie do zamieszek pod hasłem „stop angażowania się w wojnę z Rosją”.

                                                    Pamiętacie, co doprowadziło do przełomu, zmiany myślenia, nie tyko w kręgach rządowych, ale i w społeczeństwach? Odkrycie zbrodni, jakich Rosjanie dopuścili się w Buczy i Irpieniu. Były szokujące na tyle, by przekonać do działania jednych i drugich, rządy i społeczeństwa. Zresztą w demokracjach obserwujemy sprzężenie zwrotne – rząd stara się jednak robić to, czego chcą wyborcy. Dlatego takie czyste emocjonalne wydarzenie, bez znaczenia strategiczno-wojskowego, przyniosło taki przełom. Dziś mało kto pamięta, że dostawy ciężkiego uzbrojenia zaczęły się właśnie wtedy.

                                                    Myślimy, że Zachód nie przekazał tego uzbrojenia ot tak. Nastąpiła wewnątrzsojusznicza koordynacja. Każdy zadeklarował, co może przekazać od razu, a co w dalszej kolejności. Na bazie tych informacji przygotowano, oczywiście w uzgodnieniu z Ukrainą, sojuszniczy plan. Chodziło o to, które uzbrojenie trafi na front jako bieżące uzupełnienie (dostarczane w pierwszej kolejności miało takie właśnie przeznaczenie, trzeba było łatać dziury), a które posłuży do formowania nowych jednostek, stanowiących odwód strategiczny. Założeniem jest wprowadzenie ich jednostek do walki w sposób zwarty, w planowanej kontrofensywie. Bo to, że taka kontrofensywa nastąpi, w zasadzie nie podlega wątpliwościom. Najtrudniejsze jest pytanie: kiedy to nastąpi.

                                                    Pozostaje kwestia wsparcia z powietrza – tak ze strony nowo szkolonych jednostek ukraińskich, które podobno mają otrzymać samoloty F-16, jak być może – w razie wyjątkowej, podkreślmy, wyjątkowej potrzeby – ze strony kontyngentów NATO wprowadzonych pod hasłem „strefy bez lotów” albo podobnego przedsięwzięcia.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.07.22, 17:02
                                                    136

                                                    Działania bojowe trwają mimo zadeklarowanej 7 lipca pauzy operacyjnej. Najwyraźniej rosyjscy dowódcy bardzo się boją, że Ukraińcy przejmą inicjatywę i ruszą do kontrataku. Tymczasem czekamy niecierpliwie, aż pojawią się na froncie F-16, a może też ATACMS-y.
                                                    Pauzę operacyjną rosyjskie dowództwo ogłosiło 7 lipca. Taka przerwa jest zawsze wymuszona i związana z tym, że wojska tracą zdolność ofensywną. Trzeba je zregenerować – uzupełnić ludzi i sprzęt, naprawić uzbrojenie i pojazdy, doprowadzając je do stanu używalności siłami własnych pododdziałów remontowych, dać żołnierzom odpocząć. Pauza jest bardzo niebezpieczna, bo stwarza szansę przejęcia inicjatywy przez przeciwnika, który może nacierać na różnych kierunkach, zmuszając drugą stronę do reakcji. Dlatego zostawia się siły, które są w stanie wywierać presję i prowadzić ataki tam, gdzie własne wojska nie wymagają aż takiego uzupełnienia.

                                                    A jak to wygląda u Rosjan? Tradycyjnym instrumentem do wywierania presji na całym froncie jest artyleria, która jak gdyby nigdy nic prowadzi ogień, trochę na oślep. Ostrzeliwane są osiedla, wsie i miasteczka, gdzie mogą stacjonować ukraińskie wojska, a przy okazji ofiarą pada wielu cywilów. Rosja niespecjalnie się tym oczywiście przejmuje.



                                                    W szaleństwie Rosjan jest metoda?

                                                    Wczoraj rosyjskie wojska przeprowadziły kolejny atak na Bohorodyczne po wschodniej stronie drogi Izium–Słowiańsk, znów bez sukcesu. W czasie rozwijania ataku ukraiński dron wykrył rosyjską kolumnę, do której otworzono celny ogień po południowo-zachodniej stronie wsi. Zniszczono pięć czołgów, czyli połowę kompanii. Na tym polega różnica obu artylerii. Gdy ukraińska otwiera ogień, to do konkretnych celów, rosyjska tłucze na oślep, za to z niesamowitą intensywnością. Wbrew pozorom i w tym szaleństwie jest metoda, przeciwnikowi też zadaje się straty. Najgorsze jest to, że produkcja dział i pocisków nie jest specjalnie skomplikowana i na miejsce niszczonych Rosjanie mogą wciąż sprowadzać nowe. Wąskim gardłem są wyszkoleni artylerzyści, którzy giną razem z działami. Jedynym ratunkiem jest zwiększenie tempa niszczenia wrogiej artylerii, by doprowadzić do sytuacji, gdy wystąpi jej deficyt. Rosyjskie wojska bez wsparcia artylerii nie są nie do pokonania.

                                                    Dalej na wschód Rosjanie podejmowali próby ataków w kierunku Siewierska, ale dość słabe, raczej ukierunkowane na trzymanie Ukraińców w ciągłym pogotowiu niż uzyskanie konkretnych zysków w terenie. Mimo to udało im się zdobyć Biłohoriwkę przy brzegu Dońca, notabene po raz drugi (Ukraińcy wcześniej ją odbili). Na południu, ok. 7 km pod Bachmutem, najeźdźcy atakowali miejscowość Weseła Dołyna, ale poza tym i poza ostrzałem artyleryjskim panował tu względny spokój. Z kolei rejon Wuhlehirskiej Elektrowni Węglowej stał się celem ataków lotniczych. Ukraińcy zorganizowali tu silną obronę, Rosjanie nie mogą jej przełamać. Aktywność ich lotnictwa jest obecnie dość umiarkowana i całkowicie skoncentrowana wzdłuż linii frontu – rosyjskie samoloty w ogóle nie zapuszczają się nad terytorium Ukrainy, co świadczy o tym, że nie udało im się wywalczyć przewagi na niebie, czyli swobody działania.

                                                    Wygląda na to, że pod Charkowem ukraińskie wojska przejęły inicjatywę, atakując rosyjskie pozycje m.in. pod Cupiwką, ok. 10 km od granicy z Rosją, podczas gdy agresor ogranicza się do lokalnych kontrataków, ukierunkowanych na powstrzymanie przeciwnika. Ogólnie większych zmian terytorialnych tu na razie nie widać.

                                                    W rejonie Chersonia Rosjanie rozpaczliwie kontratakują, usiłując odzyskać stracone tereny. Silne natarcie na Wełyke Artakowe w kierunku na Krzywy Róg (50 km na północny wschód od Chersonia) zostało odparte. Efektywne ataki ukraińskiej artylerii pozwoliły na zniszczenie kilku składów amunicji wroga, m.in. w miejscowościach Wysokopilla (niedaleko Wełyke Artakowe), Dawydiw Brid (nieco dalej na południowy zachód), Prawdyne (na zachód od Chersonia) i w Nowej Kachowce. Zaatakowano też lotnisko w Czornobajiwce. Ponadto cele wojskowe wokół Chersonia zostały zbombardowane przez ukraińskie lotnictwo, co znów świadczy o tym, że Rosjanie mimo olbrzymiej przewagi akurat w powietrzu zupełnie sobie nie radzą.

                                                    Ciekawie rozwija się sytuacja na kierunku zaporoskim. Ukraińcy prowadzili ofensywę na dwóch kierunkach: od Wułhedaru w kierunku Wołnowachy, na południowy wschód (tutaj zdobyto wieś Pawliwka), oraz od zdobytej już miejscowości Połohy na południe od Hulajpola w kierunku południowym. Ze względu na pełną blokadę informacyjną ciężko się zorientować, jakie są postępy.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.07.22, 17:04
                                                    Cd 136

                                                    Brutalne metody rekrutacji

                                                    Ciekawy materiał opublikowała stacja BBC – dziennikarzom udało się zebrać dane 4515 Rosjan, którzy zginęli w Ukrainie. Okazuje się, że jest wśród nich aż 773 oficerów, w tym czterech generałów, których śmierć udało się potwierdzić z całą pewnością, 21 pułkowników, 126 majorów i 568 młodszych oficerów. Jest wśród ofiar 890 żołnierzy piechoty zmechanizowanej, 888 żołnierzy wojsk powietrzno-desantowych, 162 członków Rosgwardii i 111 żołnierzy sił specjalnych „Specnaz”. Zginęło też co najmniej 49 pilotów i członków załóg lotniczych. Pozostali to czołgiści, artylerzyści, łącznościowcy, saperzy, żołnierze logistyki itd. Oczywiście wszyscy mają świadomość, że liczba faktycznie zabitych przekroczyła 30 tys., z czego ponad połowę potwierdza brytyjski wywiad.

                                                    Podano prócz tego, że w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej udało się zmobilizować blisko 140 tys. osób, ale ile z nich faktycznie walczy, trudno powiedzieć. Jak wiadomo, część ucieka na ukraińską stronę. W zasadzie ogranicza ich głównie to, że Ukraińcy traktują separatystów z dużą pogardą, czemu trudno się dziwić. Są uważani za zdrajców. Natomiast sposób rekrutacji w Donbasie jest bardzo agresywny. Ponieważ lokalna administracja nie miała pełnych danych o mieszkańcach, uciekano się do takich metod jak ogłaszanie w blokach zagrożenia wybuchem gazu. Po przymusowej ewakuacji od razu wybierano mężczyzn i „zgarniano” ich do wojska. Alarmy były oczywiście fałszywe.

                                                    W samej Rosji zaczęła się rekrutacja wśród bezdomnych i osób z pijackich melin – wiadomo, nikomu się nie poskarżą, że zostali „zwinięci” do wojska bez podstawy prawnej. Jak się bowiem okazuje, zbyt wielu ochotników do umierania za ojczyznę nie ma, choć nacjonalizm jest bardzo rozwinięty. Postawy nacjonalistyczne ograniczają się jednak do machania flagami i wywrzaskiwania haseł, ale kiedy trzeba się poświęcić, chętnych brak.

                                                    F-16 dla Ukrainy

                                                    Prezydent Joe Biden potwierdził, że ukraińscy piloci szkolą się na samolotach F-16 w USA. Ukraina rozpoczęła rozmowy o zakupie używanych „szesnastek” już w styczniu 2022 r., Amerykanie oferowali wyremontowane u siebie samoloty sprowadzone od zagranicznych użytkowników, którzy zakończyli ich eksploatację i przesiedli się na F-35. Mimo że maszyny były używane, cena okazała się za wysoka. Wraz z Lend Lease wszystko się zmieniło i takie samoloty stały się dla Ukrainy osiągalne. Trudno powiedzieć, kiedy i w jakiej liczbie trafią na front, ale gdy się pojawią, przyniosą przełom.

                                                    Jak się okazuje, rozmowy o zakupie nowych myśliwców trwały już od 2019 r. Francuzi proponowali Ukrainie nawet pożyczkę pod warunkiem, że wybiorą samoloty Dassault Rafale. Już w tym czasie powstała Wizja 2035, czyli długofalowy plan rozwoju lotnictwa Ukrainy. Początkowo myślano o zakupie wielozadaniowych myśliwców tzw. generacji 4+, czyli szwedzkich Gripenów, amerykańskich F-15E Strike Eagle bądź F-16 Falcon. Ostatecznie zdecydowano się na ten ostatni typ, choć Wizja 2035 zakłada docelowo zakup myśliwców piątej generacji (F-35). Ukraina ma bowiem dążyć do pełnej integracji z NATO. Takie decyzje zapadły już w 2019 r.

                                                    Popatrzcie, ile zmieniło wprowadzenie HIMARS-ów. A przecież w Ukrainie jest zaledwie dziewięć tych wyrzutni. Istotą jest precyzja rażenia. Rakieta GMLRS kierowana odbiornikiem GPS trafia z dokładnością do ok. 3 m w określony cel, choć ma zasięg 70 km. To robi różnicę – każdy pocisk niszczy coś bardzo ważnego, podczas gdy 99 proc. pocisków wystrzelonych przez rosyjską artylerię ryje pola i lasy lub, co gorsza, miasta, nie dając w zasadzie większego efektu militarnego.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 09.07.22, 17:06
                                                    Dokończenie 136

                                                    Precyzja ataku

                                                    Co do istoty precyzyjnych ataków... Zawsze opowiadam tę historię. Weźmy dowolny obiekt, np. Elektrociepłownię Żerań. Ma pięć kotłów parowych OP-230, dwa kotły fluidalne, cztery kotły wodne (szczytowe) oraz osiem turbozespołów ciepłowniczych. W zasadzie dostarcza więcej energii cieplnej do ogrzewania niż prądu, jej moc cieplna to 1580 MW, a elektryczna tylko 386 MW.

                                                    Wyobraźmy sobie, że chcemy ją zaatakować i unieruchomić na jakieś trzy miesiące. Ile trzeba by klasycznych, ciężkich bombowców w czasie II wojny światowej? Zwykle na taki zakład wysyłano ok. 250 ciężkich bombowców B-17 Flying Fortress czy B-24 Liberator. Mogły zrzucić 1250 ton bomb. Na ogół na taki stosunkowo niewielki zakład (ok. 500 x 700 m) spadało ich nie więcej niż jedna trzecia, czyli nieco ponad 400 ton bomb. Pozostałe wpadłyby do Kanału Żerańskiego, Wisły, na ulicę Modlińską i okolice. Spośród tych, które trafiłyby w cel, jakieś 100 ton spadłoby na wielką hałdę węgla po północnej stronie zakładu, kolejna setka zniszczyłaby budynki biurowe, narzędziownie, szatnie dla robotników, bocznicę kolejową itd. W zasadzie tylko ok. 200 ton trafiłoby w ważne obiekty, czyli bloki kotłowni, turbozespoły elektrowni i sporą rozdzielnię elektryczną. Podkreślmy – 250 ciężkich bombowców z dziesięcioosobową załogą każdy. Pytanie: ile potrzeba F-16 z jednoosobową załogą do uzyskania tego samego efektu – unieruchomienia elektrociepłowni na trzy miesiące? Odpowiedź jest zaskakująca: dwóch. Każdy uzbrojony w sześć bomb kierowanych GPS JDAM (razem 12) uderzałby na 11 kotłów, a można dodać drugie dwa samoloty i zniszczyć jeszcze osiem turbogeneratorów. Czyli minimum dwa F-16, maksymalnie cztery.

                                                    Tak to wygląda. To niesamowity samolot, zarówno doskonały, zwrotny myśliwiec zdolny zwalczać wrogie samoloty, jak i bombowiec przenoszący całą gamę uzbrojenia kierowanego do atakowania obiektów na ziemi. Jego przewaga nad każdym używanym w Ukrainie rosyjskim samolotem jest uderzająca. Myśliwce Su-27, Su-35 czy myśliwsko-bombowe Su-30 są wielkie jak szafa, dają bardzo silne odbicie radarowe. F-16 widzi je swoim radarem z bardzo daleka, zdecydowanie na odległości ponad 100 km. W normalnych warunkach Su-35 czy Su-30 mogą swoim radarem wykryć F-16 w odległości ok. 60 km, czyli dopiero wtedy, kiedy ten odpali pociski AMRAAM i odejdzie w bok, schodząc z linii ognia. Rakiety AMRAAM są niezwykle skuteczne w niszczeniu wrogich maszyn, mają radar do samonaprowadzania się na obcy samolot.

                                                    Poza tym, że rosyjskie samoloty byłyby o wiele bardziej narażone na zestrzelenie, najważniejsze jest to, że F-16 mogłyby dokonywać bardzo celnych ataków na cele naziemne. Na przykład dokonać znacznej redukcji wrogiej artylerii. Ich ataki na obiekty wojskowe, prowadzone z zabójczą precyzją, mogłyby odwrócić losy wojny.

                                                    Wraz z pojawieniem się F-16, oby w większej liczbie, Rosjanie przekonaliby się, co znaczy skuteczne wsparcie lotnicze. Jakoś sami nie mieli do tego ręki. Szkolone przez nich państwa arabskie też najczęściej zbierały cięgi dzięki bardzo efektywnym działaniom lotnictwa izraelskiego, które całkowicie zmieniało oblicze wojny. Miejmy nadzieję, że w Ukrainie będzie tak samo.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.07.22, 21:09
                                                    137

                                                    Szyfrowanie korespondencji radiowej wciąż jest rosyjską bolączką. Podobnie jak przestarzałe systemy zakłócające, bardzo ważne w czasie wojny. Każde zniszczenie takiej stacji zakłóceń to dla Rosjan niepowetowana strata.
                                                    Na północ od Iziumu Rosjanie przypuścili kolejny atak na wsie Dowheńke, Krasnopole, Pasika i Dolina, czyli w ogólnym kierunku na Słowiańsk – i ponownie zostali odparci. Ten serial ataków z Iziumu na Słowiańsk coraz bardziej przypomina słynne szturmy Gieorgija Żukowa na Rżew i Syczewkę w krwawej operacji „Mars” z jesieni 1942 r. i wiosny 1943, kiedy „marszałek zwycięstwa” wytracił bezpowrotnie prawie 100 tys. żołnierzy na uderzenia, które nie przyniosły Sowietom ani kawałka zdobyczy.

                                                    Nie było też niestety spokoju we wschodniej części rejonu walk w Donbasie. Rosjanie znów atakowali w kierunku Siewierska. Silne natarcie zostało odparte przed miejscowością Werchniokamjanśke, jakieś 10 km na wschód stąd. Z kolei na północ od Siewerska kolejne uderzenie agresor przypuścił nad samym Dońcem, w kierunku wsi Hryhoriwka. Nalotów na ukraińskie cele dokonało tu lotnictwo, którego aktywność mimo wszystko jest dość anemiczna. Jak już coś zbombarduje, to przeważnie i tak są to obiekty cywilne. Pod Bachmutem toczyły się z kolei ciężkie walki przy Wuhlehirskiej Elektrociepłowni. A zatem i tutaj Rosjanie nie posunęli się o włos i wciąż walą w mur w tym samym miejscu.



                                                    Przypadkowa ofiara wojny

                                                    Wylatują w powietrze kolejne rosyjskie składy uzbrojenia. Ostatniej doby pokaz fajerwerków obserwowano w Irmino jakieś 50 km na zachód od Ługańska i w pobliskiej Kadyjewce. W oba magazyny trafiły rakiety odpalone z zestawów HIMARS.

                                                    Dalej na południe Rosjanie ruszyli się z Doniecka, usiłując atakować w kierunku Awdijiwki i Marinki, ale zostali zatrzymani mniej więcej na tej samej linii, na której są od 2015 r. Pod Charkowem także trwały walki, ale zmian terytorialnych nie ma. Rosjanie ogłosili oficjalnie, że to miasto będzie ich kolejnym celem po Donbasie. Jak widać, zadowoli ich jedynie panowanie nad całą Ukrainą.

                                                    Pod Chersoniem też trwały ciężkie walki, ale mało wiadomo o zachodzących tu zmianach terytorialnych na korzyść Ukrainy. Jej artyleria zniszczyła nieopodal kolejny skład amunicji na lotnisku Czornobajiwka. Rosjanie odpalili zaś pięć rakiet przeciwlotniczych S-300PMU w awaryjnym trybie „ziemia-ziemia”, atakując obiekty w Mikołajowie. Najwyraźniej rakiety do zwalczania celów naziemnych po prostu im się skończyły, przynajmniej w tym rejonie.

                                                    Za to w samej Rosji drobna niespodzianka. Na szlaku kolejowym Robczik–Piesczaniki w obwodzie briańskim niespodziewanie doszło do wybuchu pod pociągiem na moście. Ładunek podłożyli ukraińscy „specjalsi”, którzy najwyraźniej tu operują, ale okazał się za słaby, bo uszkodził tylko tory i lokomotywę spalinową 2TE10UK-0388. Nie była rosyjska, ale białoruska z lokomotywowni w Gomlu – prowadziła pociąg w Rosji i padła przypadkową ofiarą wojny.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.07.22, 21:11
                                                    Cd 137

                                                    Jak Rosjanie korygują ogień

                                                    Słyszałem ostatnio na TikToku piękne nagranie: obserwator artyleryjski, prowadząc łączność przez chińską radiostację Baofeng, jaką każdy sobie może kupić, podaje dowódcy poprawki, tj. „profesjonalnie” woła: „Tak trochę w prawo!”. Tym z państwa, którzy nigdy nie korygowali ognia artylerii, wyjaśniamy: podaje się odległość boczną i odległość „po donośności” w metrach. Czyli na przykład „w prawo 300, po donośności zero”. Odpowiedzią dowódcy była elegancka wiązanka, jakby wyśpiewana, a nie wypowiedziana. Ot, linia melodyjna, ale zamiast „la, la, la” co drugie słowo było na „ch”, a co trzecie na „je”. Mają Rosjanie szczególny talent do takich wiązanek, zresztą wystarczy posłuchać nagrywanej tu i tam korespondencji radiowej z podmoskiewskich lotnisk Domodiedowo czy Szeremietiewo. Kontrolerzy usiłują mówić po angielsku. Pyta taki pilota: Aerofłot 345, do you have runway in sight? (Czy widzisz pas?). Na co pilot odpowiada już po rosyjsku: Domodiedowo tałer, Aerofłot tri-czietyrie-piat, ni ch... nie wiżu, pi... takaja sjuda, no prodołżaju (kontynuuję podejście), blat’. W dowolnym zachodnim porcie lotniczym sytuacja raczej nie do pomyślenia, ale na rosyjskich się zdarza.

                                                    Trzeba wybitnego specjalisty, żeby wyczytać z tych wiązanek właściwą treść, ów logiczny przekaz ukryty w tych jakże uniwersalnych słowach, którymi bardzo wiele można wyrazić. Pamiętam, że mieliśmy w Jugosławii takiego oryginała, Marka, cywilnego tłumacza serbsko-chorwackiego. Znał doskonale języki słowiańskie, w tym rosyjski. Kończył slawistykę i filologię języków południowo-słowiańskich czy jakoś tak. Służył jakiś czas jako tłumacz symultaniczny w Komitecie Centralnym PZPR, gdzie podobno zajmował się także zwożeniem dobrego alkoholu dla towarzyszy i podsuwaniem im pań. W Serbskiej Krajinie w Chorwacji, w obecności rosyjskich obserwatorów, puścił melodyjną wiązankę po rosyjsku. Zamarli ze zdumienia: Ty minimum piat liet sidieł w ruskiej tiurmie (Minimum pięć lat w rosyjskim więzieniu). Kiedy im wyjaśnił, że nauczył się tego od towarzyszy z Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, a język był wyjątkowo knajacki, to już nie byli tacy zdziwieni. No tak, pokiwali głowami, tiurma lub partyjna wierchuszka...

                                                    Mimo „szyfrowania” korespondencji wszelkimi słowami na „ch” i pochodnymi, jeśli jest prowadzona otwartym tekstem, to bez problemu da się odczytać. Zwłaszcza przez Ukraińców, którzy jednak Rosjan znają. Niejeden absolwent filologii rosyjskiej by spękał. Jak ten Norweg, który nauczył się na studiach polskiego w stopniu bardzo biegłym, pojechał na Śląsk na praktyki, wyszedł wyrzucić śmieci, a tu kartka, że kosze przeniesione w inne miejsce. Podchodzi do niego Ślązak i rzecze: O pierun! To kaj te siemioki? Norweg szczerze zwątpił w swoją znajomość polskiego.



                                                    Opłaca się posłuchać, co mówią Rosjanie

                                                    Szyfrowanie korespondencji radiowej wciąż jest rosyjską bolączką. Tylko najnowsze radiostacje używane na najnowszych typach wozów bojowych (czołgach T-72B3M, T-90, T-80U, bojowych wozach piechoty BMP-3, działach samobieżnych 2S19 Msta itd.) pracują w trybie cyfrowym jako tzw. SDR (Software Defined Radio), automatycznie kodując korespondencję. Są to radiostacje R-168 Akwedukt i radiostacje stanowisk dowodzenia R-183. Problem w tym, że jakieś trzy czwarte wojsk używa starszych, analogowych radiostacji R-173 Azbats i dowódczych R-166.

                                                    Tak prowadzoną łączność nie zawsze się zakłóca. Czasem bardziej opłaca się posłuchać, co przeciwnik przekazuje przez radio. Istotne jest to, by prowadzić zakłócenia kierunkowo, na określone stacje łączności, bo bardzo często własna korespondencja radiowa idzie na podobnych częstotliwościach.

                                                    Służą do tego celu specjalne stacje zakłócające na pojazdach. Najpopularniejszą w przypadku Rosji jest R-330 Mandat i jej odmiany (R-330U Ukoł, R-330P Piramida itd.). Zakłóca łączność przeciwnika w zakresie od 1,5 do 100 MHz, czyli na typowych zakresach naziemnych. Stacje te zostały skonstruowane jeszcze w latach 80. i były rozwijane w kolejnych odmianach. Najnowszą rosyjską stacją zakłócającą jest RB-301 Borisoglebsk-2, która może nie tylko skutecznie zakłócać łączność, ale także (lokalnie) sygnały stacji satelitarnych systemu nawigacyjnego GPS. Podobnie jak poprzednie systemy aparaturę Borisoglebsk-2 umieszczono na transporterze opancerzonym MTLBU.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 10.07.22, 21:13
                                                    Dokończenie 137

                                                    Zakłócić wrogi radar

                                                    Radar w wojsku ma bardzo różne zadania. Jego głównym przeznaczeniem jest wykrywanie celów powietrznych. Działa w dość prosty sposób: wysyła impuls radiowy w wąskiej kierunkowej wiązce w określonym kierunku i odbiera jego odbicie od obiektu powietrznego, nawodnego, ale też naziemnego. Dzięki temu wojsko widzi wrogie samoloty, śmigłowce i bezpilotowce. Inne radary służą do naprowadzania na nie rakiet przeciwlotniczych.

                                                    Gdy tylko pojawiły się radary, zastanawiano się, jak je zakłócić. Jako pierwsi, jeszcze w czasie II wojny światowej, na ciekawy pomysł wpadli Brytyjczycy. Były to zrzucane z samolotów paski metalizowanej foli, bardzo podobne do tych, w jakie zawija się czekoladę. Dipole odpowiedniej długości (połowa długości zakłócanej fali radarowej) powodowały powstawanie bardzo wielu odbić, tak jakby leciało całe wielkie stado samolotów. Wielokrotnie udawało się tak nabrać obsługi radarów kierujących myśliwcami, np. w czasie słynnego nalotu na Peenemünde w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r., który zmiótł z powierzchni ziemi niemiecki ośrodek badawczy broni „V”.

                                                    Te dipole w Wielkiej Brytanii nazywano chaffs, w Niemczech – Düppel. Do dziś się ich używa, by zmuszać radary do przejścia na zakres SCR (Selekcja Celów Ruchomych – wykorzystanie efektu dopplera do oddzielenia na ekranie obiektów ruchomych od stałych), co jednak nieco ogranicza wykrywalność samolotów. Odpalaliśmy takie nowoczesne dipole z Su-22, miały postać niewielkich kostek metalizowanych. Z czasem ograniczono się do lotów nad morzem, bo okazało się, że zjadają je krowy i źle to się dla nich kończyło.

                                                    Potem obmyślono inne metody aktywnego zakłócania radarów falami radiowymi: zakłócenia szumowe, blokujące całą częstotliwość (jammig), kiedy na ekranie pojawiało się mleko, oraz bardziej wyrafinowane zakłócenia mylące (decepting), dzięki którym wyświetlały się fałszywe cele albo przesuwały się w inną lokalizację zobrazowania realnego celu. Dało się to zrobić zarówno w odległości, jak i w azymucie. Takie systemy zakłócające montuje się na samolotach, okrętach, ale też pojazdach naziemnych, by osłonić jakiś obszar przed obserwacją albo w celu wysłania zakłóceń na stronę wroga, by zmylić jego radary systemów przeciwlotniczych i utorować drogę własnym samolotom czy śmigłowcom.



                                                    Zbrojeniówka na emeryturze

                                                    Popularnym amerykańskim systemem zakłóceń torującym drogę własnym samolotom był EA-6B Prowler, którego aparaturę przeniesiono teraz na Super Horneta, tworząc wersję EA-18G Growler. System ten, ALQ-99, jest udany i dlatego z powodzeniem używany od wielu lat. Co prawda są to zakłócenia szumowe typu jamming, ale kierunkowe i niezwykle silne. Opowiadał mi jeden z operatorów systemu zakłóceń samolotu Prowler, że mieli zakaz uruchamiania systemu poza specjalnymi poligonami. Kiedyś jeden z operatorów włączył je przypadkowo nad „zwykłym” terenem i w całej okolicy wywaliło korki.

                                                    Dla odmiany stary, ale wciąż używany rosyjski samolot An-12PP z aparaturą zakłócającą nie bardzo działa kierunkowo. Kiedy użyto go w Gruzji w 2008 r., to poza zakłóceniem gruzińskich radarów zakłócił wszystkie radary rosyjskie 100–120 km w głąb własnego terytorium. Ale to jeszcze nic. Okazało się, że samoloty efektywnie zakłóciły też centrale łączności pogotowia ratunkowego, straży pożarnej, policji i sieci telefonii komórkowej. Naziemnym odpowiednikiem takiego systemu zakłóceń jest montowany na ciężarówce system Krasucha-2 w różnych odmianach; ma zasięg do 80 km w stosunku do radarów naziemnych i do 400 km przy zakłócaniu radarów samolotowych. Współpracuje z nim stacja rozpoznania radioelektronicznego Moskwa-1, która wykrywa źródła promieniowania (czyli wrogie radary) i wskazuje je systemom zakłócającym, takim jak Krasucha na ciężarówce Kamaz czy Ryczag na śmigłowcach Mi-8MTPR-1.

                                                    Największym problemem Rosjan w tym wypadku jest stosunkowo niewielka liczba nowoczesnych systemów zakłócających. Wojska są zapełnione starymi, jak R-330 Żitiel czy śmigłowcowy P-324 Smalta. Najnowsze zaś do produkcji wymagają wkładu ok. 5–10 proc. (pod względem wartości) elementów importowanych, w Rosji niewytwarzanych. Dlatego zniszczenie każdej nowoczesnej stacji zakłóceń na tej wojnie to dla Rosjan niepowetowana strata. Oczywiście próbują zastępować elementy importowane własnymi, ale podobno odbija się to na jakości pracy systemów.

                                                    Jest jeszcze jedna ciekawostka, dotycząca w sumie całego rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Otóż większość konstruktorów i technologów w firmach zbrojeniowych jest w dość podeszłym wieku. Młodzi po studiach nie garną się do tej pracy ze względu na niskie pensje. Cały świat z pewnością by odetchnął, gdyby przemysł zbrojeniowy Rosji w całości przeszedł na emeryturę.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.07.22, 20:42
                                                    138

                                                    Na frontach wciąż bez zmian, za to agresor chce uciszyć korespondentów wojennych i milblogerów, bo za mocno krytykują bardak w szeregach rosyjskich wojsk. Rosjanie nie przestają też nękać cywilnej ludności Ukrainy. Mają w tym swój udział pociski Iskander.
                                                    Kolejne natarcia na Słowiańsk od strony Iziumu miały wczoraj charakter rozpoznania bojem. Metoda ma w Rosji tradycję sięgającą co najmniej II wojny światowej i z reguły wykorzystywano w tym celu karne jednostki, znane jako „sztafbaty” (od sztrafnoj batalion, karny batalion). Mieszano w nich przeróżnych ludzi: od kryminalistów, przez osoby niepewne politycznie, po skazanych przez sądy wojskowe za rozmaite przewinienia, m.in. odmowę wykonania rozkazu, tchórzostwo, ciężkie bijatyki zakończone zranieniem lub zabiciem innego żołnierza, rękoczyny wobec przełożonych. W sowieckiej armii dowódcy nie żałowali rękoczynów wobec podwładnych, ale w drugą stronę to było przestępstwo. Poszczególne kompanie z kilku batalionów wypuszczano do natarcia na określone kierunki, a obserwatorzy z lornetkami patrzyli, gdzie pojawiają się błyski wystrzałów z broni maszynowej i gdzie mniej więcej są moździerze, czyli w których miejscach pojawia się wróg.

                                                    Potem liczono tych, którzy wrócili. Gdzie wróciło ich najwięcej, tam obrona przeciwnika była najsłabsza. I tam należało atakować. Nie wiem, na ile ta filozofia rozpoznania się zmieniła, ale zapewne niewiele.

                                                    Z kolei pod Siewierskiem Rosjanie prowadzili ostrzał artyleryjski, ale nie wyprowadzili ani jednego ataku. Według rosyjskiego Sztabu Generalnego wojska szły do dalszego natarcia pod Biłohoriwką nad Dniestrem, tam gdzie bezskutecznie forsowały rzekę w pierwszej połowie maja. Dlaczego ogłasza to Sztab Generalny? Zapewne dlatego, że jest inaczej, czyli właściwa koncentracja jest prowadzona gdzie indziej.

                                                    Dalej na południe rosyjska artyleria ostrzeliwała stację kolejową Czasiw Jar położoną mniej więcej 7 km na zachód od Bachmutu, jakby chciała sparaliżować ukraińskie szlaki zaopatrzenia w rejonie. Ostrzelano też miejscowości Kurdiumiwka i Szumy na południe, bo niby są tam ważne węzły drogowe. Problem w tym, że ich nie ma. W dodatku Szumy leżą przy samej Gorłówce, mieście zajętym przez Rosjan w 2015 r.

                                                    Z kolei na północ od Doniecka najeźdźcy się obudzili i ponownie podjęli szturm na Awdijiwkę. Wygląda na to, że doszło do pauzy operacyjnej w rejonie Siewierska i Bachmutu, a zatem próbują wywierać nacisk na innych kierunkach, by nie dać Ukraińcom odetchnąć. Dlatego kolejny atak przypuścili pod miejscowością Nowoseliwka Druha, niemal dokładnie w połowie drogi między Donieckiem a położoną ok. 45 km na północ Gorłówką.

                                                    W rejonie Chersonia Rosjanie próbują powstrzymać ukraińskie natarcie, prowadząc ostrzał artyleryjski i usiłując zdezorganizować ewentualną koncentrację. Od jakiegoś czasu trwa blokada informacyjna dotycząca tego teatru działań. To zaskakujące, że prezydent Wołodymyr Zełenski wydał oficjalny rozkaz ministrowi obrony Ołeksijowi Reznikowowi, by rozpocząć operację wyzwolenia południowej Ukrainy. Podejrzewamy, że skoro zrobił to publicznie, to już się rozpoczęła, a Rosjanie i tak o niej wiedzą.

                                                    Szczególnie zastanawiająca jest ogłoszona przez wroga przerwa operacyjna. Być może chce być przygotowany do wycofania części wojsk z Donbasu i przerzucenia ich na południe kraju, by powstrzymać ukraiński atak. A jednocześnie zdesperowani Rosjanie wciąż ostrzeliwują położone cele naziemne w Mikołajowie przy pomocy rakiet przeciwlotniczych S-300PMU, odpalanych w awaryjnym trybie „do celu naziemnego”. Normalnie jest to rakieta z radarowym układem naprowadzania na wrogi samolot. Wyrzucanie kosztownych pocisków w miasto, w trybie, w którym nie grzeszy celnością, to marnotrawstwo, czego zapewne Rosjanie będą żałować, kiedy pojawią się w tym rejonie ukraińskie F-16. Chyba że uznali, co całkiem być może, że rakiety S-300PMU Faworit i tak nie mają szans z elektronicznym systemem samoobrony zamontowanym na „szesnastkach”.

                                                    Dla odmiany Krzywy Róg ostrzelano skrzydlatymi pociskami Kalibr. A kilka dni temu na Charków spadło kilka pocisków Iskander. Jedna z rakiet trafiła w podwórko między dwa niewysokie bloki, siła wybuchu zawaliła jeden z nich, drugi uszkodziła. Zastanawia upadek rakiety na podwórku. Celowali w trzepak?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.07.22, 20:44
                                                    Cd 138

                                                    Pociski balistyczne na spirytus

                                                    Rakieta balistyczna jest bardzo prosta. Składa się z pięciu części: silnika, paliwa, korpusu, układu sterowania i głowicy bojowej. Nie ma skrzydeł, bo wynosi ją wyłącznie silnik rakietowy, wytwarzając ciąg, dzięki któremu leci do góry, rozpędza się, a następnie wchodzi na zadany tor balistyczny niczym rzucony kamień, który przecież też skrzydeł nie ma. Im większą prędkość nada rakiecie silnik odrzutowy, tym dalej rakieta balistyczna doleci.

                                                    Pierwszym na świecie pociskiem balistycznym był niemiecki V-2, opracowany pod kierunkiem Wernhera von Brauna. Ten sam inżynier już w USA opracował pierwsze amerykańskie rakiety balistyczne, w tym rakietę kosmiczną, która wyniosła statek Apollo na księżyc w 1969 r. Ale zaczynał od V-2 terroryzujących Londyn w 1944 r. Układ kierowania był prosty, żyroskopowy, miał trzymać pociski wzdłuż zadanego toru lotu. Oczywiście celnością nie grzeszyły, spadały w odległości 5, czasem nawet 10 km od obranego celu. Dlatego mogły atakować tylko duże, rozległe miasta i tak właśnie je wykorzystywano. Mimo paniki, jaką początkowo wywołały w brytyjskiej stolicy, szybko się przekonano, że nie powodują wielkich strat. Łącznie w Londyn trafiło 2894 V-2, ok. 1600 w Antwerpię, kolejna setka – w Paryż. Z ok. 5500 odpalonych. W uderzeniach z użyciem rakiet V-2 zginęło w sumie 7250 żołnierzy i cywilów. Czyli jedna rakieta zabijała nieco ponad jedną osobę. Kiedy po wojnie ktoś dobrze wszystko policzy, wyniki użycia Iskanderów mogą być podobne.

                                                    W ZSRR po II wojnie od razu skopiowano V-2 i uruchomiono jej produkcję jako R-1. Radziecka kopia od niemieckiego oryginału wcale lepsza nie była, ba – latała gdzie chciała. Ale pozwoliła zdobyć pierwsze doświadczenia. Następna, opracowana pod kierunkiem Wiktora Makiejewa, operacyjno-taktyczna R-11 była już o wiele celniejsza, choć jej zasięg był mniejszy (170 km zamiast 270).

                                                    Stary i doświadczony „rakietowiec” opowiadał mi kiedyś o szkoleniu na te rakiety w ZSRR. Sowiecki instruktor mówił, że w R-1 była jedna rzecz uwielbiana przez żołnierzy: paliwem był spirytus, a utleniaczem kwas azotowy. Oczywiście rozchodu spirytusu starannie pilnowano. Tankowano zbiorniki pocisku i zamykano, by nie było do nich dostępu. Sama cysterna zaraz po tankowaniu była plombowana, a poziomy sumiennie spisywano. Mimo to po każdym odpaleniu rakiety żołnierze chodzili mocno nawaleni. Jak i gdzie się tak ubzdryngolili, tego nikt dociec nie mógł. W końcu oficerowie doszli do źródła: znaczna ilość spirytusu zostawała w grubych i dość długich wężach do tankowania paliwa.

                                                    Rakiety R-11 jako paliwa używały już nafty lotniczej, utleniaczem pozostał kwas azotowy. Do Polski sprowadzono aż 48 takich wyrzutni dla czterech brygad rakietowych. A sprawa miała się tak: jedna brygada była szkolona w Orzyszu. Na wypadek wojny wchodziła w skład drugorzutowej 4. Armii WP, formowanej na bazie Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Ponadto Sztab Generalny do swojej dyspozycji miał 3. Warszawską Brygadę Artylerii z Biedruska. Pomorski i Śląski Okręgi Wojskowe też miały brygady rakietowe. Pierwszy 2. Pomorską Brygadę Artylerii z Choszczna, drugi – 18. Brygadę Artylerii im. gen. dyw. Franciszka Jóźwiaka z Bolesławca.

                                                    Wszystkie te brygady, które w pierwszej połowie lat 70. przezbrojono w nowsze rakiety R-17 o zasięgu 300 km (ale celności rzędu 1 km), miały jedno przeznaczenie: wykonywać uderzenia bronią jądrową na zgrupowania wojsk przeciwnika oraz na te odcinki obrony, gdzie zamierzano wyprowadzić natarcie.

                                                    Pamiętam taką historię. Do brygady w Choszcznie na ćwiczenia przyjechał pewien pułkownik – artylerzysta, ale „lufowy”. Pokazano mu mapę celu w skali 1:200 tys. Wydała mu się za mało dokładna. Nie był przyzwyczajony, że rakietowcy kreślący kręgi odpowiadające polu rażenia głowic jądrowych nie potrzebują dokładniejszych map niż „dwusetki”. Pułkownik się uparł: ja tu nic nie widzę, przydałaby się „setka”! Za chwilę ktoś podsunął mu szklankę z przezroczystym płynem. Co to jest? – gniewnie zakrzyknął. Ano trochę więcej niż setka. Zrezygnowany trochę upił i stwierdził: chłopaki, a nie macie mapy 1:100 tys.?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 11.07.22, 20:47
                                                    Dokończenie 138

                                                    Toczki, Oki i Iskandery

                                                    W latach 70. sowiecki przemysł zbrojeniowy miał najlepszy okres w historii. Tworzono całkiem przyzwoite systemy uzbrojenia, które działały niesamowicie. Jak np. system celowniczy na moim Su-22. Prawdziwe dzieło inżynierii, wyjątkowo skuteczny i pewnie działający. Dopiero później dała o sobie znać epoka breżniewowskiego rozprężenia, złodziejstwo, łapownictwo, nepotyzm. Państwo zaczęło się staczać, a wraz z nim, z pewnym opóźnieniem, także przemysł zbrojeniowy.

                                                    Na tej opadającej pomału fali opracowano dwa niesamowite systemy rakietowe: 9K79 Toczka i 9K714 Oka. Pierwsza miała zasięg 70 km, druga 450. W obu przypadkach zastosowano niezwykły, bezwładnościowy układ nawigacyjny z kilkoma dodatkowymi platformami korygującymi. System działał wspaniale. W Polsce rakiety 9K79 Toczka zakupiono dla 7. Dywizjonu Rakiet Taktycznych z Choszczna z 20. Warszawskiej Dywizji Pancernej im. marszałka K.K. Rokossowskiego. Każda z dywizji miała swój dywizjon rakiet taktycznych o zasięgu 65–70 km z czterema wyrzutniami. We wszystkich były stare 9K52 Łuna-M – tylko w „siódmym” najnowsze Toczki. Na ćwiczeniach trafiano nimi z dokładnością 10–20 m od celu przy strzale na odległość ok. 50 km.

                                                    Potem u Rosjan było już raczej gorzej. Oka miała niemal identyczny system celowniczy, ale ponieważ jej zasięg był kilka razy większy od Toczki, to i dokładność trafienia nieco spadała. I kiedy w 1987 r. podpisano traktat o likwidacji rakiet średniego zasięgu (o donośności od 500 km do 5000 km), Amerykanie wynegocjowali z Gorbaczowem, by Oki też poszły pod młotek.

                                                    A Sowieci, a potem Rosjanie postąpili jak to oni. Najpierw faktycznie pod młotek poszły wszystkie Oki. A potem zaczęto opracowanie nowej, jeszcze doskonalszej rakiety z wykorzystaniem wszelkich opracowanych dotąd technologii. I dodano odbiornik systemu nawigacji satelitarnej Glonass, który może odbierać sygnały GPS. Teoretycznie nowy 9K720 Iskander, który przenosi dwie rakiety na wyrzutni zamiast jednej, powinien być jeszcze celniejszy od Oki. Dzięki temu można było stosować głowice konwencjonalne zamiast jądrowych, co praktykowano już od Toczki. Cztery nasze brygady na R-17 Elbrus nie miały głowic konwencjonalnych, a jedynie szkolne, do oznaczania miejsca upadku głowicy na poligonie. W razie wojny miały dostać wyłącznie jądrowe. To była nasza główna jądrowa pięść uderzeniowa w ramach Układu Warszawskiego.

                                                    Iskandery w konflikcie z Ukrainą nie odgrywają takiej roli, jaką by mogły, gdyby faktycznie były tak celne – to raz. I gdyby odpalano je na ważne dla wysiłku obronnego obiekty – to dwa. Nie są ani celne, ani nie strzela się nimi w ważne obiekty.

                                                    Najdziwniejszy jest ten brak celności. Potrafią trafić 50 m z boku ewidentnego celu, np. w płot koszar, albo kilkadziesiąt metrów obok ważnych rozjazdów kolejowych. Mamy dziwne wrażenie, że przy programowaniu punktu trafienia Rosjanie popełniają pewien błąd... Nie będziemy teraz wyjaśniać, na czym on polega, obiecujemy o tym napisać, gdy wojna się skończy.

                                                    Dlatego Iskandery są strzelane dokładnie tak jak V-2 – w miasta. I tak samo potężny potencjał marnowany jest na uzyskanie mniejszego efektu: w wymiarze terrorystycznym, a nie militarnym. Atakowanie ludności cywilnej jest zbrodnią wojenną i mam nadzieję, że personel jednostek, który kieruje Iskandery na dzielnice mieszkaniowe, kiedyś za to odpowie.

                                                    W najbliższym czasie opiszemy też Kalibra, który dla odmiany wywodzi się od niemieckiego pocisku skrzydlatego V-1.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.07.22, 16:42
                                                    139

                                                    Wróg znów naciera pod silną osłoną ognia artylerii, ale ukraińska obrona się trzyma. Rosja przestawia przemysł na wojenne tory i przygotowuje się do długotrwałej wojny. Jedyną szansą Ukrainy jest jak najszybsze podjęcie zapowiadanej ofensywy na południu.
                                                    Rosjanie z wielką zaciekłością wznowili ataki spod Iziumu w kierunku Słowiańska. Przy silnym wsparciu artyleryjskim wojska z 1. Armii Pancernej Gwardii zaatakowały z całą mocą. Obecnie walki toczą się o Bohorodyczne, ok. 15 km na północ od Słowiańska. Trudno mówić tu o jakichś zmianach terytorialnych, miejscowości co jakiś czas przechodzą z rąk do rąk w wyniku ataków i kontrataków.

                                                    W rejonie Słowiańska Rosjanie ostrzelali i zbombardowali wiele obiektów. Co ciekawe, w atakach na cele naziemne biorą ostatnio udział samoloty Su-25, które przeszły niedawno remonty i modernizację do standardu Su-25SM. Natomiast intensywnie eksploatowane od początku konfliktu Su-30 i Su-34 w lipcu prawie całkowicie zniknęły z ukraińskiego nieba, pojawiają się sporadycznie i głównie na południu. Niewykluczone, że w znacznej części wyczerpano resursy maszyn oraz ich silników i trzeba je było skierować na remonty. Stąd zrzucenie ciężaru działań na Su-25SM. Oczywiście pełną parą używa się też śmigłowców bojowych, w tym szturmowych Ka-52 Aligator, które jako pierwsze na świecie seryjne wiropłaty mają, jak odrzutowce, fotele katapultowe. To niesamowite osiągnięcie leciutko przyćmiewa fakt, że większość tych, którzy próbowali, katapultowania nie przeżyła. Przykładowo 11 lipca w Uwie koło Iżewska na zachodniej Syberii odbył się pogrzeb pilota Ka-52 kpt. Konstantina Kusowa, weterana walk w Czeczenii i Syrii, który poległ kilka dni wcześniej w Ukrainie. Rosyjskie śmigłowce nadal więc latają i zdarza im się spaść tu i tam.

                                                    Wojska wroga ruszyły też z atakami w rejonie Siewierska, choć obowiązuje niby przerwa operacyjna. Widać, że dowództwo chce stale wywierać naciski na Ukraińców, by w żadnym razie nie oddać im inicjatywy.

                                                    Dla odmiany w rejonie Bachmutu Rosjanie ograniczali się do ostrzału artyleryjskiego i nie podjęli żadnych ataków. Natarcie przeprowadzili dalej na południowy zachód, w rejonie Doniecka, na miejscowość Marjinka, która jest w ukraińskich rękach od zakończenia aktywnej fazy działań wojennych z lat 2014–15. Atak został na szczęście odparty.

                                                    Wygląda na to, że Rosjanie szykują się do poważniejszego natarcia w kierunku Charkowa, by zmusić ukraińskie wojska do rozproszenia wysiłków. Podobno do ataku przygotowano 144. Jelnińską Dywizję Zmechanizowaną Gwardii ze Smoleńska, należącą do 20. Armii Gwardii Zachodniego Okręgu Wojskowego. Co prawda ma dwa pułki zmechanizowane zamiast trzech: 254. Pułk Zmechanizowany Gwardii im. Aleksandra Matrosowa na transporterach kołowych BTR-82A i 488. Symferopolski Pułk Zmechanizowany im. Sergo Ordżonikidzego na gąsienicowych bojowych wozach piechoty BMP-2. Dołączy 59. Lubliński Pułk Czołgów Gwardii, co pozwoli wystawić łącznie do dziewięciu batalionowych grup bojowych, choć realnie po stratach pewnie sześć. Niemniej dywizja ta może stanowić zagrożenie dla obrońców Charkowa.


                                                    Rosyjscy dowódcy mają ciekawe pomysły

                                                    W rejonie Chersonia rosyjskie wojska intensywnie sposobiły się do obrony. Do walk miejskich szykowano też sam Chersoń, powstają nowe punkty oporu. Z kolei ukraińskie siły prowadzą tu na razie niezwykle skuteczny ostrzał ważnych obiektów. Wczoraj rakiety z zestawów HIMARS trafiły w stanowisko dowodzenia 22. Korpusu Armijnego w miejscowości Tawrijśk koło Nowej Kachowki. Według rosyjskich milblogerów zginął szef sztabu gen. mjr Nasbulin, a także dowódca 20. Przykarpacko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej Gwardii płk Aleksiej Gorobiec. A poza nimi jeszcze trzech wyższych oficerów oraz 150 żołnierzy, podoficerów i oficerów niższych. W samej Nowej Kachowce zniszczono też skład amunicji, efektowne wybuchy można było oglądać w całej okolicy. Zdaniem niektórych informatorów wysoki poziom strat wynika z tego, że skład amunicji ulokowano, bardzo mądrze, blisko stanowiska dowodzenia. Ciekawe pomysły mają rosyjscy dowódcy, oby tak dalej.

                                                    Walki toczą się mniej więcej 10 km od Chersonia, ale na razie nic nie wskazuje, by ruszyła właściwa ukraińska ofensywa. Siły się jednak gromadzą. Korespondent Mateusz Lachowski, jeden z najlepiej poinformowanych reporterów, obecny niemal zawsze w najgorętszych rejonach walk w Ukrainie, nigdzie w Donbasie nie widział czołgów T-72M przekazanych przez Polskę, choć wie od żołnierzy, że niemal wszystkie są na południu. Zdjęcia polskich i czeskich T-72M pochodziły z terenów przypominających Pustynię Błędowską, a takie tereny występują na południe od Krzywego Rogu, gdzie są rozległe, płaskie stepy. Wiadomo, że pojedynczych czołgów użyto pod Charkowem w celu zebrania doświadczeń, gdzie stracono do trzech sztuk, ale pod miastem – co ciekawe – walczyły też T-72M pochodzenia bułgarskiego (używane wcześniej przez wojska lądowe Bułgarii), a przecież nikt nic nie mówił o takim transferze.

                                                    Podsumowując, razem czołgów polskich i czeskich jest blisko 300 i te wozy w nowych jednostkach gdzieś czają się do skoku na rosyjskie wojska. Problem w tym, że z przyczyn opisanych niżej ofensywa powinna zacząć się jak najszybciej. Czas gra na niekorzyść Ukrainy; armia czeka zapewne na pełne ukompletowanie formowanych jednostek z niedawno wyszkolonych rezerwistów, a być może też na wsparcie lotnicze w postaci ukraińskich F-16. Oby te ostatnie pojawiły się tu jak najprędzej.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.07.22, 16:43
                                                    Cd 139

                                                    Machina wojenna: bez finezji, ilość, ilość, ilość

                                                    Jak wspomnieliśmy, czas gra na niekorzyść Ukrainy. Dlaczego tak jest? Dlatego, że Rosja ma większy potencjał ludzki i przemysłowy, poza tym nie jest to zwykłe państwo demokratyczne. Ludzie mają tu tyle do powiedzenia co kurczaki na fermie. Są stłamszeni, zastraszani, bombardowani jednym przekazem, od lat oduczani myślenia. W czasach ZSRR funkcjonowała taka porada:

                                                    nie myśl!
                                                    pomyślałeś, nie zapisuj!
                                                    napisałeś, nie publikuj!
                                                    opublikowałeś, wygłoś ostrą samokrytykę!
                                                    Rosyjskie szkoły nie uczą samodzielnie myśleć, bo tak wygodniej się rządzi. Oczywiście, cierpi na tym ogólny potencjał intelektualny państwa. Kiedyś było inaczej, pamiętam np. polskich absolwentów medycyny, którą kończyli w ówczesnym Leningradzie czy Moskwie; sprawiali wrażenie, że leczą skuteczniej od adeptów rodzimych uczelni. Dziś to się najwyraźniej zmieniło, potencjał łódzkiego czy warszawskiego uniwersytetu jest znaczny, w końcu wielu polskich lekarzy znajduje zatrudnienie na Zachodzie. Było to też widać w osiągnięciach w kosmonautyce, technologii wojskowej (zawsze na topie w ZSRR), metalurgii, cybernetyce czy później informatyce. W innych dziedzinach Sowieci byli dramatycznie zapóźnieni. Nawet ich konstrukcje aut opierały się na kopiowaniu jeśli nie całych pojazdów, to wybranych rozwiązań technicznych. Widać, że wywiad przemysłowy działał całkiem sprawnie.

                                                    To się zmieniło. W rozwoju technologii Rosja nie ma żadnych znaczących osiągnięć. Najsprawniej działają tylko hakerzy, którzy do perfekcji opanowali łamanie różnych zabezpieczeń, choć trzeba przyznać, że ostatnio nawet te cyberataki nie są dość skuteczne. Bo wykradanie korespondencji ze słabo zabezpieczonych skrzynek mailowych to żadne osiągnięcie. Ale czy słyszeliście, by doszło do jakiegoś poważnego paraliżu jakichś systemów w zachodnich krajach? Bankowych, płatniczych, energetycznych, transportowych?

                                                    W dziedzinie uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego, Rosjanie są już dramatycznie zapóźnieni. Organizacja w wojsku leży, a cała machina wojenna działa jak młot: bez finezji, ilością, ilością, ilością...

                                                    I tu nagle dostrzegamy zaskakującą rzecz. Ośli upór: Rosjanie nadal wysyłają do Ukrainy masę prostego uzbrojenia o obniżonych możliwościach bojowych. Dotąd dość sporo elementów elektronicznych i optoelektronicznych importowali z Zachodu, a ich własne odpowiedniki były o wiele gorszej jakości.


                                                    Uzbrojenie siedem dni w tygodniu

                                                    Ale to nic. W Dumie, czyli rosyjskim parlamencie, złożono projekt ustawy „O zmianie niektórych aktów ustawodawczych Federacji Rosyjskiej w sprawach zaopatrzenia sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej, innych oddziałów, formacji wojskowych i agencji w prowadzeniu operacji antyterrorystycznych i innych poza terytorium Federacji Rosyjskiej”.

                                                    Bez ogłaszania stanu wojny będzie można wprowadzić przymusową trzyzmianową pracę w zakładach zbrojeniowych siedem dni w tygodniu. Szczególnie pełną parą pracuje przemysł produkujący amunicję strzelecką, artyleryjską, tudzież czołgową. Pod wspomnianą ustawą podpisał się premier Rosji (tak, jest taki) Michaił Miszustin. Dzięki temu będzie można zmusić zakłady produkujące czołgi, bojowe wozy piechoty, działa artylerii polowej i wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe do funkcjonowania na trzy zmiany cały tydzień.

                                                    Spodziewana jest tym samym radykalnie zwiększona produkcja techniki bojowej. To nic, że będą to stare wzory, a w ich systemach elektronicznych i obserwacyjno-celowniczych będzie funkcjonować licha rosyjska baza elementowa. Przecież nie chodzi o jakość, lecz o ilość.

                                                    Pozostaje problem ludzi, ale kto wie, czy nie ruszą w Rosji jakieś częściowe przedsięwzięcia mobilizacyjne. I z tym oślim uporem będą słać do Ukrainy masę mięsa armatniego oraz wielkie ilości badziewnego uzbrojenia, które choć będzie niszczone setkami, to z taśm produkcyjnych też będzie schodzić setkami. Maszynka ma się kręcić w nieskończoność. Rosyjskie wojska będą się wgryzać w Ukrainę kawałek po kawałku, choćby miało to trwać latami.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.07.22, 16:46
                                                    Dokończenie 139

                                                    Zachód czeka na efekty

                                                    Jednocześnie doskonale funkcjonuje rosyjska machina wojny informacyjnej. Farmy trolli nie próżnują, zarzucają państwa bałtyckie, Polskę, Słowację i Rumunię mnóstwem dezinformacji, fałszywych newsów, memów itd., by obrzydzić im Ukrainę. W Polsce np. z uporem maniaka wyciągany jest Wołyń, rozsiewane są też fejki o wzroście przestępczości, odbieraniu Polakom pracy, jakichś specjalnych przywilejach dla uchodźców itd. Najgorsze, że to niestety działa. Rozbijana jest przy tym europejska jedność – trolle ochoczo podsycają antyniemieckie nastroje, choć Berlin to nasz sojusznik w tym konflikcie. Poddane podobnej obróbce społeczeństwa głównych państw europejskich, takich jak Niemcy, Francja czy Włochy, mogą zacząć naciskać na własne władze, by wstrzymały pomoc militarną dla Ukrainy. A bez tego nic się nie uda.

                                                    Sojusznicze rządy też muszą widzieć efekty swojej pomocy. Nie wystarczą wylatujące w powietrze magazyny amunicji, niszczone stanowiska dowodzenia. Z czysto psychologicznego punktu widzenia władze państw zachodnich, które pompują w Ukrainę uzbrojenie miliardami dolarów, muszą ujrzeć skutek w postaci udanego natarcia. Odbicie Chersonia choćby, a najlepiej przecięcie lądowego korytarza na Krym, wyzwolenie Berdiańska i Mariupola. A potem przeniesienie wysiłku na inny kierunek – i kolejny cios.

                                                    Na przewagę ilościową jest ratunek. Trzeba ściśle trzymać się zasad sztuki wojennej na poziomie operacyjnym. Jest ich siedem: celowość, inicjatywa, koncentracja sił, ekonomia wysiłku, synergia, przewaga informacyjna i przewaga w powietrzu. O każdej z nich w kontekście Ukrainy postaramy się opowiedzieć, zaczniemy od celowości. Dokonamy analizy, na ile jedna i druga strona tych zasad dotrzymuje i co z tego może wyniknąć.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.07.22, 22:38
                                                    140

                                                    Nie tylko Ukraina dostaje wsparcie od sojuszników, Rosja też. Tylko że za Ukrainą stoją USA, Kanada, Australia, niemal cała Europa Zachodnia z Wielką Brytanią i Polską na czele, a za Rosją… Iran! Cóż, każdy ma takich sojuszników, na jakich zasłużył. A tymczasem, zgodnie z obietnicą, sprawdźmy, czy obie strony dochowują zasad sztuki wojennej. Dzisiaj – celowość.

                                                    Właśnie opublikowano informację, że Iran przekaże Rosji do kilkuset bezpilotowych aparatów latających, w tym uzbrojone. Są to dość prymitywne, opracowane z chińską pomocą aparaty rodziny Ababil (w odmianach Ababil 2 i Ababil 3), produkowane przez zakład HESA Isfahan Factory, o zasięgu do 120 km i pułapie lotu do 3000 m. Ten drugi typ może być uzbrojony w lekkie pociski kierowane Almas, także produkowane w tym kraju. Aparaty te używają najprostszych układów elektronicznych oraz kamer rozpoznawczych. Nie wiadomo, czy Iran dostarczy Rosji swoje najnowsze duże bezpilotowce (odpowiedniki Bayraktara) IAIO Fotros o długości lotu do 30 godzin. Powstały przy wydatnej pomocy Chińskiej Republiki Ludowej, ale pod względem możliwości rozpoznawczych, dokładności nawigacji i precyzji wciąż stoją o klasę niżej od podobnego uzbrojenia zachodniego.

                                                    Jednak nawet te bezpilotowce mogą się Rosji przydać, przede wszystkim poprawić jakość rozpoznania, które praktycznie nie istnieje. Może to niestety zwiększyć efektywność artylerii, której aktywność w ostatnich dniach znacznie spadła, co jest ewidentnie efektem konsekwentnego niszczenia magazynów amunicji, głównie przez bardzo skuteczne rakiety odpalane z wyrzutni HIMARS. Ukraińscy żołnierze mówią o nich „Chimery” – od mitycznego greckiego potwora zionącego ogniem.


                                                    Na frontach bez większych zmian

                                                    Ukraiński Sztab Generalny donosi, że 12 lipca odparto silne natarcia z Iziumu na Słowiańsk, Rosjanie bezskutecznie atakowali wieś Dowheńke na zachód od drogi Izium–Słowiańsk, a także położone tuż obok Mazaniwkę i Dolinę. Można wnioskować, że drepczą w miejscu, wyprowadzając szturm za szturmem mimo ponoszonych strat. Pod wsią Majaki ok. 10 km na północ od Słowiańska podjęli nieudaną próbę forsowania Dońca, by wyjść na tyły obrońców. Było to jednak tylko rozpoznanie, a nie efektywny atak, jakby wprawka przed powtórką w przyszłości.

                                                    Rosjanie podjęli też próbę natarcia na Spirne ok. 10 km na południowy wschód od Siewierska, ale trafili tu na dobrze zorganizowany system ukraińskiego ognia obronnego i nim zdołali się wycofać na pozycje wyjściowe, zdążyli ponieść duże straty. Podobnie było w nieodległej wsi Iwano-Darijiwka – szturm nadział się na lawinę celnego ukraińskiego ognia. Dalej na południe, w rejonie Bachmutu, Rosjanie ograniczyli się do ostrzału artyleryjskiego.

                                                    W rejonie Charkowa prowadzili z kolei nieskuteczne kontrataki, usiłując zdezorganizować przygotowania ukraińskich wojsk do własnej ofensywy, która jest raczej operacją pomocniczą, ukierunkowaną na wywieranie stałej presji. W sumie obie strony mają tu ochotę na działania zaczepne i wzajemnie się dezorganizują. Zmian terytorialnych nie odnotowano.

                                                    Pod Chersoniem wojska ukraińskie naciskają coraz mocniej, a Rosjanie ograniczają się do działań obronnych i ostrzału, wykorzystując pozostałą im amunicję. Tymczasem wczoraj ukraińskie HIMARS-y czy, jak kto woli, „Chimery” zniszczyły kolejny skład amunicji, tym razem w miejscowości Czariwne koło Nowej Kachowki. Eksplozje obserwowano też pod Melitopolem, w miejscowościach Terpinnja, Mirne oraz Semeniwka. Przypuszczalnie to znów efekt ukraińskich uderzeń rakietowych, ale tym razem donoszą o wybuchach okoliczni mieszkańcy. Pod Melitopolem zniszczono prócz tego budynek lokalnej administracji rosyjskiego Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych oraz koszary jednostki wojskowej.

                                                    Rosjanie potwierdzili śmierć dowódcy 20. Przykarpacko-Berlińskiej Dywizji Zmechanizowanej Gwardii płk. Aleksieja Gorobieca, zastępcy dowódcy dywizji płk. Siergieja Kensa oraz szefa artylerii dywizji ppłk. Aleksandra Gordiejewa. Nie mówią nic jeszcze o losach szefa sztabu 22. Korpusu Armijnego gen. mjr. Artioma Nasbulina, ale to może być kwestia czasu.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.07.22, 22:41
                                                    cd 140

                                                    Czym jest właściwe zwycięstwo?

                                                    Celowość to naczelna zasada sztuki wojennej, odnosi się do najprostszej i najoczywistszej, wydawałoby się, rzeczy: każde działanie musi mieć określony cel, a jego realizacja przybliża nas do celu głównego – zwycięstwa w wojnie.

                                                    A czym jest właściwie zwycięstwo? To osiągnięcie założonego stanu w środowisku militarnym. Popatrzmy, czym byłoby zwycięstwo militarne w przypadku Ukrainy. Konieczne jest spełnienie trzech, niestety niezwykle trudnych warunków:

                                                    wyrzucenie agresora z własnego terytorium
                                                    osłabienie agresora w stopniu uniemożliwiającym mu podjęcie działań ofensywnych w najbliższej przyszłości
                                                    przyjęcie do struktur NATO, najefektywniejszego systemu obrony kolektywnej, co jest jedynym czynnikiem gwarantującym trwały pokój.

                                                    O ile pierwszy cel może być zrealizowany i jest całkiem realny, o tyle drugi znacznie trudniej osiągnąć, a bez tego zmaterializowanie się celu trzeciego jest dość problematyczne.

                                                    Ale na razie skupmy się na celu pierwszym. Zobaczcie, jak działa Ukraina. Informacyjnie przedstawiła się (zgodnie z prawdą zresztą) jako ofiara niesprowokowanej agresji, co spotkało się z zaniepokojeniem świata czynami Rosji i poczuciem zagrożenia ze strony tak agresywnego mocarstwa. Z pomocą dyplomacji Kijów skłonił inne państwa do udzielenia mu szerokiej pomocy, także w postaci niezbędnego ciężkiego uzbrojenia.

                                                    Dalej: Ukraina gromadzi sprzęt, by sformować na jego bazie nowe jednostki odpowiednio przygotowane do działań ofensywnych. Nie rzuca ich po kawałku na front, by je wytracić, przepuścić jak hulaka pieniądze w knajpie. Ukraiński sztab wykrwawia Rosjan w Donbasie tym, co miał do tej pory, a nowe silne formacje – jak się domyślamy, wzmocnione doświadczonymi oficerami i podoficerami zabranymi z niektórych jednostek liniowych – zostaną rzucone do walki w odpowiednim momencie, jako jedna potężna pięść uderzeniowa. Naraz i na głównym kierunku, by w konkretnym miejscu osiągnąć wyraźną przewagę. By wykorzystać wszystkie słabości przeciwnika. I gwałtownym manewrem postawić go w trudnej sytuacji.

                                                    Dlaczego wybrano kierunek południowy? To też ma swój cel. Po pierwsze, rosyjska obrona jest tu słabsza, wszystkie główne siły najeźdźcy rzucili do Donbasu, gdzie swoim zwyczajem toczą swój walec niezwykle powoli – dzięki sile ognia, ilości i intensywności ataków. Oczywiście tłukąc swoim młotem, Rosjanie pchają wojska ukraińskie powolutku po 20 km na miesiąc. 100 km w pół roku. Gdyby mieli ich przepchnąć przez całą Ukrainę, to w tym tempie zajmie im to trzy–cztery lata, pod warunkiem że nie wytracą w tym czasie wszystkich żołnierzy wojsk lądowych. W czasie II wojny światowej w ten sposób wytracili ich 11,5 mln, ale do Berlina doszli. Jak widać, Rosja potrafi. Trzeba poświęcić 100 tys., to się poświęci, trzeba miliona – będzie milion. A i 10 mln pewnie też.


                                                    Clausewitz i środek ciężkości

                                                    Aby określić cel, który najszybciej doprowadzi do pokonania przeciwnika, trzeba znaleźć tzw. środek ciężkości wroga. Jego istnienie odkrył Carl von Clausewitz, pruski generał, autor słynnego dzieła „O wojnie”. To z tej książki pochodzi słynny cytat: „Wojna to przedłużenie polityki prowadzone środkami militarnymi”. Wszyscy się tymi słowami zachwycają, tymczasem, choć wydaje się to oczywiste, to nieprawda. Wyjaśnię: czy w momencie rozpoczęcia wojny z Rosją Ukraina działała wyłącznie instrumentami militarnymi? Nie, moi drodzy, wojna nie jest żadnym przedłużeniem. Wojna to stan, w którym do dotychczasowych i nadal stosowanych narzędzi politycznych, informacyjnych i ekonomicznych dokładamy narzędzia militarne. I tyle.

                                                    Tu mistrz Clausewitz raczył się pomylić, widocznie w pierwszej połowie XIX w., kiedy tworzył swoje dzieło, było nieco inaczej. A może po prostu nie dostrzegł zachodzących zjawisk, np. sojuszu, jaki zawiązał się przeciwko Napoleonowi Bonapartemu.

                                                    Ale Clausewitz odkrył rzecz absolutnie genialną – że każde państwo i wszystkie siły zbrojne mają swój środek ciężkości, Schwere Punkt. To nie jest żadna słaba strona, żadna pięta achillesowa. Środek ciężkości to źródło równowagi. Wyobraźmy sobie potężnego siłacza: wielkie łapska, potężne mięśnie, tors jak zbroja, bystre oczy, szybkie ruchy. Można go okładać z całych sił, nawet młotkiem – wytrzyma. A jeśli odda, to po nas. Ale gdyby go tak z całych sił kopnąć w kostkę i ją zwichnąć? Zwali się z hukiem na ziemię. Nie straci siły, ale będzie leżał, nie mogąc się podnieść. Kopnięcie w kostkę było jego środkiem ciężkości. Źródłem równowagi, choć nie siły.

                                                    Ukraina z całą pewnością poszukuje rosyjskich środków ciężkości i chroni własne. Weźmy poziom taktyczny. Ukraiński środek ciężkości to wrażliwość na zmasowany, wściekle intensywny ogień artylerii. Ale rosyjska artyleria też ma swój środek ciężkości – to składy amunicji. Jak się okazuje, ich systematyczne niszczenie powoduje, że działa milkną. Po prostu nie ma czego wepchnąć do lufy, by zaryglować i pociągnąć za sznurek. Dlatego HIMARS-ów używa się celowo. Z zabójczą konsekwencją niszczy się magazyny, a przy okazji stanowiska dowodzenia i składy paliw. To paraliżuje działania rosyjskich wojsk, konsekwentne, uporczywe rozwalanie kolejnych takich miejsc zaczyna pomału przynosić efekty. Dopóki są zapasy, działa strzelają, ale jak się je znacząco uszczupli, to nie mają czym.

                                                    A co jest środkiem ciężkości całej Rosji w obecnej sytuacji? Na poziomie operacyjnym to utrzymanie największego sukcesu, jakim bez wątpienia było ustanowienie lądowego połączenia z Krymem. Gdyby je przerwać, co pozostanie? Zajęcie kilku miasteczek wielkości Koszalina? Całego obwodu ługańskiego? A co im po tych naszpikowanych niewypałami ziemiach? Zakłady przemysłowe leżą w gruzach, większość zabudowy też. Czy opanowanie sterty gruzów można uznać za sukces? Wart śmierci 35 tys. żołnierzy?

                                                    Dlatego Ukraina uderza w rosyjski środek ciężkości – w lądowe połączenie z Krymem. Jedyny ich wymierny i prawdziwy sukces, choć jest to sukces taki sobie, ale jakiś tam jest.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.07.22, 22:43
                                                    Dokończenie 140

                                                    Czy Rosjanie wiedzą, co to jest celowość?

                                                    A czy Rosjanie w ogóle określili środki ciężkości Ukrainy? Początkowo „pojechali” Wardenem, który opracował regułę pięciu pierścieni służącą do określania środków ciężkości przeciwnika. Płk John Warden z United States Air Force to geniusz naszych czasów, jego „pierścienie Wardena” to kanon sztuki wojennej. Za wielkie szczęście poczytuję sobie to, że miałem okazję odbyć z nim kiedyś szalenie ciekawą pogawędkę.

                                                    Ponieważ Warden to lotnik, amerykańscy „lądowi” generałowie z US Army złośliwie nazywali go „master of rings” – mistrzem pierścieni – w nawiązaniu do słynnej powieści Tolkiena. Ale po czasie przyznali mu rację i go docenili.

                                                    O czym mówią nam „pierścienie Wardena”? Otóż w pierwszej kolejności środków ciężkości należy szukać w wewnętrznym pierścieniu – Leadership, w przywództwie. I tak planowali Rosjanie, stąd chęć błyskawicznego ataku na Kijów. Wojska powietrzno-desantowe miały wtargnąć do stolicy pierwszego dnia po desancie w Hostomlu, ale nie wyszło. Miały pozbawić Ukrainę przywództwa, by państwo uległo dezintegracji.

                                                    Adolf Hitler nie znał „pierścieni Wardena”, ale intuicyjnie wyczuwał, że trzeba szukać środków ciężkości. I całkiem przypadkowo to robił. Co było jego głównym celem w ataku na ZSRR? W pierwszym roku wojny zdecydowanie Moskwa. Stąd niesamowicie silne uderzenie na Mińsk, Smoleńsk, Wiaźmę. Ale pod Moskwą z niemieckich wojsk zeszło powietrze. Dowlokły się tu resztkami sił i spadł na nie sowiecki kontratak, operacja „Tajfun”. Dlatego w kolejnym roku Hitler spróbował uderzyć w inny środek ciężkości. Tak się składa, że u Wardena jest to pierścień numer dwa – Vital Essentials, żywotne zasoby.

                                                    Co jest takim zasobem we współczesnej wojnie? Oczywiście ropa naftowa. W 1942 r. Hitler rzucił całe siły na południe, by opanować zasoby sowieckiej ropy od Kaukazu i Czeczeni po Morze Kaspijskie, a jednocześnie przeciąć jej linie zaopatrzenia, które biegły wzdłuż Wołgi. Tam najłatwiej było dojść – koło miasta położonego wśród stepów i niedostępnych dolin, wzdłuż rzek i ich wyschniętych koryt. Stalingradu. Tu jednak Niemcy popełnili fatalny błąd. Do tego jeszcze kiedyś wrócimy.

                                                    Jaki Rosjanie obrali środek ciężkości, atakując Donbas? Co chcieli osiągnąć? Jaka genialna myśl za tym stoi? Jaki jest w ogóle cel tych działań? Wojna na wyniszczenie? Ona często kończy się nieprzewidywalnie. W wojnę na wyniszczenie już raz się Rosja wdała. Za cara Mikołaja II Romanowa w latach 1914–17. Jak to się skończyło? Fatalnie. I dziś Rosji życzymy tego samego.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.07.22, 20:11
                                                    141

                                                    Pociski manewrujące powinny być niezwykle cenną bronią. Można nimi precyzyjnie niszczyć odległe cele, np. kompletnie sparaliżować wybrane szlaki komunikacyjne. Problem w tym, że Rosjanie tego nie robią. Mogliby się uczyć od Ukraińców.
                                                    Rosjanie rozpaczliwie szukają rezerw i wystawiają ochotnicze bataliony. Płacą za to horrendalne pieniądze – nawet równowartość 3500 dol. i więcej miesięcznie – więc pewnie chętni się znajdą. Za to na froncie przez ostatnie 72 godziny nie osiągnęli żadnych postępów, a ich ogień artyleryjski słabnie. Nie pomogło jak widać ani odpalenie tysięcy Iskanderów, ani skrzydlatych Kalibrów.

                                                    Rosja kusi ochotników

                                                    Bardzo ciekawa sprawa z tymi ochotniczymi batalionami. O sformowanie ich apelował sam Putin do szefów „podmiotów administracyjnych”, czyli własnej administracji rządowej. Owych „podmiotów administracyjnych” jest aż 85, przy czym nawet tu Rosjanie mają bałagan. Dokładnie są to: 22 republiki (w tym okupowany Krym), dziewięć krajów, 46 obwodów, trzy wydzielone miasta (w tym okupowany Sewastopol), jeden obwód autonomiczny i cztery autonomiczne okręgi. To tylko my w Polsce podchodzimy do sprawy tak mało elastycznie – same województwa! A u Rosjan, proszę bardzo, aż sześć różnych jednostek administracyjnych szczebla mniej więcej (na nasze) wojewódzkiego.

                                                    Ale do rzeczy. Każdy z szefów owych „podmiotów administracyjnych” sześciu różnych typów dostał polecenie sformowania co najmniej jednego „batalionu ochotniczego”. Typowy batalion ma trzy kompanie po ok. 120–150 osób oraz kompanię wsparcia, a zapewne nie będzie to zwarta jednostka na zasadzie batalionu zmechanizowanego, batalionu czołgów czy dywizjonu artylerii, ale coś w rodzaju batalionu zapasowego, źródła rezerw osobowych, którymi będzie się zapychać dziury w wojskach liniowych. Żołnierzy, jak się domyślamy, będzie się przydzielać do istniejących jednostek.

                                                    Najciekawsze jest to, że kontrakty dla ochotników przewidują wypłaty rzędu 220–350 tys. rubli miesięcznie, czyli od 3750 do nawet 6000 dol. Sumy absolutnie astronomiczne. Załóżmy, że Rosjanie wystawią 85 takich batalionów zapasowych po 500 żołnierzy każdy, czyli będą to rezerwy przekraczające 40 tys. żołnierzy. I każdy z nich dostanie średnio 4500 dol. (oficerowie rezerwy zapewne więcej niż szeregowcy). Na same wypłaty Rosjanie będą potrzebowali 180 mln dol. miesięcznie, a do tego mundury, wyposażenie osobiste, broń... Ale co tam. Pewien kraj może im podsunąć rozwiązanie: da się np. szybko dodrukować pieniądze, co wywoła oczywiście łatwy do przewidzenia efekt. Ale bez MacDonalda Rosjanie i potężną inflację wytrzymają.

                                                    Boją się mini-Stalingradu

                                                    Co się działo na froncie? Rosjanie podejmowali próby ataku z Iziumu na Słowiańsk chyba siłą rozpędu. Szturmowali bezskutecznie Iwaniwkę (kilka kilometrów na południowy zachód od drogi Izium–Słowiańsk), Dolinę i Dowheńke ciut na zachód. I dla odmiany zrobili coś bardzo dziwacznego. Pod miejscowością Rajhorodok wywalili w powietrze dwa mosty na Dońcu. To były ich wielkie atuty, bo gdyby wyprowadzili tędy natarcie na Słowiańsk od północnego wschodu, nie musieliby forsować rzeki, co jak dotąd wychodzi im tak słabo.

                                                    Dlaczego pozbawiają samych siebie tych „pomocy natarciowych”? Mieliby stąd do Słowiańska jakieś 12 km, i to z boku obrony miasta, które bezskutecznie szturmują od północno-zachodniej strony (od Iziumu). Tu biegła linia kolejowa Łyman–Słowiańsk, a most mieli Rosjanie. I jeszcze pobliski most drogowy. Dlaczego więc to zrobili? Przypuszczalnie dlatego, że most ma ciekawą właściwość. Mianowicie można go przejść w obie strony. Albo z Łymanu na Słowiańsk, albo ze Słowiańska na Łyman... Czego się wystraszyli? Ostatniej nocy potężny wybuch miał miejsce w Kupiańsku, gdzie schodzą się na moment wszelkie szlaki komunikacyjne (linie kolejowe i drogowe), drogi zaopatrzenia dla dość znacznego zgrupowania rosyjskich wojsk na południe od Iziumu. Może obawiają się, że Ukraina wyprowadzi tu natarcie, odcinając sporo ich sił? Byłoby to ciekawe posunięcie, taki mini-Stalingrad. Cóż, Ukraina zapewne nie będzie miała tyle mocy.

                                                    Dalej na wschód, pod Siewierskiem, Rosjanie ograniczyli się do ostrzału artyleryjskiego ukraińskich pozycji w ramach przygotowań do szturmu miasta. Jak donoszą „wojenkorzy” z Rosji (korespondenci wojenni), najeźdźcy zechcą zapewne obejść Siewiersk od północy, wzdłuż Dońca, który wije się tu i tworzy ciekawe meandry (nie będzie łatwo poruszać się w takim terenie), i od południa, by uniknąć szturmowania samego miasta. Z walkami miejskimi mają Rosjanie same złe wspomnienia, pewnie też koszmary. Swoją drogą, wojenkorzy podpadli ostatnio wojskowym, bo podczas osobistego spotkania z Putinem skwapliwie mu donieśli, jaki bałagan panuje na frontach wojny, pardon – operacji specjalnej.

                                                    Dowódcy wściekli się oczywiście, bo co prawda organizacja zadań bojowych, zaopatrzenia, rozpoznania, współdziałania za bardzo im nie wychodzi, ale denerwować to się potrafią. W odpowiedzi wojenkorzy zdradzają więc ich plany. No coraz lepiej...
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.07.22, 20:13
                                                    Cd 141

                                                    Jak Iskander trafił w kurnik

                                                    Pod Bachmutem Rosjanie usiłowali nacierać, ale też zostali przywitani silnym ukraińskim ogniem, co ostudziło ich zapał. W odwecie podjęli zwykły ostrzał. Notabene jedna rzecz, o której wojenkorzy wspomnieli Putinowi, to że dowódcy polowi wzywający na pomoc artylerię czekają na zbawienne wsparcie od kilku–kilkunastu godzin, gdy chodzi o własny brygadowy dywizjon artylerii, do nawet paru dni, jeśli ogień ma prowadzić artyleria podporządkowana bezpośrednio dowództwu armii. O użyciu artylerii decyduje sam dowódca armii, więc takie „wezwanie” od dowódcy kompanii wędruje przez szefostwo batalionu, brygady i armii, a stąd – po zatwierdzeniu – trafia do dowódcy brygady artylerii i jest przekazywane do dowództw poszczególnych dywizjonów. Oczywiście dowództwo armii musi sporządzić pisemny rozkaz, na podstawie którego dowódca brygady artylerii sporządza pisemne rozkazy wykonawcze dla dowódców dywizjonów. Proces ten jest wybitnie nieelastyczny i zbiurokratyzowany, podczas gdy w systemie ukraińskim artyleria udziela wsparcia na wezwanie z pola walki w 30–40 minut od wezwania.

                                                    Często też rosyjska artyleria na rozkaz dowódców armii, dywizji czy brygad prowadzi ogień do domniemanych celów, ryjąc pola i lasy i marnując cenną amunicję. To znaczy dotąd amunicja cenna nie była, bo było jej w bród, ale jakoś tak zaczęła wybuchać w magazynach i nabrała wartości.

                                                    Pod Charkowem z kolei Rosjanie usiłowali bezskutecznie atakować, na froncie południowym ograniczyli się zaś do ostrzału ukraińskich pozycji. Coraz bardziej rozbudowują umocnienia polowe. Nieco na wschód od Chersonia tworzyli obronę mostu na Dnieprze, jakby w obawie, że po zdobyciu miasta ukraińskie wojska pójdą dalej, w stronę Krymu. Próbowali natomiast ostrzeliwać różne cele pod Mikołajowem, na kierunku Krzywego Rogu i Zaporoża. Szło im to jednak nie za dobrze. Kolejny Iskander trafił w niewielką farmę w obwodzie odeskim. Całkowicie zniszczono kurnik i stodołę – wspaniałe cele dla cennej rakiety balistycznej. Kury w całej Ukrainie są przerażone.


                                                    V-1. Pocisk leciał jak po sznurku

                                                    O ile wszelkie rakiety balistyczne wywodzą się od niemieckiej V-2, o tyle rakiety skrzydlate – od innej niemieckiej „cudownej broni”, V-1. Było to coś w rodzaju małego samolotu odrzutowego. Z tyłu miał prosty silnik pulsacyjny, który charakteryzuje się „szarpanym” ciągiem, przez co do pilotowanego samolotu niezbyt się nadaje, ale w przypadku jednorazowego pocisku spisywał się przyzwoicie, bo nadawał mu sporą prędkość (rzędu 700 km/h). Pocisk miał prostego autopilota z wysokościomierzem barometrycznym.

                                                    Elektromechanicznego autopilota jako pierwszy opracował już w 1917 r. genialny amerykański wynalazca Lawrence Sperry, wykorzystując właściwości żyroskopu. Niemcy ten wynalazek wykorzystali i twórczo rozwinęli, bo użyli w nim także żyrokompasu. Dzięki temu V-1 leciał jak po sznurku z zadanym kursem, trzymając wysokość ok. 1000 m. Po pokonaniu określonego dystansu mechanizm czasowy odcinał dopływ paliwa do silnika i następował „buzz bomb”, jak nazywali to londyńczycy: V-1 zwalał się na ziemię, a potężna głowica bojowa detonowała się, burząc kilka domów naraz. „Buzz bomb” wzięło się stąd, że silnik V-1 wydawał charakterystyczny dźwięk: buzzz-buzzz-buzzz-buzzz. Kiedy milknął, ludzie natychmiast chowali się w bramach i innych dostępnych miejscach, bo było wiadomo, że nieszczęsny V-1 zaczął swoje śmiertelne opadanie na cel.

                                                    V-1 niszczyła artyleria przeciwlotnicza, polowały też na nie alianckie myśliwce. Pierwszą jednostkę brytyjskich maszyn odrzutowych Gloster Meteor, 616. Dywizjon, rzucono właśnie do walki z V-1, siłowali się z nimi także polscy piloci, zestrzeliwując ich całkiem sporo, bo 190 sztuk.


                                                    Trudno uchwytny pocisk skrzydlaty

                                                    Po wojnie skupiono się na rozwoju rakiet balistycznych, przed którymi nie było wówczas żadnego ratunku – o rakietach skrzydlatych na jakiś czas zapomniano, bo dawało się je zestrzeliwać jak zwykłe samoloty.

                                                    Przełomem okazała się rodzina amerykańskich rakiet AGM-86 ALCM i BGM-109 Tomahawk. W obu konstrukcjach, które weszły do uzbrojenia w latach 80., wykorzystano rozwój technologii komputerowych i oprogramowań. Wymyślono technikę TERCOM, czyli Terrain Contour Matching. Do komputera pocisku należało wprowadzić cyfrową, plastyczną mapę terenu z dokładnym określeniem wysokości nad poziomem morza każdego interesującego nas punktu. Pocisk zaopatrzono w dwa wysokościomierze: radiowysokościomierz, mierzący wysokość nad terenem znajdującym się dokładnie pod pociskiem (wysyła impulsy radiowe w dół i odbiera odbicia od ziemi, mierząc czas ich powrotu), oraz wysokościomierz barometryczny, którzy mierzył ciśnienie i wykorzystywał efekt jego spadku wraz z wysokością.

                                                    Porównanie obu danych pozwalało określić, jak wysoko nad poziomem morza leży teren, nad którym pocisk przelatuje. Mało tego, pocisk prowadził bezwładnościowy układ nawigacyjny oparty na specjalnej platformie żyroskopowej, ale mniej więcej co 200 km następowała korekcja techniką TERCOM – wyszukiwał w cyfrowej mapie miejsca, które z danym kursem miało dokładnie taki kontur, jak ten zmierzony profil terenu na odcinku korekcji. Na tej podstawie komputer oceniał, czy pocisk zboczył w lewo lub prawo, i poprawiał jego lot. I tu dochodzimy do pierwszej ważnej cechy nowych pocisków: zabójcza celność, a nie było wówczas jeszcze GPS. Mogły trafiać z dokładnością do 20–30 m w zadany cel, co przy silnej głowicy burzącej było całkiem dobrym wynikiem.

                                                    Ale najważniejsze okazało się coś jeszcze innego. Wprowadzona do komputera mapa cyfrowa pozwalała na lot zgodny z profilem terenu na wysokości 30–50 m, trzymanej według radiowysokościomierza. Jeśli z mapy wynikało, że teren zaraz zacznie się wznosić, to i pocisk zawczasu podejmował wznoszenie – żadne jary nie były mu straszne, nie wlatywał w nie, a wzgórza omijał wzdłuż zboczy. I właśnie ta bardzo mała wysokość przy wielkiej prędkości lotu była jego najlepszą bronią – był bardzo trudny do wykrycia i przechwycenia. To już nie V-1, który paradował na wysokości 1000 m obserwowany przez wszystkie radary.

                                                    Owe cruise missile (wym. kruz misajl) napędzane silniczkami odrzutowymi szybko stały się postrachem ZSRR. W Polsce ich nazwę tłumaczono dziwacznie: pocisk krążowniczy lub krążący, niemal domokrążca. Tymczasem to po prostu pocisk skrzydlaty. Nazwa „cruise” wzięła się stąd, że pociski ALCM czy Tomahawk leciały do celu po łamanej trasie, co jeszcze bardziej utrudniało ich przechwycenie – V-1 leciał prosto jak strzelił, bez żadnej zmiany kursu.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.07.22, 20:15
                                                    Dokończenie 141

                                                    Rosyjski cruise, czyli Kalibr

                                                    Rosjanie skonstruowali wiele morskich rakiet skrzydlatych do walki z okrętami. Ale służyły zwłaszcza do zwalczania lotniskowców, mających własny radar do samonaprowadzania się na cel. Nad morzem mogły schodzić na bardzo małą wysokość, bo w takich warunkach mało jest wzgórz czy jarów, a w zasadzie – nie licząc wysokich fal – nie ma ich wcale. Do utrzymania wysokości wystarczał zatem radiowysokościomierz.

                                                    Ale w latach 80. także w ZSRR podjęto prace nad technikami TERCOM oraz tym, co Amerykanie opracowali już w latach 90. – DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlator), czyli porównaniem obrazu z kamery z wprowadzonymi do pamięci komputera zdjęciami danego terenu. Technika ta pozwalała np. na bardzo precyzyjne trafienie w cel wciąż w erze „pre-GPS”. Kiedy do układu kierowania trafił odbiornik nawigacji satelitarnej GPS, wszystko stało się o wiele prostsze.

                                                    Ponieważ Rosjanie byli nieco zapóźnieni, w skonstruowanej w latach 90. rodzinie pocisków Kalibr (znane w odmianie eksportowej jako Klub, takie kupiły Indie), od zastosowanej w nich techniki TERCOM od razu przeskoczyli w korekcję GPS lub własnego Glonass (GLObalnaja NAwigacjonnaja Satelitarna Sistiema, wzorem amerykańskiego Global Positioning Satellite System – nawet skrót skopiowali...). Kalibry mają dwie główne odmiany: 3M-54 z radarową głowicą samonaprowadzania do niszczenia okrętów oraz 3M-14 z bezwładnościowym układem nawigacyjnym korygowanym GPS/Glonass i systemem TERCOM do lotu zgodnego z rzeźbą terenu. Wersja przeciwokrętowa ma dużo większą głowicę i zasięg tylko 300 km, wersja 3M-14 może przelecieć aż 2600 km na bardzo małej wysokości w drodze do celu naziemnego.



                                                    Strzelają na wiwat

                                                    Pociski manewrujące zdolne do precyzyjnego atakowania celów odległych (Iskander ma zasięg do 500 km, Kalibr – pięć razy większą, w dodatku można go odpalać nie tylko z okrętów, ale i z wyrzutni Iskandera zamiast jego „macierzystej” rakiety) powinny być niezwykle cenną bronią. Można by nimi kompletnie sparaliżować wybrane szlaki komunikacyjne: niszczyć mosty, węzły czy inne „wąskie gardła”. Stale atakować składy amunicji, bazy paliwowe albo stanowiska dowodzenia.

                                                    Problem w tym, że coś trzeba wybrać. Wszystko musi mieć swój cel. Ataki wymagają konsekwencji i wytrwałości dla uzyskania określonego efektu, który osiąga się z pewnym opóźnieniem.

                                                    A tego u Rosjan nie widać. Wywalają zarówno Kalibry, jak i Iskandery, tłukąc w dzielnice mieszkaniowe, kurniki czy świniarnie na wsiach. Zadają tylko niepotrzebne straty, popełniając zbrodnie wojenne polegające na celowym ranieniu ludności cywilnej. A jednocześnie marnują cenny potencjał.

                                                    Chyba powinni wysłać generałów na przeszkolenie do ukraińskiego Sztabu Generalnego. Ukraina dostała wszak HIMARS-y i używa ich z rozmysłem, całkiem celowo, z zabójczą konsekwencją, choć mają zasięg jedynie 70 km.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.07.22, 18:31
                                                    142

                                                    Wygląda na to, że Rosjanie słabną, choć oczywiście nie ma powodów do radości, bo jednocześnie gromadzą nowe zasoby i próbują odtworzyć stany wojsk. W pewnym momencie ich walec znowu ruszy. Czy Ukraińcy mogą ich zatrzymać?
                                                    Mimo przerwy operacyjnej Rosjanie wciąż wyprowadzają pod Iziumem słabe ataki. Tym razem próbują nieco obejść ukraińską obronę od zachodu – podjęli nieudane natarcie na wieś Kurulka, leżącą między Barwinkowem a drogą Izium–Słowiańsk. Oczywiście ukraińskie pozycje były tradycyjnie ostrzeliwane przez artylerię, a wieś Majaki, 10 km na północ od Słowiańska, zaatakowano nawet z powietrza, przypuszczalnie samolotami Su-25. To rzadki ostatnio przejaw działań rosyjskiego lotnictwa, z którego para zeszła wcześniej niż z rosyjskich wojsk lądowych.

                                                    Rosjanie atakują punktowo

                                                    Dalej na wschód agresorzy ponownie podjęli próbę natarcia z rejonu Łysyczańska na wprost w kierunku Siewierska. Najpewniej usiłują przełamać ukraińską obronę w różnych miejscach, a nuż w którymś pęknie? Także tu aktywna była artyleria, ostrzelała nawet Kramatorsk i Bachmut.

                                                    Próby natarcia najeźdźcy podjęli też na południowy wschód od Bachmutu. Ponownie został odparty szturm na Wuhlehirską elektrociepłownię i położoną nieco na zachód wieś Kodema. Sam Bachmut ostrzelano z wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, przypuszczalnie BM-21 Grad. Dalej na południowy zachód, w rejonie Doniecka, Rosjanie wznowili natarcia na Awdijiwkę. Wojska i separatyści kręcą się tu w miejscu od lat 2014–15, w tej wojnie nie posunęli się o włos.

                                                    Bardzo mało informacji nadchodzi z rejonu Zaporoża. Przypuszczalnie niedługo ruszy tu silna ukraińska ofensywa, która sprawi Rosjanom dużo problemów. Na razie, według niepotwierdzonych jeszcze doniesień, Ukraińcy zdobyli Jehoriwkę ok. 18 km na północny zachód od Wołnowachy. Miasteczko jest ważnym węzłem komunikacyjnym, wiedzie tędy w stronę Krymu jedyna linia kolejowa z Doniecka i jedna z dwóch dróg (druga prowadzi z Doniecka do Nowoazowska, a stąd przez Mariupol na półwysep).

                                                    Na zachód od Wołnowachy Rosjanie kontynuują fortyfikowanie swoich pozycji aż po sam Chersoń i nie podejmują żadnych działań ofensywnych. Najgorsze, że przenoszą swoje składy amunicji do obiektów zabytkowych czy w inny sposób chronionych. Na przykład spore zapasy trafiły do budynków Teatru Dramatycznego w Chersoniu. Pojawiają się też doniesienia, że lokują działa i podobny sprzęt w rejonach gęsto zaludnionych – to wykorzystywanie żywych tarcz w działaniach wojennych. Rosjanie są jak widać zdolni do wszystkiego z wyjątkiem prowadzenia walki.

                                                    Koncentracja sił na wojnie

                                                    Koncentracja sił to jedna z kilku podstawowych zasad sztuki wojennej, niezwykle istotna. Własne siły ustawia się w miejscach, gdzie wróg jest najsłabszy, i buduje lokalną przewagę. W ten sposób możemy pokonać nawet silniejszego od siebie. Rzucamy większość mocy na określony kierunek, i choć wszędzie wróg jest silniejszy, to akurat w tym miejscu jest znacząco słabszy. Uderzamy i niszczymy. Następnie przenosimy wojska na inny kierunek, ponownie uderzamy i niszczymy – za każdym razem w miejscu ataku mamy przewagę. A wróg słabnie. Tu straci nieco sił, potem tam i znów gdzie indziej.

                                                    Czasem dzięki koncentracji udaje się od razu osiągnąć zaskakujący efekt strategiczny. Odwrotnością koncentracji jest rozproszenie sił – nasze wojska wszędzie stają się słabe, a gdyby je zebrać do kupy, byłaby z tego całkiem przyzwoita armia.

                                                    Jak to było w historii? Weźmy polską kampanię wrześniową, najgłupszy plan obrony, jaki w życiu widzieliśmy. Bo trzeba wiedzieć, że koncentrację stosuje się nie tylko do natarcia, obowiązuje również w obronie. W tym wypadku metody są dwie. Po pierwsze, spodziewamy się, gdzie przeciwnik uderzy, i gromadzimy tam wojska, by stworzyły silną, urzutowaną w głąb obronę, w której napastnik przypuszczalnie ugrzęźnie. Oczywiście nieaktywne kierunki osłaniamy znacznie słabiej, ale też zostawiamy odwody, by móc przeprowadzić kontrataki na przewidywanych kierunkach lub w razie czego przeciwstawić się nagłym natarciom z innych stron.

                                                    A teraz metoda druga. Trudno ocenić, gdzie dokładnie będzie nacierał nieprzyjaciel. Wtedy robi się tak: obronę obsadza się minimalnymi, niezbędnymi siłami, a w dogodnym miejscu zostawia się bardzo mocny odwód, pozwalający na atak w dowolnym kierunku. Musi stać tak, by dało się go szybko skierować gdziekolwiek. Czasem trzeba go podzielić na mniejsze części i umieścić w różnych miejscach, by mogły szybko interweniować tam, gdzie rozwija się sytuacja kryzysowa.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.07.22, 18:34
                                                    Cd 142

                                                    Tak zrobili to Niemcy

                                                    A co zrobili Polacy we wrześniu 1939? Popatrzmy na ustawienia armii, których było siedem (w tym odwodowa Armia Prusy) plus samodzielna grupa operacyjna na prawach armii. Idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Armia Karpaty osłaniała granicę ze Słowacją (od Sanoka po Nowy Sącz). Armia Kraków broniła Małopolski od Nowego Targu aż do Częstochowy, bo należy pamiętać, że zachodnia część Górnego Śląska (tzw. Zagłębie, czyli Gliwice, Zabrze, Pyskowice i położone na północny zachód Opole) była po stronie niemieckiej. Między Częstochową a Ostrowem Wielkopolskim rozmieszczono Armię Łódź, w Wielkopolsce – Armię Poznań, rozciągniętą od Ostrowa Wielkopolskiego aż po Wągrowiec. I dalej: rejon Chojnice–Bydgoszcz–Toruń zajmowała Armia Pomorze, obszaru Rypin–Mława Ostrołęka pilnowała Armia Modlin. Na wschód od niej broniła się nieco słabsza Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew”. Odwodowej Armii Prusy nigdy nie zdołano skoncentrować w całości.

                                                    Nieudolne dowodzenie zgrupowaniem północnym gen. dyw. Stefana Dąb-Biernackiego doprowadziło do rozbicia dwóch dywizji pod Piotrkowem Trybunalskim bez realnego kontrataku. Dowodzenie zgrupowaniem południowym pozostało w rękach gen. bryg. Stanisława Skwarczyńskiego. Było równie „udane” – wytracił siły pod Iłżą, a resztę Niemcy okrążyli i rozbili pod Radomiem. W konsekwencji w zamyśle silny odwód w postaci Armii Prusy nie odegrał żadnej roli i nie przeprowadził (zgodnie ze swoim przeznaczeniem) żadnego kontrnatarcia.

                                                    A jak to widzieli Niemcy? Otóż tak: środkiem ciężkości Polski jest przywództwo, czyli stolica w Warszawie. Jak do niej dotrzeć? Najważniejsza droga wiodła od południa, z niemieckiej części Górnego Śląska, przez Częstochowę, Piotrków Trybunalski, Tomaszów Mazowiecki, Grodzisk Mazowiecki i dalej. Był to aż nazbyt oczywisty kierunek. Do Częstochowy nieco pagórkowaty, potem w zasadzie droga wiedzie przez odkryte równiny. Z większych rzek trzeba tu sforsować tylko Wartę, ale w jej górnym biegu, pod Radomskiem, gdzie jest całkiem mała.

                                                    I tędy właśnie Niemcy puścili swoją najsilniejszą, 10. Armię dowodzoną przez gen. płk. Waltera von Reichenau. Miała w składzie aż pięć dywizji pancernych i jeszcze dwie zmotoryzowane, nie licząc „zwykłej” piechoty. Obok tej potężnej siły szły dość blisko 8. Armia po lewej stronie i 14. Armia po prawej. I całe to zgrupowanie wbiło się w bok Armii Kraków, w zasadzie spychając wschodnie skrzydło Armii Łódź w stronę Bełchatowa, reszta sama musiała się cofnąć. Armia Kraków, dobrze dowodzona przez gen. bryg. Antoniego Szyllinga, próbowała powstrzymywać natarcie, nim została odepchnięta w stronę Lubelszczyzny.

                                                    Czyja piechota szybciej maszeruje?

                                                    Drugi kierunek też jest niesamowicie oczywisty. To oś od rejonu na południe od Olsztyna w niemieckich Prusach Wschodnich, przez Mławę, Ciechanów, Płońsk i Modlin – prosto na Warszawę. Niedaleko. I tu Niemcy pchnęli swoją 3. Armię, do której dołączyła 4. Armia, gdy już odcięła „korytarz pomorski” w okolicy Torunia i Bydgoszczy. I znów: całe natarcie powstrzymywała jedna tylko polska Armia Modlin, częściowo wzmocniona przez Samodzielną Grupę Operacyjną „Narew”, która szybko uległa dezintegracji.

                                                    Co w tym czasie robiły silne polskie zgrupowania: Armia Poznań i Armia Pomorze? Niewiele. Pierwsza wynudziła się mocno przez nikogo nieniepokojona, druga zdołała się wyśliznąć z pomorskiego korytarza, a później nie miała za wiele do roboty. Armia Pomorze cofała się na Kutno od północy ogólnie po zachodniej stronie Wisły, a Niemcy nacierali po wschodniej. Można było urządzić wyścigi: czyja piechota szybciej maszeruje?

                                                    Obie polskie armie spotkały się po północno-zachodniej stronie Łodzi, w rejonie Łęczycy i Kutna, po czym ich dowódcy – gen. dyw. Władysław Bortnowski z Armii Pomorze i gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba z Armii Poznań – dogadali się, że skoro już jest wojna, to trzeba by się do niej jakoś włączyć. I tak powstał całkiem sprytny zamysł silnego kontrataku w rejonie od Ozorkowa po Łowicz, który przeszedł do historii jako bitwa nad Bzurą. Szczególnymi umiejętnościami wykazał się gen. Kutrzeba, jeden z najlepszych (obok m.in. gen. bryg. Franciszka Kleeberga) polskich dowódców nieszczęsnego września 1939. Niemcy na pewno mieliby o wiele więcej kłopotów, gdyby od południa drugie ramię kleszczy zamknęła cofająca się Armia Łódź i północne zgrupowanie Armii Prusy. Przez nieudolne dowodzenie gen. dyw. Dąb-Biernackiego (jak wyżej) ta druga została wytracona pod Piotrkowem, zanim zdążyła się przygotować, Armii Łódź nie miał zaś kto wydać rozkazu, bo jej dowódca gen. dyw. Juliusz Rómmel (nie mylić z niemieckim dowódcą Erwinem Rommlem) spruł z pola walki i odnalazł się dopiero w Warszawie, gdzie niestety przymknięto oko na jego niecny wyczyn.

                                                    Tak czy owak, przez ponad tydzień z całej polskiej armii walczyła tylko reprezentacja – w postaci maksymalnie trzech armii i samodzielnej grupy operacyjnej, podczas gdy trzy inne specjalnie zajęcia nie miały (także Armia Karpaty, która pomyślnie odpierała natarcie… słowackie, a z Niemcami walczyła kawałkiem prawego skrzydła).

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 15.07.22, 18:35
                                                    Dokończenie 142

                                                    Dwa niemieckie błędy

                                                    Jeśli chodzi o koncentrację, to Niemcy, którzy w zasadzie potrafili walczyć w zgodzie z kanonami sztuki wojennej, w ZSRR popełnili dwa fatalne błędy na tym polu – w 1942 i 1943 r.

                                                    Kiedy nie udało im się zająć Moskwy w końcu 1941, na wiosnę 1942 wybrali inny środek ciężkości przeciwnika: ropę naftową. W tym celu należało zrobić jedną z dwóch rzeczy: zająć najważniejsze zagłębia naftowe ZSRR od Kaukazu po Morze Kaspijskie, od Groznego przez Mahaczkała po Baku. Albo przeciąć szlaki komunikacyjne, przechodząc przez Wołgę na wschód w jej dolnym biegu. Wszystkie ważniejsze linie kolejowe przebiegały na zachód od Wołgi. Wołga i Don same były ważnymi śródlądowymi szlakami komunikacyjnymi, którymi płynęły barki z ropą.

                                                    I jak myślicie, co Niemcy wybrali? Które rozwiązanie? Ano żadnego, postanowili zrobić jedno i drugie naraz. I to był błąd. Do jednego i drugiego zadania mieli tylko połowę dostępnych tu sił i nigdzie nie zyskali wymaganej przewagi. Rezultat znamy – sromotna klęska pod Stalingradem i konieczność wycofania się z Kaukazu, by uniknąć odcięcia. Tak się kończy rozpraszanie sił.

                                                    Drugi błąd to bitwa na Łuku Kurskim. Niemcy zamierzali przeprowadzić natarcie w tak oczywistych miejscach, że każdy by przejrzał ich zamiary. A to jeszcze nic. Siły koncentrowali dobrych kilka miesięcy, gdy Sowieci pieczołowicie ryli okopy, budowali ziemianki, stawiali pola minowe i zasieki, przygotowywali ukrycia dla dział przeciwpancernych i moździerzy... Kiedy Niemcy w końcu ruszyli 5 lipca 1943 r., natrafili na mur nie do pokonania. Tak rozbudowanej obrony polowej nikt nigdy stworzył – ani wcześniej, ani później.

                                                    Rosjanom wyszło raz

                                                    Jak Rosjanie robią to teraz? Jak widać. 24 lutego poszli z trzech kierunków na Kijów, na Charków, na Izium, z Doniecka na zachód do Melitopola, z Krymu na wschód do Melitopola i na zachód na Chersoń i Mikołajów. I jeszcze desant pod Odessą chcieli wysadzać.

                                                    Gdzie tu koncentracja? Nigdzie, oczywiście poza rejonem na południu, gdzie w jedną stronę, od Doniecka, nacierała 8. Armia Gwardii, zaś z Krymu 58. Armia. Tutaj faktycznie wyszło, wzięte w kleszcze wojska ukraińskie uległy, czego następstwem było utworzenie lądowego połączenia z półwyspem. To najbardziej błyskotliwy manewr Rosjan w całej tej wojnie. Klasyczne dwustronne kleszcze.

                                                    Ale wszystkie pozostałe kierunki to jedna wielka klapa. Chyba Rosjanie chcieli za dużo naraz, bo nigdzie nie mieli dość sił, by pokonać ukraińską obronę. Oczywiście niewydolność logistyki Rosji jest już legendarna, a to z kolei nie pozwala na szybkie przenoszenie i koncentrowanie sił to tu, to tam. Nawet po sukcesach pierwszego tygodnia wojny natarcie utknęło i było prowadzone wciąż w tych samych miejscach, tam gdzie Ukraińcy się tego spodziewali i umocnili, ściągając odwody i wszelkie dostępne wojska, tworząc barierę nie do pokonania.

                                                    A potem nastąpiła nieszczęsna druga faza wojny. Tym razem Rosjanie powtórzyli niemiecki błąd spod Kurska. Najpierw wozili siły miesiąc, dając czas Ukraińcom na przygotowanie się do obrony. A potem chcieli uderzyć w zbyt oczywistych miejscach: spod Iziumu na Kramatorsk przez Słowiańsk i spod Dońca na Kramatorsk przez Konstiantiniwkę. Oczywiście ani w jednym, ani w drugim nic nie osiągnęli mimo znacznej koncentracji. Dlaczego? Działali za wolno i zbyt przejrzyście. Tam się wszyscy tego spodziewali.

                                                    Istotą koncentracji jest bowiem nie tylko fakt jej przeprowadzenia, ale szybkość, z jaką zostanie wykonana. Działanie powoli na nic się nie zda, bo nieprzyjaciel zauważy i skoncentruje swoje siły. I wszystko na nic.

                                                    A mobilność to Rosjanie mają żółwią. I cudowną organizację. Przenieść gdzieś siły, zagęścić je – to sztuka całkiem im obca, a jak już im się w końcu udaje, to nie są w stanie się zaopatrywać. Logistyka Rosjan w Donbasie funkcjonuje w miarę dobrze tylko z jednego powodu – geografia sprawia, że mogą zwozić zapasy z trzech kierunków, od północy, wschodu i południa, w warunkach półstacjonarnych, bo działania nie są tu zbyt dynamiczne. Nie trzeba nadążać z dostawami za szybko przemieszczającymi się wojskami, bo stoją w miejscu.

                                                    Oby tylko Ukraina zdołała skoncentrować się szybko i uderzyć silnie, zanim Rosjanie przerzucą tu swoje odwody.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 16.07.22, 20:10
                                                    143

                                                    Rosjanie, nie mogąc się ostatnio wykazać na frontach, zintensyfikowali ataki na różne obiekty w głębi Ukrainy. Próbują w ten sposób złamać morale ukraińskiego narodu. Czy tak można wygrać wojnę? Zła wiadomość: można. Dobra wiadomość: jest to niezwykle trudne, a Rosjanie jak zwykle partaczą.
                                                    Najwyraźniej pauza operacyjna kończy się i wojska rosyjskie budzą się do życia, a raczej do zadawania śmierci. Pod Iziumem zaatakowali Bohorodyczne, na północ od Słowiańska. Walki się toczą, ale Rosjanie nie panują nad całością miejscowości, a jedynie nad jej zachodnim skrajem. Kilka kilometrów dalej na wschód rosyjska artyleria ostrzelała położony nad Dońcem klasztor Ławra Świętogórska. Ostrzeliwano też sam Słowiańsk i okolice.

                                                    Walki zostały wznowione także na wschód od Siewierska. Przy samym Dońcu trwają o niewielką wieś Hryhoriwka, odległą o jakieś 6–7 km na północny wschód od miasta. Co ciekawe, broni się tu jednostka podległa Wojskom Obrony Terytorialnej Ukrainy – Legion „Swoboda Rosji”, złożony z rosyjskich ochotników, który ostatnio rozrósł się do pułku, choć Ukraina do niedawna podawała jego stan na ponad 500, czyli wzmocniony batalion. Zdarza się, że Rosjanie walczący po stronie Ukrainy we wspomnianym legionie walczą przeciwko jednostkom milicji ługańskiej, czyli ścierają się z Ukraińcami walczącymi po stronie Rosji.

                                                    Z kolei nieco dalej na południe obronę trzyma podobna jednostka – Pułk im. Kastusia Kalinoŭskaha, znany też jako Legion Białoruski, bo dla odmiany jest złożony z ochotników z Białorusi.

                                                    Nie wiadomo natomiast, jaka sytuacja jest w położonej na południowy wschód od Siewierska wsi Spirne. Broniła jej ukraińska 118. Czerkaska Brygada WOT, a terytorialsi jako żołnierze frontowi nie dysponują taką siłą jak jednostki regularne (przede wszystkim ze względu na brak broni ciężkiej). Niewykluczone zatem, że Spirne, a przynajmniej jego wschodnia część, zostało zdobyte przez Rosjan, choć ostatni komunikat Sztabu Generalnego Ukrainy mówi, że miasto zostało odzyskane.

                                                    Dalej na południe we wsi Berestowe broni się 80. Brygada Desantowo-Szturmowa, która wbrew nazwie jest częściowo zmechanizowana. Rosjanie atakują wspomnianą miejscowość od dłuższego czasu, wcześniej z zamiarem okrążenia Lisiczańska, ale najwyraźniej nie mogą się przebić przez twardą obronę.

                                                    Rosjanie atakowali też wieś Nahirne oraz uderzali w kierunku Sołedaru, słynącego z dużych kopalni soli (taka ukraińska Wieliczka). Atakowano też Wuhlehirską Elektociepłownię na południe od Bachmutu, a raczej to, co z niej zostało, ale i tu atak odparto. Podobnie jak atak na miejscowość Pawliwka koło Wuhłedaru.

                                                    Pod Charkowem bez zmian, Rosjanie ograniczali się do prowadzenia ostrzału artyleryjskiego różnych miejscowości oraz prowadzenia rozpoznania z użyciem bezpilotowych aparatów latających.

                                                    W rejonie Chersonia obie strony prowadziły wzajemny ostrzał, ostatnio coraz intensywniejszy. Rosjanie potwierdzili zniszczenie przez HIMARS-y składu amunicji w Radiensku, ok. 25 km na południowy wschód od Chersonia. W eksplodujących składach amunicji giną oczywiście rosyjscy żołnierze stanowiący ich obsługę. Doradca prezydenta Ukrainy Ołeksij Arestowycz drwił sobie nawet z tych, którzy służbę w takich składach załatwili sobie za ciężkie łapówki. Wydawałoby się bowiem, że przenoszenie skrzynek na tyłach jest znacznie bezpieczniejsze niż pędzenie z karabinem do szturmu na ukraińskie okopy, a tymczasem nic bardziej błędnego. W wieczornym nagraniu Ołeksij Arestowycz napomknął, że nadchodzi HIMARS o’clock, jak Ukraińcy nazywają okolice godz. 23. Z kolei w rosyjskich wojskach HIMARS-y zaczęto nazywać „organami Bidena”, nawiązując do potocznej niemieckiej nazwy sowieckich Katiusz – „organy Stalina”.

                                                    Nad Nową Kachowką rosyjski myśliwiec Su-35 bezskutecznie uganiał się za dwoma ukraińskimi Su-25, które zaatakowały kolejne rosyjskie cele pod tym miastem. Dla odmiany dwa rosyjskie Su-25, które wleciały nad terytorium ukraińskie w Obwodzie Zaporoskim, zostały zestrzelone.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 16.07.22, 20:12
                                                    Cd 143

                                                    Ataki na Mikołajów

                                                    W ciągu ostatniej doby ponownie użyto rakiet skrzydlatych typu Kalibr do ataku na dwa uniwersytety w Mikołajowie: Narodowy Uniwersytet Budowy Statków i Okrętów im. Makarowa oraz Mikołajowski Uniwersytet Narodowy im. Wasyla Suchomłynskiego. Ten ostatni znany jest z kształcenia nauczycieli i prawników, jest to duża uczelnia z tradycjami. Z kolei pierwszy z wymienionych stanowi zaplecze dla potężnego przemysłu stoczniowego Mikołajowa. Co ciekawe, w czasach ZSRR w dwóch dużych stoczniach budowano tu większość sowieckich okrętów nawodnych, m.in. słynny już krążownik rakietowy „Moskwa”. Przy okazji mała dygresja: dziennikarze telewizyjni wciąż powtarzają, że latający wokół krążownika bayraktar „odciągał uwagę” obrony przeciwlotniczej okrętu od właściwego ataku rakietowego. Dlatego po raz kolejny powtórzę: bayraktar wykrył krążownik i przekazał jego współrzędne do systemu nawigacyjnego rakiety Neptun, która dzięki temu wiedziała, gdzie go poszukiwać swoim radarem o stosunkowo niewielkim zasięgu. Bez bayraktara neptuny byłyby nie do użycia. Oczywiście zamiast bayraktara mógł to być samolot albo śmigłowiec, byleby określił dokładne położenie celu.

                                                    W Mikołajowie zbudowano też jedyny rosyjski lotniskowiec „Admirał Fłota Sowietskowo Sojuza Kuzniecow”, tylko w drugiej z wielkich stoczni – w Czernomorskim Sudostroitielnym Zawodzie (Zakład nr 444). Dziś tych stoczni bardzo Rosji brakuje, bowiem do remontu lotniskowca w Murmańsku trzeba było użyć największego doku pływającego Rosji, zbudowanego swego czasu w Göteborgu. Jak to w Rosji bywa, wspomniany dok w październiku 2018 r. zatonął z powodu przerwy w zasilaniu elektrycznym, a na zadokowany w nim lotniskowiec przewrócił się 70-tonowy dźwig, mocno okręt uszkadzając. Z kolei w 2020 r. na lotniskowcu wybuchł pożar, co pokazuje, że rosyjskie okręty okresowo się palą także w trakcie remontów. Admirał Fłota Sowietskowo Sojuza Kuzniecow ma wejść ponownie do służby w końcu 2023 r., po sześciu latach remontu, który w Mikołajowie potrwałby pewnie ze trzy.

                                                    I tak Rosja dokonuje jakiejś ślepej zemsty na Ukrainie za stratę tych stoczni, niszcząc budynki uniwersytetu, gdzie uczyło się kolejne pokolenie inżynierów stoczniowców. Są wakacje i samym studentom na szczęście krzywdy nie zrobiono.

                                                    No dobrze, utracono stocznie, a kadry inżynierów budowy statków i okrętów Rosjan wkurzają. Ale co im zrobili nauczyciele i prawnicy z drugiej uczelni? Może ze szkołą zawsze byli na bakier.

                                                    W każdym razie wszelkie ataki na Mikołajów miały zwykły charakter terrorystyczny.



                                                    Strategiczny Jużmasz?

                                                    Dobę wcześniej dokonano ataku na miasto Dniepr, które w czasach ZSRR nazywało się Dniepropietrowsk. Tutaj uderzono w zakład Jużmasz, który jest znany z produkcji rakiet strategicznych. Wydawałoby się zatem, że atak ten położy Ukrainę na łopatki. Szkopuł w tym, że zakład ten budował rakiety strategiczne do przenoszenia głowic jądrowych w czasach ZSRR. Tu pracował słynny konstruktor Michaił Jangiel, wielki konkurent Siergieja Korolowa. W istocie Korolow tworzył rakiety dla sowieckiego cywilnego programu kosmicznego, zaś Jangiel – rakiety wojskowe. Dlatego wojskowi sowieccy zwykli powtarzać: Korolow pracuje dla TASS (sowiecka agencja informacyjna), a Jangiel pracuje dla nas.

                                                    To właśnie w Jużmaszu powstały rakiety R-12 i R-14, które na rozkaz Chruszczowa zawieziono na Kubę w 1962 r., wywołując słynny kryzys. Tutaj też zbudowano największą sowiecką rakietę strategiczną R-36 Wojewoda, którą na zachodzie nazwano SS-18 Satan. Jednak produkcja rakiet strategicznych urwała się nagle wraz z rozpadem ZSRR i od tej pory Jużmasz produkował niemal wyłącznie cywilne rakiety nośne. Tu właśnie powstawały słynne Zenity, których konstrukcja wywodzi się od rakiet strategicznych, ale które do 2014 r. kupowała m.in. Europejska Agencja Kosmiczna. Później, po inwazji Rosji na wschodnią Ukrainę, współpraca z Rosją w zakresie dostaw niektórych komponentów urwała się i zakład Jużmasz stracił główne źródło swoich dochodów – dostawcy rakiet nosicieli, do ustawiania różnych satelitów na orbicie. W zasadzie zakład przetrwał tylko dzięki produkcji tramwajów i trolejbusów. Nowoczesne niskopodłogowe maszyny dostarczono m.in. Rumunii. Trolejbusy marki JuMZ jeżdżą w dziesiątkach ukraińskich miast.

                                                    I teraz taka mała podpowiedź dla rosyjskich planistów. Transport na wojnie jest istotnie bardzo ważny dla zaopatrywania czy przerzutu wojsk. Ale naprawdę nie chodzi tu o tramwaje i trolejbusy.

                                                    Zresztą wspomniani planiści zrobili to jakby na pół gwizdka. Jedna z rakiet skrzydlatych Ch-101 odpalona z rosyjskiego bombowca Tu-95MS trafiła w bramę zakładu, niszcząc kompletnie biuro przepustek i jeszcze jakiś mały budyneczek gospodarczy. Pozostałe trafiły w coś bardziej konkretnego, choć nie jest pewne, czy wszystkie spadły na teren zakładu. Ogólnie na miasto Dniepr leciało jedenaście Ch-101, ale pięć zestrzeliły ukraińskie rakiety przeciwlotnicze. Sześć trafiło w miasto, głównie w Jużmasz. Tyle że bombowiec Tu-95MS przenosi sześć takich rakiet. Czyli z dwóch powinno ich być 12, a nie 11. Jedna się najwyraźniej gdzieś zgubiła.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 16.07.22, 20:15
                                                    Dokończenie 143

                                                    Ataki terrorystyczne na miasta

                                                    Ataki lotnicze ukierunkowane na ludność cywilną, by doprowadzić do załamania się jej morale, zaproponował włoski generał Giulio Douhet, artylerzysta, uczestnik I wojny światowej. A ta wojna światowa nie rozstrzygnęła się na frontach, nastąpiła dezintegracja głównych uczestników. Najpierw doszło do dwóch rewolucji w Rosji, która wypadła z gry. Później nastąpiły rozruchy w Niemczech, a cesarz Wilhelm II został zmuszony do abdykacji. Rozpad Cesarstwa Niemieckiego był przełomem, który zakończył I wojnę światową. Niemal równocześnie rozsypały się Austro-Węgry, państwo wielonarodowe, w którym poszczególne narody ogłosiły niepodległość.

                                                    We wszystkich tych przypadkach doszło do masowych wystąpień ludności, która nie wytrzymała trudów długotrwałej wojny. W związku z tym Douhet uznał, że ludność cywilna jest o wiele mniej odporna niż żołnierze, a zatem właśnie cywile stanowią słaby punkt wysiłku wojennego państwa. Ponieważ akurat pojawiły się pierwsze na świecie bombowce strategiczne, Douhet rekomendował, by wykorzystać je do ataku na wrogie miasta. Na bazie tych teorii powstała książka „Panowanie w powietrzu”.

                                                    Istotnie, już od 1916 r. niemieckie sterowce Zeppelina bombardowały Londyn, a w 1917 r. zadania te przejęły ciężkie bombowce Gotha, Friedrichshafen i Staaken. Z kolei z brytyjskiej strony na niemieckie miasta bomby zaczęły zrzucać ciężkie bombowce Handley Page i Vickers Vimy. Egzemplarz tego ostatniego został użyty w 1919 r. do pierwszego w historii przelotu człowieka przez Atlantyk, czego dokonali brytyjscy lotnicy John Alcock i Arthur Brown. Notabene Amerykanin Charles Lindbergh, który samotnie przeleciał Atlantyk w 1927 r., nie był w związku z tym pierwszy, ale w jego czasach istniało już radio, miał zatem lepszy PR.

                                                    Ciężkie bombowce w czasie I wojny światowej budowała też Rosja i to właśnie tu powstał największy wówczas taki samolot: czterosilnikowy Illia Muromiec. Skonstruował go Igor Sikorsky, który po rewolucji bolszewickiej wyemigrował do USA, zakładając tam własną firmę lotniczą, która po II wojnie światowej zasłynęła konstrukcją wielu doskonałych śmigłowców, w tym produkowanego na licencji w Mielcu Blackhawka (prace nad nim rozpoczęto w roku śmierci Sikorsky′ego, w 1972 r.). Ale Illia Muromiec miał też drugiego konstruktora, który Sikorsky′emu pomagał jako jego uczeń. Był nim Andriej Tupolew, który – jak wiadomo – w ZSRR pozostał. Samolot Tu-154 chyba wszyscy znamy, to z kolei jego konstrukcja. Choć Tupolew zmarł równo z Sikorskym, w 1972 r., to prace nad oblatanym w 1968 r. Tu-154 nadzorował osobiście.

                                                    W II wojnie światowej kilka państw próbowało bombardowań strategicznych, by zmusić przeciwnika do uległości. Najbardziej uderzającym przykładem są tu Brytyjczycy, którzy wysyłali nad Niemcy swoje ciężkie bombowce Wellington, Lancaster i Halifax. Zrzucili na Niemcy (ale też na Włochy i kraje okupowane) łącznie 1 mln 300 tys. ton bomb, niewyobrażalne ilości, bombardując głównie w nocy, przez co przytłaczająca większość z nich spadła na miejską zabudowę. Amerykanie dołożyli ponad drugie tyle, ale oni latali głównie w dzień, atakując wybrane zakłady przemysłowe bardziej precyzyjnie. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego centrum Berlina jest takie nowoczesne, przestronne, z szerokimi arteriami komunikacyjnymi? Berlińska Nikolaiviertel, podobnie jak warszawska Starówka, została odbudowana po wojnie. Nie przetrwała nalotów, a następnie sowieckiego szturmu na miasto w kwietniu 1945 r.

                                                    Mimo ciężkich bombardowań i setek tysięcy zabitych mieszkańców Niemcy nie ulegli presji. Do końca wojny walczyli z wielką zaciekłością, zaś do jakiegokolwiek załamania się morale ludności nigdy nie doszło. Nawet w Japonii, po użyciu dwóch bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r., nie było żadnej oddolnej rewolucji, a jedynie nacisk odgórny – cesarz Hirohito powiedział: „Panowie, dość! Nie ma szans na wygranie tej wojny”. I tak też zdecydowano.


                                                    Rosjanie nie zauważyli

                                                    Po II wojnie światowej zdarzały się przykłady terrorystycznych ataków na miasta, np. w czasie wojny iracko-irańskiej w latach 1980–88, ale nie przyniosły one rozstrzygnięcia, wojna skończyła się kompletnym wyczerpaniem obu stron i utratą chęci kontynuowania konfliktu.

                                                    Czasem podaje się jako przykład udanego oddziaływania na ludność cywilną kampanię NATO przeciwko Nowej Jugosławii wiosną 1999 r. (Allied Force). Ale wówczas nie bombardowano miast. Po prostu w Belgradzie stworzono warunki życia nie do zniesienia. Miasto odcięto od świata, niszcząc wszelkie okoliczne mosty, drogi wyjazdowe i linie kolejowe, zniszczono stację telewizyjną i elementy zasilania w energię elektryczną. Zaopatrzenia nie było, prąd był włączany okresowo, a wyjechać z miasta się nie dało. I faktycznie, jakoś tak szybko władze się ugięły pod presją dużych demonstracji. Głównym czynnikiem wcale nie byli jednak protestujący, tylko systematyczna degradacja gospodarki kraju, bo natowskie bomby i pociski kierowane z zabójczą precyzją niszczyły najważniejsze zakłady przemysłowe, przynoszące państwu największy dochód.

                                                    Rosjanie jednak jakby tego nie zauważyli do dzisiaj. Nie dostrzegli prostego faktu, że ludzie pod wpływem takich nalotów raczej się wzmacniają, zamiast osłabiać. Narasta niepohamowany gniew na najeźdźców, narasta wola walki wśród żołnierzy, to, co się dzieje z nastrojami Ukraińców po takich atakach, poczują raczej rosyjscy żołnierze na froncie. Bo kiedy znów ruszą na ukraińskie pozycje, to spotka ich lawina zabójczo celnego ognia. Nikomu po drugiej stronie nie zadrży palec na spuście, muszka ze szczerbinką będą zgrywane z wielką starannością.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.07.22, 21:40
                                                    144

                                                    Rosyjskie ministerstwo obrony ogłosiło koniec przerwy operacyjnej, co dało się już zaobserwować na frontach. Przy okazji potwierdzono dziwną organizację rosyjskiego dowodzenia w Ukrainie. Jakie znaczenie na wojnie ma przejmowanie inicjatywy?
                                                    Koniec przerwy obwieścił sam Siergiej Szojgu, który najwyraźniej wciąż zachowuje swoje stanowisko. Przy okazji podał on, że wojskami Południowej Grupy Wojsk dowodzi gen. armii Siergiej Surowikin, zaś wojskami Centralnej Grupy Wojsk – gen. płk Aleksandr Lapin. Obaj dowódcy korzystają zapewne ze sztabów odpowiadających im okręgów wojskowych – Południowego OW i Centralnego OW. Dziwi, że nie zorganizowano jednolitego dowodzenia operacją w Ukrainie, tak by całością zaangażowanych wojsk kierował jeden dowódca wraz z odpowiednim sztabem.


                                                    Przygotowanie sił i dowodzenie operacjami wojskowymi

                                                    Problem polega na tym, że rosyjska filozofia dowodzenia nie przewiduje posiadania takich dowództw. W armiach NATO są dowództwa odpowiedzialne za przygotowanie sił i oddzielne dowództwa operacyjne, tak jak na przykład w Polsce. Jest Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, które w czasie pokoju zawiaduje całością sił, odpowiada za zorganizowanie, przygotowanie, wyszkolenie, wyposażenie i utrzymanie gotowości bojowej jednostek operacyjnych Wojska Polskiego (za wyjątkiem WOT). A na wypadek wojny dowództwo to odpowiada za generowanie nowych sił, a także za wyszkolenie rezerw do uzupełnienia wojsk operacyjnych. Natomiast Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, z racji skrótu zwane „dorszem”, w czasie pokoju zarządza jedynie siłami wojska operującymi za granicą w ramach różnych operacji pod flagą ONZ czy NATO. Odpowiada też za przygotowanie planów obronnych kraju, a na wypadek wojny dowodzi przydzielonymi siłami. Taki rozdział pozwala, by DORSZ koncentrował się na kierowaniu operacjami wojskowymi, zaś kwestie administracyjne, takie jak szkolenie wojsk, uzupełnianie, zakwaterowanie, tyłowa logistyka (zakupy sprzętu, gromadzenie zapasów, remonty), po prostu go nie obchodziły. Dowództwo Operacyjne RSZ może zająć się wyłącznie kierowaniem wojskami i orientowaniem się w sytuacji na polu walki, ewentualnie bieżącym zaopatrywaniem wojsk poprzez odbieranie zapasów od jednostek podległych Inspektoratowi Wsparcia Sił Zbrojnych i przekazywanie ich jednostkom walczącym na froncie. Dowództwo Generalne RSZ równocześnie szkoli i wyposaża nowe jednostki, przeszkala rezerwy dosyłane jako uzupełnienie do walczących wojsk oraz organizuje integrowanie dosyłanych przez NATO sił jako przedstawiciel państwa gospodarza (HNS – Host Nation Support), zaś Inspektorat Wsparcia SZ kieruje przestawioną na tory wojenne gospodarką w części militarnej, gromadząc zapasy, organizując poważniejsze remonty i produkcję wojenną.


                                                    I tak cała machina kierowania wysiłkiem obronnym kręci się bez zarzutu, a każdy ma swój obszar, za który odpowiada. Roboty jest dość dla wszystkich.

                                                    Rosyjska filozofia dowodzenia

                                                    A u Rosjan jest inaczej. Dowódca każdego szczebla odpowiada dosłownie za wszystko. Za wyszkolenie bojowe i za pomalowanie bramy jednostki. Za stan uzbrojenia i pilnowanie magazynów, za gotowość bojową i drożność toalet w koszarach. W ten sposób się nie da dowodzić, bo nie można skoncentrować się na rzeczywiście ważnych rzeczach. Na niższych szczeblach to dopuszczalne, bo wiele funkcji logistyczno-administracyjnych biorą na siebie zakontraktowane firmy cywilne, trzeba jedynie umieć radzić sobie w warunkach polowych, co jest okresowo ćwiczone. Jednak kiedy dochodzimy do szczebla korpusu i wyżej, w armiach NATO funkcje szkolno-administracyjne i czysto operacyjno-bojowe rozdziela się. Dlatego w Poznaniu Amerykanie umieszczają dowództwo V Korpusu bez wojsk, bo wojska na wypadek wojny, przygotowane i wyszkolone, dostanie od III Korpusu z Fort Hood w Teksasie lub XVIII Korpusu Powietrzno-Desantowego z Fort Bragg w Północnej Karolinie, które właśnie odpowiadają za przygotowanie sił, ale nie za dowodzenie w walce.

                                                    Teoretyczny zamysł Rosjan od czasów II wojny światowej był taki, że dowództwa okręgów wojskowych na wypadek wojny rozpączkowują się w dowództwa frontów (jak na przykład 2. Front Białoruski w II wojnie światowej) oraz szkieletowe elementy administracyjne pod starą nazwą okręgu wojskowego. Czyli że z okręgu wydzielany jest element dowódczy pod nazwą „front”, zaś element administracyjny pod nazwą „okręg wojskowy” zostaje na miejscu i generuje nowe siły na potrzeby uzupełnień frontów. Wszystko wskazuje na to, że i tym razem tak właśnie uczyniono, wydzielając z obu okręgów sztab dowodzenia i tworząc tzw. grupy wojsk. Mało kto pamięta, ale w czasach Układu Warszawskiego w odniesieniu do wysuniętych ku NATO zgrupowań wojskowych nie używano mogącej drażnić nazwy „front”, ale „grupa wojsk”. Była zatem Północna GW w Polsce, Zachodnia GW w NRD, Centralna GW w Czechosłowacji i Południowa GW na Węgrzech.

                                                    W przypadku Południowego OW na czele dzisiejszej Południowej GW stoi gen. armii Siergiej Surowikin, choć teoretycznie etatowym dowódcą Południowego OW jest Aleksandr Dwornikow. Wcześniej krążyły plotki o jego odwołaniu, m.in. za nadużywanie alkoholu. Oskarżenie o nadużywanie alkoholu w Rosji jest o tyle niezwykłe, że na coś takiego naprawdę trzeba sobie zapracować. Mamy jednak pewne podejrzenie, że gen. armii Surowikin stanął na czele wydzielonej z okręgu Południowej GW, zabierając ze sobą 8. Armię Gwardii, 49. Armię, 58. Armię i 22. Korpus Armijny (z Krymu) i dodatkowo dostając 5. Armię (ze Wschodniego OW), zaś pozbawiony wojsk Południowy OW jako jednostka czysto administracyjno-tyłowa pozostał pod dowództwem gen. armii Dwornikowa, co i tak byłoby dla niego sporą degradacją. Oba sztaby, Południowej GW i Południowego OW, mogą pozostać w Rostowie nad Donem, tak jest wygodnie. Natomiast gen. płk Aleksandr Lapin mógł stanąć na czele sztabu dowodzenia Centralnej Grupy Wojsk, wydzielonego z jego własnego Centralnego OW, zostawiając na stanowisku dowódcy OW sprowadzonego do roli administracyjnej niższego stopniem oficera. Ponieważ sztab Centralnego OW mieści się w Jekaterynburgu na Uralu, zapewne sztab Centralnej GW umieszczono gdzieś bliżej rejonu działań, prawdopodobnie w Biełgorodzie. Podporządkowano jej 1. Armię Pancerną Gwardii (z Zachodniego OW), 2. Armię Gwardii (własną), 6. Armię (z Zachodniego OW), 20. Armię Gwardii (z Zachodniego OW), 29. Armię (ze Wschodniego OW), 35. Armię (ze Wschodniego OW), 36. Armię (ze Wschodniego OW), 41. Armię (własną) i 68. Korpus Armijny (z Sachalinu).

                                                    A kto koordynuje działania obu tych dowództw? Wygląda na to, że zajmuje się tym bezpośrednio Sztab Generalny SZ Rosji, co nie jest rozwiązaniem efektywnym. Przykładem może być przenoszenie sił między grupami wojsk w razie wystąpienia takiej potrzeby. Teraz o takim ruchu musi zdecydować sam szef Sztabu Generalnego, nie mając wyczucia sytuacji, jakie mógłby mieć dowódca obecny na miejscu i zajmujący się wyłącznie prowadzeniem „operacji specjalnej”, a nie jeszcze setkami innych obowiązków.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.07.22, 21:43
                                                    Cd 144


                                                    Cele Rosji nie ograniczają się do Donbasu

                                                    W rejonie na południe od Iziumu prowadzono ostrzał artyleryjski i ataki lotnicze, ale nie podejmowano żadnych szturmów. Nie oznacza to wcale, że nie planuje się tu żadnych uderzeń. Według Sztabu Generalnego Ukrainy rosyjskie wojska przegrupowują się tu do wznowienia ataków na Słowiańsk i na Barwinkowe.

                                                    Prowadzono natomiast ataki ze wschodu w kierunku na Siewiersk. Walki trwały tu w miejscowościach Hryhoriwka, ok. 10 km na północny wschód od Siewierska, nad Dońcem oraz we wsi Iwano-Darjiwka, 5–6 km na południowy wschód od Siewierska. Wygląda zatem na to, że Spirne zostało jednak oddane. Ukraińskie wojska dokonały tu pewnej rotacji. Do przodu wysunięto 17. Brygadę Pancerną im. Konstantina Pastuszka, zaś brygady OT (101. Zakarpacka BOT i 115. Żytomierska BOT) zostały cofnięte do drugiej linii, za Siewiersk, po jego południowej i północnej stronie.

                                                    Pod Bachmutem Rosjanie też usiłowali nacierać, ale również zostali odparci. Tutaj wytworzyła się ciekawa sytuacja, bowiem na południe i południowy wschód od Bachmutu znajduje się jezioro Łuhań, które trzeba obejść z jednej lub drugiej strony. Po północnej stronie jeziora jest słynna już Wuhlehirska Elektociepłownia, w której uporczywie broni się 30. Brygada Zmechanizowana im. Księcia Konstantina Ostroskogo. Dlatego Rosjanie z piechoty morskiej usiłowali obejść jezioro od południa, wspierani przez jednostkę donieckich separatystów o wdzięcznej nazwie 2. Batalion Czołgów „Diesel”. Jednak i tu zostali odparci, choć obrona ukraińska z pozoru wydawała się słabsza.

                                                    Pod Charkowem Rosjanie znowu bezskutecznie atakowali. Ukraiński wywiad GUR przechwycił rozmowę rosyjskich dowódców, w której przyznają oni, że nie obchodzą ich straty, a jedynie „wzięcie Charkowa”. Wg wywiadu ukraińskiego „głowa” separatystycznej republiki charkowskiej, którą chcą wykreować Rosjanie, Witalij Ganczew podpisał 16 lipca porozumienie o wzajemnej pomocy i współpracy ze stojącym na czele Ługańskiej Republiki Ludowej Leonidem Pasecznikiem. Przypomnijmy, że za Stalina też utworzono rząd „radzieckiej Flinlandii” z kolaborantem Otto Kuusinenem na czele, późniejszym członkiem Biura Politycznego KC KPZR. Widać zatem wyraźnie, że cele Rosji nie ograniczają się do Donbasu.

                                                    Osiem zasad sztuki wojennej Fullera

                                                    Inicjatywa to jedna z ośmiu zasad sztuki wojennej na poziomie operacyjnym, spośród których sześć sformułował swego czasu genialny brytyjski generał John F.C. Fuller, uczestnik I wojny światowej, a później teoretyk strategii militarnej. Wielki zwolennik mechanizacji wojska i czołgów. Wspomniane zasady to: celowość, inicjatywa, koncentracja sił, ekonomia wysiłku, zaskoczenie i synergia. Z czasem doszły jeszcze dwie: przewaga w powietrzu i przewaga informacyjna. Czasem na poziomie operacyjnym (a już na pewno na niższym, taktycznym) dodaje się także jednoosobowe dowodzenie.



                                                    Najciekawsze jednak jest co innego. Kiedy w latach 1981–85 kończyłem Wyższą Oficerską Szkołę Lotniczą w Dęblinie, owe zasady wykładano nam idealnie w Fullerowskim brzmieniu z jednym wyjątkiem. Oczywiście przedstawiano nam to jako genialne osiągnięcie sowieckiej sztuki wojennej, o Fullerze nikt się nie zająknął. Nie bez przyczyny – był to w istocie kanon sowieckiej sztuki wojennej przepisany do Regulaminu Walki Sił Zbrojnych PRL. Ta sowiecka mentalność przypisywania wszystkich zasług świata sobie pozostała do dziś w rosyjskiej mentalności. A owe zasady istnieją obiektywnie, jak zasady kinematyki Newtona czy na przykład prawa rządzące ekonomią. Ale w ZSRR za żadne skarby nie można było przyznać, że odkryto te zasady na „zgniłym Zachodzie”, a nie w przodującym kraju świata. Na przykład w sowieckim podręczniku aerodynamiki można było przeczytać, że liczba Ma, czyli wartość prędkości dźwięku na danej wysokości, pochodzi od rosyjskiego artylerzysty Aleksandra Mańkowskiego, który już w XVI w. w czasie strzelania z działa odkrył huk. O austriackim fizyku Ernście Machu, który jako pierwszy w 1887 r. zmierzył prędkość dźwięku i przewidział efekt „bariery dźwięku”, w sowieckim podręczniku nic nie było. Oczywiście w PRL mówiono normalnie „liczba Macha”, a podchorążowie żartowali, że według tego podręcznika silnik wysokoprężny wynalazł Siergiej Iwanowicz Dizel.


                                                    Inicjatywa na wojnie. Czy warto ją mieć?

                                                    Wyjątkiem w sowieckich zasadach przepisanych żywcem z Johna Fullera była właśnie inicjatywa. Co ciekawe, Sowieci rozbijali ją na dwie oddzielne zasady: aktywność i ciągłość. Chodziło o to, że sowiecka szkoła wojenna nie uważała obrony za działania równorzędne z ofensywą. Ofensywa była podstawowa, a obrona wymuszona, chwilowa, z której jak najszybciej trzeba było przejść do ponownego natarcia. Trzeba przyznać, że była to bardzo agresywna doktryna wojenna i jak widać, w Rosji nic się nie zmieniło. Dlatego nie wystarczyło mieć inicjatywę, czyli np. w czasie działań obronnych dokonać efektywnych, paraliżujących przeciwnika uderzeń lotniczych i/lub rakietowych. Po prostu trzeba było nacierać (aktywność) i to w sposób nieprzerwany (ciągłość).

                                                    Właśnie z tego powodu rosyjska przerwa operacyjna w Donbasie, trwająca dosłownie tydzień, została tak szybko przerwana. Rosyjscy dowódcy zwyczajnie nie wyobrażają sobie takiej bezczynności, choćby po to, by wcielić do jednostek uzupełnienia, dokonać napraw sprzętu, uzupełnić stany zapasów logistycznych. Żołnierze nie mogą tak po prostu siedzieć w okopach i dłubać w nosie z nudów. Powinni nieustannie nacierać, atakować, szturmować, choćby mieli ginąć setkami. W końcu jednak któryś z ataków da jakąś małą korzyść, kilometr, może dwa. Dlatego właśnie wspomniana przerwa wystarczyła żołnierzom co najwyżej na oddanie bielizny do prania.

                                                    Inicjatywa jest jednak niezwykle istotna w działaniach wojennych, zresztą zapewne w wielu obszarach działalności człowieka. W biznesie jej odpowiednikiem jest „innowacyjność”. Przejmując inicjatywę, co niekoniecznie musi oznaczać wieczne nacieranie, stawiamy przeciwnika w sytuacji ciągłego reagowania na nasze posunięcia. Jeśli ktoś gra w szachy, wie, że jeśli się tylko reaguje na ruchy konkurenta, uciekając przez szachem, to w końcu się tę partię przegra.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 17.07.22, 21:44
                                                    Dokończenie 144

                                                    Pętla Boyda. OODA: Observe, Orient, Decide, Act

                                                    Znaczenie inicjatywy szczególnie docenił amerykański teoretyk wojskowy z lat 70. płk John Boyd. Sformułował on nawet słynną zasadę pętli OODA – Observe, Orient, Decide, Act – obserwuj rozwój sytuacji, orientuj się w niej, decyduj, działaj. Pętla, bo Boyd od razu powiedział, że skutkiem naszego działania będzie zmiana sytuacji, którą trzeba ponownie obserwować, zorientować się w tych zmianach, podjąć ponowną decyzję i działać – i tak w kółko. Płk Boyd napisał, że kto jest w stanie ową pętlą kręcić szybciej, ten wygrywa. Jako przykład podał kampanię francuską, w której Brytyjczycy i Francuzi, realizując pierwotny plan zajęcia większością swoich sił wysuniętych pozycji obronnych w Belgii, nie dostrzegli, że Niemcy przeszli swoimi czołgami przez Ardeny, a następnie sforsowali Mozę pod Sedanem i wyszli na tyły głównych sił aliantów. W ten sposób alianci stracili inicjatywę, a nie orientując się w sytuacji na czas, wysuwając się do Belgii, tylko pogorszyli własną sytuację – jak mysz włażąca głębiej w pułapkę. W rezultacie zostali odcięci w rejonie Dunkierki, co skończyło się sromotną ucieczką.

                                                    Ale tu role się odwróciły. Z Niemców zeszła para, musieli podciągnąć piechotę, która została z tyłu za czołgami, i do likwidacji powstałego kotła przystąpili niemrawo. W ten sposób oddali inicjatywę Brytyjczykom, którzy nie zastanawiając się wiele, zdołali ewakuować spod Dunkierki ponad 300 tys. żołnierzy, głównie własnych, ale też i francuskich, belgijskich, holenderskich. Później te wojska bardzo im się przydały w ostatecznym pokonaniu Niemiec.

                                                    Oczywiście nie wszyscy docenili znaczenie pętli OODA. Francuzi pokpiwali z Amerykanów: Observe, Overreact, Destroy, Apologize, czyli obserwuj, reaguj nerwowo, zniszcz, przeproś. Jednakże błyskotliwa operacja Cobra II, czyli ofensywna część Iraqi Freedom, którą gen. Tommy Franks przeprowadził w mistrzowski sposób, pokazała, że OODA jak najbardziej działa. Szybkość, z jaką Amerykanie działali w Iraku, oraz śmiałość samego manewru sparaliżowała decyzyjnie irackie dowództwo, którego reakcje zawsze były spóźnione i nieadekwatne do dynamicznie zmieniającej się sytuacji. Do tego stopnia, że kiedy minister propagandy Iraku Mohammed Saeed al-Sahhaf (znany jako Comical Ali – komiczny Ali, w nawiązaniu do gen. Alego Hassana al-Majida używającego broni chemicznej przeciwko Kurdom, znanego jako Chemical Ali) prowadził jedną ze swoich konferencji prasowych w Bagdadzie, za jego plecami pojawiły się amerykańskie bojowe wozy piechoty M2 Bradley.

                                                    Inicjatywa Ukraińców – nowy, trzeci etap wojny

                                                    Rosjanom daleko do takiej sprawności. Raczej bliżej im do zbiurokratyzowanej i zcentralizowanej armii Saddama Husseina. Dlatego Ukraina musi przejąć inicjatywę. Przejęcie inicjatywy przez Ukraińców rozpocznie nowy, trzeci etap tej wojny.

                                                    Do pewnego stopnia ukraińskie wojska już to zrobiły. Działania HIMARS-ów przeciwko rosyjskim składom amunicji, ale też i stanowiskom dowodzenia (pod Kupiańskiem zaatakowano dowództwo 106. Tulskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, zabijając trzech zastępców dowódcy tej dywizji i kilku innych oficerów sztabu), to jest już częściowe przejęcie inicjatywy, na które Rosjanie muszą reagować. Rozpraszać swoje zapasy logistyczne, pilnie je uzupełniać, co okazuje się niemożliwe, a w konsekwencji zmniejszać intensywność własnych działań.


                                                    Na pewno przejęciem inicjatywy będzie wejście do działań amerykańskich samolotów bojowych, bowiem jest nadzieja, że Ukraińcy z doradztwem NATO pokażą Rosjanom, co znaczy powietrzna przewaga. I jakie są jej konsekwencje. O powietrznej przewadze też napiszemy, bo to prawdziwy game changer.

                                                    Musi też w końcu nastąpić przejęcie inicjatywy na lądzie, czyli wprowadzenie do działań ofensywnych, formowanych na sprzęcie NATO, ukraińskich jednostek. Czekamy na to z wielką niecierpliwością. Zakładamy jednak, że Sztab Generalny SZ Ukrainy, z odpowiednią poradą ze strony państw zachodnich (USA nie oddaje broni za miliardy dolarów, mówiąc „róbta z tym, co chceta”) i z dużo większą świadomością sytuacji niż my wszyscy, doskonale wie, co robi. Czego pewnie za jakiś czas da nam dowód.

                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 19.07.22, 09:05
                                                    Koledzy
                                                    Na pozycji 144 zakończyłem kopiowanie felietonów mjr Fiszera z Polityki dot. wojny na Ukrainie.
                                                    Nie wolno tego robić.
                                                    Pozdrawiam
                                                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 13.07.22, 22:44
                                                    Mowi sie o dostawie Excaliburów dla Ukrainy. Beda wiec mozliwe aryleryjskie ataki snajperskie.
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 14.07.22, 20:10
                                                    Co to znaczy „mówi się”?
                                                    Kto mówi i czy jest wiarygodny?
                                                  • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 12.06.22, 12:20
                                                    Mój przyjaciel, doktor historyk uniwersytecki, nie ipeenowski, postanowił wybrać się na spotkanie z Suworowem, bo był z nim „panel dyskusyjny” w jakimś klubie niezłomnych Polaków .
                                                    Najpierw nie chcieli go wpuścić, choć przyjęto zgłoszenie.
                                                    Potem przemawiał guru, a gawiedż łykała jego pier….nie, jak gęś kluski. Otaczał guru kręg alkolitów bedęcych jednocześnie ochroną.
                                                    Po przemówieniu kolega chciał podyskutować z guru, ale nie dopuszczono go do głosu. Guru spojrzał na zegarek i alkolici wyprowadzili go wejściem dla służby .
                                                    Tak to q…wa działa.
                  • bmc3i Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 31.05.22, 21:26
                    odyn06 napisał:

                    > Kto chce, ten ma:
                    > 96
                    > Ukraińcy mówią, że chcą 300 czołgów, 600 bojowych wozów piechoty, 300 haubic, 1
                    > 00 wieloprowadnicowych wyrzutni... Widzicie to samo co ja? Pewnie nie, nie każd
                    > y ma bzika na punkcie wojskowości. Już tłumaczę.
                    >

                    W tym kontekscie te 500 wyrzutni Blaszczaka nie brzmi juz absurdalnie
                    • odyn06 Re: Bitwa od Donbas - analiza operacyjna 01.06.22, 17:39
                      Etaty, Matrek, etaty.
    • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:21
      113

      Na frontach bez znaczących zmian, ale intensywność walk nie słabnie. Wciąż dominuje artyleria, tymczasem sprawne i właściwie użyte lotnictwo naprawdę mogłoby wpłynąć na przebieg wojny.

      Pod Charkowem front przesuwa się nieznacznie w okolicy linii Rubiżne (nie mylić z Rubiżnem w obwodzie ługańskim)–Izbickie–Wesele–Borszczowa–Dementiwka–Prudianka–Udy. Tylko Ternowa trafiła znów pod rosyjską kontrolę. Można powiedzieć, że linia frontu wije się tu jak wąż, to w jedną stronę, to w drugą.

      W okolicach Iziumu rozwija się zaś ciekawa sytuacja. Według niektórych informacji Ukraińcy prowadzą działania w lasach na zachód od miasta. Są to przypuszczalnie grupy specjalsów. Nie wprowadza się tu większych sił, by nie alarmować Rosjan i nie wywołać ich silnej reakcji. Chodzi o pozbawienie zaopatrzenia wojsk walczących w okolicach Słowiańska i Barwinkowego.

      Na osi Izium–Słowiańsk Rosjanie z kolei znów zrobili nieznaczne postępy. Po zdobyciu miejscowości Dowieńki, Pasika i Bohorodyczne ciężar walk spadł na Dołynę i Krasnopylię na głównej drodze Izium–Słowiańsk.

      Dalej na wschód linia frontu oparła się o Doniec, ale mimo spadku poziomu wód Rosjanie niespecjalnie starają się sforsować rzekę. Zaobserwowano przy tym, że gromadzą się w okolicach Bilohoriwki na północ od Siewierska. Typowa rosyjska taktyka: nie udało się – trzeba spróbować jeszcze raz, najlepiej w tym samym miejscu.

      Tymczasem Ukraińcy nadal bronią się na terenie Azotów w Siewierodoniecku, a pojawiają się niepotwierdzone doniesienia, że są obecni także poza zakładami. Nadal mają możliwość, choć ograniczoną, zaopatrywania się przez Doniec. Jeśli nie brodami, to przy pomocy promu albo łodzi – saperzy na wojnie zajmują się minami, ale mają też różne środki przeprawowe.

      Za to Lisiczańsk, choć na razie niezagrożony atakiem przez Doniec, nie jest w najlepszej sytuacji. Ryzyko widać bardziej od południa. Rosyjskie źródła mówią o ataku w Toszkiwce, co by oznaczało, że miasto nie znalazło się pod całkowitą kontrolą Rosjan. Walki nadal toczą się też w Ustiniwce – od ponad dwóch tygodni w tych samych miejscach.


      Wściekły ostrzał na całej linii frontu

      Rosyjskie źródła przejawiają ostatnio nieco mniej optymizmu. Jak donoszą, najeźdźcy mają nadzieję zamknąć „mniejszy kocioł” z miejscowościami Hirskie i Zołote. Ale nawet tak małe okrążenie nie wychodzi. Na tym kierunku pojawiły się niedawno siły podległe 8. Armii. Droga Bachmut–Lisiczańsk wciąż jest pod kontrolą Ukrainy, choć nie mogą się tędy zaopatrywać – Rosjanie są zwyczajnie za blisko.

      Kolejny mały kocioł zaczyna się formować na zachód od Popasnej – walki toczą się w miejscowościach Roty i Widrodżennja. Obszar, któremu grozi odcięcie, jest niewielki – obejmuje Myroniwkę, elektrownię Switłodarśk i wieś Kodema, ukraińska 30. Brygada Zmechanizowana im. Kniazia Konstantego Ostrogskiego trzyma tu pozycje na rzece Łuhań. Do odcięcia jednak daleko – front w okolicach Gorłowki i Toriecka nie ruszył się od początku wojny.

      W obwodzie zaporoskim bez zmian. Rosjanie nadal uzupełniają siły, by wzmocnić kierunek Ochiriw–Hulajpole. Pomóc ma w tym sprzęt dostarczany przez Krym. Według ukraińskiego sztabu generalnego w Melitopolu został rozmieszczony rosyjski „kompleks walki radioelektronicznej”. Najpewniej w celu zakłócania łączności partyzantów i ukraińskich sił specjalnych. Ślady działalności partyzanckiej pojawiły się też w Mariupolu, gdzie zaatakowano ponoć pracowników rosyjskiego resortu nadzwyczajnych sytuacji.

      W obwodzie chersońskim Ukraińcy zniszczyli skład amunicji w Nowej Kachowce. Poza tym linia frontu się nie zmieniła. Chersoń wciąż jest miejscem intensywnej działalności partyzantów, choć ograniczonych głównie do wywierania presji psychicznej na kolaborantach.

      Wzdłuż całej linii frontu trwa wściekły ostrzał – widać przewagę Rosjan pod względem siły ognia. Zaatakowany został też Nowomoskowsk nieopodal Dniepru, a śmigłowce rzuciły rakiety niekierowane w obwodzie sumskim, czyli na północy kraju. W okolicach Sum było słychać wybuchy, szczegółów na razie brak. Rosyjskie lotnictwo działa praktycznie tylko wzdłuż linii frontu, oczywiście najintensywniej w Donbasie. Dlaczego tam? Należałoby się przyjrzeć, jakie zadania wykonują tu samoloty.
      Atomówka to nie wszystko

      Wsparcie z powietrza w normalnych warunkach decyduje o sukcesie. Ale nie u Rosjan. Pomijając kulejące współdziałanie między wojskami lądowymi a siłami powietrzno-kosmicznymi, już same statki powietrzne to ciekawa sprawa. Podstawowym samolotem szturmowym pozostaje bowiem Su-25, nie dość, że stary, to w dodatku... nie był produkowany w Rosji!

      Gdy Sowieci przygotowali nową doktrynę wojenną w 1956 r., wykorzystując doświadczenia z ćwiczeń z bombą atomową na poligonie Tockoje, uznali, że bezpośrednie wsparcie lotnicze nie im już jest potrzebne. Na jądrowym polu walki wojska nie będą wszak tworzyły gęstej obrony, będą w nieustannym ruchu. Gdybyśmy jednak natrafili na uporczywą obronę – łubudu atomówką i po sprawie.

      Ale pierwsze lata wojny w Wietnamie pokazały Rosjanom, że intensywna wojna może być prowadzona środkami konwencjonalnymi. Kubański kryzys rakietowy z 1962 r. dowiódł, że nie tak łatwo sięgnąć po jądrowy argument. Było jasne, że wojna atomowa to zagłada ludzkości. Zresztą II wojnę światową stoczono bez użycia broni chemicznej, choć wszystkie walczące państwa posiadały ją w znacznej obfitości. Po prostu nikt się na to nie odważył w obawie przed silnym chemicznym odwetem.

      Dlatego po dojściu Breżniewa do władzy w październiku 1964 r. nastąpił zwrot. Powstało wiele nowych typów uzbrojenia potrzebnego w wojnie konwencjonalnej. W lipcu 1967 podjęto np. opracowanie samobieżnej haubicy 2S3 Akacja 152 mm. Wcześniej, w 1955 r., Chruszczow kazał przerwać prace nad lufową artylerią samobieżną – bo po co? Są rakiety i głowice atomowe, wystarczy.

      Czytaj też: Miły świat się skończył. Tej wojny nikt nie może przegrać ani wygrać
      Latające czołgi, słynne pancerne Ił-2

      W 1968 r. w biurze konstrukcyjnym Pawła Suchoja, pod kierunkiem Olega Samojłowicza, podjęto prace nad nowym samolotem szturmowym do wsparcia wojsk. Znów był potrzebny. Miał być następcą słynnego Ił–2 z II wojny światowej, nazywanego „latającym czołgiem”. Iły-2 zrzucały bomby, odpalały rakiety niekierowane (takie lotnicze Katiusze) i ostrzeliwały Niemców z broni pokładowej, udzielając własnym wojskom efektywnego wsparcia.

      Źródłem sukcesu Ił-2 było to, że faktycznie był latającym czołgiem. Nie zachwycał prędkością czy pułapem, ale cały silnik i główny zbiornik paliwa znajdował się w pancernej skorupie, stanowiącej część nośną konstrukcji. Kabinę pilota i strzelca pokładowego chroniły kolejne pancerne płyty. Iły-2 wracały na lotniska paskudnie postrzelane, były naprawiane i następnego dnia znów szły do walki. Może nie były całkiem niezniszczalne, ale bardzo wytrzymałe i odporne.

      Su-25 miał być podobnie zbudowany. Też dostał pancerne płyty osłaniające pilota, bęben z amunicją do działka, oba silniki i umieszczone między nimi zbiorniki paliwa. Pancerz kabiny i zbiorników ma grubość do 18 mm, niemal dokładnie tyle samo co bojowy wóz piechoty BMP-1. Choć ten ostatni nie lata, a tylko pływa. Su-25 nie jest samolotem naddźwiękowym, rozwija 950 km/h, ale to w zupełności wystarczy do zadań, które wykonuje.

      Pierwszy Su–25 oblatano 22 lutego 1975 r., a produkcja seryjna zaczęła się w 1980 w zakładzie w Tbilisi w radzieckiej Gruzji i trwała nieprzerwanie do 1992 r. Zbudowano 1320 sztuk. Pewna część (ok. 150 maszyn) powstała w dwumiejscowej wersji szkolno-bojowej w Ułan Ude.

      Lecicie nisko, wstrzymujecie oddech i...

      Wszystkie używane przez Rosję Su-25, a latają obecnie w czterech pułkach i w jednej eskadrze piątego, mają więc co najmniej 30 lat. Choć były modernizowane, to nadal są jak z minionej epoki. Ich główną wadą jest to, że przenoszą niewiele uzbrojenia kierowanego, tylko rakiety kierowane laserowo Ch-25MŁ po 400 kg. Odpalenie ich wymaga podejścia do celu na ok. 7 km, pilot musi w dodatku wzrokowo znaleźć cel i wskazać go stacji laserowej Klon. Nie jes
      • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:23
        Cd 113

        Odpalenie ich wymaga podejścia do celu na ok. 7 km, pilot musi w dodatku wzrokowo znaleźć cel i wskazać go stacji laserowej Klon. Nie jest to łatwe, można w ten sposób atakować duże cele, jak most pontonowy, który z takiej odległości jeszcze da się zobaczyć. Jeśli cel jest mniejszy, jak dywizjon artylerii, trzeba ostrzelać go z rakiet niekierowanych 80 mm lub 57 mm. Zanurkować na te działa z płaskim kątem z wysokości ok. 1000 m i odległości 2–2,5 km. Po odpaleniu rakiet można odejść ostro w bok, wyrzucając cały czas pułapki na podczerwień. Samolot jest narażony na zestrzelenie, głównie z przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych, odpalanych z ramienia, znanych na Zachodzie jako MANPADS (Man Portable Air Defense System).

        To dość archaiczny sposób ataku. Wyobraźcie to sobie: wlatujecie na skrajnie małej wysokości nad pole walki. Wszędzie dymy i pożary. Nagle lecą w waszym kierunku setki pocisków, smugi zbliżają się ze wszystkich stron, pędzą prosto na was... A teraz trzeba wstrzymać oddech, szybkim ruchem drążka wzbić się na kilkaset metrów, włączyć zakres „ataka” komputera pokładowego, przerzucić maszynę przez skrzydło, ale tak, by prowadzony przez was pilot się nie zgubił ani w was nie uderzył, i zanurkować w stronę przeciwnika. Uchwycić grupę czołgów czy piechoty w celownik, kciukiem lewej ręki na dźwigni obrotów silnika nacisnąć „zapusk”, by włączyć dalmierz laserowy, odbezpieczyć przycisk bojowy na drążku sterowym, wycelować – a gdy wskaźnik odległości do celu na szybie wejdzie w zakres „efektiwnyj ogoń”, co zwykle trwa dwie–trzy sekundy, nacisnąć przycisk spustowy. W tym momencie przed samolotem pojawia się kupa dymu i ognia z silników odpalanych przez was rakiet. Trzymacie przycisk ponad sekundę, a seria rakiet nie przestaje lecieć, wszędzie pełno dymu, słyszycie tylko „pum, pum, pum, pum” – to huk waszych rakiet. Po ich zejściu trzeba zrobić gwałtowny zwrot, naciskając przycisk „pusk ASO”, czyli odpalenia flar zakłócających. Już można zacząć oddychać i ocenić, w jakim stanie jest samolot i czy pilot wciąż jest obok was, czy też zamienił się w gruz 200. Taka szalona gra w rosyjską ruletkę.

        Rosjanie z całą pewnością stracili dotąd siedem Su-25, a Ukraińcy (też na nich latają) – pięć. A to tylko te przypadki, gdy udało się wykonać zdjęcia wraków. Ile stracono naprawdę? Pewnie jakieś 20 po stronie rosyjskiej, może 10 po ukraińskiej. Z całą pewnością zginęło dwóch rosyjskich i trzech ukraińskich pilotów tych maszyn. Nie licząc dwóch Rosjan z Grupy Wagnera, którzy też latali na Su-25 w ramach wsparcia grupy. Swoją drogą, kto im dał samoloty rosyjskich sił powietrzno-kosmicznych, skoro to rzekomo prywatna firma? Guzik tam prywatna, śmierdzi GRU na kilometr, to banda najemników rekrutowanych spośród emerytowanych wojskowych i innych zabijaków.


        A tak to robią F-16

        Weźmy teraz polską armię. Wyobraźmy sobie, że toczymy wojnę i nagle jedna z naszych brygad, atakowana przez silniejszego wroga, potrzebuje odciążenia, czyli wsparcia lotnictwa. Na szczęście przy dowództwie brygady jest zespół dowodzenia lotnictwem: Tactical Air Control Party (TACP), który ma łączność z centrum operacji powietrznych i jest w stanie wezwać na pomoc dwa–cztery F-16 z bombami kierowanymi JDAM. Każdy samolot przenosi przykładowo po osiem bomb 225 kg sterowanych GPS. Przy każdym z trzech batalionów brygady jest sekcja złożona z oficera naprowadzania lotnictwa i operatora radiostacji (ROMAD – Radio Operator, Maintenance And Driver). Kontroler JTAC (Joint Terminal Attack Controller – oficer naprowadzania lotnictwa) musi umieć rozmawiać przez dwie radiostacje naraz: z lądowym dowódcą, którego wojska wspiera, i z prowadzącym grupę samolotów.

        Można dokonać ataku tak jak w przypadku Rosjan czy Ukraińców – pilot widzi cel. Nazywa się to BOT – Bomb on Target. Cała istotna różnica polega na tym, że pilot naszego F-16 obserwuje cel przez kamery zasobnika Sniper, lecąc 10–15 km od wroga nad własnym terenem, na wysokości 10 tys. m, grubo poza zasięgiem wszelkich działek przeciwlotniczych, przenośnych rakiet przeciwlotniczych itp. Nikt do niego nie strzela. Rakiety średniego zasięgu, które mogłyby mu zagrozić, uciszyła inna para F-16, odpalając przeciwradarowe rakiety HARM i niszcząc radary kierowania ogniem przeciwnika.

        Teraz JTAC sięga po laserowy dalmierz – podświetlacz celu – z odległości kilku kilometrów, kolejno wskazując obiekty do zaatakowania. Promień lasera dotyka wrogich grup czołgów, stanowisk moździerzy, pozycji karabinów maszynowych i piechoty próbującej ruszyć do ataku. Promień lasera jest niewidoczny dla ludzi, ale widać go na ekranie w kabinie F-16 dzięki termowizyjnej kamerze zasobnika Sniper. Pilot wciska przycisk parokrotnie, „zdejmując” współrzędne celów, i sankcjonuje transfer danych do kolejnych bomb. Mija kilka minut, pada komenda JTAC-a – „cleared hot”, zezwalam na atak! F-16 robią zakręt w stronę celu, są teraz 6–8 km od niego. Następuje zrzut bomb i szybkie odejście. Wiązanka bomb rozlatuje się do swoich celów. Nagle w ugrupowaniu przeciwnika dochodzi do licznych wybuchów: dwa samoloty zrzuciły 16 bomb albo cztery samoloty – 32. Płoną czołgi i transportery opancerzone, milkną rozbite moździerze, słychać jęki rannych, soczyste przekleństwa dowódców usiłujących zaprowadzić porządek w szeregach. Wrogie natarcie załamuje się. W tym momencie nasza brygada przechodzi do kontrataku...

        Jest jeszcze jeden sposób ataku – BOC, czyli Bomb on Coordinates. Koordynaty celu podał bezpilotowiec, JTAC nie widzi go na własne oczy, a tylko obraz z drona na ekranie laptopa. JTAC w porozumieniu z dowódcą lądowym informuje prowadzącego ugrupowanie samolotów, za jaką rubieżą może zaatakować cel, który wykryje i gdzie nie ma już własnych wojsk. Koordynaty przekazano do centrum operacji powietrznych, stąd trafiły do samolotów, a dalej – do pamięci komputera bomb JDAM albo pocisków JSOW. W tym ostatnim przypadku nasze F-16 w ogóle nie muszą się zbliżać do linii wroga. Pociski mogą odpalić z odległości 50–75 km. Potem szybują już wprost na podane współrzędne geograficzne. Wyobraźmy sobie: jedzie wroga kolumna, czołgi, transportery opancerzone, działa samobieżne, ciężarówki. Widzieli mały aparat bezpilotowy jakieś 15 minut wcześniej, nawet go ostrzelali, ale odleciał. I po krzyku. Tymczasem wcale nie, bo już zmierzają do nich pociski JSOW. Żołnierze jeszcze nie wiedzą, że ich minuty są policzone...


        Lotnictwo może dużo. Jeśli ma czym i potrafi

        Wcale nie musimy atakować z bliska, nie musimy wchodzić w zasięg wrogiej obrony, a jednocześnie możemy bardzo precyzyjnie i dość masowo niszczyć wrogie cele. Nawet gdyby kazano nam atakować z widzialnością i bezpośrednim celowaniem, w tzw. trybie danger close, czyli uderzyć w obiekt w odległości od kilkuset metrów do 2 km od własnych wojsk. Nawet wtedy możemy użyć kierowanych termowizyjnie rakiet Maverick odpalanych z dystansu 15–20 km albo bomb Paveway kierowanych laserowo: cele podświetla laser za pomocą JTAC-a, obok którego stoi dowódca lądowego batalionu, potwierdzając, że podświetla się właściwie. Mamy w Polsce całe opisane tu uzbrojenie i wyposażenie.

        Taka jest różnica jakościowa między lotniczym sprzętem rosyjskim a natowskim. Muszę przyznać, że jesteśmy w stanie wspierać wojska o wiele lepiej niż Rosjanie czy nawet Ukraińcy, którzy niestety nie mają takiego wyposażenia. Potrzeba tylko więcej F-16 czy F-35, uzbrojenia (kupowanego w obliczu realnego zagrożenia, gdyby wróg szykował się na nas), i będziemy w stanie urządzić w szeregach agresora prawdziwą jatkę. Tylko trzeba uwierzyć, że lotnictwo może dużo, a nawet bardzo dużo. Jeśli ma czym i potrafi.
        • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:27
          117

          Ciężkie zmagania w Donbasie trwają nadal, ale coś zaczyna się dziać w dziedzinie wsparcia lotniczego, głównie śmigłowcami, po stronie ukraińskiej. Co ciekawe, ukraińskie śmigłowce i samoloty operują głównie nie w Donbasie, ale w rejonie Chersonia i na południe od Zaporoża, dlatego Rosjanie tam ściągają środki przeciwlotnicze.

          Pod Charkowem trwa „nowa” rosyjska ofensywa. Przynajmniej teoretycznie, gdyż wielkich efektów nie widać. Zajęta została Ternowa, teraz walki toczą się na południe od miasta. Las pomiędzy Ternową a Rubiżnem można śmiało nazwać ziemią niczyją, tak często przechodzi z rąk do rąk, bez wyraźnej dominacji którejkolwiek ze stron. W okolicach Rubiżnego właśnie miało dojść do próby rozpoznania walką w rosyjskim wydaniu, czyli wpierjot za rodinu przez pole minowe. Dobrze się to skończyć nie mogło, co potwierdza ukraiński Sztab Generalny. O tym, że nadal trwa ostrzał Charkowa, wspominać raczej nie trzeba, gdyby nie fakt, że w nocy użyto do tego rakiet Iskander. Rakiety te są cenne właśnie ze względu na swój zasięg i powinny być raczej używane do niszczenia konkretnych celów wojskowych.

          Pojawiają się coraz częściej informacje o zniszczeniu przez Ukraińców stanowiska dowodzenia 20. Armii, ale nie udało się jednak tego potwierdzić.

          Postępów nie osiągnięto także w rejonie Iziuma. Dym powstały przez ostrzał miejscowości Dolina widać nawet na zdjęciach satelitarnych, więc ostrzał musi być tam wściekły. Podobnie w Bohorodycznem i Krasnopylii. Rosyjskie kanały w sieci Telegram donoszą o walkach o Wirnopyłlję, a to oznacza, że Rosjanie musieli się nieco cofnąć. Agresorzy osiągnęli postępy w okolicach Siewierodoniecka, zdobywając Metolkine. Woronowe i Boriwśke nadal się bronią. Trzeba pamiętać, że jest to rejon najsilniejszej koncentracji rosyjskich wojsk (w sile ok. 30 batalionowych grup bojowych). Mimo to postępy są mniej niż mizerne. Szczerze podziwiam obrońców, ich wola walki jest niesamowita.

          Na drodze Bachmut–Lisiczańsk Rosjanie napotkali na równie silny opór, choć tutaj zaliczyli niewielkie postępy. Oczywiście nie przecięli drogi, poruszają się wzdłuż niej. Obszar największych walk to trójkąt Berestowe–Wrubiwka–Mikołajiwka. Ogień artyleryjski pada blisko rafinerii w Lisiczańsku. Koncentracja i tutaj jest silna, ale nieadekwatna do tempa natarcia. Prorosyjskie źródła donoszą o walkach o Ustiniwkę, ale bardziej prawdopodobne są walki w zachodniej części Toszkiwki, o czym wspomina szef obwodowej administracji ługańskiej Serhij Hajdaj. Walki na tym odcinku najbardziej zagrażają pozycjom ukraińskim w Lisiczańsku. Samo miasto również jest pod ostrzałem na tyle silnym, że powoli zmienia się w stos gruzów.


          Rosjanie popełnili fatalny błąd

          Artyleria ukraińska kontynuuje ostrzał rosyjskich tyłów. Przede wszystkim składy amunicji. Ciekawe, skąd obrońcy wiedzą, w co uderzać. Czyżby miały z tym związek coraz częstsze ucieczki żołnierzy DNR/ŁNR? Nie strzelają przecież w miasta, widać to po lokalizacji pożarów w systemie NASA FIRMS. Pożary mają miejsce w okolicach Popasnej, Stachanowa, Jenakijewa oraz Makiejewki. Rosjanie i tak dokonują prowokacji, pakując rakiety systemu BM-21 Grad w Donieck czy w Alczewsk, niech Zachód patrzy, jacy to Ukraińcy niby okrutni… Owszem, zniszczono halę Expo Donbas w Doniecku. Ale Rosjanie popełnili fatalny błąd: na zdjęciach w mediach społecznościowych widać wielkie stosy skrzyń z amunicją. I jak widać, najwyraźniej nie był to obiekt cywilny… Tym się właśnie różni artyleria ukraińska od rosyjskiej. Jedni precyzyjnie uderzają w określone punkty, inni orają pole pługiem kalibru 152 mm.

          Dziać zaczyna się w obwodzie zaporoskim. Ukraińscy urzędnicy coraz częściej informują o zepchnięciu Rosjan o 5–7 km. Nie przedstawiają na to żadnych dowodów, ale Rosjanie zdają się zmieniać priorytety – koncentrują wojska w miejscowościach Wasiliwka i Połohy. Warto obserwować ten kierunek. Szczegóły tych wydarzeń otacza szczelna mgła, przez którą informacje nie przechodzą.

          W obwodzie chersońskim nadal trwają próby „wymacania” obrony okupantów. Próby te zaczynają odnosić sukcesy w postaci odzyskania kontroli nad Oleksandriwką (na samym wybrzeżu morza), Zielonym Jarem oraz Prawdywem. Niejasna sytuacja panuje w okolicach Dawidiw Broda, gdzie siły ukraińskie sforsowały rzekę Inhulec. Nie jest to jednak kontrofensywa na pełną skalę, a jedynie próba znalezienia słabego punktu w obronie okupantów, która niedawno została wzmocniona. Nie będzie to łatwe zadanie, Rosjanie się mocno okopali, a gęstość dróg nie jest duża. W końcu to step. Jest też dużo doniesień o wzmocnieniu rosyjskiej obrony przeciwlotniczej w rejonie. Czyżby lotnictwo Ukrainy dawało się ostatnio we znaki?


          Dlaczego rosyjskie śmigłowce są tak nieskuteczne?

          Zadziwiające jest to, że Rosjanie używają aż trzech typów śmigłowców szturmowych. A dokładnie rzecz biorąc, to że używają starszych Mi-24 i ich głęboko zmodernizowanej odmiany Mi-35M obok nowego śmigłowca bojowego, to może jeszcze i normalne. Nikt nie jest w stanie wymienić sprzętu wojskowego z dnia na dzień, to proces zakrojony na lata. Sukcesywnie trwają dostawy nowych śmigłowców i jednostki są na nie kolejno przezbrajane. Wiąże się to z przeszkoleniem na nowy typ, które zwykle trwa ok. dwóch lat, dopiero wtedy jednostka odzyskuje zdolność bojową.

          Tyle tylko że tych nowych typów są dwa. Rosjanie równolegle kupują dwa różne typy śmigłowców bojowych i taki numer znany też z okresu ZSRR zdarza im się nie pierwszy raz. Tak było np. z czołgami. Normalne państwo wybiera do produkcji lub zakupu jeden typ czołgu i go używa. Ale nie w ZSRR. W latach 1964–87 w Charkowie zbudowano ok. 9,3 tys. czołgów T-64, w latach 1973–2005 w Niżnym Tagile i w Omsku wyprodukowano ponad 30 tys. T-72, zaś w latach 1976–98 w Leningradzie (Petersburgu), a później też i w Charkowie (1987–90) ponad 10 tys. czołgów T-80. Przez 11 lat (1976–87) Rosjanie klepali tysiącami trzy różne typy! Co prawda uzbrojenie i system kierowania ogniem, a nawet wieże miały one mniej więcej te same, ale cały układ jezdny i napęd były zupełnie różne. Po co budować trzy typy czołgów jednocześnie, a wszystkie o podobnych właściwościach, możliwościach bojowych i o identycznym przeznaczeniu? Jedynym logicznym wytłumaczeniem jest wpływ różnych lobby z poszczególnych biur konstrukcyjnych i zakładów na władze. Ten sam numer wykonano zresztą przy produkcji lotniczej – budowano jednocześnie dwa typy taktycznych samolotów myśliwsko-bombowych, MiG-27 i Su-17, których eksportowe wersje MiG-23BN i Su-22 sprzedawano różnym państwom.

          I teraz też jednocześnie produkuje się Mi-28N i Ka-52 Aligator, oba o identycznym przeznaczeniu i o bardzo podobnych możliwościach. Mało tego, zdarza się, że oba typy służą w tej samej jednostce. To musi być dopiero koszmar, cała grupa techników i załóg lotniczych wyszkolona na jedne, albo drugi typ, dwa zestawy części zamiennych, różne przyrządy obsługowe… I znów, dlaczego? Bo Rosja to taki kraj, gdzie nie decyduje zdrowy rozsądek, tylko różne grupy wpływów i odpowiednia waluta.

          Jak tu trafić w strzelca?

          Mi-24 i jego zmodernizowana wersja to ciężkie krowy. Grzechem pierworodnym obu konstrukcji jest to, że mają one przedział desantowy do transportu drużyny desantu – ośmiu uzbrojonych piechurów. Z tego powodu jest dość ciężki, bezwładny i niezwrotny, choć moc silników jest spora. Ponadto ma bardzo słaby system kierowania ogniem, wyłącznie optyczny, bez kamer i dalmierza laserowego, a strzelec nie ma celownika nahełmowego.

          Dlatego Rosjanie w służbie zostawili głównie Mi-24P z dwulufowym działkiem kalibru 30 mm zamontowanym na stałe, pilot celuje z niego, manewrując całym śmigłowcem. Już widzę, jak to zrobić, kiedy załoga dostrzeże zagrożenie w postaci strzelca zakładającego na ramię stingera albo groma czy pioruna, by za chwilę odpalić śmiertelnie groźną rakietę. Chyba już lepiej wziąć do kabiny skrzynkę pomidorów i nimi rzucać…

          Bo śmigłowiec był zbyt brudny

          Zdarzyło się kiedyś, że kuzyn pewnego polskiego muzyka rockowego, noszący to samo nazwisko i dla
        • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:30
          117

          Ciężkie zmagania w Donbasie trwają nadal, ale coś zaczyna się dziać w dziedzinie wsparcia lotniczego, głównie śmigłowcami, po stronie ukraińskiej. Co ciekawe, ukraińskie śmigłowce i samoloty operują głównie nie w Donbasie, ale w rejonie Chersonia i na południe od Zaporoża, dlatego Rosjanie tam ściągają środki przeciwlotnicze.

          Pod Charkowem trwa „nowa” rosyjska ofensywa. Przynajmniej teoretycznie, gdyż wielkich efektów nie widać. Zajęta została Ternowa, teraz walki toczą się na południe od miasta. Las pomiędzy Ternową a Rubiżnem można śmiało nazwać ziemią niczyją, tak często przechodzi z rąk do rąk, bez wyraźnej dominacji którejkolwiek ze stron. W okolicach Rubiżnego właśnie miało dojść do próby rozpoznania walką w rosyjskim wydaniu, czyli wpierjot za rodinu przez pole minowe. Dobrze się to skończyć nie mogło, co potwierdza ukraiński Sztab Generalny. O tym, że nadal trwa ostrzał Charkowa, wspominać raczej nie trzeba, gdyby nie fakt, że w nocy użyto do tego rakiet Iskander. Rakiety te są cenne właśnie ze względu na swój zasięg i powinny być raczej używane do niszczenia konkretnych celów wojskowych.

          Pojawiają się coraz częściej informacje o zniszczeniu przez Ukraińców stanowiska dowodzenia 20. Armii, ale nie udało się jednak tego potwierdzić.

          Postępów nie osiągnięto także w rejonie Iziuma. Dym powstały przez ostrzał miejscowości Dolina widać nawet na zdjęciach satelitarnych, więc ostrzał musi być tam wściekły. Podobnie w Bohorodycznem i Krasnopylii. Rosyjskie kanały w sieci Telegram donoszą o walkach o Wirnopyłlję, a to oznacza, że Rosjanie musieli się nieco cofnąć. Agresorzy osiągnęli postępy w okolicach Siewierodoniecka, zdobywając Metolkine. Woronowe i Boriwśke nadal się bronią. Trzeba pamiętać, że jest to rejon najsilniejszej koncentracji rosyjskich wojsk (w sile ok. 30 batalionowych grup bojowych). Mimo to postępy są mniej niż mizerne. Szczerze podziwiam obrońców, ich wola walki jest niesamowita.

          Na drodze Bachmut–Lisiczańsk Rosjanie napotkali na równie silny opór, choć tutaj zaliczyli niewielkie postępy. Oczywiście nie przecięli drogi, poruszają się wzdłuż niej. Obszar największych walk to trójkąt Berestowe–Wrubiwka–Mikołajiwka. Ogień artyleryjski pada blisko rafinerii w Lisiczańsku. Koncentracja i tutaj jest silna, ale nieadekwatna do tempa natarcia. Prorosyjskie źródła donoszą o walkach o Ustiniwkę, ale bardziej prawdopodobne są walki w zachodniej części Toszkiwki, o czym wspomina szef obwodowej administracji ługańskiej Serhij Hajdaj. Walki na tym odcinku najbardziej zagrażają pozycjom ukraińskim w Lisiczańsku. Samo miasto również jest pod ostrzałem na tyle silnym, że powoli zmienia się w stos gruzów.


          Rosjanie popełnili fatalny błąd

          Artyleria ukraińska kontynuuje ostrzał rosyjskich tyłów. Przede wszystkim składy amunicji. Ciekawe, skąd obrońcy wiedzą, w co uderzać. Czyżby miały z tym związek coraz częstsze ucieczki żołnierzy DNR/ŁNR? Nie strzelają przecież w miasta, widać to po lokalizacji pożarów w systemie NASA FIRMS. Pożary mają miejsce w okolicach Popasnej, Stachanowa, Jenakijewa oraz Makiejewki. Rosjanie i tak dokonują prowokacji, pakując rakiety systemu BM-21 Grad w Donieck czy w Alczewsk, niech Zachód patrzy, jacy to Ukraińcy niby okrutni… Owszem, zniszczono halę Expo Donbas w Doniecku. Ale Rosjanie popełnili fatalny błąd: na zdjęciach w mediach społecznościowych widać wielkie stosy skrzyń z amunicją. I jak widać, najwyraźniej nie był to obiekt cywilny… Tym się właśnie różni artyleria ukraińska od rosyjskiej. Jedni precyzyjnie uderzają w określone punkty, inni orają pole pługiem kalibru 152 mm.

          Dziać zaczyna się w obwodzie zaporoskim. Ukraińscy urzędnicy coraz częściej informują o zepchnięciu Rosjan o 5–7 km. Nie przedstawiają na to żadnych dowodów, ale Rosjanie zdają się zmieniać priorytety – koncentrują wojska w miejscowościach Wasiliwka i Połohy. Warto obserwować ten kierunek. Szczegóły tych wydarzeń otacza szczelna mgła, przez którą informacje nie przechodzą.

          W obwodzie chersońskim nadal trwają próby „wymacania” obrony okupantów. Próby te zaczynają odnosić sukcesy w postaci odzyskania kontroli nad Oleksandriwką (na samym wybrzeżu morza), Zielonym Jarem oraz Prawdywem. Niejasna sytuacja panuje w okolicach Dawidiw Broda, gdzie siły ukraińskie sforsowały rzekę Inhulec. Nie jest to jednak kontrofensywa na pełną skalę, a jedynie próba znalezienia słabego punktu w obronie okupantów, która niedawno została wzmocniona. Nie będzie to łatwe zadanie, Rosjanie się mocno okopali, a gęstość dróg nie jest duża. W końcu to step. Jest też dużo doniesień o wzmocnieniu rosyjskiej obrony przeciwlotniczej w rejonie. Czyżby lotnictwo Ukrainy dawało się ostatnio we znaki?

          Dlaczego rosyjskie śmigłowce są tak nieskuteczne?

          Zadziwiające jest to, że Rosjanie używają aż trzech typów śmigłowców szturmowych. A dokładnie rzecz biorąc, to że używają starszych Mi-24 i ich głęboko zmodernizowanej odmiany Mi-35M obok nowego śmigłowca bojowego, to może jeszcze i normalne. Nikt nie jest w stanie wymienić sprzętu wojskowego z dnia na dzień, to proces zakrojony na lata. Sukcesywnie trwają dostawy nowych śmigłowców i jednostki są na nie kolejno przezbrajane. Wiąże się to z przeszkoleniem na nowy typ, które zwykle trwa ok. dwóch lat, dopiero wtedy jednostka odzyskuje zdolność bojową.

          Tyle tylko że tych nowych typów są dwa. Rosjanie równolegle kupują dwa różne typy śmigłowców bojowych i taki numer znany też z okresu ZSRR zdarza im się nie pierwszy raz. Tak było np. z czołgami. Normalne państwo wybiera do produkcji lub zakupu jeden typ czołgu i go używa. Ale nie w ZSRR. W latach 1964–87 w Charkowie zbudowano ok. 9,3 tys. czołgów T-64, w latach 1973–2005 w Niżnym Tagile i w Omsku wyprodukowano ponad 30 tys. T-72, zaś w latach 1976–98 w Leningradzie (Petersburgu), a później też i w Charkowie (1987–90) ponad 10 tys. czołgów T-80. Przez 11 lat (1976–87) Rosjanie klepali tysiącami trzy różne typy! Co prawda uzbrojenie i system kierowania ogniem, a nawet wieże miały one mniej więcej te same, ale cały układ jezdny i napęd były zupełnie różne. Po co budować trzy typy czołgów jednocześnie, a wszystkie o podobnych właściwościach, możliwościach bojowych i o identycznym przeznaczeniu? Jedynym logicznym wytłumaczeniem jest wpływ różnych lobby z poszczególnych biur konstrukcyjnych i zakładów na władze. Ten sam numer wykonano zresztą przy produkcji lotniczej – budowano jednocześnie dwa typy taktycznych samolotów myśliwsko-bombowych, MiG-27 i Su-17, których eksportowe wersje MiG-23BN i Su-22 sprzedawano różnym państwom.

          I teraz też jednocześnie produkuje się Mi-28N i Ka-52 Aligator, oba o identycznym przeznaczeniu i o bardzo podobnych możliwościach. Mało tego, zdarza się, że oba typy służą w tej samej jednostce. To musi być dopiero koszmar, cała grupa techników i załóg lotniczych wyszkolona na jedne, albo drugi typ, dwa zestawy części zamiennych, różne przyrządy obsługowe… I znów, dlaczego? Bo Rosja to taki kraj, gdzie nie decyduje zdrowy rozsądek, tylko różne grupy wpływów i odpowiednia waluta.

          Jak tu trafić w strzelca?

          Mi-24 i jego zmodernizowana wersja to ciężkie krowy. Grzechem pierworodnym obu konstrukcji jest to, że mają one przedział desantowy do transportu drużyny desantu – ośmiu uzbrojonych piechurów. Z tego powodu jest dość ciężki, bezwładny i niezwrotny, choć moc silników jest spora. Ponadto ma bardzo słaby system kierowania ogniem, wyłącznie optyczny, bez kamer i dalmierza laserowego, a strzelec nie ma celownika nahełmowego.

          Dlatego Rosjanie w służbie zostawili głównie Mi-24P z dwulufowym działkiem kalibru 30 mm zamontowanym na stałe, pilot celuje z niego, manewrując całym śmigłowcem. Już widzę, jak to zrobić, kiedy załoga dostrzeże zagrożenie w postaci strzelca zakładającego na ramię stingera albo groma czy pioruna, by za chwilę odpalić śmiertelnie groźną rakietę. Chyba już lepiej wziąć do kabiny skrzynkę pomidorów i nimi rzucać…

          Bo śmigłowiec był zbyt brudny

          Zdarzyło się kiedyś, że kuzyn pewnego polskiego muzyka rockowego, noszący to samo nazwisko i dla
          • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:33
            Cd 117

            Zdarzyło się kiedyś, że kuzyn pewnego polskiego muzyka rockowego, noszący to samo nazwisko i dla którego ów muzyk rockowy napisał piosenkę „Sztuka latania, najpiękniejsza ze sztuk”, lądował przymusowo Mi-24 na poligonie drawskim. Nieco starszy od muzyka major złapał do wlotu powietrza stado ptaków i oba silniki się wyłączyły. Sytuacja była groźna, ale pomógł kunszt pilota, który wykorzystując inercję śmigłowca szybko nabrał nieco wysokości i wykonał perfekcyjne lądowanie autorotacyjne, kiedy rozkręcony wirnik pomaga wyhamować śmigłowiec przed uderzeniem w ziemię. Tyle że lądował w błocie i podmuch od wirnika obrzucił nim cały śmigłowiec. Nie było wyjścia, trzeba było w tym błocie wymienić oba silniki, co uczyniono, ale pojawił się przełożony pilota, który stwierdził, że tak brudnym śmigłowcem nie może on wracać do Oleszna, bo właśnie pojawiła się tam duża delegacja z generałami i ministrem. A w Olesznie, po ostrożnym przelocie, miał być wykonany oblot śmigłowca. Wkurzony pilot poleciał więc do nieodległego Łowicza Wałeckiego, gdzie wylądował na parkingu dla TIR-ów, i używając karchera dla nich przeznaczonego, starannie opłukał całą maszynę. Jaką furorę wzbudził wśród jedzących obiadek truckersów, chyba nie muszę mówić…

            Od oryginalnego Mi-24 nieco lepszy jest zmodyfikowany Mi-35M, bowiem ma przynajmniej zestaw kamer do obserwacji terenu, dalmierz laserowy, komputer celowniczy i ruchome działko kal. 23 mm sterowane przez strzelca z celownika nahełmowego. Nadal jest jednak ciężki, niezgrabny i krowiasty, co utrudnia mu sprawne manewry nad polem walki.


            Nowe śmigłowce, stare rakiety

            Zarówno jednowirnikowy, klasyczny Mi-28N, jak i najpopularniejszy w działaniach w Ukrainie Ka-52 Aligator, mają przestarzałe uzbrojenie kierowane. Amerykanie wprowadzili na przykład rewelacyjne pociski Hellfire, które mają odmianę kierowaną promieniem lasera, ale też wersję z aktywnym radarem milimetrowym. Taką rakietę odpala się z 8–10 km, a sam śmigłowiec od razu się chowa, bowiem radarowy pocisk sam już leci do celu, dość pewnie go trafiając. Ale i starsze laserowe rakiety odpala się też w sytuacjach, kiedy cel jest podświetlony z ziemi przez oficera naprowadzania lotnictwa – śmigłowiec odpala rakiety i od razu znika. Promień lasera trzyma na obiekcie ataku ów oficer na ziemi, aż do trafienia. Śmigłowiec jest łatwym, z daleka widocznym celem, a kontroler naprowadzania obecny w ugrupowaniu własnych wojsk – wcale nie, dlatego jest bezpieczniejszy. Ponadto dobrze wie od dowódcy lądowego, co trzeba zniszczyć.

            Europejski śmigłowiec bojowy Airbus Tiger ma rakiety kierowane Trigat-LR o zasięgu 7 km. Te dla odmiany mają termowizyjny układ samonaprowadzania na zapamiętany obraz celu. Także i te rakiety odpala się, po czym śmigłowiec się chowa za przeszkody terenowe, a za nimi może odlecieć z miejsca ataku. Dlatego atak amerykańskich śmigłowców szturmowych AH-64E Apache Guardian, z którym może współpracować rozpoznawczy dron, wskazując mu bezpośrednio cele lub je laserowo podświetlając, czy atak zachodnioeuropejskich Tigerów jest relatywnie bezpieczny. Wiropłat strzela rakiety z daleka i znika za przeszkodami terenowymi. Namierzyć go i trafić jest dość ciężko.

            Ale nie na śmigłowcach rosyjskich. Rosjanie od wielu lat pracowali nad odpowiednikiem hellfire kierowanego półaktywnie, laserowo. Czyli odpowiednikiem starszej wersji laserowej, bo nowsza ma przecież aktywny system samonaprowadzania z milimetrowym radarem.

            Rosyjskie rakiety nazywały się 9K121 Wichr. To w ogóle dziwaczny program, bowiem opracowanie pocisku zaczęło się w 1980 r., a jego przyjęcie do uzbrojenia miało miejsce w 1985, prawie równo z najstarszymi amerykańskimi hellfire. Ale coś się jednak stało, bowiem mimo przyjęcia rakiety do uzbrojenia nie podjęto jej produkcji seryjnej. Najbardziej prawdopodobną przyczyną było przypuszczalnie to, że nie było dla niej nosiciela. Żaden śmigłowiec nie miał systemu kierowania ogniem, który mógł z pociskiem Wichr współpracować. Sytuacja była kuriozalna. Wyobraźmy sobie, że jakaś firma opracowała wspaniały silnik samochodowy. Tylko nie było samochodu, do którego można by go włożyć. Pieniądze wydano, nagrody rozdano, ale wojsko nie miało z tego zupełnie nic.

            Ale to nikomu nie przeszkodziło. Do 1990 r. opracowano nową, ulepszoną wersję pocisku Wichr-M. Ale znów nie było go z czego odpalać. Jednak ponad dekadę później opracowano w końcu nowe śmigłowce Mi-28 i jednomiejscowy Ka-50 Cziornaja Akuła, więc pocisk postanowiono dla nich wykorzystać. Żaden z tych śmigłowców nie trafił do produkcji seryjnej, wojsko chciało, by ich konstrukcje dopracować. Było mnóstwo zastrzeżeń, więc dopiero mocno zmodernizowane wersje tych maszyn weszły do służby. Był to Mi-28N z całkowicie nową awioniką i dwumiejscowa wersja Ka-50, znana jako Ka-52. W co je uzbroić? No jak to w co! W 25-letnie, nigdy dotąd nie produkowane pociski Wichr-M, w końcu się przydadzą… I tak w 2013 r. podobno uruchomiono produkcję pocisków 9K121 Wichr.

            Ale do uzbrojenia weszły na ograniczoną skalę. Coś nie pyknęło… Mało ich wyprodukowano i mało się ich używa w Ukrainie. W każdym razie w 2022 r. przy opisach obu śmigłowców pisze się, że perspektywicznie będą one wyposażone głównie w pociski 9K121 Wichr. Rozumiecie to? Pociski przyjęte do uzbrojenia w 1985 r., a ich ulepszona wersja w 1990 r., to w 2022 r. perspektywiczne uzbrojenie rosyjskich śmigłowców.
            Muzealne uzbrojenie, którego brakuje

            Pozostają pociski 9M120 Ataka, ale to tylko kosmetyczne rozwinięcie znanego z Zimnej Wojny szturma. Jest to rakieta kierowana komendami radiowymi, co jest głównym ulepszeniem w stosunku do starszych szturmów, gdzie komendy przekazywano przez ciągnięty przez pocisk kabel. Dzięki temu zasięg pocisku wzrósł z 4 km do 6 km. Jest to wciąż na granicy zasięgu przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych.

            Największą wadą tego pocisku jest to, że po odpaleniu strzelec musi trzymać krzyż celownika na atakowanym celu przez cały czas lotu rakiety, czyli przez 10–12 s, no i kilka sekund tuż przed odpaleniem. Śmigłowiec musi się więc wystawiać na ostrzał wroga przez 15–20 s, co na polu walki to cała wieczność. Załodze wydaje się, że wszyscy strzelają tylko do nich! Najgorsze jest natomiast to, że dokładnie tak jest.

            I tak rosyjskie śmigłowce są zmuszone atakować muzealnymi rakietami kierowanymi, wystawiając się na ostrzał. Ale teraz najlepsze – nawet tych rakiet brakuje! Dlatego często gęsto rosyjskie (i z konieczności też i ukraińskie, bo też ma mizerne zapasy sprzętowe) używają zwykłych rakiet niekierowanych. Czyli mamy historyczną rekonstrukcję ataków śmigłowców z czasów wojny wietnamskiej. Pamiętacie państwo film „Czas Apokalipsy”? Zupełnie jak z początkowej sceny z wagnerowskim Galopem Walkirii jako podkładem muzycznym.

            Atak rakietami niekierowanymi to już jednak czyste samobójstwo w niektórych rejonach na polu walki, na pierwszej linii naszpikowanej bronią przeciwlotniczą. Tak można atakować kolumnę pojazdów zaopatrzenia – wyskoczyć zza lasu, zrobić ostry zwrot i przejść do płaskiego nurkowania, strzelić rakiety i odejść. Nim ktoś zdąży zareagować na drodze, płoną pojazdy wroga…

            Dlatego na linii frontu wymyślono inny sposób, widoczny na wielu filmach. Śmigłowiec podlatuje do celu na odległość 5–7 km, po czym unosi nos do góry, przechodząc na krótkie wznoszenie i z określonej odległości odpalając rakiety. Te lecą szerokim łukiem jak pociski z haubicy, by spaść w okolicach atakowanego celu. Jeśli jest to cel powierzchniowy, taki jak stanowiska baterii dział, gdzie poza działami są samochody, wozy amunicyjne, radiostacja, jakieś inne pojazdy i luźne grupy żołnierzy, to jest duża szansa, że w coś się trafi i zada określone straty.
            Najpierw przećwiczyć, potem trafić

            Wbrew pozorom sposób nie jest całkiem głupi. Ja na miejscu pilotów wypracowałbym tę technikę na poligonie – jak się leci 270 km/godz. i przejdzie do wznoszenia z kątem dokładnie 10 st. nad określonym punktem, odpalając rakiety z wysokości 100 m, to jak daleko one polecą?
            • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 20.06.22, 21:38
              Dokończenie 117

              Wbrew pozorom sposób nie jest całkiem głupi. Ja na miejscu pilotów wypracowałbym tę technikę na poligonie – jak się leci 270 km/godz. i przejdzie do wznoszenia z kątem dokładnie 10 st. nad określonym punktem, odpalając rakiety z wysokości 100 m, to jak daleko one polecą? Na 7,4 tys. m od miejsca, gdzie przeszliśmy na wznoszenie? Na 6,6 tys. m? Na poligonie to się da zmierzyć. A potem, co jak przyjdzie do realnego ataku i dostanę na mapie cel do zaatakowania (śmigłowce często atakują nakazane im cele, a nie to znajdą same, choć i taki sposób też jest przewidziany), to szukam punktu oddalonego o te 7,4 tys. m od celu. Od tej strony podchodzę, wlatuję nad punkt i… już! Drążek na siebie, dźwignia mocy do góry, 10 st. na sztucznym horyzoncie, na wysokościomierzu 50 m, 80 m, 100 m – ognia! Nacisk spust, poczekam, aż zasobniki się opróżnią, i nie czekając na upadek rakiet, robię zwrot w miejscu o 180 st., odlatując szybko, tuląc się do matki ziemi i chowając za kępy drzew, pagórki czy zabudowania. I naprawdę da się w coś trafić, choć musi to być jednak obiekt powierzchniowy.

              Jak to się ma do zmasowanego ataku śmigłowców NATO grupą po 20 maszyn, bo obrona przeciwlotnicza zgłupiała totalnie, waląc zza lasu jedną rakietę kierowaną za drugą i znikając, całą masę rakiet, w dzień czy jeszcze lepiej w nocy? Taki atak jest jak młot Thora, zostawia za sobą spalone pojazdy pancerne, rozbite działa, porażonych na stanowiskach obronnych żołnierzy… W ataku trwającym mniej niż kwadrans idzie 160 rakiet, niech chociaż połowa trafi w coś konkretnego.


              Bezzębny rosyjski aligator

              A do tego dochodzi fatalnie zaprojektowany Ka-52, który pomału staje się podstawowym typem rosyjskiego śmigłowca bojowego. Ma dwa wirniki, jeden nad drugim, oba obracają się w przeciwną stronę, dlatego nie potrzebuje wrażliwego śmigła ogonowego. Ale sam układ okazał się jeszcze bardziej wrażliwy, a jego przekładnia główna, przekazująca moc z turbin na wirniki, to po prostu technologiczny koszmar. Dlatego na nim nie można było umieścić głowicy celowniczej nad wirnikami, które mają tendencję do silnych wibracji. A gdyby jeszcze puścić w tych wałach kable elektryczne i światłowody do kamer… To już chyba lepiej byłoby wpakować tam akumulator i bluetooth, żeby tych przewodów w układzie współosiowych, rozkręconych w przeciwną stronę wałach, uniknąć…

              Ka-52 trapią wibracje, bowiem oba wirniki wzajemnie się pobudzają do drgań. Szczególnie dolny wirnik pracuje w strumieniu zaburzonego, turbulentnego powietrza wydmuchiwanego przez górny wirnik. Taki układ sprawdzał się w śmigłowcach morskich dla okrętów, bowiem nad morzem nie musiały one wykonywać cyrkowych manewrów, a śmigłowce te miały na tyle zwartą konstrukcję, że łatwo mieściły się w hangarach okrętów. Taki był słynny Ka-25, a obecnie jego następca Ka-27. Ale bojowy Ka-52 jest awaryjnym koszmarem pod względem układu napędowego.

              W dodatku śmigłowiec Ka-52 ma katapultę ratowniczą. Tyle że katapultowanie z niego przeżywa mało kto. Ale katapultowanie to kolejny, ciekawy temat, który z pewnością poruszę…
              • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 21.06.22, 20:25
                118

                Ukraiński resort obrony twierdzi, że najbliższy tydzień będzie przełomowy. Czekając na ten przełom, cokolwiek oznacza, warto jeszcze raz przyjrzeć się Donieckiej Republice Ludowej i zastanowić, kiedy Putin uznał, że inwazja jest nieunikniona.
                Rosjanie umocnili się niestety w Siewierodoniecku – zajęli właściwie całe miasto bez zakładów Azoty. Wiceminister obrony Ukrainy Hanna Malar ujawniła, że według danych wywiadu rosyjskie dowództwo dostało jasne zadanie: ma do 26 czerwca opanować obwód ługański. Dlatego wojska agresora zintensyfikowały działania w Doniecku i rejonie Popasnej.

                Na południe od Lisiczańska w ręce wroga wpadła zaś przypuszczalnie wieś Toszkiwka, co teoretycznie otwiera drogę na skraj miasta. Teraz walki toczą się pod Biłą Gorą przylegającą do niego od południa. Szczęśliwie Rosjanie mają na zachód od siebie wzgórza, z których Ukraińcy mogą ich skutecznie ostrzeliwać.

                Tymczasem kolejne ataki na Słowiańsk spod Iziumu znów zostały odparte, podobnie jak silne natarcie w rejonie Bachmut–Popasna – tu agresor nie ruszył się o włos. Pod Charkowem Ukraińcy posunęli się gdzieniegdzie nieznacznie ku rosyjskiej granicy. Nieznane są ich postępy pod Chersoniem. Informacje płynące z południowego frontu są wyjątkowo skąpe, nie licząc ogólnikowych stwierdzeń, że Rosjanie szykują obronę, rozbudowując swoje pozycje, a Ukraińcy przechodzą do kontrofensywy na kierunku chersońskim i zaporoskim.




                .
                DRL. Wiecie, co się stało z Barabaszem?

                Doniecka Republika Ludowa jest królestwem FSB. Najważniejsze funkcje pełnią tu ludzie mniej lub bardziej otwarcie powiązani ze służbami, z których wywodzi się sam Putin. Ługańska RL to z kolei księstwo GRU (obecnie GU, nazwę dla niepoznaki zmieniono). Łatwiej się rządzi, mając do dyspozycji cały aparat informacyjno-represyjny. Pamiętacie „Służby specjalne” Patryka Vegi? Mój ulubiony fragment to ten, gdy przełożony instruuje funkcjonariuszkę: jeśli nie będzie się chciał zgodzić, powiedz „17432/78”. Co to znaczy, pyta kobieta. A szef odpowiada: to taki PIN. Numer teczki z SB. Służby mają takie PIN-y na wielu ludzi i każdego są w stanie wrobić w dowolną aferę.

                W listopadzie 2017 r. obowiązki głowy państwa w ŁRL pełnił Leonid Pasecznik, zatwierdzony ostatecznie na stanowisko w listopadzie 2018. Wszystko się tu zgadza: region jest domeną GRU, Pasecznik to ich człowiek. Jak ujawniła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), oficerem prowadzącym Pasecznika jest gen. mjr GRU Oleg Szabarszin, oficjalnie doradca szefa ługańskiego pseudopaństwa.

                Tymczasem nagle w 2018 r. na stanowisku głowy państwa w DRL usadzono Denisa Puszylina, którego związki z GRU są niemal oczywiste. Dlaczego, skoro to księstwo FSB? Ukraińscy hakerzy ujawnili maile, w których Puszylin dzieli się z zaufanym współpracownikiem wrażeniami ze spotkań z Władysławem Surkowem, człowiekiem Putina, synem Czeczeńca, etatowego oficera GRU. Junior odbył zasadniczą służbę wojskową w specnazie GRU w latach 1983–85, w dodatku na Węgrzech. Później działał w Komsomole, a u boku Michaiła Chodorkowskiego od 1987 r. był jednym z pionierów przedsiębiorczości w ZSRR. Jego domeną była reklama.

                Stop! Jakiej przedsiębiorczości, jaki prywatny biznes – w ZSRR?! Ciekawe, prawda? Ale popatrzmy przez chwilę, jak było w Polsce. Jednym z liderów (według części źródeł – założycielem) mafii pruszkowskiej był niejaki Ireneusz P. „Barabasz”. Odsiedział wiele lat za komuny, a w III RP jakby roztoczono nad nim parasol ochronny. Znamy Masę, Kiełbasę, Perszinga... A czy ktoś pamięta Barabasza i wie, co się z nim stało? Jakoś dziwnie przepadł. Była to ewidentnie robota służb. Ludzie nie zapadają się pod ziemię, chyba że służby tak zdecydują.

                Wróćmy do Surkowa, który w 1987 r. został przedsiębiorcą i kosił pieniądze. Można tylko spytać: GRU czy KGB? Wszystko wskazuje na to, że to pierwsze. Po rozpadzie ZSRR Surkow pracował w bankach i stawał na czele różnych firm. Od 1999 r. był pomocnikiem szefa rosyjskiej administracji prezydenckiej. Od stycznia 2010 r. pracował w dwustronnej komisji Obama–Miedwiediew mającej na celu usprawnienie komunikacji USA–Rosja. Sądzicie, że mógł za to odpowiadać zwykły przedsiębiorca?



                Putin trzymał rękę na pulsie

                Niedługo potem zasadziło się na niego FSB. Komitet Śledczy Rosji (organ ściśle związany z FSB) zarzucił mu w maju 2013 r. defraudację pieniędzy. I co? I nic. Są ludzie, którym Komitet Śledczy Rosji może różne rzeczy zarzucać, a oni mają swoich mocodawców. We wrześniu 2013 r. Surkow został asystentem Putina i zaczął się zajmować Ukrainą, od 2014 r. – współpracą z Ługańską i Doniecką RL. Jakby w imieniu Putina trzymał tam rękę na pulsie. Istnieją zresztą dowody, że to on z ramienia GRU stał bezpośrednio za dofinansowaniem kampanii wyborczej Wiktora Janukowycza w latach 2009–10. Bo z ramienia FSB wspierał Janukowycza ukraiński oligarcha Siergiej Kurczenko, powiązany z rosyjskim biznesem gazowym. Nie muszę wyjaśniać, kto odpowiada za dobór ludzi w Gazpromie... W lutym 2014 r. Kurczenko spruł do Rosji i pomagał finansować Doniecką RL. Surkow brał z kolei udział w negocjacjach czwórki normandzkiej w sprawie realizacji porozumień mińskich.

                W lutym 2020 r. niespodziewanie wyleciał ze stanowiska. Powodem zwolnienia były liczne przekręty i defraudacje w Donbasie od 2014 r. Przez ponad dwa lata Surkowowi włos z głowy nie spadł, a 11 kwietnia 2022 r. został aresztowany – dokładnie za to samo, za co wcześniej go zwolniono. Dlaczego? Myślę, że Putin wściekł się na niego, gdy zrozumiał, że mafijne układy w obu donbaskich republikach zniechęciły Ukraińców od Rosji: przekonali się naocznie, czym jest skorumpowany, bandycki ruski mir, gdzie rządzą układy sterowane przez służby specjalne. Ukraińcy stawili twardy opór, a Putin, który przecież nie jest głupi, doskonale rozumiał, jaka jest tego przyczyna. Dlaczego w 2014 r. było tak, a w 2022 jest zdecydowanie inaczej i nikt do Rosji za żadne skarby nie chce.

                Dlatego w kwietniu, gdy Rosjanie przegrali bitwę o Kijów, Putin zaczął się miotać. Wściekł się. Jednym z objawów jego złości było przyskrzynienie Surkowa, którego kariera przedtem tak błyskotliwie się rozwijała.
                • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 21.06.22, 20:28
                  Cd 118

                  Kreml w zbuntowanych republikach

                  Puszylin jest człowiekiem Surkowa. Niewątpliwie ma związki z GRU, a stanął na czele księstwa FSB, by dopilnować porządku. Ale co może w pojedynkę? FSB się na niego zasadziła, prowadzi śledztwo w sprawie wywożenia maszyn z zakładów Donieckiej RL, które potem wiozły z Rosji tzw. pomoc humanitarną. Pierwszy transport 280 tirów wyjechał już w sierpniu 2014 r., gdy Puszylin wcale o tym nie decydował. Notabene 1 września 2018 r. Putin podjął decyzję o wstrzymaniu owej „pomocy humanitarnej” dla republik. Było to dzień po śmierci Zacharczenki.

                  FSB stara się pilnować Puszylina jak może. Musiał przywrócić m.in. stanowisko premiera (Zacharczenko pełnił obie funkcje), stanowisko to objął 1 grudnia 2018 r. Aleksandr Ananczenko, który w 1988 skończył prawo w Charkowie, potem pracował w radzieckiej milicji jako oficer śledczy, a do 1996 w ówczesnej milicji Ukrainy. Później pracował dla rosyjskiego biznesmena Michaiła Żywiły, kolejnej ciekawej postaci. W 2000 r., kiedy pojawiły się dowody, że zlecił zamach (nieudany) na rosyjskiego polityka Amana Tuliejewa, zbiegł do Francji. A tam… współfinansował Centrum Kultury Rosyjskiej i różne inne projekty w ścisłej współpracy z konsulatem generalnym Rosji. Innymi słowy: poszukiwany przestępca ucieka za granicę i współpracuje ze służbami konsularnymi państwa, które go ściga. Rozumiecie coś z tego?

                  Według ukraińskiego SBU Aleksandr Ananczenko to człowiek FSB. Ale 8 czerwca 2022 r. zleciał ze stołka. Dlaczego akurat w środku wojny? Nowym premierem DRL został Witalij Chocenko. Może dlatego, że wywodzi się z rosyjskiej administracji państwowej? Wygląda na to, że Putin obsadza najważniejsze stanowiska w obu śmiesznych republikach.

                  We wrześniu 2018 r. w DRL rozpoczęły się czystki. Najpierw zaproszono na konsultację do Moskwy głowę państwa Dmitrija Trapeznikowa, po czym zabroniono mu wrócić. Zaoferowano w zamian pracę na miejscu, obecnie zajmuje dość wysokie stanowiska w administracji terenowej. Oficjalnie oświadczono, że wybór Trapeznikowa na głowę państwa był nieważny, a potem rządy objął już Denis Puszylin. Do Rosji ściągnięto też ministra podatków Aleksandra Timofiejewa, ksywka „Taszkient”, który choć ukończył wojskową szkołę oficerską w rosyjskim Białowieszczańsku, to pracował w „organach”, był m.in. szefem służby bezpieczeństwa w kopalni w Jakucji. W 2007 r. osiedlił się w Donbasie. Kiedy w 2018 wezwano go do Rosji i zabroniono wracać do Donieckiej RL, nic w zamian nie mu nie zaoferowano. Dostał inną propozycję: obietnicę, że go nie zamkną. Identycznie było z Aleksandrem Kazakowem, doradcą zabitego Zacharczenki.

                  Łupieżcy z Donbasu

                  Biznes w DRL w znacznym stopniu opanował były ukraiński oligarcha Siergiej Kurczenko, który ma tu monopol na sprzedaż paliw i gazu ziemnego. Co ciekawe, w 2014 r. zarabiał też w Ukrainie, wymieniając hrywny w gotówce na dolary w Charkowie, bo ówczesny szef charkowskiego SBU siedział u niego w kieszeni. Transporty kapuchy do Rosji w opancerzonych furgonetkach eskortowali Czeczeńcy. Znamienne, że gdy Kurczenko pokłócił się z nimi o rozliczenia i usłyszał w odpowiedzi groźby śmierci, dostał ochronę byłych funkcjonariuszy jednostki specjalnej Wympieł z FSB. Od 2016 r. Kurczenko robi też interesy w ŁRL, zajmując się m.in. dostawą prądu i handlem antracytem.

                  1 marca 2017 r. Zacharczenko, głowa DRL, usiłował odebrać Kurczence wpływy, wprowadzając komisaryczny zarząd w 40 największych przedsiębiorstwach republiki, w tym energetycznych i metalurgicznych, nadzorowanych w dużej mierze przez firmę Wniesztorgserwis Kurczenki. Teoretycznie zgodnie z zaleceniem Moskwy firma ta miała wyprowadzić na prostą gospodarki Donieckiej i Ługańskiej RL. Stało się odwrotnie. Przedstawiciele Wniesztorgserwisu zmuszali dyrektorów przedsiębiorstw do sprzedaży węgla, koksu i innych towarów po kosztach, zarabiając na handlu miliardy rubli – a do budżetów republik trafiały marne grosze. Mimo to wiosną 2018 r. firma Kurczenki Gaz-Alliance otrzymała od resortu rozwoju Federacji Rosyjskiej prawo wyłączności importu węgla z obu republik.

                  W latach 2019–20 stopniowo likwidowano imperium Kurczenki. Wreszcie w czerwcu 2021 został zmuszony wrócić do Rosji, a Wniesztorgserwis zlikwidowano. Jej aktywa wykupił rosyjski przedsiębiorca Jewgienij Jurczenko, założyciel firmy Jużno-Gorno-Metalurgiczeskij Kompeks, znany z tego, że za ok. 3 mln dol. kupił na aukcji jedną z kapsuł statku Wostok, która leciała w kosmos z manekinem Iwanem Iwanowiczem kilka miesięcy przed Jurijem Gagarinem. Jurczenko przejął biznesy w obu republikach, wypłacił górnikom i pracownikom zaległe pensje i starał się unormować sytuację po blisko czterech latach łupienia Wniesztorgserwisu. Sam Kurczenko wrócił do Rosji w czerwcu 2021 r. i ślad po nim zaginął. Rok później Unia Europejska nałożyła na niego sankcje, ale próżno szukać o nim jakichkolwiek informacji. Pytanie, czy sankcje nałożono na żywego człowieka.
                  • odyn06 Re: Dzięki odyn za relacje 21.06.22, 20:30
                    Dokończenie 118

                    Jak Putin stracił cierpliwość

                    W zamyśle Putina i Surkowa, który nadzorował projekt „Noworosja”, dwie separatystyczne republiki miały pokazać Ukrainie, że można się rozwijać u boku Rosji i tworzyć wspólnie nowy, lepszy świat. Putin marzył, by Ukraina przyłączyła się do Rosji co najmniej tak jak Białoruś. Gdy jego protegowany Wiktor Janukowycz stracił stanowisko po Majdanie, zdecydował się na zbrojną interwencję. Chciał stworzyć swoistą „Noworosję” na wschodzie, by służyła za przykład dla reszty, jak słodko się żyje, kiedy współpracuje się z Rosją.

                    Minęły trzy łata i nie dość, że Doniecka i Ługańska RL nie rozwijały się, choć miały wielki przemysłowy i wydobywczy potencjał, to jeszcze zaczęły się wyludniać. Tylko przez pierwszy rok zwiało z tego rosyjskiego raju ok. 2 mln ludzi, w tym 1,7 mln do Ukrainy, a tylko 300 tys. do Rosji (przeważnie ci, których w Ukrainie ścigano za zdradę). Nie znalazłem świeższych danych.

                    To dlatego w latach 2017–18 Putin podjął próbę „uzdrowienia” sytuacji. Chciał wprowadzić do gry zaufanych ludzi, którzy mieli zrealizować jego zamysł. Jednak ci wskazani przez Surkowa srodze go zawiedli. Właściwie już w 2018 r. Putin pozbył się złudzeń. Wyznaczenie Denisa Puszylina na stanowisko głowy DRL świadczyło o tym, że postanowił „rozwalić” układ w obu republikach. Dla takich ludzi jak Surkow czy Kurczenko była to już równia pochyła.

                    Kluczowy był moment pozbycia się Surkowa kierującego projektem „Noworosja”: luty 2020 r. Właśnie wtedy, jak sądzę, Putin podjął ostateczną decyzję o inwazji (to moja hipoteza uprawdopodobniona różnymi wydarzeniami). Na marginesie: 5 marca 2020 r. doszło do podpisania memorandum moskiewskiego między nim a prezydentem Turcji Recepem Erdoğanem w sprawie rozejmu w Syrii. Co ciekawe, żaden wcześniej podpisany rozejm nie był tak przestrzegany. Najdziwniejsze było zaś to, że tuż przedtem Rosjanie przerwali ofensywę w rejonie Jabal Zawiya, co miało całkowicie zabezpieczyć autostradę Damaszek–Aleppo. W lutym 2020 r. zaczęli zaś wycofywać część kontyngentu z Syrii.

                    Popatrzmy na to wszystko jeszcze raz. W latach 2017–18 Putin podejmuje próbę naprawy sytuacji w Donbasie, jeszcze liczy na powstanie Noworosji, która jako szczęśliwa kraina przyciągnie Ukraińców do Rosji, atrakcyjnej alternatywy dla kijowskich władz. Jednocześnie widzi, że to fizycznie niemożliwe, a ruski mir szczególnie tam pokazuje prawdziwe oblicze. Na początku 2020 r. traci cierpliwość, rozumie, że się nie uda. W lutym–marcu czyści pole w Syrii, zabezpiecza się rozejmem, którego przestrzega, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Wyrzuca Surkowa – czyli Noworosji nie będzie. Jak zatem inaczej skusić Ukraińców do współpracy z Rosją i wzniecić powstania separatystów w Charkowie, Mariupolu czy Chersoniu?

                    Putin zrozumiał, że nie ma na co czekać: Doniecka i Ługańska RL to jeden wielki niewypał. Nigdy, przenigdy nie przyciągnie Ukraińców do Rosji, wprost przeciwnie. Dlatego najpewniej już w 2020 r. ruszyły przygotowania, kreślono warianty uderzeń i prowadzono gry strategiczne, by ocenić możliwości. Wybrany plan ataku zatwierdzono zapewne w końcu 2020 r., a od początku 2021 gromadzono wojska na granicy z Ukrainą. Dokładnie według harmonogramu. Wtedy nie było już odwrotu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka