wladca_pierscienii 05.10.05, 12:50 Niemcy przeciw Niemcom wiadomosci.onet.pl/1252345,1292,kioskart.html Niemcy kradną dzieci wiadomosci.onet.pl/1252181,1292,1,kioskart.html Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
marek1305 Re: ciekawe artykuły 05.10.05, 19:37 Ciekawe. O Niemcach walczących po stronie koalicji nie słyszałem(nie czytałem).Natomiast o "ukradzionych dzieciach"kilka lat temu czytałem książkę pt:Szkoła janczarów.Autora nie pamiętam;był on jednym z tych dzieci.Porwano go w takim wieku,że pamiętał swoje przeżycia.Dobra książka,polecam. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: ciekawe artykuły 06.10.05, 12:11 > o "ukradzionych dzieciach"kilka lat temu czytałem książkę pt:Szkoła > janczarów.Autora nie pamiętam;był on jednym z tych dzieci.Porwano go w takim > wieku,że pamiętał swoje przeżycia.Dobra książka,polecam. Też czytałem, dobra książka ( z tym, że chłopak zapomniał, że był Polakiem, odnaleziono go wg. dokumentów) Odpowiedz Link Zgłoś
ignorant11 Re: ciekawe artykuły 06.10.05, 02:18 wladca_pierscienii napisał: > Niemcy przeciw Niemcom > wiadomosci.onet.pl/1252345,1292,kioskart.html > Niemcy kradną dzieci > wiadomosci.onet.pl/1252181,1292,1,kioskart.html Sława! Kiedyś oglądałem amerykański film o Japończykach walczących w US Army. Nie pamietam tytułu. Sprawa Niemców jest dośc znana ich komitetu wolne Niemcy ( komunistyczny) Dzieci tez. Swoja droga to był dobry pomysl aby dziećmi niemieckimi uzupełnic straty po wojnie. Sterylizacja Niemców i na roboty do kopalni i kamieniłomów, rozesłanie Niemek jako slużace, prostytutki do krajów alianckich... No i dzieci. Mielibysmy teraz spokój z Niemcami. I wcale nie trzeba byłoby ich zsyłać w regiony mało zaludnione. Dobrze rozpracowac przekroje wiekowe, co zrobiłby nawet średniej klasy demograf. I to byłaby najwieksza kara dla Niemców i jakze humanitarne zniszczenie narodu rabusiów i zbrodniarzy... Pozdrawiam i zapraszam na: Forum Słowiańskie Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Producenci IV Rzeszy 06.10.05, 12:09 wiadomosci.onet.pl/1252206,2679,kioskart.html Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii 1914-1918 C.K. wojacy 11.10.05, 09:39 wiadomosci.onet.pl/1252701,1292,1,kioskart.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 1 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:04 wiadomosci.onet.pl/1297793,1292,1,kioskart.html Mały Kapral był zadowolony Jak Napoleon zwyciężył pod Austerlitz Jesienne słońce nad Austerlitz jest czerwone i ogromne jak 200 lat temu, gdy przebijało się przez mgłę, by stworzyć warunki do zabijania. Sławne pola przecina autostrada Praga–Bratysława, a 200 m od wzgórza Żurań, gdzie 2 grudnia 1805 r. stał namiot Napoleona, świeci szyld McDonalds’a. Wiosną 1805 r. premierowi Williamowi Pittowi i obrotnej brytyjskiej dyplomacji udało się zmontować trzecią już koalicję przeciw „korsykańskiemu bandycie”. Koalicjanci – Rosja i Austria – zażądali po 12 funtów szterlingów za każdego wysyłanego w pole żołnierza. Anglicy warunek przyjęli i dla Napoleona stało się oczywiste, że musi dosięgnąć przeciwników, nim zdołają połączyć swoje siły. Dosięgnąć szybkim marszem i pobić na ich terytorium. Dwustutysięczna, doświadczona w bojach, nowocześnie wyszkolona Wielka Armia, zamiast siadać na okręty w Dover i płynąć do Anglii, na początku września 1805 r. rozpoczęła marsz znad kanału La Manche na wschód. W Niemczech dołączyły do niej pułki bawarskie, wirtemberskie i badeńskie. Francuzi i ich sprzymierzeńcy maszerowali średnio po 30 km dziennie, każdy piechur miał w plecaku zapasowy but (pasujący na obie nogi); podarty zostawiał w przygotowywanych na trasie marszu punktach, obok polowych piekarni i magazynów z żywnością, najczęściej tą zarekwirowaną („Wojna żywi wojnę” – mawiał cesarz) u miejscowej ludności. Menu uzupełniały zbierane przez bataliony po sadach jabłka, których była w tamtym roku niespotykana obfitość. fot. AFP Każdy z idących im naprzeciw żołnierzy rosyjskich, ściągniętej z Ukrainy armii marszałka Kutuzowa, nosił ze sobą zapasy żywności na trzy dni. Łupił więcej i częściej niż Francuzi, bo dostawy przychodziły nieregularnie. Wojska sprzymierzonych przemieszczały się dwa razy wolniej: 5–14 km dziennie, nastroje wśród żołnierzy i oficerów były niedobre, panowała opinia, że idą walczyć z diabłem, którego jeszcze nikt nie pokonał. W Wiedniu rosła panika. Napoleon przekroczył Ren, 20 października zaskoczył, okrążył i rozbił stojący w Ulm trzydziestotysięczny austriacki korpus gen. Macka. Stolicę Austrii zajął Napoleon z marszu, cesarz Franciszek I uciekł wraz z dworem do Bratysławy. 13 listopada Francuzi opanowali most pontonowy na Dunaju i pomaszerowali na Morawy, gdzie na polach między Ołomuńcem a Brnem czekali na nich nie tylko Kutuzow i Buxhowden, ale i przybyły z Petersburga car Aleksander oraz liżący się z ran korpus austriacki z cesarzem Franciszkiem. 18 listopada w Znojmie Napoleon przeczytał depeszę o klęsce (21 października) pod Trafalgarem, znajdując w niej dodatkową motywację do energicznych działań. 20 listopada cesarz był już w Brnie, które – choć dysponowało górującą nad miastem silnie ufortyfikowaną, legendarną w Europie twierdzą Szpilberg – poddało mu się bez walki. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 2 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:05 Po Francuzach zostały pod Austerlitz i w Brnie (do dziś) nie tylko groby; doliczono się około 9 tys. nieślubnych dzieci maruderów, dezerterów lub pozostawionych w lazaretach na Morawie grenadierów, kirasjerów etc., których rany widocznie szybko się goiły. Kolejne pokolenia obywateli Republiki Czeskiej noszą do dziś nazwiska o francuskim rodowodzie. Korpus francuski, moknący w deszczu pod Brnem, liczył początkowo 50 tys. ludzi, bo rozkaz cesarski zatrzymał korpus marszałka Davouta w Wiedniu, a na lewym skrzydle korpus marszałka Bernadotte powoli przemieszczał się w stronę Jihlavy (około 100 km na zachód od Brna). Słabość liczebna wojsk boga wojny jeszcze bardziej przekonała sprzymierzonych, by stoczyć walną bitwę. Napoleon z pełną świadomością postanowił przyjąć walkę w pagórkowatych okolicach na wschód od Brna, które dokładnie przestudiował i dokąd zwabił kolejnym manewrem maszerujące w dwu kolumnach armie koalicjantów. Tymczasem wobec carskiego wysłannika gen. Dołgorukowa udawał człowieka chorego, załamanego i przeświadczonego o nieuchronnej klęsce, grał na czas, czekając na wezwanych, w trybie pilnym, Davouta i Bernadotte’a. W niedzielę, 1 grudnia, w wigilię bitwy, która miała stać się najwspanialszym dowodem jego wojennego geniuszu, dysponował 66,8 tys. piechurów, artylerzystów (139 dział) i jeźdźców. Połączone siły rosyjsko-austriackie liczyły 85,4 tys. żołnierzy i 278 dział, ale był to inny żołnierz. Wprawdzie Aleksander zabrał na Morawy w większości same pułki gwardyjskie, ale żołnierze francuscy – uważani wtedy w środkowej Europie za lud drobny, mdły i nędzny – nie byli zarażeni koszarowym drylem ? la Fryderyk Wielki, walczyli nieskrępowani obligatoryjną w armii pruskiej czy austriackiej od XVIII w. linią, w której wojak musiał zachowywać się niczym pionek na szachownicy, reagować jak automat bez względu na ukształtowanie terenu i warunki atmosferyczne. „Żołnierz, który zaczyna myśleć, nie jest żołnierzem, lecz nędznym, wszawym cywilem” – słychać było w koszarach austriackich aż do czasów dobrego wojaka Szwejka. Pod Austerlitz starły się dwa sposoby wojennego rzemiosła. W wigilię bitwy odbyła się ostatnia narada sprzymierzonych. Marszałek Weyrother czytał dyspozycje dla pułków, a stary, opatulony w futro Kutuzow ostentacyjnie drzemał i uśmiechał się ironicznie: rozkazy były pisane po niemiecku, ciekawe, kiedy zdążą je przetłumaczyć i rozdać rosyjskim oficerom? Car Aleksander nie wytrzymuje napięcia, krzyczy: Przecież wycofał swoje straże przednie! Przecież jest chory! Chory! Był lekki mróz, wiał przenikliwy wiatr, przy ogniskach kulili się ogromni, brodaci Kozacy, potężni, zwaliści piechurzy gwardii preobrażeńskiej – niegramotni najczęściej niewolnicy cara Aleksandra i wielonarodowościowe pułki cesarza Franciszka, z trwogą patrząc na łunę świateł na okolicznych wzgórzach: to Mały Kapral na białym koniu lustrował swe oddziały. Na ostrzach bagnetów pozatykali Francuzi płonące wiechcie słomy. – Vive l’Empereur! Niech żyje cesarz! Powiedział później, że był to najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Dla ponad tysiąca jego rodaków był to dzień ostatni. Wieczorem, w gospodzie Na Pindulce – w której zdewastowanych wnętrzach dziś stoi sprzęt Przedsiębiorstwa Budowy Dróg – Napoleon zjadł kolację: ulubione smażone ziemniaki z cebulką. Pół do ósmej rano rozpoczęła się na Żuraniu, tam gdzie stoi dziś stacja benzynowa, przed namiotem cesarskim, odprawa dowódców korpusów. Był Murat i Bernadotte, Lannes, Soult i dowódca gwardii cesarskiej Bessieres, szef sztabu generalnego Berthier i inni. W chwili, gdy Napoleon obserwował przez lunetę miejsce rozpoczynającej się bitwy, na wschodzie, nad doliną Złotego Potoku – kiedyś bagnistej rzeki, dziś chuderlawego strumyka – wynurzyło się z mgły czerwone słońce. Takie samo mieli za sześć lat zobaczyć Francuzi nad spaloną Moskwą. – Oto słońce Austerlitz! – zawoła do nich cesarz, przywołując pamięć największego triumfu swego geniuszu. Pamięć uszanowali i Francuzi, i Czesi: na wzgórzu Żurań stoi granitowy Stół Napoleona. Wraz z powstaniem Republiki Czechosłowackiej Napoleon zaczął zwyciężać nie pod Austerlitz, lecz pod Sławkowem, i czyni to do dziś, z przerwą na lata Protektoratu Czech i Moraw. – Gdzie my jesteśmy? – pytała generalicja NATO, ustawiana do zdjęcia w Sali Trzech Cesarzy na zamku w Sławkowie, po wejściu Czech do Paktu. –Mieliśmy jechać do Austerlitz... Boje o Austerlitz toczą się od 1990 r.; przyniosły jedynie zgodę MSW na przydrożne tabliczki – drogowskazy z historyczną nazwą. Mimo to turystów nadal jak kot napłakał. Trochę Francuzów, Niemców i Austriaków, mało Czechów. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 3 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:06 Mgły umożliwiły Francuzom nagłe pojawienie się przed nieprzyjacielem. Mały Kapral rozmyślnie pozwolił sprzymierzonym obejść swoje prawe skrzydło, by w najlepszej, wskazanej instynktem chwili, zwalić na prawy bok i tyły obchodzących kolumn swą główną siłę „zebraną jak batalion w rękach majora”. Marszałek Kutuzow jeszcze dwukrotnie próbował powstrzymać młodego cara, dwukrotnie wstrzymywał schodzące w doliny po pewną śmierć kolumny, dwukrotnie wręcz odmówił wykonania rozkazu. Na nic. Już w pierwszej godzinie walki sztab rosyjsko-austriacki dostał się pod ogień francuskich armat. Piechurzy Soulta, pchnięci rozkazem cesarskim i motywowani nieustającym warkotem werbli, zdobyli po dwugodzinnej walce na bagnety baterię dział na wzgórzu Prace i, na osobisty rozkaz przybyłego z Żurania cesarza, skierowali 25 luf na Rosjan, łamiąc lód i topiąc w okolicznych stawach tylu żołnierzy, że woda wystąpiła z brzegów i rozlała się na usiane trupami pobojowisko. Te trupy w stawach rybnych to dziś najczęściej kwestionowana opowieść o kilkukrotnych szturmach na wzgórze Prace. Któż zresztą dziś na polach Austerlitz odróżni legendę od prawdy? Wodę z rybników spuścili podobno sami Francuzi, ale już po bitwie i wyłącznie dla wyłowienia karpi. Samo wzgórze – najsłynniejsze – nazywane jest dziś Kurhanem Pokoju. Stoi na nim dość siermiężny Pomnik Trzech Cesarzy plus alegoryczna postać okrutnie doświadczonej w kampanii 1805 r. ziemi – Moraw. Jest skromne muzeum, pamiątek w nim mało. Trochę dziwne, bo przejeżdżający przez pola bitewne, w kwietniu 1806 r., krakowski kronikarz Ambroży Grabowski widział wiele chłopskich wozów „ładowanych strzaskaną bronią, ułamkami pałaszów, lansztoków, strzępami zielonych rosyjskich mundurów, resztkami skórzanych pasów”. A poza tym wiadomo, że niewiele było bitew na świecie, po których żołnierz nie szedł do grobu inaczej jak prawie lub całkowicie nagi... W kaplicy na wzgórzu składane są kości żołnierzy, które do dziś każdej wiosny wyrzuca z siebie – wraz z pociskami, metalowymi częściami umundurowania itp. – ziemia Austerlitz czy, jak kto woli, Sławkowa pod Brnem. Największe groby żołnierskie rozwaliły koparki przy budowie autostrady i zajazdu Rohlenka; te mniejsze i zupełnie małe, indywidualne, znajdują się również przy drogach i dróżkach, w zagajnikach, nad Złotym Potokiem, wszędzie. Najczęściej anonimowe, ale są i piękne pomniki młodych arystokratów, do których jeszcze długie lata pielgrzymowały rodziny z Francji i Rosji. Na pobojowisku i w lazaretach znalazło się 1305 martwych i 6940 rannych żołnierzy francuskich. Rosjan zginęło 11 tys., Austriaków – 4 tys. 12 tys. żołnierzy dostało się do francuskiej niewoli. W nocy, po objętych od 1992 r. ścisłą opieką konserwatorską polach Austerlitz, włóczą się tysiące duchów, w dzień straszy duch komercji. Najpierw, w latach 70. ubiegłego wieku, równolegle do cesarskiego gościńca Brno–Ołomuniec wybudowano autostradę. Potem, w 1980 r., na miejscu starej jak świat sławnej przydrożnej karczmy postawiono stację benzynową i zajazd Rohlenka. Gdy w 1997 r. zapadła decyzja o budowie w sąsiedztwie, w miejscu jednego z najkrwawszych zmagań bitewnych, ogromnego supermarketu, zaczęły się masowe protesty różnych środowisk. – Argumenty o 500 nowych miejscach pracy nie trafiały do przekonania nikomu, nawet władzom lokalnym – mówi zastępca wójta Juraj Havel. Mimo to rozpoczęto wielkie wykopy, znajdowane fragmenty szkieletów przekazując troskliwie i uczciwie – podobnie jak w wypadku drogi czy zajazdu – do osarium na wzgórzu Prace. Gdy w 2003 r. wezbrały kolejne fale protestów płynących z całej republiki i budowę czasowo wstrzymano, gruchnęła wiadomość o planowanej przez NATO i czeskie MON budowie, nieopodal Kurhanu Pokoju, wojskowej stacji radarowej obrony powietrznej kraju. Stacja, o wysokiej na 16, a szerokiej na 18 m kopule, ma kłuć niebo nad Austerlitz do wysokości 25 m. – Coś o tym słyszałem – mówi szef sztabu naszego 2 Korpusu Zmotoryzowanego gen. bryg. Edward Gruszka. – Ale jest absolutnie niemożliwe, by w kraju członkowskim NATO doszło do realizacji inwestycji wojskowej przy protestach ekologów czy historyków sztuki, że już nie wspomnę o politykach. Miejscowi są przekonani, że informacje o planowanym radarze są jedynie zasłoną dymną dla budowy hipermarketu, która rozpocznie się zaraz po zakończeniu obchodów dwustulecia bitwy. O godzinie dziesiątej, na rosyjskie oddziały atakujące na linii Złotego Potoku, runął przybyły (zaledwie dwa dni marszu!) z Wiednia korpus marszałka Davouta. O czwartej bitwa była wygrana. Ocalałe z rzezi bataliony sprzymierzonych znikały w deszczu i zmroku. Wlokły się, znacząc swą drogę na Ołomuniec, Cieszyn, aż do Krakowa, niepogrzebanymi ciałami zmarłych z ran i obdartych z mundurów kolegów. Wieczorem cesarz Franciszek I wysłał do Napoleona księcia Lichtensteina z propozycją kapitulacji. Car Aleksander usiłował zgromadzić resztki swych wojsk po węgierskiej stronie rzeki Morawy, a potem wracał pospiesznie via Kraków do Rosji (pierwsza depesza o klęsce pod Austerlitz przyszła do Moskwy 12 grudnia, do Petersburga jeszcze później). Napoleon objechał pobojowisko (ludzie z jego orszaku, na rozkaz cesarski, ściągali płaszcze z martwych Rosjan, by przykrywać nimi rannych). Nad ranem wyczerpany padł na snopek słomy w budynku poczty przy drodze do Ołomuńca. Snopka już nie ma, poczta – ostatni ocalały z tamtych czasów murowany budynek – pełni dziś obowiązki stylowej karczmy. Izby, w której cesarz Francuzów spędził jedną z najpiękniejszych nocy w życiu, pilnuje umundurowany wolontariusz Sławkowskiej Gwardii Cesarskiej Duszan Frybort. – Może to ostatnie chwile tych pól? – wzdycha. – Z wojskowymi można dziś wygrać, z supermarketem podobno nigdy. Póki co, jak zapewnia przewodniczący Środkowoeuropejskiego Towarzystwa Napoleońskiego Ivan Vystrczil, w odtworzeniu bitwy pod Sławkowem weźmie w tym roku udział 4 tys. umundurowanych żołnierzy i 200 koni. – Tego Europa – twierdzi Vystrczil – nie widziała nigdy. Na drugi dzień, już na zamku w Austerlitz, cesarz podyktował swój bodaj najsłynniejszy i równie genialny jak świeże zwycięstwo rozkaz: „Żołnierze, jestem z was zadowolony...”. A oto ostatnie słowa rozkazu Napoleona: „O każdym, kto powie: – walczyłem pod Austerlitz! mówić będą: – oto zuch!”. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 1 05.12.05, 13:06 Krystyna Kurczab-Redlich wiadomosci.onet.pl/1298919,2678,1,kioskart.html Nuachczio i reszta świata Są dwie Czeczenie: prawdziwa i wirtualna Czy powinny nas obchodzić wybory parlamentarne w kraju oddalonym o parę tysięcy kilometrów? Co w nich może być interesującego? Chyba tyle, ile byłoby w wyborach przeprowadzonych w Polsce pod panowaniem Adolfa Hitlera. Są dwie Czeczenie. W jednej życie człowieka się nie liczy. Każdego można poddać torturom, zabić. W tej Czeczenii z rosyjskich śmigłowców spadają bomby na czeczeńskie wsie, a czeczeńskie “podziemie” zabija rosyjskich żołnierzy i kolaborantów. Ulice straszą ruinami, w kranach od lat nie ma wody, w szkołach prądu, krzeseł i nauczycieli, a w szpitalach sprzętu i lekarzy. 60 proc. ludzi jest bez pracy, kwitnie handel bronią i narkotykami. Ta Czeczenia rzadko pojawia się w telewizji, bo dziennikarzy tam się nie wpuszcza. W drugiej Czeczenii wszystko jest OK. Buduje się domy, prowadzi kampanię siewną, a funkcjonariusze struktur siłowych skutecznie walczą z resztkami bandytów i zagranicznych najemników. Jakiś jej fragment od czasu do czasu pokazuje telewizja: piękną szkołę (zawsze tę samą), zdjętą “wąskim planem”, tak by nic wokół nie było widać. W tej Czeczenii trwa “proces normalizacji”, dokumentowany “aktami potwierdzającymi demokrację”. Pierwsza Czeczenia jest prawdziwa. Druga wirtualna. Ale to nieważne dla tych, którzy chcą w nią wierzyć – i w Rosji, i na Zachodzie. Akty “wyborcze” 27 listopada odbyły się w Czeczenii wybory parlamentarne. Putin oznajmił: “Pojawienie się legalnego, przedstawicielskiego organu władzy oznacza zakończenie formalno-prawnych procedur odbudowy ustroju konstytucyjnego w republice”. Początkiem tych “procedur” było przeprowadzone w marcu 2003 r. referendum, w którym mieszkańcy przegłosowali nową konstytucję; dalszym ciągiem – dwukrotny wybór prezydenta i teraz wybory parlamentu. Wirtualna Czeczenia jest już normalną częścią Federacji Rosyjskiej. W Czeczenii prawdziwej na miesiąc przed referendum do jednego z obozów, w których gnieździli się uchodźcy, rosyjscy żołnierze podrzucili trupa, na wpół spalonego, z wydartym sercem. Na piszczelach rąk – kajdanki. To było szczególnie straszne dla mnie, przybysza z zewnątrz. Mniej straszne dla Czeczenów, bo zwyczajne. – Nie ma takiej tortury, takiego okrucieństwa, którego by nam oszczędzono – mówili. We wrześniu 2005 r. nad rzeką Hułhułaj pod miejsowością Argun, przy moście na słupie sterczała głowa człowieka. Partyzanta, który poległ w walce. Jego dwóch towarzyszy wysadziło się granatem. Ich rozerwanych ciał nie wolno było grzebać, miały służyć jako lekcja wychowawcza. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 2 05.12.05, 13:07 Tuż po referendum uśmiechnięty Putin ogłosił, że głosowało 95 proc. uprawnionych, a 95,37 proc. powiedziało “tak” nowej konstytucji, która głosi, że Czeczenia jest częścią Rosji. Wirtualna rzeczywistość tryumfowała. Prawdziwa – przegrywała, wraz z obywatelami, których do urn powędrowała znikoma część. W dzień referendum Grozny świecił pustkami. Między punktami wyborczymi kursował autobus wożący “wolontariuszy” od urny do urny, tam, gdzie czekały kamery TV. Znudzony oczekiwaniem na wyborców dziennikarz francuski próbował sam głosować. Nie spojrzawszy nawet na przedstawiony przez niego dokument wydano mu kartę do głosowania. W jednym z lokali, gdzie naliczyliśmy 10 osób, oznajmiono potem, że głosowało ich 831. Podobnie wyglądały wybory na prezydenta w październiku 2003 r. Tyle że wymyślono podstęp: renty, emerytury i zasiłki wydawano w dniu wyborów, i to tam, gdzie mieściły się punkty wyborcze. Niewiele to pomogło: we wsi Kurczałoj z 2094 uprawnionych głosowało ok. 300 (wieczorem usłyszeliśmy, że było ich o tysiąc więcej). Teraz też nic się nie zmieniło: puste ulice, puste lokale wyborcze, fałszerstwa (przewodniczący komisji wyborczej nr 361 twierdził, że głosowało 400 osób, a obserwatorzy jednej z partii, którzy liczyli przychodzących, doliczyli się ich 45). Nazajutrz Putin oświadczył, że “Czeczeni jeszcze raz, najbardziej przekonująco, zademonstrowali siłę charakteru, dojrzałość polityczną i organizacyjną. Pokazali, że nikt i nigdy nie jest w stanie ich nastraszyć”. Najbardziej dramatyczne jest, że nas to nie dziwi. Że my, na Zachodzie, wzruszymy ramionami i jeszcze raz zgodzimy się na cynizm. Może nawet uznamy go za konieczność, która wynika z poprawności politycznej i racji stanu. Ahmed i Ramzan Rosjanie przywiązują wagę do odznaczeń i niebywałą jest rzeczą, by się ich zrzekli lub ostentacyjnie wyrzucili. Tymczasem po 30 grudnia 2004 r. uczyniło tak wielu. W tym dniu jedno z najcenniejszych odznaczeń (“Bohatera Rosyjskiej Federacji – za męstwo i heroizm przy wypełnianiu obowiązków służbowych”) Putin wręczył Ramzanowi Kadyrowowi, bandycie, który rządzi Czeczenią. Takiego honoru nie doczekał jego ojciec, Ahmed Hadżi Kadyrow, którego Putin najpierw (w 2000 r.) postawił na czele Czeczenii jako swego pełnomocnika, a potem uczynił prezydentem. Ahmed Kadyrow, absolwent bucharskiej medresy i Islamskiego Instytutu w Taszkiencie, założyciel i rektor pierwszego takiego instytutu na Kaukazie, walczący z Rosjanami po ich wtargnięciu do Czeczenii w 1994 r., w roku 1999 przeszedł na stronę wroga. Był dość żądny władzy, by wprowadzić w życie kremlowską ideę “czeczenizacji” konfliktu: przejęcia od Rosjan “sztafety terroru” wobec rodaków, zamieniając wojnę separatystyczną w domową. Był okrutny, ale jego syn jest okrutniejszy. Udowadniał to jako szef służby bezpieczeństwa ojca-prezydenta, do której włączył i byłych bojowników (liczących na amnestię), i kryminalistów. Jego oddziały liczyły 3 tys. ludzi. W rodowym gnieździe Kadyrowów, Centeroj, powstało ich własne więzienie, gdzie tortury nie ustępują tym stosowanym przez Rosjan. Coraz częściej ludzie w maskach wdzierają się nocą do domów, mówiąc i po rosyjsku, i po czeczeńsku. Strach – i tak nieopuszczający mieszkańców w dzień (każde przejście przez posterunek, a jest ich bez liku, może zakończyć się aresztem lub śmiercią) i w nocy (oczekujący “zaczystek” Czeczeni odwykli rozbierać się do snu) – opanował republikę. Szeregi “kadyrowców” rosną. Dlatego, że tam można zarobić i dlatego że tam można się przed Rosjanami schronić. Również dlatego, że Kadyrow prowadzi nabór szantażem: porywa młodych ludzi z domu i zmusza do torturowania innych, co filmuje. Taki człowiek nie ma już wyboru. 9 maja 2004 r., w Święto Wyzwolenia, wyleciała w powietrze ta część groznieńskiego stadionu “Dynamo”, gdzie siedział prezydent Kadyrow. Tak się złożyło, że nigdy go nieodstępujący Ramzan był w Moskwie i nazajutrz cała Rosja mogła widzieć młodszego Kadyrowa padającego we współczujące ramiona Putina. Władza w Czeczenii przeszła w ręce Ramzana, który tylko dlatego nie został już prezydentem, że jest za młody: roku brakuje mu do trzydziestki, której wymaga konstytucja. Na razie został wicepremierem rządu Czeczenii ds. bezpieczeństwa. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 3 05.12.05, 13:07 Codzienność Separatyści w “wyborach” uczestniczyć nie mogli, choć bez ich udziału żaden realny proces polityczny nie jest możliwy. Polityka Putina, odrzucającego możliwość pertraktacji z ruchem oporu, zagnała w ślepy zaułek i Rosjan, i Czeczenów. Tych Rosjan, którzy giną na wojnie skrytej za parawanem “operacji antyterrorystycznej”, i tych, którzy byli lub będą ofiarami aktów terrorystycznych, i całą okłamywaną resztę, niezdolną do przyjęcia prawdy. Takiej, jak prawda 35-letniego Rusłana Musajewa z Groznego. 25 stycznia br. wyciągnięto go z taksówki, bo miał dowód osobisty starego wzoru. Narzucono mu, jak wszystkim, worek na głowę. Rusłan wspominał: – Wrzucili mnie do celi maleńkiej, betonowej, wdziali na głowę jakąś gumową czapkę, że prawie się dusiłem, ale tarłem głową o beton, aż ją ściągnąłem. Byłem skuty łańcuchami i kajdankami. Potem mnie wyprowadzili i zaczęli bić. Bili po stopach, torturowali prądem, przewody przykładali do języka, palców. Następnego dnia zaprowadzili do sali gimnastycznej, zasunęli drewno pod kajdanki, przyczepili je do poręczy. I bili, bili, aż przestałem być człowiekiem... Bili po kolanach przez deskę. Gdy mdlałem, polewali wodą. I pytania te same: gdzie walczyłem? gdzie automat? Ale też: da ojciec za ciebie 2000 dolarów? Potem plastikowy worek wcisnęli na głowę i zakleili. I znowu bili. Gdy dostali okup, wyrzucili Rusłana na ulicę. Żaden lekarz w okolicy nie miał odwagi mu pomóc. Wcześniej krewni poszukujący Rusłana napisali oświadczenie do czeczeńskiej prokuratury. Tam usłyszeli takie groźby, że gdy Rusłana zatrzymano powtórnie, oświadczeń nikt już nie składał. Ludzie, którzy złożyli pozwy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, często dzielili los Rusłana. Niektórych zabito. Czeczenia, ta prawdziwa, dzieli się na dzienną i nocną. W dzień kobiety wędrują na bazar, gdzie dawne nauczycielki czy księgowe zastąpiły biurka stoiskiem z desek lub rozłożoną płachtą. Głównymi ulicami jeżdżą autobusy, wozy pancerne, czasem czołgi. Co krok atelier Kodaka, knajpki, warsztaty samochodowe. Sklepów mało, bo trudno sklep umieścić w ruinie. Życie kwitnie na bazarach. Do wieczora. Czeczenia nocna to kraj strachu. Przed Rosjanami i przed swoimi. Trudno rozpoznać, kto jest kto. We wsiach pojawiają się partyzanci, po żywność lub żeby zabić kolaborantów: szefów administracji rejonowej lub mieszkańców, których podejrzewają o współpracę z wrogiem. Zakładają bomby i miny. Napadają na posterunki. Gdy nocą działają w górach, w dzień będą ich ścigać rosyjskie śmigłowce (niedawno w Nowych Ałdach zbombardowały osiem domów). Strach paraliżuje, każdy w każdej chwili może stać się ofiarą. Im większy terror sankcjonuje państwo, tym więcej ochotników wstępuje do partyzantki. I nie ma to nic wspólnego z terroryzmem międzynarodowym. Tysiące uciekają z kraju. Polskie służby medyczne twierdzą, że wśród uchodźców nie ma ludzi zdrowych. Wszyscy cierpią na spowodowane stresem osłabienie pamięci, raka stwierdza się u nastolatków, choroby serca są powszechne. Nuachczio Społeczność międzynarodowa, tak chętna do krytykowania Amerykanów za Irak, milczy. Zwycięża kremlowska propaganda. Oportunizm i krótkowzroczność zachodnich polityków produkują takie dziwolągi, jak rezolucja nr 1402 Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która doprowadziła do Okrągłego Stołu w sprawie Czeczenii wyłącznie z udziałem Rosjan i ich czeczeńskich popleczników. Zabawnie brzmiały “strasburskie kryteria” dopuszczające do rozmów separatystów, którzy “przedstawią swój program”. Czy Europejczycy nie wiedzieli, że za przyznanie się do separatyzmu grozi śmierć? Nuachczio – Czeczen – to coś więcej niż narodowość. To status człowieczeństwa. Jego zasada brzmi: Czeczen nie ugina kolan przed nikim, prócz matki i ziemi ojczystej. Zasada, którą kierują się władze Rosji, to: rzucać na kolana. Wyznawcy obu zasad nigdy się nie pogodzą. Społeczność międzynarodowa, przymykająca oczy na Czeczenię, nie widzi niebezpieczeństwa, jakie rodzi dziczejąca pod wpływem tej wojny Rosja. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Polacy - piraci "Polska Zbrojna" 07.03.06, 15:21 wiadomosci.onet.pl/1135862,1292,1,kioskart.html Orły pod czarną banderą Piraci rodem z Polski Pierwsi piraci polskiego pochodzenia pojawili się na Morzu Karaibskim w XVII wieku. Pochodzili przeważnie z Kaszub i Żuław. Obok angielskich i francuskich piratów, od wielu dziesiątek lat grasujących na tych wodach, właśnie Holendrzy zasłynęli z dużej dzielności i bezwzględności w tym "fachu". W łupieniu hiszpańskich galeonów przewożących złote i srebrne wyroby oraz kruszec tych szlachetnych metali z Nowego Świata osiągali niemałe sukcesy. Ze swych zbójeckich wyczynów na morzu, a także grabieży hiszpańskich miast na wybrzeżach amerykańskiego kontynentu zasłynął zwłaszcza herszt holenderskich piratów Piet Heyn, który po zagrabieniu tzw. srebrnej floty w zatoce Matanzas na Kubie uhonorowany został przez swego króla tytułem admirała, a następnie wszedł w poczet narodowych bohaterów Holandii. Wielką sławę zdobył również na karaibskich wodach urodzony w Elblągu z matki Polki i ojca Holendra korsarz niderlandzkiej korony Aleksander Exqemeling, który na hiszpańskich galeonach zdobywał fundusze na ukończenie studiów medycznych. Już jako lekarz okrętowy holenderskiej floty pod zmienionym nieco nazwiskiem: John Esquemeling wydał w 1678 roku książkę opisującą swoje pirackie przygody pt. "Bukanierzy amerykańscy", tłumaczoną potem na wiele języków, w tym również na polski. Opuszczeni przez Cesarza Stając się bezwzględnymi czcicielami czarnej flagi z trupią główką i skrzyżowanymi piszczelami, Polacy bywali także w głównej bazie sławnego pirata angielskiego kpt. Henry’ego Morgana – Port Royal na Jamajce i głównej siedzibie piratów francuskich na wysepce Żółwiej koło Haiti. Z różnych powodów przenosili się oni z holenderskich na angielskie i francuskie jednostki pirackie. Jednak do największego rozwoju polskiego piractwa na tym akwenie przyczynił się... Napoleon. W latach 1801–1803 kilkadziesiąt żaglowców przywiozło bowiem na San Domingo dwie półbrygady zorganizowanych na włoskiej ziemi Legionów Polskich: łącznie 5 500 oficerów i żołnierzy. Wraz z 35-tysięcznym korpusem ekspedycyjnym Francuzów walczyć mieli z rebelią czarnych niewolników, którzy poważnie potraktowali hasła francuskiej rewolucji: wolność, równość, braterstwo. Napoleon uznał jednak, że "niewolnicy znieważyli majestat Francji". Rozpoczęły się niezwykle krwawe walki, w których zwyciężyli Murzyni. Pomogła im w tym epidemia żółtej febry i innych chorób tropikalnych, dodatkowo osłabiających francuskie wojska. Część ocalałych z wojennej tragedii legionistów dostała się do angielskiej niewoli i w fatalnych warunkach przebywać musiała na Jamajce, część (około 450 osób) osiedliła się na Haiti, część natomiast, z braku innych możliwości zarobkowania, zajęła się piractwem, wykazując się niebywałymi wręcz talentami w tej nowej dziedzinie wojowania. Jednym z takich pirackich okrętów dowodził kpt. Ignacy Blumer, wcześniej szef batalionu na San Domingo. Zdarzyło się bowiem, że powracający z setką rekonwalescentów po żółtej febrze statek francuski pod dowództwem komandora Bissela zagarnięty został przez brytyjski bryg "Recoon". Anglicy natychmiast uprowadzili na swój okręt Francuzów, natomiast Polakom apatycznie siedzącym wzdłuż burt pozwolili kontynuować podróż do Europy. Gdy synowie Albionu odpłynęli, kpt. Blumer zadziałał błyskawicznie: zdumionym rodakom oświadczył, że obejmuje komendę nad okrętem. Od tej chwili wraz z porucznikiem Lipińskim i Birnbaumem oraz starymi wiarusami legionowymi łupił na karaibskich wodach, dając się mocno we znaki przede wszystkim Anglikom. W rezultacie licznych walk i morskiego rozboju Blumer i jego kompani nieźle się wzbogacili, aż wreszcie uparty kapitan doprowadził swych żołnierzy pod rodzinne strzechy. Sam natomiast zaciągnął się do wojska Królestwa Polskiego i wkrótce mianowany został generałem. Szlachecka fantazja Drugim oficerem, który po kampanii haitańskiej zajął się rozbojem na Morzu Karaibskim, był kpt. Wincenty Kobylański, operujący przeciw Anglikom z terytorium Kuby. Oprócz akcji morskich organizował on także wyprawy lądowe, wymierzone z reguły w Jamajkę i jej kolonialnych rządców angielskich. Zbyt słabe siły uniemożliwiły mu jednak atak na Kingston i Spanish Town, gdzie obozowali polscy jeńcy wojenni. Ponieważ jednak uznał piractwo za zbyt ciężki kawałek chleba, który "nijakiego honoru nie daje", i on powrócił niebawem do kraju. Stosunkowo późno, bo dopiero w roku 1805, włączył się do akcji pirackich w tym rejonie podporucznik Kazimierz Lux, który 10 proc. pryzy wpłacał na rzecz przebywających w niewoli żołnierzy francuskich, a pewne sumy na rzecz inwalidów wojennych i znajdujących się w potrzebie polskich legionistów. Ci "potrzebujący" nieraz zresztą przystawali do piratów. Tak było np. z Błażejem Wiśniewskim, prowadzącym oberżę w Santiago de Cuta, gdzie banda Luxa z reguły opijała udane wyprawy na Jamajkę. Kilka lat potem ten ostatni powrócił do Warszawy i długo jeszcze przy ul. Mostowej sprzedawał pieczone przez siebie bułki i rogaliki. Trochę dłużej zbójował na karaibskich wodach porucznik Izydor Borowski, dostarczający zdobytą broń i amunicję bojownikom o wolność Wenezueli: Franciscowi Mirandzie i Simonowi Bolivarowi. Ostatnim chyba polskim piratem na Morzu Karaibskim był Józef Olszewski, wśród pirackich braci z polska nazwany "Józiem", jeden z dziewięcioroga dzieci ubogiego szlachcica zagrodowego, któremu za ciasno się zrobiło w rodzinnych stronach na Mazowszu. Około 1850 roku popłynął on z flisakami do Gdańska, a stamtąd z Holendrami "do Zachodnich Indiów". Trafił wkrótce na niewielki, ale szybki i sprawny żaglowiec "Salamandra", szmuglujący niewolników z Afryki na karaibskie plantacje kolonialne. Gdy jednak odziedziczył okręt i bogactwa swojego kapitana, w Vera Cruz odpowiednio wyekwipował go, a następnie napadał i rabował statki różnych bander przepływających w pobliżu Kuby, Jamajki i Haiti. Pod koniec XIX wieku jego rozliczne przygody pod piracką flagą opublikował warszawski tygodnik "Wędrowiec". (Autor jest pisarzem marynistą) Polska Zbrojna nr 40/2003 Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł o radzieckim wywiadzie w Polsce 1919-1939 31.03.06, 12:05 www.knhs.umcs.lublin.pl/kn/kn7.pdf Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii 1914 - kolorowe mundury francuskie 05.04.06, 13:37 Mówią Wieki wiadomosci.onet.pl/1317833,1292,1,kioskart.html Czerwone spodnie to Francja! Mundurowa rewolucja Latem 1914 roku wrogie armie rozpoczęły pierwszą uprzemysłowioną rzeź w dziejach ubrane w ochronne mundury, zwiększające nieco szanse przeżycia żołnierzy. Tylko Francuzi ruszyli po zwycięstwo w archaicznych, kolorowych uniformach. W listopadzie 1914 roku warszawski „Tygodnik Ilustrowany” zamieścił list i zdjęcie Jerzego Kijewskiego, żołnierza sojuszniczej Francji, którego pod naciskiem rosyjskich dyplomatów wcielono wraz z innymi polskimi ochotnikami do Legii Cudzoziemskiej. Kijewski opisał mundur swej kompanii (tzw. bajończyków) na czarno-białej fotografii: „Składa się on z czerwonej czapki, granatowej kurtki i czerwonych spodni. Na czas manewrów kładziemy kapotę (szynel) niebieskiego koloru, a czapki przykrywamy szarymi pokrowcami jak cała armia francuska, gdyż czerwony kolor czapki jest zanadto znaczny”. Dla królewiaków, od lat przywykłych do jednolitego khaki rosyjskich pułków i ich burych szyneli, opis ten pachnieć musiał czasami pokoju i paryską operetką. Barwna armia Republiki zdawała się bowiem dumnie ignorować nie tylko proch bezdymny, od ćwierćwiecza zapewniający lepszą widoczność na polu walki, ale i rosnącą skuteczność broni strzeleckiej. O ile gładkolufowy karabin żołnierza napoleońskiego miał zasięg do 250 m (celność spadała powyżej 50 m), to wprowadzony w 1866 roku, ładowany odtylcowo Chassepot niósł już na 1200 m, a używany w 1914 r. karabin Lebel (wz. 1886/1893) mógł razić wroga oddalonego o 3200 m! Do tego upowszechnienie wypluwających z siebie 500 pocisków na minutę karabinów maszynowych, które armia rosyjska aż za dobrze poznała w przegranej wojnie z Japonią, zrewolucjonizowało zachowanie i wygląd piechoty. Chcąc nie chcąc, armie europejskie po kolei „brzydły”, porzucając uniformy w tradycyjnych kolorach: austriackiej bieli, rosyjskiej zieleni, brytyjskiej czerwieni czy pruskiego granatu. Barwy ochronne Przykład dali Brytyjczycy, którzy ubrali żołnierzy służących w Indiach ubrali w ochronne kolory już w połowie poprzedniego wieku. Mimo konserwatyzmu korpusu oficerskiego polowe, lekkie mundury pojawiły się w wojnie zuluskiej (1879), burskiej (1880-1881) i walkach z mahdystami w Sudanie (1881-1898.), choć wciąż królowała dumnie czerwona kurtka (red jacket) – synonim brytyjskiego żołnierza. Tak było aż do drugiej wojny z Burami (1899–1902), którzy z początku dziesiątkowali czerwone cele na tle płowego krajobrazu, zmuszając wojska królowej Wiktorii do ostatecznego przebrania się w kolor khaki. Ducha czasu pojęli też Niemcy, którzy po latach prób w różnych typach krajobrazu przyodzieli w 1907 roku mundur feldgrau. Dawne granatowe uniformy piechoty wydawano już tylko od święta, a w polowe mundury ubrano nawet różnobarwne pułki jazdy. Strzelcom (jegrom) konnym i pieszym, tyralierom gwardii oraz oddziałom karabinów maszynowych zapewniono tradycyjną odrębność kolorem grüngrau. Od 1910 roku w feldgrau przebrali się też oficerowie. Niemal równolegle, w 1909 roku nowe szaroniebieskie mundury polowe otrzymała armia austro-węgierska, rok później swoją wersję khaki przyjęli Rosjanie, a Włosi poszli w 1915 roku na wojnę w testowanym przez siedem lat kolorze zielono- szarym. Zmienili mundury polowe także Bułgarzy (1908), Turcy (1909) i Serbowie (1912). Dlaczego mundurowa rewolucja ominęła Francję, która po klęsce 1870 roku przez 44 lata szykowali się do wojny z Niemcami? Wszak pomijając strzelców pieszych i alpejskich, w 1914 roku armia francuska ruszyła do rewanżu za hańbę Sedanu w mundurach zaprojektowanych dla pokolenia dziadków! Granatowy płaszcz-kapota pochodził z 1877 roku, czerwone spodnie wz. 1867 zmodyfikowano nieco w latach 1893 i 1897, kepi opracowano w 1884 r. Wyposażenie było równie archaiczne. Bajończyk Jan Żyznowski, zapamiętał np. męki z najbardziej skomplikowanym tornistrem świata: „zwijanie kołdry wedle ustalonego przepisu zabierało sporo czasu, nie mówiąc już o dziesiątkach pasków, na razie nieużywanych, mających jednak każdy swoje przeznaczenie. Wolne chwilowo paseczki trzeba było zwijać w jakieś finezyjne i fantastyczne kółka, a wszystko wedle przeklinanego przez nas regulaminu. Także karabin Lebel był przestarzały, mimo modyfikacji w 1893 roku. Od marzanny do rezedy Francuzi mieli czas na przywiązanie się do granatowego munduru i spodni garance, bowiem piechota dostała je już w 1829 roku, a po niej część innych rodzajów wojsk oraz oficerowie sztabowi. Przymiotnik garnce, pochodzący od marzanny, której korzeń służył do barwienia materiału, z czasem znaczył po prostu „czerwony”. Barwnik ten zalecono zapewne armii dla ratowania upraw tej rośliny, rozwiniętych w XVIII woku pod Awinionem i w Alzacji, a podupadających po rewolucji. Jednak prace Niemca Graebego, odkrywcy chemicznego składu barwnika, który w 1868 roku wraz ze wspólnikiem Liebermannem opatentował tani zamiennik syntetyczny – alizarynę, były wyrokiem na marzannę. Jej zbiór tylko w departamencie Vaucluse i okolicach spadł z 20 tys. ton w 1875 roku do 500 ton sześć lat później. Za to za Renem rosła produkcja taniej alizaryny – w 1879 roku było to 4,5 tys. ton, by w roku 1900 osiągnąć już 15 tys. ton! Logika rewolucji przemysłowej sprawiła, że od 1882 roku francuskie czerwone spodnie – symbol armii szykującej się do rewanżu na Niemcach, zawdzięczały kolor barwnikowi dostarczanemu... z Niemiec. Francuskie dowództwo śledziło przemiany na polu walki, wprowadzając lotnictwo, nowoczesną artylerię (armata 75 mm!) i karabiny maszynowe. Toteż gdy badania wykazały, że tradycyjny mundur naraża na trafienie dwukrotnie bardziej niż uniform maskujący, od 1903 roku siedmiokrotnie próbowano wprowadzić nowe umundurowanie. Pod różnymi pretekstami odrzucono jednak odcienie szarości i szaro-błękitu oraz lekki kask, w którym zdaniem części ekspertów, „armia wyglądałaby po niemiecku”. Podobne argumenty przyczyniły się do zarzucenia testowanej w latach 1910–1912 zieleni zwanej „rezedą”, bliższej nowoczesnemu khaki. Zwalczali ją zwłaszcza brylujący w komisji Ministerstwa Wojny malarze bataliści Georges Scott i Edouard Detaille. Odegrali oni, tak jak zmarli wcześniej Jean-Louis- Ernest Meissonier i Alphonce de Neuville, dużą rolę w egzaltacji trójkolorowego patriotyzmu, heroizując pędzlem wojnę 1870 roku i gloryfikując wojenną przeszłość Francji. Specyficzny kult armii, który miał ją leczyć z kompleksu klęski, dał się odczuć zwłaszcza podczas tzw. sprawie Dreyfussa. Część opinii publicznej gotowa była przymknąć oczy na haniebne postępki wojskowych w imię „honoru armii” i otaczanego czcią munduru. Granatowo-czerwonego, oczywiście. Kolor spodni a Francja Gdy w 1911 roku zginął na mityngu lotniczym entuzjasta „rezedy”, minister wojny Berteaux, szanse armii francuskiej na nowoczesny mundur zmalały. Cóż bowiem mogła dać kolejna komisja z udziałem wspomnianych malarzy? Odpowiedzialny za jazdę Scott zyskiwał poklask eleganckich oficerów, wyśmiewając projekty, w których „zauważyć można tylko konia”, i modyfikował kity kirasjerskich hełmów. Detaille powtarzał zaś, że uniform piechoty, wykorzystywany zarówno w czasie pokoju, jak i wojny, musi być równie brzydki przy pierwszej, co niepraktyczny przy drugiej okoliczności. Prawda, że ten zwolennik czerwonych spodni (ich zapas ich obliczano aż na trzy pokolenia!) zaprojektował grzebieniasty kask w wersji pokojowej i frontowej – z lakierowanej skóry lub z chromowanej stali. Sceptycy nie mogli jednak rozróżnić przodu kasku od tyłu, a inne projekty Detaille’a odrzucono. Skończyło się więc na nało Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: 1914 - kolorowe mundury francuskie 05.04.06, 13:37 Kolor spodni a Francja Gdy w 1911 roku zginął na mityngu lotniczym entuzjasta „rezedy”, minister wojny Berteaux, szanse armii francuskiej na nowoczesny mundur zmalały. Cóż bowiem mogła dać kolejna komisja z udziałem wspomnianych malarzy? Odpowiedzialny za jazdę Scott zyskiwał poklask eleganckich oficerów, wyśmiewając projekty, w których „zauważyć można tylko konia”, i modyfikował kity kirasjerskich hełmów. Detaille powtarzał zaś, że uniform piechoty, wykorzystywany zarówno w czasie pokoju, jak i wojny, musi być równie brzydki przy pierwszej, co niepraktyczny przy drugiej okoliczności. Prawda, że ten zwolennik czerwonych spodni (ich zapas ich obliczano aż na trzy pokolenia!) zaprojektował grzebieniasty kask w wersji pokojowej i frontowej – z lakierowanej skóry lub z chromowanej stali. Sceptycy nie mogli jednak rozróżnić przodu kasku od tyłu, a inne projekty Detaille’a odrzucono. Skończyło się więc na nałożeniu w 1913 roku wspomnianego pokrowca na jarzące się czerwienią kepi. Wbrew pragmatykom, debatę mundurową toczono publicznie, nawet na forum Zgromadzenia Narodowego, a do historii (głupoty?) przeszedł histeryczny okrzyk jednego z deputowanych: Czerwone spodnie to Francja! Wychowany w trójkolorowym patriotyzmie i ofensywnej doktrynie korpus oficerski też nie widział powodu do krycia się i zlewania z krajobrazem. Wojskowe periodyki zapewniały, że „trudno sobie wyobrazić żołnierza ubranego całkowicie w brąz lub kolor szary. Taki ubiór stwarzałby niemiłe wrażenie smutku i braku waleczności”. Ostrzegały też, że „zniesienie czerwonych spodni byłoby fatalnym błędem, jako że te spodnie są nierozłącznie związane z armią”. Wojskowym wtórowali patriotycznie nastawieni dziennikarze. Tuż przed wojną dziennik „Le Temps” pisał dumnie: „Armie europejskie zmieniają uniformy. Na szczęście my we Francji zajmujemy się ważniejszymi sprawami”. Dzięki uporowi ministra Messimy’ego, kolejna komisja, już bez batalistów, opracowała w 1913 roku mundur godzący potrzeby pola walki z wymogami symbolicznej ortodoksji. Wpadające w trudny do określenia błękit, złożone z włókien niebieskich (60 proc.), czerwonych (30 proc.) i białych (10 proc.) „trójkolorowe” sukno zaakceptowano ostatecznie 27 lipca 1914 roku, na... sześć dni przed wybuchem wojny. Francuzi ruszyli więc na nią w granacie i czerwieni pradziadów. Kosztowna tradycja Nie wiemy, ilu zabitych kosztował fatalny ekwipunek francuskich żołnierzy, pchanych do ataku w barwnych mundurach i koszonych seriami z broni maszynowej, nim zdołali ujrzeć przeciwnika. Przypomnijmy, że z ok. 1,375 mln poległych (statystycznie ok. 900 dziennie!) na rok 1915 przypadło ich 349 tys., na 1916 – 252 tys., na 1917 – 164 tys., a na 1918 - 235 tys. Liczba 301 tys. zabitych w 1914 roku na pozór nie szokuje, ale trzeba pamiętać, że padli oni w zaledwie pięć miesięcy. Tylko w pierwszych siedmiu tygodniach wojny, w bojach granicznych i nad Marną zginęło ok. 250 tys. Francuzów, zwanych wzgardliwie przez Niemców Rothosen – „czerwonymi portkami”. Młodsi oficerowie, a zwłaszcza świeżo upieczeni absolwenci Saint-Cyr, prący do walki w białym pióropuszu na kepi, nie szczędzili ani siebie, ani ludzi, by pogardą śmierci zmazać wstyd Sedanu. Ofensywna doktryna musiała jednak przegrać z ołowiem i stalą, a jesienią 1914 roku część piechoty otrzymała wreszcie ciemnoniebieskie spodnie, nakładane... na te czerwone. Wcześniej żołnierze ratowali się rekwirowanymi w całej Francji spodniami strażaków lub nawet naszywaniem worków. Konieczność krycia się przed ogniem i „niehonorowego” upodabniania się do podwładnych dotarła także do oficerów, ginących dotychczas w pierwszej kolejności. Złocone oznaki stopni na rękawach zastąpili sukiennymi, trzeba jednak było interwencji marszałka Joffre’a, by przestali wycinać „lukarny” w pokrowcach na kepi dla pokazania stopnia i numeru pułku. Wycięcie takie widoczne było przez lornetkę już z 800 m i kosztowało niejedno oficerskie życie. Brak hełmu czy choćby bliskiego niemieckiej pikelhaubie kasku sprawił, że urazy głowy były powszechne. Potężna niemiecka artyleria zabijała i raniła Francuzów nie tylko odłamkami pocisków, ale i fruwającymi cegłami czy kamieniami, a żołnierzom pozostawało wkładanie na głowy menażek. Dopiero w lutym 1915 roku ruszyła produkcja 700 tys. stalowych wkładek pod kepi, tzw. calottes (fr. „pękaty garnek” lub „piuska”). Niewygodne (zrazu robiono jeden rozmiar!), źle się trzymały na głowie, ale jednak ją chroniły. Ranny wiosną 1915 roku bajończyk Wyrożębski wspominał kulę, która przebiła „czapkę i kask stalowy (francuski, cienki i lekki – nosi się pod czapką). Zalewam się cały krwią, lecz nie tracę przytomności”. Po wprowadzeniu we wrześniu tego roku słynnego grzebieniastego hełmu Adriana, „piusek” używano już tylko jako pojemników na naboje lub menażek. Zwycieski błękit Tragiczne niedostatki starego umundurowania sprawiły, że „trójkolorowe” sukno stało się produktem najwyższej wagi. Odcięcie dostaw niemieckiej alizaryny zmusiło jednak Francuzów do mieszania tylko dwóch kolorów. Tak narodził się słynny „błękit horyzontu” (bleu horizon), przywdziany później przez hallerczyków. Gigantyczna operacja (4,5 m sukna na każdego żołnierza!) powiodła się, choć dostawcą indygo do produkcji błękitnego sukna przed wojną była też ... niemiecka Badische Anilin. Szczęśliwie, po wyczerpaniu zapasów Francuzom udało się podjąć produkcję barwnika w fabryce zarekwirowanej... innej firmie niemieckiej. Mundur bleu horizon wprowadzany stopniowo od grudnia 1914 roku dla wojsk z metropolii i części kolonii, zrósł się powoli z sylwetką francuskiego żołnierza i stał się jego znakiem rozpoznawczym w przyszłości. Przebrane szybko w khaki bitne oddziały północno-afrykańskie i Legia Cudzoziemska nie nadawały się zbytnio do roli symbolu. I tak, dzięki osobistemu doświadczeniu milionów francuskich żołnierzy i ich rodzin oraz niezliczonym pocztówkom, obrazkom i fotografiom, w zbiorowej wyobraźni dotkniętego tragedią narodu powstał słynny poilu („owłosiony”, czy „szczeciniasty”). Każdy Francuz wie, że pod tym słowem kryje się nieogolony piechur, który obronił Verdun i ojczyznę, a potem wygrał Wielką Wojnę w grzebieniastym hełmie i błękitnym uniformie. A błękitny mundur to przecież Francja! Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł OZON: z ziemi polskiej do Izraela 16.05.06, 14:07 wiadomosci.onet.pl/1334622,1292,1,kioskart.html Bojownicy Ziemi Świętej W II RP przygotowywali się do walki w powstanie Izraela Setki doskonale wyszkolonych, również przez polskich instruktorów, żołnierzy żydowskich przygotowywało się w II RP do walki o powstanie Izraela. Większość nie zdążyła wylądować w Palestynie. W 1943 roku zginęli w getcie warszawskim. Wiosną 1939 roku na zalesionych wzgórzach wokół Andrychowa w Beskidzie Małym często słychać było wybuchy i strzały. Nie były to ćwiczenia polskiej armii, ale ani policja, ani wojsko nie interweniowały. To Druga Rzeczpospolita szkoliła bojowców żydowskich, by z bronią w ręku wywalczyli swoje państwo. Krucjata, której celem było wyswobodzenie Palestyny spod panowania Anglików i Arabów, miała się niebawem rozpocząć. Polska pomoc Trzymiesięczny kurs oficerski dla przyszłych dowódców żydowskiej armii był otoczony ścisłą tajemnicą. Żydzi szykowali się przecież do walki przeciwko narodowi, z którym przed II wojną światową związani byliśmy wojskowym sojuszem (Palestyna objęta była mandatem brytyjskim z ramienia Ligi Narodów). Państwo polskie musiało więc działać szczególnie ostrożnie. Jednak zachowane relacje uczestników tamtych wydarzeń pokazują, że sanacyjne rządy aktywnie pomagały Żydom pragnącym zbrojnie walczyć o swą ojczyznę. Wsparcie nie ograniczało się do szkoleń pod kierunkiem polskich sztabowców i zakupu broni. Polska dyplomacja w latach 30. prowadziła jawne działania na rzecz powstania żydowskiego państwa. W 1936 roku to właśnie z polskiej inicjatywy na forum Ligi Narodów odbyła się dyskusja na temat form sprawowania przez Wielką Brytanię mandatu nad Palestyną i polityki imigracyjnej. Rządowi polskiemu zależało na rozładowaniu napięć narodowościowych. Żydowska emigracja do Palestyny miała w tym dziele pomóc. Nasz rząd zaoferował więc daleko posuniętą pomoc Żydom, którzy chcieli wyjechać. „Rząd Polski pragnąłby dziełu syjonistycznemu pomóc nie dlatego, że chciałby się Żydów pozbyć; raczej dlatego, że syjonizm jest szlachetną i humanitarną ideą” – deklarował premier rządu polskiego Felicjan Sławoj-Składkowski. ydowskie legiony Nie ma podstaw, by z tego powodu oskarżać polskie władze o antysemityzm – przecież nie wszyscy Żydzi chcieli emigrować i bić się o państwo w Palestynie. W żydowskich środowiskach ortodoksyjnych (szczególnie silnych w Polsce) syjonizm już od chwili swego zaistnienia pod koniec XIX wieku uznany był za herezję i oficjalnie napiętnowany. Żydów chcących pozostać w Rzeczpospolitej nikt usuwać nie chciał. Pomoc dotyczyła jedynie tych, którzy uznali, że o Izrael trzeba się upomnieć – i że potrzebne są do tego radykalne środki. W latach 30. powstała organizacja syjonistów-rewizjonistów skupiająca śmiałków dążących do powstania państwa żydowskiego na drodze walki zbrojnej. Na czele Nowej Organizacji Syjonistycznej stanął urodzony w Odessie Włodzimierz „Zeew” Żabotyński. Był on zafascynowany polskimi doświadczeniami walki o niepodległość i szczerze podziwiał Piłsudskiego (nawet się z nim spotkał). Jego ugrupowanie miało nawiązywać do tradycji Organizacji Bojowej PPS, POW i Legionów Polskich. Żabotyński był sprawnym organizatorem. Jeszcze podczas I wojny światowej stworzył Legion Żydowski, walczący u boku ententy z wojskami tureckimi o wolność Palestyny. ROMANTYK I ŻOŁNIERZ Wizja odrodzenia państwa żydowskiego propagowana przez Żabotyńskiego miała romantyczno-polski charakter. Jak w 1991 roku pisał w „Dzienniku” Krzysztof Mętrak: „Zeew Żabotyński uważał »Konrada Wallenroda« za jeden z pięciu największych utworów świata”. Koncepcja Żabotyńskiego odbiegała znacznie od syjonizmu sensu stricto, który zakładał – zgodnie z myślą Teodora Herzla – wyłącznie pokojową walkę Żydów o państwo w Palestynie. Tymczasem syjoniści-rewizjoniści zaopatrywali bojowców w broń kupowaną w wielu krajach (w tym w Polsce) i szmuglowaną następnie do Palestyny. Żabotyński planował nawet na rok 1940 przeprowadzenie w Palestynie desantu wojskowego, w którym wzięłyby udział tysiące dobrze wyszkolonych żołnierzy. Póki co koncentrował się na doskonaleniu umiejętności o charakterze terrorystycznym – tego bojowcy uczyli się w Polsce. Palestyński komendant wspomnianego kursu Mordechaj Sterlic wspomina, że część szkolenia obejmowała działalność dywersyjną, konspirację, łączność itp. Te nauki posłużyły potem do organizowania akcji terrorystycznych skierowanych przede wszystkim przeciwko brytyjskiej administracji, ograniczającej napływ Żydów do Palestyny. W 1937 roku w Warszawie gościł Abraham Sztern, sekretarz komendy Irgunu, żydowskiego Narodowego Związku Wojskowego. Strona polska i żydowska ustaliły wtedy, że nasz kraj w niedługim czasie dostarczy syjonistom- rewizjonistom 20 tys. karabinów i 20 mln pocisków. Zamknięci w getcie Wybuch wojny pokrzyżował ambitne plany syjonistów-rewizjonistów. Bojowcy, którzy nie zdążyli jeszcze wyjechać do Palestyny, znaleźli się w tragicznej sytuacji. Teraz, zamknięci w gettach, zostali wraz ze swym narodem skazani na zagładę. Nie dziwi zatem, że pierwsze próby założenia organizacji konspiracyjnej wśród Żydów wyszły właśnie z tego środowiska. W okupowanej Polsce przyszło im walczyć już nie o własne państwo, ale o życie i honor. W grudniu 1939 roku w Warszawie powstały pierwociny organizacji, która jako Żydowski Związek Wojskowy była najlepiej przeszkoloną i wyposażoną w broń komórką żydowskiego oporu w stolicy. Jej trzon stanowili Żydzi, oficerowie Wojska Polskiego od początku współpracujący z konspiracją polską. Po utworzeniu i zamknięciu przez Niemców getta w Warszawie ŻZW utrzymywał liczne związki ze stroną aryjską, zbroił żołnierzy, dysponował też tunelem prowadzącym pod murem na stronę polską. Tą drogą sprowadzano broń, umożliwiono także ucieczkę z getta wielu osobom. Według szacunków Mariana Apfelbauma, autora jedynej jak dotąd w całości poświęconej żołnierzom ŻZW książki pt. „Dwa sztandary”, organizacja w 1942 roku liczyła ok. 300 dobrze uzbrojonych i przeszkolonych żołnierzy podzielonych na trzy kompanie. Na czele ŻZW stali major Apfelbaum, Paweł Frenkiel i Leon Rodal. Mimo niezłego, jak na warunki getta, przygotowania i organizacji, ŻZW nie podjął prób walki z okupantem podczas „wielkiego wysiedlenia” od lipca do września 1942 roku, kiedy Niemcy wywieźli do Treblinki i zagazowali 300 tys. warszawskich Żydów. Tę bierność trudno dziś wytłumaczyć. Trzeba postarać się zrozumieć skomplikowaną i tragiczną sytuację Żydów zamkniętych w getcie. Według Apfelbauma ŻZW znalazł się w potrzasku. Z jednej strony – istniał i działał wśród ludności żydowskiej, której pasywność wynikała z niedożywienia, hitlerowskich manipulacji i wpływu środowisk religijnych zdecydowanie przeciwnych oporowi. Z drugiej – nie cieszył się sympatią wpływowego Bundu, czyli żydowskiej partii socjalistycznej. Przez syjonistyczne ruchy lewicowe był wręcz znienawidzony. W dodatku był zależny od polskiego ruchu oporu. Bitwa na placu Muranowskim Podczas pamiętnych dni kwietniowego powstania w getcie warszawskim w 1943 roku główną fortecą Żydowskiego Związku Wojskowego stał się plac Muranowski, o który żydowscy żołnierze toczyli zaciętą, kilkudniową walkę. Na jednej z kamienic wywiesili dwie flagi: biało-błękitną i biało-czerwoną na znak braterstwa broni dwóch walczących z Niemcami narodów, co prasa podziemna i londyńska szeroko komentowały. Dowodzący zagładą getta Stroop zareagował na to histerycznie: „Na jednym z budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki przeciwko nam. Sprawa flag miała doniosłe znaczenie polityczne i moralne. (.. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł OZON: z ziemi polskiej do Izraela cz.2 16.05.06, 14:08 Bitwa na placu Muranowskim Podczas pamiętnych dni kwietniowego powstania w getcie warszawskim w 1943 roku główną fortecą Żydowskiego Związku Wojskowego stał się plac Muranowski, o który żydowscy żołnierze toczyli zaciętą, kilkudniową walkę. Na jednej z kamienic wywiesili dwie flagi: biało-błękitną i biało-czerwoną na znak braterstwa broni dwóch walczących z Niemcami narodów, co prasa podziemna i londyńska szeroko komentowały. Dowodzący zagładą getta Stroop zareagował na to histerycznie: „Na jednym z budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki przeciwko nam. Sprawa flag miała doniosłe znaczenie polityczne i moralne. (...) Sztandary i kolory narodowe są takim samym instrumentem walki jak szybkostrzelne działo, jak tysiąc takich dział”. Jednocześnie w innych częściach getta walczyli żołnierze Żydowskiej Organizacji Bojowej (utworzonej w grudniu 1942), z którymi nie udało się zawrzeć porozumienia o wspólnej walce – w większości przywódcy ŻOB-u mieli korzenie lewicowe. Traktowali więc żołnierzy ŻZW z nieufnością jako militarystów, a nawet „faszystów” – w najlepszym razie prawicowców, więc reakcjonistów. To tragiczne niezrozumienie pomiędzy Żydami sprawiło, że po wojnie o Żydowskim Związku Wojskowym przez lata mówiono niewiele i niechętnie, a materiały archiwalne na jego temat – być może zachowane w Izraelu – nie zostały jeszcze do końca przebadane. BRATERSTWO BRONI Umocniony bunkrami rejon placu Muranowskiego był broniony także przez polskie posiłki, które podkopem pod ulicą Muranowską nadeszły ze strony aryjskiej. Pisał o tym m.in. Józef Korboński: „Następnego dnia Iwański [Henryk Iwański, „Bystry” – przyp. W. Ch.] wraz z 18 swoimi ludźmi (wśród których był jego brat Wacław i dwaj synowie, Roman i Zbigniew) przedostali się na teren getta tunelem wykopanym w piwnicy domu przy ul. Muranowskiej 6, po drugiej stronie i poza murem getta, który w tym miejscu przebiegał przez środek ulicy Muranowskiej. Przynieśli oni broń, amunicję i żywność dla ludzi Apfelbauma, a widząc krańcowe wyczerpanie żołnierzy żydowskich, zastąpili ich na pozycjach między ruinami placu Muranowskiego a ulicą Nalewki, odpierając powtarzające się ataki Niemców. Ten sam tunel wykorzystano do ewakuacji rannych Żydów na stronę aryjską. Później brat Iwańskiego i jego dwaj synowie zginęli w walce, a on sam został ciężko ranny. Po upadku powstania ludzie Iwańskiego wynieśli swego rannego dowódcę przez tunel, wyprowadzając również 34 żydowskich bojowników z pełnym uzbrojeniem”. Plac Muranowski został po kilku dniach zdobyty przez Niemców, większość żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego poległa, niedobitki przeszły na aryjską stronę. Ci z syjonistów-rewizjonistów, którym udało się przeżyć Holokaust, starali się wszelkimi sposobami przedostać do Palestyny. Niedobitki w Polsce wyłapywało UB (za przerzut ludzi na Zachód), a po cofnięciu przez Stalina poparcia dla powstałego w 1948 roku Izraela stali się po prostu wrogami ludu. Co w tym czasie robili bojownicy, którym udało się uciec z Polski? W latach 40. liczne organizacje prowadziły działania wspierające żydowskie osadnictwo. W 1941 roku utworzono nielegalne oddziały szturmowe, które po II wojnie walczyły przeciw armii i policji brytyjskiej w Palestynie. Także Żydzi, którzy do Palestyny nadciągnęli wraz z II Korpusem gen. Andersa zasilili szeregi żydowskich grup podziemnych. Dezercje Żydów z polskich szeregów, zgodnie z tajnym zaleceniem gen. Andersa, nie były przez nasze władze wojskowe karane, choć Brytyjczycy starali się nakłonić Polaków do wyłapywania zbiegłych z wojska. KREW NA ULICACH Po zakończeniu wojny i pokonaniu trudności czynionych przez władze brytyjskie dotarli do Palestyny także ci, którzy ocaleli z Holokaustu. Mężczyźni zasilili Haganę (organizację samoobrony, późniejszą Armię Obrony Izraela). Incydenty zbrojne, akcje terrorystyczne Irgunu i walki między Żydami i Arabami nasilały się. Jednym z najbardziej spektakularnych ataków terrorystycznych Irgunu wymierzonych w Brytyjczyków było wysadzenie w powietrze głównej kwatery ich dowództwa – Hotelu Dawida w Jerozolimie. W akcji przeprowadzonej 22 czerwca 1946 roku zginęło 91 osób (w tym 15 Żydów), 45 zostało rannych. Menachem Begin, dowódca Irgunu, twierdził, że przed atakiem wykonano ostrzegawcze telefony. Nie jest to jednak do końca pewne – jedynym ujawnionym świadectwem brytyjskim to potwierdzającym jest relacja oficera, który tuż przed akcją słyszał, jak jego koledzy żartowali w hotelowym barze, że zaraz zaatakują ich syjoniści. Po proklamowaniu państwa Izrael w maju 1948 roku działalność Irgunu i innych paramilitarnych grup żydowskich stała się dla władz izraelskich uciążliwa. Syjoniści-rewizjoniści dążyli do zbrojnej rozprawy ze wszystkimi wrogami Izraela, nie bacząc na wewnętrzny układ sił politycznych. Na tym tle rychło doszło do konfliktu między Beginem a Dawidem Ben Gurionem, premierem nowego państwa. W czerwcu 1948 rewizjoniści zorganizowali wielki transport broni i amunicji na statku „Altalena”. Na osobisty rozkaz Ben Guriona zatopiono go ogniem artyleryjskim nieopodal Tel Awiwu. Rząd izraelski uznał działania rewizjonistów za budowę własnej armii, co mogło doprowadzić do wybuchu bratobójczych walk. Z czasem siła podziałów zaczęła maleć. Dawni liderzy i członkowie Irgunu na stałe wpisali się w życie polityczne Izraela. Odyseja rozpoczęta w lasach Drugiej Rzeczpospolitej dobiegła końca w dyplomatycznych gabinetach nowego państwa. Zarówno Begin, jak i inny syjonista-rewizjonista Icchak Szamir piastowali urząd premiera, a ich partia – uformowana ostatecznie jako koalicja Likud – stała się w Izraelu ostoją sił prawicowych, dążących do twardej konfrontacji ze światem arabskim. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. 17.05.06, 14:03 Świt długich noży wiadomosci.onet.pl/1335825,1292,1,kioskart.html Ruś samozwańców Czterysta lat temu w Moskwie wybuchł wielki bunt przeciw hosudarowi Dymitrowi I (Samozwańcowi) i otaczającym go Polakom. Następstwa tego wydarzenia były dalekosiężne: wojna domowa w Księstwie Moskiewskim (tzw. smuta, czyli zamęt), wojna z Polską oraz budowa zrębów potęgi imperium Romanowów i ich następców. Była sobota, 17 maja 1606 r. Dymitr, tytułujący się wielkim księciem moskiewskim i carem, jak zwykle wstał wcześnie i wyszedł na kremlowski ganek. Czekali tam jego posłowie, diak Afanasij Własiew i kniaź Grigorij Wołkoński. Dymitr porozmawiał o poselstwie do Polski i o nastrojach wśród ludności. Wieści były raczej uspokajające. W tym czasie spiskowcy bez przeszkód przeszli przez Bramę Frołowską (dziś Spasską), dzielącą Kreml od Moskwy; straży niemal nie było, gdyż bojarzy zwolnili znaczną część cudzoziemskich gwardzistów. W chwilę potem jęknęły dzwony we wszystkich cerkwiach stolicy Wielkiego Księstwa. Jacyś jeźdźcy kłusując po placu Czerwonym, wśród kramów i tłumu kupujących, krzyczeli na całe gardło, że Polacy mordują bojarów i rżną cara. Ludzie brali w dłonie, co popadło i szli na Kreml. Czy był to przygotowany bunt plebsu, czy zadziałało prawo tłumu? Rosyjski historyk Rusłan Skrynnikow sądzi, że Dymitr był raczej popularny wśród plebsu, więc spiskowcy krzykami „Polacy mordują cara” chcieli najpierw wywołać rozruchy ludowe. Książętom Szujskim i innym bojarom spiskowcom udał się ten bunt. Do tłumu dołączyły typy z rohatynami i rusznicami. Potem okazało się, że byli to przestępcy wypuszczeni przez spiskowców dla przeprowadzenia planu zamordowania Dymitra. Gęstniejący na placu tłum zażądał, by car wyszedł do nich. Ktoś przedarł się na komnaty pałacowe i podbiegł do władcy z obelżywymi słowami, nazywając go niedonoszonym carem. W chwilę potem najbliższy doradca Dymitra Piotr Basmanow szablą ściął zuchwalcowi głowę. Dymitr ukazał się z berdyszem w ręku, ale ze spiskowcami pertraktował odważny Basmanow. Nie zdążył wiele wytłumaczyć: miotając obelgi okolniczy Michał Tatiszczew wyjął długi nóż i pchnął swego niedawnego dobroczyńcę (Basmanow uchronił go od zesłania) prosto w serce. Ciało zrzucono z ganku. Czyn Tatiszczewa ośmielił zamachowców; wyłamali oni drzwi i odebrali halabardy gwardzistom. Dymitr, w otoczeniu ostatnich 15 gwardzistów, rzucił nagle pałasz i zaczął wyrywać sobie włosy z głowy. Ostrzegano go niemal bezustannie przed czającym się spiskiem, ale on to lekceważył. Gdy spiskowcy zaczęli wyłamywać drzwi – ruszył do ucieczki. Przebiegając koło pokoju żony Maryny Mniszchówny krzyknął: „Moje serce, zdrada!”. Znał tajne przejście do kamiennych sal nad brzegami Moskwy i mógł się uratować skacząc przez okno. Opatrzność jednak od pewnego czasu zdawała się nie czuwać nad tym młodzieńcem: upadł z okna tak niefortunnie, że zwichnął nogę i stracił przytomność. Odnaleźli go strzelcy z Siewierszczyzny; ocucili, położyli na fundamencie pałacu cara Borysa Godunowa, który Dymitr kazał zburzyć. Stanęli w szyku zwartym i zaczęli razić ogniem rusznic nacierających spiskowców. Bojarzy jednak znaleźli sposób na wiernych carowi strzelców: zagrozili im, że wymordują ich rodziny w Strzeleckiej Słobodzie. Przerażeni żołnierze opuścili dymiące arkebuzy. Dymitr wpadł w ręce spiskowców, a ci przeprowadzili go przez komnaty ograbione przez tłum: car płakał na widok wspaniałego przed chwilą pałacu i rozbrojonej gwardii. Rozpoczęła się scena niczym z męki Chrystusa, przynajmniej tak ją opisał świadek wydarzeń, kronikarz niemiecki Konrad Bussow. Bojarzy zdarli z cara strojne ubranie, przebrali w brudny kaftan sprzedawcy pierożków. Zaczęli go szarpać, szydząc: „Ej ty, sukinsynu, ktoś ty taki? Kto jest twym ojcem?”. W tym czasie główny animator spisku książę Wasyl Szujski jeździł konno po dziedzińcu i podburzał tłum przeciw „polskiemu błaznowi”. Znęcający się nad carem bojarzy krzyknęli przez okno, że Dymitr przyznał się, iż nie jest synem Iwana IV Groźnego. Było to nieprawdą, Dymitr do niczego się nie przyznał, ale odpowiedź tłumu była groźna: „Ukrzyżujcie go” – rozległy się krzyki na dziedzińcu. W chwilę potem z okien pałacowych dobiegły odgłosy strzałów. Nie wiemy, kto pierwszy wystrzelił do cara, być może Grigorij Wołujew albo Iwan Wojejkow. Przebite 21 ciosami szabel i długich noży ciało cara powleczono na plac Czerwony. „Jak psa albo podłe ścierwo i wystawili odarte i nagie ciało na widok publiczny na rusztowaniu z desek zbitym aż do czwartego dnia” – napisał holenderski kupiec Wiliam Roussel. W Moskwie nastał sądny dzień dla Polaków, którzy przybyli z Dymitrem i w orszaku ślubnym jego żony Maryny Mniszchówny. Świeżo koronowana caryca z polskiego rodu magnackiego uratowała się; Bussow podaje, że niewysoka, acz okrąglutka Maryna skryła się pod sukniami damy dworu. Polacy zostali wyrwani ze snu biciem w dzwony. Dwór Jerzego Mniszcha, ojca Maryny, otoczyli strzelcy, w tym czasie plebs masakrował bezbronnych i zdezorientowanych Polaków. Kilkuset z dworu Maryny na ulicy Nikitskiej rozpaczliwie broniło się przed wściekłymi atakami tłuszczy. Zginął niezwykle dzielny, opędzający się mieczem, autor diariusza Stanisław Borsza. Inni formowali chorągwie, usiłując przebić się konno na Kreml, ale uniemożliwiały to barykady z kłód. Kto z Polaków wpadł w ręce plebsu, tego czekała straszna śmierć przez rozszarpanie, jak braci Kazanowskich, czy też krzyżowanie do drewnianych ścian i kawałkowanie, jak to opisywał świadek zdarzeń Stanisław Niemojewski. Zaciekle bronił się książę Konstanty Wiśniowiecki, bodaj najbardziej znienawidzony przez Moskwian. Ponoć Polacy zabili tam 300 napastników kłębiących się na podwórzu dworu, tracąc jedynie 18 ludzi. Nienawiść tłumu do Litwy, jak nazywano Polaków, musiała być ogromna, a Wiśniowieckiego i jego ludzi przed zagładą uratował główny spiskowiec – Wasyl Szujski. Kniaź ten usiłował zahamować też rzeź wobec innych Polaków, np. braci Marcina i Andrzeja Stadnickich: „Z płaczem obłapiał, obiecując nam i zdrowie, i wolny odjazd”, napisali oni do kanclerza Lwa Sapiehy. Główni spiskowcy wiedzieli jednak dobrze, gdzie uderzyć, którego z Polaków ocalić, a którego zabić. Wyraźnie oszczędzali posłów króla Rzeczypospolitej i znaczące osobistości. Główny animator przejęcia władzy Wasyl Szujski usiłował uniknąć konfliktu z Rzeczypospolitą; poza tym czerń w każdej chwili mogła obrócić broń przeciwko samym spiskowcom i bojarom. Zapewne dlatego ocalała Maryna. Jak podaje prof. Danuta Czerska za arcybiskupem Arsenijem i jego „Memuarami”, nie jest całkiem wykluczone, iż ledwie w Moskwie ucichł bunt, wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech, zorientowawszy się w sytuacji, sposobił się do wydania córki ponownie – tym razem za księcia Szujskiego. „Ten dzień 17 maja będą pamiętać, dopóki świat będzie istniał – pisał świadek tej jutrzni długich noży Konrad Bussow. – Przez sześć godzin z rzędu nie było słychać nic innego prócz bicia w dzwony, strzelaniny, uderzeń, tupotu, tętentu koni. (...) Litości nad Polakami okrutni Moskwianie nie mieli”. Panowanie Dymitra I, branego za oszusta dynastycznego, Samozwańca, skończyło się równie dramatycznie jak baśniowo zaczęło. Jeszcze niedawno, w czerwcu 1605 r., wjeżdżał on do Moskwy jako postać adorowana przez tłum. Uchodzący za ocalałego cudownie syna Iwana IV Groźnego stał się nadzieją na spokój w znękanym kryzysami dynastycznymi i klęską głodu Wielkim Księstwie Moskiewskim. Popierał Dymitra Kościół katolicki, bo obiecał w Krakowie doprowadzić do unii religijnej i wyrzekł się schizmy wschodniej, Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. cz. 2 17.05.06, 14:04 Popierał Dymitra Kościół katolicki, bo obiecał w Krakowie doprowadzić do unii religijnej i wyrzekł się schizmy wschodniej, o czym nuncjusz papieski Klaudiusz Rangoni powiadomił z radością papieża Pawła V. Rada mu była znaczna część magnatów polskich i sam król Zygmunt III, choć niemal nikt nie wierzył w wersję o cudownym ocaleniu Dymitra z rąk siepaczy Borysa Godunowa w 1591 r. Kandydat na cara okazał się młodzieńcem wielkich zdolności, wykształconym, bystrym i rycerskim. „Kiedy by wsadzon był za pomocą naszą na państwo ten Dimitr, wiele by stąd pożytków urosnąć mogło” – pisał król do kanclerza Jana Zamoyskiego 15 lutego 1604 r. Wpływowy wojewoda Jerzy Mniszech popierał Dymitra najbardziej, gdyż ten zakochał się w jego córce Marynie. Przyrzekł, że koronuje Marynę na carycę i da jej na wieczne czasy Nowogród Wielki i Psków. (I rzeczywiście: najpierw 8 maja 1606 r. koronował Marynę, co było precedensem, a dopiero potem ożenił się z nią). Dymitra pokochali bitni Kozacy, którzy pomogli mu zasiąść na Kremlu. Był też szansą dla polskiej młodzi szlacheckiej z wyżu demograficznego, szukającej dla siebie zajęcia, urzędów, zaszczytów. W izolowanym do tej pory szczelnie Wielkim Księstwie Moskiewskim był Dymitr I władcą niezwykłym. Otaczał się cudzoziemcami, ubierał i mówił po polsku, wprowadził wyrafinowany przepych na Kreml. Nie zaczął panowania od wyrżnięcia opozycji, darował Wasylowi Szujskiemu winy i spiski, przemawiał do moskiewskich strzelców tak wstrząsająco, że sami rozerwali swych sześciu towarzyszy głoszących, że Dymitr nie jest synem Iwana IV, lecz oszustem dynastycznym, Samozwańcem. W cerkwi zachowywał się bezceremonialnie. Nie zważał na swe bezpieczeństwo, więc spiskowcy bojarscy przeprowadzili pucz z łatwością. Otaczających Dymitra Polaków dość szybko znienawidzono, gdyż Moskwa była skrajnie ksenofobiczna. Nosiła w sobie paniczny lęk przed katolicyzmem. Panowie polscy zachowywali się w stolicy hosudarstwa w miarę przyzwoicie; nie uszanowali jednak, może nieświadomie, niektórych zwyczajów; np. wchodzili do cerkwi z bronią. Znacznie gorzej było z pijaną czeladzią polską, wywołującą zwady; zdarzyły się wypadki gwałtu na niewiastach moskiewskich. Ale i dla strony polskiej Dymitr I szybko stał się niewygodny. Żądał, by tytułowano go cesarzem albo niezwyciężonym imperatorem (imperator invictissimus). Król Zygmunt III Waza szybko przychylił się do zdania wysłańców Wasyla Szujskiego, że w osobie Dymitra ma do czynienia z „człowiekiem płochym”, i zaczął zmieniać swe plany wobec Moskwy. Wysłane tam poselstwo Aleksandra Gosiewskiego proponowało Dymitrowi zawarcie „wiecznej ligi i wiecznej przyjaźni” polsko-moskiewskiej pod warunkiem, że hosudar odda Polsce i Litwie ziemię smoleńską, siewierską, Nowogród Wielki, Psków, Wielkie Łuki i inne miasta niegdyś zagarnięte. W gruncie rzeczy było to powtórzeniem propozycji wysuniętych wobec cara Borysa Godunowa w 1600 r. Uparte plotki głosiły, że Dymitr zdąża do korony polskiej, gdzie narastał bunt szlachty i magnatów, czyli rokosz Zebrzydowskiego. Zdaniem prof. Jaremy Maciszewskiego, polscy rokoszanie w 1606 r. i później nie garnęli się jednak do cara, by pomóc mu zdobyć polski tron. Gdy zmasakrowane zwłoki Dymitra leżały na placu Czerwonym, 19 maja Wasyl Szujski został obwołany przez bojarów carem. Zdaniem niektórych historyków Szujski miał utorować drogę do tronu rodowi Romanowów. Niemal wszystko wskazuje bowiem, że Dymitr I był w rzeczywistości czerńcem (mnichem) Grigszką Otriepiewem, który genialnie odegrał rolę cara, przygotowany przez Romanowów. Tron moskiewski osiągną oni za siedem lat, w 1613 r. By ukrócić plotki, Wasyl Szujski kazał sprowadzić z Uglicza ciało małego Dymitra, który zginął w tajemniczych okolicznościach w maju 1591 r., na dowód, że zabity car Dymitr I Samozwaniec był oszustem, który podszył się pod zabitego małego Dymitra. Ciało chłopca złożono w soborze Archangielskim. Rychło zasłynęło ono cudami uzdrowień i mały Dymitr został wyniesiony na ołtarze. Tymczasem z ciałem dorosłego cara Dymitra I działy się rzeczy niezwykłe. Na placu Czerwonym pojawiały się z ziemi ognie, gwałtowna burza zwaliła bramę Sierpuchowską. By ukrócić te pogłoski, duma bojarska postanowiła ciało spalić. Uczyniono to 28 maja; niektóre przekazy dodają, że prochami załadowano armatę i wystrzelono na zachód, by Dymitr wracał, skąd przyszedł. Polacy zostali internowani. Ale Szujskim nie udało się zatrzymać rozpętanego przez lud poszukiwania władcy prawdziwego. Największą karierę jako kolejny cudownie ocalały Dymitr zrobił pewien człek niewiadomego pochodzenia, „grubianin wielki, obyczajów brzydkich”, który w Starodubie Siewierskim podał się za cara. O ile co do Dymitra I istnieje cień wątpliwości, kim był naprawdę, o tyle Dymitr II był jawnym oszustem „do pierwszego niczym (oprócz tego, że człowiek) niepodobny” – jak zauważył cierpko hetman Stanisław Żółkiewski. Dymitr II rozpoczął przebiegłą akcję werbunkową na Litwie, zyskując wsparcie militarne magnatów polskich i litewskich. I odniósł wielkie sukcesy. 10 maja 1608 r. polskie wojska Samozwańca II rozbiły pod Bołchowem źle dowodzoną armię cara Wasyla Szujskiego. Poszły na Moskwę i założyły obóz u zbiegu rzek Moskwy i Tuszyna, który przemienił się niemal w drugie miasto. W powtórnej bitwie armia Samozwańca II znów poraziła ogromne wojska Szujskiego, choć opłaciła to ciężkimi stratami. Moskwa wpadła w przepaść okrutnej wojny domowej. Rzeczypospolita dotąd nie wykorzystywała ciężkiej sytuacji w Rosji, choć wiele głosów wskazywało na dobrą perspektywę dla planów unii z Moskwą na polskich warunkach. Car Wasyl miał jednak poważny atut w ręku: polskich jeńców z carycą Maryną na czele. Doszło do rozejmu w lipcu 1608 r.: car Wasyl Szujski zgodził się ich oswobodzić. Tymczasem siły Samozwańca II rosły wskutek dopływu chorągwi polskich, m.in. Aleksandra Zborowskiego i starosty uświackiego Jana Piotra Sapiehy. Rozpoczęte od farsy dymitriady toczyły się dalej w tej konwencji: wypuszczona na wolność Maryna zgodziła się na przyjazd Dymitra 16 września 1608 r., po czym uznała jawnego oszusta za swego cudownie ocalałego męża. Choć chyba nie do końca, skoro w absolutnej tajemnicy ks. Antoni Lubelczyk udzielił ślubu tej dziwnej parze. Jan Piotr Sapieha rozpoczął niebawem oblężenie monasteru Troicko- Siergiejewskiego. To był poważny błąd, by oblegać „jeden z czcigodnych ośrodków Kościoła prawosławnego, którego rangę można porównać do polskiej Częstochowy”, zauważył trafnie Wojciech Polak w znakomitej monografii „O Kreml i Smoleńszczyznę”. Tak zaczęła się bezpardonowa walka nie tylko o władzę, ale i transcendentne symbole, co wzmacniało niebywale wolę moskiewskiego oporu. W zwycięskim dotąd wojsku Dymitra II zaczął się też tumult w związku z niezapłaconym żołdem. Dla poskromienia buntowników ruszyły m.in. polskie oddziały płk. Aleksandra Lisowskiego. Zasłyną z niebywałych okrucieństw: lisowczykami matki będą straszyć dzieci od Wołgi po Ren. Wojna Polaków z Rusami zmieniła się w jedną z najokrutniejszych w tej części Europy, a Polacy chcąc nie chcąc wystąpili w roli okrutnych agresorów i zaborców. Co uczyniła Rzeczypospolita, czyli jej król, senat, izba poselska? Król Zygmunt III był bardziej zainteresowany schedą szwedzką, którą mu odebrał stryj Karol Sudermański. Ale uwagę jego przyciągała też coraz widoczniej Moskwa: od 16 czerwca 1608 r. prowadził akcje sondażowe wśród polskich senatorów i posłów. Podkreślał fakt wymordowania Polaków, zelżenia narodu i złamania rozejmu przez cara Wasyla. Szlachta i senatorowie początkowo nie chcieli wojny z Moskwą. Ale listy królewskie, agitacja i coraz silniejsze nastroje prowojenne pośród młodzi szlacheckiej uczyniły swoje. W pierwszej ro Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. cz. 3 17.05.06, 14:05 Szlachta i senatorowie początkowo nie chcieli wojny z Moskwą. Ale listy królewskie, agitacja i coraz silniejsze nastroje prowojenne pośród młodzi szlacheckiej uczyniły swoje. W pierwszej rozmowie króla z hetmanem Żółkiewskim na temat uderzenia na hosudarstwo, ujawniły się poważne rozbieżności w koncepcjach politycznych i militarnych: iść na Moskwę i doprowadzić do unii, jak chciał sceptyczny Żółkiewski, czy też odbić Smoleńsk i zobaczyć, co dalej, jak widział rzecz realista Zygmunt III? Decydujące dla wybuchu wojny okazało się zawarcie 28 lutego 1609 r. w Wyborgu sojuszu moskiewsko-szwedzkiego. „Traktat moskiewsko-szwedzki spowodował to, że Zygmunt III zupełnie przestał się wahać. W marcu 1609 r. podjął ostateczną decyzję o wojnie. (...) Sprzymierzone Moskwa i Szwecja stawały się dużą potęgą”, Rzeczpospolita została zagrożona co najmniej odbiciem Inflant, pisał W. Polak. Zygmunt III rozpoczął gorączkowe przygotowania do wielkiej wojny. 21 września 1609 r. wojska Rzeczypospolitej z przewagą husarii przekroczyły graniczną Iwarę i podeszły pod Smoleńsk. Dość szybko przyszły wielkie sukcesy Polaków. Żółkiewski, po spektakularnym rozbiciu w lipcu 1610 r. wielkiej armii Dymitra Szujskiego pod Kłuszynem, został zaproszony na Kreml przez bojarów, którzy skłonni byli oddać tron carski Władysławowi Zygmuntowiczowi Wazie, synowi Zygmunta III. Hetman wkroczył do Moskwy w październiku 1610 r. Wojna dwóch wielkich państw wyniszczyła straszliwie Wielkie Księstwo Moskiewskie. Ale też zbudowała rosyjską świadomość i żądzę odwetu na Polsce: to była wojna o dominację w tej części Europy! Wynik tej walki w wymiarze dziejowym okaże się dla Moskwy zwycięski i korzystny. Ustanowienie święta państwowego 4 listopada, w dniu wypędzenia Polaków z moskiewskiego Kremla w 1612 r. (POLITYKA 3/2005), pozwala sądzić, że Rosjanie dobrze pamiętają o znaczeniu wojny z Rzeczypospolitą. Zachowali wtedy niepodległość, a potem zbudowali zręby potęgi imperium Romanowów i ich następców. Odpowiedz Link Zgłoś
panzerviii Frodo - Boskie! 17.05.06, 16:21 Wpadnij czasami tutaj forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=25220 Admin napisał doktorat z historii Smuty i Dimitriad, ale w ogóle jest znawcą Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a ja też ten temat lubie. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuły : Polska z eksportera w importera 05.06.06, 14:08 wiadomosci.onet.pl/1339102,2677,kioskart.html Zbieramy złom Nieudane zakupy Nie od dzisiaj wiadomo, że technologie wojskowe należą do najbardziej zaawansowanych, ale również najdroższych. Powoduje to, że handel wszelkiego rodzaju uzbrojeniem należał - i w dalszym ciągu należy - do najbardziej lukratywnych interesów, a firmy i - co za tym idzie - państwa, produkujące systemy uzbrojenia, osiągają wielkie zyski z ich sprzedaży. Ale nie my. My umiemy tylko na tym tracić. Technika kosmiczna i lotnicza oraz systemy rozpoznawania i ostrzegania, to najbardziej kosztowne instalacje militarne. Do wyprodukowania uzbrojenia lub oprzyrządowania trzeba dysponować nie tylko zaawansowaną technologią i nauką, ale także bardzo wysoko wykwalifikowanymi kadrami, a to wymaga wielkich nakładów finansowych. Tak więc rynek producenta, a zarazem oferenta najbardziej zaawansowanych technologii, jest stosunkowo wąski i od dawna zdominowany przez małą grupę państw. Są to, przede wszystkim, USA, Rosja, Francja i Wielka Brytania, a w dalszej kolejności Niemcy i Japonia, a także Chiny, które kooperują zarówno z Rosją, jak i Francją. W niektórych systemach uzbrojenia do czołowej grupy należy również Izrael. Znacznie większa jest natomiast grupa państw produkujących mniej skomplikowane systemy militarne. Należą do niej - o dziwo - państwa neutralne, jak Szwajcaria i Szwecja, ale również Brazylia, Argentyna, Czechy i ponad 20 innych państw. Kiedyś do tej grupy należała również Polska, która z eksportu technologii wojskowych czerpała znaczące zyski, ale dzisiaj zdecydowanie należy już do grupy importerów - zarówno licencji, jak i gotowych produktów. Tyle że my, Polacy, często, niestety, decydujemy się na zakup uzbrojenia przestarzałego i mniej sprawnego. Chociaż polskie siły zbrojne na tym tracą, a prestiż państwa spada, to jednak konkretni ludzie zacierają ręce i... liczą swoje prywatne zyski. Największym, pod względem ilościowym i finansowym, zamówieniem na sprzęt bojowy wojsk lądowych był przetarg na kołowy transporter opancerzony. Już sama zamiana sprzętu gąsienicowego na kołowy budziła duże kontrowersje. Polska dysponowała bardzo dobrymi pod wieloma względami bojowymi wozami piechoty BWP-1 i BWP-2. Były to pojazdy gąsienicowe, lecz miały możliwość zamontowania gumowych nakładek na gąsienice, co czyniło je sprawnymi na drogach na równi z pojazdami kołowymi. W terenie wyższość pojazdu gąsienicowego nad kołowym jest oczywista, dlatego też czołowe armie świata, w ostatnim czasie, powracają właśnie do sprzętu gąsienicowego, z możliwością zamontowania gumowych nakładek. Za przykład może posłużyć choćby najnowszy model amerykańskiego transportera Bradley, czy brytyjski transporter Warior. Rosja z kolei produkuje jednocześnie oba typy wozów bojowych. W naszym kraju, za rządów AWS, przeważyła koncepcja przejścia jednoznacznie do transportera kołowego. Uzasadnienie tej koncepcji było zgoła komiczne: argumentowano bowiem, że "transporter kołowy lepiej wypełnia zadania policyjne'', o czym zapewne przywódcy AWS przekonali się na własnych plecach w latach 80. Być może więc ludzie ci, będąc teraz po drugiej stronie barykady, postanowili zabezpieczyć się przed społeczeństwem równie skutecznie... Przetarg na polskie wozy bojowe wygrała fińska firma Patria oferując stosunkowo tani i prosty transporter kołowy o tej samej nazwie. Inne oferty bardziej zaawansowanych konstrukcji odrzucono, ponieważ były znacznie droższe. Jednak wiadomo, że najtańsza oferta nie zawsze bywa najlepsza. Nie poinformowano opinii publicznej, na przykład, o tym, że oferowany ośmiokołowiec był po prostu nieautoryzowaną i słabo przetestowaną przeróbką mniejszego i znacznie lżejszego sześciokołowca, który już od kilkunastu lat służył armii fińskiej jako.... transporter rozpoznawczy i sanitarny. Polacy jednak potrzebowali znacznie większego i wszechstronniejszego transportera, dlatego Finowie przedstawili do przetargu nie oryginał, lecz wersję powiększoną. Wkrótce okazało się, że konstrukcja Patrii musi być poważnie wzmocniona i dostosowana do wymagań NATO, ale po długich przygotowaniach Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach wreszcie przystąpiły do produkcji pierwszych egzemplarzy Patrii, której polską wersję nazwano Rosomak. Szybko okazało się, że zastosowany silnik ma za małą moc, jak na tak ciężki pojazd, a na większy i silniejszy po prostu w tym transporterze nie ma miejsca. Poza tym, Rosomak z wielkim trudem utrzymywał się na powierzchni wody, choć jego mniejsza i lżejsza fińska wersja pływa doskonale. Poprawiono więc trochę pływalność, więcej nie dało się zrobić. Kolejnym słabym elementem okazało się uzbrojenie. Jako wyposażenie polskiej wersji bojowej zaplanowano włoskie szybkostrzelne działko kalibru 30 mm Malava, które uważa się za wszechstronne i skuteczne, mimo że do Rosomaka nie wybrano jego najnowocześniejszej wersji. Tyle że działko to razem ze skonstruowaną w koprodukcji wieżyczką sporo waży, a dodatkowy ciężar pogorszył jeszcze możliwość forsowania przeszkód wodnych i ruchliwość Rosomaka. Pojazd stał się też wysoki, co pogarsza jego walory defensywne. Rosomak ma zostać wyprodukowany w liczbie ponad 700 sztuk i przez około 20 - 25 lat powinien być podstawowym pojazdem bojowym polskich Wojsk Lądowych. Zamówień zagranicznych na jego zbyt raczej nie możemy się spodziewać, zważywszy, że Rosomak, mimo swej groźnie brzmiącej nazwy, jest przestarzały, a po przeróbkach zbyt ciężki i za drogi. Pozostaje nam więc liczyć na jego skuteczność w operacjach policyjnych...Czołg pozostaje nadal bardzo wszechstronnym i potrzebnym na polu walki pojazdem bojowym. Nasz kraj dysponuje stosunkowo dużą liczbą sprzętu pancernego. Podstawą są czołgi T-72M - rosyjska konstrukcja z lat 70. w dalszym ciągu przydatna na polu walki. Mankamentem tego wozu jest gładkolufowa armata kalibru 125 mm o małej prędkości początkowej pocisku, mimo jego wielkiego kalibru. Kolejną wadą jest automatyczny podajnik amunicji, który niestety często się zacina. Inny posiadany przez Polskę sprzęt pancerny zmodernizowano instalując nowoczesne francuskie dalmierze laserowe i nowoczesny pancerz, dzięki czemu powstał praktycznie nowy typ czołgu - PT-90 Twardy. Okazało się jednak, że przy okazji tych modernizacji znacznie zwiększono ciężar maszyny, przez co stała się powolna, szczególnie w trudnym terenie, zaś sama modernizacja okazała się bardzo kosztowna. Oprócz tego, 10 brygada pancerna w Świętoszowie otrzymała, za darmo, na swoje wyposażenie bardzo dobre niemieckie Leopardy II, ze 120-mm armatą, która - jak potocznie wyrażają się profesjonaliści - "gryzie wszystko''. Darowizna ta wiązała się z faktem, że polska brygada, w ramach sił szybkiego reagowania NATO, wchodzi w strukturę niemieckiej 7 dywizji pancernej i oczywiste jest, że musi dysponować sprzętem według jednolitych standardów. Tym sposobem na uzbrojeniu polskiej armii mamy 3 typy czołgów, co znacznie podraża koszty eksploatacji. Wszystko wskazuje na to, że będziemy stopniowo przechodzić na niemieckie Leopardy, tyle że tym razem już nie za darmo. Istnieje wiele zasadnych argumentów za tym zakupem. Szkoda tylko, że musimy kupować obce konstrukcje, choć mieliśmy i nadal mamy plany bardzo dobrego i nowoczesnego, a na dodatek taniego w produkcji, polskiego czołgu nowej generacji zaprojektowanego pod nazwą Goryl. Już w fazie projektu zakupem tego modelu było zainteresowanych około 10 państw. Z rachunku ekonomicznego wynikało, że już po wyprodukowaniu około 600 maszyn nakłady zostałyby zwrócone, a eksport dalszych 300 sztuk przyniósłby znaczące zyski... Ale za rządów premiera Buzka zapadła decyzja, że Polska nie podejmie produkcji tej maszyny. Czemu? Czyżby Polska była tak bogata, że woli kupować drogi Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: artykuły : Polska z eksportera w importera 05.06.06, 14:08 Czyżby Polska była tak bogata, że woli kupować drogie, obce produkty zamiast "męczyć'' krajowy przemysł zbrojeniowy?Dostosowanie się do standardów NATO wymagało też zmiany kalibru sprzętu artyleryjskiego. Co prawda szereg państw NATO pozostaje na razie przy dotychczasowym, ale Polska postanowiła, jak zwykle, być liderem w wydawaniu pieniędzy. Haubice 155-mm są oczywiście bardzo potrzebne, ale na razie, mamy stare, bardzo dobre haubice kalibru 152 mm z wielkimi zapasami amunicji. Strona polska podjęła rozmowy z kilkoma państwami sojuszniczymi na temat koprodukcji 95 sztuk haubic 155 mm i w końcu wybrano ofertę brytyjskiej firmy Marconi. Ustalono, że na wspomnianych zasadach strona polska wytwarzać będzie podwozie i kadłub, a Brytyjczycy będą dostarczać samą armatę. Nie powiedziano jednak głośno, że z tego typu haubicy brytyjska armia właśnie rezygnuje na rzecz armat i haubic nowej generacji. Zakład w Stalowej Woli, który prowadził prace wdrożeniowe nad dwoma prototypowymi egzemplarzami nowej broni, niedawno przedstawił rezultaty swoich prac oficjalnie uznając, że ta hybrydalna brytyjsko-polska haubica jest mocno przestarzała i ogólnie nieudana. Wobec takiej opinii należy się cieszyć, że nie podjęto produkcji seryjnej. Tyle że dotychczasowe prace kosztowały 130 mln zł., a zapłacił za to nie kto inny, tylko polski podatnik, czyli my wszyscy.Te i szereg innych przykładów świadczą, że Polska z eksportera staje się importerem netto szeroko rozumianego sprzętu i oprzyrządowania militarnego. O ile zakup pewnych licencji mógłby być nawet zasadny z punktu widzenia rozwoju konkretnej technologii i ewentualnego reeksportu, to jednak w wypadku szeregu transakcji, które Polska już przeprowadziła, były to, niestety, zakupy docelowe, nie przynoszące żadnych innych perspektywicznych korzyści poza samym posiadaniem danego dobra materialnego (na dodatek wątpliwej jakości). Polski przemysł zbrojeniowy jeszcze nie zginął, ale jego sytuacja nie jest dobra. Poważne podmioty, takie jak warszawskie zakłady Wola są w stadium likwidacji. Olbrzymie kłopoty przeżywają też Stalowa Wola, Stocznia Marynarki Wojennej, Zakłady Lotnicze w Świdniku i inne przedsiębiorstwa produkujące broń lub elementy uzbrojenia. Istnieje jednak jeszcze spora szansa, że stosując racjonalne środki i metody powoli możemy odzyskiwać pozycję producenta i umiarkowanego eksportera na tym wielce zyskownym rynku. Jednak opisane tu przykłady niegospodarności, które, niestety, można mnożyć, wskazują, że chęć zysku niektórych polityków i lobbystów znacząco przeważa nad polską racją stanu. Wielkie transakcje, które Polska przeprowadziła w ostatnich latach w zakresie importu nienowoczesnego lecz drogiego sprzętu, od samolotu F-16 poczynając, a na kołowym transporterze opancerzonym wcale nie kończąc, świadczy, że po prostu zbieramy złom od naszych sojuszników, dając im jeszcze na tym zarobić. A wielkie pieniądze, które na tym tracimy pochodzą, niestety, z naszych portfeli. Odpowiedz Link Zgłoś
marek_101 Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:51 Zamówień > > zagranicznych na jego zbyt raczej nie możemy się spodziewać, zważywszy, że > Rosomak, mimo swej groźnie brzmiącej nazwy, jest przestarzały, a po przeróbkach > > zbyt ciężki i za drogi. dawno nie czytałem artykuła w którym ayuto popisałby się taką indolencją, ignorancją i ilością idiotyzmów. To zdanie powyżej bije jednak wszystko Szkoda tylko, że musimy > kupować obce konstrukcje, choć mieliśmy i nadal mamy plany bardzo dobrego i > nowoczesnego, a na dodatek taniego w produkcji, polskiego czołgu nowej > generacji zaprojektowanego pod nazwą Goryl. Już w fazie projektu zakupem tego > modelu było zainteresowanych około 10 państw. Z rachunku ekonomicznego > wynikało, że już po wyprodukowaniu około 600 maszyn nakłady zostałyby zwrócone, > > a eksport dalszych 300 sztuk przyniósłby znaczące zyski... Ale za rządów > premiera Buzka zapadła decyzja, że Polska nie podejmie produkcji tej maszyny. > Czemu? Ten powyższy wywód też jest nie zły ;-)) No właśnie może forumowicze wiecie czemu premier Buzek ukatrupił tak wspaniały czołg - Goryl , którym było zainteresowane 10 państw !!! ;-))))) Odpowiedz Link Zgłoś
wujcio44 Re: Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:53 marek_101 napisał: > No właśnie może forumowicze wiecie czemu premier Buzek ukatrupił tak wspaniały > czołg - Goryl Nie lubił małp? Odpowiedz Link Zgłoś
marek_101 Re: Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:57 Tak się zastaniawiam, skąd się bierze tyle bzdur na temat Rosomaka, pisanych najpierw w NIE a teraz w Trybunie, jednyna odpowiedź jaka mi przychodzi to taka że eseldowscy bonzowie związani z tymi gazetami nie nakradli się w tym przetargu bo koń którego obastwiali nie wygrał. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii rotmistrz Pilecki i Cyrankiewicz 20.06.06, 08:51 Przewodnik Katolicki wiadomosci.onet.pl/1342051,1292,kioskart.html Śmierć za honor i prawdę Z Krzysztofem Pileckim, bratankiem rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia Jadwiga Knie-Górna Jakie wspomnienia pozostały w rodzinie o bohaterskim rotmistrzu Witoldzie Pileckim? Stryj był zawsze wzorem do naśladowania. Jako gorący patriota, nie zapominał też o rodzinie. Był dobrym mężem i kochającym ojcem. Rzadko bywał w domu. Natomiast jeśli się pojawiał, to otaczał swoich bliskich całą swoją miłością. Szczególnie miłował córkę Zofię. Pański stryj został uznany przez angielskich historyków za jedną z sześciu najodważniejszych osób okresu II wojny światowej. Na czym polegał jego heroizm? Był człowiekiem honoru, żołnierzem, który całe swoje życie poświęcił walce o wolność. Miał też w sobie umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji, znakomity organizator. Zarówno jego żołnierze, jak i zwierzchnicy podkreślali, że był wspaniałym dowódcą. Miał wszelkie predyspozycje, aby osiągnąć najwyższe stanowiska. Szefował przecież jako pierwszy Sztabowi Głównemu Tajnej Armii Polskiej. Jednak wybrał zupełnie inną drogę, zgłaszając się na ochotnika do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. Poszedł tam z konkretnym zamiarem; chodziło o to, żeby informacja o tym, co się tam działo, dotarła zarówno do ścisłego kierownictwa w kraju, jak i za granicę. Szedł do obozu z wieloma założeniami, które chciał tam zrealizować, m.in. miał zorientować się o możliwościach wydostania z obozu niektórych więźniów, zdobycia dowodów świadczących o złym traktowaniu więźniów politycznych, a także o możliwości zorganizowania konspiracyjnej organizacji wewnątrz obozu. Jednak w zetknięciu z przerażającą rzeczywistością musiał te plany zweryfikować. Rozpoczął tworzenie tajnej siatki pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Zadaniem jej było przede wszystkim: podtrzymywanie na duchu współwięźniów, przekazywanie im wiadomości z zewnątrz, potajemne zdobywanie odzieży i żywności, a także przygotowywanie zbrojnej akcji wyzwolenia obozu. To była doskonale zorganizowana konspiracja obozowa, której kierownictwo miało dostęp nie tylko do radiostacji, ale do wszystkich strategicznych punktów obozu, takich jak poczta, szpital, kuchnia. Rotmistrz Pilecki przekazywał przez wiele osób bardzo różne meldunki, które dzięki tejże zorganizowanej konspiracji docierały do celu. Niestety, meldunkom tym trudno było dać wiarę. Rotmistrz Pilecki czekał na rozkazy z zewnątrz, gdyż był przygotowany do podjęcia każdej akcji zbrojnej w obozie. Brak takich rozkazów spowodował, że postanowił zrealizować wcześniej przygotowaną ucieczkę z obozu. Rotmistrz Pilecki był człowiekiem, który przez ścisłe kierownictwo obozowej konspiracji był obdarzony bezgranicznym zaufaniem. Był też człowiekiem, który nigdy nikogo nie skrzywdził. Stryj nigdy o nikim nie powiedział nic złego, w sytuacjach kontrowersyjnych zawsze winę brał na siebie. Jako dowódca i założyciel konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, był człowiekiem niezwykle wymagającym, stanowczym, ale też bardzo sprawiedliwym. Jego heroizm jest dla nas trudny do pojęcia, bowiem rotmistrz zawsze stawiał przed sobą właściwie nierealne do wykonania zadania. Po wojnie przecież wrócił do kraju, aby dalej walczyć z komunistyczną władzą o wolność swego kraju, pomimo że doskonale zdawał sobie sprawę, czym taki powrót może się dla niego skończyć. Przecież mógł pozostać w Anglii, ściągnąć tam rodzinę i żyć w spokoju do końca swoich dni. Jednak on zgodnie ze swoim przekonaniem podjął się kolejnej niebezpiecznej misji - rozwiązania wszelkich konspiracyjnych struktur AK w kraju będącym pod uciskiem komunistycznych władz radzieckich. Człowiek, który należał do ścisłego dowództwa Wojska Polskiego, nazwany przez władze PRL szefem wywiadu generała Andersa, wolał śmierć niż rozłąkę z ukochaną, choć zniewoloną Ojczyzny? - Tak. Po powrocie do Polski nadal działał w osamotnieniu. Ówczesne władze nazwały Witolda wrogiem numer jeden Polski Ludowej, szefem wywiadu Andersa na Polskę. W gazetach pojawiały się codziennie informacje z procesu. Proces był pokazowy. Przedstawiono Pileckiego jako człowieka niezwykle niebezpiecznego, szpiega, nielegalnie posiadającego arsenał broni. Witold Pilecki nie wyobrażał sobie życia w zniewolonej Ojczyźnie. Do końca wierzył, że może coś zmienić. Jaki wpływ na wyrok rotmistrza Pileckiego miał Józef Cyrankiewicz? Czy to prawda, że do sądu skierował jakiś haniebny list? Rzeczywiście, prokurator poinformował na rozprawie, że do sądu wpłynął list od premiera Józefa Cyrankiewicza. Jeden z fragmentów tego listu brzmiał: „Gdyby oskarżony zechciał powoływać się na mnie, na moją znajomość z Oświęcimia, nie może to absolutnie w żadnym wypadku zmniejszyć jego winy i nie może spowodować złagodzenia wyroku. Oskarżony Witold Pilecki jest wrogiem Polski Ludowej, jest bardzo szkodliwą jednostką, dlatego powinien ponieść najwyższy wymiar kary”. Józef Cyrankiewicz w ten sposób raz na zawsze uciszył niewygodnego dla siebie świadka. Minęła 58. rocznica śmierci Witolda Pileckiego, zbliża się 50. rocznica Czerwca ‘56. Należy o tym mówić, że członek biura politycznego Komitetu Centralnego PZPR, a później przewodniczący Rady Państwa, był w latach 1941-1945 nikczemnym donosicielem, który dopuścił się największej zdrady, w wyniku której rozstrzelano całe kierownictwo obozowej konspiracji. Jednak zanim Pański stryj został uwięziony, Cyrankiewicz próbował się z nim skontaktować, by w zamian za milczenie rotmistrza ofiarować mu intratne stanowisko i wygodne życie. Oczywiście rotmistrz Pilecki nigdy nie zaprzedałby się diabłu, nigdy nie zdradziłby swojej Ojczyzny, dla niego Bóg, honor i Ojczyzna były najwyższymi wartościami. Liczył jednak na to, że Cyrankiewicz może zmieni swoje stanowisko wobec niego, ponieważ w obozie razem składali przysięgę, że nawet za cenę swojego życia będą zawsze bronić prawdy o KL Auschwitz. Tylko że dla Cyrankiewicza słowo prawda miało zupełnie inny wymiar. Dlaczego Józef Cyrankiewicz tak bardzo obawiał się Witolda Pileckiego? Ponieważ stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość w KL Auschwitz była zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej, Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności. Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem. Dramat rotmistrza Witolda Pileckiego polegał na tym, że przeżył prawie wszystkich swoich obozowych współtowarzyszy z KL Auschwitz, a także wielu swoich żołnierzy z powstania warszawskiego. Przeżył obozy jenieckie w Lamsdorf i Murnau, a zginął z rąk swoich rodaków w ukochanej przez siebie Ojczyźnie. 25 maja 1948 roku wyrok wykonano strzałem w tył głowy. Szczątki rotmistrza Witolda Pileckiego nie spoczęły też w należytym jemu grobie, bo nie wiemy i pewnie już nigdy się nie dowiemy, co UB zrobiło z jego ciałem. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Lustracja w Powstaniu Kościuszkowskim - OZON 20.06.06, 08:54 OZON wiadomosci.onet.pl/1341817,1292,kioskart.html Zdrajcy płacą gardłem Podczas insurekcji kościuszkowskiej warszawiacy nie czekali, aż elity osądzą rosyjskich agentów. Wieszali ich na szubienicach bez wyroków, w ramach „dzikiej lustracji” Ofiarami tej drastycznej formy rozliczenia grzechów przeszłości byli między innymi duchowni, w tym dwaj biskupi: inflancki Józef Kossakowski i wileński Ignacy Massalski. Opieszałość, a być może również niechęć do osądzenia zdrajców i agentów rosyjskich z czasów konfederacji targowickiej i Sejmu rozbiorowego doprowadziła do sytuacji, w której w życie wcielono obietnicę jednego z powstańców – że „ludowi nie zabraknie konopii” (lin do wieszania). Zdrada Targowicy Dwanaście miesięcy po uchwaleniu w 1791 r. Konstytucji 3 Maja trzej przedstawiciele stronnictwa magnackiego – Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski i Ksawery Branicki – w porozumieniu z Katarzyną II podpisali w Petersburgu układ, który ogłosili następnie w Targowicy. Zgodnie z jego ustaleniami w granice Polski wkroczyła z „bratnią pomocą” armia rosyjska. Mimo przejściowych sukcesów i zwycięstwa odniesionego pod Zieleńcami armia polska zaczęła przegrywać. Do jej ostatecznej klęski przyczyniło się przystąpienie w lipcu do Targowicy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. 23 stycznia 1793 r. w Petersburgu Rosja i Prusy podpisały konwencję o ponownym zaborze części ziem Rzeczypospolitej. Zgodnie z życzeniem carycy Katarzyny drugi rozbiór Polski miał być zatwierdzony przez Sejm. Starannie wybrano miejsce obrad. Aby uniknąć presji ludu warszawskiego, Sejm zwołano do Grodna. Zadbano również o odpowiedni „wybór” posłów. Twórcy konfederacji targowickiej opuścili już kraj, ale znalazła się rzesza innych gotowych do współpracy i wysługiwania się Rosji. Ochoczo przystąpili do kompletowania składu izby poselskiej, która dzięki ich staraniom w większości składała się z ludzi nieznanych, wybranych pod bagnetami bądź za pieniądze rosyjskie. Terror rosyjskich agentów Wśród twórców Sejmu grodzieńskiego byli biskupi Massalski i Kossakowski (od rosyjskiego ambasadora Sieversa przyjął cztery tysiące dukatów na skaptowanie 60 posłów), a także biskup Wojciech Skarszewski, który podczas Sejmu gorliwie agitował za ratyfikacją traktatów rozbiorowych. Tak skompletowany Sejm miał dać carycy gwarancję szybkiego uregulowania sprawy polskiej. I rzeczywiście: obradujący od czerwca do listopada 1793 r. Sejm grodzieński anulował większość ustawodawstwa z czasów Sejmu Wielkiego. Przywrócono Radę Nieustającą, a wojsko zredukowano do 15 tys. Część posłów gwałtownie protestowała, swoje niezadowolenie wyrażał też król Stanisław August Poniatowski. Wszystko na nic. Najbardziej opornych aresztowano bądź wywieziono w głąb Rosji. Innym wystarczyły pouczenia rosyjskiego ambasadora i widok rosyjskich żołnierzy czuwających nad obradami. Najaktywniejsi byli ci, którzy od lat pobierali z ambasady rosyjskiej pieniądze, i ci, którzy spodziewali się w podzięce stanowisk i synekur. Dla ogółu społeczeństwa byli to zwykli zdrajcy i agenci rosyjscy. Już wcześniej targowiczanie i Moskale zaczęli wprowadzanie nowych porządków. W Warszawie stacjonowała armia rosyjska. 25 grudnia 1793 r. przybył do stolicy nowy ambasador rosyjski Osip Igelström. Zaczęto rozbudowywać rosyjską policję wojskową, na której czele stał gen. Karol Baur. Mnożyły się rewizje i aresztowania. Jan Dembowski, sekretarz Ignacego Potockiego, pisał do swego zwierzchnika: „Brat lękać się musi brata, żeby go nie oskarżył, nie doniósł. Kobiety zapłacone do szpiegowania, nikt nie jest wolnym od śledzenia, najniewinniejsze osoby krytyce i przeniewierzeniu się są podchwytywane, gadać z nikim nie można bez obawy”. Za ten stan rzeczy obwiniano nie tylko Rosjan, ale też ich polskich pomocników. Insurekcja Plotka, jakoby Igelström za namową bp. Kossakowskiego postanowił spacyfikować Warszawę w Wielką Sobotę 19 kwietnia, przyśpieszyła wybuch planowanej od dawna insurekcji. Powstanie wybuchło w nocy z 17 na 18 kwietnia. Warszawa została oswobodzona, władzę przejął prezydent Ignacy Zakrzewski, powołano zachowawczy, prowizoryczny rząd powstańczy (Radę Zastępczą Tymczasową). 21 kwietnia powstał radykalny klub polskich jakobinów, wśród jego działaczy znaleźli się dwaj niezwykle energiczni księża Józef Mejer i Florian Jelski. Jeszcze podczas walk w Warszawie rozpoczęły się aresztowania targowiczan i wszystkich podejrzanych o działalność agenturalną. W czasie przejmowania władzy zdobyto większość archiwum ambasady rosyjskiej, w tym dokumenty tajnej policji rosyjskiej, funkcjonującej w Polsce. Dyplomata ambasady saskiej wspominał: „Krążą pogłoski, że po zbadaniu archiwów rosyjskich wiele osób, tak ze sfer wyższych, jak i niższych, zostanie skompromitowanych. […] Prymas już nie nocuje w swoim pałacu, lecz zawsze przebywa w Zamku z królem”. Warszawska ulica ujmowała rzecz dosadniej, śpiewając: „Nosim guz u pasa, powiesim sobie króla i prymasa”. Prezydent Zakrzewski zgadzał się na aresztowanie i sądzenie agentów, ale nie chciał dopuścić do sądu ludowego. Jakobini domagali się radykalnych działań. Tadeusz Kościuszko nie wypowiadał się w tej kwestii wprost, ale wypominał Radzie opieszałość w badaniu dokumentów. „Lękać się trzeba, aby lud nie ostygł w najszlachetniejszym zapale, widząc, że zdrajców Ojczyzny sprawiedliwości doczekać się nie może” napominał w jednym z listów. A zapał ludu rósł. Jan Kiliński wręczył Zakrzewskiemu „Projekta i prośby ludu”, wśród których znalazł się postulat ukarania zdrajców ojczyzny. Pierwsze wieszanie zdrajców 8 maja wieczorem król Poniatowski jak zwykle wybrał się karetą na przejażdżkę. Nieoczekiwanie postanowił odwiedzić prawobrzeżną Warszawę. Lotem błyskawicy rozniosła się plotka, że król ucieka. W mieście wszczął się tumult. Wokół ratusza zaczął gromadzić się tłum żądający kary dla zdrajców. Przez całą noc stolarze przy asyście tłumu wznosili „drzewka sprawiedliwości”. Trzy szubienice stanęły na Rynku, czwarta na Krakowskim Przedmieściu. Na tej ostatniej umieszczono napis „Kara dla zdrajców ojczyzny”, obok znalazły się nazwiska biskupów Massalskiego i Kossakowskiego. 9 maja rano przy ogromnej presji tłumu rozpoczął się proces. Po trzech godzinach zapadł wyrok, czterej sprowadzeni uprzednio oskarżeni zostali skazani na śmierć. Kolejno powieszono: targowiczanina, hetmana Piotra Ożarowskiego, marszałka Rady Nieustającej Józefa Ankwicza i Józefa Zabiełło. Egzekucja ostatniego ze skazanych, biskupa Kossakowskiego, została opóźniona, gdyż nuncjusz papieski arcybiskup Lorenzo Litta odmówił zdjęcia ze skazanego święceń. Ostatecznie uczynił to biskup Antoni Malinowski. Podczas prowadzenia biskupa na szubienicę – znajdowała się ona naprzeciwko dzisiejszego kościoła św. Anny – tłum wyzywał i poniżał skazanego, zdarto również z niego ubranie, tak że został w samej koszuli. Według pamiętników Jana Kilińskiego, po ogłoszeniu wyroku Kossakowski poprosił o możliwość przyjęcia komunii w kościele, przed którym miał być powieszony. „W tym ja widząc, że to będzie dla nas nowa zdrada – pisał Kiliński – że gdy się biskup dorwie do monstrancji, że jej z rąk swoich wypuścić nie zechce, więc cóż byśmy mu natenczas zrobili? Wydzierać mu z rąk jego, to byśmy chybili, a w przypadku gdyby go zabili, to pewne by się zrobił podobny św. Stanisławowi i byłby za życia świętym męczennikiem, więc kazałem laikom kościół zamknąć”. Stryczka uniknął biskup Massalski. Obiecał podobno ujawnić listę innych zdrajców. Dajcie więcej szubienic Kolejna odsłona ludowej rozpra Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Lustracja w Powstaniu Kościuszkowskim cz. 2 20.06.06, 08:55 Dajcie więcej szubienic Kolejna odsłona ludowej rozprawy z agentami nastąpiła kilka tygodni później. Za namową członka klubu jakobinów Kazimierza Konopki w nocy z 27 na 28 czerwca tłum wzniósł kilkadziesiąt szubienic. Tym razem nie było mowy o sądzie, chodziło raczej o odreagowanie fatalnej sytuacji politycznej. Powstanie upadało. Stracono Kraków, a do Warszawy zbliżali się Moskale. Tłum wdarł się do więzienia i rozpoczął regularny samosąd. Powieszono m.in. czterech szpiegów ambasady rosyjskiej i targowiczanina Antoniego Czetwertyńskiego. Tym razem kary nie uniknął także biskup Massalski, powieszony na konopnym lejcu. Z kolei targowiczanin i członek Rady Nieustającej, biskup Wojciech Skarszewski, uratował się, bo (jak pisał Jędrzej Kitowicz) wręczył jednemu z wlokących go ludzi dwuzłotówkę. Dopiero 11 września został skazany na karę śmierci. Nie był to jednak koniec jego historii. Król i nuncjusz papieski rozpoczęli działania na rzecz ułaskawienia biskupa. Kościuszce grożono wówczas klątwą, gdyby nie cofnął wyroku. Naczelnik nakłaniany przez wiele znanych osobistości (m. in. Juliana Ursyna Niemcewicza) zamienił Skarszewskiemu karę śmierci na dożywocie. Przeciwko tej decyzji gorąco oponował Hugo Kołłątaj. Klęska insurekcji kościuszkowskiej jesienią 1794 r. przyniosła kres dalszym samowolnym rozliczeniom. – Chwalebna jest gorliwość obywatelska, aby zbrodnie bezkarnie puszczone nie były, bo ta powolność zgubiła naród polski – mówił w kazaniu potępiającym samosądy ks. Nepomucen Adrian Dębski – Ale niech się rzeczy dzieją porządnie, niech śmierć winowajców wskazują sądowe wyroki. Warto przypomnieć jego słowa zarówno tym, którzy propagują wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę, jak i tym, którzy za wystarczającą karę za zdradę uważają jej wstydliwe przemilczenie. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii artykuł Amerykanie w Iraku 11.09.06, 11:35 La Vanguardia wiadomosci.onet.pl/1358073,2678,kioskart.html Armia oprawców Rozmowa z Jimmym Masseyem Do Iraku wyjeżdżają z przekonaniem, że życie bezbronnych cywilów nie ma znaczenia. Są wśród nich byli kryminaliści i zwyrodnialcy. Choć w ewidencji udało się to zatuszować. Bo wojna to przede wszystkim wielki biznes, w którym cel uświęca środki. Większość ssaków wzbrania się przed zabijaniem swoich współbraci. W tej dziedzinie ludzie stanowią wyjątek. W 1944 roku zaledwie 15 procent amerykańskich żołnierzy wysłanych na europejski front pociągnęło za spust. Uznano to za swoistą klęskę i niedługo potem opracowano techniki psychologiczne mające na celu odczłowieczenie wroga i pozbawienie wojskowych wrażliwości na jego los. Szkolenia odniosły sukces: 90 procent żołnierzy wysłanych do Wietnamu automatycznie sięgało po broń. Jimmy Massey, były sierżant amerykańskiej piechoty morskiej, wie dobrze, jak wyglądają takie szkolenia i jakie przynoszą rezultaty. Napisał książkę, której jednak nie udało mu się opublikować w USA, a jemu samemu grożono za to śmiercią. fot. AFP La Vanguardia: Podaje się pan za wytrawnego mordercę-psychopatę. Jimmy Massey: Szkolenie, jakiemu poddaje się marines, opiera się na dehumanizacji. Dzięki niemu przemoc staje się jedynym sposobem komunikowania się z innymi. To swoisty rytuał, w pełni akceptowany, podobnie jak alkohol, narkotyki i perwersyjny seks. Czego was uczą? Powiem tylko, że tortury, jakim poddano więźniów z Abu Ghraib, a które wzbudziły takie protesty na świecie, były elementem naszego szkolenia. Czy was również poddawano takim torturom? Owszem. Najpierw wykańczają człowieka fizycznie, a potem gnębią go psychicznie: obrażają, opluwają, popychają, oddają na niego mocz. Chcą, żebyś wyrzekł się swojej tożsamości i poddał się nowemu „zaprogramowaniu”. Jak brzmią rozkazy? Cywile to stado owiec, osobnicy upośledzeni umysłowo. My natomiast jesteśmy wojownikami, możemy zginąć w każdej chwili, dlatego wszystkie chwyty są dozwolone. Wolno odstrzelić komuś głowę z 500 metrów i inni uznają to za świetny dowcip. Sam robiłem to wiele razy. Pierwszą śmierć zawsze się celebruje, to coś na kształt aktu liturgicznego, prawdziwy chrzest bojowy. Począwszy od tego momentu zabijanie zaczyna sprawiać przyjemność prawie tak silną jak seks. Osiągasz stan nirwany, czujesz się wszechwładny. Jakiego rodzaju ludzie tworzą amerykańskie oddziały elitarne? Sam byłem w komisji rekrutacyjnej. Rocznie przyjmowaliśmy 210 tysięcy kandydatów. Poszukiwaliśmy głównie młodych ludzi z niższych warstw społecznych, dzieci imigrantów. 80 procent z nich było wcześniej karanych albo miało problemy zdrowotne – psychiczne lub fizyczne. Moim zadaniem było pokazać im sztuczki, dzięki którym poradzą sobie na egzaminach. Potrafiłem sprawić, że ich kryminalna przeszłość znikała z ewidencji. To powszechnie stosowane metody. Wojna jest częścią amerykańskiej mentalności, a także i przede wszystkim wielkim biznesem. W Iraku służył pan w stopniu sierżanta. Tak, miałem pod sobą 45 żołnierzy. Wysłano nas do Iraku w ramach misji humanitarnej. Wylądowaliśmy w Kuwejcie i dowiedzieliśmy się, że przydzielono nas do innego zadania. Skierowano nas do Basry, do ochrony pól naftowych. Tą misję nazywano „klejnotem w koronie”. Kiedy zaczęliście zabijać? Gdy zbliżaliśmy się do Bagdadu zaczęły napływać do nas informacje od wywiadu demonizujące naród iracki. Ostrzegano nas, że każdy napotkany człowiek może być uzbrojonym terrorystą. Tak więc gdy tylko dotarliśmy do miasta zaczęliśmy gnębić cywilów. W jaki sposób? W ciągu zaledwie trzech miesięcy byłem świadkiem śmierci 30 bezbronnych ludzi. Otrzymaliśmy rozkaz strzelania do samochodów, które nie zatrzymywały się na nasz znak. Ani razu podczas kontroli ostrzeliwanych samochodów nie znaleźliśmy broni. Więc dlaczego kierowcy nie chcieli stanąć? Zatrzymywaliśmy ich przez podniesienie pięści, co Irakijczycy odczytują jako gest solidarności. Innym znakiem było oddanie strzału w powietrze – w ten sposób w Iraku często się świętuje, więc oni myśleli, że pozdrawiamy ich jako przyjaciele. Co sprawiło, że stosunki z cywilami zaczęły się pogarszać? Na początku Irakijczycy traktowali nas bardzo dobrze, przynosili nam herbatę i ciastka, ponieważ sądzili, że przybyliśmy z misją pokojową. My jednak byliśmy wobec nich brutalni. Pierwszy raz zobaczyłem to w bazie wojskowej Rasheed. Wcześniej zginął amerykański snajper i w odwecie rozstrzelano Irakijczyka, który stał z rękami podniesionymi do góry. Kiedy zaczął mieć pan problemy? Proszę sobie wyobrazić, że żyjecie w miejscu, gdzie w każdej chwili mogą was zabić. Ta nieustanna presja sprawia, że na miejscowych ludzi patrzysz jak na gorszy gatunek, jak na podludzi. Zabijanie ich nie wywołuje już w tobie wyrzutów sumienia, nawet jeśli są to kobiety i dzieci. Poza tym możesz to robić zupełnie bezkarnie. Widziałem sierżanta kradnącego złoto, pieniądze i dokumenty 47 Irakijczyków, którzy leżeli we wspólnym grobie. Sprzedawał potem te dokumenty innym marines jako trofea wojenne. Zdjęcia-pamiątki przedstawiały zmasakrowane ciała z połamanymi nogami, zalane krwią – taki był efekt przejazdu naszych jeepów. Trupom wkładano w usta papierosy. Co sprawiło, że po 12 latach służby wystąpił pan z wojska? Jako członek komisji rekrutacyjnej skazałem wielu młodych ludzi na straszne życie. Kiedy przybyłem do Iraku zabiłem licznych cywilów i widziałem wokół siebie straszne zniszczenie. Zacząłem się nad tym zastanawiać i zdałem sobie sprawę, że byłem tylko instrumentem w rękach systemu kolonialnego. Wielu marines, którzy wrócili z Iraku ma teraz problemy adaptacyjne. Stali się agresywni. Przeżyłem już samobójstwa wielu moich kolegów. Ale jeszcze trudniej jest obserwować, jak byli żołnierze wyniszczają się alkoholem i narkotykami. Życie z syndromem pourazowym jest bardzo trudne: człowieka gnębią koszmary, ma wrażenie, że otaczają go sami wrogowie, ciągle wracają mu myśli co by było, gdyby postąpił inaczej... Jedna taka historia nie daje mi spokoju do dziś. Pewien samochód zbliżył się kiedyś do naszego punktu kontroli i moi żołnierze zaczęli do niego strzelać. Jakimś cudem iracki kierowca zdołał wysiąść z niego o własnych siłach i perfekcyjną angielszczyzną powiedział do mnie: „Nie jesteśmy terrorystami. Dlaczego zabiłeś moich trzech braci?”. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, co naprawdę robimy. Ci chłopcy byli ubrani jak Amerykanie, mieli na sobie koszulki z nazwami naszych uniwersytetów. Wielu zabitych przez nas młodych Irakijczyków sądziło, że przywozimy do ich kraju amerykańską pomoc po trzynastu latach embarga. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii seks po nazistowsku 18.09.06, 11:34 Seks pod okiem państwa wiadomosci.onet.pl/1245597,1292,kioskart.html "Bodźce materialne były nastawione na model 2+4. Rodzenie i macierzyństwo, jak i inne dziedziny życia, były zmilitaryzowane: W izbach porodowych trwa bitwa o być lub nie być narodu niemieckiego – głosiła propaganda. Od pierwszego dnia życia dziecka państwo przygotowywało je do przyszłych wojen. Zgodnie ze słowami Hitlera, miało być wytrzymałe jak skóra, zwinne jak chart i twarde jak stal Kruppa. Niepełnosprawne noworodki rodzice niekiedy sami uśmiercali. Czołowi naziści zdawali się potwierdzać ten wzorzec. Goebbels i Bormann mieli po sześcioro dzieci, Frank i Speer po pięcioro. Jednak bliższa analiza życia intymnego nazistowskiej czołówki pokazuje, jak dalece kompleksy i zahamowania seksualne przywódców były podłożem ich agresywnego światopoglądu." (...) "Prawdziwą bitwę o rozrodczość państwo nazistowskie rozgrywało w łóżkach małżeńskich. Kobiety nakłaniano do wczesnego małżeństwa, aby każda zdążyła urodzić wymarzoną czwórkę dzieci. Poza tym drastycznie ograniczono im dostęp do prestiżowych stanowisk i zawodów. W marcu 1933 r. odebrano kobietom dożywotni status urzędnika państwowego, dwa miesiące później dostawały wymówienia. Nie mogły być lekarzami, dentystami, adwokatami, a także nauczycielkami. Na mocy ustawy przeciwko przepełnieniu szkół i uczelni mogły stanowić jedynie 10 proc. studentów." (...) "Jeśli toczy się bitwa, to są strategie, dyrektywy, rozkazy. Niekiedy całkowicie sprzeczne. Czy uświadamiać młodzież seksualnie, czy nie? Czy zachęcać do współżycia, czy nie? Najpierw kierownictwo HJ chwali wstrzemięźliwość, potem – od 1935 r. – zachęca starszą młodzież do jednorazowych stosunków, zgodnie z hasłem „Nie każda może mieć męża, ale każda może urodzić dziecko”. Tę zdyscyplinowaną swobodę uzasadniały filmy w rodzaju: „Mistrz skoku w bok”. Na zlotach młodzieżowych w 1936 r. ponad tysiąc członkiń Związku Niemieckich Dziewcząt zaszło w ciążę. Od tego czasu skrót BdM (Bund deutscher Mädel) rozszyfrowywano złośliwie jako „Chłopcze, przytul mnie” lub „Związek niemieckich materaców”. Publiczna reklama kondomów była zakazana, przerywanie ciąży – naturalnie także. Ale w wojsku kondomy rozdawano, by zapobiegać chorobom wenerycznym, a w więzieniach i obozach koncentracyjnych ciąże przerywano taśmowo." Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Zawłaszczona swastyka 18.09.06, 11:34 Zawłaszczona swastyka wiadomosci.onet.pl/1358983,1292,2,kioskart.html "(...) (...) Polskie złamane krzyże Na ziemie polskie swastyka dotarła w okresie końcowym neolitu prawdopodobnie za sprawą wędrówek praindoeuropejskich ludów rolniczych. Szczyt jej powodzenia przypadł w okresie kultury łużyckiej. Zwano ją swarzycą i kojarzono ze Swarogiem – bogiem słońca, jednak symbolizowała także ogień, ciepło, witalność i rozrodczość. Ozdabiano swastyką wyroby ceramiczne, biżuterię i broń, a we wczesnym średniowieczu posługiwano się nią w pogańskich obrzędach religijnych np. przeganianiu upiorów. W XIII i XIV w. stopniowo zanikła, jednakże jako znak pomyślności przetrwała na weselnym pieczywie, pisankach, naczyniach i sprzętach aż do czasów nowożytnych. W okresie Młodej Polski szczególnym zainteresowaniem cieszyła się kultura Orientu i Podhala, więc usiłowano znaleźć ich cechy wspólne. Takim elementem okazała się właśnie swastyka zwana przez górali krzyżykiem niespodzianym. Jan Reychman w „Pelerynie, ciupadze i znaku tajemnym” pisał: „Lucyfer musi jawić swe mądrości w Tatrach, nie na Libanie (...). Zamiast krzyża mogilnego stawiamy praindyjski, lecz i tatrzański monolit swastyki, dający się widzieć ze swojego wierzchołku duchowe gwiazdy”. W powieści Tadeusza Micińskiego pt. „Nietota” bohater używa swastyki niczym talizmanu: „Oglądałem się długo mijając rzędy podwórcowych świerków – swastiką odżegnywałem upiory...”. Stanisław Witkiewicz ozdobił swastyką budynek Muzeum Tatrzańskiego. Pojawiała się także w publikacjach Walerego Eljasza-Radzikowskiego, malarza i grafika, popularyzatora Tatr. Z kolei Mieczysław Karłowicz oznaczał swastykami górskie szlaki. Właśnie dlatego jego ulubiony symbol wyryto na kamieniu upamiętniającym śmierć tego kompozytora w lawinie pod Małym Kościelcem. Do dziś swastyki można także zobaczyć w schronisku Murowaniec na Hali Gąsienicowej, gdzie są wkomponowane w barierki schodów. Po 1918 r. swastyka stała się wraz z gałązką jedliny godłem Strzelców Podhalańskich i jest używana po dziś dzień jako odznaczenie pamiątkowe. Ale pojawiała się nie tylko na Podtatrzu. Była symbolem założonego w 1822 r. Towarzystwa Wydawniczego IGNIS (łac. ogień). Liga Obrony Powietrznej Państwa (poprzedniczka Obrony Cywilnej), wykorzystywała granatową swastykę jako tło odznaki instruktorskiej. Swastyka była również pamiątkowym odznaczeniem 4 Pułku Piechoty Legionów z Kielc oraz Federacji Związku Żołnierzy Obrońców Ojczyzny. W II RP złamanym krzyżem posługiwały się także dwie korporacje studenckie, działająca w Poznaniu Helionia oraz warszawska Varsovia. A polski mesjanizm znalazł, o ironio, szczególną formę w odczycie historyka Michała Żmigrodzkiego pt. „Historja swastyki” wygłoszonym w 1889 r. w Paryżu na konferencji folklorystów. Autor twierdził, że to Polacy są Arjami: „Jesteśmy plemieniem wysoce arystokratycznym, a swastyka to nasz herb rodowy...” " Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii ciekawy artykuł: Oskar Schindler - agent Abwehry 27.09.06, 10:04 www.wsseuczelnia.edu.pl/show.php/page/3028 "(...) Sięgnijmy przeto do materiałów z procesu norymberskiego5. Zeznający w charakterze świadka generał Abwehry Erwin Lahousen na pytanie amerykańskiego prokuratora Johna Harlama opowiedział o tzw. Operacji Himmler. W połowie sierpnia 1939 roku Abwehra otrzymała rozkaz dostarczenia kilkudziesięciu polskich mundurów, wyposażenia oraz dokumentów polskich żołnierzy. Niemiecki kontrwywiad wojskowy miał to dostarczyć wysłannikowi SD. Jeden z jego oficerów Alfred Naujocks, którego zeznanie zostało przed Trybunałem odczytane, przyznał, że na rozkaz szefa SD Heydricha w mundury te zostali przyodziani, prócz żołnierzy niemieckich wyznaczonych do przeprowadzenia sfingowanego "polskiego ataku" na radiostację w Gliwicach w dniu 31 sierpnia wieczorem, także więźniowie, którzy po zabiciu zostali na miejscu pozostawieni jako padli w boju polscy napastnicy. Tym, który Abwehrze (a za jej pośrednictwem SD) dostarczył polskie mundury, był agent niemieckiego wywiadu wojskowego Oskar Schindler. Zasłużony agent Abwehry Crowe temu fragmentowi w biografii Schindlera poświęca sporo miejsca. Wyjaśnia, jak jego "bohater", urodzony w Czechach, stał się agentem Abwehry najpierw na terenie swej dawnej ojczyzny i w sąsiedniej Polsce. Na sporządzonej po wojnie przez czechosłowackie służby specjalne liście dziewięciu agentów Abwehry i SD działających z terenu czeskiego przeciw Polsce, Schindler zajmuje pierwsze miejsce. Kontrwywiad czechosłowacki rozszyfrował go jednek znacznie wcześniej. Z powodu szpiegowsko-dywersyjnej roboty przeciw państwu czechosłowackiemu został latem 1938 roku aresztowany i skazany na karę więzienia (z którego jednak władze w Pradze musiały go dość szybko uwolnić, bo zobowiązywały je do tego odpowiednie klauzule Układu Monachijskiego). Szef policji w Brnie charakteryzował go przed aresztowaniem jako "szpiega wysokiego kalibru", który - jak pisano - nie działał ze względów niemiecko-patriotycznych ale dla pieniędzy.6 Zanim bowiem trzydziestoleti wówczas Schindler, syn fabrykanta maszyn rolniczych ze Svitav został jako aktywista ruchu henleinowskiego zwerbowany przez niemiecki wywiad wojskowy, nieszczególnie mu się wiodło. Mając tylko tzw. małą maturę i ukończone różne kursy zawodowe, był często bezrobotny. Padła założona przez niego kurza ferma. Splajtował jako nauczyciel jazdy samochodowej. Sprzedawał losy bankowe. Tłukł się po knajpach, wszczynał awantury (dwukrotnie z tego powodu aresztowany), rozpijał kolejne kochanki. Kierownictwo Abwehry zdawało sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony ceniło w nim inicjatywę, elastyczność i "wielką zdolność manipulowania ludźmi". W kierowanej z Berlina (za pośrednictwem II oddziału Abwehry przy VIII okręgu wojskowym we Wrocławiu) gęstej sieci agentów awansował na faktycznego szefa specjalnej 25-osobowej grupy szpiegowsko-dywersyjnej w Ostrawie nacelowanej na działanie w zachodniej Galicji i na Górnym Śląsku. Często nielegalnie przekraczał granicę z Polską w rejonie Głuchołaz. W Krakowie spotykał się z agentką Abwehry a mając doświadczenie w zdobywaniu mundurów armii czechosłowackiej (był jej rezerwistą) otrzymał rozkaz wystarania się o polskie mundury. Jeden, oryginalny, zdobył od dezertera z armii polskiej. Reszta została uszyta w Berlinie wedle tego wzorca. W październiku 1939 roku Schindler znalazł się w Krakowie. Będąc nadal w sieci Abwehry, którą z jego pomocą rozbudowywano, Schindler został finansowo wyposażony przez kontrwywiad wojskowy, ale potrzebował więcej pieniędzy. Natychmiast więc zaczął rozglądać się za jakimś intratnym interesem. Dostrzegł go w konfiskowanym mieniu żydowskim. Nie wchodząc w szczegóły: wybór padł na firmę "Rekord". Wskazał mu ją Itzak Stern, biegły w finansach krakowianin. Firma ta produkowała naczynia emaliowane potrzebne nie tylko cywilom ale także Wehrmachtowi. Pomijam także imponderabilia wprowadzonego w GG systemu wywłaszczania mienia żydowskiego. Stwierdźmy jedynie, że za poradą Sterna, który dokładnie przeanalizował obowiązujący system prawny, Schindler postarał się o nabycie tej fabryki na własność w drodze sądowej, rezygnując z objęcia firmy jako Treuhaender. Pomocna zbieżność nazwisk Traf chciał, że w strukturze zamówień zbrojeniowych III Rzeszy na terenie GG ważną rolę odgrywał generał Maximilian Schindler. Choć była to przypadkowa zbieżność nazwisk, Oskarowi Schindlerowi bardzo się przydała. Po prostu SS i SD na początku mniej patrzyły mu na ręce. Porada Sterna była o tyle ważna, że inaczej niż powiernikowi majątku pożydowskiego, właścicielowi łatwiej było zatrudniać Żydów z ghetta. Najważniejszym z nich, co podkreślone jest we wszystkich świadectwach, był Abraham Bankier, "geniusz w interesach". Bez Bankiera nie byłoby Schindlera - mówią świadkowie historii. Właściciel mógł się całkowicie zdać na swego "prokurenta" i tak też czynił. To on, organizując na wielką skalę nielegalny handel naczyniami emaliowanymi na czarnym rynku (80 % całej produkcji) dysponował też środkami na łapówki, dzięki którym do firmy, zwanej "Emalią", można było sprowadzić żydowskich robotników z getta. Tej "kluczowej postaci" firmy, jak twierdzą niektórzy przywoływani przez Crowe?a świadkowie, należy zawdzięczać potem możliwość powstania słynnej listy. Zauważmy jednak, że trzej dawni właściciele "Rekordu": Gutman, Glajtman i Kohn jesienią 1944 roku na liście się nie znaleźli. W tym czasie bowiem Schindler myślał już intensywnie o powojniu. Był też w traktowaniu swych żydowskich robotników "już innym człowiekiem". Jak bowiem mówili autorowi biografii Schindlera liczni świadkowie, wcześniej niejednokrotnie dopuszczał się wobec "swych dzieci" aktów fizycznej przemocy oraz w inny sposób im szkodził. Po wojnie przyznał się do tego, tłumacząc, że "cel uświęca środki"7. Tak np. tuzinami dostarczał SS-manom żydowskie dziewczęta, które po orgiach już do fabrycznego obozu nie wracały. Wódka, podarunki i łapówki już bowiem nie wystarczały dla "zmitygowania" SS-mańskich szarż, przychylności których potrzebował, aby interes szedł bez przeszkód. (...)" Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazieta 16.11.06, 13:17 Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazieta wiadomosci.onet.pl/1372377,1292,kioskart.html Głos towarzysza Mauzera Opowiadania Arkadija Awerczenki z wczesnych lat 20. pierwsze oddały prawdę o bolszewickiej „kulturze przemocy” Wódz rewolucji rosyjskiej głęboko współczuł cierpiącym zwierzętom. Ludzie nie budzili w nim takich emocji. Tołstojowska "Śmierć Iwana Iljicza" jest lekturą dla pięknoduchów w porównaniu z dokonaniami prostego marynarza rewolucyjnej Floty Czerwonej, Kowalczuka. Poeta Konstantin Balmont okazał się bardziej dalekowzroczny niż większość jego współczesnych, która w roku 1937 zapłaciła za brak zdolności przewidywania. W jednym z opowiadań Awerczenki rozmówca narratora, który nie zaznał życia pod rządami bolszewików, w żaden sposób nie może uchwycić znaczenia frazy "postawić pod ścianą". Dlaczego niby, choćby i w Sowietach, dorosłych ludzi ktoś miałby stawiać pod ścianą? Dzieci, wiadomo, trafiają do kąta, gdy coś przeskrobią – ale dorośli? Kilka lat później bohater ten miałby większe problemy leksykalne: język rosyjski w wieku XX dorobił się dziesiątek lekceważących synonimów terminu "wykonać wyrok śmierci" – od "rozstrzelać", "skreślić z listy" czy "kropnąć" aż po "posłać do generała Duchonina". A język to w końcu, było nie było, wierne zwierciadło życia… Wódz światowego proletariatu nie wahał się określić patos rewolucyjnej przemocy jako "wspaniały". Te słowa nie padły z ust jakiegoś obłąkanego kacyka w typie Bokassy, zjadającego swoich wrogów, jeśli taka była droga do potęgi jego plemienia. Wygłosił je dziennikarz i prawnik (te zawody deklarował skromnie Włodzimierz Iljicz, pytany w ankietach o zawód). Majakowskiemu pozostało znaleźć poetycką formułę dla owej pochwały przemocy: w rezultacie okazało się, że "głos ma towarzysz Mauzer". Narzędzie zbrodni zostało tym samym uczłowieczone i awansowało w szeregi bolszewików. Ustanawiając nowe porządki, towarzysz Mauzer nie zniżał się do dyskusji. Kto nie zgadza się z nowymi porządkami – zapraszamy pod ścianę! Decyzję podejmowano kierując się "zdrowym, proletariackim rozsądkiem". To wystarczyło dla rewolucyjnej praworządności. Nic więc dziwnego, że kiedy w 1918 roku jeden z eserów (członek Partii Socjalistów Rewolucjonistów – przyp. Onet.) zastrzelił Urickiego, szefa piotrogrodzkich czekistów, współtowarzysze zabitego wzięli, a następnie rozstrzelali zakładników, których nic nie łączyło z zabójcą. Trafili pod ścianę, ponieważ reprezentowali wrogą klasę społeczną. Rytm rewolucyjnych melodii wybijały więc głównie salwy – z rzężeniem w tle. Trudno nie wspomnieć w tym kontekście obrazu, jakim karmiono nas do znudzenia w przedszkolach i szkołach ZSRR: Lenin, zadumany, słucha "Symfonii patetycznej" Beethovena. Widok ten zmusza do domysłów: czy rzeczywiście zasłuchał się w muzykę Beethovena, czy może raczej w dźwięki "Międzynarodówki"? A jeśli tak, jakie wzbudzała w nim odczucia, do czego prowokowała "Patetyczna"? I jak czułby się Beethoven ze świadomością, że jego dzieło było natchnieniem do chaosu, że każda nuta inspirowała salwę? Przez długie lata władzy radzieckiej zasada, iż niszczenie wrogów klasowych stanowi rewolucyjną konieczność, była jednym z najważniejszych dogmatów. Bez tego nie ma mowy o sprawiedliwości dla włościan i robotników! (…). Siewcy, hutnicy i górnicy zasłużyli na dostatnie życie – pod rządami Sowietów nie mogli jednak na nie liczyć. Hasło "ziemia dla chłopów" nie obowiązywało długo: włościan najpierw obdarowano gruntami odebranymi ziemianom, by rychło potem zabrać wszystko i zmusić do pracy w kołchozach, gdzie znów, jak ich dziadowie, stali się chłopami pańszczyźnianymi, bez prawa do przemieszczania się i własności. Robotników państwo także eksploatowało nie mniej niż wcześniej kapitaliści-krwiopijcy. Sowieckie czasy miliony ludzi spędziło więc w kolejkach po chleb i mleko, po mydło i skarpetki. Kartkowe przydziały pozwalały zaledwie wegetować. Sklepy za żółtymi firankami i sanatoria, szpitale, wille i dacze – te uroki życia smakować mogła tylko elita. Bolszewikom nie wystarczyło sprowadzenie nieszczęścia i nędzy na własny lud. Idea rewolucji światowej kazała im myśleć z nadzieją o wszechświatowej pożodze. Na jej podsycanie nie mogło zabraknąć środków. Do bratnich partii trafiało złoto liczone raczej na worki niż na karaty i gramy. Złoto odebrane milionom Rosjan, które mogło ocalić ich od głodu i śmierci. Ofiary głodu na Powołżu sfinansowały krótkotrwałe przewroty w Niemczech i na Węgrzech. Ale i tego było za mało, by władza rewolucjonistów w Hamburgu czy Beli Kuna utrzymała się dłużej niż kilka tygodni. Stół, zastawiony w pałacu zadżumionych, przejedzono błyskawicznie. Emigracyjny poeta Konstantin Balmont trafił w sedno, pisząc już kilka miesięcy po bolszewickim zamachu: "Rewolucja ma swą wartość, gdy pozwala rozprawić się z uciskiem. Ten świat rozwija się jednak za sprawą ewolucji. Huragan przemocy potrafi tylko doprowadzić masy do obłąkania". Poeta przestrzegał, ale "Międzynarodówka", śpiewana na każdym z milionowych zebrań i wieców, głosiła pochwałę dziejowego obłąkania, wzywała do zburzenia starego świata, by na jego gruzach zbudować nowy ład. Tymczasem wystrzały – jak łatwo to dziś pisać – niszczą, nie budują. Nikt już nie napisze wierszy za Gumilewa, rozstrzelanego przez CzeKa na podstawie podejrzeń, że sympatyzuje z kontrrewolucją. Ile takich ofiar przyniosło już same preludium bolszewickich rządów? Wystarczy przypomnieć rozstrzelanie demonstracji petersburżan, elity narodu, robotników i inteligencji, protestujących przeciw rozpędzeniu przez bolszewików w styczniu 1918 roku Konstytuanty, zgromadzenia ustawodawczego. Pierwsze klęski głodowe na wsi, wywołane rekwirowaniem żywności, miały miejsce niedługo potem. Powstanie chłopskie Tambowszczyzny przeszło do podręczników sowieckich pod nazwą kułackiego terroru "bandy Antonowa". Traktująca o tym powieść z lat 20. Nikołaja Wirta stała się jedną z pierwszych w literaturze pochwał idei pacyfikacji. Sam Lenin znacznie przyczynił się do triumfu "kultury przemocy". Nie przestawał apelować o to, by niszcząc oponentów bolszewizmu nie pozwalać sobie na luksus litości, Ostatnie tomy jego dzieł zbiorowych, gdzie trafiły zapiski z lat rewolucyjnych, roją się od rozkazów rozstrzelania, zsyłki, bezterminowego aresztu. Zasłużyło sobie na to jego zdaniem zwłaszcza duchowieństwo. Jak się to ma do obrazu wodza, jaki literatura radziecka budowała przez kilkadziesiąt lat? Kamieniem węgielnym wielu antologii było wszak opowiadanie ukazujące Włodzimierza Iljicza na polowaniu, kiedy to opuścił lufę strzelby, ocalając życia lisa. Nie wystrzelił, bo – jak mówił – za ładna bestia, żal… Lisa pożałował. Ludzi – niekoniecznie. Kto oddał sprawiedliwość tamtym czasom? Choćby wspomniany Awerczenko w zbiorku opowiadań i felietonów wydanym w 1921 roku w Paryżu pod znamiennym tytułem "Tuzin noży w plecy rewolucji". Książkę skomplementował pośrednio sam Lenin, stwierdzając, iż autor musiał być "białogwardzistą, obłąkanym nienawiścią do rewolucji". Owszem, Awerczenko nie żywił ciepłych uczuć do bolszewików, a jego satyra – zgodnie z nakazami gatunku – nie stroniła od przerysowań. Zdołał jednak w ten sposób przekazać wiele z atmosfery tamtego czasu. (…) "Wybaczcie, ale nie potrafię w dzisiejszych czasach wzruszać się Tołstojowską »Śmiercią Iwana Iljicza«, rozpisaną na pięćdziesiąt stron! – deklarował. – Dziś trzeba nam pisać sucho, zwięźle, celnie. Ot, choćby tak: »Szturman Kowalczuk pociągnął za spust, rozległ się suchy strzał. Iwan Iljicz szarpnął się, gruchnął o ziemię i znieruchomiał. "Następny!" Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazie 16.11.06, 13:19 Owszem, Awerczenko nie żywił ciepłych uczuć do bolszewików, a jego satyra – zgodnie z nakazami gatunku – nie stroniła od przerysowań. Zdołał jednak w ten sposób przekazać wiele z atmosfery tamtego czasu. (…) "Wybaczcie, ale nie potrafię w dzisiejszych czasach wzruszać się Tołstojowską »Śmiercią Iwana Iljicza«, rozpisaną na pięćdziesiąt stron! – deklarował. – Dziś trzeba nam pisać sucho, zwięźle, celnie. Ot, choćby tak: »Szturman Kowalczuk pociągnął za spust, rozległ się suchy strzał. Iwan Iljicz szarpnął się, gruchnął o ziemię i znieruchomiał. "Następny!" – powtórzył rutynowo Kowalczuk«". Tak wyglądał "rewolucyjny patos", który wychwalał i wspierał Lenin. Jego najzdolniejszy uczeń – Stalin – zafundował krajowi patos Wielkich Czystek roku 1937. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii towarzysz Mauzer jak Lenin - wiecznie żywy ! 17.11.06, 11:50 www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061117/swiat/swiat_a_1.html MORDERSTWA POLITYCZNE Rosja: lista ludzi do odstrzału Twórcy list z danymi osób, które "należałoby zlikwidować", mogą czuć się bezkarni. Federalna Służba Bezpieczeństwa i prokuratura nie chcą zająć się tą sprawą, bo uważają, że nic się nie stało Wstrząśnięci zamordowaniem opozycyjnej dziennikarki Rosjanie demonstrowali z plakatem: "Morderstwo Politkowskiej, prześladowanie mniejszości etnicznych to już faszyzm" AFP / YURI KADOBNOV Witryna internetowa skrajnie nacjonalistycznej organizacji Russkaja Wola opublikowała w sierpniu listę z nazwiskami dziennikarzy, obrońców praw człowieka i polityków opozycyjnych ze wskazaniem dokładnych adresów oraz domowych i służbowych telefonów. "Adresy zostały sprawdzone i zasługują na pilną uwagę uczestników organizacji bojowych... Wyrok został wydany... Dzisiaj ma głos towarzysz Mauzer" - nawołują autorzy listy, cytując wiersz Włodzimierza Majakowskiego. Tak było z Politkowską Niektóre figurujące na liście osoby poczuły się zagrożone i powiadomiły prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. We wtorek jedna z nich - znana obrończyni praw człowieka oraz przewodnicząca komitetu Wsparcie Obywatelskie Swietłana Gannuszkina - otrzymała od Federalnej Służby Bezpieczeństwa decyzję o odmowie wszczęcia sprawy karnej. Wczoraj stanowisko FSB zostało potwierdzone przez prokuraturę. W odpowiedzi FSB stwierdzono m.in., iż lista opublikowana na stronach Russkoj Woli nie jest "otwartym i jednoznacznym wezwaniem" do likwidacji figurujących na niej osób. FSB podkreśla także, iż stosunek społeczeństwa do figurujących na liście ludzi "jest niejednoznaczny, a ich realny wpływ na sytuację społeczno- polityczną w kraju jest znikomy". - Ta argumentacja przypomina mi słowa prezydenta Putina, który po śmierci Anny Politkowskiej powiedział, że także ona nie miała wpływu na społeczeństwo. Z tego można by wnioskować, że z tymi, którzy nie mają wpływu, można robić, co tylko się zechce - mówi "Rz" Anna Gannuszkina. Obrończyni praw człowieka wspomniała o zabitej dziennikarce nieprzypadkowo. - Mimo że Anna nie figurowała na tej konkretnej liście, jej imię można znaleźć na dziesiątkach podobnych, jakie bez żadnej reakcji ze strony władz krążą w rosyjskim Internecie - podkreśla Gannuszkina. Instrukcje zamachów Według dyrektora Moskiewskiego Biura Praw Człowieka Aleksandra Broda listy osób do odstrzału figurują na co najmniej 20 witrynach internetowych rosyjskich nacjonalistów. Na większości z nich, podobnie jak na liście Russkoj Woli, są telefony i inne dokładne dane. Ale nie tylko. W październiku lider Sojuszu Sił Prawicy ( SPS) Nikita Biełych zaskarżył do prokuratury witrynę, na której poza wykazem "wrogów narodu rosyjskiego" zamieszczono szczegółowe instrukcje dotyczące produkcji materiałów wybuchowych oraz opisano, jak planować i realizować zamachy. Mimo że odpowiedzi na skargę SPS jeszcze nie ma, mało kto wierzy, że będzie się ona różniła od tej, którą otrzymała Gannuszkina. Ani prokuratura, ani FSB nie zareagowały także na opublikowaną w marcu przez jednego z liderów rosyjskich nacjonalistów, deputowanego do Dumy Nikołaja Kurianowicza "Listę "przyjaciół" narodu rosyjskiego", na której obok Anny Politkowskiej figurują m.in. Borys Jelcyn i Michaił Gorbaczow. "Rosjanie! Wróg staje się bezczelny, najwyższa pora pokazać, kto jest gospodarzem ziemi rosyjskiej! " - tak publikację tę reklamował na swojej stronie internetowej parlamentarzysta. Rosyjscy nacjonaliści przy nazwiskach swoich wrogów podają daty urodzenia, a datę śmierci pozostawiają otwartą. W przypadku Anny Politkowskiej (1958 - 2006) zapełnione są oba pola. ANDRZEJ PISALNIK z Moskwy Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Niezawisimaja G.- 1942 zamach NKWD w Turcji 30.11.06, 14:20 NIEZAMISIMAJA GAZIETA wiadomosci.onet.pl/1374718,1292,kioskart.html Pływająca filia Łubianki "Swanetię" spotkał los niezwykły nawet jak na warunki Wielkiej Wojny Sześćdziesiąt pięć lat temu statek liniowy "Swanetia", przycumowany przy nadbrzeżu w Stambule, był bazą wypadową NKWD. Planowano tam tajne operacje, w tym zabójstwo ambasadora Niemiec hitlerowskich. W chwili wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku podział stref wpływów na Morzu Czarnym i szerzej, we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, był znacznie bardziej skomplikowany niż na Bałtyku czy na morzach obszaru arktycznego, gdzie można było niemal wytyczyć przebieg frontów. Tymczasem na Morzu Czarnym obowiązywała, wbrew podziałom politycznym, swego rodzaju zbrojna neutralność. Latem 1941 roku Flocie Czarnomorskiej nie zagrażał żaden przeciwnik. Miniaturowa flota rumuńska kryła się jak mysz pod miotłą, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Korzystała z tego strona radziecka: statki handlowe i okręty wojenne przerzucały dziesiątki tysięcy rannych i ewakuowanych żołnierzy z portów południowej Ukrainy na wybrzeża Kaukazu. Oblężona Odessa i okręg Sewastopolski zaopatrywane były wyłącznie drogą morską. Do takich celów najbardziej nadawały się nie ciężkozbrojne krążowniki, lecz pojemne i lekkie statki pasażerskie. W miarę, jak lotnictwo niemieckie coraz śmielej nadlatywało nad Morze Czarne, straty stawały się coraz większe: do połowy 1942 r. od bomb Luftwaffe utonęły "Mołdawia", "Gruzja", "Armenia", Dniepr", "Abchazja" i "Adżaria". Dwa inne statki, "Ukrainę" i "Krym", spotkał jeszcze okrutniejszy los: wyleciały w powietrze na postawionych przez kontrtorpedowce radzieckie minach. Postój w egzotycznym porcie Największy liniowiec Floty Czarnomorskiej, "Swanetię", o wyporności 5050 BRT, zabierającą na pokład w warunkach pokojowych bez mała 250 osób, spotkał los niezwykły nawet jak na warunki Wielkiej Wojny. Krążący między Odessą a Bliskim Wschodem statek znalazł się w chwili wybuchu wojny w Cieśninie Dardanelskiej. Według sowieckiej historiografii wojennej został on na kilka miesięcy (do lutego 1942 r.) "internowany" przez stronę turecką. Nie jest to jednak prawdą. Takie posunięcie stanowiłoby dla Moskwy, podobnie jak dla sojuszniczego już Londynu, casus belli, czego Ankara jak najstaranniej unikała. Do tego stopnia, że radzieckie tankowce i lodołamacze przez całą wojnę miały prawo "swobodnego przepływania" przez Cieśninę. We wspomnieniach kilku moskiewskich dyplomatów "Swanetia" wymieniana jest z kolei jako "hotel etapowy", na którego pokład trafiał personel placówek dyplomatycznych, opuszczających po wybuchu wojny Niemcy i państwa sojusznicze Trzeciej Rzeszy. Ostatnia grupa ewakuowanych tą drogą pracowników MSZ miała jakoby trafić do gruzińskiego Poti w lutym 1942 r. Również te relacje brzmią jednak mało wiarygodnie. Skądinąd wiadomo bowiem, że ostatnia grupa dyplomatów i pracowników konsularnych trafiła do ZSRR drogą lądową, przez anatolijski Kars w sierpniu 1941. W rzeczywistości stojąca na kotwicy w Stambule "Swanetia" była przez kilka miesięcy swego rodzaju "pływającą filią Łubianki". Bezpośrednio po przycumowaniu większość załogi została zaokrętowana na inne statki i wysłana do Związku Radzieckiego. Na ich miejsce trafili fachowcy innego typu, a "Swanetia" stała się bazą wypadową dla wszelkiego rodzaju operacji terrorystycznych i wywiadowczych, przygotowywanych w dobrze obsadzonym konsulacie ZSRR w Stambule. Wybór padł na Papena Przed załogą "Swanetii" i konsulatu u schyłku lata 1941 r. postawiono pierwszoplanowy cel. Ich głównym zadaniem miało być odtąd przygotowanie zamachu na ambasadora Niemiec w Turcji. Tego rodzaju posunięcia, nawet podczas wojny, nie są mile widziane, i Łubianka w swej dotychczasowej praktyce nie łamała tego tabu. Tym razem jednak sytuacja była wyjątkowa, podobnie jak potencjalna ofiara. Korzenie rodu von Papen sięgały w przeszłość ginącą w mrokach dziejów. Już jednak w połowie XV wieku Wilhelm von Papen posiadał liczne godności i majątki w Rzeszy. Dla dziedzica dawnego rodu, Franza von Papena wybór kariery wojskowej i dyplomatycznej był czymś oczywistym. Jesienią 1913 roku 34-letni wówczas oficer Sztabu Generalnego mianowany został attache wojskowym w Stanach Zjednoczonych, w dodatku z osobistej rekomendacji cesarza Wilhelma. W 1915 roku został wydalony z Waszyngtonu za szpiegostwo, nie zaszkodziło to jednak w żadnym razie jego karierze. W tych latach zaprzyjaźnił się z kpt. Canarisem, przyszłym admirałem i dowódcą Abwehry. Już w początku lat 30. von Papen objął stanowisko wicekanclerza, rychło potem zaś znalazł się jako ambasador w Austrii, gdzie miał swój wkład w udany przebieg Anschlussu. W kwietniu 1939 roku führer przeniósł skutecznego w swych działaniach dyplomatę na stanowisko ambasadora w Turcji. Rychło po wybuchu drugiej wojny światowej ambasador Trzeciej Rzeszy zaczął z rozkazu samego wodza budować wyjątkowo dobre relacje z dyplomatami amerykańskimi i wbrew trwającej wojnie utrzymywać kontakty z dyplomatycznymi przedstawicielami Wielkiej Brytanii. Celem było zachowanie "furtki" pozwalającej zawrzeć odrębny, separatystyczny pokój z anglosaskimi potęgami. Ze swojej strony analitycy Londynu i Waszyngtonu zdawali sobie doskonale sprawę, że całkowite rozbicie potęgi Niemiec pociągnie za sobą dominację ZSRR w powojennej Europie. Jedynym sposobem, by temu zapobiec, wydawał się na tamtym etapie wojny separatystyczny pokój z Niemcami. Trudno jednak, by zawierać go ze sprawcą całego kataklizmu, szukano więc kogoś, kto mógłby stanowić alternatywę dla Hitlera. Osoba byłego wicekanclerza (nawet w Trzeciej Rzeszy była to druga osoba w państwie!), dobrze notowanego w Abwehrze, w korpusie dyplomatycznym i wśród niechętnych führerowi oficerów Wehrmachtu o arystokratycznych korzeniach stanowiła idealną kandydaturę. W konsekwencji von Papen zmuszony był występować w Ankarze w trzech rolach jednocześnie: ambasadora, tajnego wysłannika i negocjatora Hitlera, wreszcie – przedstawiciela opozycji względem führera, gotowej wziąć odpowiedzialność za losy Niemiec. Jego partnerami w tej grze byli ambasadorzy Wielkiej Brytanii i Stanów oraz nuncjusz najstarszej potęgi dyplomatycznej, Watykanu. Warto odnotować, że papież Pius XII nie wysłał do Turcji jednego z wielu duchownych- dyplomatów zza Spiżowej Bramy, lecz wyjątkowo utalentowanego człowieka Kurii – Giuseppe Roncallego, który po wojnie stał się znany światu jako ojciec Soboru, papież Jan XXIII. Niedopuszczona do negocjacji Moskwa zdecydowała się na śmiałe posunięcie: należy zlikwidować przyszłego przywódcę Rzeszy. Nieudany zamach Jesienią 1941 r. w Stambule pojawiło się kilku nowych radzieckich dyplomatów, wśród nich wicekonsul Pawłow i specjalizujący się tematyce międzynarodowej dziennikarz Leonid Naumow. Debiutowali oni jako dyplomaci, mieli jednak niemałe doświadczenie jako agenci wywiadu i zamachowcy. Prawdziwe nazwisko Pawłowa brzmiało Mordwinow, Naumowa zaś Naum Ettinger. Ten ostatni dopiero przed kilkoma miesiącami wrócił z Meksyku, gdzie kierował przygotowaniami do udanego zamachu na Lwa Trockiego. Pierwszy z przyjętych planów zakładał, że von Papen zastrzelony zostanie w teatrze. (…) Ostatecznie jednak zdecydowano się na zamach na ulicy. Jego wykonawcą miał być 26-letni Bułgar, którego danych do dziś nie udało się ustalić. Wiadomo jedynie, że w aktach uniwersytetu w Stambule występował jako Macedończyk Omer. Z akt NKWD wynikało, że jest doskonałym strzelcem. Z nieznanych dziś względów zdecydowano się użyć bomby tzw. bezpłaszczowej, a co za tym idzie bezodłamkowej. Narzędzie zamachu wykonał przybyły do radzieckiej rezydentury w Turcji pirotechnik i saper NKWD Timaszkow. W chwilę Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: Niezawisimaja G.- 1942 zamach NKWD w Turcji 30.11.06, 14:21 Pierwszy z przyjętych planów zakładał, że von Papen zastrzelony zostanie w teatrze. (…) Ostatecznie jednak zdecydowano się na zamach na ulicy. Jego wykonawcą miał być 26-letni Bułgar, którego danych do dziś nie udało się ustalić. Wiadomo jedynie, że w aktach uniwersytetu w Stambule występował jako Macedończyk Omer. Z akt NKWD wynikało, że jest doskonałym strzelcem. Z nieznanych dziś względów zdecydowano się użyć bomby tzw. bezpłaszczowej, a co za tym idzie bezodłamkowej. Narzędzie zamachu wykonał przybyły do radzieckiej rezydentury w Turcji pirotechnik i saper NKWD Timaszkow. W chwilę po wybuchu motocyklista miał zabrać Omera z miejsca zamachu. Wieczorem 20 lutego 1942 roku wicekonsul Pawłow i Omer znaleźli się w pociągu relacji Stambuł-Ankara. Nazajutrz rano po kilkumiesięcznym postoju z portu w Stambule wyruszyła również "Swanetia", by odwieźć do kraju wysłużonych dyplomatów radzieckich. Cztery dni później statek przybył do gruzińskiego Poti, gdzie na nadbrzeżu czekała już kawalkada czarnych citroenów. Takimi autami poruszało się w tamtych latach wyłącznie NKWD. W kilkanaście godzin później, rankiem 24 lutego von Papen wraz z żoną szedł bulwarem Atatürka w Ankarze, kierując się do ambasady. Wicekanclerz znany był ze swej punktualności. Na ulicy pojawiał się codziennie o tej samej porze. Co stało się później? Według zachowanych w archiwach relacji radzieckich służb specjalnych Bułgar podszedł do małżeństwa von Papenów, sięgnął po bombę i pistolet, uruchomił zapalnik, po czym wstrzymał się z rzuceniem pocisku. Wybuch bezodłamkowej bomby nie wyrządził szkody nikomu prócz Bułgara, z którego ostał się jedynie kaszkiet. Siła wybuchu przewróciła Papenów na chodnik, ale doznali jedynie niegroźnych skaleczeń. Przejeżdżający obok motocyklista zatrzymał się przy podnoszącym się z ziemi ambasadorze i udzielił mu pierwszej pomocy. Wersja ta do dziś budzi wątpliwości. Jeśli motocyklista był agentem radzieckim, mógł bez trudu zlikwidować von Papena sięgając po nóż bądź pistolet, po czym oddalić się z miejsca wypadku. Tymczasem przejezdny nie dość, że udzielił pomocy małżeństwu, to poczekał na pojawienie się policji i podczas późniejszego dochodzenia przesłuchiwany był jako świadek. Na czym zatem polegała jego rola? Turecka policja, a później także von Papen w swych pamiętnikach uznali, że motocyklista znalazł się na ulicy przypadkiem. Ich zdaniem sam Bułgar miał zastrzelić ambasadora, bombę zaś wręczył mu zapewne Pawłow z wyjaśnieniem, że jest to rodzaj maskującej świecy dymnej, która ma ułatwić ucieczkę. Młody zamachowiec postanowił odpalić ją odpowiednio wcześniej i uruchomił zapalnik jeszcze przed pociągnięciem za spust pistoletu. Gdyby o pół sekundy wcześniej strzelił, udałoby mu się zlikwidować ambasadora. Epilog na środku morza Po zakończeniu misji w Stambule "Swanetia", uzbrojona w pięć 45-milimetrowych działek i w dwa CKM-y, służyć miała do transportu rannych. 16 kwietnia 1942 r. na pokład przycumowanego w Sewastopolu statku zaokrętowano 221 rannych, 358 jeźdźców z 40 dywizji kawaleryjskiej, 60 mieszkańców obleganego miasta i 65 "spieszonych" pilotów, udających się po nową partię samolotów. Wieczorem, w towarzystwie kontrtorpedowca "Bditelnyj" (Czujny) "Swanetia" ruszyła w kierunku Noworosyjska. Następnego dnia zaatakowały ją niemieckie torpedowce Ne-111. Dwa pociski trafiły w część dziobową. Statek zaczął przechylać się na lewą burtę, zanurzenie szybko rosło. Z 18 szalup na wodę udało się spuścić zaledwie pięć, przy czym trzy i tak znalazły się pod kadłubem. Ludzie, z których tylko część zdążyła włożyć kamizelki ratunkowe, skakali do kwietniowego morza. Wedle niektórych świadków o losie szalup przesądzili kawalerzyści którzy wypadli na pokład i przecięli pierwsze liny, jakie znalazły się pod ręką. W rezultacie szalupy, częściowo wypełnione ludźmi runęły w dół. Po zaledwie osiemnastu minutach od trafienia "Swanetia" zatonęła, osiadając na głębokości dwóch kilometrów. Na jej pokładzie zginęły 753 osoby, w tym 220 rannych i większość załogi – świadków prowadzonych w Stambule przygotowań do lutowego zamachu. Ocalały zaledwie 143 osoby. Większość odratowała załoga kontrtorpedowca. Turecka policja rychło wpadła na trop sprawców zamachu. Udało jej się jednak zatrzymać tylko wicekonsula Pawłowa-Mordwinowa i Leonida Korniłowa, jednego z pracowników misji handlowej ZSRR. Podczas procesu, jaki odbył się w Ankarze w czerwcu 1942 roku, prokurator zażądał dla obu kary śmierci, lecz sąd jednak skazał ich na 20 lat więzienia. Jeszcze przed końcem wojny, ułaskawieni, wrócili do kraju. ********************* Hmm... tak jak ci, co w Katarze zabili byłego prezydenta Czeczenii Jandarbijewa... Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Polityka: Assasin do dziś = zabójca 30.11.06, 14:22 wiadomosci.onet.pl/1375015,1292,kioskart.html POLITYKA Sławomir Leśniewski/29.11.2006 09:00 Starcy bez serca Sekta asasynów Al-Kaida, największa organizacja terrorystyczna naszych czasów, przypomina działającą w średniowieczu i budzącą nie mniejszą grozę islamską sektę asasynów. Sinan lekko skinął głową. Dwóch młodych, półnagich mężczyzn o błyszczących, rozgorączkowanych oczach zbliżyło się do krawędzi murów. Spojrzeli na swego przywódcę wyczekująco. Z jego ust wyrwał się tylko jeden krótki rozkaz. Obaj asasyni postąpili krok do przodu... Ich ciała przez chwilę szybowały w powietrzu, by z głuchym łoskotem rozbić się o skały u podnóża zamku. Goszczeni przez Sinana Europejczycy wymienili między sobą pełne strachu spojrzenia. Tak mogła wyglądać wspomniana przez kronikarzy scena, kiedy Sinan, zwany Starcem z Gór, rezydujący na zamku w Al-Kadmusie, zademonstrował krzyżowcom oddanie i bezwzględne posłuszeństwo swoich podwładnych. Zamroczeni na śmierć Początki sekty, jednej z najgroźniejszych i zarazem najbardziej tajemniczych w dziejach, sięgają lat osiemdziesiątych XI w. Była ona odłamem szyickich Ismaelitów i weszła do historii pod nazwą asasynów (z arabskiego al- hasziszijjin, hasziszyni – zjadacze haszyszu). Twórcą grupy, mającej charakter polityczno-religijno-terrorystyczny, był Hassan ibn-Sabbah, pochodzący z Rai koło Teheranu. Początkowo ich celem była bezwzględna walka z Seldżukami będącymi sunnitami. Hassan zgromadził setki zwolenników absolutnie wiernych, gotowych do najwyższych poświęceń. Nosili oni miano fidawi – przeznaczonych na śmierć, i w takim właśnie charakterze wykorzystywał ich Hassan. Całkowitą władzę nad nimi utrzymywał dzięki rozpijaniu ich wywarem z haszyszu. Fidawi stanowili w rękach Starca z Gór marionetki, utrzymywane w stanie ciągłego podniecenia i wykonujące pod wpływem zamroczenia narkotykami każdy rozkaz. Fidawi, choć to im przypadała w udziale czarna robota i na nich opierała się terrorystyczna działalność sekty, stali na najniższym poziomie wśród siedmiu rang, na jakie się ona dzieliła. Wyżej od fidawi stał lasiq (wyznawca), ale dopiero rafiq (towarzysz) doświadczał inicjacji i był zapoznawany z doktryną organizacji. Na trzech kolejnych poziomach znajdowali się dai (misjonarz), dai’l kebir (przodujący misjonarz) i dai’d duat (główny misjonarz), czyli wielki mistrz sekty. Na siódmym poziomie znajdował się imam. (Poza siedmioma stopniami wtajemniczenia sekta posiadała także siedmiu imamów). Od rangi dai rozpoczynało się pełne członkostwo sekty i dostęp do jej najskrytszych tajemnic. W roku 1090 r. asasyni zdobyli twierdzę Alamut w Persji; stała się ona ich główną bazą. Szeregi szybko wzrastały, by na przełomie wieków osiągnąć liczbę ok. 60 tys. ludzi. Hassan opanował rozległe tereny w Persji i Syrii, i w chwili swojej śmierci w 1124 r. pozostawił sektę jako liczącą się siłę polityczną w tym rejonie. Doprowadziła ona do znacznego osłabienia potęgi Seldżuków, zaś po pojawieniu się w Ziemi Świętej krzyżowców, również im wydała wojnę. W skrytobójczych mordach ginęli zarówno dostojnicy muzułmańscy, jak i chrześcijanie. Było pewne, że wyrok wydany przez Starca z Gór zostanie bezlitośnie wykonany i nic nie uratuje ofiary przed wysłanymi przez niego zabójcami. Podczas panowania następcy Hassana, wielkiego mistrza Buzurgumida, sekcie poważnie zagroził rządzący w latach 1117–1157 sułtan Sanjar. Był on zdecydowany zlikwidować państwo asasynów i wysłał silną armię przeciwko ich perskim twierdzom. Rozpoczęła się wymiana bezlitosnych ciosów, z której zwycięsko wyszli asasyni. Oblegający Quhistan wezyr Muin al-Mulk został zasztyletowany we własnym obozie przez dwóch fidawi przebranych za stajennych. Zgładzony również został kalif Bagdadu, śmiertelny wróg asasynów. Masowego mordu dokonali oni w mieście Qazun blisko Alamutu, gdzie w odwecie za uśmiercenie ich wysłannika przez brata Sanjara zmasakrowali 400 ludzi. Misiurka Saladyna Wśród niezliczonych ofiar asasynów znajdowały się wysoko postawione osobistości. Udało się uśmiercić nawet świetnie strzeżonego syna Czyngis-chana, co zresztą stało się później jedną z przyczyn upadku sekty. Wiosną 1192 r. przed założonym przez krzyżowców Królestwem Jerozolimskim, mocno okrojonym i pozbawionym wielu ziem i twierdz, ale uratowanym przed zagładą dzięki trzeciej krucjacie, pojawiła się szansa na zażegnanie wewnętrznych sporów i odbudowę potęgi. Dawała ją osoba Konrada z Montferratu, bezwzględnego polityka, wybranego jednogłośnie na króla. Kilka dni przed koronacją Konrad, nie korzystający z osobistej ochrony, padł ofiarą skrytobójczego zamachu. Na ulicy podeszło do niego dwóch mężczyzn, jeden wręczył list do przeczytania, a drugi pchnął sztyletem. Mord ten usunął ze sceny politycznej człowieka obdarzonego licznymi talentami, który z pewnością byłby nietuzinkowym władcą. Jeden z zabójców wyjawił przed śmiercią, iż działał na rozkaz Starca z Gór, szejka Sinana. Nie powiodło się natomiast asasynom uśmiercenie sławnego sułtana Saladyna, który w 1187 r. zdobył Jerozolimę i zamknął tym wielkim politycznym i militarnym sukcesem trwające niemal sto lat zmagania z zachodnioeuropejskimi krzyżowcami. Jako sunnita i zarazem władca ucieleśniający potęgę państwa i ład społeczny stał się znienawidzonym celem dla asasynów, którzy podjęli kilka brawurowych prób jego zgładzenia. Najbliżsi sukcesu byli w 1175 r. podczas oblężenia przez wojska sułtana Aleppo. Rządzący nim szejk zwrócił się do sekty z prośbą o wybawienie go z kłopotów i usunięcie prześladowcy. Kilku asasynom udało się przedostać nie tylko do obozu Saladyna, ale do jego bezpośredniego otoczenia i jedynie szczęśliwy traf zrządził, że sułtan nie został wówczas zabity. Rok później jeden z zabójców zdołał nawet zadać cios nożem, ale Saladyna uratowała stalowa misiurka. Oba zamachy do tego stopnia przeraziły sułtana, że podjął szereg nadzwyczajnych środków ochrony, wzmacniając straż przyboczną i sypiając w specjalnie dla niego wybudowanej wieży. Saladyn nie ograniczył się jedynie do obrony. Na czele silnej armii wyruszył przeciwko twierdzy Masyaf z odwetową ekspedycją. Bardzo szybko zrezygnował jednak z oblężenia i wycofał wojska, co oczywiście spowodowało wielkie koszty i niezadowolenie żołnierzy liczących na łupy. Podobno niepopularną i dla ogółu niezrozumiałą decyzję podjął sułtan pod wpływem strachu. Oto po obudzeniu się znalazł koło siebie przedmioty pozostawione przez asasynów lub ludzi ze świty działających na ich zlecenie, wśród nich list z pogróżkami. Sułtan poczuł, że we własnym obozie jest całkowicie bezbronny wobec przerażającej potęgi sekty i postanowił więcej nie wchodzić jej w drogę. Pozostaje jednak intrygujące pytanie: dlaczego Starzec z Gór, mając okazję do zlikwidowania przeciwnika, postanowił darować mu życie? Może jako doskonały taktyk i psycholog doszedł do wniosku, że groźba stanowić będzie skuteczniejszy oręż niż jej spełnienie? Wystraszony sułtan wycofał się, a w razie jego śmierci któryś z synów zapewne zechciałby pomścić ojca. W historii zapisały się imiona zaledwie kilku Starców z Gór, którzy roztaczali swą władzę z górskich twierdz, z rzadka tylko dopuszczając obcych przed swe oblicze. Przydarzyło się to Henrykowi z Szampanii, który krótko po śmierci Sinana odwiedził jego następcę w zamku Al-Kehf w niedostępnych rejonach gór Al- Ansarijja (Ansarieh). Na cześć frankijskiego gościa Starzec z Gór urządził makabryczne przedstawienie. Na jego rozkaz kilku członków sekty rzuciło się w przepaść demonstrując swe przywiązanie i posłuszeństwo przywódcy i dopiero na prośbę tyleż przerażonego, co zdumionego barona ów zatrważająący pokaz został przerwany. Henryka olśniły prezenty, jakimi został obdarowany. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: Polityka: Assasin do dziś = zabójca 30.11.06, 14:24 Inny gość, Iwo Bretończyk, nie mógł wyjść z podziwu oglądając zbiory biblioteczne zgromadzone w Masyafie, potężnej syryjskiej twierdzy. Wśród unikatowych ksiąg przechowywano tam m.in. apokryficzne kazanie Chrystusa do św. Piotra. Podobnie cenne zbiory asasyni zgromadzili w Alamut. Hulagu przynosi zagładę Cios potędze asasynów zadali Mongołowie, którzy w połowie XIII w. pojawili się w Persji. Hulagu chan za główne zadanie uznał likwidację sekty, która dezorganizowała życie polityczne i zagrażała administracji na zdobytych terenach, a ponadto była odpowiedzialna za śmierć Cza’daja, syna najwyższego chana – Czyngisa. Gdy w 1256 r. potężna armia mongolska podeszła pod dolinę Alamut, wielki mistrz Kwurshah usiłował negocjować, aby zyskać na czasie. Mongołowie nie wdawali się jednak w rozmowy i natychmiast rozpoczęli oblężenie twierdz asasynów. Na pierwszy ogień poszedł potężny zamek Maymun Diaz, którego obrońcy zostali wybici do nogi. Najeźdźcy ruszyli na Alamut i jego załoga, przerażona losem pobratymców, szybko poddała twierdzę. Kwurshah został przez Mongołów chwilowo oszczędzony i posłużył jako negocjator w sprawie poddania kolejnych zamków asasynów. Wkrótce w ręce Mongołów wpadły fortece Giudkuh i Lambasar. Ostatecznie Starzec z Gór został zabity. Tysiące asasynów zostały w bestialski sposób wymordowane i tylko nielicznym udało się uciec w góry Persji. Jednak ich los, podobnie jak asasynów syryjskich, był przesądzony. Wyrok zapadł w 1260 r., gdy z walki o władzę w państwie mameluków zwycięsko wyszedł okrutny i wojowniczy sułtan Bajbars. W tworzonym przez niego imperium nie było miejsca ani dla państw krzyżowców, ani dla posiadłości asasynów. Po pokonaniu budzącej grozę armii mongolskiej Bajbars w ciągu kilku zaledwie lat rozprawił się z sektą. Najpierw pozbawił ją niemal wszystkich ziem, później nękał podatkami, by ostatecznie zająć jej twierdze. Ostatnią z nich, zamek Al-Kehf, zdobył w 1273 r. Sekta nie została jednak całkowicie unicestwiona, jej szczątki istniały nadal w Persji, Syrii, a nawet w Indiach i co jakiś czas okrutny mord przypominał o fanatycznych zabójcach. Jeszcze w XIX w. poddani Starca z Gór ukrywali się w położonej na górskim wierzchołku twierdzy Kellatel-kef. Do dziś żywa pozostała krwawa legenda sekty i słowa w kilku językach wywodzące się od nazwy członka sekty – asasyna, a oznaczające mordercę. Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Pierwsze ofiary Armii Czerwonej na ołtarze 19.12.06, 14:09 www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061219/kraj/kraj_a_2.html Zakończył się właśnie polski etap procesu beatyfikacyjnego 16 zakonnic zamordowanych pod koniec II wojny światowej przez radzieckich żołnierzy Wszystkie były zakonnicami ze Zgromadzenia Sióstr św. Katarzyny Dziewicy i Męczennicy, popularnie zwanego katarzynkami. - Zginęły za wiarę i w obronie cnoty czystości - mówi postulatorka procesu beatyfikacyjnego s. Józefa Krause. Kilka dni temu dokumenty zebrane w diecezji w sprawie męczeństwa sióstr zostały przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie. Siostra Christophora Klomfas miała 42 lata. Pracowała na sali operacyjnej szpitala mariackiego w Olsztynie, kiedy 23 stycznia 1945 roku do miasta wkroczyła Armia Radziecka. Siostra Klomfas, broniąc się przed gwałtem, została okrutnie zamordowana przez żołnierzy rosyjskich. 32-letnia siostra Leonis Müller pracowała w tym samym szpitalu i z tego samego powodu doświadczyła okrutnych męczarni. Wywieziona do Rosji zmarła w czerwcu 1945 roku. Siostry Sekundina Rautenberg i s. Adelgard Boenigk zginęły 26 sierpnia 1945 w Kętrzynie - zadano im wiele ran sztyletem i przywiązano do pędzącego pojazdu. Siostra Aniceta Skibowski, 63 lata, broniąc się przed gwałtem, została zamordowana 2 lutego 1945 roku w refektarzu klasztornym w Lidzbarku Warmińskim. Podobnie dwie inne siostry. Trzy katarzynki: s. Bona Pestka (40 lat), s. Gundhild Steffen (27 lat) i s. Rolanda Abraham (31 lat), ciężko chore na gruźlicę, leżały w szpitalu w Ornecie - bite i maltretowane zmarły w męczarniach. S. Caritina Fahl, 58 lat, wikaria generalna, broniąc i zasłaniając młodsze siostry i nowicjuszki przed gwałtem żołnierzy radzieckich, została okrutniepobita. Po dwóch dniach zmarła. Jedna z sióstr, 43-letnia Generosa Bolz, maltretowana i więziona na poddaszu szpitala przez żołnierzy, zmarła z głodu w maju 1945 roku. - To były Niemki, wszystkie urodzone tu, na Warmii, ale narodowość nie ma żadnego znaczenia - mówi "Rzeczpospolitej" s. Józefa Krause. Siostry nie wyjechały z Prus Wschodnich wraz z ewakuującą się ludnością niemiecką. Większość zakonnic pracowała w szpitalach. Mieszkały w siedmiu klasztorach: w Lidzbarku Warmińskim, Ornecie, Dobrym Mieście, Klewkach, Olsztynie, Kętrzynie i w Braniewie, w którym znajdował się dom generalny katarzynek. - Zginęły 104 nasze siostry, w sprawie 16 zebraliśmy dokumenty o męczeństwie - mówi s. Krause. Czy były to ofiary wojny, czy męczennice za wiarę? - To nie są tylko ofiary wojny, ale ofiary agresora, który działał z nienawiści do Boga - mówi ks. Lucjan Świto, który w procesie beatyfikacyjnym w diecezji warmińskiej był postulatorem sprawiedliwości popularnie zwanym adwokatem diabła. Proces beatyfikacyjny s. Christophory Klomfas i jej 15 towarzyszek rozpoczął się w diecezji warmińskiej w grudniu 2004 roku. Ale dokumenty zbrodni, zeznania świadków były zbierane już tuż po wojnie, w 1946 oraz 1947 roku. W czasie procesu przesłuchanych zostało 50 świadków. Jest to proces o męczeństwo, nie są w nim wymagane cuda.Jeżeli watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyda pozytywną opinię, a papież ją potwierdzi, siostry zostaną ogłoszonebłogosławionymi. Będą pierwszymi ofiarami radzieckich żołnierzy wyniesionymi na ołtarze. Ile może potrwać proces? - Na pewno kilkalat. Ustawiliśmy się w kolejce - mówi ks. Świto. - W tej chwili w Kongregacji jest około trzech tysięcy spraw do rozpatrzenia. EWA K. CZACZKOWSKA Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Suworow 1941 - linki 19.12.06, 14:12 rok 2006: Zukow-fałszywy bohater forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=53382378 Czy Rosja chciala zajac cala Europe w WWII? forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=52897824 lodołamacz ? forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=50467161&a=50467161 Antysuworow, czyli prawdziwa historia drugiej wojn forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=48178941&a=48178941 Genialnosc niemeckich dowodcow forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=35843201&a=35852298 rok 2004: Armia czerwona - atak na zachodnią europę forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=17818815&a=17818815 Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii Re: Suworow 1941 - linki 05.02.07, 17:10 jeszcze: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=11170538&a=11170538 Odpowiedz Link Zgłoś
wladca_pierscienii marynarze szkoleni w Warszawie ! 29.12.06, 09:40 w papierowym wydaniu Rzeczypospolitej jest więcej www.rzeczpospolita.pl/dodatki/pierwsza_strona_061229/pierwsza_strona_a_4.html Jedna szkoła dla armii Zapadł wyrok na wojskowe uczelnie - w tym legendarną Szkołę Orląt w Dęblinie. Kontrowersyjny doradca ministra obrony dąży do utworzenia na ich gruzach jednego uniwersytetu wojskowego Oprócz WAT i szkoły lotniczej w Dęblinie przestaną też istnieć pozostałe oficerskie uczelnie - Akademia Obrony Narodowej w warszawskim Rembertowie, Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni oraz Wyższa Oficerska Szkoła Wojsk Lądowych we Wrocławiu. Minister Sikorski ma już gotowy projekt ustawy, która utworzy w ich miejsce Uniwersytet Obrony Narodowej w Warszawie. Skąd ten pomysł? Wojskowi spekulują, że armia będzie się pozbywać atrakcyjnych gruntów po dotychczasowych szkołach. Rzeczywiście, " Rz" posiada plany reformy prezentowane na zamkniętym posiedzeniu kierownictwa MON. Wspomina się tam o sprzedaży nieruchomości. Motorem zmian jest doradca Sikorskiego gen. Andrzej Ameljańczyk. Wcześniej był m.in. rektorem WAT. Gdy odszedł, na uczelni powstał wewnętrzny raport, który podsumowuje jego rządy. Dotarliśmy do tego dokumentu - jest jednoznacznie niekorzystny. Według raportu za czasów Ameljańczyka WAT udzielała pożyczek prywatnym przedsiębiorcom. To niedopuszczalne w przypadku szkoły publicznej. Pracownicy uczelni pożyczali pieniądze samym sobie: "W części transakcji po obu stronach umów pojawiały się podpisy tych samych osób" - napisano w raporcie. I podkreślono, że na operacjach finansowych WAT ponosiła same straty. Na strzelnicy uczelni zbudowano "domek myśliwski". Autorzy raportu szacują, że kosztował co najmniej 2 - 3 mln zł. - Nie mam sobie nic do zarzucenia - zapewnia " Rz" Ameljańczyk. - Kiedy odchodziłem z akademii, na jej koncie było 20 milionów złotych i żadnych długów. Minister Sikorski oficjalnie nie poinformował o swoich planach władz uczelni wojskowych. Ale wie, że większość profesorów w mundurach sprzeciwia się temu pomysłowi. Żeby pokazać swoją determinację, odwołał rektora WAT gen. Bogusława Smólskiego. - Usłyszałem, że mógłbym przeszkadzać w powstawaniu nowego tworu - mówi " Rz" Smólski. Dlaczego uczelnie mają być zlikwidowane? - Nie wiem. I zastanawiam się, w jaki sposób marynarze mają być kształceni w Warszawie - mówi gen. Smólski. - Trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś chce skorzystać na tej operacji. Projekt zmian na uczelniach wojskowych już w styczniu ma być przedstawiony Sejmowej Komisji Obrony. Grzegorz Praczyk, Andrzej Stankiewicz www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061229/kraj/kraj_a_9.html Koniec Szkoły Orląt i WAT Likwidacja wszystkich uczelni wojskowych i stworzenie w ich miejsce jednej - Uniwersytetu Obrony Narodowej. Tak ma wyglądać reforma polskiego wyższego szkolnictwa wojskowego. Już wywołuje kontrowersje Czy zniknie mająca 80-letnie tradycje dęblińska Szkoła Orląt? Tak zakłada plan zmian w polskiej armii DZIENNIK WSCHODNI/KAROL ZIENKIEWICZ "Rzeczpospolita" dotarła do planów reformy prezentowanych pod koniec listopada na zamkniętym posiedzeniu kierownictwa MON. Ich autorem jest gen. Andrzej Ameljańczyk, pełnomocnik do spraw reformy szkolnictwa wojskowego. Z założeń reformy wynika, że po wprowadzeniu w pełni zawodowej armii - co ma się stać za około trzech lat - będziemy potrzebować blisko 700 oficerów rocznie. Z pięciu obecnie funkcjonujących uczelni, które kształcą ponad tysiąc wojskowych studentów, ma powstać jedna - Uniwersytet Obrony Narodowej. Zlikwidowane zostaną m.in. renomowana Wojskowa Akademia Techniczna i mająca 80- letnie tradycje dęblińska Szkoła Orląt. Zmiany są podzielone na kilka etapów. Za dwa lata wojskowi studenci mają się kształcić na jednej uczelni, jednak jeszcze w kilku kampusach. Do 2012 roku ma pozostać jedna uczelnia i jeden kampus. Oznacza to, że wszyscy przyszli oficerowie, także marynarze i lotnicy, będą się szkolić głównie w Warszawie. Nad morzem i w Dęblinie pozostałyby jedynie niewielkie filie UON. Z informacji "Rz" wynika, że MON swoich planów nie konsultowało z uczelniami przeznaczonymi do likwidacji. Co więcej, projektu reformy nie zna nawet Dowództwo Sił Powietrznych. - Wszystkiego dowiadujemy się tak naprawdę z plotek - narzekają wojskowi pracujący na uczelniach. Co innego mówi gen. Andrzej Ameljańczyk: - Konsultujemy się z uczelniami, robię to nawet osobiście - zapewnia. Uczelnie protestują przeciwko planowanym zmianom. Najgłośniej WAT - uczelnia na połączeniu straci wiele ze swojej renomy. WAT ma prawo do nadawania habilitacji w dziewięciu dziedzinach, a nowa uczelnia będzie się musiała od początku starać o takie uprawnienia. Kilkanaście dni temu minister zdymisjonował rektora WAT gen. Bogusława Smólskiego. Inne poglądy na kwestie szkolnictwa wojskowego doprowadziły także do konfliktu między ministrem Sikorskim a szefem Sił Powietrznych gen. Stanisławem Targoszem. Minister chciał odwołania Targosza, sprzeciwił się jednak prezydent. Wcześniej ofiarą innego spojrzenia na zmiany w armii - w tym na kwestie reformy szkolnictwa - padł wiceszef resortu obrony gen. Stanisław Koziej. Musiał odejść pod koniec lipca. - Powinniśmy iść nie w stronę zmian organizacyjnych, tylko jakości szkolenia - mówi "Rz" generał. Ameljańczyk to postać kontrowersyjna. Był rektorem WAT przed gen. Smólskim. Kiedy odszedł z uczelni, opracowano wewnętrzny raport wyliczający kolosalne nieprawidłowości. "Rzeczpospolita" dotarła do tego raportu. "Większość zagrożeń wynikających dla Akademii z tego okresu była i jest przedmiotem działań prawnych" - napisano w dokumencie. W pewnym momencie WAT miała 87 spraw sądowych. Za czasów Ameljańczyka powołano nową jednostkę WAT - Centrum Usługowo- Produkcyjne. Zajmowało się ono prowadzeniem interesów z wieloma spółkami i fundacjami, we władzach których zasiadali m.in. pracownicy CUP. Cytat z raportu: "Działalność CUP WAT była sterowana przez ludzi powiązanych z wojskowymi służbami specjalnymi". Handlowano wszystkim - od jachtów po systemy informatyczne. Przynajmniej na papierze, bo w raporcie napisano, że transakcje były fikcyjne. Kiedy WAT odmówiła pokrycia należności, firmy sprzedały te długi bankowi PKO BP. Według stanu na 24 stycznia 2000 r. WAT jest winna bankowi ponad 100 mln zł! - Nie znam treści raportu. Z tego, co słyszę, to jeden wielki bełkot - mówi "Rz" gen. Ameljańczyk. - Ten dokument został sfabrykowany przez osoby, które chcą mnie zniszczyć. Opisane w raporcie wydarzenia miały miejsce, jednak wyglądały inaczej. Wielokrotnie pisałem już wyjaśnienia dla ministra Sikorskiego. Widać, ma do mnie zaufanie. GRZEGORZ PRACZYK, ANDRZEJ STANKIEWICZ Odpowiedz Link Zgłoś