Dodaj do ulubionych

ciekawe artykuły

05.10.05, 12:50
Niemcy przeciw Niemcom
wiadomosci.onet.pl/1252345,1292,kioskart.html
Niemcy kradną dzieci
wiadomosci.onet.pl/1252181,1292,1,kioskart.html
Obserwuj wątek
    • marek1305 Re: ciekawe artykuły 05.10.05, 19:37
      Ciekawe.
      O Niemcach walczących po stronie koalicji nie słyszałem(nie czytałem).Natomiast
      o "ukradzionych dzieciach"kilka lat temu czytałem książkę pt:Szkoła
      janczarów.Autora nie pamiętam;był on jednym z tych dzieci.Porwano go w takim
      wieku,że pamiętał swoje przeżycia.Dobra książka,polecam.
      • wladca_pierscienii Re: ciekawe artykuły 06.10.05, 12:11
        > o "ukradzionych dzieciach"kilka lat temu czytałem książkę pt:Szkoła
        > janczarów.Autora nie pamiętam;był on jednym z tych dzieci.Porwano go w takim
        > wieku,że pamiętał swoje przeżycia.Dobra książka,polecam.

        Też czytałem, dobra książka ( z tym, że chłopak zapomniał, że był Polakiem,
        odnaleziono go wg. dokumentów)
    • ignorant11 Re: ciekawe artykuły 06.10.05, 02:18
      wladca_pierscienii napisał:

      > Niemcy przeciw Niemcom
      > wiadomosci.onet.pl/1252345,1292,kioskart.html
      > Niemcy kradną dzieci
      > wiadomosci.onet.pl/1252181,1292,1,kioskart.html


      Sława!

      Kiedyś oglądałem amerykański film o Japończykach walczących w US Army.

      Nie pamietam tytułu.

      Sprawa Niemców jest dośc znana ich komitetu wolne Niemcy ( komunistyczny)

      Dzieci tez.

      Swoja droga to był dobry pomysl aby dziećmi niemieckimi uzupełnic straty po
      wojnie.

      Sterylizacja Niemców i na roboty do kopalni i kamieniłomów, rozesłanie Niemek
      jako slużace, prostytutki do krajów alianckich...

      No i dzieci.

      Mielibysmy teraz spokój z Niemcami.

      I wcale nie trzeba byłoby ich zsyłać w regiony mało zaludnione.

      Dobrze rozpracowac przekroje wiekowe, co zrobiłby nawet średniej klasy
      demograf. I to byłaby najwieksza kara dla Niemców i jakze humanitarne
      zniszczenie narodu rabusiów i zbrodniarzy...


      Pozdrawiam i zapraszam na:
      Forum Słowiańskie
    • wladca_pierscienii Producenci IV Rzeszy 06.10.05, 12:09
      wiadomosci.onet.pl/1252206,2679,kioskart.html
    • wladca_pierscienii 1914-1918 C.K. wojacy 11.10.05, 09:39
      wiadomosci.onet.pl/1252701,1292,1,kioskart.html
    • Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 1 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:04
      wiadomosci.onet.pl/1297793,1292,1,kioskart.html
      Mały Kapral był zadowolony
      Jak Napoleon zwyciężył pod Austerlitz
      Jesienne słońce nad Austerlitz jest czerwone i ogromne jak 200 lat temu, gdy
      przebijało się przez mgłę, by stworzyć warunki do zabijania. Sławne pola
      przecina autostrada Praga–Bratysława, a 200 m od wzgórza Żurań, gdzie 2 grudnia
      1805 r. stał namiot Napoleona, świeci szyld McDonalds’a.
      Wiosną 1805 r. premierowi Williamowi Pittowi i obrotnej brytyjskiej dyplomacji
      udało się zmontować trzecią już koalicję przeciw „korsykańskiemu bandycie”.
      Koalicjanci – Rosja i Austria – zażądali po 12 funtów szterlingów za każdego
      wysyłanego w pole żołnierza. Anglicy warunek przyjęli i dla Napoleona stało się
      oczywiste, że musi dosięgnąć przeciwników, nim zdołają połączyć swoje siły.
      Dosięgnąć szybkim marszem i pobić na ich terytorium. Dwustutysięczna,
      doświadczona w bojach, nowocześnie wyszkolona Wielka Armia, zamiast siadać na
      okręty w Dover i płynąć do Anglii, na początku września 1805 r. rozpoczęła
      marsz znad kanału La Manche na wschód. W Niemczech dołączyły do niej pułki
      bawarskie, wirtemberskie i badeńskie. Francuzi i ich sprzymierzeńcy maszerowali
      średnio po 30 km dziennie, każdy piechur miał w plecaku zapasowy but (pasujący
      na obie nogi); podarty zostawiał w przygotowywanych na trasie marszu punktach,
      obok polowych piekarni i magazynów z żywnością, najczęściej tą zarekwirowaną
      („Wojna żywi wojnę” – mawiał cesarz) u miejscowej ludności. Menu uzupełniały
      zbierane przez bataliony po sadach jabłka, których była w tamtym roku
      niespotykana obfitość.



      fot. AFP




      Każdy z idących im naprzeciw żołnierzy rosyjskich, ściągniętej z Ukrainy armii
      marszałka Kutuzowa, nosił ze sobą zapasy żywności na trzy dni. Łupił więcej i
      częściej niż Francuzi, bo dostawy przychodziły nieregularnie. Wojska
      sprzymierzonych przemieszczały się dwa razy wolniej: 5–14 km dziennie, nastroje
      wśród żołnierzy i oficerów były niedobre, panowała opinia, że idą walczyć z
      diabłem, którego jeszcze nikt nie pokonał.

      W Wiedniu rosła panika. Napoleon przekroczył Ren, 20 października zaskoczył,
      okrążył i rozbił stojący w Ulm trzydziestotysięczny austriacki korpus gen.
      Macka. Stolicę Austrii zajął Napoleon z marszu, cesarz Franciszek I uciekł wraz
      z dworem do Bratysławy. 13 listopada Francuzi opanowali most pontonowy na
      Dunaju i pomaszerowali na Morawy, gdzie na polach między Ołomuńcem a Brnem
      czekali na nich nie tylko Kutuzow i Buxhowden, ale i przybyły z Petersburga car
      Aleksander oraz liżący się z ran korpus austriacki z cesarzem Franciszkiem.

      18 listopada w Znojmie Napoleon przeczytał depeszę o klęsce (21 października)
      pod Trafalgarem, znajdując w niej dodatkową motywację do energicznych działań.
      20 listopada cesarz był już w Brnie, które – choć dysponowało górującą nad
      miastem silnie ufortyfikowaną, legendarną w Europie twierdzą Szpilberg –
      poddało mu się bez walki.
      • Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 2 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:05
        Po Francuzach zostały pod Austerlitz i w Brnie (do dziś) nie tylko groby;
        doliczono się około 9 tys. nieślubnych dzieci maruderów, dezerterów lub
        pozostawionych w lazaretach na Morawie grenadierów, kirasjerów etc., których
        rany widocznie szybko się goiły. Kolejne pokolenia obywateli Republiki Czeskiej
        noszą do dziś nazwiska o francuskim rodowodzie.

        Korpus francuski, moknący w deszczu pod Brnem, liczył początkowo 50 tys. ludzi,
        bo rozkaz cesarski zatrzymał korpus marszałka Davouta w Wiedniu, a na lewym
        skrzydle korpus marszałka Bernadotte powoli przemieszczał się w stronę Jihlavy
        (około 100 km na zachód od Brna). Słabość liczebna wojsk boga wojny jeszcze
        bardziej przekonała sprzymierzonych, by stoczyć walną bitwę. Napoleon z pełną
        świadomością postanowił przyjąć walkę w pagórkowatych okolicach na wschód od
        Brna, które dokładnie przestudiował i dokąd zwabił kolejnym manewrem
        maszerujące w dwu kolumnach armie koalicjantów. Tymczasem wobec carskiego
        wysłannika gen. Dołgorukowa udawał człowieka chorego, załamanego i
        przeświadczonego o nieuchronnej klęsce, grał na czas, czekając na wezwanych, w
        trybie pilnym, Davouta i Bernadotte’a. W niedzielę, 1 grudnia, w wigilię bitwy,
        która miała stać się najwspanialszym dowodem jego wojennego geniuszu,
        dysponował 66,8 tys. piechurów, artylerzystów (139 dział) i jeźdźców. Połączone
        siły rosyjsko-austriackie liczyły 85,4 tys. żołnierzy i 278 dział, ale był to
        inny żołnierz. Wprawdzie Aleksander zabrał na Morawy w większości same pułki
        gwardyjskie, ale żołnierze francuscy – uważani wtedy w środkowej Europie za lud
        drobny, mdły i nędzny – nie byli zarażeni koszarowym drylem ? la Fryderyk
        Wielki, walczyli nieskrępowani obligatoryjną w armii pruskiej czy austriackiej
        od XVIII w. linią, w której wojak musiał zachowywać się niczym pionek na
        szachownicy, reagować jak automat bez względu na ukształtowanie terenu i
        warunki atmosferyczne. „Żołnierz, który zaczyna myśleć, nie jest żołnierzem,
        lecz nędznym, wszawym cywilem” – słychać było w koszarach austriackich aż do
        czasów dobrego wojaka Szwejka.

        Pod Austerlitz starły się dwa sposoby wojennego rzemiosła. W wigilię bitwy
        odbyła się ostatnia narada sprzymierzonych. Marszałek Weyrother czytał
        dyspozycje dla pułków, a stary, opatulony w futro Kutuzow ostentacyjnie drzemał
        i uśmiechał się ironicznie: rozkazy były pisane po niemiecku, ciekawe, kiedy
        zdążą je przetłumaczyć i rozdać rosyjskim oficerom? Car Aleksander nie
        wytrzymuje napięcia, krzyczy: Przecież wycofał swoje straże przednie! Przecież
        jest chory! Chory!

        Był lekki mróz, wiał przenikliwy wiatr, przy ogniskach kulili się ogromni,
        brodaci Kozacy, potężni, zwaliści piechurzy gwardii preobrażeńskiej –
        niegramotni najczęściej niewolnicy cara Aleksandra i wielonarodowościowe pułki
        cesarza Franciszka, z trwogą patrząc na łunę świateł na okolicznych wzgórzach:
        to Mały Kapral na białym koniu lustrował swe oddziały. Na ostrzach bagnetów
        pozatykali Francuzi płonące wiechcie słomy. – Vive l’Empereur! Niech żyje
        cesarz!

        Powiedział później, że był to najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Dla ponad
        tysiąca jego rodaków był to dzień ostatni.

        Wieczorem, w gospodzie Na Pindulce – w której zdewastowanych wnętrzach dziś
        stoi sprzęt Przedsiębiorstwa Budowy Dróg – Napoleon zjadł kolację: ulubione
        smażone ziemniaki z cebulką. Pół do ósmej rano rozpoczęła się na Żuraniu, tam
        gdzie stoi dziś stacja benzynowa, przed namiotem cesarskim, odprawa dowódców
        korpusów. Był Murat i Bernadotte, Lannes, Soult i dowódca gwardii cesarskiej
        Bessieres, szef sztabu generalnego Berthier i inni. W chwili, gdy Napoleon
        obserwował przez lunetę miejsce rozpoczynającej się bitwy, na wschodzie, nad
        doliną Złotego Potoku – kiedyś bagnistej rzeki, dziś chuderlawego strumyka –
        wynurzyło się z mgły czerwone słońce. Takie samo mieli za sześć lat zobaczyć
        Francuzi nad spaloną Moskwą. – Oto słońce Austerlitz! – zawoła do nich cesarz,
        przywołując pamięć największego triumfu swego geniuszu. Pamięć uszanowali i
        Francuzi, i Czesi: na wzgórzu Żurań stoi granitowy Stół Napoleona.

        Wraz z powstaniem Republiki Czechosłowackiej Napoleon zaczął zwyciężać nie pod
        Austerlitz, lecz pod Sławkowem, i czyni to do dziś, z przerwą na lata
        Protektoratu Czech i Moraw. – Gdzie my jesteśmy? – pytała generalicja NATO,
        ustawiana do zdjęcia w Sali Trzech Cesarzy na zamku w Sławkowie, po wejściu
        Czech do Paktu. –Mieliśmy jechać do Austerlitz... Boje o Austerlitz toczą się
        od 1990 r.; przyniosły jedynie zgodę MSW na przydrożne tabliczki – drogowskazy
        z historyczną nazwą. Mimo to turystów nadal jak kot napłakał. Trochę Francuzów,
        Niemców i Austriaków, mało Czechów.

        • Gość: Władca Pierścieni Austerlitz (Polityka) 3 IP: *.crowley.pl 01.12.05, 09:06
          Mgły umożliwiły Francuzom nagłe pojawienie się przed nieprzyjacielem. Mały
          Kapral rozmyślnie pozwolił sprzymierzonym obejść swoje prawe skrzydło, by w
          najlepszej, wskazanej instynktem chwili, zwalić na prawy bok i tyły
          obchodzących kolumn swą główną siłę „zebraną jak batalion w rękach majora”.
          Marszałek Kutuzow jeszcze dwukrotnie próbował powstrzymać młodego cara,
          dwukrotnie wstrzymywał schodzące w doliny po pewną śmierć kolumny, dwukrotnie
          wręcz odmówił wykonania rozkazu. Na nic. Już w pierwszej godzinie walki sztab
          rosyjsko-austriacki dostał się pod ogień francuskich armat. Piechurzy Soulta,
          pchnięci rozkazem cesarskim i motywowani nieustającym warkotem werbli, zdobyli
          po dwugodzinnej walce na bagnety baterię dział na wzgórzu Prace i, na osobisty
          rozkaz przybyłego z Żurania cesarza, skierowali 25 luf na Rosjan, łamiąc lód i
          topiąc w okolicznych stawach tylu żołnierzy, że woda wystąpiła z brzegów i
          rozlała się na usiane trupami pobojowisko.

          Te trupy w stawach rybnych to dziś najczęściej kwestionowana opowieść o
          kilkukrotnych szturmach na wzgórze Prace. Któż zresztą dziś na polach
          Austerlitz odróżni legendę od prawdy? Wodę z rybników spuścili podobno sami
          Francuzi, ale już po bitwie i wyłącznie dla wyłowienia karpi. Samo wzgórze –
          najsłynniejsze – nazywane jest dziś Kurhanem Pokoju. Stoi na nim dość
          siermiężny Pomnik Trzech Cesarzy plus alegoryczna postać okrutnie doświadczonej
          w kampanii 1805 r. ziemi – Moraw. Jest skromne muzeum, pamiątek w nim mało.
          Trochę dziwne, bo przejeżdżający przez pola bitewne, w kwietniu 1806 r.,
          krakowski kronikarz Ambroży Grabowski widział wiele chłopskich
          wozów „ładowanych strzaskaną bronią, ułamkami pałaszów, lansztoków, strzępami
          zielonych rosyjskich mundurów, resztkami skórzanych pasów”. A poza tym wiadomo,
          że niewiele było bitew na świecie, po których żołnierz nie szedł do grobu
          inaczej jak prawie lub całkowicie nagi...

          W kaplicy na wzgórzu składane są kości żołnierzy, które do dziś każdej wiosny
          wyrzuca z siebie – wraz z pociskami, metalowymi częściami umundurowania itp. –
          ziemia Austerlitz czy, jak kto woli, Sławkowa pod Brnem. Największe groby
          żołnierskie rozwaliły koparki przy budowie autostrady i zajazdu Rohlenka; te
          mniejsze i zupełnie małe, indywidualne, znajdują się również przy drogach i
          dróżkach, w zagajnikach, nad Złotym Potokiem, wszędzie. Najczęściej anonimowe,
          ale są i piękne pomniki młodych arystokratów, do których jeszcze długie lata
          pielgrzymowały rodziny z Francji i Rosji. Na pobojowisku i w lazaretach
          znalazło się 1305 martwych i 6940 rannych żołnierzy francuskich. Rosjan zginęło
          11 tys., Austriaków – 4 tys. 12 tys. żołnierzy dostało się do francuskiej
          niewoli.

          W nocy, po objętych od 1992 r. ścisłą opieką konserwatorską polach Austerlitz,
          włóczą się tysiące duchów, w dzień straszy duch komercji. Najpierw, w latach
          70. ubiegłego wieku, równolegle do cesarskiego gościńca Brno–Ołomuniec
          wybudowano autostradę. Potem, w 1980 r., na miejscu starej jak świat sławnej
          przydrożnej karczmy postawiono stację benzynową i zajazd Rohlenka. Gdy w 1997
          r. zapadła decyzja o budowie w sąsiedztwie, w miejscu jednego z najkrwawszych
          zmagań bitewnych, ogromnego supermarketu, zaczęły się masowe protesty różnych
          środowisk. – Argumenty o 500 nowych miejscach pracy nie trafiały do przekonania
          nikomu, nawet władzom lokalnym – mówi zastępca wójta Juraj Havel. Mimo to
          rozpoczęto wielkie wykopy, znajdowane fragmenty szkieletów przekazując
          troskliwie i uczciwie – podobnie jak w wypadku drogi czy zajazdu – do osarium
          na wzgórzu Prace. Gdy w 2003 r. wezbrały kolejne fale protestów płynących z
          całej republiki i budowę czasowo wstrzymano, gruchnęła wiadomość o planowanej
          przez NATO i czeskie MON budowie, nieopodal Kurhanu Pokoju, wojskowej stacji
          radarowej obrony powietrznej kraju. Stacja, o wysokiej na 16, a szerokiej na 18
          m kopule, ma kłuć niebo nad Austerlitz do wysokości 25 m. – Coś o tym
          słyszałem – mówi szef sztabu naszego 2 Korpusu Zmotoryzowanego gen. bryg.
          Edward Gruszka. – Ale jest absolutnie niemożliwe, by w kraju członkowskim NATO
          doszło do realizacji inwestycji wojskowej przy protestach ekologów czy
          historyków sztuki, że już nie wspomnę o politykach. Miejscowi są przekonani, że
          informacje o planowanym radarze są jedynie zasłoną dymną dla budowy
          hipermarketu, która rozpocznie się zaraz po zakończeniu obchodów dwustulecia
          bitwy.

          O godzinie dziesiątej, na rosyjskie oddziały atakujące na linii Złotego Potoku,
          runął przybyły (zaledwie dwa dni marszu!) z Wiednia korpus marszałka Davouta. O
          czwartej bitwa była wygrana. Ocalałe z rzezi bataliony sprzymierzonych znikały
          w deszczu i zmroku. Wlokły się, znacząc swą drogę na Ołomuniec, Cieszyn, aż do
          Krakowa, niepogrzebanymi ciałami zmarłych z ran i obdartych z mundurów kolegów.

          Wieczorem cesarz Franciszek I wysłał do Napoleona księcia Lichtensteina z
          propozycją kapitulacji. Car Aleksander usiłował zgromadzić resztki swych wojsk
          po węgierskiej stronie rzeki Morawy, a potem wracał pospiesznie via Kraków do
          Rosji (pierwsza depesza o klęsce pod Austerlitz przyszła do Moskwy 12 grudnia,
          do Petersburga jeszcze później).

          Napoleon objechał pobojowisko (ludzie z jego orszaku, na rozkaz cesarski,
          ściągali płaszcze z martwych Rosjan, by przykrywać nimi rannych). Nad ranem
          wyczerpany padł na snopek słomy w budynku poczty przy drodze do Ołomuńca.
          Snopka już nie ma, poczta – ostatni ocalały z tamtych czasów murowany budynek –
          pełni dziś obowiązki stylowej karczmy. Izby, w której cesarz Francuzów spędził
          jedną z najpiękniejszych nocy w życiu, pilnuje umundurowany wolontariusz
          Sławkowskiej Gwardii Cesarskiej Duszan Frybort. – Może to ostatnie chwile tych
          pól? – wzdycha. – Z wojskowymi można dziś wygrać, z supermarketem podobno
          nigdy. Póki co, jak zapewnia przewodniczący Środkowoeuropejskiego Towarzystwa
          Napoleońskiego Ivan Vystrczil, w odtworzeniu bitwy pod Sławkowem weźmie w tym
          roku udział 4 tys. umundurowanych żołnierzy i 200 koni. – Tego Europa –
          twierdzi Vystrczil – nie widziała nigdy.

          Na drugi dzień, już na zamku w Austerlitz, cesarz podyktował swój bodaj
          najsłynniejszy i równie genialny jak świeże zwycięstwo rozkaz: „Żołnierze,
          jestem z was zadowolony...”. A oto ostatnie słowa rozkazu Napoleona: „O każdym,
          kto powie: – walczyłem pod Austerlitz! mówić będą: – oto zuch!”.
    • wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 1 05.12.05, 13:06
      Krystyna Kurczab-Redlich
      wiadomosci.onet.pl/1298919,2678,1,kioskart.html
      Nuachczio i reszta świata

      Są dwie Czeczenie: prawdziwa i wirtualna
      Czy powinny nas obchodzić wybory parlamentarne w kraju oddalonym o parę tysięcy kilometrów? Co w nich może być interesującego? Chyba tyle, ile byłoby w wyborach przeprowadzonych w Polsce pod panowaniem Adolfa Hitlera.
      Są dwie Czeczenie. W jednej życie człowieka się nie liczy. Każdego można poddać torturom, zabić. W tej Czeczenii z rosyjskich śmigłowców spadają bomby na czeczeńskie wsie, a czeczeńskie “podziemie” zabija rosyjskich żołnierzy i kolaborantów. Ulice straszą ruinami, w kranach od lat nie ma wody, w szkołach prądu, krzeseł i nauczycieli, a w szpitalach sprzętu i lekarzy.

      60 proc. ludzi jest bez pracy, kwitnie handel bronią i narkotykami. Ta Czeczenia rzadko pojawia się w telewizji, bo dziennikarzy tam się nie wpuszcza.


      W drugiej Czeczenii wszystko jest OK. Buduje się domy, prowadzi kampanię siewną, a funkcjonariusze struktur siłowych skutecznie walczą z resztkami bandytów i zagranicznych najemników. Jakiś jej fragment od czasu do czasu pokazuje telewizja: piękną szkołę (zawsze tę samą), zdjętą “wąskim planem”, tak by nic wokół nie było widać. W tej Czeczenii trwa “proces normalizacji”, dokumentowany “aktami potwierdzającymi demokrację”.

      Pierwsza Czeczenia jest prawdziwa. Druga wirtualna. Ale to nieważne dla tych, którzy chcą w nią wierzyć – i w Rosji, i na Zachodzie.

      Akty “wyborcze”

      27 listopada odbyły się w Czeczenii wybory parlamentarne. Putin oznajmił: “Pojawienie się legalnego, przedstawicielskiego organu władzy oznacza zakończenie formalno-prawnych procedur odbudowy ustroju konstytucyjnego w republice”. Początkiem tych “procedur” było przeprowadzone w marcu 2003 r. referendum, w którym mieszkańcy przegłosowali nową konstytucję; dalszym ciągiem – dwukrotny wybór prezydenta i teraz wybory parlamentu. Wirtualna Czeczenia jest już normalną częścią Federacji Rosyjskiej.

      W Czeczenii prawdziwej na miesiąc przed referendum do jednego z obozów, w których gnieździli się uchodźcy, rosyjscy żołnierze podrzucili trupa, na wpół spalonego, z wydartym sercem. Na piszczelach rąk – kajdanki. To było szczególnie straszne dla mnie, przybysza z zewnątrz. Mniej straszne dla Czeczenów, bo zwyczajne. – Nie ma takiej tortury, takiego okrucieństwa, którego by nam oszczędzono – mówili. We wrześniu 2005 r. nad rzeką Hułhułaj pod miejsowością Argun, przy moście na słupie sterczała głowa człowieka. Partyzanta, który poległ w walce. Jego dwóch towarzyszy wysadziło się granatem. Ich rozerwanych ciał nie wolno było grzebać, miały służyć jako lekcja wychowawcza.
      • wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 2 05.12.05, 13:07
        Tuż po referendum uśmiechnięty Putin ogłosił, że głosowało 95 proc. uprawnionych, a 95,37 proc. powiedziało “tak” nowej konstytucji, która głosi, że Czeczenia jest częścią Rosji. Wirtualna rzeczywistość tryumfowała. Prawdziwa – przegrywała, wraz z obywatelami, których do urn powędrowała znikoma część. W dzień referendum Grozny świecił pustkami. Między punktami wyborczymi kursował autobus wożący “wolontariuszy” od urny do urny, tam, gdzie czekały kamery TV. Znudzony oczekiwaniem na wyborców dziennikarz francuski próbował sam głosować. Nie spojrzawszy nawet na przedstawiony przez niego dokument wydano mu kartę do głosowania. W jednym z lokali, gdzie naliczyliśmy 10 osób, oznajmiono potem, że głosowało ich 831.

        Podobnie wyglądały wybory na prezydenta w październiku 2003 r. Tyle że wymyślono podstęp: renty, emerytury i zasiłki wydawano w dniu wyborów, i to tam, gdzie mieściły się punkty wyborcze. Niewiele to pomogło: we wsi Kurczałoj z 2094 uprawnionych głosowało ok. 300 (wieczorem usłyszeliśmy, że było ich o tysiąc więcej).

        Teraz też nic się nie zmieniło: puste ulice, puste lokale wyborcze, fałszerstwa (przewodniczący komisji wyborczej nr 361 twierdził, że głosowało 400 osób, a obserwatorzy jednej z partii, którzy liczyli przychodzących, doliczyli się ich 45). Nazajutrz Putin oświadczył, że “Czeczeni jeszcze raz, najbardziej przekonująco, zademonstrowali siłę charakteru, dojrzałość polityczną i organizacyjną. Pokazali, że nikt i nigdy nie jest w stanie ich nastraszyć”.

        Najbardziej dramatyczne jest, że nas to nie dziwi. Że my, na Zachodzie, wzruszymy ramionami i jeszcze raz zgodzimy się na cynizm. Może nawet uznamy go za konieczność, która wynika z poprawności politycznej i racji stanu.

        Ahmed i Ramzan

        Rosjanie przywiązują wagę do odznaczeń i niebywałą jest rzeczą, by się ich zrzekli lub ostentacyjnie wyrzucili. Tymczasem po 30 grudnia 2004 r. uczyniło tak wielu.

        W tym dniu jedno z najcenniejszych odznaczeń (“Bohatera Rosyjskiej Federacji – za męstwo i heroizm przy wypełnianiu obowiązków służbowych”) Putin wręczył Ramzanowi Kadyrowowi, bandycie, który rządzi Czeczenią. Takiego honoru nie doczekał jego ojciec, Ahmed Hadżi Kadyrow, którego Putin najpierw (w 2000 r.) postawił na czele Czeczenii jako swego pełnomocnika, a potem uczynił prezydentem.

        Ahmed Kadyrow, absolwent bucharskiej medresy i Islamskiego Instytutu w Taszkiencie, założyciel i rektor pierwszego takiego instytutu na Kaukazie, walczący z Rosjanami po ich wtargnięciu do Czeczenii w 1994 r., w roku 1999 przeszedł na stronę wroga. Był dość żądny władzy, by wprowadzić w życie kremlowską ideę “czeczenizacji” konfliktu: przejęcia od Rosjan “sztafety terroru” wobec rodaków, zamieniając wojnę separatystyczną w domową.

        Był okrutny, ale jego syn jest okrutniejszy. Udowadniał to jako szef służby bezpieczeństwa ojca-prezydenta, do której włączył i byłych bojowników (liczących na amnestię), i kryminalistów. Jego oddziały liczyły 3 tys. ludzi. W rodowym gnieździe Kadyrowów, Centeroj, powstało ich własne więzienie, gdzie tortury nie ustępują tym stosowanym przez Rosjan. Coraz częściej ludzie w maskach wdzierają się nocą do domów, mówiąc i po rosyjsku, i po czeczeńsku. Strach – i tak nieopuszczający mieszkańców w dzień (każde przejście przez posterunek, a jest ich bez liku, może zakończyć się aresztem lub śmiercią) i w nocy (oczekujący “zaczystek” Czeczeni odwykli rozbierać się do snu) – opanował republikę. Szeregi “kadyrowców” rosną. Dlatego, że tam można zarobić i dlatego że tam można się przed Rosjanami schronić. Również dlatego, że Kadyrow prowadzi nabór szantażem: porywa młodych ludzi z domu i zmusza do torturowania innych, co filmuje. Taki człowiek nie ma już wyboru.

        9 maja 2004 r., w Święto Wyzwolenia, wyleciała w powietrze ta część groznieńskiego stadionu “Dynamo”, gdzie siedział prezydent Kadyrow. Tak się złożyło, że nigdy go nieodstępujący Ramzan był w Moskwie i nazajutrz cała Rosja mogła widzieć młodszego Kadyrowa padającego we współczujące ramiona Putina. Władza w Czeczenii przeszła w ręce Ramzana, który tylko dlatego nie został już prezydentem, że jest za młody: roku brakuje mu do trzydziestki, której wymaga konstytucja. Na razie został wicepremierem rządu Czeczenii ds. bezpieczeństwa.
        • wladca_pierscienii Nuachczio i reszta świata 3 05.12.05, 13:07
          Codzienność

          Separatyści w “wyborach” uczestniczyć nie mogli, choć bez ich udziału żaden realny proces polityczny nie jest możliwy. Polityka Putina, odrzucającego możliwość pertraktacji z ruchem oporu, zagnała w ślepy zaułek i Rosjan, i Czeczenów. Tych Rosjan, którzy giną na wojnie skrytej za parawanem “operacji antyterrorystycznej”, i tych, którzy byli lub będą ofiarami aktów terrorystycznych, i całą okłamywaną resztę, niezdolną do przyjęcia prawdy.

          Takiej, jak prawda 35-letniego Rusłana Musajewa z Groznego. 25 stycznia br. wyciągnięto go z taksówki, bo miał dowód osobisty starego wzoru. Narzucono mu, jak wszystkim, worek na głowę. Rusłan wspominał: – Wrzucili mnie do celi maleńkiej, betonowej, wdziali na głowę jakąś gumową czapkę, że prawie się dusiłem, ale tarłem głową o beton, aż ją ściągnąłem. Byłem skuty łańcuchami i kajdankami. Potem mnie wyprowadzili i zaczęli bić. Bili po stopach, torturowali prądem, przewody przykładali do języka, palców. Następnego dnia zaprowadzili do sali gimnastycznej, zasunęli drewno pod kajdanki, przyczepili je do poręczy. I bili, bili, aż przestałem być człowiekiem... Bili po kolanach przez deskę. Gdy mdlałem, polewali wodą. I pytania te same: gdzie walczyłem? gdzie automat? Ale też: da ojciec za ciebie 2000 dolarów? Potem plastikowy worek wcisnęli na głowę i zakleili. I znowu bili.

          Gdy dostali okup, wyrzucili Rusłana na ulicę. Żaden lekarz w okolicy nie miał odwagi mu pomóc. Wcześniej krewni poszukujący Rusłana napisali oświadczenie do czeczeńskiej prokuratury. Tam usłyszeli takie groźby, że gdy Rusłana zatrzymano powtórnie, oświadczeń nikt już nie składał. Ludzie, którzy złożyli pozwy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, często dzielili los Rusłana. Niektórych zabito.

          Czeczenia, ta prawdziwa, dzieli się na dzienną i nocną. W dzień kobiety wędrują na bazar, gdzie dawne nauczycielki czy księgowe zastąpiły biurka stoiskiem z desek lub rozłożoną płachtą. Głównymi ulicami jeżdżą autobusy, wozy pancerne, czasem czołgi. Co krok atelier Kodaka, knajpki, warsztaty samochodowe. Sklepów mało, bo trudno sklep umieścić w ruinie. Życie kwitnie na bazarach. Do wieczora.

          Czeczenia nocna to kraj strachu. Przed Rosjanami i przed swoimi. Trudno rozpoznać, kto jest kto. We wsiach pojawiają się partyzanci, po żywność lub żeby zabić kolaborantów: szefów administracji rejonowej lub mieszkańców, których podejrzewają o współpracę z wrogiem. Zakładają bomby i miny. Napadają na posterunki. Gdy nocą działają w górach, w dzień będą ich ścigać rosyjskie śmigłowce (niedawno w Nowych Ałdach zbombardowały osiem domów). Strach paraliżuje, każdy w każdej chwili może stać się ofiarą. Im większy terror sankcjonuje państwo, tym więcej ochotników wstępuje do partyzantki. I nie ma to nic wspólnego z terroryzmem międzynarodowym.

          Tysiące uciekają z kraju. Polskie służby medyczne twierdzą, że wśród uchodźców nie ma ludzi zdrowych. Wszyscy cierpią na spowodowane stresem osłabienie pamięci, raka stwierdza się u nastolatków, choroby serca są powszechne.

          Nuachczio

          Społeczność międzynarodowa, tak chętna do krytykowania Amerykanów za Irak, milczy. Zwycięża kremlowska propaganda. Oportunizm i krótkowzroczność zachodnich polityków produkują takie dziwolągi, jak rezolucja nr 1402 Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która doprowadziła do Okrągłego Stołu w sprawie Czeczenii wyłącznie z udziałem Rosjan i ich czeczeńskich popleczników. Zabawnie brzmiały “strasburskie kryteria” dopuszczające do rozmów separatystów, którzy “przedstawią swój program”. Czy Europejczycy nie wiedzieli, że za przyznanie się do separatyzmu grozi śmierć?

          Nuachczio – Czeczen – to coś więcej niż narodowość. To status człowieczeństwa. Jego zasada brzmi: Czeczen nie ugina kolan przed nikim, prócz matki i ziemi ojczystej. Zasada, którą kierują się władze Rosji, to: rzucać na kolana. Wyznawcy obu zasad nigdy się nie pogodzą. Społeczność międzynarodowa, przymykająca oczy na Czeczenię, nie widzi niebezpieczeństwa, jakie rodzi dziczejąca pod wpływem tej wojny Rosja.
    • wladca_pierscienii Polacy - piraci "Polska Zbrojna" 07.03.06, 15:21
      wiadomosci.onet.pl/1135862,1292,1,kioskart.html
      Orły pod czarną banderą
      Piraci rodem z Polski
      Pierwsi piraci polskiego pochodzenia pojawili się na Morzu Karaibskim w XVII
      wieku. Pochodzili przeważnie z Kaszub i Żuław.
      Obok angielskich i francuskich piratów, od wielu dziesiątek lat grasujących na
      tych wodach, właśnie Holendrzy zasłynęli z dużej dzielności i bezwzględności w
      tym "fachu". W łupieniu hiszpańskich galeonów przewożących złote i srebrne
      wyroby oraz kruszec tych szlachetnych metali z Nowego Świata osiągali niemałe
      sukcesy. Ze swych zbójeckich wyczynów na morzu, a także grabieży hiszpańskich
      miast na wybrzeżach amerykańskiego kontynentu zasłynął zwłaszcza herszt
      holenderskich piratów Piet Heyn, który po zagrabieniu tzw. srebrnej floty w
      zatoce Matanzas na Kubie uhonorowany został przez swego króla tytułem admirała,
      a następnie wszedł w poczet narodowych bohaterów Holandii. Wielką sławę zdobył
      również na karaibskich wodach urodzony w Elblągu z matki Polki i ojca Holendra
      korsarz niderlandzkiej korony Aleksander Exqemeling, który na hiszpańskich
      galeonach zdobywał fundusze na ukończenie studiów medycznych. Już jako lekarz
      okrętowy holenderskiej floty pod zmienionym nieco nazwiskiem: John Esquemeling
      wydał w 1678 roku książkę opisującą swoje pirackie przygody pt. "Bukanierzy
      amerykańscy", tłumaczoną potem na wiele języków, w tym również na polski.

      Opuszczeni przez Cesarza

      Stając się bezwzględnymi czcicielami czarnej flagi z trupią główką i
      skrzyżowanymi piszczelami, Polacy bywali także w głównej bazie sławnego pirata
      angielskiego kpt. Henry’ego Morgana – Port Royal na Jamajce i głównej siedzibie
      piratów francuskich na wysepce Żółwiej koło Haiti. Z różnych powodów przenosili
      się oni z holenderskich na angielskie i francuskie jednostki pirackie. Jednak
      do największego rozwoju polskiego piractwa na tym akwenie przyczynił się...
      Napoleon.

      W latach 1801–1803 kilkadziesiąt żaglowców przywiozło bowiem na San Domingo
      dwie półbrygady zorganizowanych na włoskiej ziemi Legionów Polskich: łącznie 5
      500 oficerów i żołnierzy. Wraz z 35-tysięcznym korpusem ekspedycyjnym Francuzów
      walczyć mieli z rebelią czarnych niewolników, którzy poważnie potraktowali
      hasła francuskiej rewolucji: wolność, równość, braterstwo. Napoleon uznał
      jednak, że "niewolnicy znieważyli majestat Francji". Rozpoczęły się niezwykle
      krwawe walki, w których zwyciężyli Murzyni. Pomogła im w tym epidemia żółtej
      febry i innych chorób tropikalnych, dodatkowo osłabiających francuskie wojska.
      Część ocalałych z wojennej tragedii legionistów dostała się do angielskiej
      niewoli i w fatalnych warunkach przebywać musiała na Jamajce, część (około 450
      osób) osiedliła się na Haiti, część natomiast, z braku innych możliwości
      zarobkowania, zajęła się piractwem, wykazując się niebywałymi wręcz talentami w
      tej nowej dziedzinie wojowania.

      Jednym z takich pirackich okrętów dowodził kpt. Ignacy Blumer, wcześniej szef
      batalionu na San Domingo. Zdarzyło się bowiem, że powracający z setką
      rekonwalescentów po żółtej febrze statek francuski pod dowództwem komandora
      Bissela zagarnięty został przez brytyjski bryg "Recoon". Anglicy natychmiast
      uprowadzili na swój okręt Francuzów, natomiast Polakom apatycznie siedzącym
      wzdłuż burt pozwolili kontynuować podróż do Europy. Gdy synowie Albionu
      odpłynęli, kpt. Blumer zadziałał błyskawicznie: zdumionym rodakom oświadczył,
      że obejmuje komendę nad okrętem. Od tej chwili wraz z porucznikiem Lipińskim i
      Birnbaumem oraz starymi wiarusami legionowymi łupił na karaibskich wodach,
      dając się mocno we znaki przede wszystkim Anglikom. W rezultacie licznych walk
      i morskiego rozboju Blumer i jego kompani nieźle się wzbogacili, aż wreszcie
      uparty kapitan doprowadził swych żołnierzy pod rodzinne strzechy. Sam natomiast
      zaciągnął się do wojska Królestwa Polskiego i wkrótce mianowany został
      generałem.

      Szlachecka fantazja

      Drugim oficerem, który po kampanii haitańskiej zajął się rozbojem na Morzu
      Karaibskim, był kpt. Wincenty Kobylański, operujący przeciw Anglikom z
      terytorium Kuby. Oprócz akcji morskich organizował on także wyprawy lądowe,
      wymierzone z reguły w Jamajkę i jej kolonialnych rządców angielskich. Zbyt
      słabe siły uniemożliwiły mu jednak atak na Kingston i Spanish Town, gdzie
      obozowali polscy jeńcy wojenni. Ponieważ jednak uznał piractwo za zbyt ciężki
      kawałek chleba, który "nijakiego honoru nie daje", i on powrócił niebawem do
      kraju.

      Stosunkowo późno, bo dopiero w roku 1805, włączył się do akcji pirackich w tym
      rejonie podporucznik Kazimierz Lux, który 10 proc. pryzy wpłacał na rzecz
      przebywających w niewoli żołnierzy francuskich, a pewne sumy na rzecz inwalidów
      wojennych i znajdujących się w potrzebie polskich legionistów.
      Ci "potrzebujący" nieraz zresztą przystawali do piratów.

      Tak było np. z Błażejem Wiśniewskim, prowadzącym oberżę w Santiago de Cuta,
      gdzie banda Luxa z reguły opijała udane wyprawy na Jamajkę. Kilka lat potem ten
      ostatni powrócił do Warszawy i długo jeszcze przy ul. Mostowej sprzedawał
      pieczone przez siebie bułki i rogaliki. Trochę dłużej zbójował na karaibskich
      wodach porucznik Izydor Borowski, dostarczający zdobytą broń i amunicję
      bojownikom o wolność Wenezueli: Franciscowi Mirandzie i Simonowi Bolivarowi.

      Ostatnim chyba polskim piratem na Morzu Karaibskim był Józef Olszewski, wśród
      pirackich braci z polska nazwany "Józiem", jeden z dziewięcioroga dzieci
      ubogiego szlachcica zagrodowego, któremu za ciasno się zrobiło w rodzinnych
      stronach na Mazowszu. Około 1850 roku popłynął on z flisakami do Gdańska, a
      stamtąd z Holendrami "do Zachodnich Indiów". Trafił wkrótce na niewielki, ale
      szybki i sprawny żaglowiec "Salamandra", szmuglujący niewolników z Afryki na
      karaibskie plantacje kolonialne. Gdy jednak odziedziczył okręt i bogactwa
      swojego kapitana, w Vera Cruz odpowiednio wyekwipował go, a następnie napadał i
      rabował statki różnych bander przepływających w pobliżu Kuby, Jamajki i Haiti.
      Pod koniec XIX wieku jego rozliczne przygody pod piracką flagą opublikował
      warszawski tygodnik "Wędrowiec".

      (Autor jest pisarzem marynistą)

      Polska Zbrojna nr 40/2003

    • wladca_pierscienii artykuł o radzieckim wywiadzie w Polsce 1919-1939 31.03.06, 12:05
      www.knhs.umcs.lublin.pl/kn/kn7.pdf
    • wladca_pierscienii 1914 - kolorowe mundury francuskie 05.04.06, 13:37
      Mówią Wieki
      wiadomosci.onet.pl/1317833,1292,1,kioskart.html
      Czerwone spodnie to Francja!
      Mundurowa rewolucja
      Latem 1914 roku wrogie armie rozpoczęły pierwszą uprzemysłowioną rzeź w
      dziejach ubrane w ochronne mundury, zwiększające nieco szanse przeżycia
      żołnierzy. Tylko Francuzi ruszyli po zwycięstwo w archaicznych, kolorowych
      uniformach.
      W listopadzie 1914 roku warszawski „Tygodnik Ilustrowany” zamieścił list i
      zdjęcie Jerzego Kijewskiego, żołnierza sojuszniczej Francji, którego pod
      naciskiem rosyjskich dyplomatów wcielono wraz z innymi polskimi ochotnikami do
      Legii Cudzoziemskiej. Kijewski opisał mundur swej kompanii (tzw. bajończyków)
      na czarno-białej fotografii: „Składa się on z czerwonej czapki, granatowej
      kurtki i czerwonych spodni. Na czas manewrów kładziemy kapotę (szynel)
      niebieskiego koloru, a czapki przykrywamy szarymi pokrowcami jak cała armia
      francuska, gdyż czerwony kolor czapki jest zanadto znaczny”. Dla królewiaków,
      od lat przywykłych do jednolitego khaki rosyjskich pułków i ich burych szyneli,
      opis ten pachnieć musiał czasami pokoju i paryską operetką.

      Barwna armia Republiki zdawała się bowiem dumnie ignorować nie tylko proch
      bezdymny, od ćwierćwiecza zapewniający lepszą widoczność na polu walki, ale i
      rosnącą skuteczność broni strzeleckiej. O ile gładkolufowy karabin żołnierza
      napoleońskiego miał zasięg do 250 m (celność spadała powyżej 50 m), to
      wprowadzony w 1866 roku, ładowany odtylcowo Chassepot niósł już na 1200 m, a
      używany w 1914 r. karabin Lebel (wz. 1886/1893) mógł razić wroga oddalonego o
      3200 m! Do tego upowszechnienie wypluwających z siebie 500 pocisków na minutę
      karabinów maszynowych, które armia rosyjska aż za dobrze poznała w przegranej
      wojnie z Japonią, zrewolucjonizowało zachowanie i wygląd piechoty. Chcąc nie
      chcąc, armie europejskie po kolei „brzydły”, porzucając uniformy w tradycyjnych
      kolorach: austriackiej bieli, rosyjskiej zieleni, brytyjskiej czerwieni czy
      pruskiego granatu.

      Barwy ochronne

      Przykład dali Brytyjczycy, którzy ubrali żołnierzy służących w Indiach ubrali w
      ochronne kolory już w połowie poprzedniego wieku. Mimo konserwatyzmu korpusu
      oficerskiego polowe, lekkie mundury pojawiły się w wojnie zuluskiej (1879),
      burskiej (1880-1881) i walkach z mahdystami w Sudanie (1881-1898.), choć wciąż
      królowała dumnie czerwona kurtka (red jacket) – synonim brytyjskiego żołnierza.
      Tak było aż do drugiej wojny z Burami (1899–1902), którzy z początku
      dziesiątkowali czerwone cele na tle płowego krajobrazu, zmuszając wojska
      królowej Wiktorii do ostatecznego przebrania się w kolor khaki.

      Ducha czasu pojęli też Niemcy, którzy po latach prób w różnych typach
      krajobrazu przyodzieli w 1907 roku mundur feldgrau. Dawne granatowe uniformy
      piechoty wydawano już tylko od święta, a w polowe mundury ubrano nawet
      różnobarwne pułki jazdy. Strzelcom (jegrom) konnym i pieszym, tyralierom
      gwardii oraz oddziałom karabinów maszynowych zapewniono tradycyjną odrębność
      kolorem grüngrau. Od 1910 roku w feldgrau przebrali się też oficerowie. Niemal
      równolegle, w 1909 roku nowe szaroniebieskie mundury polowe otrzymała armia
      austro-węgierska, rok później swoją wersję khaki przyjęli Rosjanie, a Włosi
      poszli w 1915 roku na wojnę w testowanym przez siedem lat kolorze zielono-
      szarym. Zmienili mundury polowe także Bułgarzy (1908), Turcy (1909) i Serbowie
      (1912).

      Dlaczego mundurowa rewolucja ominęła Francję, która po klęsce 1870 roku przez
      44 lata szykowali się do wojny z Niemcami? Wszak pomijając strzelców pieszych i
      alpejskich, w 1914 roku armia francuska ruszyła do rewanżu za hańbę Sedanu w
      mundurach zaprojektowanych dla pokolenia dziadków! Granatowy płaszcz-kapota
      pochodził z 1877 roku, czerwone spodnie wz. 1867 zmodyfikowano nieco w latach
      1893 i 1897, kepi opracowano w 1884 r. Wyposażenie było równie archaiczne.
      Bajończyk Jan Żyznowski, zapamiętał np. męki z najbardziej skomplikowanym
      tornistrem świata: „zwijanie kołdry wedle ustalonego przepisu zabierało sporo
      czasu, nie mówiąc już o dziesiątkach pasków, na razie nieużywanych, mających
      jednak każdy swoje przeznaczenie. Wolne chwilowo paseczki trzeba było zwijać w
      jakieś finezyjne i fantastyczne kółka, a wszystko wedle przeklinanego przez nas
      regulaminu. Także karabin Lebel był przestarzały, mimo modyfikacji w 1893 roku.

      Od marzanny do rezedy

      Francuzi mieli czas na przywiązanie się do granatowego munduru i spodni
      garance, bowiem piechota dostała je już w 1829 roku, a po niej część innych
      rodzajów wojsk oraz oficerowie sztabowi. Przymiotnik garnce, pochodzący od
      marzanny, której korzeń służył do barwienia materiału, z czasem znaczył po
      prostu „czerwony”. Barwnik ten zalecono zapewne armii dla ratowania upraw tej
      rośliny, rozwiniętych w XVIII woku pod Awinionem i w Alzacji,
      a podupadających po rewolucji. Jednak prace Niemca Graebego, odkrywcy
      chemicznego składu barwnika, który w 1868 roku wraz ze wspólnikiem Liebermannem
      opatentował tani zamiennik syntetyczny – alizarynę, były wyrokiem na marzannę.
      Jej zbiór tylko
      w departamencie Vaucluse i okolicach spadł z 20 tys. ton w 1875 roku do 500 ton
      sześć lat później. Za to za Renem rosła produkcja taniej alizaryny – w 1879
      roku było to 4,5 tys. ton, by w roku 1900 osiągnąć już 15 tys. ton! Logika
      rewolucji przemysłowej sprawiła, że od 1882 roku francuskie czerwone spodnie –
      symbol armii szykującej się do rewanżu na Niemcach, zawdzięczały kolor
      barwnikowi dostarczanemu... z Niemiec.

      Francuskie dowództwo śledziło przemiany na polu walki, wprowadzając lotnictwo,
      nowoczesną artylerię (armata 75 mm!) i karabiny maszynowe. Toteż gdy badania
      wykazały, że tradycyjny mundur naraża na trafienie dwukrotnie bardziej niż
      uniform maskujący,
      od 1903 roku siedmiokrotnie próbowano wprowadzić nowe umundurowanie. Pod
      różnymi pretekstami odrzucono jednak odcienie szarości i szaro-błękitu oraz
      lekki kask, w którym zdaniem części ekspertów, „armia wyglądałaby po
      niemiecku”. Podobne argumenty przyczyniły się do zarzucenia testowanej w latach
      1910–1912 zieleni zwanej „rezedą”, bliższej nowoczesnemu khaki. Zwalczali ją
      zwłaszcza brylujący w komisji Ministerstwa Wojny malarze bataliści Georges
      Scott i Edouard Detaille. Odegrali oni, tak jak zmarli wcześniej Jean-Louis-
      Ernest Meissonier i Alphonce de Neuville, dużą rolę w egzaltacji trójkolorowego
      patriotyzmu, heroizując pędzlem wojnę 1870 roku i gloryfikując wojenną
      przeszłość Francji. Specyficzny kult armii, który miał ją leczyć z kompleksu
      klęski, dał się odczuć zwłaszcza podczas tzw. sprawie Dreyfussa. Część opinii
      publicznej gotowa była przymknąć oczy na haniebne postępki wojskowych w
      imię „honoru armii” i otaczanego czcią munduru. Granatowo-czerwonego,
      oczywiście.

      Kolor spodni a Francja

      Gdy w 1911 roku zginął na mityngu lotniczym entuzjasta „rezedy”, minister wojny
      Berteaux, szanse armii francuskiej na nowoczesny mundur zmalały. Cóż bowiem
      mogła dać kolejna komisja z udziałem wspomnianych malarzy? Odpowiedzialny za
      jazdę Scott zyskiwał poklask eleganckich oficerów, wyśmiewając projekty, w
      których „zauważyć można tylko konia”, i modyfikował kity kirasjerskich hełmów.
      Detaille powtarzał zaś, że uniform piechoty, wykorzystywany zarówno w czasie
      pokoju, jak i wojny, musi być równie brzydki przy pierwszej, co niepraktyczny
      przy drugiej okoliczności. Prawda, że ten zwolennik czerwonych spodni (ich
      zapas ich obliczano aż na trzy pokolenia!) zaprojektował grzebieniasty kask w
      wersji pokojowej i frontowej – z lakierowanej skóry lub z chromowanej stali.
      Sceptycy nie mogli jednak rozróżnić przodu kasku od tyłu, a inne projekty
      Detaille’a odrzucono. Skończyło się więc na nało
      • wladca_pierscienii Re: 1914 - kolorowe mundury francuskie 05.04.06, 13:37
        Kolor spodni a Francja

        Gdy w 1911 roku zginął na mityngu lotniczym entuzjasta „rezedy”, minister wojny
        Berteaux, szanse armii francuskiej na nowoczesny mundur zmalały. Cóż bowiem
        mogła dać kolejna komisja z udziałem wspomnianych malarzy? Odpowiedzialny za
        jazdę Scott zyskiwał poklask eleganckich oficerów, wyśmiewając projekty, w
        których „zauważyć można tylko konia”, i modyfikował kity kirasjerskich hełmów.
        Detaille powtarzał zaś, że uniform piechoty, wykorzystywany zarówno w czasie
        pokoju, jak i wojny, musi być równie brzydki przy pierwszej, co niepraktyczny
        przy drugiej okoliczności. Prawda, że ten zwolennik czerwonych spodni (ich
        zapas ich obliczano aż na trzy pokolenia!) zaprojektował grzebieniasty kask w
        wersji pokojowej i frontowej – z lakierowanej skóry lub z chromowanej stali.
        Sceptycy nie mogli jednak rozróżnić przodu kasku od tyłu, a inne projekty
        Detaille’a odrzucono. Skończyło się więc na nałożeniu w 1913 roku wspomnianego
        pokrowca na jarzące się czerwienią kepi.

        Wbrew pragmatykom, debatę mundurową toczono publicznie, nawet na forum
        Zgromadzenia Narodowego, a do historii (głupoty?) przeszedł histeryczny okrzyk
        jednego z deputowanych: Czerwone spodnie to Francja! Wychowany w trójkolorowym
        patriotyzmie i ofensywnej doktrynie korpus oficerski też nie widział powodu do
        krycia się i zlewania z krajobrazem. Wojskowe periodyki zapewniały, że „trudno
        sobie wyobrazić żołnierza ubranego całkowicie w brąz lub kolor szary. Taki
        ubiór stwarzałby niemiłe wrażenie smutku i braku waleczności”. Ostrzegały też,
        że „zniesienie czerwonych spodni byłoby fatalnym błędem, jako że te spodnie są
        nierozłącznie związane z armią”. Wojskowym wtórowali patriotycznie nastawieni
        dziennikarze. Tuż przed wojną dziennik „Le Temps” pisał dumnie: „Armie
        europejskie zmieniają uniformy. Na szczęście my we Francji zajmujemy się
        ważniejszymi sprawami”.

        Dzięki uporowi ministra Messimy’ego, kolejna komisja, już bez batalistów,
        opracowała w 1913 roku mundur godzący potrzeby pola walki z wymogami
        symbolicznej ortodoksji. Wpadające w trudny do określenia błękit, złożone z
        włókien niebieskich (60 proc.), czerwonych (30 proc.) i białych (10
        proc.) „trójkolorowe” sukno zaakceptowano ostatecznie 27 lipca 1914 roku, na...
        sześć dni przed wybuchem wojny. Francuzi ruszyli więc na nią w granacie i
        czerwieni pradziadów.

        Kosztowna tradycja

        Nie wiemy, ilu zabitych kosztował fatalny ekwipunek francuskich żołnierzy,
        pchanych do ataku w barwnych mundurach i koszonych seriami z broni maszynowej,
        nim zdołali ujrzeć przeciwnika. Przypomnijmy, że z ok. 1,375 mln poległych
        (statystycznie ok. 900 dziennie!) na rok 1915 przypadło ich 349 tys., na 1916 –
        252 tys., na 1917 – 164 tys., a na 1918 - 235 tys. Liczba 301 tys. zabitych w
        1914 roku na pozór nie szokuje, ale trzeba pamiętać, że padli oni w zaledwie
        pięć miesięcy. Tylko w pierwszych siedmiu tygodniach wojny, w bojach
        granicznych i nad Marną zginęło ok. 250 tys. Francuzów, zwanych wzgardliwie
        przez Niemców Rothosen – „czerwonymi portkami”.

        Młodsi oficerowie, a zwłaszcza świeżo upieczeni absolwenci Saint-Cyr, prący do
        walki w białym pióropuszu na kepi, nie szczędzili ani siebie, ani ludzi, by
        pogardą śmierci zmazać wstyd Sedanu. Ofensywna doktryna musiała jednak przegrać
        z ołowiem i stalą, a jesienią 1914 roku część piechoty otrzymała wreszcie
        ciemnoniebieskie spodnie, nakładane... na te czerwone. Wcześniej żołnierze
        ratowali się rekwirowanymi w całej Francji spodniami strażaków lub nawet
        naszywaniem worków. Konieczność krycia się przed ogniem i „niehonorowego”
        upodabniania się do podwładnych dotarła także do oficerów, ginących dotychczas
        w pierwszej kolejności. Złocone oznaki stopni na rękawach zastąpili sukiennymi,
        trzeba jednak było interwencji marszałka Joffre’a, by przestali
        wycinać „lukarny” w pokrowcach na kepi dla pokazania stopnia i numeru pułku.
        Wycięcie takie widoczne było przez lornetkę już z 800 m i kosztowało niejedno
        oficerskie życie.

        Brak hełmu czy choćby bliskiego niemieckiej pikelhaubie kasku sprawił, że urazy
        głowy były powszechne. Potężna niemiecka artyleria zabijała i raniła Francuzów
        nie tylko odłamkami pocisków, ale i fruwającymi cegłami czy kamieniami, a
        żołnierzom pozostawało wkładanie na głowy menażek. Dopiero w lutym 1915 roku
        ruszyła produkcja 700 tys. stalowych wkładek pod kepi, tzw. calottes
        (fr. „pękaty garnek” lub „piuska”). Niewygodne (zrazu robiono jeden rozmiar!),
        źle się trzymały na głowie, ale jednak ją chroniły. Ranny wiosną 1915 roku
        bajończyk Wyrożębski wspominał kulę, która przebiła „czapkę i kask stalowy
        (francuski, cienki i lekki – nosi się pod czapką). Zalewam się cały krwią, lecz
        nie tracę przytomności”. Po wprowadzeniu we wrześniu tego roku słynnego
        grzebieniastego hełmu Adriana, „piusek” używano już tylko jako pojemników na
        naboje lub menażek.

        Zwycieski błękit

        Tragiczne niedostatki starego umundurowania sprawiły, że „trójkolorowe” sukno
        stało się produktem najwyższej wagi. Odcięcie dostaw niemieckiej alizaryny
        zmusiło jednak Francuzów do mieszania tylko dwóch kolorów. Tak narodził się
        słynny
        „błękit horyzontu” (bleu horizon), przywdziany później przez hallerczyków.
        Gigantyczna operacja (4,5 m sukna na każdego żołnierza!) powiodła się, choć
        dostawcą indygo do produkcji błękitnego sukna przed wojną była też ...
        niemiecka Badische Anilin. Szczęśliwie, po wyczerpaniu zapasów Francuzom udało
        się podjąć produkcję barwnika w fabryce zarekwirowanej... innej firmie
        niemieckiej. Mundur bleu horizon wprowadzany stopniowo od grudnia 1914 roku dla
        wojsk z metropolii i części kolonii, zrósł się powoli z sylwetką francuskiego
        żołnierza i stał się jego znakiem rozpoznawczym w przyszłości. Przebrane szybko
        w khaki bitne oddziały północno-afrykańskie i Legia Cudzoziemska nie nadawały
        się zbytnio do roli symbolu.

        I tak, dzięki osobistemu doświadczeniu milionów francuskich żołnierzy i ich
        rodzin oraz niezliczonym pocztówkom, obrazkom i fotografiom, w zbiorowej
        wyobraźni dotkniętego tragedią narodu powstał słynny poilu („owłosiony”,
        czy „szczeciniasty”). Każdy Francuz wie, że pod tym słowem kryje się nieogolony
        piechur, który obronił Verdun i ojczyznę, a potem wygrał Wielką Wojnę w
        grzebieniastym hełmie i błękitnym uniformie. A błękitny mundur to przecież
        Francja!
    • wladca_pierscienii artykuł OZON: z ziemi polskiej do Izraela 16.05.06, 14:07
      wiadomosci.onet.pl/1334622,1292,1,kioskart.html
      Bojownicy Ziemi Świętej

      W II RP przygotowywali się do walki w powstanie Izraela

      Setki doskonale wyszkolonych, również przez polskich instruktorów, żołnierzy
      żydowskich przygotowywało się w II RP do walki o powstanie Izraela. Większość
      nie zdążyła wylądować w Palestynie. W 1943 roku zginęli w getcie warszawskim.



      Wiosną 1939 roku na zalesionych wzgórzach wokół Andrychowa w Beskidzie Małym
      często słychać było wybuchy i strzały. Nie były to ćwiczenia polskiej armii,
      ale ani policja, ani wojsko nie interweniowały. To Druga Rzeczpospolita
      szkoliła bojowców żydowskich, by z bronią w ręku wywalczyli swoje państwo.
      Krucjata, której celem było wyswobodzenie Palestyny spod panowania Anglików i
      Arabów, miała się niebawem rozpocząć.





      Polska pomoc

      Trzymiesięczny kurs oficerski dla przyszłych dowódców żydowskiej armii był
      otoczony ścisłą tajemnicą. Żydzi szykowali się przecież do walki przeciwko
      narodowi, z którym przed II wojną światową związani byliśmy wojskowym sojuszem
      (Palestyna objęta była mandatem brytyjskim z ramienia Ligi Narodów). Państwo
      polskie musiało więc działać szczególnie ostrożnie. Jednak zachowane relacje
      uczestników tamtych wydarzeń pokazują, że sanacyjne rządy aktywnie pomagały
      Żydom pragnącym zbrojnie walczyć o swą ojczyznę. Wsparcie nie ograniczało się
      do szkoleń pod kierunkiem polskich sztabowców i zakupu broni. Polska dyplomacja
      w latach 30. prowadziła jawne działania na rzecz powstania żydowskiego państwa.
      W 1936 roku to właśnie z polskiej inicjatywy na forum Ligi Narodów odbyła się
      dyskusja na temat form sprawowania przez Wielką Brytanię mandatu nad Palestyną
      i polityki imigracyjnej.

      Rządowi polskiemu zależało na rozładowaniu napięć narodowościowych. Żydowska
      emigracja do Palestyny miała w tym dziele pomóc. Nasz rząd zaoferował więc
      daleko posuniętą pomoc Żydom, którzy chcieli wyjechać. „Rząd Polski pragnąłby
      dziełu syjonistycznemu pomóc nie dlatego, że chciałby się Żydów pozbyć; raczej
      dlatego, że syjonizm jest szlachetną i humanitarną ideą” – deklarował premier
      rządu polskiego Felicjan Sławoj-Składkowski.

      ydowskie legiony

      Nie ma podstaw, by z tego powodu oskarżać polskie władze o antysemityzm –
      przecież nie wszyscy Żydzi chcieli emigrować i bić się o państwo w Palestynie.
      W żydowskich środowiskach ortodoksyjnych (szczególnie silnych w Polsce)
      syjonizm już od chwili swego zaistnienia pod koniec XIX wieku uznany był za
      herezję i oficjalnie napiętnowany. Żydów chcących pozostać w Rzeczpospolitej
      nikt usuwać nie chciał. Pomoc dotyczyła jedynie tych, którzy uznali, że o
      Izrael trzeba się upomnieć – i że potrzebne są do tego radykalne środki.

      W latach 30. powstała organizacja syjonistów-rewizjonistów skupiająca śmiałków
      dążących do powstania państwa żydowskiego na drodze walki zbrojnej. Na czele
      Nowej Organizacji Syjonistycznej stanął urodzony w Odessie Włodzimierz „Zeew”
      Żabotyński. Był on zafascynowany polskimi doświadczeniami walki o niepodległość
      i szczerze podziwiał Piłsudskiego (nawet się z nim spotkał). Jego ugrupowanie
      miało nawiązywać do tradycji Organizacji Bojowej PPS, POW i Legionów Polskich.
      Żabotyński był sprawnym organizatorem. Jeszcze podczas I wojny światowej
      stworzył Legion Żydowski, walczący u boku ententy z wojskami tureckimi o
      wolność Palestyny.

      ROMANTYK I ŻOŁNIERZ

      Wizja odrodzenia państwa żydowskiego propagowana przez Żabotyńskiego miała
      romantyczno-polski charakter. Jak w 1991 roku pisał w „Dzienniku” Krzysztof
      Mętrak: „Zeew Żabotyński uważał »Konrada Wallenroda« za jeden z pięciu
      największych utworów świata”. Koncepcja Żabotyńskiego odbiegała znacznie od
      syjonizmu sensu stricto, który zakładał – zgodnie z myślą Teodora Herzla –
      wyłącznie pokojową walkę Żydów o państwo w Palestynie.

      Tymczasem syjoniści-rewizjoniści zaopatrywali bojowców w broń kupowaną w wielu
      krajach (w tym w Polsce) i szmuglowaną następnie do Palestyny. Żabotyński
      planował nawet na rok 1940 przeprowadzenie w Palestynie desantu wojskowego, w
      którym wzięłyby udział tysiące dobrze wyszkolonych żołnierzy. Póki co
      koncentrował się na doskonaleniu umiejętności o charakterze terrorystycznym –
      tego bojowcy uczyli się w Polsce.

      Palestyński komendant wspomnianego kursu Mordechaj Sterlic wspomina, że część
      szkolenia obejmowała działalność dywersyjną, konspirację, łączność itp. Te
      nauki posłużyły potem do organizowania akcji terrorystycznych skierowanych
      przede wszystkim przeciwko brytyjskiej administracji, ograniczającej napływ
      Żydów do Palestyny. W 1937 roku w Warszawie gościł Abraham Sztern, sekretarz
      komendy Irgunu, żydowskiego Narodowego Związku Wojskowego. Strona polska i
      żydowska ustaliły wtedy, że nasz kraj w niedługim czasie dostarczy syjonistom-
      rewizjonistom 20 tys. karabinów i 20 mln pocisków.

      Zamknięci w getcie

      Wybuch wojny pokrzyżował ambitne plany syjonistów-rewizjonistów. Bojowcy,
      którzy nie zdążyli jeszcze wyjechać do Palestyny, znaleźli się w tragicznej
      sytuacji. Teraz, zamknięci w gettach, zostali wraz ze swym narodem skazani na
      zagładę. Nie dziwi zatem, że pierwsze próby założenia organizacji
      konspiracyjnej wśród Żydów wyszły właśnie z tego środowiska. W okupowanej
      Polsce przyszło im walczyć już nie o własne państwo, ale o życie i honor. W
      grudniu 1939 roku w Warszawie powstały pierwociny organizacji, która jako
      Żydowski Związek Wojskowy była najlepiej przeszkoloną i wyposażoną w broń
      komórką żydowskiego oporu w stolicy. Jej trzon stanowili Żydzi, oficerowie
      Wojska Polskiego od początku współpracujący z konspiracją polską. Po utworzeniu
      i zamknięciu przez Niemców getta w Warszawie ŻZW utrzymywał liczne związki ze
      stroną aryjską, zbroił żołnierzy, dysponował też tunelem prowadzącym pod murem
      na stronę polską. Tą drogą sprowadzano broń, umożliwiono także ucieczkę z getta
      wielu osobom. Według szacunków Mariana Apfelbauma, autora jedynej jak dotąd w
      całości poświęconej żołnierzom ŻZW książki pt. „Dwa sztandary”, organizacja w
      1942 roku liczyła ok. 300 dobrze uzbrojonych i przeszkolonych żołnierzy
      podzielonych na trzy kompanie. Na czele ŻZW stali major Apfelbaum, Paweł
      Frenkiel i Leon Rodal.

      Mimo niezłego, jak na warunki getta, przygotowania i organizacji, ŻZW nie
      podjął prób walki z okupantem podczas „wielkiego wysiedlenia” od lipca do
      września 1942 roku, kiedy Niemcy wywieźli do Treblinki i zagazowali 300 tys.
      warszawskich Żydów. Tę bierność trudno dziś wytłumaczyć. Trzeba postarać się
      zrozumieć skomplikowaną i tragiczną sytuację Żydów zamkniętych w getcie. Według
      Apfelbauma ŻZW znalazł się w potrzasku. Z jednej strony – istniał i działał
      wśród ludności żydowskiej, której pasywność wynikała z niedożywienia,
      hitlerowskich manipulacji i wpływu środowisk religijnych zdecydowanie
      przeciwnych oporowi. Z drugiej – nie cieszył się sympatią wpływowego Bundu,
      czyli żydowskiej partii socjalistycznej. Przez syjonistyczne ruchy lewicowe był
      wręcz znienawidzony. W dodatku był zależny od polskiego ruchu oporu.

      Bitwa na placu Muranowskim

      Podczas pamiętnych dni kwietniowego powstania w getcie warszawskim w 1943 roku
      główną fortecą Żydowskiego Związku Wojskowego stał się plac Muranowski, o który
      żydowscy żołnierze toczyli zaciętą, kilkudniową walkę. Na jednej z kamienic
      wywiesili dwie flagi: biało-błękitną i biało-czerwoną na znak braterstwa broni
      dwóch walczących z Niemcami narodów, co prasa podziemna i londyńska szeroko
      komentowały. Dowodzący zagładą getta Stroop zareagował na to histerycznie: „Na
      jednym z budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki
      przeciwko nam. Sprawa flag miała doniosłe znaczenie polityczne i moralne. (..
      • wladca_pierscienii artykuł OZON: z ziemi polskiej do Izraela cz.2 16.05.06, 14:08
        Bitwa na placu Muranowskim

        Podczas pamiętnych dni kwietniowego powstania w getcie warszawskim w 1943 roku
        główną fortecą Żydowskiego Związku Wojskowego stał się plac Muranowski, o który
        żydowscy żołnierze toczyli zaciętą, kilkudniową walkę. Na jednej z kamienic
        wywiesili dwie flagi: biało-błękitną i biało-czerwoną na znak braterstwa broni
        dwóch walczących z Niemcami narodów, co prasa podziemna i londyńska szeroko
        komentowały. Dowodzący zagładą getta Stroop zareagował na to histerycznie: „Na
        jednym z budynków wywieszono flagi żydowską i polską jako wezwanie do walki
        przeciwko nam. Sprawa flag miała doniosłe znaczenie polityczne i moralne. (...)
        Sztandary i kolory narodowe są takim samym instrumentem walki jak
        szybkostrzelne działo, jak tysiąc takich dział”. Jednocześnie w innych
        częściach getta walczyli żołnierze Żydowskiej Organizacji Bojowej (utworzonej w
        grudniu 1942), z którymi nie udało się zawrzeć porozumienia o wspólnej walce –
        w większości przywódcy ŻOB-u mieli korzenie lewicowe. Traktowali więc żołnierzy
        ŻZW z nieufnością jako militarystów, a nawet „faszystów” – w najlepszym razie
        prawicowców, więc reakcjonistów. To tragiczne niezrozumienie pomiędzy Żydami
        sprawiło, że po wojnie o Żydowskim Związku Wojskowym przez lata mówiono
        niewiele i niechętnie, a materiały archiwalne na jego temat – być może
        zachowane w Izraelu – nie zostały jeszcze do końca przebadane.

        BRATERSTWO BRONI

        Umocniony bunkrami rejon placu Muranowskiego był broniony także przez polskie
        posiłki, które podkopem pod ulicą Muranowską nadeszły ze strony aryjskiej.
        Pisał o tym m.in. Józef Korboński: „Następnego dnia Iwański [Henryk
        Iwański, „Bystry” – przyp. W. Ch.] wraz z 18 swoimi ludźmi (wśród których był
        jego brat Wacław i dwaj synowie, Roman i Zbigniew) przedostali się na teren
        getta tunelem wykopanym w piwnicy domu przy ul. Muranowskiej 6, po drugiej
        stronie i poza murem getta, który w tym miejscu przebiegał przez środek ulicy
        Muranowskiej. Przynieśli oni broń, amunicję i żywność dla ludzi Apfelbauma, a
        widząc krańcowe wyczerpanie żołnierzy żydowskich, zastąpili ich na pozycjach
        między ruinami placu Muranowskiego a ulicą Nalewki, odpierając powtarzające się
        ataki Niemców. Ten sam tunel wykorzystano do ewakuacji rannych Żydów na stronę
        aryjską. Później brat Iwańskiego i jego dwaj synowie zginęli w walce, a on sam
        został ciężko ranny. Po upadku powstania ludzie Iwańskiego wynieśli swego
        rannego dowódcę przez tunel, wyprowadzając również 34 żydowskich bojowników z
        pełnym uzbrojeniem”.

        Plac Muranowski został po kilku dniach zdobyty przez Niemców, większość
        żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego poległa, niedobitki przeszły na
        aryjską stronę. Ci z syjonistów-rewizjonistów, którym udało się przeżyć
        Holokaust, starali się wszelkimi sposobami przedostać do Palestyny. Niedobitki
        w Polsce wyłapywało UB (za przerzut ludzi na Zachód), a po cofnięciu przez
        Stalina poparcia dla powstałego w 1948 roku Izraela stali się po prostu wrogami
        ludu.

        Co w tym czasie robili bojownicy, którym udało się uciec z Polski? W latach 40.
        liczne organizacje prowadziły działania wspierające żydowskie osadnictwo. W
        1941 roku utworzono nielegalne oddziały szturmowe, które po II wojnie walczyły
        przeciw armii i policji brytyjskiej w Palestynie.

        Także Żydzi, którzy do Palestyny nadciągnęli wraz z II Korpusem gen. Andersa
        zasilili szeregi żydowskich grup podziemnych. Dezercje Żydów z polskich
        szeregów, zgodnie z tajnym zaleceniem gen. Andersa, nie były przez nasze władze
        wojskowe karane, choć Brytyjczycy starali się nakłonić Polaków do wyłapywania
        zbiegłych z wojska.

        KREW NA ULICACH

        Po zakończeniu wojny i pokonaniu trudności czynionych przez władze brytyjskie
        dotarli do Palestyny także ci, którzy ocaleli z Holokaustu. Mężczyźni zasilili
        Haganę (organizację samoobrony, późniejszą Armię Obrony Izraela). Incydenty
        zbrojne, akcje terrorystyczne Irgunu i walki między Żydami i Arabami nasilały
        się.

        Jednym z najbardziej spektakularnych ataków terrorystycznych Irgunu
        wymierzonych w Brytyjczyków było wysadzenie w powietrze głównej kwatery ich
        dowództwa – Hotelu Dawida w Jerozolimie. W akcji przeprowadzonej

        22 czerwca 1946 roku zginęło 91 osób (w tym 15 Żydów), 45 zostało rannych.
        Menachem Begin, dowódca Irgunu, twierdził, że przed atakiem wykonano
        ostrzegawcze telefony. Nie jest to jednak do końca pewne – jedynym ujawnionym
        świadectwem brytyjskim to potwierdzającym jest relacja oficera, który tuż przed
        akcją słyszał, jak jego koledzy żartowali w hotelowym barze, że zaraz zaatakują
        ich syjoniści.

        Po proklamowaniu państwa Izrael w maju 1948 roku działalność Irgunu i innych
        paramilitarnych grup żydowskich stała się dla władz izraelskich uciążliwa.
        Syjoniści-rewizjoniści dążyli do zbrojnej rozprawy ze wszystkimi wrogami
        Izraela, nie bacząc na wewnętrzny układ sił politycznych.

        Na tym tle rychło doszło do konfliktu między Beginem a Dawidem Ben Gurionem,
        premierem nowego państwa. W czerwcu 1948 rewizjoniści zorganizowali wielki
        transport broni i amunicji na statku „Altalena”. Na osobisty rozkaz Ben Guriona
        zatopiono go ogniem artyleryjskim nieopodal Tel Awiwu. Rząd izraelski uznał
        działania rewizjonistów za budowę własnej armii, co mogło doprowadzić do
        wybuchu bratobójczych walk.

        Z czasem siła podziałów zaczęła maleć. Dawni liderzy i członkowie Irgunu na
        stałe wpisali się w życie polityczne Izraela. Odyseja rozpoczęta w lasach
        Drugiej Rzeczpospolitej dobiegła końca w dyplomatycznych gabinetach nowego
        państwa. Zarówno Begin, jak i inny syjonista-rewizjonista Icchak Szamir
        piastowali urząd premiera, a ich partia – uformowana ostatecznie jako koalicja
        Likud – stała się w Izraelu ostoją sił prawicowych, dążących do twardej
        konfrontacji ze światem arabskim.
    • wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. 17.05.06, 14:03
      Świt długich noży
      wiadomosci.onet.pl/1335825,1292,1,kioskart.html
      Ruś samozwańców

      Czterysta lat temu w Moskwie wybuchł wielki bunt przeciw hosudarowi Dymitrowi I
      (Samozwańcowi) i otaczającym go Polakom. Następstwa tego wydarzenia były
      dalekosiężne: wojna domowa w Księstwie Moskiewskim (tzw. smuta, czyli zamęt),
      wojna z Polską oraz budowa zrębów potęgi imperium Romanowów i ich następców.

      Była sobota, 17 maja 1606 r. Dymitr, tytułujący się wielkim księciem
      moskiewskim i carem, jak zwykle wstał wcześnie i wyszedł na kremlowski ganek.
      Czekali tam jego posłowie, diak Afanasij Własiew i kniaź Grigorij Wołkoński.
      Dymitr porozmawiał o poselstwie do Polski i o nastrojach wśród ludności. Wieści
      były raczej uspokajające.

      W tym czasie spiskowcy bez przeszkód przeszli przez Bramę Frołowską (dziś
      Spasską), dzielącą Kreml od Moskwy; straży niemal nie było, gdyż bojarzy
      zwolnili znaczną część cudzoziemskich gwardzistów. W chwilę potem jęknęły
      dzwony we wszystkich cerkwiach stolicy Wielkiego Księstwa. Jacyś jeźdźcy
      kłusując po placu Czerwonym, wśród kramów i tłumu kupujących, krzyczeli na całe
      gardło, że Polacy mordują bojarów i rżną cara. Ludzie brali w dłonie, co
      popadło i szli na Kreml.

      Czy był to przygotowany bunt plebsu, czy zadziałało prawo tłumu? Rosyjski
      historyk Rusłan Skrynnikow sądzi, że Dymitr był raczej popularny wśród plebsu,
      więc spiskowcy krzykami „Polacy mordują cara” chcieli najpierw wywołać rozruchy
      ludowe. Książętom Szujskim i innym bojarom spiskowcom udał się ten bunt. Do
      tłumu dołączyły typy z rohatynami i rusznicami. Potem okazało się, że byli to
      przestępcy wypuszczeni przez spiskowców dla przeprowadzenia planu zamordowania
      Dymitra.

      Gęstniejący na placu tłum zażądał, by car wyszedł do nich. Ktoś przedarł się na
      komnaty pałacowe i podbiegł do władcy z obelżywymi słowami, nazywając go
      niedonoszonym carem. W chwilę potem najbliższy doradca Dymitra Piotr Basmanow
      szablą ściął zuchwalcowi głowę.

      Dymitr ukazał się z berdyszem w ręku, ale ze spiskowcami pertraktował odważny
      Basmanow. Nie zdążył wiele wytłumaczyć: miotając obelgi okolniczy Michał
      Tatiszczew wyjął długi nóż i pchnął swego niedawnego dobroczyńcę (Basmanow
      uchronił go od zesłania) prosto w serce. Ciało zrzucono z ganku. Czyn
      Tatiszczewa ośmielił zamachowców; wyłamali oni drzwi i odebrali halabardy
      gwardzistom.

      Dymitr, w otoczeniu ostatnich 15 gwardzistów, rzucił nagle pałasz i zaczął
      wyrywać sobie włosy z głowy. Ostrzegano go niemal bezustannie przed czającym
      się spiskiem, ale on to lekceważył. Gdy spiskowcy zaczęli wyłamywać drzwi –
      ruszył do ucieczki. Przebiegając koło pokoju żony Maryny Mniszchówny
      krzyknął: „Moje serce, zdrada!”.

      Znał tajne przejście do kamiennych sal nad brzegami Moskwy i mógł się uratować
      skacząc przez okno. Opatrzność jednak od pewnego czasu zdawała się nie czuwać
      nad tym młodzieńcem: upadł z okna tak niefortunnie, że zwichnął nogę i stracił
      przytomność. Odnaleźli go strzelcy z Siewierszczyzny; ocucili, położyli na
      fundamencie pałacu cara Borysa Godunowa, który Dymitr kazał zburzyć. Stanęli w
      szyku zwartym i zaczęli razić ogniem rusznic nacierających spiskowców.

      Bojarzy jednak znaleźli sposób na wiernych carowi strzelców: zagrozili im, że
      wymordują ich rodziny w Strzeleckiej Słobodzie. Przerażeni żołnierze opuścili
      dymiące arkebuzy. Dymitr wpadł w ręce spiskowców, a ci przeprowadzili go przez
      komnaty ograbione przez tłum: car płakał na widok wspaniałego przed chwilą
      pałacu i rozbrojonej gwardii.

      Rozpoczęła się scena niczym z męki Chrystusa, przynajmniej tak ją opisał
      świadek wydarzeń, kronikarz niemiecki Konrad Bussow. Bojarzy zdarli z cara
      strojne ubranie, przebrali w brudny kaftan sprzedawcy pierożków. Zaczęli go
      szarpać, szydząc: „Ej ty, sukinsynu, ktoś ty taki? Kto jest twym ojcem?”. W tym
      czasie główny animator spisku książę Wasyl Szujski jeździł konno po dziedzińcu
      i podburzał tłum przeciw „polskiemu błaznowi”. Znęcający się nad carem bojarzy
      krzyknęli przez okno, że Dymitr przyznał się, iż nie jest synem Iwana IV
      Groźnego. Było to nieprawdą, Dymitr do niczego się nie przyznał, ale odpowiedź
      tłumu była groźna: „Ukrzyżujcie go” – rozległy się krzyki na dziedzińcu.

      W chwilę potem z okien pałacowych dobiegły odgłosy strzałów. Nie wiemy, kto
      pierwszy wystrzelił do cara, być może Grigorij Wołujew albo Iwan Wojejkow.
      Przebite 21 ciosami szabel i długich noży ciało cara powleczono na plac
      Czerwony. „Jak psa albo podłe ścierwo i wystawili odarte i nagie ciało na widok
      publiczny na rusztowaniu z desek zbitym aż do czwartego dnia” – napisał
      holenderski kupiec Wiliam Roussel.

      W Moskwie nastał sądny dzień dla Polaków, którzy przybyli z Dymitrem i w
      orszaku ślubnym jego żony Maryny Mniszchówny. Świeżo koronowana caryca z
      polskiego rodu magnackiego uratowała się; Bussow podaje, że niewysoka, acz
      okrąglutka Maryna skryła się pod sukniami damy dworu.

      Polacy zostali wyrwani ze snu biciem w dzwony. Dwór Jerzego Mniszcha, ojca
      Maryny, otoczyli strzelcy, w tym czasie plebs masakrował bezbronnych i
      zdezorientowanych Polaków. Kilkuset z dworu Maryny na ulicy Nikitskiej
      rozpaczliwie broniło się przed wściekłymi atakami tłuszczy. Zginął niezwykle
      dzielny, opędzający się mieczem, autor diariusza Stanisław Borsza. Inni
      formowali chorągwie, usiłując przebić się konno na Kreml, ale uniemożliwiały to
      barykady z kłód. Kto z Polaków wpadł w ręce plebsu, tego czekała straszna
      śmierć przez rozszarpanie, jak braci Kazanowskich, czy też krzyżowanie do
      drewnianych ścian i kawałkowanie, jak to opisywał świadek zdarzeń Stanisław
      Niemojewski.

      Zaciekle bronił się książę Konstanty Wiśniowiecki, bodaj najbardziej
      znienawidzony przez Moskwian. Ponoć Polacy zabili tam 300 napastników
      kłębiących się na podwórzu dworu, tracąc jedynie 18 ludzi. Nienawiść tłumu do
      Litwy, jak nazywano Polaków, musiała być ogromna, a Wiśniowieckiego i jego
      ludzi przed zagładą uratował główny spiskowiec – Wasyl Szujski. Kniaź ten
      usiłował zahamować też rzeź wobec innych Polaków, np. braci Marcina i Andrzeja
      Stadnickich: „Z płaczem obłapiał, obiecując nam i zdrowie, i wolny odjazd”,
      napisali oni do kanclerza Lwa Sapiehy.

      Główni spiskowcy wiedzieli jednak dobrze, gdzie uderzyć, którego z Polaków
      ocalić, a którego zabić. Wyraźnie oszczędzali posłów króla Rzeczypospolitej i
      znaczące osobistości. Główny animator przejęcia władzy Wasyl Szujski usiłował
      uniknąć konfliktu z Rzeczypospolitą; poza tym czerń w każdej chwili mogła
      obrócić broń przeciwko samym spiskowcom i bojarom. Zapewne dlatego ocalała
      Maryna. Jak podaje prof. Danuta Czerska za arcybiskupem Arsenijem i
      jego „Memuarami”, nie jest całkiem wykluczone, iż ledwie w Moskwie ucichł bunt,
      wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech, zorientowawszy się w sytuacji, sposobił
      się do wydania córki ponownie – tym razem za księcia Szujskiego.

      „Ten dzień 17 maja będą pamiętać, dopóki świat będzie istniał – pisał świadek
      tej jutrzni długich noży Konrad Bussow. – Przez sześć godzin z rzędu nie było
      słychać nic innego prócz bicia w dzwony, strzelaniny, uderzeń, tupotu, tętentu
      koni. (...) Litości nad Polakami okrutni Moskwianie nie mieli”.

      Panowanie Dymitra I, branego za oszusta dynastycznego, Samozwańca, skończyło
      się równie dramatycznie jak baśniowo zaczęło. Jeszcze niedawno, w czerwcu 1605
      r., wjeżdżał on do Moskwy jako postać adorowana przez tłum. Uchodzący za
      ocalałego cudownie syna Iwana IV Groźnego stał się nadzieją na spokój w
      znękanym kryzysami dynastycznymi i klęską głodu Wielkim Księstwie Moskiewskim.

      Popierał Dymitra Kościół katolicki, bo obiecał w Krakowie doprowadzić do unii
      religijnej i wyrzekł się schizmy wschodniej,
      • wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. cz. 2 17.05.06, 14:04
        Popierał Dymitra Kościół katolicki, bo obiecał w Krakowie doprowadzić do unii
        religijnej i wyrzekł się schizmy wschodniej, o czym nuncjusz papieski Klaudiusz
        Rangoni powiadomił z radością papieża Pawła V. Rada mu była znaczna część
        magnatów polskich i sam król Zygmunt III, choć niemal nikt nie wierzył w wersję
        o cudownym ocaleniu Dymitra z rąk siepaczy Borysa Godunowa w 1591 r. Kandydat
        na cara okazał się młodzieńcem wielkich zdolności, wykształconym, bystrym i
        rycerskim. „Kiedy by wsadzon był za pomocą naszą na państwo ten Dimitr, wiele
        by stąd pożytków urosnąć mogło” – pisał król do kanclerza Jana Zamoyskiego 15
        lutego 1604 r. Wpływowy wojewoda Jerzy Mniszech popierał Dymitra najbardziej,
        gdyż ten zakochał się w jego córce Marynie. Przyrzekł, że koronuje Marynę na
        carycę i da jej na wieczne czasy Nowogród Wielki i Psków. (I rzeczywiście:
        najpierw 8 maja 1606 r. koronował Marynę, co było precedensem, a dopiero potem
        ożenił się z nią). Dymitra pokochali bitni Kozacy, którzy pomogli mu zasiąść na
        Kremlu. Był też szansą dla polskiej młodzi szlacheckiej z wyżu demograficznego,
        szukającej dla siebie zajęcia, urzędów, zaszczytów.

        W izolowanym do tej pory szczelnie Wielkim Księstwie Moskiewskim był Dymitr I
        władcą niezwykłym. Otaczał się cudzoziemcami, ubierał i mówił po polsku,
        wprowadził wyrafinowany przepych na Kreml. Nie zaczął panowania od wyrżnięcia
        opozycji, darował Wasylowi Szujskiemu winy i spiski, przemawiał do moskiewskich
        strzelców tak wstrząsająco, że sami rozerwali swych sześciu towarzyszy
        głoszących, że Dymitr nie jest synem Iwana IV, lecz oszustem dynastycznym,
        Samozwańcem. W cerkwi zachowywał się bezceremonialnie. Nie zważał na swe
        bezpieczeństwo, więc spiskowcy bojarscy przeprowadzili pucz z łatwością.

        Otaczających Dymitra Polaków dość szybko znienawidzono, gdyż Moskwa była
        skrajnie ksenofobiczna. Nosiła w sobie paniczny lęk przed katolicyzmem. Panowie
        polscy zachowywali się w stolicy hosudarstwa w miarę przyzwoicie; nie
        uszanowali jednak, może nieświadomie, niektórych zwyczajów; np. wchodzili do
        cerkwi z bronią. Znacznie gorzej było z pijaną czeladzią polską, wywołującą
        zwady; zdarzyły się wypadki gwałtu na niewiastach moskiewskich.

        Ale i dla strony polskiej Dymitr I szybko stał się niewygodny. Żądał, by
        tytułowano go cesarzem albo niezwyciężonym imperatorem (imperator
        invictissimus). Król Zygmunt III Waza szybko przychylił się do zdania wysłańców
        Wasyla Szujskiego, że w osobie Dymitra ma do czynienia z „człowiekiem płochym”,
        i zaczął zmieniać swe plany wobec Moskwy. Wysłane tam poselstwo Aleksandra
        Gosiewskiego proponowało Dymitrowi zawarcie „wiecznej ligi i wiecznej
        przyjaźni” polsko-moskiewskiej pod warunkiem, że hosudar odda Polsce i Litwie
        ziemię smoleńską, siewierską, Nowogród Wielki, Psków, Wielkie Łuki i inne
        miasta niegdyś zagarnięte. W gruncie rzeczy było to powtórzeniem propozycji
        wysuniętych wobec cara Borysa Godunowa w 1600 r. Uparte plotki głosiły, że
        Dymitr zdąża do korony polskiej, gdzie narastał bunt szlachty i magnatów, czyli
        rokosz Zebrzydowskiego. Zdaniem prof. Jaremy Maciszewskiego, polscy rokoszanie
        w 1606 r. i później nie garnęli się jednak do cara, by pomóc mu zdobyć polski
        tron.

        Gdy zmasakrowane zwłoki Dymitra leżały na placu Czerwonym, 19 maja Wasyl
        Szujski został obwołany przez bojarów carem. Zdaniem niektórych historyków
        Szujski miał utorować drogę do tronu rodowi Romanowów. Niemal wszystko wskazuje
        bowiem, że Dymitr I był w rzeczywistości czerńcem (mnichem) Grigszką
        Otriepiewem, który genialnie odegrał rolę cara, przygotowany przez Romanowów.
        Tron moskiewski osiągną oni za siedem lat, w 1613 r.

        By ukrócić plotki, Wasyl Szujski kazał sprowadzić z Uglicza ciało małego
        Dymitra, który zginął w tajemniczych okolicznościach w maju 1591 r., na dowód,
        że zabity car Dymitr I Samozwaniec był oszustem, który podszył się pod zabitego
        małego Dymitra. Ciało chłopca złożono w soborze Archangielskim. Rychło
        zasłynęło ono cudami uzdrowień i mały Dymitr został wyniesiony na ołtarze.

        Tymczasem z ciałem dorosłego cara Dymitra I działy się rzeczy niezwykłe. Na
        placu Czerwonym pojawiały się z ziemi ognie, gwałtowna burza zwaliła bramę
        Sierpuchowską. By ukrócić te pogłoski, duma bojarska postanowiła ciało spalić.
        Uczyniono to 28 maja; niektóre przekazy dodają, że prochami załadowano armatę i
        wystrzelono na zachód, by Dymitr wracał, skąd przyszedł. Polacy zostali
        internowani.

        Ale Szujskim nie udało się zatrzymać rozpętanego przez lud poszukiwania władcy
        prawdziwego. Największą karierę jako kolejny cudownie ocalały Dymitr zrobił
        pewien człek niewiadomego pochodzenia, „grubianin wielki, obyczajów brzydkich”,
        który w Starodubie Siewierskim podał się za cara. O ile co do Dymitra I
        istnieje cień wątpliwości, kim był naprawdę, o tyle Dymitr II był jawnym
        oszustem „do pierwszego niczym (oprócz tego, że człowiek) niepodobny” – jak
        zauważył cierpko hetman Stanisław Żółkiewski. Dymitr II rozpoczął przebiegłą
        akcję werbunkową na Litwie, zyskując wsparcie militarne magnatów polskich i
        litewskich.

        I odniósł wielkie sukcesy. 10 maja 1608 r. polskie wojska Samozwańca II rozbiły
        pod Bołchowem źle dowodzoną armię cara Wasyla Szujskiego. Poszły na Moskwę i
        założyły obóz u zbiegu rzek Moskwy i Tuszyna, który przemienił się niemal w
        drugie miasto. W powtórnej bitwie armia Samozwańca II znów poraziła ogromne
        wojska Szujskiego, choć opłaciła to ciężkimi stratami. Moskwa wpadła w przepaść
        okrutnej wojny domowej.

        Rzeczypospolita dotąd nie wykorzystywała ciężkiej sytuacji w Rosji, choć wiele
        głosów wskazywało na dobrą perspektywę dla planów unii z Moskwą na polskich
        warunkach. Car Wasyl miał jednak poważny atut w ręku: polskich jeńców z carycą
        Maryną na czele. Doszło do rozejmu w lipcu 1608 r.: car Wasyl Szujski zgodził
        się ich oswobodzić.

        Tymczasem siły Samozwańca II rosły wskutek dopływu chorągwi polskich, m.in.
        Aleksandra Zborowskiego i starosty uświackiego Jana Piotra Sapiehy. Rozpoczęte
        od farsy dymitriady toczyły się dalej w tej konwencji: wypuszczona na wolność
        Maryna zgodziła się na przyjazd Dymitra 16 września 1608 r., po czym uznała
        jawnego oszusta za swego cudownie ocalałego męża. Choć chyba nie do końca,
        skoro w absolutnej tajemnicy ks. Antoni Lubelczyk udzielił ślubu tej dziwnej
        parze.

        Jan Piotr Sapieha rozpoczął niebawem oblężenie monasteru Troicko-
        Siergiejewskiego. To był poważny błąd, by oblegać „jeden z czcigodnych ośrodków
        Kościoła prawosławnego, którego rangę można porównać do polskiej Częstochowy”,
        zauważył trafnie Wojciech Polak w znakomitej monografii „O Kreml i
        Smoleńszczyznę”. Tak zaczęła się bezpardonowa walka nie tylko o władzę, ale i
        transcendentne symbole, co wzmacniało niebywale wolę moskiewskiego oporu.

        W zwycięskim dotąd wojsku Dymitra II zaczął się też tumult w związku z
        niezapłaconym żołdem. Dla poskromienia buntowników ruszyły m.in. polskie
        oddziały płk. Aleksandra Lisowskiego. Zasłyną z niebywałych okrucieństw:
        lisowczykami matki będą straszyć dzieci od Wołgi po Ren. Wojna Polaków z Rusami
        zmieniła się w jedną z najokrutniejszych w tej części Europy, a Polacy chcąc
        nie chcąc wystąpili w roli okrutnych agresorów i zaborców.

        Co uczyniła Rzeczypospolita, czyli jej król, senat, izba poselska? Król Zygmunt
        III był bardziej zainteresowany schedą szwedzką, którą mu odebrał stryj Karol
        Sudermański. Ale uwagę jego przyciągała też coraz widoczniej Moskwa: od 16
        czerwca 1608 r. prowadził akcje sondażowe wśród polskich senatorów i posłów.
        Podkreślał fakt wymordowania Polaków, zelżenia narodu i złamania rozejmu przez
        cara Wasyla.

        Szlachta i senatorowie początkowo nie chcieli wojny z Moskwą. Ale listy
        królewskie, agitacja i coraz silniejsze nastroje prowojenne pośród młodzi
        szlacheckiej uczyniły swoje. W pierwszej ro
        • wladca_pierscienii artykuł "Polityka": Moskwa 1606 r. cz. 3 17.05.06, 14:05
          Szlachta i senatorowie początkowo nie chcieli wojny z Moskwą. Ale listy
          królewskie, agitacja i coraz silniejsze nastroje prowojenne pośród młodzi
          szlacheckiej uczyniły swoje. W pierwszej rozmowie króla z hetmanem Żółkiewskim
          na temat uderzenia na hosudarstwo, ujawniły się poważne rozbieżności w
          koncepcjach politycznych i militarnych: iść na Moskwę i doprowadzić do unii,
          jak chciał sceptyczny Żółkiewski, czy też odbić Smoleńsk i zobaczyć, co dalej,
          jak widział rzecz realista Zygmunt III?

          Decydujące dla wybuchu wojny okazało się zawarcie 28 lutego 1609 r. w Wyborgu
          sojuszu moskiewsko-szwedzkiego. „Traktat moskiewsko-szwedzki spowodował to, że
          Zygmunt III zupełnie przestał się wahać. W marcu 1609 r. podjął ostateczną
          decyzję o wojnie. (...) Sprzymierzone Moskwa i Szwecja stawały się dużą
          potęgą”, Rzeczpospolita została zagrożona co najmniej odbiciem Inflant, pisał
          W. Polak. Zygmunt III rozpoczął gorączkowe przygotowania do wielkiej wojny.

          21 września 1609 r. wojska Rzeczypospolitej z przewagą husarii przekroczyły
          graniczną Iwarę i podeszły pod Smoleńsk. Dość szybko przyszły wielkie sukcesy
          Polaków. Żółkiewski, po spektakularnym rozbiciu w lipcu 1610 r. wielkiej armii
          Dymitra Szujskiego pod Kłuszynem, został zaproszony na Kreml przez bojarów,
          którzy skłonni byli oddać tron carski Władysławowi Zygmuntowiczowi Wazie,
          synowi Zygmunta III. Hetman wkroczył do Moskwy w październiku 1610 r.

          Wojna dwóch wielkich państw wyniszczyła straszliwie Wielkie Księstwo
          Moskiewskie. Ale też zbudowała rosyjską świadomość i żądzę odwetu na Polsce: to
          była wojna o dominację w tej części Europy! Wynik tej walki w wymiarze
          dziejowym okaże się dla Moskwy zwycięski i korzystny.

          Ustanowienie święta państwowego 4 listopada, w dniu wypędzenia Polaków z
          moskiewskiego Kremla w 1612 r. (POLITYKA 3/2005), pozwala sądzić, że Rosjanie
          dobrze pamiętają o znaczeniu wojny z Rzeczypospolitą. Zachowali wtedy
          niepodległość, a potem zbudowali zręby potęgi imperium Romanowów i ich
          następców.
          • panzerviii Frodo - Boskie! 17.05.06, 16:21
            Wpadnij czasami tutaj

            forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=25220
            Admin napisał doktorat z historii Smuty i Dimitriad, ale w ogóle jest znawcą
            Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a ja też ten temat lubie.
    • wladca_pierscienii artykuły : Polska z eksportera w importera 05.06.06, 14:08
      wiadomosci.onet.pl/1339102,2677,kioskart.html
      Zbieramy złom
      Nieudane zakupy
      Nie od dzisiaj wiadomo, że technologie wojskowe należą do najbardziej
      zaawansowanych, ale również najdroższych. Powoduje to, że handel wszelkiego
      rodzaju uzbrojeniem należał - i w dalszym ciągu należy - do najbardziej
      lukratywnych interesów, a firmy i - co za tym idzie - państwa, produkujące
      systemy uzbrojenia, osiągają wielkie zyski z ich sprzedaży. Ale nie my. My
      umiemy tylko na tym tracić.

      Technika kosmiczna i lotnicza oraz systemy rozpoznawania i ostrzegania, to
      najbardziej kosztowne instalacje militarne. Do wyprodukowania uzbrojenia lub
      oprzyrządowania trzeba dysponować nie tylko zaawansowaną technologią i nauką,
      ale także bardzo wysoko wykwalifikowanymi kadrami, a to wymaga wielkich
      nakładów finansowych. Tak więc rynek producenta, a zarazem oferenta najbardziej
      zaawansowanych technologii, jest stosunkowo wąski i od dawna zdominowany przez
      małą grupę państw. Są to, przede wszystkim, USA, Rosja, Francja i Wielka
      Brytania, a w dalszej kolejności Niemcy i Japonia, a także Chiny, które
      kooperują zarówno z Rosją, jak i Francją. W niektórych systemach uzbrojenia do
      czołowej grupy należy również Izrael. Znacznie większa jest natomiast grupa
      państw produkujących mniej skomplikowane systemy militarne. Należą do niej - o
      dziwo - państwa neutralne, jak Szwajcaria i Szwecja, ale również Brazylia,
      Argentyna, Czechy i ponad 20 innych państw.


      Kiedyś do tej grupy należała również Polska, która z eksportu technologii
      wojskowych czerpała znaczące zyski, ale dzisiaj zdecydowanie należy już do
      grupy importerów - zarówno licencji, jak i gotowych produktów. Tyle że my,
      Polacy, często, niestety, decydujemy się na zakup uzbrojenia przestarzałego i
      mniej sprawnego. Chociaż polskie siły zbrojne na tym tracą, a prestiż państwa
      spada, to jednak konkretni ludzie zacierają ręce i... liczą swoje prywatne
      zyski.

      Największym, pod względem ilościowym i finansowym, zamówieniem na sprzęt bojowy
      wojsk lądowych był przetarg na kołowy transporter opancerzony. Już sama zamiana
      sprzętu gąsienicowego na kołowy budziła duże kontrowersje. Polska dysponowała
      bardzo dobrymi pod wieloma względami bojowymi wozami piechoty BWP-1 i BWP-2.
      Były to pojazdy gąsienicowe, lecz miały możliwość zamontowania gumowych
      nakładek na gąsienice, co czyniło je sprawnymi na drogach na równi z pojazdami
      kołowymi. W terenie wyższość pojazdu gąsienicowego nad kołowym jest oczywista,
      dlatego też czołowe armie świata, w ostatnim czasie, powracają właśnie do
      sprzętu gąsienicowego, z możliwością zamontowania gumowych nakładek. Za
      przykład może posłużyć choćby najnowszy model amerykańskiego transportera
      Bradley, czy brytyjski transporter Warior. Rosja z kolei produkuje jednocześnie
      oba typy wozów bojowych.

      W naszym kraju, za rządów AWS, przeważyła koncepcja przejścia jednoznacznie do
      transportera kołowego. Uzasadnienie tej koncepcji było zgoła komiczne:
      argumentowano bowiem, że "transporter kołowy lepiej wypełnia zadania
      policyjne'', o czym zapewne przywódcy AWS przekonali się na własnych plecach w
      latach 80. Być może więc ludzie ci, będąc teraz po drugiej stronie barykady,
      postanowili zabezpieczyć się przed społeczeństwem równie skutecznie...

      Przetarg na polskie wozy bojowe wygrała fińska firma Patria oferując stosunkowo
      tani i prosty transporter kołowy o tej samej nazwie. Inne oferty bardziej
      zaawansowanych konstrukcji odrzucono, ponieważ były znacznie droższe. Jednak
      wiadomo, że najtańsza oferta nie zawsze bywa najlepsza. Nie poinformowano
      opinii publicznej, na przykład, o tym, że oferowany ośmiokołowiec był po prostu
      nieautoryzowaną i słabo przetestowaną przeróbką mniejszego i znacznie lżejszego
      sześciokołowca, który już od kilkunastu lat służył armii fińskiej jako....
      transporter rozpoznawczy i sanitarny. Polacy jednak potrzebowali znacznie
      większego i wszechstronniejszego transportera, dlatego Finowie przedstawili do
      przetargu nie oryginał, lecz wersję powiększoną. Wkrótce okazało się, że
      konstrukcja Patrii musi być poważnie wzmocniona i dostosowana do wymagań NATO,
      ale po długich przygotowaniach Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach
      wreszcie przystąpiły do produkcji pierwszych egzemplarzy Patrii, której polską
      wersję nazwano Rosomak.

      Szybko okazało się, że zastosowany silnik ma za małą moc, jak na tak ciężki
      pojazd, a na większy i silniejszy po prostu w tym transporterze nie ma miejsca.
      Poza tym, Rosomak z wielkim trudem utrzymywał się na powierzchni wody, choć
      jego mniejsza i lżejsza fińska wersja pływa doskonale. Poprawiono więc trochę
      pływalność, więcej nie dało się zrobić. Kolejnym słabym elementem okazało się
      uzbrojenie. Jako wyposażenie polskiej wersji bojowej zaplanowano włoskie
      szybkostrzelne działko kalibru 30 mm Malava, które uważa się za wszechstronne i
      skuteczne, mimo że do Rosomaka nie wybrano jego najnowocześniejszej wersji.
      Tyle że działko to razem ze skonstruowaną w koprodukcji wieżyczką sporo waży, a
      dodatkowy ciężar pogorszył jeszcze możliwość forsowania przeszkód wodnych i
      ruchliwość Rosomaka. Pojazd stał się też wysoki, co pogarsza jego walory
      defensywne.

      Rosomak ma zostać wyprodukowany w liczbie ponad 700 sztuk i przez około 20 - 25
      lat powinien być podstawowym pojazdem bojowym polskich Wojsk Lądowych. Zamówień
      zagranicznych na jego zbyt raczej nie możemy się spodziewać, zważywszy, że
      Rosomak, mimo swej groźnie brzmiącej nazwy, jest przestarzały, a po przeróbkach
      zbyt ciężki i za drogi. Pozostaje nam więc liczyć na jego skuteczność w
      operacjach policyjnych...Czołg pozostaje nadal bardzo wszechstronnym i
      potrzebnym na polu walki pojazdem bojowym. Nasz kraj dysponuje stosunkowo dużą
      liczbą sprzętu pancernego. Podstawą są czołgi T-72M - rosyjska konstrukcja z
      lat 70. w dalszym ciągu przydatna na polu walki. Mankamentem tego wozu jest
      gładkolufowa armata kalibru 125 mm o małej prędkości początkowej pocisku, mimo
      jego wielkiego kalibru. Kolejną wadą jest automatyczny podajnik amunicji, który
      niestety często się zacina. Inny posiadany przez Polskę sprzęt pancerny
      zmodernizowano instalując nowoczesne francuskie dalmierze laserowe i nowoczesny
      pancerz, dzięki czemu powstał praktycznie nowy typ czołgu - PT-90 Twardy.
      Okazało się jednak, że przy okazji tych modernizacji znacznie zwiększono ciężar
      maszyny, przez co stała się powolna, szczególnie w trudnym terenie, zaś sama
      modernizacja okazała się bardzo kosztowna. Oprócz tego, 10 brygada pancerna w
      Świętoszowie otrzymała, za darmo, na swoje wyposażenie bardzo dobre niemieckie
      Leopardy II, ze 120-mm armatą, która - jak potocznie wyrażają się
      profesjonaliści - "gryzie wszystko''. Darowizna ta wiązała się z faktem, że
      polska brygada, w ramach sił szybkiego reagowania NATO, wchodzi w strukturę
      niemieckiej 7 dywizji pancernej i oczywiste jest, że musi dysponować sprzętem
      według jednolitych standardów.

      Tym sposobem na uzbrojeniu polskiej armii mamy 3 typy czołgów, co znacznie
      podraża koszty eksploatacji. Wszystko wskazuje na to, że będziemy stopniowo
      przechodzić na niemieckie Leopardy, tyle że tym razem już nie za darmo.
      Istnieje wiele zasadnych argumentów za tym zakupem. Szkoda tylko, że musimy
      kupować obce konstrukcje, choć mieliśmy i nadal mamy plany bardzo dobrego i
      nowoczesnego, a na dodatek taniego w produkcji, polskiego czołgu nowej
      generacji zaprojektowanego pod nazwą Goryl. Już w fazie projektu zakupem tego
      modelu było zainteresowanych około 10 państw. Z rachunku ekonomicznego
      wynikało, że już po wyprodukowaniu około 600 maszyn nakłady zostałyby zwrócone,
      a eksport dalszych 300 sztuk przyniósłby znaczące zyski... Ale za rządów
      premiera Buzka zapadła decyzja, że Polska nie podejmie produkcji tej maszyny.
      Czemu?

      Czyżby Polska była tak bogata, że woli kupować drogi
      • wladca_pierscienii Re: artykuły : Polska z eksportera w importera 05.06.06, 14:08
        Czyżby Polska była tak bogata, że woli kupować drogie, obce produkty
        zamiast "męczyć'' krajowy przemysł zbrojeniowy?Dostosowanie się do standardów
        NATO wymagało też zmiany kalibru sprzętu artyleryjskiego. Co prawda szereg
        państw NATO pozostaje na razie przy dotychczasowym, ale Polska postanowiła, jak
        zwykle, być liderem w wydawaniu pieniędzy. Haubice 155-mm są oczywiście bardzo
        potrzebne, ale na razie, mamy stare, bardzo dobre haubice kalibru 152 mm z
        wielkimi zapasami amunicji. Strona polska podjęła rozmowy z kilkoma państwami
        sojuszniczymi na temat koprodukcji 95 sztuk haubic 155 mm i w końcu wybrano
        ofertę brytyjskiej firmy Marconi. Ustalono, że na wspomnianych zasadach strona
        polska wytwarzać będzie podwozie i kadłub, a Brytyjczycy będą dostarczać samą
        armatę.

        Nie powiedziano jednak głośno, że z tego typu haubicy brytyjska armia właśnie
        rezygnuje na rzecz armat i haubic nowej generacji. Zakład w Stalowej Woli,
        który prowadził prace wdrożeniowe nad dwoma prototypowymi egzemplarzami nowej
        broni, niedawno przedstawił rezultaty swoich prac oficjalnie uznając, że ta
        hybrydalna brytyjsko-polska haubica jest mocno przestarzała i ogólnie nieudana.
        Wobec takiej opinii należy się cieszyć, że nie podjęto produkcji seryjnej. Tyle
        że dotychczasowe prace kosztowały 130 mln zł., a zapłacił za to nie kto inny,
        tylko polski podatnik, czyli my wszyscy.Te i szereg innych przykładów świadczą,
        że Polska z eksportera staje się importerem netto szeroko rozumianego sprzętu i
        oprzyrządowania militarnego. O ile zakup pewnych licencji mógłby być nawet
        zasadny z punktu widzenia rozwoju konkretnej technologii i ewentualnego
        reeksportu, to jednak w wypadku szeregu transakcji, które Polska już
        przeprowadziła, były to, niestety, zakupy docelowe, nie przynoszące żadnych
        innych perspektywicznych korzyści poza samym posiadaniem danego dobra
        materialnego (na dodatek wątpliwej jakości).

        Polski przemysł zbrojeniowy jeszcze nie zginął, ale jego sytuacja nie jest
        dobra. Poważne podmioty, takie jak warszawskie zakłady Wola są w stadium
        likwidacji. Olbrzymie kłopoty przeżywają też Stalowa Wola, Stocznia Marynarki
        Wojennej, Zakłady Lotnicze w Świdniku i inne przedsiębiorstwa produkujące broń
        lub elementy uzbrojenia. Istnieje jednak jeszcze spora szansa, że stosując
        racjonalne środki i metody powoli możemy odzyskiwać pozycję producenta i
        umiarkowanego eksportera na tym wielce zyskownym rynku. Jednak opisane tu
        przykłady niegospodarności, które, niestety, można mnożyć, wskazują, że chęć
        zysku niektórych polityków i lobbystów znacząco przeważa nad polską racją
        stanu. Wielkie transakcje, które Polska przeprowadziła w ostatnich latach w
        zakresie importu nienowoczesnego lecz drogiego sprzętu, od samolotu F-16
        poczynając, a na kołowym transporterze opancerzonym wcale nie kończąc,
        świadczy, że po prostu zbieramy złom od naszych sojuszników, dając im jeszcze
        na tym zarobić. A wielkie pieniądze, które na tym tracimy pochodzą, niestety, z
        naszych portfeli.
      • marek_101 Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:51
        Zamówień
        >
        > zagranicznych na jego zbyt raczej nie możemy się spodziewać, zważywszy, że
        > Rosomak, mimo swej groźnie brzmiącej nazwy, jest przestarzały, a po
        przeróbkach
        >
        > zbyt ciężki i za drogi.

        dawno nie czytałem artykuła w którym ayuto popisałby się taką indolencją,
        ignorancją i ilością idiotyzmów. To zdanie powyżej bije jednak wszystko


        Szkoda tylko, że musimy
        > kupować obce konstrukcje, choć mieliśmy i nadal mamy plany bardzo dobrego i
        > nowoczesnego, a na dodatek taniego w produkcji, polskiego czołgu nowej
        > generacji zaprojektowanego pod nazwą Goryl. Już w fazie projektu zakupem tego
        > modelu było zainteresowanych około 10 państw. Z rachunku ekonomicznego
        > wynikało, że już po wyprodukowaniu około 600 maszyn nakłady zostałyby
        zwrócone,
        >
        > a eksport dalszych 300 sztuk przyniósłby znaczące zyski... Ale za rządów
        > premiera Buzka zapadła decyzja, że Polska nie podejmie produkcji tej maszyny.
        > Czemu?
        Ten powyższy wywód też jest nie zły ;-))
        No właśnie może forumowicze wiecie czemu premier Buzek ukatrupił tak wspaniały
        czołg - Goryl , którym było zainteresowane 10 państw !!! ;-)))))
        • wujcio44 Re: Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:53
          marek_101 napisał:
          > No właśnie może forumowicze wiecie czemu premier Buzek ukatrupił tak wspaniały
          > czołg - Goryl

          Nie lubił małp?
          • marek_101 Re: Kolejny szczyt debilizmu w Trybunie 05.06.06, 14:57
            Tak się zastaniawiam, skąd się bierze tyle bzdur na temat Rosomaka, pisanych
            najpierw w NIE a teraz w Trybunie, jednyna odpowiedź jaka mi przychodzi to taka
            że eseldowscy bonzowie związani z tymi gazetami nie nakradli się w tym
            przetargu bo koń którego obastwiali nie wygrał.
    • wladca_pierscienii rotmistrz Pilecki i Cyrankiewicz 20.06.06, 08:51
      Przewodnik Katolicki
      wiadomosci.onet.pl/1342051,1292,kioskart.html
      Śmierć za honor i prawdę

      Z Krzysztofem Pileckim, bratankiem rotmistrza Witolda Pileckiego, rozmawia
      Jadwiga Knie-Górna

      Jakie wspomnienia pozostały w rodzinie o bohaterskim rotmistrzu Witoldzie
      Pileckim?

      Stryj był zawsze wzorem do naśladowania. Jako gorący patriota, nie zapominał
      też o rodzinie. Był dobrym mężem i kochającym ojcem. Rzadko bywał w domu.
      Natomiast jeśli się pojawiał, to otaczał swoich bliskich całą swoją miłością.
      Szczególnie miłował córkę Zofię.

      Pański stryj został uznany przez angielskich historyków za jedną z sześciu
      najodważniejszych osób okresu II wojny światowej. Na czym polegał jego heroizm?


      Był człowiekiem honoru, żołnierzem, który całe swoje życie poświęcił walce o
      wolność. Miał też w sobie umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji,
      znakomity organizator. Zarówno jego żołnierze, jak i zwierzchnicy podkreślali,
      że był wspaniałym dowódcą. Miał wszelkie predyspozycje, aby osiągnąć najwyższe
      stanowiska. Szefował przecież jako pierwszy Sztabowi Głównemu Tajnej Armii
      Polskiej. Jednak wybrał zupełnie inną drogę, zgłaszając się na ochotnika do
      obozu koncentracyjnego KL Auschwitz. Poszedł tam z konkretnym zamiarem;
      chodziło o to, żeby informacja o tym, co się tam działo, dotarła zarówno do
      ścisłego kierownictwa w kraju, jak i za granicę. Szedł do obozu z wieloma
      założeniami, które chciał tam zrealizować, m.in. miał zorientować się o
      możliwościach wydostania z obozu niektórych więźniów, zdobycia dowodów
      świadczących o złym traktowaniu więźniów politycznych, a także o możliwości
      zorganizowania konspiracyjnej organizacji wewnątrz obozu. Jednak w zetknięciu z
      przerażającą rzeczywistością musiał te plany zweryfikować. Rozpoczął tworzenie
      tajnej siatki pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Zadaniem jej było przede
      wszystkim: podtrzymywanie na duchu współwięźniów, przekazywanie im wiadomości z
      zewnątrz, potajemne zdobywanie odzieży i żywności, a także przygotowywanie
      zbrojnej akcji wyzwolenia obozu. To była doskonale zorganizowana konspiracja
      obozowa, której kierownictwo miało dostęp nie tylko do radiostacji, ale do
      wszystkich strategicznych punktów obozu, takich jak poczta, szpital, kuchnia.
      Rotmistrz Pilecki przekazywał przez wiele osób bardzo różne meldunki, które
      dzięki tejże zorganizowanej konspiracji docierały do celu. Niestety, meldunkom
      tym trudno było dać wiarę. Rotmistrz Pilecki czekał na rozkazy z zewnątrz, gdyż
      był przygotowany do podjęcia każdej akcji zbrojnej w obozie. Brak takich
      rozkazów spowodował, że postanowił zrealizować wcześniej przygotowaną ucieczkę
      z obozu.

      Rotmistrz Pilecki był człowiekiem, który przez ścisłe kierownictwo obozowej
      konspiracji był obdarzony bezgranicznym zaufaniem. Był też człowiekiem, który
      nigdy nikogo nie skrzywdził. Stryj nigdy o nikim nie powiedział nic złego, w
      sytuacjach kontrowersyjnych zawsze winę brał na siebie. Jako dowódca i
      założyciel konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, był człowiekiem niezwykle
      wymagającym, stanowczym, ale też bardzo sprawiedliwym. Jego heroizm jest dla
      nas trudny do pojęcia, bowiem rotmistrz zawsze stawiał przed sobą właściwie
      nierealne do wykonania zadania. Po wojnie przecież wrócił do kraju, aby dalej
      walczyć z komunistyczną władzą o wolność swego kraju, pomimo że doskonale
      zdawał sobie sprawę, czym taki powrót może się dla niego skończyć. Przecież
      mógł pozostać w Anglii, ściągnąć tam rodzinę i żyć w spokoju do końca swoich
      dni. Jednak on zgodnie ze swoim przekonaniem podjął się kolejnej niebezpiecznej
      misji - rozwiązania wszelkich konspiracyjnych struktur AK w kraju będącym pod
      uciskiem komunistycznych władz radzieckich.

      Człowiek, który należał do ścisłego dowództwa Wojska Polskiego, nazwany przez
      władze PRL szefem wywiadu generała Andersa, wolał śmierć niż rozłąkę z
      ukochaną, choć zniewoloną Ojczyzny?

      - Tak. Po powrocie do Polski nadal działał w osamotnieniu. Ówczesne władze
      nazwały Witolda wrogiem numer jeden Polski Ludowej, szefem wywiadu Andersa na
      Polskę. W gazetach pojawiały się codziennie informacje z procesu. Proces był
      pokazowy. Przedstawiono Pileckiego jako człowieka niezwykle niebezpiecznego,
      szpiega, nielegalnie posiadającego arsenał broni. Witold Pilecki nie wyobrażał
      sobie życia w zniewolonej Ojczyźnie. Do końca wierzył, że może coś zmienić.

      Jaki wpływ na wyrok rotmistrza Pileckiego miał Józef Cyrankiewicz? Czy to
      prawda, że do sądu skierował jakiś haniebny list?

      Rzeczywiście, prokurator poinformował na rozprawie, że do sądu wpłynął list od
      premiera Józefa Cyrankiewicza. Jeden z fragmentów tego listu brzmiał: „Gdyby
      oskarżony zechciał powoływać się na mnie, na moją znajomość z Oświęcimia, nie
      może to absolutnie w żadnym wypadku zmniejszyć jego winy i nie może spowodować
      złagodzenia wyroku. Oskarżony Witold Pilecki jest wrogiem Polski Ludowej, jest
      bardzo szkodliwą jednostką, dlatego powinien ponieść najwyższy wymiar kary”.
      Józef Cyrankiewicz w ten sposób raz na zawsze uciszył niewygodnego dla siebie
      świadka. Minęła 58. rocznica śmierci Witolda Pileckiego, zbliża się 50.
      rocznica Czerwca ‘56. Należy o tym mówić, że członek biura politycznego
      Komitetu Centralnego PZPR, a później przewodniczący Rady Państwa, był w latach
      1941-1945 nikczemnym donosicielem, który dopuścił się największej zdrady, w
      wyniku której rozstrzelano całe kierownictwo obozowej konspiracji.

      Jednak zanim Pański stryj został uwięziony, Cyrankiewicz próbował się z nim
      skontaktować, by w zamian za milczenie rotmistrza ofiarować mu intratne
      stanowisko i wygodne życie.

      Oczywiście rotmistrz Pilecki nigdy nie zaprzedałby się diabłu, nigdy nie
      zdradziłby swojej Ojczyzny, dla niego Bóg, honor i Ojczyzna były najwyższymi
      wartościami. Liczył jednak na to, że Cyrankiewicz może zmieni swoje stanowisko
      wobec niego, ponieważ w obozie razem składali przysięgę, że nawet za cenę
      swojego życia będą zawsze bronić prawdy o KL Auschwitz. Tylko że dla
      Cyrankiewicza słowo prawda miało zupełnie inny wymiar.

      Dlaczego Józef Cyrankiewicz tak bardzo obawiał się Witolda Pileckiego?

      Ponieważ stryj doskonale wiedział, że jego przeszłość w KL Auschwitz była
      zupełnie inna niż ta, którą rozpowszechniały władze PRL. Według tej drugiej,
      Cyrankiewicz był bohaterem oświęcimskim i założycielem obozowej organizacji
      konspiracyjnej. Prawda jednak była inna. Józef Cyrankiewicz w obozie popełnił
      mnóstwo nikczemnych czynów. Był esesmańskim donosicielem. Przez niego zginęło
      wiele osób. Stryj ułożył w całość fragmenty dramatycznych zbiegów okoliczności.
      Doszedł do tego, że po kolei ginęli bez śladu ci członkowie organizacji
      konspiracyjnej, którzy mieli bliższy kontakt z Cyrankiewiczem.

      Dramat rotmistrza Witolda Pileckiego polegał na tym, że przeżył prawie
      wszystkich swoich obozowych współtowarzyszy z KL Auschwitz, a także wielu
      swoich żołnierzy z powstania warszawskiego. Przeżył obozy jenieckie w Lamsdorf
      i Murnau, a zginął z rąk swoich rodaków w ukochanej przez siebie Ojczyźnie. 25
      maja 1948 roku wyrok wykonano strzałem w tył głowy. Szczątki rotmistrza Witolda
      Pileckiego nie spoczęły też w należytym jemu grobie, bo nie wiemy i pewnie już
      nigdy się nie dowiemy, co UB zrobiło z jego ciałem.
    • wladca_pierscienii Lustracja w Powstaniu Kościuszkowskim - OZON 20.06.06, 08:54
      OZON
      wiadomosci.onet.pl/1341817,1292,kioskart.html
      Zdrajcy płacą gardłem

      Podczas insurekcji kościuszkowskiej warszawiacy nie czekali, aż elity osądzą
      rosyjskich agentów. Wieszali ich na szubienicach bez wyroków, w ramach „dzikiej
      lustracji”

      Ofiarami tej drastycznej formy rozliczenia grzechów przeszłości byli między
      innymi duchowni, w tym dwaj biskupi: inflancki Józef Kossakowski i wileński
      Ignacy Massalski. Opieszałość, a być może również niechęć do osądzenia zdrajców
      i agentów rosyjskich z czasów konfederacji targowickiej i Sejmu rozbiorowego
      doprowadziła do sytuacji, w której w życie wcielono obietnicę jednego z
      powstańców – że „ludowi nie zabraknie konopii” (lin do wieszania).


      Zdrada Targowicy

      Dwanaście miesięcy po uchwaleniu w 1791 r. Konstytucji 3 Maja trzej
      przedstawiciele stronnictwa magnackiego – Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski i
      Ksawery Branicki – w porozumieniu z Katarzyną II podpisali w Petersburgu układ,
      który ogłosili następnie w Targowicy. Zgodnie z jego ustaleniami w granice
      Polski wkroczyła z „bratnią pomocą” armia rosyjska. Mimo przejściowych sukcesów
      i zwycięstwa odniesionego pod Zieleńcami armia polska zaczęła przegrywać. Do
      jej ostatecznej klęski przyczyniło się przystąpienie w lipcu do Targowicy króla
      Stanisława Augusta Poniatowskiego.

      23 stycznia 1793 r. w Petersburgu Rosja i Prusy podpisały konwencję o ponownym
      zaborze części ziem Rzeczypospolitej. Zgodnie z życzeniem carycy Katarzyny
      drugi rozbiór Polski miał być zatwierdzony przez Sejm. Starannie wybrano
      miejsce obrad. Aby uniknąć presji ludu warszawskiego, Sejm zwołano do Grodna.
      Zadbano również o odpowiedni „wybór” posłów. Twórcy konfederacji targowickiej
      opuścili już kraj, ale znalazła się rzesza innych gotowych do współpracy i
      wysługiwania się Rosji. Ochoczo przystąpili do kompletowania składu izby
      poselskiej, która dzięki ich staraniom w większości składała się z ludzi
      nieznanych, wybranych pod bagnetami bądź za pieniądze rosyjskie.

      Terror rosyjskich agentów

      Wśród twórców Sejmu grodzieńskiego byli biskupi Massalski i Kossakowski (od
      rosyjskiego ambasadora Sieversa przyjął cztery tysiące dukatów na skaptowanie
      60 posłów), a także biskup Wojciech Skarszewski, który podczas Sejmu gorliwie
      agitował za ratyfikacją traktatów rozbiorowych. Tak skompletowany Sejm miał dać
      carycy gwarancję szybkiego uregulowania sprawy polskiej. I rzeczywiście:
      obradujący od czerwca do listopada 1793 r. Sejm grodzieński anulował większość
      ustawodawstwa z czasów Sejmu Wielkiego. Przywrócono Radę Nieustającą, a wojsko
      zredukowano do 15 tys. Część posłów gwałtownie protestowała, swoje
      niezadowolenie wyrażał też król Stanisław August Poniatowski. Wszystko na nic.
      Najbardziej opornych aresztowano bądź wywieziono w głąb Rosji. Innym
      wystarczyły pouczenia rosyjskiego ambasadora i widok rosyjskich żołnierzy
      czuwających nad obradami. Najaktywniejsi byli ci, którzy od lat pobierali z
      ambasady rosyjskiej pieniądze, i ci, którzy spodziewali się w podzięce
      stanowisk i synekur. Dla ogółu społeczeństwa byli to zwykli zdrajcy i agenci
      rosyjscy.

      Już wcześniej targowiczanie i Moskale zaczęli wprowadzanie nowych porządków. W
      Warszawie stacjonowała armia rosyjska. 25 grudnia 1793 r. przybył do stolicy
      nowy ambasador rosyjski Osip Igelström. Zaczęto rozbudowywać rosyjską policję
      wojskową, na której czele stał gen. Karol Baur. Mnożyły się rewizje i
      aresztowania. Jan Dembowski, sekretarz Ignacego Potockiego, pisał do swego
      zwierzchnika: „Brat lękać się musi brata, żeby go nie oskarżył, nie doniósł.
      Kobiety zapłacone do szpiegowania, nikt nie jest wolnym od śledzenia,
      najniewinniejsze osoby krytyce i przeniewierzeniu się są podchwytywane, gadać z
      nikim nie można bez obawy”. Za ten stan rzeczy obwiniano nie tylko Rosjan, ale
      też ich polskich pomocników.

      Insurekcja

      Plotka, jakoby Igelström za namową bp. Kossakowskiego postanowił spacyfikować
      Warszawę w Wielką Sobotę 19 kwietnia, przyśpieszyła wybuch planowanej od dawna
      insurekcji. Powstanie wybuchło w nocy z 17 na 18 kwietnia. Warszawa została
      oswobodzona, władzę przejął prezydent Ignacy Zakrzewski, powołano zachowawczy,
      prowizoryczny rząd powstańczy (Radę Zastępczą Tymczasową). 21 kwietnia powstał
      radykalny klub polskich jakobinów, wśród jego działaczy znaleźli się dwaj
      niezwykle energiczni księża Józef Mejer i Florian Jelski.

      Jeszcze podczas walk w Warszawie rozpoczęły się aresztowania targowiczan i
      wszystkich podejrzanych o działalność agenturalną. W czasie przejmowania władzy
      zdobyto większość archiwum ambasady rosyjskiej, w tym dokumenty tajnej policji
      rosyjskiej, funkcjonującej w Polsce. Dyplomata ambasady saskiej
      wspominał: „Krążą pogłoski, że po zbadaniu archiwów rosyjskich wiele osób, tak
      ze sfer wyższych, jak i niższych, zostanie skompromitowanych. […] Prymas już
      nie nocuje w swoim pałacu, lecz zawsze przebywa w Zamku z królem”. Warszawska
      ulica ujmowała rzecz dosadniej, śpiewając: „Nosim guz u pasa, powiesim sobie
      króla i prymasa”.

      Prezydent Zakrzewski zgadzał się na aresztowanie i sądzenie agentów, ale nie
      chciał dopuścić do sądu ludowego. Jakobini domagali się radykalnych działań.
      Tadeusz Kościuszko nie wypowiadał się w tej kwestii wprost, ale wypominał
      Radzie opieszałość w badaniu dokumentów. „Lękać się trzeba, aby lud nie ostygł
      w najszlachetniejszym zapale, widząc, że zdrajców Ojczyzny sprawiedliwości
      doczekać się nie może” napominał w jednym z listów. A zapał ludu rósł. Jan
      Kiliński wręczył Zakrzewskiemu „Projekta i prośby ludu”, wśród których znalazł
      się postulat ukarania zdrajców ojczyzny.

      Pierwsze wieszanie zdrajców

      8 maja wieczorem król Poniatowski jak zwykle wybrał się karetą na przejażdżkę.
      Nieoczekiwanie postanowił odwiedzić prawobrzeżną Warszawę. Lotem błyskawicy
      rozniosła się plotka, że król ucieka. W mieście wszczął się tumult. Wokół
      ratusza zaczął gromadzić się tłum żądający kary dla zdrajców.

      Przez całą noc stolarze przy asyście tłumu wznosili „drzewka sprawiedliwości”.
      Trzy szubienice stanęły na Rynku, czwarta na Krakowskim Przedmieściu. Na tej
      ostatniej umieszczono napis „Kara dla zdrajców ojczyzny”, obok znalazły się
      nazwiska biskupów Massalskiego i Kossakowskiego. 9 maja rano przy

      ogromnej presji tłumu rozpoczął się proces. Po trzech godzinach zapadł wyrok,
      czterej sprowadzeni uprzednio oskarżeni zostali skazani na śmierć. Kolejno
      powieszono: targowiczanina, hetmana Piotra Ożarowskiego, marszałka Rady
      Nieustającej Józefa Ankwicza i Józefa Zabiełło.

      Egzekucja ostatniego ze skazanych, biskupa Kossakowskiego, została opóźniona,
      gdyż nuncjusz papieski arcybiskup Lorenzo Litta odmówił zdjęcia ze skazanego
      święceń. Ostatecznie uczynił to biskup Antoni Malinowski. Podczas prowadzenia
      biskupa na szubienicę – znajdowała się ona naprzeciwko dzisiejszego kościoła
      św. Anny – tłum wyzywał i poniżał skazanego, zdarto również z niego ubranie,
      tak że został w samej koszuli. Według pamiętników Jana Kilińskiego, po
      ogłoszeniu wyroku Kossakowski poprosił o możliwość przyjęcia komunii w
      kościele, przed którym miał być powieszony. „W tym ja widząc, że to będzie dla
      nas nowa zdrada – pisał Kiliński – że gdy się biskup dorwie do monstrancji, że
      jej z rąk swoich wypuścić nie zechce, więc cóż byśmy mu natenczas zrobili?
      Wydzierać mu z rąk jego, to byśmy chybili, a w przypadku gdyby go zabili, to
      pewne by się zrobił podobny św. Stanisławowi i byłby za życia świętym
      męczennikiem, więc kazałem laikom kościół zamknąć”. Stryczka uniknął biskup
      Massalski. Obiecał podobno ujawnić listę innych zdrajców.

      Dajcie więcej szubienic

      Kolejna odsłona ludowej rozpra
      • wladca_pierscienii Lustracja w Powstaniu Kościuszkowskim cz. 2 20.06.06, 08:55
        Dajcie więcej szubienic

        Kolejna odsłona ludowej rozprawy z agentami nastąpiła kilka tygodni później. Za
        namową członka klubu jakobinów Kazimierza Konopki w nocy z 27 na 28 czerwca
        tłum wzniósł kilkadziesiąt szubienic. Tym razem nie było mowy o sądzie,
        chodziło raczej o odreagowanie fatalnej sytuacji politycznej. Powstanie
        upadało. Stracono Kraków, a do Warszawy zbliżali się Moskale.

        Tłum wdarł się do więzienia i rozpoczął regularny samosąd. Powieszono m.in.
        czterech szpiegów ambasady rosyjskiej i targowiczanina Antoniego
        Czetwertyńskiego. Tym razem kary nie uniknął także biskup Massalski, powieszony
        na konopnym lejcu.

        Z kolei targowiczanin i członek Rady Nieustającej, biskup Wojciech Skarszewski,
        uratował się, bo (jak pisał Jędrzej Kitowicz) wręczył jednemu z wlokących go
        ludzi dwuzłotówkę. Dopiero 11 września został skazany na karę śmierci. Nie był
        to jednak koniec jego historii. Król i nuncjusz papieski rozpoczęli działania
        na rzecz ułaskawienia biskupa. Kościuszce grożono wówczas klątwą, gdyby nie
        cofnął wyroku. Naczelnik nakłaniany przez wiele znanych osobistości (m. in.
        Juliana Ursyna Niemcewicza) zamienił Skarszewskiemu karę śmierci na dożywocie.
        Przeciwko tej decyzji gorąco oponował Hugo Kołłątaj.

        Klęska insurekcji kościuszkowskiej jesienią 1794 r. przyniosła kres dalszym
        samowolnym rozliczeniom. – Chwalebna jest gorliwość obywatelska, aby zbrodnie
        bezkarnie puszczone nie były, bo ta powolność zgubiła naród polski – mówił w
        kazaniu potępiającym samosądy ks. Nepomucen Adrian Dębski – Ale niech się
        rzeczy dzieją porządnie, niech śmierć winowajców wskazują sądowe wyroki.

        Warto przypomnieć jego słowa zarówno tym, którzy propagują wymierzanie
        sprawiedliwości na własną rękę, jak i tym, którzy za wystarczającą karę za
        zdradę uważają jej wstydliwe przemilczenie.
    • wladca_pierscienii artykuł Amerykanie w Iraku 11.09.06, 11:35
      La Vanguardia
      wiadomosci.onet.pl/1358073,2678,kioskart.html
      Armia oprawców
      Rozmowa z Jimmym Masseyem
      Do Iraku wyjeżdżają z przekonaniem, że życie bezbronnych cywilów nie ma
      znaczenia. Są wśród nich byli kryminaliści i zwyrodnialcy. Choć w ewidencji
      udało się to zatuszować. Bo wojna to przede wszystkim wielki biznes, w którym
      cel uświęca środki.
      Większość ssaków wzbrania się przed zabijaniem swoich współbraci. W tej
      dziedzinie ludzie stanowią wyjątek. W 1944 roku zaledwie 15 procent
      amerykańskich żołnierzy wysłanych na europejski front pociągnęło za spust.
      Uznano to za swoistą klęskę i niedługo potem opracowano techniki psychologiczne
      mające na celu odczłowieczenie wroga i pozbawienie wojskowych wrażliwości na
      jego los. Szkolenia odniosły sukces: 90 procent żołnierzy wysłanych do Wietnamu
      automatycznie sięgało po broń. Jimmy Massey, były sierżant amerykańskiej
      piechoty morskiej, wie dobrze, jak wyglądają takie szkolenia i jakie przynoszą
      rezultaty. Napisał książkę, której jednak nie udało mu się opublikować w USA, a
      jemu samemu grożono za to śmiercią.



      fot. AFP


      La Vanguardia: Podaje się pan za wytrawnego mordercę-psychopatę.

      Jimmy Massey: Szkolenie, jakiemu poddaje się marines, opiera się na
      dehumanizacji. Dzięki niemu przemoc staje się jedynym sposobem komunikowania
      się z innymi. To swoisty rytuał, w pełni akceptowany, podobnie jak alkohol,
      narkotyki i perwersyjny seks.

      Czego was uczą?

      Powiem tylko, że tortury, jakim poddano więźniów z Abu Ghraib, a które
      wzbudziły takie protesty na świecie, były elementem naszego szkolenia.

      Czy was również poddawano takim torturom?

      Owszem. Najpierw wykańczają człowieka fizycznie, a potem gnębią go psychicznie:
      obrażają, opluwają, popychają, oddają na niego mocz. Chcą, żebyś wyrzekł się
      swojej tożsamości i poddał się nowemu „zaprogramowaniu”.

      Jak brzmią rozkazy?

      Cywile to stado owiec, osobnicy upośledzeni umysłowo. My natomiast jesteśmy
      wojownikami, możemy zginąć w każdej chwili, dlatego wszystkie chwyty są
      dozwolone. Wolno odstrzelić komuś głowę z 500 metrów i inni uznają to za
      świetny dowcip. Sam robiłem to wiele razy. Pierwszą śmierć zawsze się
      celebruje, to coś na kształt aktu liturgicznego, prawdziwy chrzest bojowy.
      Począwszy od tego momentu zabijanie zaczyna sprawiać przyjemność prawie tak
      silną jak seks. Osiągasz stan nirwany, czujesz się wszechwładny.

      Jakiego rodzaju ludzie tworzą amerykańskie oddziały elitarne?

      Sam byłem w komisji rekrutacyjnej. Rocznie przyjmowaliśmy 210 tysięcy
      kandydatów. Poszukiwaliśmy głównie młodych ludzi z niższych warstw społecznych,
      dzieci imigrantów. 80 procent z nich było wcześniej karanych albo miało
      problemy zdrowotne – psychiczne lub fizyczne. Moim zadaniem było pokazać im
      sztuczki, dzięki którym poradzą sobie na egzaminach. Potrafiłem sprawić, że ich
      kryminalna przeszłość znikała z ewidencji. To powszechnie stosowane metody.
      Wojna jest częścią amerykańskiej mentalności, a także i przede wszystkim
      wielkim biznesem.

      W Iraku służył pan w stopniu sierżanta.

      Tak, miałem pod sobą 45 żołnierzy. Wysłano nas do Iraku w ramach misji
      humanitarnej. Wylądowaliśmy w Kuwejcie i dowiedzieliśmy się, że przydzielono
      nas do innego zadania. Skierowano nas do Basry, do ochrony pól naftowych. Tą
      misję nazywano „klejnotem w koronie”.

      Kiedy zaczęliście zabijać?

      Gdy zbliżaliśmy się do Bagdadu zaczęły napływać do nas informacje od wywiadu
      demonizujące naród iracki. Ostrzegano nas, że każdy napotkany człowiek może być
      uzbrojonym terrorystą. Tak więc gdy tylko dotarliśmy do miasta zaczęliśmy
      gnębić cywilów.

      W jaki sposób?

      W ciągu zaledwie trzech miesięcy byłem świadkiem śmierci 30 bezbronnych ludzi.
      Otrzymaliśmy rozkaz strzelania do samochodów, które nie zatrzymywały się na
      nasz znak. Ani razu podczas kontroli ostrzeliwanych samochodów nie znaleźliśmy
      broni.

      Więc dlaczego kierowcy nie chcieli stanąć?

      Zatrzymywaliśmy ich przez podniesienie pięści, co Irakijczycy odczytują jako
      gest solidarności. Innym znakiem było oddanie strzału w powietrze – w ten
      sposób w Iraku często się świętuje, więc oni myśleli, że pozdrawiamy ich jako
      przyjaciele.

      Co sprawiło, że stosunki z cywilami zaczęły się pogarszać?

      Na początku Irakijczycy traktowali nas bardzo dobrze, przynosili nam herbatę i
      ciastka, ponieważ sądzili, że przybyliśmy z misją pokojową. My jednak byliśmy
      wobec nich brutalni. Pierwszy raz zobaczyłem to w bazie wojskowej Rasheed.
      Wcześniej zginął amerykański snajper i w odwecie rozstrzelano Irakijczyka,
      który stał z rękami podniesionymi do góry.

      Kiedy zaczął mieć pan problemy?

      Proszę sobie wyobrazić, że żyjecie w miejscu, gdzie w każdej chwili mogą was
      zabić. Ta nieustanna presja sprawia, że na miejscowych ludzi patrzysz jak na
      gorszy gatunek, jak na podludzi. Zabijanie ich nie wywołuje już w tobie
      wyrzutów sumienia, nawet jeśli są to kobiety i dzieci. Poza tym możesz to robić
      zupełnie bezkarnie. Widziałem sierżanta kradnącego złoto, pieniądze i dokumenty
      47 Irakijczyków, którzy leżeli we wspólnym grobie. Sprzedawał potem te
      dokumenty innym marines jako trofea wojenne. Zdjęcia-pamiątki przedstawiały
      zmasakrowane ciała z połamanymi nogami, zalane krwią – taki był efekt przejazdu
      naszych jeepów. Trupom wkładano w usta papierosy.

      Co sprawiło, że po 12 latach służby wystąpił pan z wojska?

      Jako członek komisji rekrutacyjnej skazałem wielu młodych ludzi na straszne
      życie. Kiedy przybyłem do Iraku zabiłem licznych cywilów i widziałem wokół
      siebie straszne zniszczenie. Zacząłem się nad tym zastanawiać i zdałem sobie
      sprawę, że byłem tylko instrumentem w rękach systemu kolonialnego.

      Wielu marines, którzy wrócili z Iraku ma teraz problemy adaptacyjne. Stali się
      agresywni.

      Przeżyłem już samobójstwa wielu moich kolegów. Ale jeszcze trudniej jest
      obserwować, jak byli żołnierze wyniszczają się alkoholem i narkotykami. Życie z
      syndromem pourazowym jest bardzo trudne: człowieka gnębią koszmary, ma
      wrażenie, że otaczają go sami wrogowie, ciągle wracają mu myśli co by było,
      gdyby postąpił inaczej... Jedna taka historia nie daje mi spokoju do dziś.
      Pewien samochód zbliżył się kiedyś do naszego punktu kontroli i moi żołnierze
      zaczęli do niego strzelać. Jakimś cudem iracki kierowca zdołał wysiąść z niego
      o własnych siłach i perfekcyjną angielszczyzną powiedział do mnie: „Nie
      jesteśmy terrorystami. Dlaczego zabiłeś moich trzech braci?”. W tym momencie
      zdałem sobie sprawę z tego, co naprawdę robimy. Ci chłopcy byli ubrani jak
      Amerykanie, mieli na sobie koszulki z nazwami naszych uniwersytetów. Wielu
      zabitych przez nas młodych Irakijczyków sądziło, że przywozimy do ich kraju
      amerykańską pomoc po trzynastu latach embarga.
    • wladca_pierscienii seks po nazistowsku 18.09.06, 11:34
      Seks pod okiem państwa
      wiadomosci.onet.pl/1245597,1292,kioskart.html
      "Bodźce materialne były nastawione na model 2+4. Rodzenie i macierzyństwo, jak
      i inne dziedziny życia, były zmilitaryzowane: W izbach porodowych trwa bitwa o
      być lub nie być narodu niemieckiego – głosiła propaganda. Od pierwszego dnia
      życia dziecka państwo przygotowywało je do przyszłych wojen. Zgodnie ze słowami
      Hitlera, miało być wytrzymałe jak skóra, zwinne jak chart i twarde jak stal
      Kruppa. Niepełnosprawne noworodki rodzice niekiedy sami uśmiercali.

      Czołowi naziści zdawali się potwierdzać ten wzorzec. Goebbels i Bormann mieli
      po sześcioro dzieci, Frank i Speer po pięcioro. Jednak bliższa analiza życia
      intymnego nazistowskiej czołówki pokazuje, jak dalece kompleksy i zahamowania
      seksualne przywódców były podłożem ich agresywnego światopoglądu."
      (...)

      "Prawdziwą bitwę o rozrodczość państwo nazistowskie rozgrywało w łóżkach
      małżeńskich. Kobiety nakłaniano do wczesnego małżeństwa, aby każda zdążyła
      urodzić wymarzoną czwórkę dzieci. Poza tym drastycznie ograniczono im dostęp do
      prestiżowych stanowisk i zawodów. W marcu 1933 r. odebrano kobietom dożywotni
      status urzędnika państwowego, dwa miesiące później dostawały wymówienia. Nie
      mogły być lekarzami, dentystami, adwokatami, a także nauczycielkami. Na mocy
      ustawy przeciwko przepełnieniu szkół i uczelni mogły stanowić jedynie 10 proc.
      studentów."
      (...)
      "Jeśli toczy się bitwa, to są strategie, dyrektywy, rozkazy. Niekiedy
      całkowicie sprzeczne. Czy uświadamiać młodzież seksualnie, czy nie? Czy
      zachęcać do współżycia, czy nie? Najpierw kierownictwo HJ chwali
      wstrzemięźliwość, potem – od 1935 r. – zachęca starszą młodzież do
      jednorazowych stosunków, zgodnie z hasłem „Nie każda może mieć męża, ale każda
      może urodzić dziecko”. Tę zdyscyplinowaną swobodę uzasadniały filmy w
      rodzaju: „Mistrz skoku w bok”. Na zlotach młodzieżowych w 1936 r. ponad tysiąc
      członkiń Związku Niemieckich Dziewcząt zaszło w ciążę. Od tego czasu skrót BdM
      (Bund deutscher Mädel) rozszyfrowywano złośliwie jako „Chłopcze, przytul mnie”
      lub „Związek niemieckich materaców”. Publiczna reklama kondomów była zakazana,
      przerywanie ciąży – naturalnie także. Ale w wojsku kondomy rozdawano, by
      zapobiegać chorobom wenerycznym, a w więzieniach i obozach koncentracyjnych
      ciąże przerywano taśmowo."
    • wladca_pierscienii Zawłaszczona swastyka 18.09.06, 11:34
      Zawłaszczona swastyka
      wiadomosci.onet.pl/1358983,1292,2,kioskart.html
      "(...) (...)
      Polskie złamane krzyże

      Na ziemie polskie swastyka dotarła w okresie końcowym neolitu prawdopodobnie za
      sprawą wędrówek praindoeuropejskich ludów rolniczych. Szczyt jej powodzenia

      przypadł w okresie kultury łużyckiej. Zwano ją swarzycą i kojarzono ze
      Swarogiem – bogiem słońca, jednak symbolizowała także ogień, ciepło, witalność
      i rozrodczość.

      Ozdabiano swastyką wyroby ceramiczne, biżuterię i broń, a we wczesnym
      średniowieczu posługiwano się nią w pogańskich obrzędach religijnych np.
      przeganianiu

      upiorów. W XIII i XIV w. stopniowo zanikła, jednakże jako znak pomyślności
      przetrwała na weselnym pieczywie, pisankach, naczyniach i sprzętach aż do
      czasów

      nowożytnych.

      W okresie Młodej Polski szczególnym zainteresowaniem cieszyła się kultura
      Orientu i Podhala, więc usiłowano znaleźć ich cechy wspólne. Takim elementem
      okazała się

      właśnie swastyka zwana przez górali krzyżykiem niespodzianym. Jan Reychman
      w „Pelerynie, ciupadze i znaku tajemnym” pisał: „Lucyfer musi jawić swe
      mądrości w

      Tatrach, nie na Libanie (...). Zamiast krzyża mogilnego stawiamy praindyjski,
      lecz i tatrzański monolit swastyki, dający się widzieć ze swojego wierzchołku
      duchowe

      gwiazdy”.

      W powieści Tadeusza Micińskiego pt. „Nietota” bohater używa swastyki niczym
      talizmanu: „Oglądałem się długo mijając rzędy podwórcowych świerków – swastiką

      odżegnywałem upiory...”. Stanisław Witkiewicz ozdobił swastyką budynek Muzeum
      Tatrzańskiego. Pojawiała się także w publikacjach Walerego

      Eljasza-Radzikowskiego, malarza i grafika, popularyzatora Tatr. Z kolei
      Mieczysław Karłowicz oznaczał swastykami górskie szlaki. Właśnie dlatego jego
      ulubiony

      symbol wyryto na kamieniu upamiętniającym śmierć tego kompozytora w lawinie pod
      Małym Kościelcem. Do dziś swastyki można także zobaczyć w schronisku

      Murowaniec na Hali Gąsienicowej, gdzie są wkomponowane w barierki schodów.

      Po 1918 r. swastyka stała się wraz z gałązką jedliny godłem Strzelców
      Podhalańskich i jest używana po dziś dzień jako odznaczenie pamiątkowe. Ale
      pojawiała się nie

      tylko na Podtatrzu. Była symbolem założonego w 1822 r. Towarzystwa Wydawniczego
      IGNIS (łac. ogień). Liga Obrony Powietrznej Państwa (poprzedniczka Obrony

      Cywilnej), wykorzystywała granatową swastykę jako tło odznaki instruktorskiej.
      Swastyka była również pamiątkowym odznaczeniem 4 Pułku Piechoty Legionów z
      Kielc

      oraz Federacji Związku Żołnierzy Obrońców Ojczyzny. W II RP złamanym krzyżem
      posługiwały się także dwie korporacje studenckie, działająca w Poznaniu
      Helionia

      oraz warszawska Varsovia. A polski mesjanizm znalazł, o ironio, szczególną
      formę w odczycie historyka Michała Żmigrodzkiego pt. „Historja swastyki”
      wygłoszonym w

      1889 r. w Paryżu na konferencji folklorystów. Autor twierdził, że to Polacy są
      Arjami: „Jesteśmy plemieniem wysoce arystokratycznym, a swastyka to nasz herb

      rodowy...” "
    • wladca_pierscienii ciekawy artykuł: Oskar Schindler - agent Abwehry 27.09.06, 10:04
      www.wsseuczelnia.edu.pl/show.php/page/3028
      "(...) Sięgnijmy przeto do materiałów z procesu norymberskiego5. Zeznający w
      charakterze świadka generał Abwehry Erwin Lahousen na pytanie amerykańskiego
      prokuratora Johna Harlama opowiedział o tzw. Operacji Himmler. W połowie
      sierpnia 1939 roku Abwehra otrzymała rozkaz dostarczenia kilkudziesięciu
      polskich mundurów, wyposażenia oraz dokumentów polskich żołnierzy. Niemiecki
      kontrwywiad wojskowy miał to dostarczyć wysłannikowi SD. Jeden z jego oficerów
      Alfred Naujocks, którego zeznanie zostało przed Trybunałem odczytane, przyznał,
      że na rozkaz szefa SD Heydricha w mundury te zostali przyodziani, prócz
      żołnierzy niemieckich wyznaczonych do przeprowadzenia sfingowanego "polskiego
      ataku" na radiostację w Gliwicach w dniu 31 sierpnia wieczorem, także
      więźniowie, którzy po zabiciu zostali na miejscu pozostawieni jako padli w boju
      polscy napastnicy. Tym, który Abwehrze (a za jej pośrednictwem SD) dostarczył
      polskie mundury, był agent niemieckiego wywiadu wojskowego Oskar Schindler.

      Zasłużony agent Abwehry
      Crowe temu fragmentowi w biografii Schindlera poświęca sporo miejsca.
      Wyjaśnia, jak jego "bohater", urodzony w Czechach, stał się agentem Abwehry
      najpierw na terenie swej dawnej ojczyzny i w sąsiedniej Polsce. Na sporządzonej
      po wojnie przez czechosłowackie służby specjalne liście dziewięciu agentów
      Abwehry i SD działających z terenu czeskiego przeciw Polsce, Schindler zajmuje
      pierwsze miejsce. Kontrwywiad czechosłowacki rozszyfrował go jednek znacznie
      wcześniej. Z powodu szpiegowsko-dywersyjnej roboty przeciw państwu
      czechosłowackiemu został latem 1938 roku aresztowany i skazany na karę
      więzienia (z którego jednak władze w Pradze musiały go dość szybko uwolnić, bo
      zobowiązywały je do tego odpowiednie klauzule Układu Monachijskiego). Szef
      policji w Brnie charakteryzował go przed aresztowaniem jako "szpiega wysokiego
      kalibru", który - jak pisano - nie działał ze względów niemiecko-patriotycznych
      ale dla pieniędzy.6
      Zanim bowiem trzydziestoleti wówczas Schindler, syn fabrykanta maszyn
      rolniczych ze Svitav został jako aktywista ruchu henleinowskiego zwerbowany
      przez niemiecki wywiad wojskowy, nieszczególnie mu się wiodło. Mając tylko tzw.
      małą maturę i ukończone różne kursy zawodowe, był często bezrobotny. Padła
      założona przez niego kurza ferma. Splajtował jako nauczyciel jazdy
      samochodowej. Sprzedawał losy bankowe. Tłukł się po knajpach, wszczynał
      awantury (dwukrotnie z tego powodu aresztowany), rozpijał kolejne kochanki.
      Kierownictwo Abwehry zdawało sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony
      ceniło w nim inicjatywę, elastyczność i "wielką zdolność manipulowania ludźmi".
      W kierowanej z Berlina (za pośrednictwem II oddziału Abwehry przy VIII okręgu
      wojskowym we Wrocławiu) gęstej sieci agentów awansował na faktycznego szefa
      specjalnej 25-osobowej grupy szpiegowsko-dywersyjnej w Ostrawie nacelowanej na
      działanie w zachodniej Galicji i na Górnym Śląsku. Często nielegalnie
      przekraczał granicę z Polską w rejonie Głuchołaz. W Krakowie spotykał się z
      agentką Abwehry a mając doświadczenie w zdobywaniu mundurów armii
      czechosłowackiej (był jej rezerwistą) otrzymał rozkaz wystarania się o polskie
      mundury. Jeden, oryginalny, zdobył od dezertera z armii polskiej. Reszta
      została uszyta w Berlinie wedle tego wzorca.
      W październiku 1939 roku Schindler znalazł się w Krakowie. Będąc nadal w
      sieci Abwehry, którą z jego pomocą rozbudowywano, Schindler został finansowo
      wyposażony przez kontrwywiad wojskowy, ale potrzebował więcej pieniędzy.
      Natychmiast więc zaczął rozglądać się za jakimś intratnym interesem. Dostrzegł
      go w konfiskowanym mieniu żydowskim. Nie wchodząc w szczegóły: wybór padł na
      firmę "Rekord". Wskazał mu ją Itzak Stern, biegły w finansach krakowianin.
      Firma ta produkowała naczynia emaliowane potrzebne nie tylko cywilom ale także
      Wehrmachtowi. Pomijam także imponderabilia wprowadzonego w GG systemu
      wywłaszczania mienia żydowskiego. Stwierdźmy jedynie, że za poradą Sterna,
      który dokładnie przeanalizował obowiązujący system prawny, Schindler postarał
      się o nabycie tej fabryki na własność w drodze sądowej, rezygnując z objęcia
      firmy jako Treuhaender.

      Pomocna zbieżność nazwisk
      Traf chciał, że w strukturze zamówień zbrojeniowych III Rzeszy na terenie
      GG ważną rolę odgrywał generał Maximilian Schindler. Choć była to przypadkowa
      zbieżność nazwisk, Oskarowi Schindlerowi bardzo się przydała. Po prostu SS i SD
      na początku mniej patrzyły mu na ręce. Porada Sterna była o tyle ważna, że
      inaczej niż powiernikowi majątku pożydowskiego, właścicielowi łatwiej było
      zatrudniać Żydów z ghetta. Najważniejszym z nich, co podkreślone jest we
      wszystkich świadectwach, był Abraham Bankier, "geniusz w interesach". Bez
      Bankiera nie byłoby Schindlera - mówią świadkowie historii. Właściciel mógł się
      całkowicie zdać na swego "prokurenta" i tak też czynił. To on, organizując na
      wielką skalę nielegalny handel naczyniami emaliowanymi na czarnym rynku (80 %
      całej produkcji) dysponował też środkami na łapówki, dzięki którym do firmy,
      zwanej "Emalią", można było sprowadzić żydowskich robotników z getta.
      Tej "kluczowej postaci" firmy, jak twierdzą niektórzy przywoływani przez
      Crowe?a świadkowie, należy zawdzięczać potem możliwość powstania słynnej listy.
      Zauważmy jednak, że trzej dawni właściciele "Rekordu": Gutman, Glajtman i Kohn
      jesienią 1944 roku na liście się nie znaleźli. W tym czasie bowiem Schindler
      myślał już intensywnie o powojniu. Był też w traktowaniu swych żydowskich
      robotników "już innym człowiekiem". Jak bowiem mówili autorowi biografii
      Schindlera liczni świadkowie, wcześniej niejednokrotnie dopuszczał się
      wobec "swych dzieci" aktów fizycznej przemocy oraz w inny sposób im szkodził.
      Po wojnie przyznał się do tego, tłumacząc, że "cel uświęca środki"7. Tak np.
      tuzinami dostarczał SS-manom żydowskie dziewczęta, które po orgiach już do
      fabrycznego obozu nie wracały. Wódka, podarunki i łapówki już bowiem nie
      wystarczały dla "zmitygowania" SS-mańskich szarż, przychylności których
      potrzebował, aby interes szedł bez przeszkód.
      (...)"
    • wladca_pierscienii Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazieta 16.11.06, 13:17
      Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazieta

      wiadomosci.onet.pl/1372377,1292,kioskart.html
      Głos towarzysza Mauzera
      Opowiadania Arkadija Awerczenki z wczesnych lat 20. pierwsze oddały prawdę o
      bolszewickiej „kulturze przemocy”
      Wódz rewolucji rosyjskiej głęboko współczuł cierpiącym zwierzętom. Ludzie nie
      budzili w nim takich emocji. Tołstojowska "Śmierć Iwana Iljicza" jest lekturą
      dla pięknoduchów w porównaniu z dokonaniami prostego marynarza rewolucyjnej
      Floty Czerwonej, Kowalczuka. Poeta Konstantin Balmont okazał się bardziej
      dalekowzroczny niż większość jego współczesnych, która w roku 1937 zapłaciła za
      brak zdolności przewidywania.
      W jednym z opowiadań Awerczenki rozmówca narratora, który nie zaznał życia pod
      rządami bolszewików, w żaden sposób nie może uchwycić znaczenia frazy "postawić
      pod ścianą". Dlaczego niby, choćby i w Sowietach, dorosłych ludzi ktoś miałby
      stawiać pod ścianą? Dzieci, wiadomo, trafiają do kąta, gdy coś przeskrobią –
      ale dorośli? Kilka lat później bohater ten miałby większe problemy leksykalne:
      język rosyjski w wieku XX dorobił się dziesiątek lekceważących synonimów
      terminu "wykonać wyrok śmierci" – od "rozstrzelać", "skreślić z listy"
      czy "kropnąć" aż po "posłać do generała Duchonina". A język to w końcu, było
      nie było, wierne zwierciadło życia…

      Wódz światowego proletariatu nie wahał się określić patos rewolucyjnej przemocy
      jako "wspaniały". Te słowa nie padły z ust jakiegoś obłąkanego kacyka w typie
      Bokassy, zjadającego swoich wrogów, jeśli taka była droga do potęgi jego
      plemienia. Wygłosił je dziennikarz i prawnik (te zawody deklarował skromnie
      Włodzimierz Iljicz, pytany w ankietach o zawód). Majakowskiemu pozostało
      znaleźć poetycką formułę dla owej pochwały przemocy: w rezultacie okazało się,
      że "głos ma towarzysz Mauzer". Narzędzie zbrodni zostało tym samym
      uczłowieczone i awansowało w szeregi bolszewików.

      Ustanawiając nowe porządki, towarzysz Mauzer nie zniżał się do dyskusji. Kto
      nie zgadza się z nowymi porządkami – zapraszamy pod ścianę! Decyzję podejmowano
      kierując się "zdrowym, proletariackim rozsądkiem". To wystarczyło dla
      rewolucyjnej praworządności. Nic więc dziwnego, że kiedy w 1918 roku jeden z
      eserów (członek Partii Socjalistów Rewolucjonistów – przyp. Onet.) zastrzelił
      Urickiego, szefa piotrogrodzkich czekistów, współtowarzysze zabitego wzięli, a
      następnie rozstrzelali zakładników, których nic nie łączyło z zabójcą. Trafili
      pod ścianę, ponieważ reprezentowali wrogą klasę społeczną.

      Rytm rewolucyjnych melodii wybijały więc głównie salwy – z rzężeniem w tle.
      Trudno nie wspomnieć w tym kontekście obrazu, jakim karmiono nas do znudzenia w
      przedszkolach i szkołach ZSRR: Lenin, zadumany, słucha "Symfonii patetycznej"
      Beethovena. Widok ten zmusza do domysłów: czy rzeczywiście zasłuchał się w
      muzykę Beethovena, czy może raczej w dźwięki "Międzynarodówki"? A jeśli tak,
      jakie wzbudzała w nim odczucia, do czego prowokowała "Patetyczna"? I jak czułby
      się Beethoven ze świadomością, że jego dzieło było natchnieniem do chaosu, że
      każda nuta inspirowała salwę?

      Przez długie lata władzy radzieckiej zasada, iż niszczenie wrogów klasowych
      stanowi rewolucyjną konieczność, była jednym z najważniejszych dogmatów. Bez
      tego nie ma mowy o sprawiedliwości dla włościan i robotników! (…). Siewcy,
      hutnicy i górnicy zasłużyli na dostatnie życie – pod rządami Sowietów nie mogli
      jednak na nie liczyć. Hasło "ziemia dla chłopów" nie obowiązywało długo:
      włościan najpierw obdarowano gruntami odebranymi ziemianom, by rychło potem
      zabrać wszystko i zmusić do pracy w kołchozach, gdzie znów, jak ich dziadowie,
      stali się chłopami pańszczyźnianymi, bez prawa do przemieszczania się i
      własności. Robotników państwo także eksploatowało nie mniej niż wcześniej
      kapitaliści-krwiopijcy.

      Sowieckie czasy miliony ludzi spędziło więc w kolejkach po chleb i mleko, po
      mydło i skarpetki. Kartkowe przydziały pozwalały zaledwie wegetować. Sklepy za
      żółtymi firankami i sanatoria, szpitale, wille i dacze – te uroki życia
      smakować mogła tylko elita.

      Bolszewikom nie wystarczyło sprowadzenie nieszczęścia i nędzy na własny lud.
      Idea rewolucji światowej kazała im myśleć z nadzieją o wszechświatowej pożodze.
      Na jej podsycanie nie mogło zabraknąć środków. Do bratnich partii trafiało
      złoto liczone raczej na worki niż na karaty i gramy. Złoto odebrane milionom
      Rosjan, które mogło ocalić ich od głodu i śmierci. Ofiary głodu na Powołżu
      sfinansowały krótkotrwałe przewroty w Niemczech i na Węgrzech. Ale i tego było
      za mało, by władza rewolucjonistów w Hamburgu czy Beli Kuna utrzymała się
      dłużej niż kilka tygodni. Stół, zastawiony w pałacu zadżumionych, przejedzono
      błyskawicznie.

      Emigracyjny poeta Konstantin Balmont trafił w sedno, pisząc już kilka miesięcy
      po bolszewickim zamachu: "Rewolucja ma swą wartość, gdy pozwala rozprawić się z
      uciskiem. Ten świat rozwija się jednak za sprawą ewolucji. Huragan przemocy
      potrafi tylko doprowadzić masy do obłąkania".

      Poeta przestrzegał, ale "Międzynarodówka", śpiewana na każdym z milionowych
      zebrań i wieców, głosiła pochwałę dziejowego obłąkania, wzywała do zburzenia
      starego świata, by na jego gruzach zbudować nowy ład. Tymczasem wystrzały – jak
      łatwo to dziś pisać – niszczą, nie budują. Nikt już nie napisze wierszy za
      Gumilewa, rozstrzelanego przez CzeKa na podstawie podejrzeń, że sympatyzuje z
      kontrrewolucją. Ile takich ofiar przyniosło już same preludium bolszewickich
      rządów? Wystarczy przypomnieć rozstrzelanie demonstracji petersburżan, elity
      narodu, robotników i inteligencji, protestujących przeciw rozpędzeniu przez
      bolszewików w styczniu 1918 roku Konstytuanty, zgromadzenia ustawodawczego.
      Pierwsze klęski głodowe na wsi, wywołane rekwirowaniem żywności, miały miejsce
      niedługo potem. Powstanie chłopskie Tambowszczyzny przeszło do podręczników
      sowieckich pod nazwą kułackiego terroru "bandy Antonowa". Traktująca o tym
      powieść z lat 20. Nikołaja Wirta stała się jedną z pierwszych w literaturze
      pochwał idei pacyfikacji.

      Sam Lenin znacznie przyczynił się do triumfu "kultury przemocy". Nie przestawał
      apelować o to, by niszcząc oponentów bolszewizmu nie pozwalać sobie na luksus
      litości, Ostatnie tomy jego dzieł zbiorowych, gdzie trafiły zapiski z lat
      rewolucyjnych, roją się od rozkazów rozstrzelania, zsyłki, bezterminowego
      aresztu. Zasłużyło sobie na to jego zdaniem zwłaszcza duchowieństwo. Jak się to
      ma do obrazu wodza, jaki literatura radziecka budowała przez kilkadziesiąt lat?
      Kamieniem węgielnym wielu antologii było wszak opowiadanie ukazujące
      Włodzimierza Iljicza na polowaniu, kiedy to opuścił lufę strzelby, ocalając
      życia lisa. Nie wystrzelił, bo – jak mówił – za ładna bestia, żal… Lisa
      pożałował. Ludzi – niekoniecznie.

      Kto oddał sprawiedliwość tamtym czasom? Choćby wspomniany Awerczenko w zbiorku
      opowiadań i felietonów wydanym w 1921 roku w Paryżu pod znamiennym
      tytułem "Tuzin noży w plecy rewolucji". Książkę skomplementował pośrednio sam
      Lenin, stwierdzając, iż autor musiał być "białogwardzistą, obłąkanym
      nienawiścią do rewolucji".

      Owszem, Awerczenko nie żywił ciepłych uczuć do bolszewików, a jego satyra –
      zgodnie z nakazami gatunku – nie stroniła od przerysowań. Zdołał jednak w ten
      sposób przekazać wiele z atmosfery tamtego czasu. (…) "Wybaczcie, ale nie
      potrafię w dzisiejszych czasach wzruszać się Tołstojowską »Śmiercią Iwana
      Iljicza«, rozpisaną na pięćdziesiąt stron! – deklarował. – Dziś trzeba nam
      pisać sucho, zwięźle, celnie. Ot, choćby tak: »Szturman Kowalczuk pociągnął za
      spust, rozległ się suchy strzał. Iwan Iljicz szarpnął się, gruchnął o ziemię i
      znieruchomiał. "Następny!" 
      • wladca_pierscienii Re: Głos towarzysza Mauzera - Niezawisimaja Gazie 16.11.06, 13:19
        Owszem, Awerczenko nie żywił ciepłych uczuć do bolszewików, a jego satyra –
        zgodnie z nakazami gatunku – nie stroniła od przerysowań. Zdołał jednak w ten
        sposób przekazać wiele z atmosfery tamtego czasu. (…) "Wybaczcie, ale nie
        potrafię w dzisiejszych czasach wzruszać się Tołstojowską »Śmiercią Iwana
        Iljicza«, rozpisaną na pięćdziesiąt stron! – deklarował. – Dziś trzeba nam
        pisać sucho, zwięźle, celnie. Ot, choćby tak: »Szturman Kowalczuk pociągnął za
        spust, rozległ się suchy strzał. Iwan Iljicz szarpnął się, gruchnął o ziemię i
        znieruchomiał. "Następny!" – powtórzył rutynowo Kowalczuk«".

        Tak wyglądał "rewolucyjny patos", który wychwalał i wspierał Lenin. Jego
        najzdolniejszy uczeń – Stalin – zafundował krajowi patos Wielkich Czystek roku
        1937.
        • wladca_pierscienii towarzysz Mauzer jak Lenin - wiecznie żywy ! 17.11.06, 11:50
          www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061117/swiat/swiat_a_1.html
          MORDERSTWA POLITYCZNE

          Rosja: lista ludzi do odstrzału


          Twórcy list z danymi osób, które "należałoby zlikwidować", mogą czuć się
          bezkarni. Federalna Służba Bezpieczeństwa i prokuratura nie chcą zająć się tą
          sprawą, bo uważają, że nic się nie stało


          Wstrząśnięci zamordowaniem opozycyjnej dziennikarki Rosjanie demonstrowali z
          plakatem: "Morderstwo Politkowskiej, prześladowanie mniejszości etnicznych to
          już faszyzm"
          AFP / YURI KADOBNOV

          Witryna internetowa skrajnie nacjonalistycznej organizacji Russkaja Wola
          opublikowała w sierpniu listę z nazwiskami dziennikarzy, obrońców praw
          człowieka i polityków opozycyjnych ze wskazaniem dokładnych adresów oraz
          domowych i służbowych telefonów. "Adresy zostały sprawdzone i zasługują na
          pilną uwagę uczestników organizacji bojowych... Wyrok został wydany... Dzisiaj
          ma głos towarzysz Mauzer" - nawołują autorzy listy, cytując wiersz Włodzimierza
          Majakowskiego.

          Tak było z Politkowską
          Niektóre figurujące na liście osoby poczuły się zagrożone i powiadomiły
          prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. We wtorek jedna z nich - znana
          obrończyni praw człowieka oraz przewodnicząca komitetu Wsparcie Obywatelskie
          Swietłana Gannuszkina - otrzymała od Federalnej Służby Bezpieczeństwa decyzję o
          odmowie wszczęcia sprawy karnej. Wczoraj stanowisko FSB zostało potwierdzone
          przez prokuraturę.

          W odpowiedzi FSB stwierdzono m.in., iż lista opublikowana na stronach Russkoj
          Woli nie jest "otwartym i jednoznacznym wezwaniem" do likwidacji figurujących
          na niej osób. FSB podkreśla także, iż stosunek społeczeństwa do figurujących na
          liście ludzi "jest niejednoznaczny, a ich realny wpływ na sytuację społeczno-
          polityczną w kraju jest znikomy". - Ta argumentacja przypomina mi słowa
          prezydenta Putina, który po śmierci Anny Politkowskiej powiedział, że także ona
          nie miała wpływu na społeczeństwo. Z tego można by wnioskować, że z tymi,
          którzy nie mają wpływu, można robić, co tylko się zechce - mówi "Rz" Anna
          Gannuszkina.

          Obrończyni praw człowieka wspomniała o zabitej dziennikarce nieprzypadkowo. -
          Mimo że Anna nie figurowała na tej konkretnej liście, jej imię można znaleźć na
          dziesiątkach podobnych, jakie bez żadnej reakcji ze strony władz krążą w
          rosyjskim Internecie - podkreśla Gannuszkina.

          Instrukcje zamachów
          Według dyrektora Moskiewskiego Biura Praw Człowieka Aleksandra Broda listy osób
          do odstrzału figurują na co najmniej 20 witrynach internetowych rosyjskich
          nacjonalistów. Na większości z nich, podobnie jak na liście Russkoj Woli, są
          telefony i inne dokładne dane. Ale nie tylko.

          W październiku lider Sojuszu Sił Prawicy ( SPS) Nikita Biełych zaskarżył do
          prokuratury witrynę, na której poza wykazem "wrogów narodu rosyjskiego"
          zamieszczono szczegółowe instrukcje dotyczące produkcji materiałów wybuchowych
          oraz opisano, jak planować i realizować zamachy. Mimo że odpowiedzi na skargę
          SPS jeszcze nie ma, mało kto wierzy, że będzie się ona różniła od tej, którą
          otrzymała Gannuszkina.

          Ani prokuratura, ani FSB nie zareagowały także na opublikowaną w marcu przez
          jednego z liderów rosyjskich nacjonalistów, deputowanego do Dumy Nikołaja
          Kurianowicza "Listę "przyjaciół" narodu rosyjskiego", na której obok Anny
          Politkowskiej figurują m.in. Borys Jelcyn i Michaił Gorbaczow. "Rosjanie! Wróg
          staje się bezczelny, najwyższa pora pokazać, kto jest gospodarzem ziemi
          rosyjskiej! " - tak publikację tę reklamował na swojej stronie internetowej
          parlamentarzysta.

          Rosyjscy nacjonaliści przy nazwiskach swoich wrogów podają daty urodzenia, a
          datę śmierci pozostawiają otwartą. W przypadku Anny Politkowskiej (1958 - 2006)
          zapełnione są oba pola.

          ANDRZEJ PISALNIK z Moskwy
    • wladca_pierscienii Niezawisimaja G.- 1942 zamach NKWD w Turcji 30.11.06, 14:20
      NIEZAMISIMAJA GAZIETA
      wiadomosci.onet.pl/1374718,1292,kioskart.html
      Pływająca filia Łubianki

      "Swanetię" spotkał los niezwykły nawet jak na warunki Wielkiej Wojny
      Sześćdziesiąt pięć lat temu statek liniowy "Swanetia", przycumowany przy
      nadbrzeżu w Stambule, był bazą wypadową NKWD. Planowano tam tajne operacje, w
      tym zabójstwo ambasadora Niemiec hitlerowskich.
      W chwili wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku podział stref
      wpływów na Morzu Czarnym i szerzej, we wschodniej części basenu Morza
      Śródziemnego, był znacznie bardziej skomplikowany niż na Bałtyku czy na morzach
      obszaru arktycznego, gdzie można było niemal wytyczyć przebieg frontów.
      Tymczasem na Morzu Czarnym obowiązywała, wbrew podziałom politycznym, swego
      rodzaju zbrojna neutralność. Latem 1941 roku Flocie Czarnomorskiej nie zagrażał
      żaden przeciwnik. Miniaturowa flota rumuńska kryła się jak mysz pod miotłą,
      starając się nie zwracać na siebie uwagi. Korzystała z tego strona radziecka:
      statki handlowe i okręty wojenne przerzucały dziesiątki tysięcy rannych i
      ewakuowanych żołnierzy z portów południowej Ukrainy na wybrzeża Kaukazu.
      Oblężona Odessa i okręg Sewastopolski zaopatrywane były wyłącznie drogą morską.
      Do takich celów najbardziej nadawały się nie ciężkozbrojne krążowniki, lecz
      pojemne i lekkie statki pasażerskie. W miarę, jak lotnictwo niemieckie coraz
      śmielej nadlatywało nad Morze Czarne, straty stawały się coraz większe: do
      połowy 1942 r. od bomb Luftwaffe utonęły "Mołdawia", "Gruzja", "Armenia",
      Dniepr", "Abchazja" i "Adżaria". Dwa inne statki, "Ukrainę" i "Krym", spotkał
      jeszcze okrutniejszy los: wyleciały w powietrze na postawionych przez
      kontrtorpedowce radzieckie minach.

      Postój w egzotycznym porcie

      Największy liniowiec Floty Czarnomorskiej, "Swanetię", o wyporności 5050 BRT,
      zabierającą na pokład w warunkach pokojowych bez mała 250 osób, spotkał los
      niezwykły nawet jak na warunki Wielkiej Wojny. Krążący między Odessą a Bliskim
      Wschodem statek znalazł się w chwili wybuchu wojny w Cieśninie Dardanelskiej.
      Według sowieckiej historiografii wojennej został on na kilka miesięcy (do
      lutego 1942 r.) "internowany" przez stronę turecką. Nie jest to jednak prawdą.
      Takie posunięcie stanowiłoby dla Moskwy, podobnie jak dla sojuszniczego już
      Londynu, casus belli, czego Ankara jak najstaranniej unikała. Do tego stopnia,
      że radzieckie tankowce i lodołamacze przez całą wojnę miały prawo "swobodnego
      przepływania" przez Cieśninę.

      We wspomnieniach kilku moskiewskich dyplomatów "Swanetia" wymieniana jest z
      kolei jako "hotel etapowy", na którego pokład trafiał personel placówek
      dyplomatycznych, opuszczających po wybuchu wojny Niemcy i państwa sojusznicze
      Trzeciej Rzeszy. Ostatnia grupa ewakuowanych tą drogą pracowników MSZ miała
      jakoby trafić do gruzińskiego Poti w lutym 1942 r. Również te relacje brzmią
      jednak mało wiarygodnie. Skądinąd wiadomo bowiem, że ostatnia grupa dyplomatów
      i pracowników konsularnych trafiła do ZSRR drogą lądową, przez anatolijski Kars
      w sierpniu 1941.

      W rzeczywistości stojąca na kotwicy w Stambule "Swanetia" była przez kilka
      miesięcy swego rodzaju "pływającą filią Łubianki". Bezpośrednio po
      przycumowaniu większość załogi została zaokrętowana na inne statki i wysłana do
      Związku Radzieckiego. Na ich miejsce trafili fachowcy innego typu, a "Swanetia"
      stała się bazą wypadową dla wszelkiego rodzaju operacji terrorystycznych i
      wywiadowczych, przygotowywanych w dobrze obsadzonym konsulacie ZSRR w Stambule.

      Wybór padł na Papena

      Przed załogą "Swanetii" i konsulatu u schyłku lata 1941 r. postawiono
      pierwszoplanowy cel. Ich głównym zadaniem miało być odtąd przygotowanie zamachu
      na ambasadora Niemiec w Turcji. Tego rodzaju posunięcia, nawet podczas wojny,
      nie są mile widziane, i Łubianka w swej dotychczasowej praktyce nie łamała tego
      tabu. Tym razem jednak sytuacja była wyjątkowa, podobnie jak potencjalna ofiara.

      Korzenie rodu von Papen sięgały w przeszłość ginącą w mrokach dziejów. Już
      jednak w połowie XV wieku Wilhelm von Papen posiadał liczne godności i majątki
      w Rzeszy. Dla dziedzica dawnego rodu, Franza von Papena wybór kariery wojskowej
      i dyplomatycznej był czymś oczywistym. Jesienią 1913 roku 34-letni wówczas
      oficer Sztabu Generalnego mianowany został attache wojskowym w Stanach
      Zjednoczonych, w dodatku z osobistej rekomendacji cesarza Wilhelma. W 1915 roku
      został wydalony z Waszyngtonu za szpiegostwo, nie zaszkodziło to jednak w
      żadnym razie jego karierze. W tych latach zaprzyjaźnił się z kpt. Canarisem,
      przyszłym admirałem i dowódcą Abwehry. Już w początku lat 30. von Papen objął
      stanowisko wicekanclerza, rychło potem zaś znalazł się jako ambasador w
      Austrii, gdzie miał swój wkład w udany przebieg Anschlussu.

      W kwietniu 1939 roku führer przeniósł skutecznego w swych działaniach dyplomatę
      na stanowisko ambasadora w Turcji. Rychło po wybuchu drugiej wojny światowej
      ambasador Trzeciej Rzeszy zaczął z rozkazu samego wodza budować wyjątkowo dobre
      relacje z dyplomatami amerykańskimi i wbrew trwającej wojnie utrzymywać
      kontakty z dyplomatycznymi przedstawicielami Wielkiej Brytanii. Celem było
      zachowanie "furtki" pozwalającej zawrzeć odrębny, separatystyczny pokój z
      anglosaskimi potęgami. Ze swojej strony analitycy Londynu i Waszyngtonu zdawali
      sobie doskonale sprawę, że całkowite rozbicie potęgi Niemiec pociągnie za sobą
      dominację ZSRR w powojennej Europie. Jedynym sposobem, by temu zapobiec,
      wydawał się na tamtym etapie wojny separatystyczny pokój z Niemcami. Trudno
      jednak, by zawierać go ze sprawcą całego kataklizmu, szukano więc kogoś, kto
      mógłby stanowić alternatywę dla Hitlera. Osoba byłego wicekanclerza (nawet w
      Trzeciej Rzeszy była to druga osoba w państwie!), dobrze notowanego w Abwehrze,
      w korpusie dyplomatycznym i wśród niechętnych führerowi oficerów Wehrmachtu o
      arystokratycznych korzeniach stanowiła idealną kandydaturę.

      W konsekwencji von Papen zmuszony był występować w Ankarze w trzech rolach
      jednocześnie: ambasadora, tajnego wysłannika i negocjatora Hitlera, wreszcie –
      przedstawiciela opozycji względem führera, gotowej wziąć odpowiedzialność za
      losy Niemiec. Jego partnerami w tej grze byli ambasadorzy Wielkiej Brytanii i
      Stanów oraz nuncjusz najstarszej potęgi dyplomatycznej, Watykanu. Warto
      odnotować, że papież Pius XII nie wysłał do Turcji jednego z wielu duchownych-
      dyplomatów zza Spiżowej Bramy, lecz wyjątkowo utalentowanego człowieka Kurii –
      Giuseppe Roncallego, który po wojnie stał się znany światu jako ojciec Soboru,
      papież Jan XXIII.

      Niedopuszczona do negocjacji Moskwa zdecydowała się na śmiałe posunięcie:
      należy zlikwidować przyszłego przywódcę Rzeszy.

      Nieudany zamach

      Jesienią 1941 r. w Stambule pojawiło się kilku nowych radzieckich dyplomatów,
      wśród nich wicekonsul Pawłow i specjalizujący się tematyce międzynarodowej
      dziennikarz Leonid Naumow. Debiutowali oni jako dyplomaci, mieli jednak niemałe
      doświadczenie jako agenci wywiadu i zamachowcy. Prawdziwe nazwisko Pawłowa
      brzmiało Mordwinow, Naumowa zaś Naum Ettinger. Ten ostatni dopiero przed
      kilkoma miesiącami wrócił z Meksyku, gdzie kierował przygotowaniami do udanego
      zamachu na Lwa Trockiego.

      Pierwszy z przyjętych planów zakładał, że von Papen zastrzelony zostanie w
      teatrze. (…) Ostatecznie jednak zdecydowano się na zamach na ulicy. Jego
      wykonawcą miał być 26-letni Bułgar, którego danych do dziś nie udało się
      ustalić. Wiadomo jedynie, że w aktach uniwersytetu w Stambule występował jako
      Macedończyk Omer. Z akt NKWD wynikało, że jest doskonałym strzelcem. Z
      nieznanych dziś względów zdecydowano się użyć bomby tzw. bezpłaszczowej, a co
      za tym idzie bezodłamkowej. Narzędzie zamachu wykonał przybyły do radzieckiej
      rezydentury w Turcji pirotechnik i saper NKWD Timaszkow. W chwilę
      • wladca_pierscienii Re: Niezawisimaja G.- 1942 zamach NKWD w Turcji 30.11.06, 14:21
        Pierwszy z przyjętych planów zakładał, że von Papen zastrzelony zostanie w
        teatrze. (…) Ostatecznie jednak zdecydowano się na zamach na ulicy. Jego
        wykonawcą miał być 26-letni Bułgar, którego danych do dziś nie udało się
        ustalić. Wiadomo jedynie, że w aktach uniwersytetu w Stambule występował jako
        Macedończyk Omer. Z akt NKWD wynikało, że jest doskonałym strzelcem. Z
        nieznanych dziś względów zdecydowano się użyć bomby tzw. bezpłaszczowej, a co
        za tym idzie bezodłamkowej. Narzędzie zamachu wykonał przybyły do radzieckiej
        rezydentury w Turcji pirotechnik i saper NKWD Timaszkow. W chwilę po wybuchu
        motocyklista miał zabrać Omera z miejsca zamachu.

        Wieczorem 20 lutego 1942 roku wicekonsul Pawłow i Omer znaleźli się w pociągu
        relacji Stambuł-Ankara. Nazajutrz rano po kilkumiesięcznym postoju z portu w
        Stambule wyruszyła również "Swanetia", by odwieźć do kraju wysłużonych
        dyplomatów radzieckich. Cztery dni później statek przybył do gruzińskiego Poti,
        gdzie na nadbrzeżu czekała już kawalkada czarnych citroenów. Takimi autami
        poruszało się w tamtych latach wyłącznie NKWD.

        W kilkanaście godzin później, rankiem 24 lutego von Papen wraz z żoną szedł
        bulwarem Atatürka w Ankarze, kierując się do ambasady. Wicekanclerz znany był
        ze swej punktualności. Na ulicy pojawiał się codziennie o tej samej porze.

        Co stało się później? Według zachowanych w archiwach relacji radzieckich służb
        specjalnych Bułgar podszedł do małżeństwa von Papenów, sięgnął po bombę i
        pistolet, uruchomił zapalnik, po czym wstrzymał się z rzuceniem pocisku. Wybuch
        bezodłamkowej bomby nie wyrządził szkody nikomu prócz Bułgara, z którego ostał
        się jedynie kaszkiet. Siła wybuchu przewróciła Papenów na chodnik, ale doznali
        jedynie niegroźnych skaleczeń. Przejeżdżający obok motocyklista zatrzymał się
        przy podnoszącym się z ziemi ambasadorze i udzielił mu pierwszej pomocy.

        Wersja ta do dziś budzi wątpliwości. Jeśli motocyklista był agentem radzieckim,
        mógł bez trudu zlikwidować von Papena sięgając po nóż bądź pistolet, po czym
        oddalić się z miejsca wypadku. Tymczasem przejezdny nie dość, że udzielił
        pomocy małżeństwu, to poczekał na pojawienie się policji i podczas późniejszego
        dochodzenia przesłuchiwany był jako świadek. Na czym zatem polegała jego rola?

        Turecka policja, a później także von Papen w swych pamiętnikach uznali, że
        motocyklista znalazł się na ulicy przypadkiem. Ich zdaniem sam Bułgar miał
        zastrzelić ambasadora, bombę zaś wręczył mu zapewne Pawłow z wyjaśnieniem, że
        jest to rodzaj maskującej świecy dymnej, która ma ułatwić ucieczkę. Młody
        zamachowiec postanowił odpalić ją odpowiednio wcześniej i uruchomił zapalnik
        jeszcze przed pociągnięciem za spust pistoletu. Gdyby o pół sekundy wcześniej
        strzelił, udałoby mu się zlikwidować ambasadora.

        Epilog na środku morza

        Po zakończeniu misji w Stambule "Swanetia", uzbrojona w pięć 45-milimetrowych
        działek i w dwa CKM-y, służyć miała do transportu rannych. 16 kwietnia 1942 r.
        na pokład przycumowanego w Sewastopolu statku zaokrętowano 221 rannych, 358
        jeźdźców z 40 dywizji kawaleryjskiej, 60 mieszkańców obleganego miasta i
        65 "spieszonych" pilotów, udających się po nową partię samolotów. Wieczorem, w
        towarzystwie kontrtorpedowca "Bditelnyj" (Czujny) "Swanetia" ruszyła w kierunku
        Noworosyjska.

        Następnego dnia zaatakowały ją niemieckie torpedowce Ne-111. Dwa pociski
        trafiły w część dziobową. Statek zaczął przechylać się na lewą burtę,
        zanurzenie szybko rosło. Z 18 szalup na wodę udało się spuścić zaledwie pięć,
        przy czym trzy i tak znalazły się pod kadłubem. Ludzie, z których tylko część
        zdążyła włożyć kamizelki ratunkowe, skakali do kwietniowego morza. Wedle
        niektórych świadków o losie szalup przesądzili kawalerzyści którzy wypadli na
        pokład i przecięli pierwsze liny, jakie znalazły się pod ręką. W rezultacie
        szalupy, częściowo wypełnione ludźmi runęły w dół. Po zaledwie osiemnastu
        minutach od trafienia "Swanetia" zatonęła, osiadając na głębokości dwóch
        kilometrów. Na jej pokładzie zginęły 753 osoby, w tym 220 rannych i większość
        załogi – świadków prowadzonych w Stambule przygotowań do lutowego zamachu.
        Ocalały zaledwie 143 osoby. Większość odratowała załoga kontrtorpedowca.

        Turecka policja rychło wpadła na trop sprawców zamachu. Udało jej się jednak
        zatrzymać tylko wicekonsula Pawłowa-Mordwinowa i Leonida Korniłowa, jednego z
        pracowników misji handlowej ZSRR. Podczas procesu, jaki odbył się w Ankarze w
        czerwcu 1942 roku, prokurator zażądał dla obu kary śmierci, lecz sąd jednak
        skazał ich na 20 lat więzienia. Jeszcze przed końcem wojny, ułaskawieni,
        wrócili do kraju.

        *********************
        Hmm... tak jak ci, co w Katarze zabili byłego prezydenta Czeczenii
        Jandarbijewa...
    • wladca_pierscienii Polityka: Assasin do dziś = zabójca 30.11.06, 14:22
      wiadomosci.onet.pl/1375015,1292,kioskart.html
      POLITYKA
      Sławomir Leśniewski/29.11.2006 09:00
      Starcy bez serca
      Sekta asasynów
      Al-Kaida, największa organizacja terrorystyczna naszych czasów, przypomina
      działającą w średniowieczu i budzącą nie mniejszą grozę islamską sektę asasynów.
      Sinan lekko skinął głową. Dwóch młodych, półnagich mężczyzn o błyszczących,
      rozgorączkowanych oczach zbliżyło się do krawędzi murów. Spojrzeli na swego
      przywódcę wyczekująco. Z jego ust wyrwał się tylko jeden krótki rozkaz. Obaj
      asasyni postąpili krok do przodu... Ich ciała przez chwilę szybowały w
      powietrzu, by z głuchym łoskotem rozbić się o skały u podnóża zamku. Goszczeni
      przez Sinana Europejczycy wymienili między sobą pełne strachu spojrzenia.

      Tak mogła wyglądać wspomniana przez kronikarzy scena, kiedy Sinan, zwany
      Starcem z Gór, rezydujący na zamku w Al-Kadmusie, zademonstrował krzyżowcom
      oddanie i bezwzględne posłuszeństwo swoich podwładnych.

      Zamroczeni na śmierć

      Początki sekty, jednej z najgroźniejszych i zarazem najbardziej tajemniczych w
      dziejach, sięgają lat osiemdziesiątych XI w. Była ona odłamem szyickich
      Ismaelitów i weszła do historii pod nazwą asasynów (z arabskiego al-
      hasziszijjin, hasziszyni – zjadacze haszyszu). Twórcą grupy, mającej charakter
      polityczno-religijno-terrorystyczny, był Hassan ibn-Sabbah, pochodzący z Rai
      koło Teheranu.

      Początkowo ich celem była bezwzględna walka z Seldżukami będącymi sunnitami.
      Hassan zgromadził setki zwolenników absolutnie wiernych, gotowych do
      najwyższych poświęceń. Nosili oni miano fidawi – przeznaczonych na śmierć, i w
      takim właśnie charakterze wykorzystywał ich Hassan. Całkowitą władzę nad nimi
      utrzymywał dzięki rozpijaniu ich wywarem z haszyszu. Fidawi stanowili w rękach
      Starca z Gór marionetki, utrzymywane w stanie ciągłego podniecenia i wykonujące
      pod wpływem zamroczenia narkotykami każdy rozkaz.

      Fidawi, choć to im przypadała w udziale czarna robota i na nich opierała się
      terrorystyczna działalność sekty, stali na najniższym poziomie wśród siedmiu
      rang, na jakie się ona dzieliła. Wyżej od fidawi stał lasiq (wyznawca), ale
      dopiero rafiq (towarzysz) doświadczał inicjacji i był zapoznawany z doktryną
      organizacji. Na trzech kolejnych poziomach znajdowali się dai (misjonarz),
      dai’l kebir (przodujący misjonarz) i dai’d duat (główny misjonarz), czyli
      wielki mistrz sekty. Na siódmym poziomie znajdował się imam. (Poza siedmioma
      stopniami wtajemniczenia sekta posiadała także siedmiu imamów). Od rangi dai
      rozpoczynało się pełne członkostwo sekty i dostęp do jej najskrytszych tajemnic.

      W roku 1090 r. asasyni zdobyli twierdzę Alamut w Persji; stała się ona ich
      główną bazą. Szeregi szybko wzrastały, by na przełomie wieków osiągnąć liczbę
      ok. 60 tys. ludzi. Hassan opanował rozległe tereny w Persji i Syrii, i w chwili
      swojej śmierci w 1124 r. pozostawił sektę jako liczącą się siłę polityczną w
      tym rejonie. Doprowadziła ona do znacznego osłabienia potęgi Seldżuków, zaś po
      pojawieniu się w Ziemi Świętej krzyżowców, również im wydała wojnę. W
      skrytobójczych mordach ginęli zarówno dostojnicy muzułmańscy, jak i
      chrześcijanie. Było pewne, że wyrok wydany przez Starca z Gór zostanie
      bezlitośnie wykonany i nic nie uratuje ofiary przed wysłanymi przez niego
      zabójcami.

      Podczas panowania następcy Hassana, wielkiego mistrza Buzurgumida, sekcie
      poważnie zagroził rządzący w latach 1117–1157 sułtan Sanjar. Był on zdecydowany
      zlikwidować państwo asasynów i wysłał silną armię przeciwko ich perskim
      twierdzom. Rozpoczęła się wymiana bezlitosnych ciosów, z której zwycięsko
      wyszli asasyni. Oblegający Quhistan wezyr Muin al-Mulk został zasztyletowany we
      własnym obozie przez dwóch fidawi przebranych za stajennych. Zgładzony również
      został kalif Bagdadu, śmiertelny wróg asasynów. Masowego mordu dokonali oni w
      mieście Qazun blisko Alamutu, gdzie w odwecie za uśmiercenie ich wysłannika
      przez brata Sanjara zmasakrowali 400 ludzi.

      Misiurka Saladyna

      Wśród niezliczonych ofiar asasynów znajdowały się wysoko postawione
      osobistości. Udało się uśmiercić nawet świetnie strzeżonego syna Czyngis-chana,
      co zresztą stało się później jedną z przyczyn upadku sekty.

      Wiosną 1192 r. przed założonym przez krzyżowców Królestwem Jerozolimskim, mocno
      okrojonym i pozbawionym wielu ziem i twierdz, ale uratowanym przed zagładą
      dzięki trzeciej krucjacie, pojawiła się szansa na zażegnanie wewnętrznych
      sporów i odbudowę potęgi. Dawała ją osoba Konrada z Montferratu, bezwzględnego
      polityka, wybranego jednogłośnie na króla. Kilka dni przed koronacją Konrad,
      nie korzystający z osobistej ochrony, padł ofiarą skrytobójczego zamachu. Na
      ulicy podeszło do niego dwóch mężczyzn, jeden wręczył list do przeczytania, a
      drugi pchnął sztyletem. Mord ten usunął ze sceny politycznej człowieka
      obdarzonego licznymi talentami, który z pewnością byłby nietuzinkowym władcą.
      Jeden z zabójców wyjawił przed śmiercią, iż działał na rozkaz Starca z Gór,
      szejka Sinana.

      Nie powiodło się natomiast asasynom uśmiercenie sławnego sułtana Saladyna,
      który w 1187 r. zdobył Jerozolimę i zamknął tym wielkim politycznym i
      militarnym sukcesem trwające niemal sto lat zmagania z zachodnioeuropejskimi
      krzyżowcami. Jako sunnita i zarazem władca ucieleśniający potęgę państwa i ład
      społeczny stał się znienawidzonym celem dla asasynów, którzy podjęli kilka
      brawurowych prób jego zgładzenia. Najbliżsi sukcesu byli w 1175 r. podczas
      oblężenia przez wojska sułtana Aleppo. Rządzący nim szejk zwrócił się do sekty
      z prośbą o wybawienie go z kłopotów i usunięcie prześladowcy. Kilku asasynom
      udało się przedostać nie tylko do obozu Saladyna, ale do jego bezpośredniego
      otoczenia i jedynie szczęśliwy traf zrządził, że sułtan nie został wówczas
      zabity.

      Rok później jeden z zabójców zdołał nawet zadać cios nożem, ale Saladyna
      uratowała stalowa misiurka. Oba zamachy do tego stopnia przeraziły sułtana, że
      podjął szereg nadzwyczajnych środków ochrony, wzmacniając straż przyboczną i
      sypiając w specjalnie dla niego wybudowanej wieży. Saladyn nie ograniczył się
      jedynie do obrony. Na czele silnej armii wyruszył przeciwko twierdzy Masyaf z
      odwetową ekspedycją. Bardzo szybko zrezygnował jednak z oblężenia i wycofał
      wojska, co oczywiście spowodowało wielkie koszty i niezadowolenie żołnierzy
      liczących na łupy. Podobno niepopularną i dla ogółu niezrozumiałą decyzję
      podjął sułtan pod wpływem strachu. Oto po obudzeniu się znalazł koło siebie
      przedmioty pozostawione przez asasynów lub ludzi ze świty działających na ich
      zlecenie, wśród nich list z pogróżkami.

      Sułtan poczuł, że we własnym obozie jest całkowicie bezbronny wobec
      przerażającej potęgi sekty i postanowił więcej nie wchodzić jej w drogę.
      Pozostaje jednak intrygujące pytanie: dlaczego Starzec z Gór, mając okazję do
      zlikwidowania przeciwnika, postanowił darować mu życie? Może jako doskonały
      taktyk i psycholog doszedł do wniosku, że groźba stanowić będzie skuteczniejszy
      oręż niż jej spełnienie? Wystraszony sułtan wycofał się, a w razie jego śmierci
      któryś z synów zapewne zechciałby pomścić ojca.

      W historii zapisały się imiona zaledwie kilku Starców z Gór, którzy roztaczali
      swą władzę z górskich twierdz, z rzadka tylko dopuszczając obcych przed swe
      oblicze. Przydarzyło się to Henrykowi z Szampanii, który krótko po śmierci
      Sinana odwiedził jego następcę w zamku Al-Kehf w niedostępnych rejonach gór Al-
      Ansarijja (Ansarieh). Na cześć frankijskiego gościa Starzec z Gór urządził
      makabryczne przedstawienie. Na jego rozkaz kilku członków sekty rzuciło się w
      przepaść demonstrując swe przywiązanie i posłuszeństwo przywódcy i dopiero na
      prośbę tyleż przerażonego, co zdumionego barona ów zatrważająący pokaz został
      przerwany. Henryka olśniły prezenty, jakimi został obdarowany.

      • wladca_pierscienii Re: Polityka: Assasin do dziś = zabójca 30.11.06, 14:24


        Inny gość, Iwo Bretończyk, nie mógł wyjść z podziwu oglądając zbiory
        biblioteczne zgromadzone w Masyafie, potężnej syryjskiej twierdzy. Wśród
        unikatowych ksiąg przechowywano tam m.in. apokryficzne kazanie Chrystusa do św.
        Piotra. Podobnie cenne zbiory asasyni zgromadzili w Alamut.

        Hulagu przynosi zagładę

        Cios potędze asasynów zadali Mongołowie, którzy w połowie XIII w. pojawili się
        w Persji. Hulagu chan za główne zadanie uznał likwidację sekty, która
        dezorganizowała życie polityczne i zagrażała administracji na zdobytych
        terenach, a ponadto była odpowiedzialna za śmierć Cza’daja, syna najwyższego
        chana – Czyngisa. Gdy w 1256 r. potężna armia mongolska podeszła pod dolinę
        Alamut, wielki mistrz Kwurshah usiłował negocjować, aby zyskać na czasie.
        Mongołowie nie wdawali się jednak w rozmowy i natychmiast rozpoczęli oblężenie
        twierdz asasynów.

        Na pierwszy ogień poszedł potężny zamek Maymun Diaz, którego obrońcy zostali
        wybici do nogi. Najeźdźcy ruszyli na Alamut i jego załoga, przerażona losem
        pobratymców, szybko poddała twierdzę. Kwurshah został przez Mongołów chwilowo
        oszczędzony i posłużył jako negocjator w sprawie poddania kolejnych zamków
        asasynów. Wkrótce w ręce Mongołów wpadły fortece Giudkuh i Lambasar.
        Ostatecznie Starzec z Gór został zabity.

        Tysiące asasynów zostały w bestialski sposób wymordowane i tylko nielicznym
        udało się uciec w góry Persji. Jednak ich los, podobnie jak asasynów
        syryjskich, był przesądzony. Wyrok zapadł w 1260 r., gdy z walki o władzę w
        państwie mameluków zwycięsko wyszedł okrutny i wojowniczy sułtan Bajbars. W
        tworzonym przez niego imperium nie było miejsca ani dla państw krzyżowców, ani
        dla posiadłości asasynów. Po pokonaniu budzącej grozę armii mongolskiej Bajbars
        w ciągu kilku zaledwie lat rozprawił się z sektą. Najpierw pozbawił ją niemal
        wszystkich ziem, później nękał podatkami, by ostatecznie zająć jej twierdze.
        Ostatnią z nich, zamek Al-Kehf, zdobył w 1273 r.

        Sekta nie została jednak całkowicie unicestwiona, jej szczątki istniały nadal w
        Persji, Syrii, a nawet w Indiach i co jakiś czas okrutny mord przypominał o
        fanatycznych zabójcach. Jeszcze w XIX w. poddani Starca z Gór ukrywali się w
        położonej na górskim wierzchołku twierdzy Kellatel-kef.

        Do dziś żywa pozostała krwawa legenda sekty i słowa w kilku językach wywodzące
        się od nazwy członka sekty – asasyna, a oznaczające mordercę.
    • wladca_pierscienii Pierwsze ofiary Armii Czerwonej na ołtarze 19.12.06, 14:09
      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061219/kraj/kraj_a_2.html
      Zakończył się właśnie polski etap procesu beatyfikacyjnego 16 zakonnic
      zamordowanych pod koniec II wojny światowej przez radzieckich żołnierzy


      Wszystkie były zakonnicami ze Zgromadzenia Sióstr św. Katarzyny Dziewicy i
      Męczennicy, popularnie zwanego katarzynkami.

      - Zginęły za wiarę i w obronie cnoty czystości - mówi postulatorka procesu
      beatyfikacyjnego s. Józefa Krause.

      Kilka dni temu dokumenty zebrane w diecezji w sprawie męczeństwa sióstr zostały
      przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie.

      Siostra Christophora Klomfas miała 42 lata. Pracowała na sali operacyjnej
      szpitala mariackiego w Olsztynie, kiedy 23 stycznia 1945 roku do miasta
      wkroczyła Armia Radziecka. Siostra Klomfas, broniąc się przed gwałtem, została
      okrutnie zamordowana przez żołnierzy rosyjskich. 32-letnia siostra Leonis
      Müller pracowała w tym samym szpitalu i z tego samego powodu doświadczyła
      okrutnych męczarni. Wywieziona do Rosji zmarła w czerwcu 1945 roku. Siostry
      Sekundina Rautenberg i s. Adelgard Boenigk zginęły 26 sierpnia 1945 w
      Kętrzynie - zadano im wiele ran sztyletem i przywiązano do pędzącego pojazdu.
      Siostra Aniceta Skibowski, 63 lata, broniąc się przed gwałtem, została
      zamordowana 2 lutego 1945 roku w refektarzu klasztornym w Lidzbarku Warmińskim.
      Podobnie dwie inne siostry. Trzy katarzynki: s. Bona Pestka (40 lat), s.
      Gundhild Steffen (27 lat) i s. Rolanda Abraham (31 lat), ciężko chore na
      gruźlicę, leżały w szpitalu w Ornecie - bite i maltretowane zmarły w
      męczarniach. S. Caritina Fahl, 58 lat, wikaria generalna, broniąc i zasłaniając
      młodsze siostry i nowicjuszki przed gwałtem żołnierzy radzieckich, została
      okrutniepobita. Po dwóch dniach zmarła. Jedna z sióstr, 43-letnia Generosa
      Bolz, maltretowana i więziona na poddaszu szpitala przez żołnierzy, zmarła z
      głodu w maju 1945 roku.

      - To były Niemki, wszystkie urodzone tu, na Warmii, ale narodowość nie ma
      żadnego znaczenia - mówi "Rzeczpospolitej" s. Józefa Krause.

      Siostry nie wyjechały z Prus Wschodnich wraz z ewakuującą się ludnością
      niemiecką. Większość zakonnic pracowała w szpitalach. Mieszkały w siedmiu
      klasztorach: w Lidzbarku Warmińskim, Ornecie, Dobrym Mieście, Klewkach,
      Olsztynie, Kętrzynie i w Braniewie, w którym znajdował się dom generalny
      katarzynek.

      - Zginęły 104 nasze siostry, w sprawie 16 zebraliśmy dokumenty o męczeństwie -
      mówi s. Krause.

      Czy były to ofiary wojny, czy męczennice za wiarę?

      - To nie są tylko ofiary wojny, ale ofiary agresora, który działał z nienawiści
      do Boga - mówi ks. Lucjan Świto, który w procesie beatyfikacyjnym w diecezji
      warmińskiej był postulatorem sprawiedliwości popularnie zwanym adwokatem
      diabła.

      Proces beatyfikacyjny s. Christophory Klomfas i jej 15 towarzyszek rozpoczął
      się w diecezji warmińskiej w grudniu 2004 roku. Ale dokumenty zbrodni, zeznania
      świadków były zbierane już tuż po wojnie, w 1946 oraz 1947 roku. W czasie
      procesu przesłuchanych zostało 50 świadków. Jest to proces o męczeństwo, nie są
      w nim wymagane cuda.Jeżeli watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyda
      pozytywną opinię, a papież ją potwierdzi, siostry zostaną
      ogłoszonebłogosławionymi. Będą pierwszymi ofiarami radzieckich żołnierzy
      wyniesionymi na ołtarze. Ile może potrwać proces? - Na pewno kilkalat.
      Ustawiliśmy się w kolejce - mówi ks. Świto. - W tej chwili w Kongregacji jest
      około trzech tysięcy spraw do rozpatrzenia.

      EWA K. CZACZKOWSKA
    • wladca_pierscienii Suworow 1941 - linki 19.12.06, 14:12
      rok 2006:

      Zukow-fałszywy bohater
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=53382378
      Czy Rosja chciala zajac cala Europe w WWII?
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=52897824
      lodołamacz ?
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=50467161&a=50467161
      Antysuworow, czyli prawdziwa historia drugiej wojn
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=48178941&a=48178941
      Genialnosc niemeckich dowodcow
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=35843201&a=35852298

      rok 2004:
      Armia czerwona - atak na zachodnią europę
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=17818815&a=17818815
      • wladca_pierscienii Re: Suworow 1941 - linki 05.02.07, 17:10
        jeszcze:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=11170538&a=11170538
    • wladca_pierscienii marynarze szkoleni w Warszawie ! 29.12.06, 09:40
      w papierowym wydaniu Rzeczypospolitej jest więcej

      www.rzeczpospolita.pl/dodatki/pierwsza_strona_061229/pierwsza_strona_a_4.html
      Jedna szkoła dla armii


      Zapadł wyrok na wojskowe uczelnie - w tym legendarną Szkołę Orląt w Dęblinie.
      Kontrowersyjny doradca ministra obrony dąży do utworzenia na ich gruzach
      jednego uniwersytetu wojskowego


      Oprócz WAT i szkoły lotniczej w Dęblinie przestaną też istnieć pozostałe
      oficerskie uczelnie - Akademia Obrony Narodowej w warszawskim Rembertowie,
      Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni oraz Wyższa Oficerska Szkoła Wojsk Lądowych
      we Wrocławiu.

      Minister Sikorski ma już gotowy projekt ustawy, która utworzy w ich miejsce
      Uniwersytet Obrony Narodowej w Warszawie.

      Skąd ten pomysł? Wojskowi spekulują, że armia będzie się pozbywać atrakcyjnych
      gruntów po dotychczasowych szkołach. Rzeczywiście, " Rz" posiada plany reformy
      prezentowane na zamkniętym posiedzeniu kierownictwa MON. Wspomina się tam o
      sprzedaży nieruchomości.

      Motorem zmian jest doradca Sikorskiego gen. Andrzej Ameljańczyk. Wcześniej był
      m.in. rektorem WAT. Gdy odszedł, na uczelni powstał wewnętrzny raport, który
      podsumowuje jego rządy. Dotarliśmy do tego dokumentu - jest jednoznacznie
      niekorzystny.

      Według raportu za czasów Ameljańczyka WAT udzielała pożyczek prywatnym
      przedsiębiorcom. To niedopuszczalne w przypadku szkoły publicznej. Pracownicy
      uczelni pożyczali pieniądze samym sobie: "W części transakcji po obu stronach
      umów pojawiały się podpisy tych samych osób" - napisano w raporcie. I
      podkreślono, że na operacjach finansowych WAT ponosiła same straty.

      Na strzelnicy uczelni zbudowano "domek myśliwski". Autorzy raportu szacują, że
      kosztował co najmniej 2 - 3 mln zł. - Nie mam sobie nic do zarzucenia -
      zapewnia " Rz" Ameljańczyk. - Kiedy odchodziłem z akademii, na jej koncie było
      20 milionów złotych i żadnych długów.

      Minister Sikorski oficjalnie nie poinformował o swoich planach władz uczelni
      wojskowych. Ale wie, że większość profesorów w mundurach sprzeciwia się temu
      pomysłowi. Żeby pokazać swoją determinację, odwołał rektora WAT gen. Bogusława
      Smólskiego. - Usłyszałem, że mógłbym przeszkadzać w powstawaniu nowego tworu -
      mówi " Rz" Smólski.

      Dlaczego uczelnie mają być zlikwidowane? - Nie wiem. I zastanawiam się, w jaki
      sposób marynarze mają być kształceni w Warszawie - mówi gen. Smólski. - Trudno
      nie odnieść wrażenia, że ktoś chce skorzystać na tej operacji.

      Projekt zmian na uczelniach wojskowych już w styczniu ma być przedstawiony
      Sejmowej Komisji Obrony.

      Grzegorz Praczyk, Andrzej Stankiewicz


      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_061229/kraj/kraj_a_9.html
      Koniec Szkoły Orląt i WAT


      Likwidacja wszystkich uczelni wojskowych i stworzenie w ich miejsce jednej -
      Uniwersytetu Obrony Narodowej. Tak ma wyglądać reforma polskiego wyższego
      szkolnictwa wojskowego. Już wywołuje kontrowersje


      Czy zniknie mająca 80-letnie tradycje dęblińska Szkoła Orląt? Tak zakłada plan
      zmian w polskiej armii
      DZIENNIK WSCHODNI/KAROL ZIENKIEWICZ
      "Rzeczpospolita" dotarła do planów reformy prezentowanych pod koniec listopada
      na zamkniętym posiedzeniu kierownictwa MON. Ich autorem jest gen. Andrzej
      Ameljańczyk, pełnomocnik do spraw reformy szkolnictwa wojskowego.

      Z założeń reformy wynika, że po wprowadzeniu w pełni zawodowej armii - co ma
      się stać za około trzech lat - będziemy potrzebować blisko 700 oficerów
      rocznie. Z pięciu obecnie funkcjonujących uczelni, które kształcą ponad tysiąc
      wojskowych studentów, ma powstać jedna - Uniwersytet Obrony Narodowej.
      Zlikwidowane zostaną m.in. renomowana Wojskowa Akademia Techniczna i mająca 80-
      letnie tradycje dęblińska Szkoła Orląt.

      Zmiany są podzielone na kilka etapów. Za dwa lata wojskowi studenci mają się
      kształcić na jednej uczelni, jednak jeszcze w kilku kampusach. Do 2012 roku ma
      pozostać jedna uczelnia i jeden kampus. Oznacza to, że wszyscy przyszli
      oficerowie, także marynarze i lotnicy, będą się szkolić głównie w Warszawie.
      Nad morzem i w Dęblinie pozostałyby jedynie niewielkie filie UON.

      Z informacji "Rz" wynika, że MON swoich planów nie konsultowało z uczelniami
      przeznaczonymi do likwidacji. Co więcej, projektu reformy nie zna nawet
      Dowództwo Sił Powietrznych. - Wszystkiego dowiadujemy się tak naprawdę z
      plotek - narzekają wojskowi pracujący na uczelniach. Co innego mówi gen.
      Andrzej Ameljańczyk: - Konsultujemy się z uczelniami, robię to nawet osobiście -
      zapewnia.

      Uczelnie protestują przeciwko planowanym zmianom. Najgłośniej WAT - uczelnia na
      połączeniu straci wiele ze swojej renomy. WAT ma prawo do nadawania habilitacji
      w dziewięciu dziedzinach, a nowa uczelnia będzie się musiała od początku starać
      o takie uprawnienia.

      Kilkanaście dni temu minister zdymisjonował rektora WAT gen. Bogusława
      Smólskiego. Inne poglądy na kwestie szkolnictwa wojskowego doprowadziły także
      do konfliktu między ministrem Sikorskim a szefem Sił Powietrznych gen.
      Stanisławem Targoszem. Minister chciał odwołania Targosza, sprzeciwił się
      jednak prezydent. Wcześniej ofiarą innego spojrzenia na zmiany w armii - w tym
      na kwestie reformy szkolnictwa - padł wiceszef resortu obrony gen. Stanisław
      Koziej. Musiał odejść pod koniec lipca. - Powinniśmy iść nie w stronę zmian
      organizacyjnych, tylko jakości szkolenia - mówi "Rz" generał.

      Ameljańczyk to postać kontrowersyjna. Był rektorem WAT przed gen. Smólskim.
      Kiedy odszedł z uczelni, opracowano wewnętrzny raport wyliczający kolosalne
      nieprawidłowości. "Rzeczpospolita" dotarła do tego raportu. "Większość zagrożeń
      wynikających dla Akademii z tego okresu była i jest przedmiotem działań
      prawnych" - napisano w dokumencie. W pewnym momencie WAT miała 87 spraw
      sądowych.

      Za czasów Ameljańczyka powołano nową jednostkę WAT - Centrum Usługowo-
      Produkcyjne. Zajmowało się ono prowadzeniem interesów z wieloma spółkami i
      fundacjami, we władzach których zasiadali m.in. pracownicy CUP. Cytat z
      raportu: "Działalność CUP WAT była sterowana przez ludzi powiązanych z
      wojskowymi służbami specjalnymi". Handlowano wszystkim - od jachtów po systemy
      informatyczne. Przynajmniej na papierze, bo w raporcie napisano, że transakcje
      były fikcyjne. Kiedy WAT odmówiła pokrycia należności, firmy sprzedały te długi
      bankowi PKO BP. Według stanu na 24 stycznia 2000 r. WAT jest winna bankowi
      ponad 100 mln zł!

      - Nie znam treści raportu. Z tego, co słyszę, to jeden wielki bełkot -
      mówi "Rz" gen. Ameljańczyk. - Ten dokument został sfabrykowany przez osoby,
      które chcą mnie zniszczyć. Opisane w raporcie wydarzenia miały miejsce, jednak
      wyglądały inaczej. Wielokrotnie pisałem już wyjaśnienia dla ministra
      Sikorskiego. Widać, ma do mnie zaufanie.

      GRZEGORZ PRACZYK, ANDRZEJ STANKIEWICZ

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka