matrek
24.01.08, 04:25
W 2003 roku Ameryka wydała na obronę 329 miliardów dolarów (nie liczac
wydatkow zwiazanych z prowadzeniem dzialan bojowych), tj. więcej niż wzięte
razem wydatki zbrojeniowe kolejnych 14 państw, włączając w to Zachodnią
Europę, Rosję, Chiny i Japonię. Poza bronią nuklearną o światowej roli Ameryki
decyduje przede wszystkim amerykańska technika wojskowa, nowe rodzaje
uzbrojenia, logistyka i komunikacja: szacuje się, że budżet Pentagonu na
badania i rozwój może stanowić 70–80 procent wydatków obronnych przeznaczanych
na prace badawczo-rozwojowe na całym świecie. W istocie Ameryka dokonuje
kolejnej rewolucji w sztuce wojennej. Totalna przewaga nad przeciwnikiem w
powietrzu i na morzu, nieustanna inwigilacja z satelitów oraz pełna kontrola
komunikacyjna nad terytorium wroga, użycie tzw. pocisków inteligentnych, ataki
z bezpiecznie oddalonych lotniskowców i z bombowców dalekiego zasięgu.
Operowanie na wrogim terytorium nie tradycyjną armią, lecz oddziałami
specjalnymi Special Air Service, US Rangers czy Marine Corps, wyposażonymi w
najnowocześniejsze bronie i urządzenia techniczne. Najciekawsze, że – ze
względu na dobry stan gospodarki amerykańskiej – wydatki zbrojeniowe stanowią
mniejsze obciążenie dla USA niż w latach osiemdziesiątych. W 1985 roku budżet
Pentagonu stanowił 6,5 proc. GDP, obecnie stanowi jedynie około 3 proc. GDP –
Ameryka, więc utrzymuje swoje panowanie militarne stosunkowo tanim kosztem,
nie ukazując jakichkolwiek oznak imperialnego nadwerężenia.
Stany Zjednoczone stają się coraz potężniejsze i coraz... bardziej samotne.
Tuż po 11 września Unia Europejska poparła w całej rozciągłości politykę USA i
prezydenta Busha. Dotyczyło to zarówno prawej jak i lewej strony europejskiej
sceny politycznej – symbolicznej wymowy nabrał szczególnie artykuł redakcyjny
centrolewicowego i zwykle niezbyt entuzjastycznie nastawionego do Ameryki
paryskiego Le Monde. Tuż po zamachu terrorystycznym, Jean-Marie Colombani,
redaktor naczelny gazety, parafrazując słynne hasło paryskiego Maja 1968 roku
napisał jednoznacznie: Dzisiaj wszyscy jesteśmy Amerykanami. Unia Europejska
nie potrafiła jednak wyartykułować jednej polityki w sprawie wymuszenia na
Saddamie Husajnie podporządkowania się rezolucjom ONZ – ofiarą wielu polityk
narodowych stała się wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa Unii
Europejskiej. Radykalna polityka pacyfistyczna Gerharda Schrödera
zaprzepaściła szanse Niemiec na stanie się stałym członkiem Rady
Bezpieczeństwa ONZ, co było zadaniem określonym w testamencie politycznym
Willy'ego Brandta i ambitnym zamierzeniem polityki niemieckiej po zimnej
wojnie. Niemcy mogły przypieczętować zjednoczenie podniesieniem swego statusu
międzynarodowego, skupienia wokół Berlina „starej” i „nowej” Europy, stając
się łącznikiem strategicznym pomiędzy Ameryką a UE. Prezydent Jacques Chirac
wybrał podziw Chartumu i Trypolisu nad porozumienie z Warszawą, Pragą i
Budapesztem. Jak zauważa Dominique Moisi, wicedyrektor Francuskiego Instytutu
ds. Stosunków Międzynarodowych Francja nie może jednocześnie być rzecznikiem
globalnego oporu przeciwko USA oraz odgrywać rolę przywódczą w Europie. Moisi
przestrzega przed konstruowaniem (opartej na dziewiętnastowiecznym modelu
polityki) osi Paryż– Berlin– Moskwa, sojuszu który nie jest w stanie
powstrzymać Ameryki, może natomiast na trwałe podkopać fundamenty Unii
Europejskiej.