jaguarka1
20.02.11, 12:37
Witam!
U mojego syna (3 latka i 4 m-ce) w zeszłą srode pojawil sie wodnisty katar,w czwartek doszedł lekki kaszel (od czsu do czasu). Apogeum nastapilo w nocy z czwartku na piatek. Mocny, krotki duszacy kaszel i bardzo płytki oddech. Rano wybrałam sie do naszej pediatry. Stwierdziła, że to jest bardzo mocne zapalenie oskrzeli na tle wirusowym z dusznosciami. Grozil szpital mojemu synowi. Żeby nie skonczylo sie szpitalem przepisała takie tabletki:
- na poprawe oddychania THEOSPIREX i drugi lek
- PABI-DEXAMETHASON oraz syrop wyksztusny
bylo naprawde żle z moim synem. Kazała szybko rano rozpuscic mu te tabletki w herbatce oraz żeby zażyl syrop i po 3 godz. mialam przyjsc z synem aby mogla go powtornie osłuchac i podjac ostateczna decyzje co do szpitala.
W domu: rozkruszylam jedna tabletke i wymieszalam z małą iloscia herbaty. Nie chciała sie za nic w swiecie rozpuscic. Drobinki osiadaly na dnie kubeczka. Po wielu namowach i przy pomocy szczykawki syn polknol tą rozgnieciona tabletke. Po 20 min. w herbatce udalo mi sie calkowicie rozpuscic 3 nastepne tabletki w herbatce. Po meczarniach wypil. Natomiast bez problemu wypil syrop. O wyznaczonej godzinie ponownie zbadala go lekarka. Troszeczke bylo poprawy. Nie musielismy jechac do szpitala. Opowiedzialam jej jakie mam problemy z synem ze nie chce pic/połykac tych rozpuszczonych/pokruszonych tabletek. Czy nie moze dostac syn zamiast tabletek zaszykow? Odpowidziala ze zaszyki moze dostac jak bedzie w szpitalu. Że mam mu podawac szczykawka. Wieczorem w piatek tez mialam dac tabletki. Pierwsza tabletke jakos szczykawka polknoł. Po pol godzinie 3 kolejne tabletki podawane szczykawka od razu zwymiotowal. Musialm mu podac jeszcze raz. Rano w sobote bylo juz widac i slychac znaczna poprawe. Rano po meczarniach jakos przyjol te lekarstwa. Horror byl wczoraj wieczorem. Za nic w swiecie nie chcial ani z kubka, ani z łyżeczki ani tez ze szczykawki polknac tych tabletek. Na rzesach ja z mezem stawalismy aby mu jakos podac te tabletki. Nie pomogl danonek wymieszany z tabletka. Zwymiotował. Wyczol ze tam jset tabletka. Nie pomogla obietnica ze dostanie cos slodkiego w nagoode. Nic nie pomoglo. Byl wieli placz. Zatykanie buzi rekami, mocne sciskanie zebów. Nie dal sie przytszymac na rekach. Rzucal sie, wierzgal. Nie szlo ani na spokojnie ani na krzyk że musi polknac te tabletki. Meczylismy sie tak wszyscy z dobre 1,5 godz. Co mu chcialam podac szczykwaka to od razu wymiotowal. Krzyczal ze nie chce tego wypic.
Lekarka dala mi swoj numer komorki powiedziala ze ma co prawda dyzur w sasiednim miescie w szpitalu ale dzwonic moge. Wyczerpana, nie wiedzialam co robic postanowilam zadzwonic do niej. Wiem ze byo juz pozno po 22.00 ale chcialam jakas rade uslyszec od niej.
Dzwonilam pare razy odzwyala sie poczta glosowa, nagralam sie poprosilam aby jak bedzie miala chwile czasu oddzwonila do mnie. Po 23.00 maz tez nagral sie jej na komorke z prosba aby zadzwonila. Nie odzwonila ani w nocy ani do tej godziny.
Zdaje sobie sprawe że mogla byc zajeta, ale wydaje mi sie ze chyba by znalzala czas na 2 min rozmowe dzisiaj rano. A rano tez dzwonilam pare razy i nic. Zero kontaktu. Chcialam jej powiedziec ze nie moglam synowi za nic podac tych lekow i co mam robic w tej sytuacji.
Do kontroli zeby go osluchala idziemy jutro przed 14.00. Dzisiaj tez syn nie chcial przyjac lakarstw. Mówi ze to niedobre tabletki i bedzie wymiotowal.
Boje sie zeby dusznosci nie wrocily. Bo leki mial przyjmowac do dzisiaj do wieczora.
Nie wiem co mam myslec o takim lekarzu, ktorym naprawde w bardzo pilnej spariw nie moge sie skontaktowac po mimo zostawienia wiadomosci na poczcie glosowej. Zmienic go nie moge bo mieszakm w malej miejscowosci.
Boje sie o syna bo nie chce zeby wyladowal w szpitalu. Dodam jeszcze ze to tej pory nie mialam z nim problemu jesli chodzi o przyjmowanie lekarstw. Nawet antybiotyki ladnie polykal i nie wymiotowal. To co teraz przy tych tabletkach robil to koszmar.
Co mam myslec o takiej lekarce???