Tu na forum jestem "tylko" mamą Jasia - za tydzień już 5-latka.
Ale zawodowo jestem lekarzem, lekarzem rodzinnym, co oznacza, że przyjmuję i dorosłych i dzieci. Miała być pediatria, życie zadecydowało inaczej, ale pasja obserwowania dzieci mi została. I te obserwacje wiele mi dają do myślenia, choć chyba naprawdę nie jestem typem lekarza-wredziola

, tak w każdym razie wynika z długich rozmów z moimi pacjentami, od których wiele już dobrego usłyszałam. Nie piszę tego w ramach przechwałek, ale po to, żeby Was upewnić, że to co za chwilę przeczytacie nie wynika z niechęci do ludzi, tylko jest raczej obiektywne. A zabezpieczyć się na wstępie trzeba, bo narzekanie na lekarzy w naszym kraju jest niemal tak popularnym sportem, jak narzekanie na władzę
Dobra, do rzeczy.
Pierwsza bardzo niepokojąca rzecz - przyznaję, jedynie w pewnych określonych /ale niestety niewąskich/ kręgach - to straszenie.
"Jak będziesz niegrzeczny, to pani doktor zaraz da ci zastrzyk"
"Jak będziesz taka wredna, to cię karetka zabierze"
Ludzie, jak można?? Dziecko potem schizuje na sam widok gabinetu, a bywają i takie, które płaczą "Dlaczego idziemy do lekarza, przecież nic złego nie zrobiłem!" Serce się kraje po prostu...
Drugi biegun - dostosowywanie zabiegów diagnostycznych czy leczniczych do... chęci dziecka.
Mam wśród pacjentów 2-, a nawet 4-latki, które nigdy jeszcze nie były u dentysty.
Mam ważącą 60kg 8-latkę, którą oprócz innych zaleceń wysłałam pół roku temu do endokrynologa - mama nie poszła z nią, "bo córka nie chce". Ratunku!!!!
Kolejna sprawa - może mniej szkodliwa, ale chlubna też nie. Permanentne wyręczanie. W przebieraniu, w mówieniu, we wszystkim.
Jasne jest, że nie oczekuję od roczniaka samodzielności, jasne, że jesli dziecko jest chore, b.źle się czuje albo ma złamaną rękę, to mama go rozbiera/ubiera niezależnie od wieku, sama nieraz pomagam w tym jeśli jest potrzeba. Ale jak widzę 4-latka z katarem albo zdrowego na bilans, 5-latka na badanie przed szczepieniem, wreszcie szkolne dzieci - mówię "rozbierz się", a nie "proszę rozebrać Kubusia". I wtedy mama wkracza do akcji : "no, rączki do góry, zdejmę ci koszulkę". Po co? Że niby szybciej ma być? Nikogo nie gonię, te same mamy nie mają oporów, żeby rozmawiać potem długo ze mną o różnych rzeczach /do czego zresztą świadomie stwarzam atmosferę, bo to ważne, by obgadać pewne rzeczy/ - ale widać z tego, że nie o czas tu chodzi.
Pytam dziecko, gdzie go boli itd., a mama odpowiada. Przecież oczywiste jest, że zbieram tzw. wywiad również, a może przede wszystkim z rodzicami /proporcja zależna od wieku/, ale dziecko kilkuletnie zna już swoje odczucia, ja wiem, że nie zawsze jest jeszcze precyzyjne, ale nich się uczy o nich mówić, nie tylko mamie. Najwcześniejszy wiek, w jakim rodzice przychodzący z dziećmi do gabinetu oczekują od nich samodzielnego opowiadania o swoich dolegliwościach to ... 14-15lat. Młodsze są wyjątkami. Dlaczego??
No i permanentny błąd - dzieci w ogóle nie są przygotowane na to, co się będzie działo w gabinecie. Boją się, płaczą, nie współpracują, nie rozumieją dlaczego robimy to co robimy. Ja staram się mówić, dotykam słuchawką najpierw rączki, żeby udowodnić, że nie boli i że to samo na pleckach też boleć nie będzie itd, ale to nie w tym rzecz, bo dziecko już zapłakane i przerażone nie percepuje moich słów. Znów powtarzam - nie mówię o rocznym czy 2-letnim skrzacie, ale o przedszkolaku i to takim, któremu nie dolega nic poważnego. Naprawdę biorę poprawkę, że człowiek chory jest bardziej drażliwy, ale zdarzało się i tak, że zdrowy /jedynie zakatarzony/ 6-latek opluł mnie i skopał, bo chciałam mu zajrzeć do gardła... A rodzice stali obok z przepraszającymi uśmiechami.
A na drugim biegunie jest chłopczyk, który trafił do mnie na wczorajszym dyżurze - niespełna 3-latek, po operacji przepukliny, zagorączkował wysoko, trzeba było zdjąć opatrunek, żeby zobaczyć ranę, co oczywiście przyjemne nie było. Wiecie, jak fantastycznie to dziecko współpracowało? Zapłakał, oczywiście, przecież świeża rana bolała, gorączka 40st. też nie poprawiała mu samopoczucia, ale żadnego wyrywania, żadnego bronienia się, na zmianę z mamą rozmawiałyśmy z nim, że zrobimy to i to, "tak, wiem, dobrze" - mówił pochlipując leciutko. Byłam pod wrażeniem, przeciez on akurat po niedawnych doświadczeniach szpitalnych miałby prawo być przerażony, bronić się, rozpaczać. Ale wszystko było wcześniej przegadane, przygotowane, wiedział co i po co się dzieje. Jestem pełna uznania dla rodziców, kawał dobrej roboty wykonali.
Ludziska, proszę, jak już dzieci siedzą przed monitorami i oglądają bajki, to niech obejrzą też /z Wami!/ "Było sobie życie", pogadajcie z nimi o tym, na czym polegają choroby i walka z nimi, po co szczepienia, dentysta, po co zdrowa dieta, po co unikanie dymu tytoniowego. Róbmy to z dziećmi na codzień, a nie dopiero wtedy, gdy dzieje się coś złego i chory gorączkujący maluch w ogóle nie ma ochoty słuchać.
Gratuluję tym, którzy dotarli do końca tej epistoły
-
Pozdrowionka,
Tusia