mamazuczka2006
03.10.08, 21:56
Fakty: rodzice pracują w różnych godzinach, np. : 7-15 (np. urzędnicy), 8-14 (np. nauczyciele), 9-17 (np. firmy w dużych miastach), 10-18 (np. sklepy).
Dlaczego przedszkola (i żłobki) dyskryminują tych rodziców i ich dzieci, którzy pracują w godzinach późniejszych (np. 9-17 jak większość firm i banków w dużych miastach)?
Dlaczego przedszkola są czynne w godz. 6:30 - 17:00 albo i krócej uniemożliwiając odbiór dzieci rodzicom pracującym do 17:00, którzy jeszcze do tego przedszkola muszą dojechać?
Dlaczego zapewniana jest w pełni opieka dzieciom rodziców pracującym 7-15, a rodzice pracujący 9-17 są zmuszani do kombinowania z babciami i opiekunkami?
Dlaczego matka (lub ojciec) pracująca od godz. 10:00 nie może dziecka zawozić do przedszkola na godz. 9:30?
Stanowisko przedszkoli jest jasne: ponieważ dezorganizuje życie innym dzieciom tkwiącym tam już od 6:30.
Chwalebne jest również wcześniejsze odbieranie dzieci np. zaraz po drzemce, po to żeby mogło dłużej pobyć z mamą, a krócej w przedszkolu. Natomiast dziecko, które ma szansę pobyć z mamą dłużej rano nie ma takiej możliwości, ponieważ najpóźniej o godz. 8:00 musi się stawić w przedszkolu.
Czy czas spędzony z matką od 15 do 17 jest cenniejszy niż czas od 7 do 9?
Dlaczego wszystkie ciekawe zajęcia, zabawy i zajmowanie się dziećmi odbywa się tylko w godzinach rannych i przedpołudniowych, a o godz. 15-16 przedszkole zamienia się w przechowalnię z łączonymi grupami, dyżurującymi paniami, starszakami dominującymi maluchów, gdzie głównym zajęciem dzieci jest obserwowanie klamki i kolejnych szczęśliwców, po których przyszli rodzice? Na skutek tego rodzice później kończący pracę kombinują z zatrudnianiem niani, która wcześniej odbiera dziecko, aby uniknęło tych smutnych godzin jałowego oczekiwania w kilkuosobowej grupce nieszczęśliwców. Powstaje paranoiczna sytuacja, że matka mogąca spędzić z dzieckiem rano cenne 2 godziny, odstawia je na 8 po to, by mogło pobyć z nianią po południu. Ogólnie matki odbierające dzieci w godzinach późniejszych są postrzegane jako wyrodne karierowiczki przy jednoczesnym pozbawianiu ich możliwości spędzenia czasu z dzieckiem rano jeśli mają taką możliwość.
Czy tylko mi się wydaje, że coś jest nie tak w tym całym systemie? Czy nie utkwił on w czasach PRL, kiedy to wszyscy pracowali hurtem 7-15?