agnstep
22.07.14, 22:15
Na teściową i na męża - już nie wiem na kogo bardziej.
Teściowa radośnie zostawiła sobie synka (lat 3) z 7-letnim "kolegą" w piaskownicy pod blokiem i pobiegła do mieszkania na II piętrze po soczek. Rzekomo nie było jej 2 minuty (akurat! samo otwieranie drzwi kluczami i zamykanie to sporo dłużej)
Następnego dnia synek melduje jak było, mąż dzwoni do teściowej która twierdzi że synek na klatce grzecznie czekał. Synek obstaje przy swoim aż wypytywany w końcu mówi - tak czekałem na klatce, tylko sobie tak żartowałem. Mąż mnie opierdziela że wierzę w fantazje kilkulatka a ja znam syna i po jego zachowaniu widzę że coś jest nie tak. Więc opisuję teściowej zeznania synka teściowej i ta się w końcu łamie i przyznaje - ale ty mnie nie rozumiesz, ja szybko biegłam, to tylko 2 minuty, przecież ja też dbam o jego bezpieczeństwo.... Nosz kur.... Więc rozmawiam z mężem i mówię jak naprawdę było i że albo on okłamał mnie kryjąc teściową, albo teściowa jego. Stwierdził że ona jego. A ja już nie wiem komu wierzyć - generalnie mam ochotę udusić oboje - a na męża na ten moment patrzeć nie mogę bo jeszcze zagarnęłam ochrzan że dochodzenie prowadzę, d... mu zawracam i że dzieciak jest sam sobie winny bo czasem kłamie i już nie wiadomo w co mu wierzyć. Czuję się jak idiotka w stosunku do synka, że mu mimo przeczuć nie wierzyłam - że widziałam jaki był smutny jak potwierdzał wersję babci... Teraz śpi a ja nie wiem jak z nim jutro rozmawiać - niby mały ale wiem że wszystko rozumie. Mąż oczywiście bagatelizuje że dramatyzuję. Teściowa się zarzeka że już nigdy nie zostawi - ok temat zamknięty. Ale przyznam że na męża patrzeć nie mogę i jakoś większy żal czuję do niego za to zachowanie w tej sytuacji, bo głupota teściowej nie boli ale on zachował się jak palant po prostu