Czy zawsze jesteście sobą?
Co to znaczy: być sobą?
Czy udawanie jest złe? Czy wręcz przeciwnie?
Czy do złej gry trzeba robić dobrą minę, czy przeciwnie: nie wolno?
Czy to mądrość, czy oszustwo?
No więc dziś usłyszałam od kogoś w pracy (czyli osoby widującej mnie
5 dni w tygodniu, jednak kawał czasu), że jestem "zawsze
uśmiechnięta". Wy, którzy znacie mnie bliżej - wiecie, że na pewno
teraz jest to wynika udawania, pracy nad sobą, nie wiem czego
jeszcze - ale na pewno nie obrazem duszy. Cieszyć się, że nie widać
bólu na zewnątrz? Być dumnym z kłamstwa?
No właśnie nie wiem. Bo w chrześcijaństwie wiele się mówi o tym, jak
to dobrze jest nie mówić o swoich smutkach, jak to ludziom należy
okazywać pogodną twarz (często nieprawdziwą), matka Teresa z Kalkuty
w zalinkowanym przez mader artykule była przez 50 lat uśmiechnieta
pomimo dramatu w duszy.
Czy to etyczne, takie namawianie do fałszu?
Moje wątki mogą czasem wyglądać na prowokacje, czasem pytam naprawdę
o głupie sprawy (czasem?

). Ale coraz częściej (zatrważająco
często) widzę, że coraz mniej z życia i świata rozumiem. No to pytam.