No właśnie, jak w temacie - co z tego, że córuś rok skończyła, jak jest nie lepiej, a gorzej wręcz...jestem w ciemnej d... załamka, mam coraz mniej sił i cierpliwości.
Generalnie należę do nurtu bliskosciowego, jeśli chodzi o relacje z dziećmi, wynika to raczej z moich wewnętrznych przekonań, działaniu na intuicji niż postepowaniu wg poradników....ale nie widzę wcale a wcale zalet takiego podejścia...Mam wrażenie, że im więcej córce daję, im jesteśmy "bliżej", tym ona chce być jeszcze bardziej nierozłączna...
Po pierwsze - drzemki w dzień są tylko i wyłącznie z piersią w buzi lub przy buzi...zasypia jedząc i musi sobie possać przy przebudzeniach, bo nie prześpi ciurkiem dłuzej jak 45 min.
Niby mi to pasuje, bo mogę odpocząć, zwłaszcza po ciężkich nockach, ale zawsze jest myśl ile mogłabym w tym czasie zrobić w chałupie albo po prostu popatrzeć w sufit, a nie znowu na dziecko. 24h jesteśmy niemal w symbiozie, bo razem śpimy nocami.
Po drugie - moze to zęby, bo widać że 2 zaraz będą wyłazić, może niewyspanie, może inny ból życia, ale nie mogę, no nie mogę ugotować głupiego obiadu, ba! nie mogę odwrócić się tyłem do córy będąc przy kuchni, bo zaraz do mnie pędzi i na ręce, na ręce i na ręce! Właściwie co i rusz na ręce. Nie wiem - czy to ten wiek, kiedy dzieci orientują się, że są odrębną istotą od matki? I może jakieś lęki, niepokój z tym związane?
Po trzecie - noce - jak pozwoli się położyć spać, to budzi się po 45 min. i tak całą noc...w sumie nie patrzę w nocy na zegarek, więc nie wiem co ile się budzi, ale kilka razy zmieniam piersi w ciagu nocy.
Po czwarte - tak, mam męża a córka ojca, tak po powrocie z pracy ona przejmuje opiekę i władzę rodzicielską

ale rzadko kiedy córa pozwala mu się uspać a potem uspokoić w nocy, jest ryk, histeria, gile po pas i pożegnanie ze snem na 2 godz. Poza tym mieszkamy w domku na wsi trzeba w piecu napalić, drzewo przywieźć, popiół wyrzucić itd. więc nie zawsze może w pełni mnie wyręczyć, ale generalnie działamy po partnersku.
Jestem wyczerpana, zmęczona, wiem to. Gdy kilka miesięcy temu wyobrażalam sobie Zu jako roczne dziecko, byłam pewna, że będzie spała już sama, że da mi odsapnąć. Od początku, od 1 dnia życia widać, że potrzebuje mojej bliskości, ale na boga, już chyba więcej nie mogę jej dać? Naczytałam się, że jak naładujesz dziecku baterie, zaspokoisz tą potrzebę bliskości, to tym łatwiej i szybciej się odklei, a u nas nic z tych rzeczy.
Nie mam pracy, do której mogę wrócić po macierzyńskim, myślałam że pobędę z Zuzką jeszcze 1-2 lata, które wykorzystam też na przekwalifikowanie się, może nowe studia, szkolenia itd. ale gdzie tu miejsce na rozwój, samorealizację jak w garnku zupę muszę mieszać z dzieckiem na ręku...? Wieczorami jestem nie do życia, zresztą nie mam wieczorów dla siebie czy wspólnych z mężem, bo przecież Zu ciągle się budzi. Leżymy więc z nią i oglądamy filmy na laptopie, ale ile można tak ciągnąć?
Śmiałam się do siostry, że jeszcze będąc w ciąży kupiłam sobie seksowną koszulkę do spania, a ani razu jej nie założyłam, tylko wkładam jakieś paskudztwo, żeby mieć cycki na wierzchu dla dziecka....masakra.
Może ktoś też tak miał i powie mi, że jeszcze góra 3 miesiące i nastąpi przełom?