Dodaj do ulubionych

płaczące dziecko sąsiadów

10.03.07, 10:32
witam was słuchajcie chciałam wam coś opowiedzieć i dowiedzieć się co wy
byście zrobiły otórz sąsiedzi którzy mieszkają podemną mają dziecko które ma
jakieś 9 miesięcy i słuchajcie przez w zasadzie całe dnie to maleństwo tak
strasznie płacze to nie jest normalny płacz np zmęczonego dziecka czy
poprostu marudzącego to przypomina mi dosłownie moja mała jak np sie
przewróciła jak coś się jej stała tak strasznie płakała. najgorzej jest w
nocy od godz gdzieś 22.30 ta mała tak strasznie płacze że ja mam wrażenie jak
by rzeczywiście jakaś krzywda jej sie tam działa nikogo nie słychać by
uspokajała to biedne maleństwo słuchajcie zastanawiam się czy nie iśc do tych
rodziców i nie zapytać co się dzieje że to maleństwo tak strasznie no nie
można tego nazwać nawet płaczem dlaczego tak przeraźliwie woła o pomoc
słuchajcie co radziłybyście zrobić bo to nie wygląda za ciekawie dodam tylko
że rodzina wygląda na naprawdę bardzo spokojną czasami zdarzają sie awantury
ale to co sie dzieje z tym dzieckiem poprostu mnie przeraża
Obserwuj wątek
    • monciad84 Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 14:19
      Ja na Twoim miejscu bym nie reagowala.Moj synek tez baaaardzo duzo placze i
      czesto wpada w histerie(ma 2,5 roku)i tez czesto sie boje,ze sasiedzi moga
      sobie pomyslec,ze katuje dziecko.A wcale tak nie jest!Poprostu mam malego bekse
      w domu.Jak wpada w histerie staram sie na to nie reagowac.Czekam az sam sie
      uspokoi.Moze Twoi sasiedzi maja taka sama metode jak ja.
      • iza1011 Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 15:03
        Moja Majka ma 18 m-cy i przeżywa chyba teraz jakiś bunt. Płacze przy usypianiu
        chociaż przy niej jestem, w nocy sie budzi i rzuca smoczkami wtedy do niej
        wstaje i czekam aż się położy, a ona płacze bo chce jej sie spać. Poprostu są
        takie dzieci płaczące chyba.
        • jonaska Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 15:23
          a ja zgłosiłabym na policję. poprosiła anonimowo o interwencję i sprawdzenie.
          moja znajoma (bardzo miła, kulturalna rodzina) uczyła małą (1,5 roku) zasypiać
          w łóżeczku. i przez kilka dni nie reagowała jak małą protestowała płaczem
          wieczorem. po kilku dniach do drzwi zapukała policja..ktos z sąsiadó zgłosił,że
          dziecko dużo płacze. przyszli, sprawdzili, porozmawiali. nikt nie był zły. oni
          także. nie mieli nic do ukrycia, a nawet byli pełni uznania, bo sąsiedzi nie
          byli obojętni. ktoś obawiał się o los dziecka...i tak powinno być. taka
          interwencja nie zaszkodzi, a może pomóc
          • iwciad Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 15:48
            A ja bym grzecznie zagadnęła sąsiadkę o dzieciaczka. Przecież to miłe jak ktoś
            się interesuje.Jakieś niezobowiązujące pytanie.W zależności w jakich jesteści
            relacjach, czy na dzień dobry czy czasem gadacie.
            Poprostu ja miałam bardzo podobną sytuację. Mój syn w wieku 2-lat przerażliwie
            płakał nocami. Nie pomagało uspokajanie, przytulanie, zagadywanie itp.sposoby.
            Czasem zmuszeni byliśmy owijać Malego w kołdrę i wychodzić na balkon.Możecie
            sobie wyobrazić póżniejsze spojrzenia sąsiadów.Dodam, że w naszym bloku starego
            budownictwa wszystko strasznie "niesie". I właśnie pewnego razu sąsiadka z
            drugiej klatki!mnie zagadnęła. A właściwie zaczęła szczebiotać do synka. Jaki
            ładny itd.Każdy sposób dobry aby zacząć rozmowę.I pyta w końcu dlaczego to
            dziecko tak płacze nocami, czy jest chore albo jest jakaś inna przyczyna.Nie
            byłam na nią zła. Od tamtej pory się znamy, zawsze rozmawiamy.
            Myślę, że jak zagadniesz sąsiadkę to przecież będzie widać czy martwi się tymi
            płaczami czy poprostu się oburzy i zaprzeczy. A wtedy to wiadomo...nie czekaj,
            lepiej chuchać na zimne w trosce o dobro dziecka.
            • megan26 Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 16:53
              wiecie co chyba macie sporo racji może wyolbrzymiam coś ale mojej małej aż
              takie ataki płaczu nigdy sie nie zdażały i dlatego jest to może dla mnie takie
              dziwne poprostu zapytam sąsiadki co dolega jej dzieciątku że tak płacze, ale
              mówię wam to naprawde jak się słyszy nie wygląda za ciekawie ale może to tylko
              takie moje odczucie dziękuje wam i pozdrawiam
        • grindgirl Re: płaczące dziecko sąsiadów 21.03.07, 08:52
          reaguj!!!miałam kiedyś podobn problem,sąsiad za ścianą strasznie bił swoje
          malutkie córeczki,5i6lat,nie mogłam znieść pisków z bólu,płaczu i terroru w
          jakim żyją dziewczynki,niestety ani pomoc społeczna ani policja nie przejęła sie
          moim donosem mimo ,iż nie był anoinimowy,ale to rozpaczliwe wołanie o pomoc
          słyszę do dziś mimo ,że ze się przeprowadziłam dawno temu,mam nadzieję że
          wystarczy ci szcześcia i odwagi by pomódz bo jesteś mamą i sama piszesz ,że
          maleństwo płacze jakby działa się mu krzywda,to nigdy nie wygląda,ale właśnie
          przez znieczulicę słyszy się o coraz to nowych tragediach,moja interwencja wobec
          braku jakiejkolwiek reakcji instytucji mających pomagać przybrała extremalną
          formę,w trakcie jednej z takich masakr wtargnełam sąsiadowi do mieszkania i
          porządnie pokiereszowałam faceta,był bardzo zaskoczony,nie dał rady się
          obronić,sporo ryzykowałam ale pomogło ,ja już więcej nie odchodziłam od zmysłów
          z powodu płaczu krzywdzonych dzieci,i powiem ci ,że gdyby sytuacja powtórzyła
          się zrobiłabym to samo
          • a_weasley Czytajcie wątek do końca, potem piszcie! 21.03.07, 10:03
            grindgirl napisała:

            > wystarczy ci szcześcia i odwagi by pomódz bo jesteś mamą i sama piszesz ,że
            > maleństwo płacze jakby działa się mu krzywda,

            I to nie jest pierwsza taka wypowiedź, kompletnie od czapy w świetle
            późniejszych wpisów autorki wątku.
            Megan zastosowała się do rady osób co przytomniejszych, a co widziała i
            słyszała, w notce pomieściła.
    • liberata Re: płaczące dziecko sąsiadów 10.03.07, 23:23
      Moja koleżanka też słyszała płacz dziecka, ale nie reagowała, bo sąsiedzi
      normalni. I kiedyś usłyszała "Mamusiu, już mnie nie bij, to bardzo boli"
      (dziecko już mówiące). Ubrała się, poszła do sąsiadki, sklęła ją na czym świat
      stoi, postraszyła policją i poszła. Od tej pory nie rozmawiają. Ale dziecko nie
      płacze.
        • pycia07 Re: płaczące dziecko sąsiadów 11.03.07, 11:16
          zgłość koniecznie
          jeśli nic złego się nie dzieje to rodzice wszytsko wytłumacza i będzie ok
          ale jeżeli dzieje się coś złego i każdy będzie wychodził z założenia że może
          ktoś inny zadzwoni to naprawdę może się to skończyć tragicznie
          może to włąśnie od Ciebie zależy los tego dziecka???w takich przypadkach
          lepiej "dmuchać na zimne"
          P.
    • annakate Re: płaczące dziecko sąsiadów 11.03.07, 16:17
      Napisz (może być anonimowo)do najbliższego sądu rejonowego (wydział rodzinny).
      Podaj mozliwie dokładne dane dziecka (adres jesli nie znasz nazwiska to nic nie
      szkodzi), opisz sytuację. Sąd zareaguje nawet na anonimowe zgłoszenie, zleci
      wywiad kuratorowi, może sprawdzic też przez opiekę społeczną, pielęgniarkę
      środowiskową. Kurator w czasie wywiadu zasięgnie opinii sąsiadów, jak przyjdzie
      do Ciebie to powiedz, co wiesz i wcale się nie musisz chwalić, że to Ty wysłałaś
      pismo. Jeżeli sie okaże, że nic złego sie nie dzieje, to nie będzie żadnych
      złych konsekwencji, a jesli tam jest źle to uratujesz może dzieciaka.

      Pamiętasz sprawę z dziećmi w beczkach? One też miały sąsiadów!

      Proszę, nie bądź obojętna!

      Rozmowa z sąsiadką nic nie da. Powie Ci to, co będziesz chciała usłyszeć. Odwagi!
      • a_weasley Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 12:45
        annakate napisała:

        > Napisz (może być anonimowo)do najbliższego sądu rejonowego

        Tak tak, anonimowo. I swoim dzieciom powiedz, że takie rzeczy się pisze anonimowo.
        Może cudzemu dziecku nie pomożesz, ale łatwiej będzie wychować własne na tchórzy.

        > szkodzi), opisz sytuację. Sąd zareaguje nawet na anonimowe zgłoszenie, zleci
        > wywiad kuratorowi, może sprawdzic też przez opiekę społeczną, pielęgniarkę
        > środowiskową. Kurator w czasie wywiadu zasięgnie opinii sąsiadów,

        I już rodzice będą mieli przyprawioną gębę rodziny patologicznej znęcającej się
        nad dzieckiem.

        > do Ciebie to powiedz, co wiesz i wcale się nie musisz chwalić, że to
        > Ty wysłałaś pismo.

        No pewnie, jak tchórzyć to na całego.

        > Jeżeli sie okaże, że nic złego sie nie dzieje, to nie będzie żadnych
        > złych konsekwencji,

        Poza zrobieniem - za pomocą anonimu - patologii z porządnych ludzi, którzy mają
        nerwowe dziecko.

        > Pamiętasz sprawę z dziećmi w beczkach? One też miały sąsiadów!

        I wcale nie płakały.

        > Odwagi!

        Tak, tak. Anonimy trzeba pisać odważnie.
        • annakate Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 17:44
          Moja droga, napisałam MOŻE być anonimowo, co nie oznacza zachęty do pisania
          anonimów w ogolności. Uważam jednak, że lepiej tak, niż wcale. Oczywiście nie ma
          przeszkód by sie podpisać, i Ty na pewno właśnie tak byś zrobiła, a potem jeśli
          okazałoby sie, że strzał był celny i w rodzinie coś by było nie halo to z
          godnościa znosiłabyś drobne nieuprzejmości, porysowany samochód, pomazane drzwi
          i rozmaite inne atrakcje. A jeśli chodzi o zrobienie patologii z porzadnych
          ludzi to widać nie słyszałaś nigdy o przemocy w "dobrych domach".
          No cóż są ludzie, którzy odważnie i zasadami nic nie zobaczą i nie usłyszą, oraz
          z godnością nie będą sie wtrącać. I tego nauczą swoje dobrze wychowane dzieci.
          Pozdrawiam.
          • a_weasley O tchórzostwie i polowaniu na czarownice 13.03.07, 10:07
            annakate napisała:

            > Moja droga,

            Ani Twoja, ani droga.
            Pisanie zarówno

            > anonimów w ogolności.

            jak i anonimów w każdym konkretnym przypadku uważam za tchórzliwe, a pisanie
            anonimowych donosów to tchórzostwo że aż śmierdzi.
            Rozumiem, że są sytuacje, w których inaczej się nie da, a ktoś, kto pokaże swoją
            twarz, ryzykuje życiem swoim i swojej rodziny. Wtedy to żaden wstyd (aczkolwiek
            w dalszym ciągu zaszczyt wielki to też nie jest). Ale tu nie mówimy o
            międzynarodowym gangu narkotycznym, tylko o sąsiedzie, który BYĆ MOŻE jest
            niedobry dla dziecka.
            Skądinąd że jeśliby rzeczywiście był powód i sprawa miała skutki procesowe, i
            tak będzie trzeba zeznawać. Ale to już niech zeznają sąsiedzi. Po co ryzykować
            porysowany lakier?

            > Uważam jednak, że lepiej tak, niż wcale.

            Z dokładnością do tego, że anonimowy donos ma mniejszą szansę wywołania
            jakichkolwiek skutków niż podpisany.

            > Oczywiście nie ma przeszkód by sie podpisać,

            A nie ma, nie ma.

            > i Ty na pewno właśnie tak byś zrobiła,

            Wystaw sobie, że tak. Chciałbym na dzień dobry móc spojrzeć bez wstrętu na tego
            typa, którego widzę co rano przy goleniu.
            I rozważania nie są teoretyczne, przy każdej okazji, gdzie jest potrzeba
            zgłoszenia się na świadka, swoje dane podaję.
            O dziwo, mój samochód - bardzo charakterystyczny, nikt w dzielnicy takiego nie
            ma, a mieszkam czterdziesty rok w tym samym miejscu - ma się nieźle.

            > a potem jeśli okazałoby sie, że strzał był celny

            to, jakom rzekł, i tak będą potrzebni świadkowie.

            > znosiłabyś drobne nieuprzejmości, porysowany samochód, pomazane drzwi

            Dopiero co tu był alarm na temat dzieci w beczkach. Chyba dla ratowania życia
            torturowanych i gwałconych dzieci (bo na pewno nie zwyczajnych złośników) warto
            znieść takie niedogodności?

            > A jeśli chodzi o zrobienie patologii z porzadnych
            > ludzi to widać nie słyszałaś nigdy o przemocy w "dobrych domach".

            Daruj sobie. Mam swoje lata, swoje widziałem i swoje słyszałem. W tej branży
            również.
            I to, jak człowieka można urządzić proponowanymi przez Ciebie i parę innych osób
            metodami, też wiem. Jak trudno udowodnić, że się nie jest wielbłądem - zwłaszcza
            jeżeli nikt Ci tego w oczy nie zarzuci.
            W sprawach ochrony dzieci trwa obecnie polowanie na czarownice. Niedługo nie
            będzie można huknąć na dziecko w sklepie, żeby człowiekowi - jeśli się nie daj
            Boże dzieciak rozwyje - policji na kark nie ściągnęli. A podbije sobie dziecię
            limo o klamkę (co sam w wieku sześciu lat zaliczyłem), to się człowiek będzie
            ruski rok tłumaczył.
            Czarownice oczywiście istnieją, ale nie można a priori podejrzewać o czary
            każdej samotnej kobiety mającej w domu czarnego kota.

            > No cóż są ludzie, którzy odważnie i zasadami nic nie zobaczą i nie usłyszą,

            Mam taką zasadę: jeżeli nie ma powodu, to nie przypuszczać - a tym bardziej nie
            mówić bez wyraźnej potrzeby. Natomiast jeśli już mówię, to jestem gotów przyjąć
            odpowiedzialność za to, co powiedziałem.
            • ciocia_luta Re: O tchórzostwie i polowaniu na czarownice 14.03.07, 00:21
              "W sprawach ochrony dzieci trwa obecnie polowanie na czarownice. Niedługo nie
              będzie można huknąć na dziecko w sklepie, żeby człowiekowi - jeśli się nie daj
              Boże dzieciak rozwyje - policji na kark nie ściągnęli. A podbije sobie dziecię
              limo o klamkę (co sam w wieku sześciu lat zaliczyłem), to się człowiek będzie
              ruski rok tłumaczył."

              tiaaaaaa

              czasem Natura wie co robi i pozostawia Wielkim Teoretykom tylko
              teoretyzowanie.
                    • ciocia_luta Re: O tchórzostwie i polowaniu na czarownice 15.03.07, 13:18
                      Co prawda koleżanka juz napisała,
                      powtórze: w pewnych kwestiach dotyczących dzieci wskazana jest praktyka.
                      Praktyka uczy pokory, daje nowe doświadczenia, u niektórych powoduje zmiany
                      stanowiska, postawy etc. U niektórych.
                      Czytając Twoje wypowiedzi w sprawach wychowawczo dziecięcych cieszę sie, że nie
                      jestem Twwoim dzieckiem i cieszę sie , że nie jesteś ojcem mojego dziecka,
                      chociaz w tym drugim przypadku wierzę w swoj instynkt samozachowawwczy.
                      Albowiem nie znam ani dziecka ani dorosłego, ktory lubiłby, żeby na niego
                      pohukiwac, czy bić po tyłku.
                      Ponadto jestem zdania, że nie wszyscy ludzie się nadają na matki i ojcow,
                      ponieważ ich poglądy i metody mogą narobić wiecej szkody w umyśle potomstwa niż
                      pożytku. I w takich przypadkach zgadzam sie z Darwinem. Selekcja naturalna.
                      • a_weasley Re: O tchórzostwie i polowaniu na czarownice 15.03.07, 13:37
                        ciocia_luta napisała:

                        > cieszę się, że to nie ty jesteś ojcem mojego dziecka

                        Obchodzi mnie to równie mało jak to, czy takowe w ogóle istnieje.

                        > chociaz w tym drugim przypadku wierzę w swoj instynkt samozachowawwczy.
                        > Albowiem nie znam ani dziecka ani dorosłego, ktory lubiłby, żeby na niego
                        > pohukiwac, czy bić po tyłku.

                        Kwestii bicia czy w ogóle karania nie poruszałem wcale - to raz. Nie znam
                        również żadnego dziecka ani dorosłego, który by lubił, żeby mu czegoś zabraniać
                        - to dwa.

                        > Ponadto jestem zdania, że nie wszyscy ludzie się nadają na matki i ojcow,
                        > ponieważ ich poglądy i metody mogą narobić wiecej szkody w umyśle potomstwa
                        > niż
                        > pożytku. I w takich przypadkach zgadzam sie z Darwinem. Selekcja naturalna.

                        Pisząc te słowa, wiedziałaś już, żeśmy krótko przedtem byli stracili dziecko.
                        W tej sytuacji uważam te słowa za skrajnie podłe.
                        Acz, oczywiście, miałaś prawo je napisać, albowiem podłość nie jest karalna.
                        • ciocia_luta Re: O tchórzostwie i polowaniu na czarownice 15.03.07, 13:54
                          nie wiedziałam, bo nie śledze życia codziennego forumowiczów.Twoje wypowiedzi
                          nigdy nie wskazywały na doświadczenie parktyczne. Tyle.
                          Jeżeli jest to dla Ciebie istotna sprawa, proponuje adnotacje w sygnaturce, i
                          sądze, że nawet najbardziej podłe osoby wezmą pod uwage Twoje uczucia.
                          Proponuje rownież, żebyś Ty sam, pisząc tu i ówdzie brał pod uwagę cudze
                          odczucia i motywacje.
                          Ale ktoś, kto zaczyna wypowiedź tak:
                          > > cieszę się, że to nie ty jesteś ojcem mojego dziecka
                          >
                          > Obchodzi mnie to równie mało jak to, czy takowe w ogóle istnieje.
                          musi sie liczyć z tym, że nie zawsze przeczyta w postach do siebie sam lukier.
                          • a_weasley O standardach minimalnych dyskusji 15.03.07, 14:25
                            ciocia_luta napisała:

                            > nie wiedziałam, bo nie śledze życia codziennego forumowiczów.

                            Dopuszczałem taką możliwość i dlatego po poprzedniej notce napisałem Ci o tym na
                            priv. Jak i o tym, że z wycieczkami osobistymi warto uważać, bo można trafić za
                            dobrze.
                            Tak samo szlag mnie trafia, kiedy widuję, jak jeden drugiemu (częściej jedna
                            drugiej; pozostałe kombinacje występują bardzo rzadko) i piszą "a bo ty to w
                            dzieciństwie na pewno...", "a ty to na pewno masz męża który..." i tak dalej.

                            > Jeżeli jest to dla Ciebie istotna sprawa, proponuje adnotacje w sygnaturce, i
                            > sądze, że nawet najbardziej podłe osoby wezmą pod uwage Twoje uczucia.

                            W zupełności wystarczy zajmować się tym, co kto pisze, a nie, co się o nim myśli.

                            > Proponuje rownież, żebyś Ty sam, pisząc tu i ówdzie brał pod uwagę cudze
                            > odczucia i motywacje.
                            > Ale ktoś, kto zaczyna wypowiedź tak:
                            > > > cieszę się, że to nie ty jesteś ojcem mojego dziecka
                            > >
                            > > Obchodzi mnie to równie mało jak to, czy takowe w ogóle istnieje.

                            A nie, nie obchodzi mnie, czy jesteś teoretyczką czy praktyczką. Interesują mnie
                            poglądy rozmówców i z nimi dyskutuję.
                            • a_weasley Errata 15.03.07, 14:28
                              a_weasley napisał:

                              > Dopuszczałem taką możliwość i dlatego po poprzedniej notce napisałem Ci

                              winno być

                              > Dopuszczałem taką możliwość i dlatego po Twojej pierwszej notce napisałem Ci
                              • campo.di.fiori Re: Errata 15.03.07, 19:44
                                No i bingo.
                                Podziwiam celność argumentowania.
                                Tylko nie wiem, czy te tzw. "życzliwe", aczkolwiek nie lubiące się podpisywać
                                sąsiadki, cokolwiek z niego zrozumiały.
                                Heh, chyba jeszcze nie rozumieją co potrafi policja i sąd.
                                (Z życzliwości, rzecz jasna).

                                Pozdrawiam.
                            • ciocia_luta Re: O standardach minimalnych dyskusji 20.03.07, 22:58
                              a_weasley napisał:
                              > W zupełności wystarczy zajmować się tym, co kto pisze, a nie, co się o nim
                              myśl
                              > i.
                              Własnie się tym zajmuje, uważam, że to co tu wypisujesz na temat "wychowywania"
                              dzieci jest zupełnie chore.
                              A poczty na gazecie nie używam.
                  • a_weasley Co ma piernik 15.03.07, 10:14
                    triss_merigold6 napisała:

                    > O to, że w kwestiach dziecięcych jesteś jedynie teoretykiem. Minerwa również.

                    Po pierwsze: nie wiem, kto z moich przedmówców teoretykiem, a kto praktykiem. I
                    w dodatku niewiele mnie to obchodzi.
                    Po wtóre: konkretna sprawa nie dotyczy tego, co bym miał zrobić albo nie zrobić
                    jako ojciec, tylko jako sąsiad, i równie dobrze ta dyskusja mogłaby się toczyć,
                    bo ja wiem, na forum "Savoir vivre" albo "Społeczeństwo".
                    Jako sąsiad jestem praktykiem, mieszkam bowiem na swoim piętnaście lat.
              • a_weasley Re: a ty co 15.03.07, 23:11
                frankhestain napisał:

                > lubisz bic dzieci ze tak cie to drazni

                Dziecka, które pisze anonimowe donosy na kolegów, nie troszcząc się o to, czy to
                prawda, nie uderzyłbym na pewno.
                Bobym sobie rękę pobrudził.
                • a_weasley Re: a ty co - c.d. 15.03.07, 23:41
                  Za szybko kliknąłem, otóż jest ciąg dalszy.

                  Dla jasności: to nie jest odpowiedź na pytanie o bicie dzieci (tej bowiem
                  świadomie nie udzielam, jakem jej świadomie nie udzielał w innych rozmowach na
                  ten temat), tylko o drażnienie.
                  A właśnie niewiele rzeczy mnie nie tyle drażni, bo to eufemizm strzelisty, ile
                  budzi mój wstręt w takim stopniu jak donosy... nie donosy, nie donosy, panie
                  kolego! Nie donosy, a powiadomienia!... od Życzliwego.
                  • frankhestain Re: a ty co - c.d. 31.03.07, 07:38
                    dzwonienie po policje nie jest donosem to czy robi sie to anonimowo czy nie nie
                    ma znaczenia chodzi o skutek a nie o manifestacje

                    po pierwsze nie masz dzieci
                    a po drugie zrozumiesz ze czasem jest lepiej zadzwonic anonimowo niz zaczynac
                    wojne z sasiadem ktory jest niezrownowazony psychicznie np.

                    malo jeszcze przezyles
                    • a_weasley Re: a ty co - c.d. 31.03.07, 18:51
                      frankhestain napisał:

                      > dzwonienie po policje nie jest donosem to czy robi sie to anonimowo

                      Natomiast dzwonienie anonimowo jest aktem tchórzostwa, czy się to nazwie donosem
                      czy nie.

                      > po pierwsze nie masz dzieci

                      Ja nie pytam, czy Ty masz dzieci, czy masz sąsiadów, czy masz telefon, nic mnie
                      to wszystko nie obchodzi. Ostatecznie zadzwonić może każdy, a pójść do sąsiadów
                      to nawet łatwiej temu, kto nie ma dzieci (odpada problem, z kim zostawić dzieci).

                      > a po drugie zrozumiesz ze czasem jest lepiej zadzwonic anonimowo niz zaczynac
                      > wojne z sasiadem ktory jest niezrownowazony psychicznie np.
                      > malo jeszcze przezyles

                      Nie wiem, ile masz lat, i to też mnie nie obchodzi. Może jestem od Ciebie o 15
                      lat młodszy, a może o tyleż starszy?
                      Ty też o mnie niewiele wiesz, więc się nie wypowiadaj, co przeżyłem albo nie.
          • minness Re: płaczące dziecko sąsiadów 15.03.07, 18:54
            kiedy mój starszy synek miał 14 mc wylądowałam na podtrzymaniu w szpitalu- do 3
            mc ciąży nie umiałam go odstawić i cycuś mu zniknął z dnia na dzień. i zaczęło
            się . ryczał po nocach jak zarzynany, gwałcony i co tylko sobie można wyobrazić.
            przez ok pół roku przechodziliśmy piekło. usypianie na rękach, wychodzenie na
            balkon nawet do 4 nad ranem, w dzień było względnie ok, za to wieczorów
            panicznie się bałam, jak tak wrzeszczał co noc byliśmy koszmarnie niewyspani,
            nerwowi... a sąsiedzi uczynnie walili nam w ściany. Przyszła raz sąsiadka z
            TAAAAKĄ mordą czego to dziecko tak wrzeszczy- myślicie że po takich przejściach
            potrafiłam się uprzejmie uśmiechnąć i zapewniać że jest ok? Po prostu idź do tej
            sąsiadki i jak się tak tym przejmujesz to zaoferuj jej swoją pomoc!!!!
            Jakąkolwiek!!!! np możesz czasem wpaść na pół godziny zabawić jej dziecko albo
            umyć jej naczynia, jakby ktoś wtedy tak do mnie przyszedł całowałabym po
            rękach!!! Pozdrawiam Ciebie i Sąsiadów...
      • gale Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 10:10
        > Napisz (może być anonimowo)do najbliższego sądu rejonowego

        Koniecznie anonimowo, po co się chwalić, że ma się ochotę trochę pobruździć
        ludziom, którzy i tak mają kłopot z dzieckiem.


        > wcale się nie musisz chwalić, że to Ty wysłałaś
        > pismo.

        No jasne. Takie malutkie bezinteresowne podpie..ctwo najlepiej przechodzi
        anonimowo. Można wtedy się pławić w samozadowoleniu, że sprawiło się problem
        Bogu ducha winnym sąsiadom. Chcieli mieć bachora - niech mają!


        > Odwagi!

        Koniecznie! Wielkiej, wprost monstrualnej odwagi wymaga anonimowe nabrużdżenie
        rodzinie, która spędza bezsenne noce bo ich dziecko cierpi.
    • mamaoli21 Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 12:09
      Na pewno jakoś bym zareagowała. Dziewczyny już wcześniej pisały co można zrobić
      więc nie będę się powtarzała. Może tam rzeczywiście nic się nie dzieje ale
      lepiej to sprawdzić, bo jeśli oni robią dziecku krzywdę to obojętność otoczenia
      sprawi, że będą się czuli bezkarni. Jeśli coś uda ci się ustalić to napisz
      proszę co z tym dzieciaczkiem.
      Pozdrawiam
      • molla7 Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 12:14
        ja jestem mamą takiego prujacego sie dziecka. Jak była mała kolki jakie miała
        powodowały że płacz był nie do zniesienia. Ciekawa jestem jak reagowali na to
        sąsiedzi. Gdyby ktos sie tym zainteresował, przyszedł i zapytał, to nie
        obraziłabym się, a raczej zawstydziłabym się. Warto sprawdzic, czasami pozory
        myla, ale jednak.
        Lepiej żałować, że sie coś zrobiło niż załować ze nie zrobiło sie nic!
    • mamajulki080506 Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 14:54
      Zagadnij sąsiadkę...
      Moja sąsiadka tak robi ze mną, jak nie wie, co jest grane.. Odzyczajam małą od
      karmienia piersią w nocy, więc jest ryk...
      Sąsiadka najpierw wzięla na spytki nianię...a tego same dnia, jak mnie
      spotkała, to jak gdyby nigdy nic, pyta o to samo...co ta Juleczka tak płacze...

      Nie gniewałam się, wręcz doceniam jej zainteresowanie, bo wiem, że gdyby mała
      przy niani tak płakała, to ona by mi powiedziała...zawsze warto sprawdzic, niż
      potem żałować...
      • asinek68 Re: płaczące dziecko sąsiadów 12.03.07, 15:53
        Sprawdzić i zareagować koniecznie !
        Dość już newsów w TV o bitych i maltretowanych maluchach i pokazywania głupich
        min sąsiadów (...gdybym wiedział/a...) Może nic się nie dzieje, może np. kolki,
        ząbkowanie i inne takie a może będziesz żałować do końca życia, że nic nie
        zrobiłaś. Sama jesteś mamą ! Odwagi !
    • reni14 Re: płaczące dziecko sąsiadów 13.03.07, 08:23
      Niepokojący jest fakt ciągłego płaczu. Nawet takie dziecko którr płacze bardzo
      dużo robi jakieś przerwy... Tylko rodzice muszą o to zadbać. Najpierw
      porozmawiałabym z sąsiadką. Mogą być różne przyczyny, może kobieta jest w
      depresji, może potrzebuje pomocy. Wiem że nie tak łatwo od razu to zauważymy,
      ale w takiej "przypadkowej " rozmowie sporo można zdiagnozować.
    • gpat Re: płaczące dziecko sąsiadów 13.03.07, 08:33
      Ja też miałam takie płaczące dziecko, zwłaszcza koszmar był przez pierwsze 3
      miesiące. Nie można było jej w ogóle uspokoić. Lekarze nie mogli znależć
      przyczyny bo brzuszek wg nich nie był kolkowy. Aby nie być podejrzaną przez
      sąsiadów o ewentualne znęcanie się nad dzieckiem, sama mówiłam jaki mam
      problem. Może uda ci się jakoś porozmawiać z sąsiadką i uspokoisz swoje
      sumienie.
    • olamazur Re: płaczące dziecko sąsiadów 13.03.07, 11:46
      Moje dziecko też dużo płacze, niemal codziennie wpada w histerię... Wczoraj
      wpadł po kąpieli - wytarłam go ulubionym ręcznikiem z kaczuszką, przytuliłam,
      podniosłam do lustra, pouśmiechaliśmy się do swoich odbić, potem postawiłam go
      na podłodze, sięgnęłam po pieluchę z paczki, a mały w ryk. "Nie ta, nie ta!" -
      "Dobrze, to wyjmij inną" - "Nie ta, nic chcę!". Wył pół godziny. Czasem się
      zastanawiam, co myślą sobie sąsiedzi... Nie wiem, czemu synek tak robi. Może
      zawinił ciężki poród? W domu dobrze go traktujemy, nigdy nie dostaje klapsów,
      prawie na niego krzyczymy, bawimy się z nim, obydwoje z mężem jesteśmy
      spokojni, nie kłócimy się. Byłoby mi przykro, gdyby pojawiła się u nas policja
      albo jakaś opieka sprawdzać, czemu mały ryczy. O wiele bardziej przychylałabym
      się do zagadnięcia przez sąsiadkę.
    • bri Re: płaczące dziecko sąsiadów 13.03.07, 13:50
      Ja bym poszła zapytać sąsiadki co się dzieje. I dopiero jak podczas takiej
      wizyty coś Cię zaniepokoi wezwała policję.

      Moja córka przy zasypianiu urządzała takie seanse krzyku jak przy żadnej innej
      okazji. Czasem nie było sposobu jej uspokoić zanim się nie zmęczyła.
    • daniela11 Re: płaczące dziecko sąsiadów 13.03.07, 14:01
      Nie czekaj!! Zadzwoń anonimowo na policję i zgłoś koniecznie wszystkie swoje
      spostrzeżenia!! Lepiej dmuchać na zimne.
      A jeśli dziecko jest maltretowane? A jeśli płacze a oni niereagują bo np. są
      pijani? Nie wierz w pozory typu "to normalana, spokojma rodzina". POZORY
      MYLĄ !!!
      Jeśli za jakiś czas dowiesz się, że dziecku stała się krzywda, a Ty słyszałaś
      jego płacz - zadręczą Cię wyrzuty sumienia...
      Miejmy oczy i uszy otwarte!!! Los najmłodszych w naszych rękach. Trzeba tylko
      reagować i nie być obojętnym.
      • a_weasley Najpierw pomyśleć... 13.03.07, 14:21
        daniela11 napisała:

        > Nie czekaj!! Zadzwoń anonimowo na policję i zgłoś koniecznie wszystkie swoje
        > spostrzeżenia!!

        To znaczy co? Że dziecko często płacze?
        Jeżeli ktoś zadzwoni, jeszcze w dodatku zgodnie z koncepcją odwagi, jaką tu
        znowu widzę, odmówi przedstawienia się, i powie, że dziecko często płacze,
        policja go oleje. I dobrze.

        > A jeśli dziecko jest maltretowane? A jeśli płacze a oni niereagują bo np. są
        > pijani? Nie wierz w pozory typu "to normalana, spokojma rodzina". POZORY
        > MYLĄ !!!

        Tak, oczywiście. Tylko Wy macie normalne rodziny, a wszyscy dookoła to chodząca
        patologia. Nawet jak dziecko nie płacze, to jeszcze gorzej, też je na pewno biją
        okropnie, tylko przedtem jeszcze w dodatku kneblują... Maluczko, a ktoś wymyśli
        rutynowe kontrole policji albo jakiegoś Komitetu Na Rzecz Jedynie Słusznego
        Sposobu Wychowywania Dzieci w domach, w których są dzieci. Przecież straszne
        rzeczy potrafią się dziać także w mieszkaniach, z których krzyki nie dochodzą
        (na przykład w starym budownictwie).

        > Miejmy oczy i uszy otwarte!!!

        I mózgi też czasem wyjmujmy z kieszeni.
        • malamadziaaa Re: Najpierw pomyśleć... 13.03.07, 14:52
          Tak od razu załóżcie sprawę do sadu i dzwoncie na Polecję.Ludzie co wy wogóle
          wygadujecie.Są dzieci i DZIECI i różne sytuacje są w życiu,może rodzicom się
          nie układa i dziecko to wyczuwa,może jakaś tragedia w najbliższej rodzinie,a
          może zwyczajnie takie jest dziecko i jego natura.Powiem Wam szczerze,ja mam
          dwoje dzieci i są płaczliwe,płaczą o zabawki,gdy nie chcą jeść gdy krzyknę
          itp.ale jak by tak na mnie sąsiad powołał policję to toczyłabym wojnę z
          sąsiadem.To że dziecko płacze to jeszcze nie znaczy że coś się mu dzieje.
          Autorka według mnie powinna poobserwować rodzinę,przysłuchać się czy nie ma w
          domu nagminnych awantur a nie od razu dzwonić po policję.
            • a_weasley Jedna Pani Powiedziała 13.03.07, 16:02
              bri napisała:

              > Mnie by bardziej wkurzał sąsiad, który mnie obserwuje i przysłuchuje się niż
              > taki, który by przyszedł sprawdzić, co się dzieje a nawet wezwał policję.

              Jak dla mnie słuchać i obserwować to sobie może do upojenia. Dopóki z tego jego
              słuchania i obserwacji nic nie wynika. W szczególności dopóki nie łazi do nikogo
              z wynikami swoimi obserwacji, a zwłaszcza z tym, co wydedukował z tego, co mu
              się zdaje, że zaobserwował. Agencja JPP jest straszną instytucją. Z plotek,
              jakie chodziły po bloku na mój temat, dałoby się napisać telenowelę.
              Już lepiej bym zniósł "dyplomatyczne" pytania.
              Ostatecznie przemoc domowa to nie tylko dzieci. To także mąż i żona. Równie
              dobrze mogłaby pani Władzia zza ściany wezwać policję albo jakąś inną zarazę,
              uznawszy, że odgłosy z naszego mieszkania - a oboje mamy głosy mocne -
              przekraczają zwykłe natężenie kłótni małżeńskiej i na pewno komuś się krzywda
              dzieje... a my tak mamy, pokrzyczymy sobie i nam przechodzi, a policjant,
              sąsiadka, mama, aktywistka Ligi Ochrony Obywateli przed Nimi Samymi...
              dopytujący się, czy u nas wszystko w porządku, jest nam w takiej sytuacji
              potrzebny jak deszcz na sianokosy.
                • a_weasley Re: Jedna Pani Powiedziała 13.03.07, 18:07
                  mama303 napisała:

                  > Czyli co? siedziec cicho i nic nie robić?

                  Dokładnie tak. Najwyżej słuchać i obserwować. Jeżeli będą konkretne powody do
                  interwencji, to interweniować lub spowodować interwencję.
                  Na razie zaś konkretnych powodów brak. Dziecko często płacze. Niektóre dzieci
                  często płaczą.
                  • mama303 Re: Jedna Pani Powiedziała 14.03.07, 08:02
                    a_weasley napisał:

                    Najwyżej słuchać i obserwować. Jeżeli będą konkretne powody do
                    > interwencji, to interweniować lub spowodować interwencję.
                    > Na razie zaś konkretnych powodów brak. Dziecko często płacze. Niektóre dzieci
                    > często płaczą.

                    A niektórzy rodzice katują dzieci. ja wolę zainterweniować.
                    • minerwamcg Re: Jedna Pani Powiedziała 14.03.07, 10:54
                      > A niektórzy rodzice katują dzieci. ja wolę zainterweniować.

                      A najlepiej prewencyjnie wzywać policję do każdej rodziny z dziećmi, np. raz w
                      tygodniu. Bo kto wie, jakie straszne rzeczy się tam dzieją... Przecież rodzice
                      nie robią z dziećmi nic innego, tylko je tłuką, molestują seksualnie i głodzą.
                      • mama303 Re: Jedna Pani Powiedziała 14.03.07, 15:53
                        minerwamcg napisała:

                        >Przecież rodzice
                        > nie robią z dziećmi nic innego, tylko je tłuką, molestują seksualnie i głodzą

                        Niektórzy niestety tak. Wiem ze trudno sie z tym pogodzic wiec lepiej być
                        głuchym i chować głowe w piasek
              • minerwamcg Co wiedzą sąsiedzi :)))) 14.03.07, 11:07
                > Ostatecznie przemoc domowa to nie tylko dzieci. To także mąż i żona. Równie
                > dobrze mogłaby pani Władzia zza ściany wezwać policję albo jakąś inną zarazę,
                > uznawszy, że odgłosy z naszego mieszkania - a oboje mamy głosy mocne -
                > przekraczają zwykłe natężenie kłótni małżeńskiej i na pewno komuś się krzywda
                > dzieje...

                Gdyby ta sama pani Władzia nie wpadła parę razy na nas całujących się na
                korytarzu, kto wie, co by było... A tak to po prostu przyjęła do wiadomości, że
                nasz sposób okazywania sobie uczuć (wszelkich) bywa burzliwy smile)))

                Nawiasem mówiąc ubawiłam się kiedyś okropnie. Wychodząc do pracy spotkałam na
                klatce sąsiada (niedawno się wprowadził), który wysłuchał mojego monologu,
                wygłoszonego w głąb mieszkania:
                - Idę do teatru, wrócę o północy albo rano, jedzenia i wody masz dosyć, nie
                płacz za mną i bądź grzeczny...
                Kiedy oburzony wzrok sąsiada prawie wypalił mi dziurę w plecach, mój biedny,
                zaniedbywany "synek" wyszedł na wycieraczkę i powiedział:
                - Miau...
                • a_weasley Fakty z magla 15.03.07, 09:02
                  minerwamcg napisała:

                  > Nawiasem mówiąc ubawiłam się kiedyś okropnie. Wychodząc do pracy spotkałam na
                  > klatce sąsiada (niedawno się wprowadził), który wysłuchał mojego monologu,
                  > wygłoszonego w głąb mieszkania:
                  > - Idę do teatru, wrócę o północy albo rano, jedzenia i wody masz dosyć, nie
                  > płacz za mną i bądź grzeczny...
                  > Kiedy oburzony wzrok sąsiada prawie wypalił mi dziurę w plecach, mój biedny,
                  > zaniedbywany "synek" wyszedł na wycieraczkę i powiedział:
                  > - Miau...

                  I teraz wyobraźmy sobie, że "synek" nic nie powiedział. Albo powiedział, ale nie
                  wyszedł, powiedział niewyraźnie, a sąsiad niedosłyszy. Albo też usłyszy to, co
                  się spodziewał usłyszeć, czyli płacz dziecka... Już masz policję na karku.

                  Ewentualnie ktoś słyszy, owszem, miauczenie kota. Codziennie wieczorem przez
                  trzy godziny. Jeden z naszych kotów ma takie jazdy, lato spędzają na wsi, pędząc
                  zdrowy tryb życia kotów gospodarskich, i po przyjeździe do miasta jakiś czas
                  trwa, zanim się przestawią. Jeszcze nam tylko Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami
                  brakowało!

                  Że już nie wspomnę o niedawnej sytuacji, kiedy to ktoś zasmradzał czymś klatkę
                  schodową. Usłużna sąsiadka rzuciła podejrzenie na nas, ponieważ przed naszymi
                  drzwiami stał akumulator samochodowy.
                  Smród nijak się nie miał do akumulatora. Przyjechali granatowi, obwąchali
                  komisyjnie akumulator, obwąchali klatkę i stwierdzili, że primo - tak śmierdzi
                  kwas masłowy i z akumulatora taki fetor się dobywać nie ma prawa, secundo -
                  centrum jest przy windzie, a nie przy naszych drzwiach. I ściągnęli strażaków.
                  Strażacy powtórzyli ich czynności, nadto przetrząsnęli nam w asyście policji
                  szafki na korytarzu i stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że jesteśmy takimi
                  samymi ofiarami czyjegoś specyficznego poczucia humoru jak reszta lokatorów.
                  Niemniej pół bloku już "wie", że Weasleyowie zasmrodzili klatkę robiąc (w
                  mieszkaniu o powierzchni 20 m2, licząc łazienkę) jakieś eksperymenty chemiczne.
                  No dobrze chociaż, że nie narkotyki...
                  • ib_k Re: Fakty z magla 15.03.07, 09:21
                    Cudownie sprowadziłaś poważny problem do dowcipu! Prawda jest taka że zawsze trzeba reagować!!!!!!
                    Obojętnie jak, jest wiele instytucji które zajmują się rodziną, np.można zgłosić do położnej rejonowej, do
                    MOPSu, czy wreszcie zagadnąć i porozmawiać. Na policję, jeżeli jest awantura , ktoś napisał że głośno
                    dyskutuje z mężem, hmm sory ale jeżeli za ścianą miałabym kochające się małżeństwo które czasami
                    "donośnie dyskutuje" na Różne tematy to wezwałabym policję bo nie mam ochoty wysłuchiwać jakiś bzdur
                    małżeńskich! Myślę że osoba która tak czule przemawiała do kotka i czuła wypalaną spojżeniem sąsiada
                    dziurę w plecach, powiedziała mu z uśmiechem "kotek", oboje by się roześmiali i nie byłoby problemu!
                    Jestem pewna że gorszy jest brak reakcji niż nawet nie trafiona reakcji!
                    • a_weasley Wszystko dobre, co się przytrafia nie nam 15.03.07, 10:00
                      ib_k napisała:

                      > Cudownie sprowadziłaś poważny problem do dowcipu!

                      Cieszę się, że doceniasz notkę mojej lepszej połowy, śmiem atoli zauważyć, że to
                      nie jest dowcip, tylko sytuacja z życia wzięta i, jak wiele zabawnych sytuacji
                      ma to do siebie, zabawna dlatego, że się skończyła dobrze, i śmieszy dopóty,
                      dopóki nie myśli się wtedy o tym, jak się miała pełne prawo skończyć.
                      Wtedy dalej byłoby to zabawne... dla wszystkich poza bezpośrednio
                      zainteresowanymi. Wizyta policji, nawet zupełnie absurdalna i niczym na dłuższą
                      metę nie grożąca, to nie jest nic miłego. Wstajesz rano, zupełnie nie w nastroju
                      i nie przygotowana optycznie do przyjmowania gości, chcesz iść do pracy, a tu
                      przychodzi takich dwóch facetów, zadają głupie pytania, a potem siedzą w Twojej
                      kuchni i czekają pół godziny na odpowiedź z centrali, czy osoba, którą właśnie
                      spisali w jej własnym mieszkaniu, nie jest aby poszukiwana.
                      W zestawieniu z przyczyną interwencji, owszem, kupa śmiechu. Dla Ciebie też kupa
                      śmiechu, ale z dość wyraźną przewagą kupy.
                      Cały Przemyśl śmiał się w zeszłym roku z perypetii niepełnosprawnej starszej
                      pani, na którą sąsiad doniósł, że ma psa, za którego nie płaci, a ona miesiącami
                      udowadniała, że nie ma psa, tylko kota. Bardzo zabawne, ale nie dla emerytki,
                      której komornik chce zajmować ruchomości, bo jej emerytura jest niższa od
                      ustawowej kwoty wolnej od zajęcia.

                      > Prawda jest taka że zawsze trzeba reagować!!!!!!

                      A trzeba, trzeba. Jesli jest na co.

                      > czy wreszcie zagadnąć i porozmawiać.

                      To ze wszystkich proponowanych wyjść najsensowniejsze. Wszystko, czym
                      ryzykujesz, to odpowiedź spławiająca - dyplomatyczna lub nie, zależnie od
                      sposobu zagadnięcia i temperamentu rozmówcy, od "chędóż się, stara gropo"
                      poprzez "nie paninej babci zamazany interes", "nie prosiliśmy Boga o takiego
                      mediatora i wątpię, by się to na co zdało, ale Bóg zapłać Waćpani za dobre
                      słowo" po "o, jak to miło, że mając zapewne wiele własnych zmartwień znajduje
                      pani jeszcze czas, by się życzliwie pochylić nad cudzymi, zupełnie jakby ktoś
                      panią o to prosił".
                      Oczywiście to jest scenariusz pesymistyczny, bo równie dobrze może być tak, że
                      jeśli rozmówczyni ekstrawertyczna, a sposób zagadnięcia taktowny, to zyskasz
                      kumę na lata.
                      Wzywanie policji chroni Cię przed jednym i drugim.

                      > jeżeli za ścianą miałabym kochające się małżeństwo które czasami
                      > "donośnie dyskutuje" na Różne tematy to wezwałabym policję bo nie mam
                      > ochoty wysłuchiwać jakiś bzdur małżeńskich!

                      Nie ma przepisu, że nie wolno robić rzeczy, które się komuś nie podobają. A
                      żyjemy w wolnym kraju i każdemu wolno robić wszystko, na co nie ma przepisu, że
                      nie wolno. Konstytucja nam to gwarantuje otwartym tekstem.
                      Ja mogę na przykład nie mieć ochoty słuchać hiphopu, który systematycznie
                      dochodzi z mieszkania sąsiada drzwi w drzwi, a który słychać na korytarzu, ale
                      dopóki robi to poza ciszą nocną, to mogę co najwyżej prosić, żeby go słuchał
                      cicho. Pani Władzi może nie odpowiadać, że ja wiercę dziurę w ścianie akurat jak
                      lecą "Złotopolscy". Jak wyżej.
                      I ma takie samo prawo o to prosić, jak ja tej prośby nie spełnić (owszem,
                      spełniłbym. Tak samo jak spełniam prośbę o wymianę żarówki w kuchni, bo pani
                      Władzia - jak to bywa z samotnymi wiekowymi sąsiadkami - ma swoje lata i mieszka
                      sama).
                      Podobnie Ty możesz owo kłócące się małżeństwo poprosić "czy mogliby państwo
                      ĸrzyczeć na siebie trochę ciszej? Że co? Że nie krzyczycie, tylko tak głośno
                      mówicie? No to czy mogliby państwo do siebie tak głośno nie mówić?"
                      • ib_k Re: Wszystko dobre, co się przytrafia nie nam 15.03.07, 12:22
                        a_weasley napisał:
                        To ze wszystkich proponowanych wyjść najsensowniejsze. Wszystko, czym
                        > ryzykujesz, to odpowiedź spławiająca - dyplomatyczna lub nie, zależnie od
                        > sposobu zagadnięcia i temperamentu rozmówcy, od "chędóż się, stara gropo"
                        > poprzez "nie paninej babci zamazany interes", "nie prosiliśmy Boga o takiego
                        > mediatora i wątpię, by się to na co zdało, ale Bóg zapłać Waćpani za dobre
                        > słowo" po "o, jak to miło, że mając zapewne wiele własnych zmartwień znajduje
                        > pani jeszcze czas, by się życzliwie pochylić nad cudzymi, zupełnie jakby ktoś
                        > panią o to prosił".
                        :widzę że czytujesz Chmielewską, ta sama rozwlekła i nie śmieszna narracja
                        a_weasley napisał:
                        Nie ma przepisu, że nie wolno robić rzeczy, które się komuś nie podobają. A
                        > żyjemy w wolnym kraju i każdemu wolno robić wszystko, na co nie ma przepisu, że
                        > nie wolno. Konstytucja nam to gwarantuje otwartym tekstem.
                        > Ja mogę na przykład nie mieć ochoty słuchać hiphopu, który systematycznie
                        > dochodzi z mieszkania sąsiada drzwi w drzwi, a który słychać na korytarzu, ale
                        > dopóki robi to poza ciszą nocną, to mogę co najwyżej prosić, żeby go słuchał
                        > cicho.
                        :i dopiero na końcu napisałeś coś do rzeczy! ale dlaczego mam prosić sąsiadów o ciche kłótnie? oni
                        powinni wiedzieć że jak żyje się między ludźmi to należy zachować prawidłowe zasady współżycia
                        społecznego! epatowanie sąsiadów swoimi lub małżonka problemami z potencją na prawdę sąsiadów
                        nie obchodzą!
                        A tak w ogóle to zawsze po informacjach w mediach że gdzieś znowu wydażyła się jakaś tragedia
                        rodzinna sąsiedzi dziwią się i mówią że nic nie wiedzieli, ale zwykle to kłamstwo i usprawiedliwianie
                        się , bo tak naprawdę nie chciało im się ruszyć d...i zareagować i żadne gadki o wolności jednostki, czy
                        niechęci do wtrącania się w cudze sprawy nie mają tu zastosowania!
                        Myślę a_weasley, że nie spotkałeś się z naprawdę tragicznymi sytuacjami i dlatego tak piszesz i w
                        sytuacji gdy za ścianą twojego mieszkania ktoś będzie katował dziecko lub mąż tłukł żonę zareagujesz
                        odpowiednio wcześnie żeby zapobiedz tragedii....
                        • a_weasley Re: Wszystko dobre, co się przytrafia nie nam 15.03.07, 12:49
                          ib_k napisała:

                          > ale dlaczego mam prosić sąsiadów o ciche kłótnie? oni
                          > powinni wiedzieć że jak żyje się między ludźmi to należy zachować
                          > prawidłowe zasady współżycia społecznego! epatowanie sąsiadów swoimi
                          > lub małżonka problemami z potencją naprawdę sąsiadów nie obchodzą!

                          Jeżeli nie widzisz powodu, żeby ludzi, których nie masz powodu się bać, a którzy
                          robią coś, co Ci nie odpowiada - na przykład słuchają głośno muzyki, której nie
                          lubisz, albo zapychają zsyp, że wymienię to, co akurat sam mam na wątrobie -
                          poprosić, żeby tego nie robili, tym bardziej nie ma powodu, żeby wołać policję.

                          > Myślę a_weasley, że nie spotkałeś się z naprawdę tragicznymi sytuacjami

                          Z czym się spotkałem albo nie spotkałem, w szczególności w jakich sprawach
                          interweniowałem albo nie interweniowałem, wołałem policję albo nie wołałem, to
                          moja rzecz, jak będę chciał, to się tym podzielę.
                          A czego się na mój temat domyślasz, to Twoja rzecz. Podobnie jak ja nie wnikam w
                          to, kto z moich przedmówców przeżył najście policji w dętej sprawie, kończące
                          się słowami "proszę nie mieć do nas pretensji, my widzimy, że to się kupy nie
                          trzymało, ale przysłali nas, to przyjechaliśmy". Zapewniam, nic miłego, nawet
                          jak człowiek ma od progu pewność happy endu.

                          > gdy za ścianą twojego mieszkania ktoś będzie katował dziecko lub mąż
                          > tłukł żonę zareagujesz odpowiednio wcześnie żeby zapobiedz tragedii....

                          Mam taką nadzieję.
                          Zdarzało mi się wołać policję w sytuacjach, kiedy z okoliczności wynikało, że
                          naprawdę dzieje się coś wymagającego działania z ich strony. Zdarzało mi się też
                          interweniować osobiście.
                          Nie mam nic przeciwko reagowaniu odpowiednio wcześnie, gdy się coś dzieje.
                          Owszem, jestem jak najbardziej za.
                          Natomiast sprzeciwiam się reakcjom pochopnym. A za taką właśnie uważałem wołanie
                          policji w sytuacji opisanej przez autorkę wątku. Jak się okazało, nie myliłem się.
                          Albowiem, jak to (z przeciwnych pozycji) napisała jedna z moich przedmówczyń,
                          pozory mylą.
    • vharia Re: płaczące dziecko sąsiadów 14.03.07, 00:16
      Pytanie sąsiadki "dlaczego" nie ma żadnego znaczenia informacyjnego, najwyżej (zresztą wątpliwe) prewncyjne. Każdy, kto miałby coś na sumieniu porozmawia słodko i da z siebie wszystko, zeby udokumentowac, że jest OK. Może być natomiast, że sie wystraszy i da dziecku spokój. Ewentualnie.
      Dzwonienie po policję... hmmm...
      Ja tego płaczu nie słyszałam, ale powiem Ci, ze sam płacz to byłoby dla mnie o wiele za mało. Zwłaszcza płacz non-stop, bo co: biją je non-stop?! Raczej jest chore, cos mu dolega. Dla mnie do wezwania policji potrzebne byłyby jeszcze inne elementy:
      gdybym poza płaczem słyszała krzyki matki/ojca/kogoś na dziecko
      gdyby dziecko miało ślady urazow (do zaobserwowania na podwórku)
      gdyby matka odnosiła sie do niego niecierpliwie, oschle, agresywnie (j.w.)
      gdyby sprawiało ogólne wrażenie zaniedbywanego.

      Mój synek ma ciągle poobijana buzię. Rozbity nos, podrapane policzki, sińce i guzy na czole. Wygląda zawsze jak po ciezkim omłocie. Jest bardzo żywy, obija się o wszystko (fakt, nikt u nas w domu nie krzyczy, a on praktyczniew ogóle nie płacze). Gdyby tylko na podstawie jednego "objawu" ktoś z sąsiadow sprowadzil do mnie policję, to uznałabym, że ma coś nie tak z głową.
      • megan26 rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 09:58
        dziewczyny otórz dzięki waszym radom najpierw porozmawiałam z sąsiadką otórz
        była ona bardzo miła okazało się że malutka poprostu tak ma sama jej mama też
        niepokoi się tym płaczem prosiła o rady co najlepsze na ząbkowanie itp bardzo
        miło nam się rozmawiało spotkałam ja na ulicy i tak zaczęłam rozmowę było jej
        bardzo miło że zainteresowałam sie jej dzieciątkiem nawet zaprosiła na kawkę.
        Myślę że zgłaszanie odrazu na policję nie miało by sensu bo po co odrazu robić
        ludziom aż taka aferę okazało się że wszystko ok i naprawdę wspaniały
        dzieciaczek, myslę że w takich sytuacjach odpowiednia rozmowa wiele daje i
        wiele można wywnioskować myslę że jeżeli więcej ludzi by się przejmowało takimi
        przypadkami było by mniej różnych tragedi dziekuje wam serdecznie i mam
        nadzieję że każdy z nas własnie powinien tak postępować gdy usłyszy notoryczny
        płacz dziecka za scianą niekoniecznie odrazu wzywać policję ale własnie
        najpierw porozmawiać i odrazu każdemu lżej i mnie bo sie uspokoiłam i tej mamie
        bo dostała kilka fajnych wskazówek no i mysle że teraz nie będzie musiała już
        siedzieć sama w domu z malutką gdyż zyskała koleżankę. Jeszcze raz wam bardzo
        dziekuję i gorąco pozdrawiam
        • kropkacom Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 13:03
          No i wszystko sie wyjaśniło. I nie trzeba było pisać anonimów. Dzieci już tak
          mają że płaczą. Jedne często a inne rzadziej. A taki płacz non stop(choć to
          tylko warzenie bo dzieci robią przerwy) częściej oznacza to że dziecko jest
          chore niż krzywdzone przez rodziców.
          • malamadziaaa Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 13:21
            No i widzisz...po raz kolejny sprawdza się,że nie zawsze trzeba słuchać
            wzzystkich rad.Bardzo się cieszę,że w taki przyjemny sposób się to skończyło.A
            pomyśl co by było gdybyś wezwała policję tak jak ci radzono myślę,że zyskałabyś
            wrogów a nie koleżankę.
            Pozdrawiam Cię.
            • mama303 Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 13:46
              malamadziaaa napisała:

              > pomyśl co by było gdybyś wezwała policję tak jak ci radzono myślę,że

              Nic by nie było, w policji pracują normalni ludzie i sa tam po to aby do nich
              dzwonić.
              Lepiej zadzwonic na policje niz nie zrobic nic!
              • kropkacom Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 15:10
                mama303 napisała:
                > Nic by nie było

                No nie wiem czy takie nic? Ja bym sie delikatnie mówiąc okropnie poczuła gdyby z
                powodu płaczu mojego dziecka policje ktoś nasłał. Nie mówię już że spotykając
                sąsiadów czułabym sie jak patologia tylko dlatego że mam ryczące dziecko. A
                niech by trafiło to w młodą i wrażliwą matkę?
                • mama303 Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 15:41
                  kropkacom napisała:

                  > No nie wiem czy takie nic? Ja bym sie delikatnie mówiąc okropnie poczuła
                  gdyby
                  > z
                  > powodu płaczu mojego dziecka policje ktoś nasłał. Nie mówię już że spotykając
                  > sąsiadów czułabym sie jak patologia tylko dlatego że mam ryczące dziecko. A
                  > niech by trafiło to w młodą i wrażliwą matkę?

                  1/bez przesady z tą wraźliwą matką - powinna sobie poradzić - dorosła jest.
                  2/wazneiejsze dla mnie zawsze będzie dobro bezbronnego dzieciaka niż roterki
                  dorosłej "wrażliwej" matki
                  • malamadziaaa Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 16:19
                    Zgadzam się z autorką kropkacom z tą wrażliwością i patologią.Ja myślę,że
                    jeżeli ktoś ma głowę na karku to 10 razy pomyśli zanim coś zrobi,ale jeśli ktoś
                    jest urodzony do robienia szumu to zaraz będzie wzywał policję.
                    • kropkacom Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 19:46
                      > jeżeli ktoś ma głowę na karku to 10 razy pomyśli zanim coś zrobi,ale jeśli ktoś
                      > jest urodzony do robienia szumu to zaraz będzie wzywał policję.

                      Lepiej, zwłaszcza wtedy gdy nie mamy konkretnych przesłanek że dzieje się coś
                      niedobrego, zrobić to co zrobiła autorka postu. Zainteresować się dyskretnie
                      rodziną i w miarę możliwości porozmawiać. Kosztuje to więcej czasu i zachodu ale
                      moim zdaniem watro najpierw zweryfikować(oczywiście na ile sie da) swoje
                      podejrzenia.
                    • iwciad Re: rozmawiałam z sąsiadką 14.03.07, 21:40
                      Zgadzam się. Teraz takie "modne" stało się odrazu wzywanie policji. Hm, ja
                      akurat należę do tych wrażliwych mam i gdyby te kilka lat temu,( kiedy to z
                      płaczacym, owiniętym w kołdrę synkiem siedziałam nocą na balkonie bo często
                      uspokajało go pokazywanie gwiazdek, księżyca...)przyjechała by policja, że
                      krzywdzę dziecko bo płacze, to nie byloby mi miło napewno.Moja sąsiadka tez
                      wykazala się zdrowym rozsądkiem, najpierw rozmawiając ze mną. Sama mi
                      opowiadała o płaczącej starszej córce itd. Polubiłyśmy się.
                      • a_weasley Re: rozmawiałam z sąsiadką 15.03.07, 09:10
                        iwciad napisała:

                        > uspokajało go pokazywanie gwiazdek, księżyca...)przyjechała by policja, że
                        > krzywdzę dziecko bo płacze,

                        Jeszcze pół biedy, jak tym dzieckiem jest śmiały chłopiec ciekawy świata, dla
                        którego dwaj zwaliści panowie obwieszeni różnymi zdobyczami techniki są atrakcją
                        turystyczną. Sęk w tym, że tacy raczej nie płaczą cały wieczór. Dziecię zaś
                        nadwrażliwe w tej sytuacji rozryczałoby się malowniczo, jak na zamówienie.
                  • kropkacom Re: rozmawiałam z sąsiadką 15.03.07, 08:41
                    To się puka do takiego mieszkania i dopiero jak nikt nie daje znaków życia a
                    dziecko nadal się drze to alarmuje sie policję i karetkę. Przecież to by była
                    jakaś paranoja gdyby wszyscy dzwonili na policje tylko dlatego, że dziecko długo
                    płacze.
                    • a_weasley Roztropność i odwaga 15.03.07, 10:34
                      Wbrew pozorom mogą stać w jednym domu. Nie ta roztropność, która każe pisać
                      anonimy, lecz ta, która każe pomyśleć, co właściwie zamierzam zrobić, jaki
                      skutek chcę osiągnąć i czy pierwsze jest odpowiednio dobrane do drugiego.

                      Kropkacom napisała:

                      > To się puka do takiego mieszkania i dopiero jak nikt nie daje znaków życia a
                      > dziecko nadal się drze to alarmuje sie policję i karetkę.

                      Bri napisała:

                      > Bri: No przecież ja też za tym jestem. Ale niektórzy nie mają tyle odwagi.

                      I to jest kluczowy problem.
                      Łatwiej - co jest posunięciem bardziej radykalnym - wezwać (nawet podając swoje
                      nazwisko komuś, kogo się nie zna i nie widzi) policję, która wobec wzywającego
                      będzie uprzejma, niż zagadać do sąsiada, co jest posunięciem dużo mniej
                      radykalnym, ale wymaga odezwania się, pokazania swojej twarzy, przełamania
                      naturalnych oporów przed wejściem na cudze terytorium. I wiąże się z ryzykiem,
                      że sąsiad - zwłaszcza jeśli ma coś na sumieniu - uprzejmy nie będzie.
                      W drugim przypadku trzeba - łagodnie - na owo terytorium wejść samemu, a w
                      pierwszym wejdzie na nie - z właściwą sobie delikatnością - ktoś inny.
                      • mama303 Re: Roztropność i odwaga 15.03.07, 14:32
                        a_weasley napisał:

                        > > Łatwiej - co jest posunięciem bardziej radykalnym - wezwać (nawet podając
                        swoje
                        > nazwisko komuś, kogo się nie zna i nie widzi) policję, która wobec wzywającego
                        > będzie uprzejma, niż zagadać do sąsiada, co jest posunięciem dużo mniej
                        > radykalnym, ale wymaga odezwania się, pokazania swojej twarzy, przełamania
                        > naturalnych oporów przed wejściem na cudze terytorium. I wiąże się z ryzykiem,
                        > że sąsiad - zwłaszcza jeśli ma coś na sumieniu - uprzejmy nie będzie.
                        > W drugim przypadku trzeba - łagodnie - na owo terytorium wejść samemu, a w
                        > pierwszym wejdzie na nie - z właściwą sobie delikatnością - ktoś inny.
                        >
                        A ja powiem tyle - najwazniejsze żeby cokolwiek zrobić - kazdy niech sobie
                        znajdzie najlepszy dla siebie sposób, czy gadać z np. niesympatyczną
                        i "podejrzaną" sasiadką czy wzywac policję/ choćby anonimowo/
              • a_weasley W policji pracują normalni ludzie... na ogół 15.03.07, 08:49
                mama303 napisała:

                > malamadziaaa napisała:
                >
                > Nic by nie było, w policji pracują normalni ludzie

                Problem polega na tym, że zawsze można trafić na nadgorliwca. Albo na kogoś, kto
                w ramach ochrony własnej rzyci "na wszelki wypadek przyśle załogę", żeby potem
                odważny anonimowy donosiciel nie posłał skargi do Komendy Głównej, Radyja,
                Trybuny, Komitetu Obrony Dzieci przed Rodzicami, wszystkich świętych i
                niektórych innych.
              • a_weasley To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 10:48
                mama303 napisała:

                > malamadziaaa napisała:

                > > pomyśl co by było gdybyś wezwała policję tak jak ci radzono myślę,że
                >
                > Nic by nie było,

                Akurat.
                Załóżmy, że oficer dyżurny sam jest matką małego dziecka i przysłali załogę.
                Od zewnątrz wygląda to tak:
                Dziecko często płacze.
                Przyjechała policja.
                Ooo, u Romanowskich była policja! Ciekawe, czego chcieli. Nic się wielkiego nie
                działo, tacy kulturalni ludzie... a, coś to dziecko za często płakało. To na
                pewno do dziecka!
                Sąsiadki odtąd nadstawiają ucha. Romanowski junior znowu czasem płacze
                rozdzierająco. No co za ludzie!
                Sąsiadki co jakiś czas wołają policję. Dla policji Romanowscy przestają być tak
                całkiem anonimowi. "Były wezwania".
                Romanowski junior potknął się o nogę ojca i trafił głową w kant szafy (wypadek z
                życia wzięty). Wyje odpowiednio głośniej. Zanim ściągnięta w trybie nagłym mama
                Romanowska zdążyła opatrzyć, bo tata sobie nie poradzi (uwaga, operuję
                stereotypem!), przyjeżdża kto? Policja oczywiście. Dziecko, do którego przecież
                BYŁY WEZWANIA, zostawione z tatą ma rozbitą głowę...
                Nieprawdopodobne?
                • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 14:29
                  Cudowna historyjka, tez bym mogła kilka napisać bo tez mam bujna wyobraźnię i
                  byłyby na korzysc wzywania policji.
                  Za bardzo boimy sie o własna reputację. Jesli ktos nie ma nic na sumieniu to co
                  mu po opiniach innych??
                  • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 14:47
                    Z cyklu "Odpowiedzi na pytanie, ile jest dwa razy dwa?"
                    Adwokat:
                    - Moim zdaniem cztery, ale przy tym składzie orzekającym nie wiem, czy przekonam
                    o tym sąd.
                    Moja, jak określiłaś, "historyjka" opisuje mechanizm dosyć popularny, dotyczący
                    zresztą nie tylko spraw o znęty.

                    mama303 napisała:

                    > Za bardzo boimy sie o własna reputację.

                    Jest to coś, co łatwo komuś zniszczyć, a trudno potem naprawić. Faktem jest, że
                    można pochopnymi oskarżeniami bardzo ludziom zaszkodzić. Zwłaszcza, że osad
                    zawsze zostaje - "on ukradł, czy jemu ukradli, coś tam ze złodziejstwem było".
                    Po latach rzekoma ofiara domowej przemocy, w danym momencie czternastoletnia,
                    przychodzi w poniedziałek po czterodniowym weekendzie do szkoły. Limo podbite.
                    Przed wfem się przebiera, ze slipek wylewają się dwa granatowe sińce każdy
                    wielkości męskiej dłoni, ogólnie jest poobijany.
                    Czyż nie są to obrażenia, które spokojnie mogły powstać wskutek pobicia?
                    Aha, we środę przed tymże weekendem była wywiadówka, chłopak jest zagrożony z
                    dwóch przedmiotów.
                    - Co się stało?
                    - Byłem z ojcem, bratem i chrzestnym na żaglach.
                    Tere fere. Z dwoma zagrożeniami trzy tygodnie przed końcem roku ojciec dzieciaka
                    z dwoma zagrożeniami na żagle zabrał, akurat!
                    Zaczyna się sprawdzanie, grzebanie. O, były interwencje. O, była sprawa o
                    maltretowanie dziecka. Umorzyli? A pewnie, wywinął się, sukinsyn, już my go
                    złapiemy! Dziecko nie dość, że skatowane, to jeszcze zastraszone!
                    A oni naprawdę byli na żaglach. Chłopak potłukł się wykonując komendę "człowiek
                    na ląd", zarwał bomem w ucho, wrócił do domu poobijany i szczęśliwy jak dzika
                    świnia na ostrym zakręcie.
                    Obrażenia zewnętrzne dokładnie odpowiadają temu, co parę lat temu przywiozła z
                    żagli moja wtedy jeszcze narzeczona. We wtorek wróciliśmy, a we środę miała iść
                    do szpitala na operację, specjalnie tak cyrklowaliśmy. Też na nią początkowo
                    patrzyli jak na biedną ofiarę pomocy domowej.

                    > Jesli ktos nie ma nic na sumieniu to co mu po opiniach innych??

                    Zatem dlaczego ludzie prawują się z gazetami o zniesławienie?
                    • a_weasley Errata 15.03.07, 14:55
                      jest

                      > patrzyli jak na biedną ofiarę pomocy domowej.

                      winno być

                      > patrzyli jak na biedną ofiarę przemocy domowej.
                    • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 15:10
                      Ty ksiązki chyba piszesz, beletrystykę...
                      A tak na powaznie z Twojej ciekawej historyjki wynika tylko tyle, że jak zdarzy
                      sie nam zaobaczyc kogoś posiniaczonego to co? cicho sza....bo komus możemy
                      popsuc reputację. A dajmy na to Twoja historyjka ma inne zakończenie, np młoda
                      rzeczywiscie jest regularnie tłuczona ale panicznie boi sie przyznać i opowiada
                      historyjki o żaglach. No i co wtedy lepiej nic nie robic czy lepiej jednak cos
                      zrobić /pal licho reputację/ żeby nie doszło do tragedii??
                      • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 15:44
                        > Beletrystykę...

                        Owszem, zdarza się (patrz link). Ale tutaj więcej mi wniosły do sprawy inne
                        teksty, jakie w przeszłości przyszło mi pisać i czytać. Z gatunku tych, które z
                        założenia powinny być literaturą faktu, ale niestety zawierają sporą dozę
                        beletrystyki.

                        > jak zdarzy sie nam zaobaczyc kogoś posiniaczonego to co? cicho sza...
                        > bo komus możemy popsuc reputację.

                        Może inaczej: to warto się zainteresować, ale z wnioskami ostrożnie, bo możemy
                        komuś namieszać w życiorysie pochopnymi a niesłusznymi oskarżeniami, zwłaszcza
                        że sam fakt, że zostały rzucone, nie jest obojętny dla zdrowia.
                        Dla zdrowia dziecka również.

                        > A dajmy na to Twoja historyjka ma inne zakończenie, np młoda
                        > rzeczywiscie jest regularnie tłuczona ale panicznie boi sie przyznać i
                        > opowiada historyjki o żaglach.

                        A dajmy na to nie ma żadnych śladów, bo młody nie dość że jest regularnie
                        tłuczony to jeszcze ojciec nauczył się bić tak, żeby nie było śladów...
                        Gdyby taki potłuczony przyszedł kilka razy i za każdym razem opowiadał jakieś
                        dziwne historie (w dodatku nie trzymające się kupy - na ogół wystarczy parę
                        pytań dodatkowych, żeby legendę diabli wzięli), toby się, i owszem, należało
                        zainteresować. Swoją drogą zespół dziecka maltretowanego to nie są tylko ślady
                        na ciele i przytomny nauczyciel się w tym połapie.
                        Ale, jak wspomniałaś, nadgorliwcy zdarzają się wszędzie. Słusznie wymieniłaś
                        także nauczycieli. Sposób myślenia, który tutaj prowadził do rad "na wszelki
                        wypadek wołaj policję", w konkretnym przypadku może zaowocować napisaniem "na
                        wszelki wypadek" zawiadomienia o przestępstwie.
                        A tu już to, że ktoś miał wcześniej sprawę o znęty czy o pobicie dziecka - i co
                        z tego, że umorzoną? - formalnie jest bez znaczenia dla dalszego biegu wydarzeń,
                        faktycznie wpływa na niego w stopniu znacznym.
                        Nie darmo kiedyś istniało tzw. bddw, czyli umorzenie "z braku dostatecznych
                        dowodów winy". To było jak napisanie czarno na białym: wymknąłeś się nam, ale my
                        swoje wiemy. Teraz takie sprawy morzy się "z powodu niepopełnienia czynu
                        zabronionego". Ale potem jak to wypłynie, jest właśnie tak odbierane: coś tam
                        było, ale się wywinął.
                        We wszystkim trzeba zachować umiar. Guza może nabić ojciec waląc dzieckiem o
                        ścianę, ale może sobie nabić samo. Siniaków na rękach, nogach i plecach można
                        się nabawić równie dobrze w ramach przemocy domowej co szlajając się z kolegami
                        po ciasnych bunkrach.

                        > No i co wtedy lepiej nic nie robic czy lepiej jednak cos
                        > zrobić /pal licho reputację/ żeby nie doszło do tragedii??

                        Problem polega na tym, że to nie bez kozery są dwa ujęcia z życia tej samej rodziny.
                        Fikcyjnej, i owszem, acz, jak wspominałem, oparte na motywach z życia wziętych.
                        Otóż łatwiej by uwierzono w prawdę, gdyby wcześniej rodzina nie miała zapapranej
                        kartoteki dzięki donosom pani Życzliwej i pani Zatroskanej. Ta właśnie przez
                        Ciebie lekceważona reputacja ma tu istotne znaczenie.
                        Bo co się dzieje dalej?
                        Nauczycielka napisze. Prokurator weszcznie dochodzenie. Tak na wszelki wypadek,
                        żeby się nie tłumaczyć z pochopnej odmowy wszczęcia (z pochopnego wszczęcia
                        tłumaczyć się nie będzie musiał). Trzeba przesłuchać pokrzywdzonego (który,
                        przypominam, jest zagrożony z dwóch przedmiotów).
                        Zadać mu parę podchwytliwych pytań, opisać w aktach cały przebieg wyjazdu.
                        Następnie pogadać z bratem, wypytując o wszelkie niezgodności.
                        Jeżeli starszy powiedział, że przybili drugiego dnia w Mikołajkach, i młodszy to
                        samo, zapytać: a jesteś pewien, że nie w Wilkasach?
                        A jak Franek skakał na brzeg i się potłukł, to w którym porcie to było?
                        Popamiętają chłopcy ten wypad długo. Miejmy nadzieję, że Franek jednak się mimo
                        pomocy życzliwych wygrzebie z tych zagrożeń, bo jak nie, to już będzie pełna
                        patologia, przemoc w domu, kłopoty w szkole...
                        A jeszcze matkę trzeba przesłuchać. Znakomicie to wszystko wpłynie na
                        funkcjonowanie rodziny. A jeszcze rozpytać sąsiadów. O, proszę! Policja pytała,
                        jak tam u nich w domu! Coś tam musi być nie tak, skoro policja się interesuje...
                        • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 16:02
                          a_weasley napisał:

                          > > jak zdarzy sie nam zaobaczyc kogoś posiniaczonego to co? cicho sza...
                          > > bo komus możemy popsuc reputację.
                          >
                          > Może inaczej: to warto się zainteresować, ale z wnioskami ostrożnie, bo możemy
                          > komuś namieszać w życiorysie pochopnymi a niesłusznymi oskarżeniami, zwłaszcza
                          > że sam fakt, że zostały rzucone, nie jest obojętny dla zdrowia.
                          > Dla zdrowia dziecka również.

                          Ale nie zawsze łatwo wyciagnąc wnioski /i do tego jedynie słuszne/ - więc z
                          dwojga złego lepiej zadziałac po omacku


                          > > A dajmy na to Twoja historyjka ma inne zakończenie, np młoda
                          > > rzeczywiscie jest regularnie tłuczona ale panicznie boi sie przyznać i
                          > > opowiada historyjki o żaglach.
                          >
                          > A dajmy na to nie ma żadnych śladów, bo młody nie dość że jest regularnie
                          > tłuczony to jeszcze ojciec nauczył się bić tak, żeby nie było śladów...

                          A tutaj to juz możemy nic nie poradzic jako postronni sąsiedzi

                          > Swoją drogą zespół dziecka maltretowanego to nie są tylko ślady
                          > na ciele i przytomny nauczyciel się w tym połapie.

                          Zgadza się no i co chcesz przez to powiedzieć? Niech sie połapuje ja niestety
                          nie jestem w stanie jako postronny słuchasz czy obserwator.

                          > Ale, jak wspomniałaś, nadgorliwcy zdarzają się wszędzie. Słusznie wymieniłaś
                          > także nauczycieli. Sposób myślenia, który tutaj prowadził do rad "na wszelki
                          > wypadek wołaj policję", w konkretnym przypadku może zaowocować napisaniem "na
                          > wszelki wypadek" zawiadomienia o przestępstwie.

                          No zgadza się, takie ryzyko istnieje ale to juz kazdy we własnym sumieniu musi
                          rozważyć czy warto ryzykować i czy sytuacja jest na tyle poważna.

                          > O, proszę! Policja pytała,
                          > jak tam u nich w domu! Coś tam musi być nie tak, skoro policja się
                          interesuje..

                          To juz Twoje osobiste i pochopne wnioski, nie każdy tak do tego podchodzi.
                          > .
                          • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 16:17
                            mama303 napisała:

                            > Ale nie zawsze łatwo wyciagnąc wnioski /i do tego jedynie słuszne/ - więc z
                            > dwojga złego lepiej zadziałac po omacku

                            A to nie wiem, dlaczego. Rzucenie oskarżeń na niewinnego człowieka to nie jest
                            byle co.
                            Ktoś na wszelki wypadek napisze donos (nauczyciel na przykład). Prokurator na
                            wszelki wypadek weszcznie postępowanie, jak dobrze pójdzie to na wszelki wypadek
                            napisze akt oskarżenia albo będzie namawiał do dobrowolnego poddania się karze,
                            albo do umorzenia warunkowego (to takie bezpieczne wyjście stosowane - kiedy
                            dowody są słabe, a wynik sprawy niepewny dla obu stron, morzy się warunkowo,
                            żeby i wilk się nie najadł, i owca wyszła pokiereszowana).
                            Powie ktoś: niewinny nie ma się czego bać. Ale się boi. "A jeśli mi nie uwierzą?
                            Przecież prokurator już mi nie uwierzył - wszczął dochodzenie, chce się ze mną
                            targować o karę jak z przestępcą..."
                            Dla przeciętnego obywatela każda konieczność rozmawiania z prokuratorem, sędzią,
                            policjantem, nawet nie w swojej sprawie, stanowi ciężki stres. A już wszelka
                            władza, czy w mundurze w mieszkaniu, czy w garniturze w gabinecie, interesująca
                            się oficjalnie tym, co się dzieje w domu - lepiej nie mówić.

                            > Zgadza się no i co chcesz przez to powiedzieć?

                            Z grubsza biorąc to, że trzeba się dobrze przyjrzeć, zanim się wlezie z butami w
                            cudze życie.

                            > Niech sie połapuje ja niestety
                            > nie jestem w stanie jako postronny słuchasz czy obserwator.

                            I dlatego ostrożnie z donosami.

                            > No zgadza się, takie ryzyko istnieje ale to juz kazdy we własnym sumieniu musi
                            > rozważyć czy warto ryzykować i czy sytuacja jest na tyle poważna.

                            O tym właśnie od dłuższego czasu mówię.

                            > To juz Twoje osobiste i pochopne wnioski, nie każdy tak do tego podchodzi.

                            Akurat ja tak nie podchodzę, ale wiem ze słuchu, że to jest rozpowszechnione
                            podejście. "O porządnych ludzi policja nie wypytuje". "Coś z nim jest nie w
                            porządku".
                            Tak samo jak mówi się "Miał sprawę o..." Na ogół nie wiadomo, jak się ta sprawa
                            zakończyła, ale wiadomo, że miał sprawę.
                            • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 19:53
                              a_weasley napisał:

                              > mama303 napisała:
                              >
                              > > Ale nie zawsze łatwo wyciagnąc wnioski /i do tego jedynie słuszne/ - więc
                              > z
                              > > dwojga złego lepiej zadziałac po omacku
                              >
                              > A to nie wiem, dlaczego. Rzucenie oskarżeń na niewinnego człowieka to nie jest
                              > byle co.

                              A to dlatego, że mało kiedy jesteś pewien na 100% że coś złego sie dzieje a
                              mimo to powinieneś z tzw. obowiązku obywatelskiego działaś

                              > Ktoś na wszelki wypadek napisze donos (nauczyciel na przykład). Prokurator na
                              > wszelki wypadek weszcznie postępowanie, jak dobrze pójdzie to na wszelki
                              wypade
                              > k
                              > napisze akt oskarżenia albo będzie namawiał do dobrowolnego poddania się
                              karze,

                              Tu jakies bzdurki wypisujesz. Kto dla zabawy interweniuje?
                              > Dla przeciętnego obywatela każda konieczność rozmawiania z prokuratorem,
                              sędzią
                              > ,
                              > policjantem, nawet nie w swojej sprawie, stanowi ciężki stres. A już wszelka
                              > władza, czy w mundurze w mieszkaniu, czy w garniturze w gabinecie,
                              interesująca
                              > się oficjalnie tym, co się dzieje w domu - lepiej nie mówić.

                              Dlaczego w/g Ciebie tak jest? Czego sie tak ludzie boją?
                              Myśle że przesadzasz z tym strachem


                              > Z grubsza biorąc to, że trzeba się dobrze przyjrzeć, zanim się wlezie z
                              butami
                              > w
                              > cudze życie.

                              Jak jest mozliwość to można sie przyglądać ale czasem to przygladanie nic nie
                              daje albo trzeba działać szybko i ryzykować że sie pomyliło.

                              > > No zgadza się, takie ryzyko istnieje ale to juz kazdy we własnym sumieniu
                              > musi
                              > > rozważyć czy warto ryzykować i czy sytuacja jest na tyle poważna.
                              >
                              > O tym właśnie od dłuższego czasu mówię.

                              To ciesze sie że jednak dajesz takie prawo do "mocniejszych" interwencji pomimo
                              że nie jest sie pewnym czy ma sie rację.
                              >
                              > > To juz Twoje osobiste i pochopne wnioski, nie każdy tak do tego podchodzi
                              > .
                              >
                              > Akurat ja tak nie podchodzę, ale wiem ze słuchu, że to jest rozpowszechnione
                              > podejście.

                              No tak , lubie takie podejście: jak tak nie podchodze ale inni.... i tu ludzie
                              padają niestworzone historie o fałszywych donosach, niezawinionych karach i
                              niesprawiedliwie nadszarpniętych reputacjach.
                              • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 20:10
                                mama303 napisała:

                                > A to dlatego, że mało kiedy jesteś pewien na 100% że coś złego sie dzieje a
                                > mimo to powinieneś z tzw. obowiązku obywatelskiego działać

                                Na 100 rzadko. Ale 10 to na pewno za mało.

                                > Tu jakies bzdurki wypisujesz. Kto dla zabawy interweniuje?

                                Ja wypisuję? Coś pisałem o interwencjach dla zabawy?
                                Pisałem o interwencjach na wszelki wypadek, z, jak to nazywasz, obowiązku
                                obywatelskiego.
                                Jeśli masz na myśli społeczny obowiązek zawiadamiania o przestępstwie, to
                                dotyczy on sytuacji, kiedy obywatel "dowiedział się o popełnieniu przestępstwa
                                ściganego z urzędu lub na wniosek", a nie kiedy powziął wiadomość o
                                okolicznościach, w których MOGŁO być popełnione przestępstwo.
                                Jest to obowiązek społeczny, a nie prawny, tzn. nie ma kary za niezawiadomienie
                                o przestępstwie (z paroma wyjątkami).

                                > Dlaczego w/g Ciebie tak jest? Czego sie tak ludzie boją?

                                Nie mam pojęcia. Wiem, że wielu ludzi, większość tych, których spotkałem, nie ma
                                ochoty na żadne kontakty z sądem, policją, prokuraturą itp. i że konieczność
                                zeznawania tamże - nie tłumaczenia się w swojej sprawie, ale choćby złożenia
                                mało znaczących zeznań - postrzegają jako bardzo uciążliwą, od której najlepiej
                                by się wykręcić.
                                A dlaczego nikt nie ma ochoty chodzić tamże się tłumaczyć, że nie katuje
                                własnego dziecka, czy w ogóle rozmawiać z władzą o tym, co się dzieje w jego
                                rodzinie?
                                Oto zagadka!

                                > Jak jest mozliwość to można sie przyglądać ale czasem to przygladanie nic nie
                                > daje albo trzeba działać szybko i ryzykować że sie pomyliło.

                                Pewnie. Zwłaszcza jak ryzyko pomyłki nie dotyczy Ciebie. Ty nie tracisz nic
                                (zwłaszcza jeśli działasz anonimowo), a masz czyste sumienie. Przecież chciałaś
                                dobrze.
                                Jest takie przysłowie o zależności pomiędzy pozytywnymi intencjami a stanem
                                nawierzchni w piekle...

                                > No tak , lubie takie podejście: jak tak nie podchodze ale inni...

                                ...podchodzą inaczej. A ja, wbrew pozorom, nie jestem ślepy ani głuchy.

                                > padają niestworzone historie o fałszywych donosach, niezawinionych karach i
                                > niesprawiedliwie nadszarpniętych reputacjach.

                                Zatem twierdzisz, że nie ma fałszywych donosów (pomimo donoszenia bez pewności),
                                niezawinionych kar i niesprawiedliwie nadszarpniętych reputacji?
                                Pogratulować optymizmu.
                                • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 20:44
                                  a_weasley napisał:

                                  > mama303 napisała:
                                  >
                                  > > A to dlatego, że mało kiedy jesteś pewien na 100% że coś złego sie dzieje
                                  > a
                                  > > mimo to powinieneś z tzw. obowiązku obywatelskiego działać
                                  >
                                  > Na 100 rzadko. Ale 10 to na pewno za mało.

                                  A 50 % czyli pół na pół to już można?

                                  > Jeśli masz na myśli społeczny obowiązek zawiadamiania o przestępstwie, to
                                  > dotyczy on sytuacji, kiedy obywatel "dowiedział się o popełnieniu przestępstwa
                                  > ściganego z urzędu lub na wniosek", a nie kiedy powziął wiadomość o
                                  > okolicznościach, w których MOGŁO być popełnione przestępstwo.
                                  > Jest to obowiązek społeczny, a nie prawny, tzn. nie ma kary za
                                  niezawiadomienie
                                  > o przestępstwie (z paroma wyjątkami).

                                  Mówie o sytuacji gdy coś mnie bardzo niepokoi i nie daje spać spokojnie i jakoś
                                  wewnetrznie czuje że za ścianą może /powidzmy na 50%/ dziać sie cos złego

                                  >
                                  > Nie mam pojęcia. Wiem, że wielu ludzi, większość tych, których spotkałem, nie
                                  m
                                  > a
                                  > ochoty na żadne kontakty z sądem, policją, prokuraturą itp. i że konieczność
                                  > zeznawania tamże - nie tłumaczenia się w swojej sprawie, ale choćby złożenia
                                  > mało znaczących zeznań - postrzegają jako bardzo uciążliwą, od której
                                  najlepiej
                                  > by się wykręcić.
                                  > A dlaczego nikt nie ma ochoty chodzić tamże się tłumaczyć, że nie katuje
                                  > własnego dziecka, czy w ogóle rozmawiać z władzą o tym, co się dzieje w jego
                                  > rodzinie?
                                  > Oto zagadka!

                                  Mój drogi wielu ludzi nie ma tez ochoty płacić podatków, mandatów, płacic
                                  rachunków za telefon,wypełniac PITÓW, co więcej... sprzątać, gotować itd, itp.
                                  Czasem trzeba zrobić scos pomimo że nie ma sie na to ochoty. Takie życie i już.

                                  > > Jak jest mozliwość to można sie przyglądać ale czasem to przygladanie nic
                                  > nie
                                  > > daje albo trzeba działać szybko i ryzykować że sie pomyliło.
                                  >
                                  > Pewnie. Zwłaszcza jak ryzyko pomyłki nie dotyczy Ciebie. Ty nie tracisz nic
                                  > (zwłaszcza jeśli działasz anonimowo), a masz czyste sumienie. Przecież
                                  chciałaś
                                  > dobrze.
                                  Jeśli cchciałam dobrze i działałam w dobrej wierze to rzeczywiscie mam czyste
                                  sumienie.
                                  Ryzyko pomyłki interwencji moze i mnie nie dotyczy ale kij ma dwa końce Jesli
                                  by mnie dotyczyłaa krzywda, że mnie np. katuje mąż to bym się naprawde
                                  ucieszyła że ktoś poszedł na policje pomimo że nie był pewien że mi sie krzywda
                                  dzieje.

                                  > Zatem twierdzisz, że nie ma fałszywych donosów (pomimo donoszenia bez
                                  pewności)
                                  > ,
                                  > niezawinionych kar i niesprawiedliwie nadszarpniętych reputacji?
                                  > Pogratulować optymizmu.

                                  A Ty za to twierdzisz że nie ma tragedii w blokowistkach pełnych "znających
                                  się" i porządnych sąsiadów, którzy nic nie robią bo albo są bezmyślni i widzą
                                  tylko czubek swojego nosa albo szukają pewnych dowodów i ich nie mogą znaleźć.
                                  Gratuluję beztroski
                                  • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 22:05
                                    mama303 napisała:

                                    > A 50 % czyli pół na pół to już można?

                                    Pół na pół to se możesz monetą rzucać.

                                    >
                                    > > Jeśli masz na myśli społeczny obowiązek zawiadamiania o przestępstwie, to
                                    > > dotyczy on sytuacji, kiedy obywatel "dowiedział się o popełnieniu przestę
                                    > pstwa
                                    > > ściganego z urzędu lub na wniosek", a nie kiedy powziął wiadomość o
                                    > > okolicznościach, w których MOGŁO być popełnione przestępstwo.
                                    > > Jest to obowiązek społeczny, a nie prawny, tzn. nie ma kary za
                                    > niezawiadomienie
                                    > > o przestępstwie (z paroma wyjątkami).
                                    >
                                    > Mówie o sytuacji gdy coś mnie bardzo niepokoi i nie daje spać spokojnie i jakoś
                                    >
                                    > wewnetrznie czuje że za ścianą może /powidzmy na 50%/ dziać sie cos złego

                                    Trudno mi się wypowiadać. Nie miewam nadprzyrodzonych jasnowidzeń.

                                    > > A dlaczego nikt nie ma ochoty chodzić tamże się tłumaczyć, że nie katuje
                                    > > własnego dziecka, czy w ogóle rozmawiać z władzą o tym, co się dzieje w j
                                    > ego
                                    > > rodzinie?
                                    > > Oto zagadka!

                                    > Mój drogi wielu ludzi nie ma tez ochoty płacić podatków, mandatów, płacic
                                    > rachunków za telefon,wypełniac PITÓW, co więcej... sprzątać, gotować itd, itp.
                                    > Czasem trzeba zrobić scos pomimo że nie ma sie na to ochoty. Takie życie i już.

                                    To sobie rób. Pisz donosy na siebie i rozmawiaj sobie z policją, prokuraturą,
                                    sądem, IPNem i Ligą Obrony Praw Maltretowanego Jajeczka Na Miękko do chrypki.
                                    Natomiast nie masz prawa w to wkręcać innych bez wyraźnego powodu.

                                    > > Pewnie. Zwłaszcza jak ryzyko pomyłki nie dotyczy Ciebie. Ty nie tracisz n
                                    > ic
                                    > > (zwłaszcza jeśli działasz anonimowo), a masz czyste sumienie. Przecież
                                    > chciałaś
                                    > > dobrze.
                                    > Jeśli cchciałam dobrze i działałam w dobrej wierze to rzeczywiscie mam czyste
                                    > sumienie.

                                    Jeżeli działasz po głupiemu, jeżeli pochopnie narażasz innych na poważne
                                    konsekwencje, to sumienie masz czyste chyba dlatego, że nie używane.

                                    > Ryzyko pomyłki interwencji moze i mnie nie dotyczy ale kij ma dwa końce

                                    Kij ma jeden koniec, bo to Ty rozrabiasz.

                                    > > Zatem twierdzisz, że nie ma fałszywych donosów (pomimo donoszenia bez
                                    > pewności),
                                    > > niezawinionych kar i niesprawiedliwie nadszarpniętych reputacji?
                                    > > Pogratulować optymizmu.

                                    > A Ty za to twierdzisz

                                    Na razie pytam, co Ty twierdzisz.

                                    > że nie ma tragedii w blokowistkach pełnych "znających się" i
                                    > porządnych sąsiadów, którzy nic nie robią bo albo są bezmyślni i widzą
                                    > tylko czubek swojego nosa albo szukają pewnych dowodów i ich nie mogą znaleźć.

                                    Przeczytaj, co napisałem, i skup się na tym, a nie na swoich nadinterpretacjach
                                    i domysłach co do tego, co myślę.
                                    Jeżeli zaś nie masz nic sensownego do powiedzenia odnośnie tego, co faktycznie
                                    napisałem, to daj sobie spokój.
                                    • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 22:25
                                      a_weasley napisał:

                                      >
                                      > Pół na pół to se możesz monetą rzucać.
                                      >
                                      Te procenty to Ty wymyśliłeś, nie ja.

                                      > Trudno mi się wypowiadać. Nie miewam nadprzyrodzonych jasnowidzeń.
                                      A szkoda, troche intuicji czasem sie przydaje.
                                      >
                                      > > > Czasem trzeba zrobić scos pomimo że nie ma sie na to ochoty. Takie życie
                                      > i już.
                                      >
                                      > rozmawiaj sobie z policją, prokuraturą,
                                      > sądem,

                                      Nie mam z tym problemu - z rozmowami ani z policją ani z sądem ani z
                                      prokuraturą /z tą ostatnia instytucją jeszcze nie miałam okazji rozmawiać, ale
                                      jakoś blady strach mnie nie dopada/ani w ogóle z nikim

                                      >
                                      > Jeżeli działasz po głupiemu, jeżeli pochopnie narażasz innych na poważne
                                      > konsekwencje, to sumienie masz czyste chyba dlatego, że nie używane.

                                      W mojej ocenie nie działam po głupiemu, tylko rozsądnie więc nie martw sie o
                                      moje sumienie

                                      >>
                                      > Na razie pytam, co Ty twierdzisz.

                                      Ale to pytanie retoryczne wiec pytajac twierdzisz.
                                      >
                                      > Przeczytaj, co napisałem, i skup się na tym, a nie na swoich
                                      nadinterpretacjach
                                      > i domysłach co do tego, co myślę.
                                      > Jeżeli zaś nie masz nic sensownego do powiedzenia odnośnie tego, co faktycznie
                                      > napisałem, to daj sobie spokój.

                                      Uuuu, nie unoś sie tak. Kazdy ma przekonie że ma coś sensownego do powiedzenia,
                                      nawet Ty.
                                      • a_weasley Re: To wszystko nazywa się nic? 15.03.07, 22:50
                                        mama303 napisała:

                                        > Te procenty to Ty wymyśliłeś, nie ja.

                                        ?

                                        > > Trudno mi się wypowiadać. Nie miewam nadprzyrodzonych jasnowidzeń.
                                        > A szkoda, troche intuicji czasem sie przydaje.

                                        Owszem. Ale to za mało, żeby napuszczać na ludzi władzę, bo Ty masz przeczucia.

                                        > Nie mam z tym problemu - z rozmowami ani z policją ani z sądem ani z
                                        > prokuraturą /z tą ostatnia instytucją jeszcze nie miałam okazji rozmawiać, ale
                                        > jakoś blady strach mnie nie dopada/ani w ogóle z nikim

                                        To niech do Ciebie wreszcie dotrze, że zdecydowana większość rodaków taki
                                        problem ma.

                                        > W mojej ocenie nie działam po głupiemu, tylko rozsądnie więc nie martw sie o
                                        > moje sumienie

                                        Twoje sumienie, Twoja sprawa. Bieda w tym, że gotowa jesteś w ramach owego
                                        czystego sumienia i swojego pojmowania obowiązków obywatelskich zaryzykować
                                        narażenie niewinnych ludzi na ciąganie po sądach i okolicach.

                                        > Ale to pytanie retoryczne wiec pytajac twierdzisz.

                                        Nie. Moje pytanie nie było retoryczne. Mówiłaś coś o fantastycznych historiach,
                                        więc próbuję się upewnić, czy to wszystko uważasz za mój wymysł.

                                        > Uuuu, nie unoś sie tak. Kazdy ma przekonie że ma coś sensownego
                                        > do powiedzenia,

                                        Owszem, ale polemizując ze mną bądź uprzejma odpowiadać na to, co powiedziałem,
                                        a nie na to, co Ci się wydaje.
                                        • mama303 Re: To wszystko nazywa się nic? 16.03.07, 08:16
                                          a_weasley napisał:

                                          >> Owszem. Ale to za mało, żeby napuszczać na ludzi władzę, bo Ty masz
                                          przeczucia.

                                          Zalezy jaki kto ma poziom odpornosci na krzywdę. Dla mnie to może być
                                          wystarczajace.
                                          >
                                          > To niech do Ciebie wreszcie dotrze, że zdecydowana większość rodaków taki
                                          > problem ma.

                                          Dociera, dociera ale az tak jak Ciebie mnie to nie stawia na baczność. Polacy
                                          mają różne problemy np. z interwencją jak komus dzieje sie krzywda, bo "ja tam
                                          wolę pilność swojego czubka nosa" albo z tym "Co ludzie powiedza? Tym bym sie
                                          bardziej przejęła i martwiła.
                                          >
                                          >>
                                          > Twoje sumienie, Twoja sprawa. Bieda w tym, że gotowa jesteś w ramach owego
                                          > czystego sumienia i swojego pojmowania obowiązków obywatelskich zaryzykować
                                          > narażenie niewinnych ludzi na ciąganie po sądach i okolicach.

                                          Tak jestem gotowa, bo jak juz mówiłam jak niewinni to nic im nie będzie nawet
                                          jak sie pomyliłam
                                          >
                                          Mówiłaś coś o fantastycznych historiach,
                                          > więc próbuję się upewnić, czy to wszystko uważasz za mój wymysł.

                                          Tak wiekszosc uważam za Twój wymysł zwłaszcza że lubisz beletrystykę
                                          >
                                          >>
                                          > Owszem, ale polemizując ze mną bądź uprzejma odpowiadać na to, co
                                          powiedziałem,
                                          > a nie na to, co Ci się wydaje.

                                          Dzięki za szkolenie z polemiki.
                                          • a_weasley Z mojej strony EOT 16.03.07, 09:26
                                            mama303 napisała:

                                            > > Bieda w tym, że gotowa jesteś w ramach owego
                                            > > czystego sumienia i swojego pojmowania obowiązków obywatelskich
                                            > > zaryzykować narażenie niewinnych ludzi na ciąganie po sądach i okolicach.

                                            > Tak jestem gotowa, bo jak juz mówiłam jak niewinni to nic im nie będzie nawet
                                            > jak sie pomyliłam

                                            oraz

                                            > > Zatem twierdzisz, że nie ma fałszywych donosów, niesprawiedliwych kar
                                            > > i niezasłużenie nadszarpniętych reputacji?

                                            <ciach próby doprecyzowania, że tak, o to chodzi>

                                            > Tak wiekszosc uważam za Twój wymysł

                                            I to w zasadzie zamyka sprawę.
                                            Ja nie odrzucam pomysłu zagadnięcia sąsiadów, owszem uważam go za rozsądny.
                                            Nie odrzucam interwencji czy spowodowania interwencji, kiedy są konkretne
                                            powody, żeby uznać, że dzieje się coś złego.
                                            Natomiast jestem przeciwny powodowaniu takowej na tej podstawie, że dziecko
                                            często płacze albo że się ma przeczucia.
                                            Lekkomyślne napuszczanie na ludzi organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości za
                                            zwyczajne świństwo i głupotę (a robienie tego anonimowo za świństwo skrajne)
                                            tudzież prostą drogę do wyrządzenia niewinnym ludziom poważnej krzywdy, a Ty
                                            jesteś, jak to nazywasz, gotowa zaryzykować, albowiem wszystko na pewno skończy
                                            się dobrze, dobre imię to drobiazg, a ewentualne przykrości w międzyczasie
                                            (doznane nie przez Ciebie, tylko przez bohaterów dono... powiadomienia) w
                                            rodzaju konieczności spowiadania się policjantowi czy prokuratorowi z tego, co
                                            się dzieje w domu) są nieistotne.
                                            I w tym miejscu w oczywisty sposób nie mamy dalej o czym rozmawiać.
                                            Reszta jest biciem piany.
                                            • mama303 Re: Z mojej strony EOT 16.03.07, 10:28
                                              a_weasley napisał:


                                              > Ja nie odrzucam pomysłu zagadnięcia sąsiadów, owszem uważam go za rozsądny.
                                              > Nie odrzucam interwencji czy spowodowania interwencji, kiedy są konkretne
                                              > powody, żeby uznać, że dzieje się coś złego.

                                              Ja tez nie odrzucam tych dwóch możliwosci i dalej ... twierdze że 1/nie zawsze
                                              moga byc konkretne powody czy dowody 2/nie zawsze da sie lub jest mozliwośc
                                              rozmowy z sąsiadką

                                              > Natomiast jestem przeciwny powodowaniu takowej na tej podstawie, że dziecko
                                              > często płacze albo że się ma przeczucia.

                                              I tu sie nie zgadzamy. Niektórzy maja niski próg odpornosci na siłę lub
                                              częstotliwość płaczu dziecka. I ja do takowych należę i mysle że wiekszośc
                                              matek też.

                                              > Lekkomyślne napuszczanie na ludzi organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości z
                                              > a
                                              > zwyczajne świństwo i głupotę (a robienie tego anonimowo za świństwo skrajne)

                                              To wszystko zalezy jaki jest finał tego "napuszczania" bo może sie okazac że
                                              ktoś zrobił najbardziej słuszną rzecz w swoim zyciu.

                                              > > I w tym miejscu w oczywisty sposób nie mamy dalej o czym rozmawiać.
                                              > Reszta jest biciem piany.
                                              Nie masz ochoty - nie rozmawiaj, ktos Cie zmusza?
                                            • anetkamati Re: Z mojej strony EOT 01.04.07, 19:53
                                              a je wam coś ciekawego napiszę
                                              Mój 2 mieśięczny synek raz został z dwiema babciami my z mężem pszliśmy do kościoła przed csztem małego wracamy do domu a tu policja i karetk w drodze i sąsiadka na dole w drzwiach alarmuje że tak mały przez godzię płakał że myślały że samo dzicko w domu zostało.synek miał kolki coprawda pukały do drzwi ale babcie zajęte same w szoku nie słyszały pukania przez ten płacz.Dobrze że mi drzwi nie wywalili bo babcie dopiero by zawału dostały.No tyle z tego wyszło że więcej z maklym nie zostały.i całe szczęście że nie obciążyli mnie za nieuzasadnione wezwania.
                            • paulinakk Re: To wszystko nazywa się nic? 16.03.07, 08:06
                              > A to nie wiem, dlaczego. Rzucenie oskarżeń na niewinnego człowieka to nie jest
                              > byle co.

                              To nie jest rzucanie oskarżenia. To jest prośba o to by ktoś kompetentny
                              sprawdził co się dzieje. Sąsiad nie ma obowiązku ani prawa prowadzić śledztwa,
                              od tego są odpowiednie instytucje. Fakt faktem że byłabym ostrożna z wzywaniem
                              konkretnie policji, bo panowie w mundurach w bloku to od razu niepotrzebny smród.
                              • a_weasley Między śledztwem a bezmyślnością 16.03.07, 09:41
                                paulinakk napisała:

                                > To nie jest rzucanie oskarżenia. To jest prośba o to by ktoś kompetentny
                                > sprawdził co się dzieje. Sąsiad nie ma obowiązku ani prawa prowadzić śledztwa,

                                Śledztwa jak śledztwa, jakeśmy tu mieli parę przykładów, czasem wystarczy
                                zagadnąć (w szczególności wystarczyło w sprawie, od której się ten wątek
                                zaczął). Ale, jak słusznie zauważyła Bri, to wymaga odwagi.
                                To zresztą dotyczy nie tylko spraw związanych z dziećmi, ale każdej sytuacji, w
                                której sąsiad robi coś, co MOŻE być związane z przestępstwem, równie dobrze
                                znęcaniem się nad dziećmi co prowadzeniem dziupli dla kradzionych samochodów.

                                Ktoś tu się powołał na sprawę dzieci w beczkach. Było. Niemniej osobiście
                                uważam, że jak sąsiad ma w domu beczki, to należy na niego nasłać policję.
                                Wstępnie zakładałbym raczej, że jest tam kapusta.

                                A teraz zobaczmy...

                                Wariant I:

                                Mam w mieszkaniu zamknięte beczki. Dość duże. Pani Władzia sobie do tego dodała
                                różne okoliczności towarzyszące (np. że żona się zaokrągliła, a potem schudła) i
                                doniosła. Jakimś cudem policja zaczyna sprawdzać.

                                Wariant II:

                                Pani Władzia przyuważyła, że mam w mieszkaniu beczki, z których dobywa się
                                zapach fermentacji, i doniosła, że pędzę bimber. Policja przychodzi.

                                Ciąg dalszy wspólny.

                                I widzi, hmm, widzi w beczce sfermentowaną ciecz o słodkawym zapachu.
                                Zaczynają się korowody, bo władza, proszę państwa, wykryła bimbrownię i wcale
                                nie chce przyjąć do wiadomości, że ja robię w domu piwo, co nie jest karalne.
                                W końcu, alleluja, po trzech miesiącach mam czarno na białym, że moje
                                dochodzenie w sprawie o niedozwolony wyrób spirytusu zostało umorzone z powodu
                                braku cech przestępstwa. Eksperci stwierdzili, że to naprawdę był półprodukt do
                                piwa.
                                Który w międzyczasie trzeba było niestety wylać.

                                P.S. Fikcja, oczywiście. Nie robię w domu piwa. Nie mam miejsca. Ale znam ludzi,
                                którzy w domu takowe robią.
    • koza_w_rajtuzach Re: płaczące dziecko sąsiadów 15.03.07, 15:57
      Różne są przyczyny płaczu dziecka.
      Przykładowo moja córeczka tak płakała kiedy ją rehabilitowałam ćwiczeniami,
      które zleciła mi neurolog (musiałam robić to kilka razy dziennie po kilkanaście
      minut). Ktoś również mógłby pomyśleć, że nie uspokajam dziecka, bo płacz jest
      cały czas o takim samym natężeniu i jest taki zrozpaczony. Ale ja po prostu nie
      miałam wyboru. Przemawiałam do córeczki cichym głosem i robiłam swoje.
          • minerwamcg Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 12:28
            Ale zdaje się, że ta metoda jest skuteczna - synek kuzynki, który miał kłopoty
            nawet z siadaniem, teraz swobodnie biega.

            A co do bolesnych terapii, to oczywiście, zapisuje się je, kiedy nie ma innego
            wyjścia. Czasem w chorobach mięśni i stawów bywa, że robią się przykurcze i
            trzeba je rozmasować, rozgimnastykować - to boli, jak cholera. Ale gdybym miała
            do wyboru sprawiać dziecku ból albo narazić je na spędzenie życia na wózku -
            oczywiście wybrałabym to pierwsze, aczkolwiek też by mi było przykro, że je
            boli.
            • koza_w_rajtuzach Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 15:52
              tak, ta metoda jest skuteczna. U nas też pomogła.
              Może narażałam ćwiczeniem metodą Vojty dziecko na stres, córka krzyczała przy
              tym niemiłosiernie, ale przynajmniej w przyszłości nie będzie mi wyrzucała, że
              czegoś niedopilnowałam i jest pokrzywiona.
      • rembka Re: do Kozy-w -rajtuzach 16.03.07, 11:01
        Na sama mysl, ze neurolog zaleca bolesna terapie dla malego dziecka, wlos mi
        sie na glowie jezy, ale ja jestem przeczulona na bol dzieci. Jesli chodzi o
        placz za sciana, uwazam ze zamiast pedzic na policje lub do sadu z donosami,
        trzeba poprostu zapukac do drzwi sasiadow wtedy, kiedy dziecko placze i
        powiedziec prawde, tzn. "prosze pani, jestem zaniepokona placzem panstwa
        dziecka. Moze macie panstwo jakies klopoty, albo moze cos dziecku dolega, czy
        moge panstwu w czyms pomoc?" Jesli nie zabrzmi to jak atak, to rodzice nie
        powinni reagowac wrogo, natomiast jesli zaczna kontratakowac: "a co to cie
        obchodzi", albo "nic sie nie stalo, to tylko takie beczenie", etc., wowczas
        powiedzialabym, ze placz dziecka mnie martwi i zalezy mi na tym, zeby sie
        upewnic, ze dziecku nie dzieje sie krzywda i rzadam wyjasnien, jak nie to
        zajmie sie tym policja i kurator.
        • koza_w_rajtuzach Re: do Kozy-w -rajtuzach 16.03.07, 11:10
          > Na sama mysl, ze neurolog zaleca bolesna terapie dla malego dziecka, wlos mi
          > sie na glowie jezy, ale ja jestem przeczulona na bol dzieci.

          Te ćwiczenia nie są bolesne. Blokuje się dziecko tak, że jest bez możliwości
          jakiegokolwiek ruchu i naciska się na dane punkty w ciele. To jest bardzo
          nieprzyjemne dla dziecka, ale raczej nie bolesne.
        • a_weasley Inspekcja robotniczo-chłopska? 16.03.07, 11:43
          rembka napisała:

          > Na sama mysl, ze neurolog zaleca bolesna terapie dla malego dziecka, wlos mi
          > sie na glowie jezy, ale ja jestem przeczulona na bol dzieci.

          Wiele rzeczy boli. Niestety. Życie takie. Zastrzyki też bolą...

          > moge panstwu w czyms pomoc?"
          > Jesli nie zabrzmi to jak atak, to rodzice nie powinni reagowac wrogo,

          Natomiast mogą uprzejmie acz stanowczo - zależnie od nastroju z przechyłem w
          stronę uprzejmości lub stanowczości - podziękować za pomoc i zainteresowanie.
          Rodzice, o czym łatwo się przekonać czytając to i pokrewne fora, potrafią być
          bardzo zgorszeni, kiedy słyszą takie pytania od teściowej, więc tym bardziej
          mogą nie być zachwyceni tym samym w wykonaniu obcego człowieka.

          > natomiast jesli zaczna kontratakowac: "a co to cie obchodzi",

          to mają do tego święte prawo. Co dla jednego życzliwym zainteresowaniem, inny
          uzna za niekulturalne wścibstwo, węszenie i kontrolowanie.
          I z tym ostatnim to nawet w danej sytuacji mieliby rację, bo wszak nie chodzi o
          to, żeby pomóc, tylko żeby skontrolować, a w razie negatywnych wyników podjąć
          stosowne kroki.

          > albo "nic sie nie stalo, to tylko takie beczenie", etc.,

          A tego to już całkiem nie rozumiem. Poprzednia wersja była przynajmniej nerwowa
          czy nieuprzejma. Tutaj zostajesz po prostu spławiona - dziękujemy za
          zainteresowanie, mamy nadzieję, że poradzimy sobie sami, a jak będziemy
          potrzebowali pomocy, to sobie poszukamy, niekoniecznie u pani.
          I tutaj rozmowa powinna się skończyć. Nikt nie ma obowiązku udzielać sąsiadom
          szczegółowych wyjaśnień.
          Co więcej - sąsiad, który chce pomóc, w tym momencie mówi "a, to przepraszam",
          ewentualnie bąka jeszcze parę słów wyjaśnienia, po czym następuje wymiana
          pożegnalnych uprzejmości i każdy wraca do swoich spraw.
          Dalszy ciąg to już jest delikatność amerykańskiego dziennikarza.

          > powiedzialabym, ze placz dziecka mnie martwi i zalezy mi na tym, zeby sie
          > upewnic, ze dziecku nie dzieje sie krzywda

          - Nie, nie dzieje się. Daruje pani, nie mam w tej chwili czasu i ochoty o tym
          rozmawiać.
          Jeśli komu i tego mało... cóż, o mężczyźnie w takiej sytuacji mówi się, że szuka
          guza.

          > i rzadam wyjasnien,

          - A szanowna paniusia to, przepraszam, z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami czy
          książkę pisze? Pani, idź pani stąd, bo pani co brzydkiego powiem!
          Żądać to oni mogą: żebyś obejrzała sobie ich drzwi, zobaczyła, z której strony
          jest korytarz, i tamże się co prędzej udała.
          Albowiem żądać można tego, co ktoś ma obowiązek dać/zrobić. Otóż oni nie mają
          obowiązku Tobie udzielać żadnych informacji, Ty natomiast masz obowiązek opuścić
          ich mieszkanie na ich pierwsze żądanie, bo jak nie to policję zawołają
          (naruszenie miru domowego, zagrożone pozbawieniem wolności do lat , względnie
          mają prawo Cię wystawić na korytarz we własnym zakresie.

          > jak nie to zajmie sie tym policja i kurator.

          Jeżeli na takie dictum nie pojawi się propozycja, żebyś się chędożyła, lub inne
          równoważne grzeczności, wzmocnione energicznym zamknięciem drzwi, daj na mszę,
          że masz takich spokojnych sąsiadów.
    • kalina671 Re: płaczące dziecko sąsiadów 15.03.07, 17:20
      Mamy dziecko, które mając kilka miesięcy przez dłuższy czas zasypiało o 20.00
      a o 22.00 budziło się z ogromnym płaczem. Płakało tak przez bite dwie godziny.
      Nie było sposobu na uspokojenie. Wszyscy dorośli padali ze zmęczenia. Sytuacja
      doprowadzała do kłótni nt. sposobu opieki, wychowania itp. Tylko czekaliśmy aż
      w końcu któryś z sąsiadów wezwie policję.
      Po wielu latach okazało się, że nasze dziecko po prostu nie mogło przyswajać
      mleka matki i powinno być na diecie bezmlecznej. Nikt z lekarzy nie był jednak
      łaskaw zająć się sprawą. Dziecko zaczęło spokojnie przesypiać noce dopiero jak
      zaczęło dostawać zupki jarzynowe i odstawiło mleko matki.
      Zatem radzę ostrożnie podejść do sprawy i może delikatnie podpytać sąsiadów co
      może być przyczyną takiej sytuacji. Może nawet zasugerować im nasz przypadek ?
      • roksanusia Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 08:22
        Niedawno miałam podobną sytuację.U sąsiadów moich rodziców mieszkających pod
        nimi ciągle płakał mały chłopczyk.Mój tata bardzo się tym przejął i w końcu nie
        wytrzymał i poszedł do nich,ale z sympatią,z pomocą.Okazało się,że mały jest
        bardzo chory i stąd ten przeraźliwy płacz.Teraz już jest cisza,spokój,mój tata
        się cieszy,ze interweniował a sąsiadka podziękowała za to,że ma takich sąsiadów.
        Myślę,ze powinnas do nich isc i zobaczyc jak to wyglada od wewnatrz.Jesli
        faktycznie zobaczysz,ze cos jest nie tak to dopiero wtedy zacznij
        interweniować "u władz".
      • a_weasley Re: płaczące dziecko sąsiadów 15.03.07, 18:45
        pavliktoja napisał:

        > pozniej do Ciebie zapuka Interwencja i zapyta sie gdzie bylas jak ktos robil
        > akupunkture widlami malemu dizecku.

        No pewnie.
        Przecież każdy wie, że jak się przebija kogoś widłami, to taki gość się drze
        przez parę dni bez przerwy.
        Polecam "Kwiat kalafiora".
        • a_weasley P.S. 15.03.07, 18:48
          Zagadnąć oczywiście nie zawadzi, ale "Kwiat" pięknie pokazuje, jak łatwo przy
          odpowiedniej dozie podejrzliwości... to znaczy, przepraszam, czujności dopatrzyć
          się w normalnych ludziach zwyrodnialców.
          • campo.di.fiori Re: P.S. 15.03.07, 19:59
            hehe LSD, wjadomo smile
            swoją drogą, aż nie chce wyobrażać mi się sytuacji wieczornej wizyty Panów
            Umundurowanych podczas jakiejś uroczystej kolacji z czerwonym np. winem.
            "Ooo rodzice pijani, (albo pod wpływem!) A dziecko śpi i nie płacze! Pewno je
            upili, zwyrodnialcy!"
    • zwiatrem Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 11:17
      nasz syn wrzeszczał całymi dniami, od dnia narodzin , wrzeszczał całymi nocami.
      Tak było na spacerze, tylko samochodzie czasem była cisza.
      Ilość badań neurologicznych i innych niczego nie wykazała, nie pomogły nawet
      podane w efekcie końcowym leki typu uspokajającego, po nich było jeszcze gorzej.
      Wrzeszczał okrutnie, nie płakał, ale wrzeszczał.
      Tak było dwa i pól roku. Punkt kulminacyjny wrzasku przed snem nocnym był
      straszny- około 22 i potem koniecznie 1:00-3:00 w nocy.
      Dla mnie na szczęście nikt nie wołał policji, nie pisał donosów, ale za to
      pytał, co mu jest, sąsiedzi sądzili, ze jest bardzo chory.
      Rozważ rozmowę z mamą dziecka, być może spacery przed snem wieczornym by
      pomogły, może wtedy dziecko uprawia histerię, kiedy idzie spać a jest oduczane
      butelki lub lulania? Ma 9 miesięcy. Może to uporczywe kolki wraz z refluksem
      przewodu pokarmowego wraz z zabkowaniem? Wtedy te krzyki dziecka cierpiącego
      takie będą niestety.I żadne środki przeciwbólowe nie złagodzą cierpienia całkiem.

      Porozmawiaj z matka zanim zdecydujesz się na pismo do sądu.
      Na sto procent wyczujesz kobietę w desperacji lub taką, która tylko Cię oczaruje
      słowami. To jest różnica rozmawiać z załamana mamą - czy z krętaczką.
      My usypialiśmy na stojąco ze zmęczenia, to trudne wypośrodkować i odszukać
      prawdę, ale takiej roli chcesz sie podjąć, więc pozbieraj tutaj nasze rady i
      przemyśl.
      • mama754 Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 11:34
        witajcie,

        ja też mam problem z płaczącym dzieckiem sąsiadów. Swego czasu, gdy chłopczyk miał
        kilka miesięcy rodzice zostawiali go samego w domu a sami wychodzili pospacerować.
        Delikatnie zatem zapytałam dlaczego dzicko długo i przeraźliwie płacze i czy
        może nie potrzebują pomocy.
        Efekt był taki, że od czasu do czasu dowiadujemy się o tym, iż rysujemy sąsiadom
        kluczykami samochód, kopiemy ów samochód a na dokładkę piszemy skargi i
        rozsyłamy je w różne miejsca.
        Mały za ścianą dalej płacze, często odzywki jego mamy wychodzą daleko poza ramy
        normalnych, ale cóż z tego?
        Rodzina jest normalna, dziecko zadbane .... tylko dlaczego tak przeraźliwie i
        długo płacze.
        Dodam, że ja też mam synka (2,5 roku), który też płacze ... to normalne u
        dzieci. Nie spi w nocy i ma swoje "pzryzwyczjaenia", płacz za ścianą ściska mi
        serce .... ale nie mam już odwagi pytać dlaczego
        • a_weasley Ktoś odważny inaczej Was wchlupał 17.03.07, 00:10
          mama754 napisała:

          > Delikatnie zatem zapytałam dlaczego dzicko długo i przeraźliwie płacze i czy
          > może nie potrzebują pomocy.

          Niech zgadnę: nie potrzebowali?

          > od czasu do czasu dowiadujemy się o tym, iż rysujemy sąsiadom
          > kluczykami samochód, kopiemy ów samochód a na dokładkę piszemy skargi i
          > rozsyłamy je w różne miejsca.

          Elementarne, drogi Watsonie.
          Ktoś pisze skargi na wspomnianych sąsiadów. Ktoś robi im inne wstręty. Jedno i
          drugie anonimowo, zgodnie z lansowaną przez pewne osoby koncepcją odważnego
          ciosu w plecy.
          A sąsiedzi kojarzą to z Wami, tyleż rozsądnie co błędnie.
          Nikt nigdy nie obiecywał, że dobre uczynki - a takim był Wasz - zostaną
          nagrodzone w TYM życiu...
    • naprawdetrzezwy Odpowiem jednym zdaniem: 16.03.07, 12:41
      Otóż bełkot wydobywający się spod Twojej ręki jest niewyobrażalny ale żebyś nie miała żadnych
      problemów z czytaniem piszę tak samo jak Ty czyli bez Twoim zdaniem absolutnie zbędnych znaków
      interpunkcyjnych no nie wykluczam też że wyglądem przypominasz odwróconą gruszkę z pojemnością
      płuc na poziomie jakichś stu litrów co tłumaczyłoby tak długie zdania bez konieczności nabierania
      oddechu podczss wypowiedzi ale wracając do dizecka to albo jest nonstop katowane a Ty już byłaś na
      policji donieść o znęcaniu się nad niewinną istotą lub też napisałaś piękny list do superniani czy innego
      ogłupiacza dla bab żyjących serialali bo jak rozumiem jesteś już po rozmowie z sąsiadami i jeśli była
      bezowocna to złożyłaś doniesienie o uporczywym zakłócaniu ciszy nocnej czy o hałasie uciążliwym
      uniemożliwiającym normalne korzystyanie z własnego mieszkania nie wykluczam też że wszyswtkie
      informacje masz z podsłuchiwania sąsiadów gdyż być może z powodu wyżej opisanej figury nie masz
      własnego życia i musisz żyć życiem innych czy sobie tego życzą czy też nie.
      • minerwamcg Re: Odpowiem jednym zdaniem: 16.03.07, 14:59
        Trzeźwy, dmuchnij w balonik i uspokój się. Sprawa poruszona przez autorkę wątku
        została już przez nią samą pozytywnie załatwiona, wszystko jest ok., policji
        nie wzywano, dziecko żyje i ma się dobrze, a płacze bo tak ma. Wszystkie
        następne głosy w dyskusji nie dotyczą już tego konkretnego przypadku, tylko
        teoretycznych sytuacji sąsiedzkich, z którymi się spotykamy bądź możemy
        spotkać. Słuchaj uważnie: rozmawiamy t e o r e t y c z n i e. Autorka wątku
        nic do tego nie ma i nie ma powodu, żebyś ją obrażał.
    • karola1008 Re: płaczące dziecko sąsiadów 16.03.07, 13:41
      Przez kilka lat pracowałam w organizacji pozarządowej, zajmującej się pomocą
      dzieciom z rodzin patologicznych. Pod opieką tej organizacji były i dzieci
      z "typowych" rodzin patologicznych i z rodzin "normalnych", w których okazało
      się w którymś momencie-najczęściej właśnie dzięki interwencji osób trzecich, że
      tak całkiem normalnie to nie jest (np. tatuś zachowuje się dwuznacznie wobec
      córki i trzyma w kompie pornografię dziecięcą lub szanowany pan mecenas leje
      żonę aż furczy). Miałam wiele razy do czynienia z sytuacjami, w których
      interwencje podejmowali sąsiedzi i z reguły było to absolutnie uzasadnione.
      Weasley, być może miałeś wielokrotnie do czynienia po prostu z ludzką podłością
      wyrażajacą się w rzucaniu nieuzasadnionych oskarżeń. Jeśli tak-szczerze
      współczuję. Pomimo takich, a nie innych doświadczeń nie jestem zwolenniczką
      zwracania się od razu do policji, chyba, że sytuacja tego wymaga-np. słychać
      dziką awanturę. Oczywiście w takich sytuacjach wszytsko opiera się na ocenie
      tego, kto awantur słucha. Jeśli chodzi o reakcję policji, prokuratury i sądów w
      sprawach przemocy w rodzinie, to zapewniam Cię, że naprawdę służby te podchodzą
      do spraw z dużą dozą ostrożności i raczej nie robią sajgonu z życia Bogu ducha
      winnych ludzi. MAją za dużo roboty i za dużo pieniaczy na głowie. Wiem co
      mówię, bo miałam z nimi ciągle do czynienia przez 5 lat. W moim wlasnym
      rnakingu reakcji na niepokojące odgłosy za ścianą znajduje się:
      1) poobserwanie rodziców i dziecka-czy jest pogodne, jak rodzice się do niego
      odnoszą itp. Od razu zaznaczam, że nie chodzi mi o inwigilację 24 godz. na dobę
      z uzyciem specjalistycznego sprzętu,
      2)rozmowa z rodzicem-taka jak prowadzą mamy w pisakownicy-przyjazna, spokojna,
      A jeżeli z obserwacji i rozmów wyciągnęłabym niepokojące mnie wnioski-
      zdecydowanie zawiadomiłabym właściwe słuzby. NIe anonimowo-praca w
      stowarzyszeniu uodporniła mnie na towarzyszący takim zgłoszeniom stres.
      Oczywiście mogłabym się mylić w ocenie faktów-ale mogłabym też mieć rację. W
      pewnych sytuacjach lepiej narazić rodziców dziecka na stres, niż miałoby się
      okazać, że za ścianą było katowane dziecko, a ja nic nie zrobiłam. Rozpisałam
      się, ale przytoczę jeszcze dwa przykłady z życia wzięte, w odróżnieniu od
      fikcyjnych, podawanych przez Weasleya:
      1) Moja teściowa opiekuje się moim synkiem. Podczas spacerów, jedna z pań
      opiekujących się małym Wietnamczykiem, pokazała mamie ślady na jego ciele-
      plecki, nózki, pupa. Wyglądało to jak stare slady po uderzeniach. BYłyśmy obie
      z mamą przerażone. Na szczęście przyszło mi do głowy, że ta opiekunka nie jest
      osobą zbyt wiarygodną, mialam ją okazję poznać, gdy byłam na wychowawczym. Z
      obserwacji mamy wynikało, że dziecko jest spokojne, garnie się do matki z
      radością. Dla pewności mama porozmawiała jeszcze z poprzednią opiekunką
      chłopczyka. I ta opiekunka opowiadała, że jak po raz pierwszy przewijała
      małego, to się przestraszyła tych sladów do tego stopnia, że aż zabrała dziecko
      bez wiedzy rodziców do pediatry. I pediatra powiedział jej, że to są normalne u
      maluszków-Azjatów przebarwienia skóry. No i nigdy nie widziała nowych, świezych
      śladów.
      Z jednej strony można powiedzieć, że z mamą na chwilę weszłyśmy z buciorami w
      życie niewinnych ludzi. Z drugiej - że optymistyczne jest, że jednak się
      zainteresowałyśmy. A najważniejsze jest, że dziecku nie dzieje się krzywda.
      A drugi przykład: mój synek (3l. i 10 m-cy, dwa miesiące temu złapał zapalenie
      oskrzeli. Co 12 godzin musiał brać antybiotyk-w tym ok. 3 w nocy. Zawsze łykał
      lek bez większego wstrętu, ale którejś nocy kompletnie mu odbiło, darł się jak
      obdzierany ze skóry-choć nikt go nie uderzył,nie mógł się uspokoić, i na
      dodatek wrzeszczał: "Mamo, tato ja nie chcę". No i ok. godz. 4 do moich drzwi
      zastukali mili (na poczatku nie tacy mili) panowie policjanci, z pytaniem co
      się dzieje. Wezwali ich sąsiedzi, którzy niedawno wprowadzili się piętro niżej.
      Wyjaśniliśmy z mężem sytuację, okazując zalecenia lekarza i antybiotyk. Panowie
      powiedzieli "A to przepraszamy" i wyszli. Nie mam do sąsiadów pretensji, choć
      gdy sąsiadkę spotkałam po kilku dniach, to mnie przepraszała. Kiedyś być może
      pomogą komuś naprawdę potrzebującemu pomocy.
      • a_weasley Życie to nie jest bajka 16.03.07, 14:33
        karola1008 napisała:

        > trzyma w kompie pornografię dziecięcą

        A ktoś inny trzyma "Teksaską masakrę piłą motorową", i to nikogo to nie
        obchodzi, dopóki naprawdę nie zaczyna masakrować bliźnich piłą motorową.
        Nie rozumiem, że kogoś kręci masakrowanie piłą motorową, tak samo jak nie
        rozumiem, że kogoś kręci pornografia dziecięca, ale czy ja muszę wszystko rozumieć?

        > Weasley, być może miałeś wielokrotnie do czynienia po prostu z
        > ludzką podłością wyrażajacą się w rzucaniu nieuzasadnionych oskarżeń.

        Owszem. Parę razy na własnej skórze (akurat nie w sprawach rodzinnych), a
        wielokrotnie widziałem na przykładzie innych - również i zwłaszcza w sprawach
        rodzinnych (osobliwie jeżeli potem to się przydaje na sprawie rozwodowej) lub w
        inny sposób związanych z dziećmi, np. wypadki drogowe.
        Zarówno z podłością, jak i z pchaniem sprawy dalej dla świętego spokoju, żeby
        się nikt nie przyczepił.

        > Pomimo takich, a nie innych doświadczeń nie jestem zwolenniczką
        > zwracania się od razu do policji, chyba, że sytuacja tego wymaga

        Czyli w najistotniejszym punkcie jesteśmy zgodni.

        > -np. słychać dziką awanturę. Oczywiście w takich sytuacjach wszytsko
        > opiera się na ocenie tego, kto awantur słucha.

        I jeśli kto wie, że jest bardzo wrażliwy, niech pierwej swoje odczucia podzieli
        przez 10.

        > Jeśli chodzi o reakcję policji, prokuratury i sądów w sprawach przemocy
        > w rodzinie, to zapewniam Cię, że naprawdę służby te podchodzą do spraw
        > z dużą dozą ostrożności

        Jak kiedy. Jak się na kogo trafi.
        Poza tym zaś co innego ostrożność, a co innego delikatność. To ostatnie nie jest
        tym, za co panów policjantów cenimy najbardziej.

        > i raczej nie robią sajgonu z życia Bogu ducha winnych ludzi.

        Jeszcze kwestia, co kto uważa za sajgon. Przypuszczam, że masz nieco przesunięte
        standardy.
        Podobnie jak inaczej odbierała wspomnianych przeze mnie gliniarzy
        siedzących przez pół godziny w kuchni moja wtedy jeszcze narzeczona tudzież in
        spe teściowa, a inaczej ja. Chociaż to o mnie im chodziło, a nie o którąś z
        nich. Po prostu inne są doświadczenia prawnika (nawet od paru lat nie
        pracującego w branży), a inne polonistki i emerytowanej urzędniczki działu
        zaopatrzenia.
        Pamiętam, że dla sybiraków traumatyczna była konieczność przyjścia do
        prokuratury, żeby złożyć zeznania w sprawie wysiedlenia. Nie opowiadania o tym
        obcemu człowiekowi, ale przyjścia do takiej instytucji, dyktowania danych do
        protokółu zaopatrzonego w klauzulę o odpowiedzialności karnej, wreszcie sam
        fakt, że człowiek dostaje wezwanie do prokuratury i to w dodatku na przesłuchanie.
        Dla mojej mamy po włamaniu do mieszkania milicjanci chodzący po lokalu i robiący
        zdjęcia stanowili dodatkową traumę, równie jak potem konieczność zeznawania w
        sądzie. Ojciec nie rozumiał, o co jej chodzi, no się pójdzie, się zezna, się
        wróci do domu, gdzie problem?
        Na mnie świadkowanie nie robi wrażenia żadnego, niemniej i ja konieczność
        opowiadania policjantowi, kuratorowi, prokuratorowi czy komukolwiek obcemu, co
        się dzieje w domu, uznałbym za poważną niedogodność, choćbym wiedział,
        że jestem w idealnym porządku.
        Nie życzyłbym sobie, bo ja wiem, przeszukania mieszkania, choćby mieli wszystko
        ułożyć idealnie tak jak zastali i choćbym wiedział, że nic trefnego nie mam. Po
        prostu to jest mój dom, moje szafy, moje biurko, moje gacie i mój bałagan.
        Nie życzę sobie czytania przez kogokolwiek moich listów niezależnie od tego, że
        nic złego w nich nie ma.
        I nie życzę sobie, żeby ktokolwiek zmuszał mnie do opowiadania mu o moim życiu
        rodzinnym.

        > W moim wlasnym
        > rnakingu reakcji na niepokojące odgłosy za ścianą znajduje się:
        > 1) poobserwanie rodziców i dziecka-czy jest pogodne, jak rodzice się do niego
        > odnoszą itp.
        > 2)rozmowa z rodzicem-taka jak prowadzą mamy w pisakownicy-przyjazna, spokojna,
        > A jeżeli z obserwacji i rozmów wyciągnęłabym niepokojące mnie wnioski-
        > zdecydowanie zawiadomiłabym właściwe słuzby.

        No to tu jesteśmy zgodni.

        > Oczywiście mogłabym się mylić w ocenie faktów-ale mogłabym też mieć rację. W
        > pewnych sytuacjach lepiej narazić rodziców dziecka na stres, niż miałoby się
        > okazać, że za ścianą było katowane dziecko, a ja nic nie zrobiłam. Rozpisałam
        > się, ale przytoczę jeszcze dwa przykłady z życia wzięte, w odróżnieniu od
        > fikcyjnych, podawanych przez Weasleya:

        Przykład z gliniarzami ściągniętymi przez osobę, która mnie fałszywie oskarżyła
        o napaść, nie jest fikcyjny. Na szczęście była na tyle głupia, że chciała za
        wiele, donos nie trzymał się kupy (np. będąc ode mnie prawie dwie głowy niższa
        twierdziła, żem ją trafił z grzywy), sami policjanci się obśmiali. Ale pół
        godziny w kuchni potem siedzieli, bo jak już kogoś spisują, to muszą sprawdzić.
        Taka procedura (kolega kiedyś stał na to konto trzy kwadranse na mrozie). A nie
        mogli się dodzwonić.
        Przykład z domem, w którym "były interwencje", nie jest fikcyjny (jakkolwiek
        fikcyjne jest nazwisko).
        Sequel tegoż, czyli opowieść o żaglach, stanowi kompilację rzeczywistego
        zdarzenia, w którym szkoła nie uwierzyła, że chłopak się potłukł, a nie został
        pobity, z równie rzeczywistymi obrażeniami odniesionymi przez autentyczną i
        niefikcyjną Minerwę na równie autentycznej łajbie. I rzeczywiście w szpitalu
        myśleli, że ją ktoś dotkliwie bija.

        > 1) Moja teściowa opiekuje się moim synkiem. Podczas spacerów, jedna z pań
        > opiekujących się małym Wietnamczykiem, pokazała mamie ślady na jego ciele-
        > plecki, nózki, pupa. Wyglądało to jak stare slady po uderzeniach.
        <ciach opis wyjaśnień>
        > Z jednej strony można powiedzieć, że z mamą na chwilę weszłyśmy z buciorami w
        > życie niewinnych ludzi. Z drugiej - że optymistyczne jest, że jednak się
        > zainteresowałyśmy. A najważniejsze jest, że dziecku nie dzieje się krzywda.

        Najważniejsze to jest, żeście od razu z tym nie poleciały na policję. A to
        przecież coś więcej niż płacz zza ściany.

        > dodatek wrzeszczał: "Mamo, tato ja nie chcę". No i ok. godz. 4 do moich drzwi
        > zastukali mili (na poczatku nie tacy mili) panowie policjanci, z pytaniem co
        > się dzieje.

        Nie można to dostać cholery? Dzieciak zrobił małe piekło, człowiek się dopiero
        co położył spać, a tu przychodzi władza, człowieka budzi, jak dobrze pójdzie to
        jeszcze dziecko obudzi...

        > powiedzieli "A to przepraszamy" i wyszli. Nie mam do sąsiadów pretensji, choć
        > gdy sąsiadkę spotkałam po kilku dniach, to mnie przepraszała.

        I słusznie przepraszała, bo niezależnie od dobrych intencji efekt jest taki, że
        dorzuciła Wam jeszcze jedną atrakcję, jakbyście mieli za mało rozrywek tej nocy.
        Szczęście w nieszczęściu, że trafiło na Ciebie, czyli osobę bardziej z
        policjantami oswojoną niż przewiduje polska norma.
        A i to nie wiesz, jaką notatkę służbową sporządzili i gdzie jest odnotowane, że
        sąsiedzi wezwali, bo dziecko krzyczało okropnie, a jak przyjechali to już nie
        krzyczało.